- Opowiadanie: Versus_ - Sępy nad stepem

Sępy nad stepem

Postanowiłem wreszcie wyciągnąć to opowiadanie z otchłani swoich notatek, gdzie zalegało przez kilka ostatnich tygodni.  Jest ono pierwszym, które kiedykolwiek skończyłem pisać. Mniej więcej 5700 słów opowiadające o strachach plemion, które żyją na wyschniętej skorupie, w odległych dla nas czasach.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Sępy nad stepem

Są miejsca, gdzie roślinność karmiona tlenem pnie się wyżej od kamiennych ruin, gdzie przez doliny przelewają się rzeki, rzeźbiąc wąwozy, gdzie każda istota, czy zwierzę, czy rozumna, czy też kreatura z cudzych wizji pławi się w bujnych trawach i czerpie garściami owoce. Ale są również miejsca, które, być może kiedyś równie pełne zewu życia, kipiące ową pierwotną mocą, stoją od dawien dawna opustoszałe, suche, obumarłe. Są to miejsca, gdzie najbliższe barwom życia są rozpadające się pod stopami kępy turzycy, koryta już dawno zieją śmiercią ze szczelin popękanej ziemi, gdzie jedynie najbardziej zdesperowane gatunki wciąż nieugięcie chwytają się każdej kropli, każdej bryzy, byle tylko móc przetrwać do następnego wschodu słońca. Owe toczone martwicą krainy dawno nie widziały już zgiełku, ni postępu. Na wskutek trwających setki tysięcy lat, lub dłużej, ruchów płyt tektonicznych, kataklizmów, dręczenia przez szkodniki obdarzone rozumem, wszystkie domniemane cywilizacje zostały dawno już pogrzebane pod hałdami piachu przewalającego się uporczywie z jednego wzniesienia na drugie. Być może, jeśli jakiś wędrowiec odważy się zapuścić bezpowrotnie w najbardziej niedostępne z pustkowi, ujrzy przez jakiś łut szczęścia wystającą z pomiędzy wydm iglicę pradawnej wieży. Jest to jednak jedynie fantazja dla większości poszukiwaczy tego, co minione, bowiem krainy te nie pozwolą nikomu obejrzeć swego wnętrza. Nie znajdzie się w nich żadnej przystani, w której ów podróżny może zatrzymać się na lodowatą noc pustyni i posilić. Nic prawie w tych miejscach nie żyje dłużej, niż pół wieku. Każdy krzew, każdy bawół, prędzej czy później padną podczas którejś suszy lub będą zmuszone żreć swoich pobratymców, dopóki nie zostaną całkiem same. Taki też jest ów step, gdzie ostatnie resztki tubylców starają się związać koniec z końcem, czcząc pozostałą florę, by wraz z nimi żyła dalej, spękana i odwodniona, jak konar złamanego drzewa. Ale jedna jest tam rzecz, która nieprzerwanie i od wieków trwa tak samo, niosąc trwogę i szczęk lęku owym przetrwańcom. Po zmroku rwą strzechy, lądując na dachach, czepiają się wszystkich wysokich obiektów, obserwują. Za dnia krążą nad głowami ze skrzekiem. Bywa, że posilą się padliną, jednak to robią, zdaje się, by zachować jakieś pozory. Nigdy tak naprawdę nie zbliżają się do ludzi, jedynie krzyczą szyderczo. One jedne zdają się być wieczne i nieprzeminione. Nikomu nigdy nie udało się upolować sępa, a tych, którzy próbowali, zaczęły nachodzić liczne nieszczęścia zwykle zakończone finalną klęską. Ludność zaniechała więc wszelkich prób pożywienia się, czy bardziej uwolnienia od tych paskud. Podkuliła jedynie swe ogony i starała się nie słuchać skrzekliwego śmiechu rozbrzmiewaiącego po nocach, w podmuchach wiatru.

Warto dodać, jak odmienne dźwięki potrafią owe przerażające ptaki wydawać. Jedne skrzeczą, inne jęczą, rechoczą, czy też krzyczą prawie ludzko. Zdolne są do lamentu, chichotów, chrapania, kaszlu. Stąd też bierze się to zaskoczenie za każdym razem, gdy jeden z nich poszybuje nad czyjąś głową, z owej nieświadomości i niemożliwości określenia, czyż to faktycznie sęp, czy jakaś bestia, z czego niektórzy skłonni byliby twierdzić, iż pierwsze z nich bywa gorsze.

Jeden był jednak chłopiec, który nie bał się sępów oraz ich mrożącego krew w żyłach jazgotu. Imię jego brzmiało Hawiovi. Nigdy nie wyróżniał się siłą, czy zwinnością ponad swoich nielicznych rówieśników z wioski, nie spędzał z nimi też czasu, stręczył wręcz od ich towarzystwa. Był uważany raczej za dziwnego odludka, jednak mimowolnie tolerowany z powodu bycia synem myśliwego. Nadrabiał również sprytnym rozstawianiem pułapek na rozległym stepie, w które zwierzęta wpadały czasem nader często względem pozostałych chłopców, czy nawet dorosłych. Miał on zgoła dziwne nawyki. Żuł często surowe korzenie roślin, bynajmniej nie dla zdrowia oraz licznych zalet, jak twierdził, a dla czystej przyjemności ze smaku, znajdował zajęcie w obgryzaniu pojedynczych patyków z kory, a w czasie, gdy inni bawili się, uganiając za którymś z udomowionych zwierząt, on urządzał samotne eskapady wzdłuż pagórków i pożółkłych gajów, wygwizdując do siebie osobliwe, tęskne tony. Siadał on nawet nierzadko na skraju wioski by popatrzeć na te przerażające ptaki, jak siedzą na klifach i skałach, śmiejąc się ze świata leżącego poniżej ich szponów. Z czasem, jak mówiono, zaczęło się wydawać, jakoby przestały się śmiać z chłopca, a zaczęły rechotać do niego, coś mu przekazując. Słuchał on uważnie ich odrażających w wydźwięku wywodów, z czasem sprawiając wrażenie coraz to bardziej zafascynowanego tymi osobliwymi stworzeniami.

Pewnego wieczoru, gdy zaczynało się już ściemniać, jego rodzice zaniepokojeni nieobecnością syna wyczekiwali go u progu. Nie było dobrze myśliwym zapuszczać się na łowy nocą. W mroku łatwo było stanąć niewłaściwie, pieczętując ukąszenie węża, zsunięcie się do jakiejś jamy, lub omyłkowe zgubienie drogi, mimo jasno świecących gwiazd, zwykle niestłumionych żadnym pyłem, czy obłokami. Rozniecenie ognia z kolei prowokowało zwierzynę zgoła za trudną do opanowania przez pojedynczego osobnika. Życie na pustynnych stepach było dość niebezpieczne oraz zazwyczaj krótkie i bez tego, toteż nie było to przedsięwzięciem wskazanym. Wkrótce jednak chłopiec powrócił, zziajany, żywym krokiem. Sprawiał wrażenie podnieconego czymś, a kiedy zapytano go, jak udały się łowy, tryumfalnie wyciągnął z kieszeni kaftana długie, ciemnoszare pióro, po czym oznajmił, iż jest to pióro sępie. Bo dłuższej dyskusji, czy prawie kłótni, pełnej niedowierzania oraz zapewnień, że nie jest to możliwe, skoro nikt nigdy nie znalazł najmniejszej nawet pozostałości po tych zrodzonych z koszmarów ptakach zwątpienie ustąpiło miejsca obawie. Jęli go wtedy wypytywać, skąd to pióro pozyskał, czy próbował wydobyć je od żywego ptaka. Jak było wiadomo, polowania na sępy zawsze przynosiły nieszczęście i mogły znaczyć jedynie zgubę dla rodziny, bądź samego chłopca. Hawiovi zaprzeczył jednak, twierdząc iż sęp zrzucił mu pióro sam, kiedy po dłuższej obserwacji chłopca z gałęzi akacji, by wreszcie wzbić się w powietrze i odleciał po wykonaniu kilku okrążeń nad jego głową. Ustalono, by chłopiec nie wspominał nikomu o piórze, gdyż reszta wioski z pewnością wyklęła by jego wraz z rodzicami za uczestnictwo w takim wydarzeniu, a również przyniesienie pióra do wioski. Chłopiec niechętnie zobowiązał się wyrzucić pióro podczas polowania następnego dnia.

I gwiżdżąc swoją ulubioną, melancholijną melodię, wyruszył nawet nader wcześnie, bo zanim reszta domowników stanęła na nogach. Zabrał ze sobą kilka sideł, nóż, liny oraz prowiant. Pióro zaś dalej trzymał głęboko w kieszeni, aby go pod żadnym pozorem nie zgubić. Naturalnie ani myślał pozbyć się go w swojej dziecięcej jeszcze czupurności splecionej z młodzieńczą rządzą sprzeciwu. Być może przeczuwał już, co z owej zdobyczy, czy też daru od sępów wyniknie. Zaniepokojony ojciec wypatrywał na stepie chłopca, jednak nie zobaczył tego dnia nikogo z wioski. Było to bardzo rozległe miejsce, a szybcy młodzi osobnicy bez trudu przemieszczali się po zapadających się w sobie grudach, skacząc nad rowami. Podejrzewał, że jego syn zapuścił się gdzieś dalej w poszukiwaniu bardziej sycącej zdobyczy lub do kanionu. Druga z tych możliwości była raczej unikana ze względu na umiłowanie sępów do tego miejsca. Uczepiały się tam drzew, wystających krawędzi. Uznał jednak, że chłopcu nie stanie się krzywda, być może po prostu szukał stosownego miejsca do wyrzucenia pióra.

Tego dnia chłopiec wrócił wcześniej, taszcząc ze sobą zająca. Zwierzę nie straciło jeszcze tchu, chociaż był płytki. Krew broczyła z kilku ran na jego łapach. Starano się ze wszystkich sił, aby pożywienie pozostawało świeże jak najdłużej przed zjedzeniem, gdyż nigdy nie było możliwym przewidzieć wzmożonej suszy lub innych sytuacji utrudniających jego pozyskanie. Zwierzęta więc nierzadko okaleczano, by przynieść je do wioski żywe bez problemu. Zapytany o ciemnoszare pióro odparł, iż odłożył je w wąwozie na duży kamień, skąd sępy mogły by je zabrać, gdyby chciały. Nie uznał bowiem za stosowne wyrzucać go po prostu w dowolnym miejscu, by nie urazić tych stworzeń w jakiś sposób. Rodzice udobruchani zapewnieniami oraz zdobyczą przestali wspominać sytuację z starając się nie kusić losu, a ojciec zarządził, że zająca przyrządzą następnego dnia na obiad.

Następnego dnia Hawiovi, z szacunku dla rodziców oraz dumy ze zdobyczy, zdołał wrócić zgoła wcześnie. W jego oczach pobłyskiwała ta sama niecodzienna satysfakcja, która towarzyszyła przyniesieniu przez niego pióra, jednak została ona przytłumiona wyjątkowo sytym posiłkiem, który mógł być uznany wręcz za luksusowy w miejscu takim, jak osamotniona osada na pustkowiu. Resztę dnia młodzieniec spędził na przechadzce, podczas której nieustannie spoglądał gdzieś ponad horyzont, przy tym jak gdyby nasłuchując jakiegoś odgłosu.

Wraz z upływem dni jego ojciec znów nabrał pewnych obaw, gdyż jego pierworodny oraz jedyny syn zaczął wypuszczać się z osady o coraz to bardziej nietypowych porach, stopniowo przenosząc swoje eskapady na godziny jeszcze wcześniejsze, prawie nocne. W domu zjawiał się tedy przed południem, zawsze nienaturalnie ożywiony, niesiony dziwną dla jego wycofanej osoby energią. Noc na stepie była cicha i chłodna. Głuchą ciszę zawisłego w bezruchu przerywały jedynie szelesty zwierząt niepotrzebujących światła wraz z machnięciami skrzydeł rosłych ptaków, poprzedzanymi głośnym jazgotem. Nie był to czas ani dla dorosłych osadników, ani tym bardziej dla ich dzieci. Począł tedy zaniepokojony ojciec tropić ślady syna za dnia, podczas własnej wyprawy. Zgubił na chwilę trop na wyschniętych skorupach, które będąc skamieniałymi, nie ugniatały się pod stopami. Odzyskał go jednak szybko, odnalazłszy wydeptaną w usychających, ostrych krzakach ścieżkę. Martwa trawa nie podnosiła się po przyciśnięciu do ziemi.

Słońce grzało z nieba, wypalając każdą możliwą kroplę życia ze stepu, jakby starało się spalić samego łowcę. W oddali widział górujące nad nim skały z wyszarpanym czyimiś dziwnymi, pradawnymi dłońmi sporym wąwozem o ostrych krawędziach. Nikt się tam nigdy nie zapuszczał, nawet goniąc zwierzynę, która i tak omijała to budzące lęk miejsce z daleka, ze względu na nieustanną obecność sępów. Ścieżka w krzakach wiodła jednak do niego w linii prostej, gdzieniegdzie lekko wycięta czyimś ostrzem w miejscach przeszkód kłopotliwych do obejścia. Wkrótce kłujące kępy turzycy oraz innych roślin przerzedziły się, ustępując miejsca kamieniom i głazom, jednocześnie odsłaniając na powrót grunt. Tu śladów znów nie było widać i chociaż mężczyzna żywił nadzieję, że młody łowca skręcił gdzieś tutaj na swoich porannych łowach, w nierozsądnej pogoni za czymś, to wiedział, iż nie miał dokąd. Jedyna droga dalej prowadziła prosto przez wąwóz, którego on nie zamierzał pod żadnym pozorem badać. Stroskany wrócił więc do osady, decydując się nie pytać syna o przyczyny jego niecodziennych działań.

Miesiące mijały, słońce przestało tak uporczywie palić, nadeszła pora wilgoci. Wraz z chłodem i wodą powróciły drobne, niewyrosłe zioła, korzonki i rośliny uprawne, które desperacko starano się utrzymać. Pomimo, iż znaczna część myśliwych unikała teraz pozostawania na zewnątrz, gdy tylko zaczynały się godziny późnego popołudnia w obawie przed chłodem, Hawiovi nie zmienił swoich nawyków. Wciąż preferował wypady o wczesnych godzinach. Wymaszerowywał z wioski, gwiżdżąc do jakiegoś niejasnego rytmu. Nie uszło uwadze Mindy, wdowy po szewcu, która na starość niewiele już spała i o tej porze zwykła wyglądać przez okno swojej lepianki na horyzont, że owe melodie gwizdane przez chłopca z każdym dniem stają się coraz bardziej omdłe, na przemian z ostrymi i w przedziwny sposób fałszujące. Zdarzyło się raz jednak, że wrócił on wcześniej, z kawałkiem koszuli przewiązanym wokół przedramienia. Niechętnie odsłonił ranę, by dać ją stosownie opatrzeć przez matkę. Były to osobliwe ślady, wszystkie o podobnym, podłużnym kształcie, jakby po wciśnięciu w rękę czegoś ostrego. Trzy po wewnętrznej stronie i jeden po zewnętrznej. Przywodzić mogły na myśl ślady po złapaniu sokoła bez rękawicy, jednak ta sztuka nie była praktykowana od dawna, a sam chłopiec zbył ten pomysł twierdząc, jakoby miał zsunąć się przez przypadek ze zbocza, rozrywając skórę na żwirze. Odtąd zaczął brać ze sobą skórzane zarękawia, które miały mu ułatwić dostawanie się do sideł zastawionych w trudniej dostępnych miejscach.

***

Pewnego dnia w południe pod drzwiami chaty rodziców chłopca zjawił się wioskowy rzemieślnik mieszkający obok. Jak twierdził, młodzieniec zobowiązał był się przynieść mu skórę w zamian za wykonanie dla niego dodatkowych sideł, jednak nie zjawił się dalej u niego. Pytał, czy jest może w domu i zmarszczył się na przeczącą odpowiedź jego matki. Przykazał jej, by czym prędzej powiadomiła go, gdy wróci, po czym poczłapał z powrotem do swojego domostwa, nadąsany. W istocie chłopca nie widział tego dnia nikt poza wdową Mindą, toteż w późniejszych godzinach ojciec, uprzednio spakowawszy na wszelki wypadek podstawowy ekwipunek myśliwski, wyszedł szybkim krokiem z wioski sprawdzić, czy aby jego potomka nie ma już gdzieś w pobliżu. Gdy szedł tak przez równinę, zorientował się, jak dawno już nie widział tylu chmur naraz. Oszałamiające zwykle światło, teraz przytłumione późną porą roku, nadało stepowi zupełnie inną atmosferę. Rowy i szczeliny ziąneły ciemnością pełzającą cienką warstwą po piasku, między roślinnością i większymi kamieniami. Pochłaniała ona w jakiś osobliwy sposób promienie słońca, czyniąc grunt spowitym w cieniu, którego w ciągu dnia na tak otwartych przestrzeniach być nie powinno. Wszystko, co ponad ten osobliwy cień wyrastało, począwszy od drobnych głazów i traw, aż po osamotnione konary akacji, wciąż tonęło w blasku popołudniowego nieba.

Stary Shilah wyciągnął z torby poobijany bukłak, pociągnął kilka łyków krzepiącej wody, a następnie omiótł pustkowie wzrokiem. Dziwne oświetlenie było zdecydowanie złym znakiem, gdyż nigdy wcześniej nie widział niczego podobnego, może poza dziwnymi mgłami, które spowijały stepy podczas burzy. Jest to, ogólnie rzecz biorąc, niebywałe zjawisko. Zwykło ono pojawiać się niespodziewanie, nierzadko poza porą deszczową, bez jakichkolwiek chmur, jedynie z wyładowaniami. Celują one wówczas w to, co góruje nad stepem, samotne akacje lub wyższe skały, czasem nawet kaktusy. W wiosce stoją z tejże przyczyny wbite w ziemię wysokie pale, które poza ochroną łatwych do spalenia chatek służą także wywieszaniu przeróżnych dekoracji, czy przedmiotów niezbędnych do wszelakich obrzędów. Mimo niepokoju, mężczyzna ruszył dalej, w kierunku kanionu, niesiony przeczuciem, że właśnie tam zapuszczał się jego syn, gdy znikał na długie godziny. Wkrótce jednak, wraz z malejącym dystansem do kłujących nieboskłon skał, cień począł rosnąć w górę, nakrywając i drzewa, i kaktusy, i turzycę, i samego myśliwego. Niedługo potem nawet błękitne dotąd niebo, z jedynie paroma niewyraźnymi obłokami poczerniało i zgęstniało od pary. Mgła uniosła się w górę, drażniąc nozdrza, gryząc w płuca. Śmierdzący dym osnuł całe pustkowie, zmniejszając widoczność do kilkunastu metrów. Myśliwy zaprzestał brnięcia dalej, gdy wreszcie odnalazł jakiś punkt zaczepienia, będący drzewem. Znajdowało się tuż przed nim i mimo tej koszmarnej pary wydawało się niesamowicie ostre i szczegółowe, nie okryte przez nią w żaden sposób. Gdy podniósł wzrok, ujrzał coś, co zmroziło krew w jego żyłach, sparaliżowało go, odjęło moc w rękach i sprawiło, że na długi czas zaprzestał śledzenia poczynań syna. Na gałęzi, ponad nim, siedział olbrzymi sęp. Wbijał swoje paskudnie długie szpony w korę drzewa, a szaleńczo głębokie ślepia w mężczyznę, który z pewnością postarzał się w tym momencie o dobrych kilka lat. Czy trwało to, to śmiertelne drążenie dziury w jego duszy samym wzrokiem, sekundy, minuty, godziny, lata, czy nawet ich setki lub tysiące, nie umiał powiedzieć. W końcu sęp zerwał się gwałtownie z gałęzi, rozpościerając swe monstrualne skrzydła. Nienaturalnie mokra kora sypała się spod szponów, powietrze świszczało, skóra bestii falowała się i marszczyła, gdy rozwarł swój piekielny dziób. Wrzask gorszy, niżeli z najstraszniejszych obłąkańczych wizji plemiennych czarowników wypełnił całego ducha starego Shilah. Momentalnie odwrócił się i mało nie tracąc równowagi, rzucił w szaleńczy pęd na oślep, nie bacząc na nic.

Gdy wrócił w końcu do domu, po długim bezwiednym błąkaniu się, zastał żonę wyczekującą go w progu. Ta zatroskana uściskała go i natychmiast zajęła się doprowadzeniem do początku. Był on bowiem cały odrapany, w ubraniach rozdartych o krzaki oraz bez niektórych rzeczy wziętych z domu. Jak się od niej dowiedział, nie było go przez ponad dobę, za to jego syn nie odstąpił jej na krok i zapewniał ją, że ojciec wkrótce wróci, cały i zdrowy. Zaniósłbył już skórę do sąsiada, który wręczył mu obiecane w zamian sidła. Jak stwierdził, postanowił spędzić noc śpiąc w rowie, przykryty zabraną z domu derką, aby móc zapuścić się w jeszcze dalsze tereny. Przeprosił szczerze rodziców za nie poinformowanie ich o tym oraz obiecał, że chociaż dopuści się tego jeszcze nieraz, z pewnością nie oddali się tak daleko, by nie mógł powrócić dnia następnego. Zszokowany ojciec wkrótce po tych wydarzeniach zauważył pierwsze siwe włosy na swojej głowie.

***

W miarę jak chłopak dorastał, jego samotnicze zachowania stopniowo się nasilały. Nie tylko przebywał więcej na stepie, niż w domu, ale też urządzał coraz to dalsze eskapady i wyjawił jednemu z innych młodych myśliwych, którego spotkał, wlokąc do wioski upolowanego rysia, że przechodził on przez kanion pełen sępów łypiących ze skał na ludzi na inną równinę, odciętą pasmem skał od terenów znanych ich plemieniu. Miały one rzekomo być obfitsze i żyźniejsze, co ułatwiało mu chwytanie zwierząt i pozwalało nawet uzupełniać wodę, gdyż znalazł tam źródło drobnego strumienia. Jak twierdził, bywały one również niebezpieczne ze względu na silniejsze wiatry i brak stosownego schronienia przed nim. Zwierzęta również zdawały się tam być bardziej zajadłe i agresywne. Jednakże na horyzoncie było widać coś, co niezmiernie go nurtowało. Był to las, który co prawda zdawał się być całkowicie uschnięty, jak udało mu się ocenić z wysokości, gdy wspiął się na jedną ze skał po drugiej stronie wąwozu, ale biła od niego przedziwna energia, jednako przerażająca i zła, jak i nęcąca. Zwierzył się, że planował kiedyś się tam wybrać, o ile znalazłby jakąś drogę przez rowy i niże między pagórkami, która pozwoliłaby mu opierać się potężnym podmuchom wiatru przez dłuższy czas. Do tego musiałby też przygotować odpowiednią bazę wypadową, w której nagromadziłby odpowiedni ekwipunek do dalszych eskapad.

Niedługo po tym dniu jego ojciec usłyszał od syna, że ten chce opuścić wioskę. Zamierza zamieszkać bliżej drugiej części stepu, wciąż wracając co jakiś czas do wioski, by wymienić zdobycze na niezbędny ekwipunek oraz przy okazji odwiedzać rodziców. Póki co o niczym nie wspomniał matce. Ojciec przyjął tę wiadomość z widoczną dezaprobatą i wyraził niezadowolenie. Postanowił udać się do szamana wioski, by zasięgnąć rady w sprawie dalszych losów swojego syna. Kula ognia na niebie postanowiła obudzić się raz jeszcze przed okresem chłodów, by dokończyć wypalanie resztek turzycy na wzgórzu, gdy Shilah wspinał się po jego stromym zboczu na szczyt. Owy szczyt wzgórza był względnie szeroki. Górował nad osadą, z jednym samotnym drzewem przy krawędzi. W odstępie kilkunastu metrów stała rosła chata, większa od tych w wiosce, posiadająca więcej elementów drewnianych oraz niewielkie poddasze. Mimo położenia tak wysoko, we wzgórze nigdy nie trafił jeszcze piorun. Mieszkańcy wioski, jak i rezydent owej chaty, przypisywali to szczęście mocy Drzewa. Był to opasły, ogromny baobab, zielony nawet podczas najgorszych susz, z gałęziami rozpościerającymi się na metry. Nigdy też nie usiadł na nim żaden z sępów. Chronił on mieszkańców, zapewniając im bezpieczeństwo od wszelkiej pogody i bestii.

Shilah zadudnił pięścią do drzwi. Po krótkiej chwili z wnętrza dobiegły go odgłosy krzątaniny oraz kroków przeplatanych stukaniem. Stare, ciężkie drzwi z desek otworzyły się na oścież, ukazując stojącego w progu zgarbionego starca ubranego w długą tunikę z wyszytymi gdzieniegdzie wzorami kwiatów, których nie sposób już było znaleźć na stepie. Ten przywitał myśliwego, jednocześnie wskazując mu laską ławkę pod baobabem. Większość rozmów z mędrcem odbywała się właśnie pod Drzewem, ze względu na pierwotną energię, jaką emanowało. Gdy ten usłyszał o zamiarach jego syna, zafrasował się, gładząc swoją siwą brodę. Każda para rąk mniej do utrzymania mieszkańców oznaczała większy kłopot, nie mógł jednak trzymać nikogo na siłę, by nie skłócić ludności ze sobą. Przykazał mu dopilnować, by Hawiovi nie zaprzestał wracania do wioski. Również był zaniepokojony pogłębianiem się jego pustelnictwa, mając na uwadze niecodzienne nawyki, których nabrał. W takim wypadku stary Shilah mógł jedynie wrócić do domu i odprawić jedynego syna jak najlepiej. Wkrótce Hawiovi wędrował już obładowany bagażem, by zaszyć się w jakimś niedostępnym dla innych miejscu. Z jego ust płynęła gwizdana melodia, która w dziwny sposób zasmuciła jego wrażliwą matkę tak, iż ta zalewając się płaczem ze strachu miała problem złapać oddech. Jego ojciec również był dziwnie przygnębiony.

Z początku chłopak odwiedzał wioskę stosunkowo często, być może z przyzwyczajenia. Pytany o powodzenie mówił jedynie o większych rozmiarach i lepszej żywotności po drugiej stronie kanionu i o tym, jak potężny wiatr wieje od strony lasu. Ojciec miał często ochotę zapytać go o sępy, jednak był to temat na ogół lękliwie unikany przez osadników. Innym razem gdy Hawiovi wymieniał zdobycze na śpiwór oraz kilka drobiazgów, zrobił coś zgoła sprzecznego swojej oschłej, wilczej naturze. Matka zobaczyła go, jak uczył innego, jedynie kilkuletniego chłopca gwizdać. Być może był to jakiś przebłysk sympatii spowodowany tym, że ów chłopiec był równie leciwy i zostawiany w tyle przez rówieśników, co Hawiovi. Był to pierwszy raz od dawna, gdy ktokolwiek słyszał odgłosy tak beztroskie dobywające się z jego ust.

***

Hawiovi był coraz rzadziej widywany na stepie, być może nawet podczas suszy po drugiej stronie kanionu o zwierzynę było łatwo bez ustanku. Gdy tylko Shilah napotkał syna, zapytał więc go, czy mógłby odwiedzić go w kanionie. Ten, kręcąc trochę nosem na ten pomysł, wreszcie zgodził się i oznajmił, że ojciec może przyjść następnego ranka, a on wyjdzie mu na spotkanie. Tak i zrobił, skoro świt wyruszył z wioski. Poranek był wciąż zimny po nocy, mimo gorącej pory roku. Ciarki przeszły go od głowy w dół, po kręgosłupie, gdy zaczął zbliżać się do kanionu. Mało nie zmroziło mu krwi w żyłach, gdy przechodziło obok drzewa, na którym, jak mu się wydawało, siedział sęp owego strasznego dnia, który postarzał go o dobrych kilka lat. Tym razem żadna zmora nie czyhała na niego, jedynie wiatr świszczący jakąś chorą melodię w przestworzach, jakby śmiejąc się z niego, przytaczając odległy cień ironii. Wraz z wiatrem przyleciała ciemność, jak tamtego dnia. Spowiła myśliwego szybko, w mgnieniu oka. Uniósł się w powietrze, wysoko nad pustkowia, szybował w górę, grunt zniknął, a on leciał, ku chmurom, ku gwiazdom. Wyrwało go z tego koszmaru pstryknięcie.

Gdy otworzył oczy, stał przed nim jego syn. Powiedział, że ojciec wyglądał na nieprzytomnego i pstryknął mu palcami przed twarzą, żeby sprawdzić, czy zareaguje. Zapytał również, czy nie potrzebuje wody i wskazał mu ręką wejście do kanionu. Shilah wzdrygnął się na myśl o tym miejscu, jednak gnany ciekawością podążył za młodym pustelnikiem. Sępy łypały nań podejrzliwie i drwiąco z za swoich skrzydeł. Kanion był dłuższy, siedząc na występach skalnych i gałęziach. Kanion był dłuższy niż przypuszczał, gdyż dopiero po tym dobrych dziesięciu minutach marszu wreszcie dotarli do obozu. Składał się z kilku namiotów, dachów z płacht, stołów i skrzyń skleconych z tępo obrobionych desek, hamaka ze śpiworem oraz paleniska. Na półkach przymocowanych do skał stały przeróżne osobliwe przedmioty. Hawiovi oznajmił, iż przyniósł je z ruin w lesie, który zobaczyć można było na horyzoncie, jeżeli patrzyło się z drugiego wylotu kanionu. Twierdził, iż w lesie nie wiało aż tak mocno, a ruiny zdawały się być w jakimś stopniu bezpieczne. Nie chciał jednak zdradzić, do czego owe przedmioty służyły, ani co jeszcze w owych ruinach znalazł.

Widząc, że rozmowa się nie klei, myśliwy postanowił opuścić to miejsce. Nie podobały mu się ani zatrważająca ilość sępów, ani owe przedmioty, ani też prześmiewczy świst wiatru w skałach. Hawiovi zaoferował się go odprowadzić na step, wiedząc, iż ojciec z pewnością obawia się padlinożernych ptaków. Naturalnie ojciec przystał na tę propozycję, a gdy tylko jego syn odwrócił się i zniknął między skałami, ten puścił się pędem do wioski, nie bacząc na nic. Dawno nie czuł takiego niepokoju, jak gdy płachty namiotów ukazały się zza rogu, a podmuch wiatru uderzył go bijącą od nich dziwną energią. Prześmiewcza melodia wciąż brzęczała mu w uszach. Zaczynał się poważnie obawiać, co do stanu swojego, podejrzewając, że za jego pogłębiającym się pustelnictwem ukrywa coś większego, nieoczekiwanego i niepokojącego. Obce mu statuetki i przyrządy również wprawiły go w lęk. Część przedstawiała zwierzęta, ptactwo, insekty w powiększeniu, ale reszta istoty zgoła nieznane ludności stepu. Między tymi dziwnymi stworami noszącymi poroże, futra, nawet pory, pióra lub przedziwne kończyny, dominowały jednak gloryfikowane rozmiarem, okazałością i detalami wykonania sępy. Występując w różnych skalach, górowały nad resztą, rzucając na nie cień. Było w nich coś niesamowitego, co pomimo ich pozornej prostoty względem tych fantazyjnych potworów, nadawało im sędziwy, majestatyczny wizerunek. Ktokolwiek te figurki wykonał, być może nawet nie bał się ich, a czcił. Być może w swej plugawości były w stanie coś mu zaoferować lub chroniło go to przed nimi. Nie były to jednak pytania, którymi Shilah pragnął zaprzątać sobie głowę. Wrócił wreszcie do wioski i wbrew sobie miał nadzieję nie widzieć syna przez jakiś czas.

Pewnego dnia starego Shilah wraz z żoną ze sporządzania kolacji wyrwał metaliczny dźwięk gongu. Dwa uderzenia oznaczały naradę. Wszelkie zebrania odbywały się w sercu wioski, przy studni. Stało tam kilka drewnianych stołów oraz ław, na których zasiadano podczas wszelkich schadzek. Wiekowy, zgrzybiały szaman wspiął się na podwyższenie, by głosem pełnym niepokoju obwieścić zaginięcie młodej zielarki imieniem Nitika. Nie było to, wszelako, zaginięcie takie, jak w przypadku niektórych chłopców, jak i Hawioviego, gdy zdecydowali się zaryzykować nocowanie w którejś ze swoich stepowych kryjówek. Dziewczyna była bowiem leciwa i w obawie przed zwierzętami nie oddalała się nigdy od wioski bardziej, niż było to konieczne. Pojawiło się więc przekonanie, że o ile nie dopadła jej żadna bestia odważna na tyle, by zbliżyć się do osady, to zraniła się gdzieś i wyczekuje pomocy. Rozdano tedy pochodnie mężczyznom, którzy natychmiast przystąpili do nocnych poszukiwań. Każda para rąk była bowiem potrzebna w wiosce.

Gdy szedł tak Shilah w mroku, wypatrując i nasłuchując każdego szmeru, który mógłby się okazać dalekim wołaniem o pomoc, nawet nie zorientował się, kiedy stopy zawiodły go do pasma popękanych skał. Ogień tańczył na ścianach kanionu, wykrzywiając cienie w pełne bólu grymasy. Każdy z owych grymasów jakby chciał mu coś powiedzieć, obrazić go, będąc zawistnym nawet w takim cierpieniu. Ale oto ukazały się płachty rozwieszone między ścianami kanionu i płomień zastygł, zamarzł, przestał dręczyć posępne cienie. Widok był iście makabryczny. Na półkach i blatach, obok niezliczonych przyrządów, których nie było poprzednim razem, kiedy Shilah odwiedził syna, stały teraz przeróżne czaszki oraz inne kości zwierząt, a gdzieniegdzie powieszone były różnej maści skóry. Były wśród nich również słoiki z zakonserwowanymi organami i narządami. Całości dopełniała ostra woń ziół wymieszana z odorem krwi. Najstraszniejszy był jednak jeden stół, zestawiony z kamiennych płyt. Leżało na nim ciało młodej zielarki. Wciąż kipiało rządzą życia i energią, spięte i zastygłe z krzykiem na ustach. Cały tors był rozszarpany i zapadnięty, wyraźnie wypatroszony ze wszystkiego, co tylko dało się wyjąć.

Gdy stał tak Shilah, przerażony, usłyszał nagle pogwizdywanie odbijane od skał i niesione wprost do jego uszu z za drugiej strony obozu. Wkrótce jego syn wmaszerował pod namioty, niosąc na ramieniu wypchany worek. Zamarł na moment, gdy ujrzał ojca, wyraźnie zdziwiony. Odłożył worek na ziemię i zaczął wpatrywać się w niego pytająco, nie wiedzą, co zrobić. Stali tak obaj, ze spuszczonymi głowami, oczami pełnymi mroku, wstydu, wstrętu i strachu. W jednym przerażenie, szok i smutek, a w drugim niegodziwe rządze i gasnąca gdzieś w głębi skrucha. Wreszcie chłopak podniósł wzrok, odsłaniając kły. Oznajmił ojcu, iż nie powinien się tym przejmować, gdyż prawdopodobnie więcej już się nie spotkają, a on sam czym prędzej opuści step, bynajmniej nie z pomocą własnych nóg. Potem nie padło już ani jedno słowo z ich ust. I odwrócił się stary Shilah, i opuścił to cuchnące śmiercią miejsce, i nie był już więcej ojcem. Płomień nie tańczył już, nie pomiatał cieniami, sępy nie wisiały też nad głową myśliwego. I wrócił on do domu, by spocząć.

Gdy tylko nastał świt, mężczyzna wyszedł z chaty, by udać się na wzgórze z wiekowym baobabem. Tej nocy jego głowy nie trawiły żadne myśli, ani nie naszły go sny, spał twardo jak nigdy. Barwy poranka były ostre, zmywające się ze sobą w nienaturalnych kontrastach i kłuły go w oczy. Zastukał do drewnianych drzwi domostwa na wzgórzu. Wkrótce dobiegł go zgiełk z wnętrza i otwarły się one na oścież, a w progu stanął ten sam brodaty mędrzec, co zawsze. Widząc martwy wyraz twarzy myśliwego bez słowa pokuśtykał o lasce na ławkę pod drzewem. Shilah opowiedział mu o tym, jak szukając dziewczyny dotarł do kanionu, po czym postanowił sprawdzić obóz swojego syna, gdzie ujrzał jej zwłoki, przetworzone truchła zwierząt, przedziwne statuetki oraz przyrządy. Powiedział mu także, co Hawiovi mu oznajmił. Po długiej, przeplatanej długimi okresami grobowego milczenia naradzie uzgodnili, że trzeba wpadłego w obłęd pustelnika przepędzić. Nie było właściwe najeżdzać na niego z bronią, by go zamordować, jak i on zamordował zielarkę, jednak należało mu dać do zrozumienia, iż lepiej, aby więcej nie pokazywał się na stepie. Shilah zdecydował się, z nieskrywanym bólem, uczestniczyć w wyprawie.

Jeszcze tego samego dnia wyruszył razem z czwórką innych myśliwych, dzierżących swoje noże, łuki oraz dodatkowe widły mające na celu dodania im autorytetu wobec młodego szaleńca. Znając drogę do tego budzącego trwogę miejsca najlepiej z całej grupy, prowadził ich szybko, bez zatrzymania się ani razu, przez ostre połacie cierniowych krzaków i wyschniętej turzycy. Tego dnia słońce chciało zmieść z powierzchni pustkowi

i wszystko, co tylko śmiało wciąż pozostać żywym i wilgotnym, odparowując wszystkie płyny z tej pękniętej skorupy, w górę, ku bezkresowi. Nawet przywykli do biegania w pełnym skwarze ognistej kuli łowcy uczuli się znużeni, gdy w samo południe wreszcie dotarli do poszarpanego pasma skał i skryli się w jego pełnym ostrych kłów cieniu. Tego dnia również i kanion zdał się inny, nawet bardziej obcy, niż w swojej zwyczajnej przeklętej postaci. Nie ujrzeli bowiem obławnicy ani jednego sępa strąszocego pióra, skrzeczącego, czy krążącego nad ich głowami. Zwykle byłby to moment ulgi i spokoju, jednak w miejscu takim, jak to, było to wręcz nienaturalne i niepokojące. Żadne z mężczyzn nie śmiał jednak poruszyć tematu tego zjawiska. Po ciągnącym się marszu we wnętrzu przedziwnie zacisznej wyrwy w skałach ich oczom nareszcie ukazał się obóz. Tym razem były to jednak na wpół spopielone zgliszcza. Z płacht pozostały obwisłe strzępy, drewniane półki zmieniły się w kopce pyłu, statuetki i przyrządy gdzieś wyparowały, a wszystkie szczątki, zakonserwowane, jak i nie, skończyły jaki zwęglony, cuchnących stos. Cała sceneria pokryta była czarną sadzą i szaro białym pyłem, który wciąż unosił się w powietrzu, drażniąc nozdrza. Było oczywiste, że ten szaleniec, który niegdyś mieszkał wraz z nimi w wiosce jako drobny, cichy chłopiec, opuścił to miejsce raz i na dobre. Stary myśliwy wiedział jednak, iż nigdy nie przestanie zaprzątać sobie głowy, wiedząc, że jest on gdzieś tam, po drugiej stronie kanionu, kontynuując swe paskudne dywagacje. Odprawił więc pozostałych łowców, wiedząc, że z pewnością nie mają ochoty pozostać w tym przyprawiającym o ciarki miejscu, zebrał od nich odpowiedni sprzęt oraz prowiant i odmaszerował w przeciwną stronę, ku wylotowi kanionu.

Gdy tylko wyszedł na nową, nieznaną równinę, oszołomił go bezkres i ogrom łąk, błęki tego drugiego nieboskłonu, odmienność skali. Zaraz jednak większy monstrualny step odsłonił swoje kły, runął na niego wiatrem, zakrył niebo chmurami, uderzył w niego wonią trucizn i rządzą krwi zwierząt. Horyzont nie zaginał się już, odsłaniając sylwetki terenu, albowiem widniał na nim las, zmęczony i poszarpany, groźny, acz wołający. Drugi podmuch wiatru szarpnął mężczyzną, cisnął na ziemię. Ten oszołomiony, dopiero po chwili podniósł się i przeczołgał na klęczkach do najbliższego rowu. Wkrótce brnął przez ciernie, przez doły, opierając się miotającemu tchu pustkowi, brnął do lasu. Gdy wreszcie dotarł na jego skraj, noc już dawno zapadła, a podmuchy osłabły, by wreszcie całkowicie zaniknąć. Las był martwy. Tworzące go drzewa miały spękaną, szarą korę, trawy praktycznie nie było, jedynie uschnięte krzaki, grunt był również szarawej barwy. Mimo stosunkowo niskiego zagęszczenia w miejscu tym panował mrok, spowijała je ciemnoszara mgła, czy też jakiś gryzący w oczy i skórę dym. Na gałęziach, co kilka drzew, siedziały sępy, ze ślepiami wlepionymi w mężczyznę. Był to dziwny wzrok, nawet jak na nie. Pierwszy raz od dawna czuł się, jakby ten widok był całkowicie na miejscu. Jednak to, co było najbardziej niezwykłe, górowało nad owym prastarym lasem, kamienne i masywne, monstrualne i groźne. Była to wieża, bądź baszta, surowa i ziejąca złem z otworów strzelniczych. Myśliwy owiał ją chłodno wzrokiem i wstąpił w ciemność kniei.

Oświetlając sobie drogę pochodnią z gałęzi obwiniętej szmatą, szedł stary Shilah przez ów pradawny, martwy bór, zamieszkały jedynie przez wieczne ptaki zagłady. Droga była prosta i czysta, jak jakiś zapomniany trakt. I prawdziwie stał się starcem, będąc przepełnionym grozą tak bolesną, jak ciernie na zboczach tej drogi, jak te wykręcone w korzenie drzew. Jego głowę przestały wypełniać myśli, poza jedną, o wieży. O wieży, w której skrył się chłopiec, by dokonać jakiegoś straszliwego czynu. Wyrosła owa strażnica kniei nad nim, światło pochodni omiotło jej kamienne mury, cień runął na wędrowca ze szczytu. Gdy pchnął ciężkie wrota z poczerniałego drewna, księżycowy brzask zalał wnętrze, ukazując meble oraz rzędy półek pełnych przedmiotów podobnych do tych z obozu w kanionie. Wszedł do środka i rozglądając się, z przerażeniem podziwiał niesamowicie detaliczne wizerunki bestii postawione obok złowieszczo złożonych w budowie narzędzi. Nie śmiał myśleć, do czego owe przyrządy mogły służyć, jednak przypominały mu w jakiś sposób o uwięzi zwierząt, czg obróbce twardych materiałów. Gdy już otrząsnął się z transu, w jaki wprowadziły go przedziwny zaduch i mgła pomieszczenia, zorientował się, iż słyszy zaiste obłędne, maniakalne głosy dobiegające gdzieś z góry. Wyciągnął więc pochodnię przed siebie i ruszył w górę schodów.

Krótkie, wysokie stopnie pięły się w nieskończoność, przechylały w odwrotną stronę, starając się zrzucić mężczyznę, uciekały mu się spod stóp, odejmowały oddech od ust. Gdy piął się tak po tej wąskiej spirali szaleństwa, mijając liczne piętra z drzwiami kryjącymi swoje niezdrowe, złe sekrety, jego topiące się w zmęczeniu myśli i świadomość nawiedzały wizje chłodu, wilgoci i stęchlizny, wypalające siłę i władzę w nogach. Płomień lizał twarde, nigdy nie kruszejące, odwieczne ściany, jak gdyby chciał go ostrzec przed wiekiem tej budowli, przed jej szlifowaną przez wieki zawistną pasją pochłaniania wszelkiego życia. Dotarł on wreszcie, po latach owej bezmyślnej, p półświadomej, katorgi, mechanicznej wspinaczce, na sam szczyt wieży. Zejście w dół nie miało już bytu, było jedynie zamazaną, ciemną plamą z tyłu jego świadomości, przed nim były tylko drzwi, potężne i ciężkie, z grubą kołatką z czarnego materiału. Mógłby się niejeden zapędzony w takie miejsce wędrowiec uczuć, jakby wypełniany był śniedzią płynącą ze wszystkich szpar owych wrót, całą ich zgryzotą i brudem. Krzyk i wrzask grzmiał z za nich, bluźniercze inkantacje, tupot, skowyt, cięte powietrze. Pochodnia zgasła, gdy tylko pchnął je i ukazała się w nich szpara. Zgrzyt i trzask wlatywał przez jego uszy, głęboko do umysłu, szarpiąc i rwąc, co tylko napotkał. Otworzyła się przed nim ostatnia, najwyższa komnata tej wieży, miejsce ofiar, obrzędów, hołdu dla władców, mostów do innych światów, wylęgarnia mętów, robactwa. W samym sercu tego surowego plugastwa, pradawnego przepychu metali i minerałów niebędących z tego świata, jedna była rzecz, od której Shilah zamarł i której opisać ani on, ani nikt inny nie potrafił. Okropny, ogromny stwór, wzbił się w powietrze, ku stropowi szybującemu wraz z nim w górę, zaginając przestrzeń, rozłożył skrzydła, nastroszył pierze, pokazał szpony i wyciągnął dziób w górę. Sęp nie krzyknął, nie zaskrzeczał, nie zarechotał. Ale zagwizdał. I była to melodia, która niosła się nad stepami, płynąc w swojej melancholii, śpiewając o bezkresie niebios i wieczności.

Koniec

Komentarze

To ja przybywam z podpowiedzią, dlaczego ludziska nie komentują Twojego tekstu.

 Abym miał ochotę przeczytać opowiadanie 40k to muszę mieć powód, a Ty od samego początku mnie zniechęcasz. Najpierw, obrażając moją inteligencję zdaniem:

roślinność karmiona tlenem pnie się wyżej od kamiennych ruin

W którym sa dwa ewidentne błedy logiczne:

1. Roślinność nie żywi się tlenem

2. Nie może piąć się wyżej od ruin, bo pnie się po nich.

Od samego początku tworzysz skomplikowane, wielokrotnie złożone zdania, które trzeba czytać kilkakrotnie aby zrozumieć zamysł autora. I nie dla tego, że zamysł jest głęboki, tylko ciąg logiczny robi zbyt wielkie kroki.

Boli “Na wskutek”. -> https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/na-skutek-i-wskutek;5407.html

A gdy wreszcie zerknąłem, co dalej (tak, chciałem przeskoczyć opis) to zobaczyłem ścianę tekstu, która ostatecznie zniechęciła mnie do przeczytania Twojego opowiadania do końca.

No, przykro mi. sad

Versusie, zaczęłam lekturę i, niestety, dość szybko odpadłam, albowiem trudno śledzić tekst, którego zdania ulatują z pamięci niemal natychmiast po przeczytaniu kolejnych. Trudno śledzić tekst, kiedy zamiast poznawać jego treść, muszę zastanawiać się, co autor miał nadzieję wyrazić w kolejnych zdaniach i dlaczego czyni to w tak osobliwie skomplikowany sposób. Trudno śledzić tekst, który został przedstawiony w formie zwartych bloków, bez podziału na akapity.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No, ja też odpadłam. Opisy, opisy, opisy… Pustynia, sępy, chłopiec… A żadnego haczyka, który sprawiłby, że zechcę dowiedzieć się, co jest dalej.

Są miejsca, gdzie roślinność karmiona tlenem pnie się wyżej od kamiennych ruin,

Roślinność raczej woli ditlenek węgla.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka