- Opowiadanie: nartrof - Śmierć Księcia

Śmierć Księcia

Ludzkość zostaje podbita i opanowana przez przybyszów z innej planety - małe, lecz potężne, skrzaty. Ejzin, człowiek, sługa księcia skrzatów, jest rozdarty między lojalnością i miłością do swojego pana a wiernością wobec swojej rasy. 

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Śmierć Księcia

– Gdzie leziesz?!

– A w tryby chcesz?!

Na podwórzu dla służby zakotłowało się. Po chwili szamotaniny Ejzin stwierdził, że nie ma sensu tu tkwić dłużej. Ruszył w stronę sali obrad. W samą porę. Sędziowie właśnie opuszczali obrady. Wychodzili prawie się do siebie nie odzywając. Ze wzrokiem wbitym w podłogę pojedynczo, po dwóch, zmierzali w stronę parkingu gdzie czekała na nich służba z transportem. Służący biegli do swoich panów, otwierali drzwiczki. Obradujący ładowali się do swoich koszów transportowych. Ejzin poznał, że nie były to udane rozmowy. Dziś nie celebrowano, jak zazwyczaj, długich rozmów i śmiechów przy odjeździe. Dało się wyczuć iście żałobny nastrój. Służba oraz ich panowie cicho znikali za bramą. Czekając na Księcia, Ejzin podsłuchał przypadkiem strzępek rozmowy Sędziów, opuszczających gmach.

– Nie ma innej drogi bracie, to trudna decyzja. Ale jedyna słuszna.

– Ale statek już leci?

– Za późno, za późno, przybędzie za późno.

– Ejzin! – Służący Księcia ocknął się. – Szykuj kosz!

Książę wychodził z gmachu jako ostatni. Pożegnał się z Sędziami wychodzącymi z sali obrad, swoim zwyczajem, objęli się jak bracia. Potem spojrzeli na siebie jakby widzieli się ostatni raz. I każdy ruszył do swojego pojazdu.

Ejzin już czekał z otwartymi drzwiczkami.

– Do domu?

– Nie, do świątyni. Ale nie śpiesz się. Chcę popatrzeć na miasto.

Ejzin się zdziwił, lecz nie okazał tego. Przykrył Księcia futrem bo mróz dawał się już we znaki i ruszyli przez miasto. Mimo padającego śniegu ulice były czyste i przejezdne. Jak nakazał Książę, Ejzin nie śpieszył się. Podróżowali na tyle wolno, że czasem przechodnie ich wyprzedzali. Inne pojazdy wymijały ich, ale bez hałasu i okrzyków. Wszyscy wiedzieli, kto jedzie tym koszem.

Przez całą drogę Książę się nie odzywał. Ewidentnie nie był dziś sobą. Pod Świątynią wyskoczył z kosza. Obrócił się, by podziękować służącemu. Spojrzał na twarz Ejzina.

– Skąd masz śliwę?

– Broniłem się. Musiałem mu przywalić.

– Pod Sądem? Z innymi Nosicielami?

Ejzin kiwnął głową.

– Wy, ludzie uparci jesteście. Bardzo uparci. Zażarcie walczycie ze sobą o byle co. Gdybyście się zjednoczyli – zrobił pauzę – historia potoczyłaby się inaczej.

Ejzin zmieszał się. Książę nigdy tak do niego nie mówił.

– Wygrałeś chociaż?

Ejzin kiwnął głową ponownie.

Na czarnej jak smoła brodzie Księcia, Ejzin dostrzegł delikatny grymas uśmiechu. Ale nie trwało to długo. Smutek wrócił na jego twarz.

– Zabieraj kosz, wrócę na piechotę.

– Tak, książę.

– Aha i przygotuj mi kulig. Weź mój ulubiony zaprzęg.

– Kogo chciałby Książę zaprosić?

– Nikogo. Nie ma już takiej potrzeby. Nikogo – powtórzył Książę i ruszył do środka Świątyni.

**

 

Książę wrócił ze świątyni po paru godzinach. Odmieniony, przygarbiony. Przywitał się ze swoimi pupilami zaprzęgniętymi do sań, niewiele większych od dziecięcych sanek. Książę, jak wszystkie Skrzaty, bardzo lubił psy pociągowe. Ejzin zaprzągł ulubioną parę Księcia, berneńskie psy pasterskie. Silne i bardzo, bardzo towarzyskie zwierzęta.

Skrzaty bardzo lubiły kuligi i psie zaprzęgi. W przeszłości próbowały różnych psich ras do tej rozrywki. Lecz zdarzały się wypadki i wtedy kulig kończył się krwawą jatką. Berneńczyki zaś nigdy nie zrobiły nikomu najmniejszej krzywdy. Kochały Skrzaty a Skrzaty kochały je. Psy miały ogromne mordy na wysokości twarzy Księcia. Merdały radośnie ogonami, skamląc i piszcząc radośnie na widok swojego pana. Ejzin zawsze z pewną trwogą i podziwem patrzył na Skrzata w tej sytuacji.

Książę usadowił się w saniach. Ejzin przykrył go futrem aż po popielatą brodę. Zdziwił się mocno, bo przecież rano była kruczo czarna. Ale, jako rasowy służący, nie dał tego po sobie poznać. Pogonił psy i ruszył biegiem obok sań. Z początku żałował, że nie wziął konia, ale szybko wybiegli na polną drogę, gdzie śnieg był bardziej ubity i już nie zapadał się tak mocno. Mimo skrzypiącego mrozu, bieg rozgrzał go, tak, że musiał się rozpiąć i pot wystąpił mu na kark i czoło. Oddychał miarowo lodowatym powietrzem. Na szczęście dziś Książę nie forsował tempa. Jechał nawet, można by rzec, leniwie.

Gdy dojechali do szczytu wzgórza, słońce już zaszło za horyzontem. Mróz wstrzymał rozedrgane powietrze i stąd, ze wzniesienia widzieli jak na dłoni całe miasto. A nad nim, niebo usiane milionem gwiazd. Książę w zadumie podziwiał widok. Na jego twarzy widać było dumę, radość i zmęczenie. Milczał całą drogę i teraz, oglądając od kilkunastu minut miasto, odezwał się.

– Jak długo żyje człowiek z rakiem?

– Słucham? – Ejzin był wyraźnie zaskoczony tym pytaniem

– No wiesz, jak u kogoś zdiagnozują raka, to ile taki człowiek jeszcze pożyje?

– Nie wiem, zależy jaki człowiek i jaki nowotwór. Czasem rok, czasem i pięć lat. A czasem trzy miesiące i człowieka nie ma.

– Długo. Co, myślałeś, że my Skrzaty jesteśmy nieśmiertelne? Nie, nie jesteśmy. Po prostu długo żyjemy. Dłużej niż wy, ludzie. Dłużej niż większość znanych inteligentnych ras. Ale chorujemy i umieramy, jak wy. Wiesz ile mam lat Ejzin? Mam czterysta dwadzieścia trzy ziemskie lata. Dużo, co? Żaden człowiek tyle nie żył i żyć nie będzie. Przykre, ale taki klimat. Ale dla jednego czterysta dwadzieścia trzy lata to długo. Dla drugiego trzy miesiące to długo. Nawet bardzo długo. Czterysta dwadzieścia trzy lata – powtórzył. – Jestem na tej planecie od czterdziestu trzech lat, od dziesięciu jestem jej Księciem. Zostałem nim w wieku, gdy mój ojciec był zaledwie zastępcą naczelnika wydziału. A ja Księciem. Ha, kto by przypuszczał.

Ejzin poczuł się bardzo niezręcznie. Książę niezmiernie rzadko mówił o swojej rodzinie i historii.

– Imperium mocno się rozrosło przez ostatnie lata. Dlatego taka kariera była możliwa. Mój ojciec miał trudniej. Ożenił się z matką, gdy miał dwieście dziewiętnaście ziemskich lat. I nie w głowie mu była kariera. Musiał utrzymać rodzinę. To były trudne czasy. Walczyliśmy wtedy o przetrwanie w Wewnętrznych Mgławicach. Teraz, teraz się rozwijamy. Imperium się rozszerza. – Książę wzniósł wzrok w niebo. – Patrz, o tam, widzisz, to Ognista Ziemia. Wy mówicie chyba Ziemia Ognista. Tam Księciem jest mój kuzyn, Rudobrody. To rzut beretem od mojej ojczystej planety. O tam, widzisz? Tam jest nasz dom. I nasz Król. – Ostatnie zdanie Książę wypowiedział z namaszczeniem i powagą.

– A tam, widzisz ten krzyż z gwiazd? W prawym ramieniu jest gwiazda. A przy niej planeta Zielono-Niebieska. Tak ją nazwaliśmy, bo większość powierzchni jedynego kontynentu, który tam się znajduje, jest usiana zielonymi pagórkami i jeziorami. Prawie nie ma zimy w tym wydaniu jak tutaj. Nie ma tam też żadnych minerałów, ani nic wartościowego, co można wywieźć. Nie ma tam też inteligentnych form życia, w naszym rozumieniu. Planeta nie stanowi zainteresowania nikogo w tej części galaktyki. Co stanowi jej dodatkowy plus. Cisza i spokój. Tam, ech, – Książę westchnął – chciałem spędzić emeryturę. Wygrzać kości w promieniach słońca, pomoczyć dupę w wodzie. Ech – westchnął jeszcze raz.

– Jeszcze spędzisz, Książę. Masz wiele lat życia przed sobą – wtrącił Ejzin.

Książę zacisnął usta i pokręcił głową.

– Ejzin, wiesz dlaczego was tak łatwo podbiliśmy? – mówił coraz wolniej. Cedził słowa, każde z nich wypowiadał jakby z namysłem. – Nie dlatego, że jesteśmy na wyższym poziomie technologicznym. Nie dlatego, że mniejsze rasy, jak my, są zwykle liczniejsze i mają mniejsze wymagania bytowe niż duże rasy, jak wy. Nie dlatego, że żyjemy dłużej niż wy. To są ważne czynniki, ale nie najważniejsze. Najważniejsi u nas są przywódcy. Tak, przywódcy. Pamiętasz Ejzin, tę staruszkę na ulicy, która potknęła się i upadła? Przed dotarciem do Świątyni. Podbiegł do niej rosły Skrzat. Podbiegł i podniósł ją.

– Wielebny książę, jeśli mogę,..ona raczej sama wstała.

– Spostrzegawczy jesteś Ejzin, bardzo spostrzegawczy. Tak, rzeczywiście sama wstała. Wyrżnęła aż zadudniło i wstała sama a przed chwilą ledwo chodziła, to dziwne, nie? Widzisz, u nas jest taka zasada, że gdy słabszy Skrzat, cierpi na chorobę, lub jest ranny, to inny Skrzat, silniejszy i zdrowszy, może na siebie wziąć część jego choroby i cierpienia. Tyle ile jest w stanie udźwignąć. Całość, jeśli jest dość silny aby to przeżyć. W ten sposób, słabszy Skrzat, ma większą szansę aby wyzdrowieć. Ale to wymaga dużej siły od tego, który bierze chorobę na siebie. Siły oraz, co najważniejsze, wolnej woli. On musi chcieć to zrobić! – podkreślił Książę. – Tam na ulicy, ten, który podbiegł do staruszki, wziął na siebie jej chorobę. Nie wiem ile, ale musiał być silny. Bo nawet się nie zachwiał, a staruszka wstała od razu.

– Niesamowite – wyrwało się służącemu – ale, jak się to ma do przywódców?

Książę uśmiechnął się w saniach.

– Nasza hierarchia Ejzin, to nie puste slogany i gwiazdki na pagonach. Jak widzisz, nawet nie mamy ich za wiele. U nas hierarchia to władza, ale przede wszystkim odpowiedzialność. Służba i poświęcenie. – Z naciskiem dodał Książę. – Każdy przywódca. Czy to kraju, czy planety, czy nawet sołtys. Każdy! Może przejąć na siebie choroby i rany swoich podwładnych. Pośrednich i bezpośrednich. Wszystkich, całej piramidy pod nim. I tym jednym czynem, uzdrowić ich momentalnie i zupełnie. Nawet jeśli są umierający. Jest to potężna moc. Moc, która potrafiła odwrócić bieg bitew w kluczowym momencie.

Przerwał na chwilę. Oddychał ciężko.

– Trzy tysiące lat temu, walczyliśmy ze Skrzatami Olbrzymimi. Mieszkają o, tam, widzisz Ejzin, ta gwiazda. Strasznie zapyziałe miejsce. Jak to mawiacie, gdzie psy dupami szczekają. Skrzaty Olbrzymie są strasznymi arogantami i posprzeczali się z nami, nikt już nie pamięta o co. Potem była wojna no i rozstrzygająca, wielka bitwa na Murmo, setki tysięcy z obu strony. Bardzo zacięta bitwa, szala zwycięstwa chyliła się to na jedną, to na drugą stronę. Kiedy w końcu osiągnęliśmy przewagę i już myśleliśmy, że wygramy, wtedy do walki weszły odwody Olbrzymich. Wypoczęci, rwący się do walki a my byliśmy zmęczeni i nie mieliśmy już odwodów. Natarli na nas zajadle i z furią. Nasi walczyli mężnie, ale oni….oni byli mocniejsi…i spychali nas, kawałek po kawałku. Pojedynczy kapitanowie, rzucali się w samobójczych atakach na wroga, próbując poderwać naszych do walki. Na nic się to nie zdało, okrążali nas. Wszyscy czuli, że klęska wisi w powietrzu, nie było już szans odwrócić tego losu. I wtedy, w tym bitewnym chaosie, gdy wszyscy już pogodzili się ze śmiercią. Gdy walczyliśmy już tylko o honor. Nagle, nowa siła wstąpiła we wszystkich bez wyjątku. Nasi ranni i umierający na polu bitwy wstali jak nowo narodzeni. Ich rany zniknęły, krew przestała lecieć. Podnieśli się z ziemi, a były ich tysiące i byli wszędzie, na tyłach, po bokach, wszędzie. I tak jak stali, zaatakowali Olbrzymich, którzy zupełnie się tego nie spodziewali. Rozproszyli się w kilka chwil i już nie podnieśli. Ich król padł, ich baronowie padli a cały naród był pokonany. W jednym momencie obróciliśmy porażkę w zwycięstwo. I dopiero po bitwie, dopiero gdy ucichły ostatnie strzały, Skrzaty dowiedziały się skąd odzyskały siły. Wielki Książę Mącibór wziął na siebie ich rany i cierpienie, uleczył ich a sam…– głos księcia załamał się i łza poleciała po siwej brodzie. Ejzin udał, że wpatruje się w rozświetlone miasto. – Sam…taka…jest cena… i ..nie ma innej… Ejzin. Za…cały…naród….może być…tylko jedna…cena.

Książe ponownie zaczął oddychać głęboko próbując uspokoić oddech.

– Mącibór nie miał wyjścia. Nie miał wyjścia. Nie ma wyjścia. Statek ze szczepionką już leci. Ale nie zdąży. Nie ma wyjścia. Nie ma wyjścia. – książę skulił się w saniach.

Ejzin poczuł, że gardło ma ściśnięte. Chciał coś powiedzieć, ale nie mógł. Zrozumiał wszystko. Dlatego Sędziowie wychodzili z obrad smutni. Dlatego mieli łzy w oczach gdy się z nim żegnali. Oni wiedzieli. Książę umierał. Od momentu gdy wrócił ze Świątyni jego wygląd pogarszał się z minuty na minutę. „No tak, Świątynia – pomyślał Ejzin. – Wszelkie ważne rytuały Skrzaty przeprowadzają w Świątyni.”

Skulony na saniach Książe i Ejzin, jego sługa, wyprostowany obok, w ciszy i na mrozie, patrzyli z góry na światła miasta. Psy położyły się na śniegu i zdawały się drzemać.

Książę po dłuższej chwili się ocknął i powiedział nosowym głosem – po co ja ci to w ogóle mówię? Takie to głupie gadanie. Zapomnij o tym. Zresztą, nieważne, dzisiaj i tak będziesz miał Resetnik.

– Książę, czy mogę coś spytać?

Książę spojrzał się zaskoczony na swego sługę. Po chwili siwa broda księcia kiwnęła potwierdzająco.

– Wtedy, gdy napadły nas psy w lesie za miastem. Wtedy, gdy walczyliśmy z nimi i pogryzły mnie, tak że prawie nie zszedłem. Byliśmy daleko za miastem a ocknąłem się w szpitalu. I tego samego dnia wyzdrowiałem. Myślałem, że straciłem przytomność. Ale to ty….Wtedy w szpitalu. Mogłeś mnie zostawić. Wy….możecie leczyć inne rasy niż wasza? Wykorzystałeś tę moc na mnie?

– Nie – błyskawicznie odparł Książe.

Skrzaty nie potrafiły kłamać. Po prostu każde kłamstwo od razu było widać na ich twarzach jak na dłoni. I Ejzin to wiedział. Wiedział też, że teraz właśnie, w tym momencie, jego pan skłamał. I poczuł jak pętla na gardle zaciska się mocniej a do oczu cisną się łzy.

Trwali przez jakiś czas, nie odzywając się do siebie nawzajem i wpatrując się w rozświetlone miasto.

– Ejzin…– Książę mówił już z wielkim trudem. Jego biała jak śnieg broda, ledwo się ruszała i sługa musiał się pochylić aby dobrze słyszeć swego pana. – Ejzin, zawieź mnie do domu, gdy już będzie po wszystkim.

Obłoczek pary oderwał się od jego ust gdy to mówił. Po nim następny. Po nim kolejny, wolniej. Kolejny jeszcze wolniej. Kolejnego już nie było.

Ejzin wpatrywał się długo w nieruchome ciało na saniach. Łzy napłynęły mu do oczu. Wiedział, co musi zrobić. Miał bardzo, bardzo mało czasu. Sięgnął za pazuchę i wcisnął przycisk lokatora. Zaraz powinni tu być. Wyjął kartkę i pisał. Pisał bardzo szybko. Po policzkach ciekły mu łzy. Płynęły po brodzie i spadały na kartkę. Rozmazywały jego pismo. Ale nie przerywał. Miał mało czasu. Pisał, bez ustanku. Resetnik już był na pewno w drodze. Gdy skończył, odetchnął z ulgą. Pociągnął nosem. Otarł rękawem mokrą twarz. Splunął. Jeszcze raz pociągnął nosem. Odchrząknął.

Pochylił się nad saniami. Wziął bezwładne ciało Księcia na ręce. Książę był teraz drobny. Jak małe, ludzkie dziecko zaraz po urodzeniu. Był leciutki. Ejzin z łatwością podniósł go jedną ręką. Ruszył powoli w powrotną z Księciem na rękach. Wpatrywał się w niego. A kolejne łzy spadały na jego martwe ciało. Nic nie widział. Szedł na pamięć. Gdyby nie psy, nie zauważyłby postaci, która zagrodziła mu drogę. Wyższy od służącego Księcia, czarny płaszcz, wysoki kołnierz. Ejzin, nie znał go ale wiedział w jakim celu przybył ten człowiek. Otarł twarz.

– Czy nadal możemy Ci ufać Ejzin? – zapytał przybysz

– O czym ty gadasz? – odpowiedział z wyrzutem. – Zaraz tu będzie Resetnik. Wszystko mi wymaże z pamięci. To spotkanie też.

– Prawie wszystko – zaznaczył jegomość w czarnym płaszczu. – Czy nadal możemy Ci ufać? – Powtórzył pytanie nieznajomy.

– Masz tu raport – Ejzin wyciągnął kartkę. Dopiero się zorientował, że kartka jest pogięta i mokra od łez. Było już za późno aby się wycofać. – Dowiedziałem się dużo ważnych rzeczy. Cierpią na jakąś epidemię. Cała społeczność. Chyba coś w rodzaju raka. Coś co ich szybko zabija. Na Ziemię leci statek ze szczepionką, ale może przyjechać za późno. I te no – zawahał się, co nie uszło uwadze nieznajomego – potrafią się leczyć jeden drugiego. On, ten tutaj, uleczył…cały naród. Wszystkich swoich ziomków.

Nieznajomy nawet nie drgnął.

– Weź kurwa ten raport i spieprzaj! – krzyknął Ejzin – Ja pierdolę! Zaraz tu będzie Resetnik! Widzisz te światła?! – Na horyzoncie pojawiły się dwa niebieskie punkciki.

Nieznajomy ruszył się lekko. Wyciągnął rękę i schował raport Ejzina do kieszeni. Z drugiej wyciągnął czerwoną tabletkę.

– Kurduple unowocześniły Resetniki – oznajmił grobowym głosem – tu masz pigułkę. Weź ją teraz, zanim przyleci!

– Jaki ma efekt?

– Bierz! Nie pytaj!

Czy to była prawda, czy tylko test lojalności, Ejzin nie wiedział. Nie było czasu na zastanawianie się, połknął pigułkę. Zostawiła gorzki posmak w ustach, aż się skrzywił cały. Gdy otworzył oczy, nieznajomego już nie było. Został sam. Ze swoim ukochanym Księciem. Niebieskie światełka Resetnika były coraz bliżej.

 

 

Koniec

Komentarze

Cześć!

Przeczytałem, i całkiem mi się spodobało. Napisane przyzwoicie, czytało się płynnie. Niektóre dialogi nieco drewniane, ale nie rzutuje to na odbiorze całości imho:

– Jak długo żyje człowiek z rakiem?

Zmieniłbym kategorię z „inne” na „s-f”, i dodał jakieś tagi, powinieneś wtedy zyskać więcej czytelników (oraz komentarzy). Przydała by się też przedmowa, która naprowadzi, o czym to jest. I jeszcze te bluzgi na samym początku… Nic nie wnoszą (imho), a odrzucają. Przykładowo, gdybym nie maił dyżuru to po drugim zdaniu przestałbym czytać). A finalnie tekst mi się podobał.

Sam pomysł ze skrzatami ciekawy, psie zaprzęgi, hierarchia; choć nie jestem fanem s-f to całkiem mi przypadł do gustu. Końcówka ciekawa, choć trochę przewidywalna (motyw z ruchem oporu). Tworzy zgrabną zamkniętą całość, a jednocześnie bazę do czegoś większego.

 

Z kwestii edycyjnych:

Skulony na saniach Książe i Ejzin, jego sługa, wyprostowany obok, w ciszy i na mrozie, patrzyli z góry na światła miasta..

Coś za dużo kropek na końcu.

 

Tyle. Pomyślę nad biblioteką, choć te bluzgi mnie trochę rażą i imho kompletnie nie pasują do reszty. Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Hej

Krar85, dzięki. Pomyślę czy i jak usunąć bluzgi. Miało to pokazać, że ludzie, służący skrzatów, są między sobą skłóceni, wulgarni i agresywni do siebie, zamiast do wspólnego wroga.

Dzięki za resztę komentarzy. Zaraz wprowadzę.

Pozdrawiam

Hej, widzę, że już wprowadzasz zmiany. Nie wiem, czy w przedmowie teraz nie zdradzasz za dużo, ale zobaczmy, co inni napiszą.

Miało to pokazać, że ludzie, służący skrzatów, są między sobą skłóceni, wulgarni i agresywni do siebie, zamiast do wspólnego wroga.

Rozumie, natomiast powstaje pytanie, do kogo adresujesz tekst. Imho zaczynanie od bluzgów tekstu, w którym bluzgów za wiele nie ma, i temat nie wymaga ich użycia, nie jest dobrym pomysłem. Albo przynajmniej dodaj dwa zdania na początek, coś, co zainteresuje czytelnika zamiast go odrzucać.

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Ok, dzięki za uwagę. Podmieniłem początek.

Witaj.

Zauważyłam nieliczne usterki techniczne, ale zauroczyła mnie sama historia i na niej się skupię. 

Sporo emocji, wrażeń, problemu poświęcenia siebie dla innych, moralnych dylematów, zdrady i wierności. W opowiadaniu pojawiło się tyle ważnych kwestii, dotyczących w sumie każdego człowieka, że nie sposób pozostać na nie obojętnym. 

Świetna wyobraźnia, kapitalnie wymyślone dzieje rodziny Księcia. 

Gratuluję Ci pomysłu. :)

Pozdrawiam. 

Pecunia non olet

@ bruce – dzięki :) Technikę będę ćwiczył.

nartrof

@ bruce – dzięki :) Technikę będę ćwiczył.

To ja dziękuję za wrażenia.

Technika to ważna rzecz, lecz – możesz mi wierzyć – ja mam z nią jeszcze większe problemy.

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka