- Opowiadanie: CharliseEileen - Pan Kleofas – entuzjasta czarnej magii

Pan Kleofas – entuzjasta czarnej magii

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

Użytkownicy IV, zygfryd89

Oceny

Pan Kleofas – entuzjasta czarnej magii

Noc już dawno zmogła ludzi. O tej porze ulicami oświetlonymi mglistą poświatą księżyca przechadzają się jedynie bezpańskie psy i koty. Część z tych zwierząt rzeczywiście jest tylko zwierzętami, część natomiast jest zręczną powłoką, przebraniem. Ci, którzy przybierają tę postać, przemykają wśród ceglanych budynków jak cień, by czym prędzej zjawić się w umówionym miejscu.

Tej nocy, wraz z wybiciem trzeciej w nocy, tylko w jednym domu zapala się światło. Budynek stoi na obrzeżach miasta i pomału żałośnie zapada się w sobie pod ciężarem wieku. W opuszczonej willi podobno straszy, dlatego wszyscy omijają to miejsce szerokim łukiem. Nikt nie kwapi się, by poczuć obecność duchów na własnej skórze.

Właśnie tam, na rozbitej, zakurzonej szybie tańczy rozedrgany blask płomyka. Przy tym oknie, na nadkruszonym parapecie siedzi też cicho kruk o czarnych, lśniących piórach. W zupełnym bezruchu wygląda jak wypchane trofeum. Przygląda się tym, którzy zgromadzili się w środku.

Nie są to ludzie. Niektórzy nawet ludzi nie przypominają. Łypią wokoło żółtymi ślepiami o pionowych, wąskich źrenicach. Stukają koźlimi kopytami po skrzypiących deskach podłogi. Powarkują na spóźnialskich, szczerząc ostre kły i marszcząc straszne pyski.

Z półmroku wyłania się niezwykle chudy, czarnoskóry mężczyzna o niespotykanie jasnych oczach. Tęczówki, w których na próżno szukać jakichkolwiek emocji, przypominają barwione szkło.

Nim przemawia, podwija jeszcze szerokie rękawy koszuli, która nosi na sobie ślady wielokrotnego cerowania:

– Moi mili, zapewne również dostrzegacie zagrożenie. To coś, co nie powinno w ogóle zaprzątać nam głowy, a jednak… A jednak istnieje i z dnia na dzień staje się coraz poważniejsze. – Mężczyzna robi znaczącą pauzę i omiata spojrzeniem zgromadzonych. – Człowiek! Ten jeden marny ludzki byt, którego życie trwa tyle, co nic. Pojawia się, by zniknąć. Dla nas, jego ziemski czas, to jak mrugnięcie powieki. A jednak…

W zamyśleniu pochyla się nad świecą ustawioną na niskim stoliku na środku pokoju. Pożółkły wosk skapuje leniwie na blat, tworząc niesymetryczną kałużę, która szybko tężeje. Chudym palcem o brudnym paznokciu przez chwilę delikatnie smaga słaby płomyk, który niespodziewanie zaczyna pełzać po ciemnej skórze jego dłoni niczym wąż. Oplata jego nadgarstek i przedramię, ale wcale nie sprawia bólu, nie pozostawia ran. Żywioł nie może skrzywdzić mężczyzny, który od zarania dziejów jest jego panem.

To Hakael, jeden z upadłych aniołów, diabeł, który odebrał duszę już niejednemu człowiekowi. Lęk budzi również wśród swoich pobratymców. Wiedźmy, wilkołaki, wampiry, i inne mary nigdy nie ośmielą się mu sprzeciwić, gdyż wiedzą, że kara za nieposłuszeństwo będzie straszna. Dlatego też wszyscy odpowiedzieli na jego wezwanie i tej nocy uważnie słuchają jego słów.

Mężczyzna prostuje się, a intensywny płomień ze świstem powraca na swoje miejsce, by tam znów zakołysać się niewielkim blaskiem.  

– Szanowny pan Kleofas Csenger wystawia naszą cierpliwość na próbę nieustannie od trzystu lat. Wciąż niepokoi nas swoim wścibstwem. Szuka naszych śladów w mieście, demaskuje nasze kryjówki, próbuje odczytywać zaklęcia, odtwarzać mikstury. Poluje nawet na tych najmniejszych z nas, by zamknąć w swoich albumach jak kolorowe motyle! – Hakael wskazuje gestem dłoni niewielkie istotki, które krążą w półmroku ponad ich głowami. Chochliki z ostrym piskiem gniewnie przytakują i wygrażają drobnymi piąstkami.

– Gdybyś nie przymknął wtedy oka na pomysł Ananke, ten męczący staruszek już dawno leżałby martwy – zauważa nagle kobieta w eleganckiej, sztywnej sukni. Jej niezdrowo blada twarz skryta jest za woalką z czarnej koronki. W trupich dłoniach trzyma porcelanową, ręcznie malowaną filiżankę, z której raz po raz sączy ciemnoczerwony płyn. Lekko słodkawa, gęsta krew pozostawia cierpki posmak na jej języku.

Tymczasem ukryty w ciemności kruk na parapecie potrząsa głową, wybudzając się z odrętwienia. Przysuwa się bliżej, by nie uronić ani jednego słowa.

– Kochana Ejszet, któż mógł przypuszczać, że Ananke okaże się aż tak lekkomyślna? Ten szalony człowiek uratował ją ze stosu, na którym miała spłonąć. Chciała się odwdzięczyć, na co niechętnie przystałem, jednak nie sądziłem, że zamiast kilku lat zwłoki przed śmiercią, ta głupia dziewczyna ofiaruje mu wieczność.

Wspomnienie młodej wiedźmy wzbudza w zgromadzonych demonach i stworach gwałtowną złość. By dać upust swojej frustracji i rozżaleniu, zaczynają krzyczeć jeden przez drugiego:

– A teraz jeszcze u niego służy!

– I zmieniła imię na ludzkie!

– Magdalena! Ananke nazywa się Magdalena, co za wstyd!

– Cisza! – Przerywa Hakael donośnym głosem, a płomyk świecy na moment gaśnie. Wszyscy posłusznie milkną i z przestrachem wpatrują w diabła, który uśmiecha się bez wesołości. Przemawia już spokojnym tonem:

– Ananke postąpiła niegodnie, z tym się zgodzę. Jednak wciąż jest jedną z nas i to nie ona jest zagrożeniem. To pana Kleofasa należy się pozbyć i tak właśnie zrobimy. Przyznaję, że zwlekaliśmy zbyt długo, jednak czas ostatecznie naprawić błędy.

– Co zamierzasz? – pyta jeden z wilkołaków, a jego głos przypomina krótkie szczeknięcie psa.

– Zabiję go, rzecz jasna.

Po pokoju przechodzi cichy pomruk aprobaty, a kruk czym prędzej wzbija się w powietrze, by ostrzec pana Kleofasa, nim będzie za późno.

Ptak ten również nie jest zwykłym ptakiem. To wiedźma Ananke, która od wieków przyjaźni się z człowiekiem, tym samym, który uchronił ją przed straszną śmiercią w erze polowań na czarownice.

 Swą prawdziwą postać przybiera dopiero na ganku kamienicy, w której mieszka starszy mężczyzna. Nim otwiera drzwi, uważnie rozgląda się wokoło. Blask księżyca oświetla jej zmartwione, ciemne oczy, na które opadają czarne kosmyki długich, niesfornych włosów.

Ananke zatrzaskuje wszystkie zamki, zapala oliwną lampę i czym prędzej biegnie sprawdzić, czy pan Kleofas śpi w swojej sypialni. Nieraz miał zwyczaj spacerować nocą po podejrzanych okolicach, tam gdzie aż roiło się od przeklętych stworzeń. Mimo swojej nieśmiertelności, wystarczyłoby jedno ugryzienie wilkołaka, czy krzywe spojrzenie wiedźmy, a los staruszka byłby przypieczętowany.

Na szczęście dla Pana Kleofasa demoniczne istoty wolały zejść mu z drogi, gdy tylko ten pojawiał się w pobliżu. Nie uciekały ze strachu przed samym człowiekiem, ponieważ już od wieków żyły tuż obok ludzi, ale z obawy przed jego wścibstwem, które mogłoby sprowadzić na nich prześladowanie gorsze od pogromu czarownic kilka wieków temu.

Młoda wiedźma staje w progu pokoju pana Kleofasa i z ulgą spogląda na śpiącego mężczyznę. Zamyka cichutko drzwi i kieruje się na poddasze, gdzie sama ma swoje skromne mieszkanie. Przysiada na stołku przy małym okienku i nieruchomieje tak, spoglądając daleko hen na śpiące miasto. W zamyśleniu czeka, aż wstanie świt, by zejść do kuchni i przygotować panu Kleofasowi na śniadanie jego ulubione jajka sadzone.

Równo o ósmej rano po domu niesie się skrzypienie drzwi i ciche westchnienie pana Kleofasa, gdy ten z trudem próbuje się wyprostować. Staruszek wygląda na lat siedemdziesiąt, przy czym liczy sobie już trzysta dziewięćdziesiąt osiem, co jest całkiem słusznym wiekiem. Krok za krokiem schodzi w dół po schodach, wciąż jeszcze mocno schylony. W ciągu dnia, jak zwykle około południa, pan Kleofas wybierze się na spacer, a kręgosłup odzyska pewną elastyczność.

– Dzień dobry, moja droga Magdaleno! – wita się z nią wesoło i zasiada przy stole, gdzie czekają już na niego okulary i poranne wydanie budapeskiej gazety codziennej.

– Dzień dobry, proszę pana. Jak minęła noc? – odpowiada dziewczyna, kładąc przed nim gotowe śniadanie.

– Przyzwoicie, chociaż znowu dokuczała mi rwa kulszowa. Może znajdziesz na to jakiś sprytny eliksir? – Na sam ten pomysł oczy mężczyzny rozbłyskują podekscytowaniem. – Będą ci potrzebne zapewne jakieś pajęcze odwłoki i sproszkowane liście łopianu. Ach, nic się nie martw, wszystko dla ciebie zakupię! Tylko wciąż nie jestem pewien, gdzie handluje ta wiedźma, którą kiedyś widziałem pod Bazyliką świętego Stefana na Szent István. Taka tęga baba z paskudną brodawką na lewym policzku i w takiej dziwacznej fryzurze upiętej czerwoną chustą. Znasz ją?

Ananke z pozornym spokojem wysłuchuje gderania staruszka, obierając warzywa na zupę. Kręci głową na znak, że nie zna tej kobiety, podczas gdy tak naprawdę doskonale wie, o kogo mu chodzi. To Adamantea, która rzeczywiście sprzedaje składniki eliksirów. Dziewczyna z niepokojem spogląda na pana Kleofasa, którego teraz całkiem absorbuje poranna prasa.

Okrągłe okulary zsuwają mu się na czubek haczykowatego nosa, a skraj długiej siwiej brody opada na stół. Ananke z rosnącym lękiem obserwuje swojego pracodawcę, który nieświadomy czyhającego na niego zagrożenia powoli kończy śniadanie. Sama nie wie, jak zacząć tę rozmowę, jednak zdaje sobie sprawę, że musi zrobić wszystko, by jej przyjaciel był bezpieczny.

– Proszę pana, przyjmujemy dzisiaj może gości? – zagaduje, siląc się na spokojny ton.

– Nie, moja droga. Uprzedziłbym cię przecież wcześniej, gdybym miał zamiar zjeść obiad z kimś więcej – odpowiada pan Kleofas nieszczególnie zainteresowany rozmową

– Pan Szilard nie przychodzi na herbatę?

– Skąd ten pomysł? – Ananke w końcu zyskuje większą uwagę swojego rozmówcy. Staruszek składa gazetę i spogląda na nią znad okularów. Mimo, że marszczy podejrzliwie krzaczaste brwi, wciąż wygląda zupełnie jak święty Mikołaj.

– Bardzo często u nas ostatnio bywał, szczególnie w soboty. A dzisiaj jest właśnie sobota.

– Doprawdy? W takim razie może sam do niego wpadnę dziś wieczorem. Na pewno się ucieszy. Od śmierci żony nie za często pojawia się w mieście, biedaczysko.

– Niech pan może lepiej dziś nie wychodzi… – zaczyna dziewczyna z przestrachem. – Jest chłodno. – Oboje spoglądają przez okno na ulicę zalaną kwietniowym słońcem, po której z charakterystycznym turkotem przejeżdża bryczka.

– To złudna pogoda. A wieczorami o tej porze roku bywają przymrozki. Nie chcę, żeby się pan przeziębił – wyjaśnia młoda wiedźma, coraz bardziej tracąc nad sobą panowanie.

– Ubiorę się ciepło, bez obaw.

– Upiekę pana ulubioną szarlotkę i zaproszę pana Szilarda – proponuje Ananke niemal błagalnym głosem.

– Och, szarlotka! Świetnie, zabiorę ciasto ze sobą.

– Może lepiej… – próbuje znów już zupełnie zrozpaczona.

– Magdaleno! – Pan Kleofas wyraźnie traci cierpliwość.

Wstaje zbyt gwałtownie i musi przytrzymać się krzesła. Nie chce jednak, by dziewczyna pomogła mu wyjść z kuchni. Zamiast tego sam powoli kieruje się ku wyjściu, zapowiadając jeszcze na progu, że wychodzi o siedemnastej i zje kolacje u znajomego.

Ananke bez sił opada na krzesło i ukrywa twarz w dłoniach. Nie wie, co począć. Nie może opowiedzieć mu o wszystkim, ponieważ wtedy bardzo szybko wydałoby się, że podsłuchiwała zeszłej nocy. Tym razem gniew Hakaela z pewnością dosięgnąłby także jej.

Wspomina, gdy całe wieki temu, uciekając przed wściekłym tłumem chłopów, niemal wpadła na pana Kleofasa, który ukrył ją w swoim domu – tym samym, w którym teraz mieszka. Ananke rzuciła czar nie tylko na właściciela, ale również na cały budynek, by ani jedna cegła się nie wykruszyła i aby ani jedna szyba nie pękła pod naporem czasu. Wszystko to zrobiła, by wyrazić swą wdzięczność za uratowanie przed straszną śmiercią, jednak dziś zaczyna żałować, że nie spłonęła wtedy na stosie.

Szybko okazało się, że uprzejmy staruszek to prawdziwy entuzjasta czarnej magii. Wcale nie zdziwiłaby się, gdyby okazało się, że uratował ją tylko dlatego, że nie mógł przepuścić szansy, by poznać najprawdziwszą wiedźmę. Los chciał, że trafił na niezwykle dobrą dziewczynę. Większość czarownic to skrzeczące jędze, które nawet by nie podziękowały.

Może więc lepiej wyszłaby na tym, gdyby podporządkowała się tej naturze i rzuciła pana Kleofasa na pożarcie demonom? W końcu przez całe stulecia sam się o to prosił. Węszył po wszystkich zakazanych zakamarkach. Bez pytania pożyczał księgi Ananke. Szeptał jej zaklęcia. Raz nawet stłukł tysiącletnią szklaną kulę, która przechodziła w rodzinie wiedźmy z matki na córkę od starożytnych czasów. Hakael nie był istotą szczególnie cierpliwą i łagodną, ale i tak przyzwalał mu na te eksperymenty już wystarczająco długo.

Może czas by zakończyć zabawy pana Kleofasa i znów zaznać spokoju? Mogłaby powrócić w łaski wielu swoich dawnych przyjaciół z magicznego świata. Mogłaby porzucić ludzkie imię i znów być tylko Ananke…

– Dam ci radę, słodziutka – rozbrzmiewa nagle czyjś kobiecy, ale przy tym chrapliwy głos.

Dziewczyna podnosi głowę i spogląda na Adamanteę, tę starą wiedźmę, mistrzynię wywarów. Kobieta siedzi w rozkroku na stole z wysoko zadartą spódnicą. Kościste kolana okrywają zszarzałe pończochy. Macha przy tym nogami jak mała dziewczynka i przegląda gazetę, którą pozostawił tam pan Kleofas. Wertuje strony, aż w pewnym momencie coś przykuwa jej wzrok.

– Pozwól Hakaelowi zrobić to, co trzeba zrobić. Chciałaś dobrze, ale nie warto nadstawiać karku dla zdziwaczałego starucha, który nigdy nie zrozumie naszego świata, prawda? – Donośnie pociąga nosem i wskazuje czarnym szponem na pewną fotografię.

Ananke bierze od niej gazetę. Zdjęcie przedstawia płonący budynek. Ogień bucha wokoło, łapczywie spopielając drewno, topiąc szyby i krusząc cegły. Dziewczyna słyszała o tej tragedii. Tym nieszczęściem żyło przecież całe miasto, gdy kilka dni temu w kamienicy we śnie spłonęło młode małżeństwo.

Nagle dostrzega pewien szczegół. W oknie trawionej przez żywioł ruiny stoi postać. Widać jedynie cień, jednak nieznajomy wydaje się spokojny, tak jakby nie zauważał całego tego piekła, które się właśnie wokoło rozgrywa. Ach, właśnie… Jak można dostrzec piekło, gdy od niepamiętnych czasów towarzyszy ci ono na każdym kroku?

– Hakael nie mógł znieść myśli, że Zhsmael, pamiętasz, ten nieszczęsny szalony wampir, postanowił ożenić się z ludzką dziewczyną. Nie zdążył jej nawet ugryźć, więc przynajmniej długo nie cierpiała. Z nim było trudniej. Bronił się. Próbował uciec. No cóż…

– Nie chce, żeby on go zabił.

– A ja nie chce przeczytać o tobie w gazecie. Już, no nie becz tak! To tylko zwykły człowiek, bogowie… – Wtedy Ananke wybucha płaczem na dobre. Stara wiedźma pociesza ją tak długo, aż w końcu dziewczyna się uspokaja. Nim odchodzi, wymusza na niej obietnicę, że ta pozwoli demonowi pozbyć się pana Kleofasa.

Wybija godzina siedemnasta i staruszek oświadcza, że wychodzi. Anake wręcza mu więc jeszcze ciepłą szarlotkę i prosi, by wrócił do domu przed północą. Staje w oknie i odprowadza go wzrokiem, a po jej policzkach spływają słone łzy. Ma przeczucie, że oto widzi go po raz ostatni.

Zamyka okiennice, gdy mężczyzna znika za rogiem. Niespiesznie zapala świece i zasiada do robótki.  Nie wstaje z miejsca aż do czasu, gdy do drzwi mieszkania ktoś zaczyna się gwałtownie dobijać. W letargu otwiera i mruży oczy przed jasnymi promieniami słońca, które znajduje się już wysoko na niebie. Jest piękny kwietniowy dzień.

Dziewczyna spogląda na małego chłopca, który stoi na progu zdyszany, cały czerwony z czołem zroszonym potem. Jego duże, zielone oczy przypominają dwa spodki.

– Magdaleno, stało się coś okropnego! – krzyczy Filip ze strachem.

– Wiem – odpowiada tylko młoda wiedźma.

 

 

Koniec

Komentarze

Całkiem udana próba z narracją w czasie teraźniejszym. Albo może zaczynam się bardziej przekonywać do takich eksperymentów. Stworzyłaś bardzo interesujący i nietuzinkowy świat, który z pewnością potrafi zaciekawić czytelnika. Kompozycyjnie trochę to bardziej fragment niż zamknięta całość, ale podoba mi się jak wplatasz postaci mitologiczne w stworzony przez siebie świat.

Pozdrawiam i klikam.

Dzięki, oidrin! Sama nie wiem czemu, ale najlepiej pisze mi się własnie w czasie teraźniejszym :)

Mam poczucie, że przeczytałam fragment czegoś większego, a nie zamknięty tekst. Nie jest to jakiś specjalny zarzut, ale jednak nie pozwoliło to mi wejść do tego świata. Bardzo mi się spodobał motyw uratowania czarownicy, który postanowiła żyć wśród ludzi. To chyba mój ulubiony kawałek fabuły, bo jakoś mało się przejmuję tym, że demony chcą wykończyć Kleofasa. A to też powinien być wciągający fragment, bo okultyzm i takie tam, czyli to co lubię najbardziej. Jest potencjał na ciekawą historię, ale potrzebowałam więcej. 

Pisanie w czasie teraźniejszym chyba poszło Ci dobrze, bo nawet nie zwróciłam uwagi. Po prostu dobrze się czytało. 

Ciekawy tekst, niezły zarówno pod względem świata przedstawionego, jak i bohaterów. Szkoda, że akcja urywa się tak nagle, odniosłem wrażenie, jakbym przeczytał fragment czegoś większego (bo jest na to potencjał).

Historia zaciekawiła mnie, ale co z tego, skoro skończyła się nagle, jak ciachnięta nożem, a ja zostałam z niewiedzą, co dalej.

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

Tej nocy, wraz z wy­bi­ciem trze­ciej w nocy… ―> Brzmi to fatalnie – czy w nocy mogła wybić trzecia po południu?

 

wy­sta­wia naszą cier­pli­wość na próbę nie­ustan­nie od trzy­stu lat. Wciąż nie­po­koi nas swoim wścib­stwem. Szuka na­szych śla­dów w mie­ście, de­ma­sku­je nasze kry­jów­ki, pró­bu­je od­czy­ty­wać za­klę­cia, od­twa­rzać mik­stu­ry. Po­lu­je nawet na tych naj­mniej­szych z nas, by za­mknąć w swo­ich al­bu­mach… ―> Nadmiar zaimków.

 

Ha­ka­el wska­zu­je ge­stem dłoni nie­wiel­kie istot­ki… ―> Masło maślane – gesty wykonuje się właśnie rękami/ dłońmi.

 

gęsta krew po­zo­sta­wia cierp­ki po­smak na jej ję­zy­ku. ―> Zbędny zaimek – czy pita przez kobietę krew mogła pozostawić posmak na cudzym języku?

 

Anan­ke na­zy­wa się Mag­da­le­na, co za wstyd! ―> Anan­ke ma na imię Mag­da­le­na, co za wstyd!

 

– Cisza! – Prze­ry­wa Ha­ka­el do­no­śnym gło­sem… ―> – Cisza! – prze­ry­wa Ha­ka­el do­no­śnym gło­sem

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/

 

Na szczę­ście dla Pana Kle­ofa­sa… ―> Dlaczego wielka litera?

 

Krok za kro­kiem scho­dzi w dół po scho­dach… ―> Masło maślane – czy mógłby schodzić w górę?

 

i po­ran­ne wy­da­nie bu­da­pe­skiej ga­ze­ty co­dzien­nej. ―> Chyba miało być: …i po­ran­ne wy­da­nie budapeszteńskiej ga­ze­ty co­dzien­nej.

 

i w ta­kiej dzi­wacz­nej fry­zu­rze upię­tej czer­wo­ną chu­s­tą. ―> Jak można upiąć fryzurę chustą???

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

zygfryd89, szczerze powiedziawszy nie myślałam, żeby zrobić z tego coś większego, ale może faktycznie trochę jeszcze przy tym przysiądę ;) 

regulatorzy, dzięki za zauważenie tych błędów! Ehhh, nieraz trudno jest wyłapać błędy w swoim tekście niezależnie od tego, ile razy już się go czytało. ;)

Bardzo proszę, CharlieseEileen. Miło mi, że mogłam się przydać. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka