- Opowiadanie: rosebelle - Krzyk

Krzyk

Opowiadanie z Kryształowych Smoków. Nie poszło w konkursie więc wrzucam. Rozważam rozbudowanie go kiedyś i może próbę posłania go gdzieś jeszcze, kiedyś, ale znając siebie to z tych planów nic nie wyjdzie, więc chętnie dowiem się, co wy o nim myślicie. Obiecuję nie płakać. Głośno. ;)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Krzyk

Wyję przeciągle, zaciskając palce na zimnym metalu szpitalnego łóżka. Pierwotny, niemal zwierzęcy odgłos kontrastuje z metodycznymi i spokojnymi poleceniami lekarzy. Wreszcie do nietypowego chóru dołącza kolejny głos. Rozpaczliwy jak mój, nieszczęśliwy, że wyrwano go z ciepłego raju do zimnych piekieł. Zamaskowany cyborg ogląda dokładnie to, co moje, przecina pępowinę. Daje mi jedno, krótkie spojrzenie na maciupeńką, nieco spiczastą główkę. 

***

– Zatrzymaj – mówię ochrypniętym głosem, pauzując holo-wspomnienie.

Chcę przybliżyć obraz, przyjrzeć się maleńkim, zmrużonym w pierwszym krzyku oczkom. Gdy próbuję, obraz rozmazuje się i po chwili znika. Przeciążenie systemu pamięciowego. Zsuwam maskę projektora wspomnień z twarzy i przecieram krople potu, zebrane wokół oczu. Migrena natychmiast bombarduje moje skronie.

– Wydajesz się przygnębiona – odzywa się regulator nastroju. Głos jest ustawiony na męski z latynoamerykańskim akcentem. Przynajmniej za każdym razem, gdy się odzywa, faktycznie poprawia mi humor. – Zalecam dwadzieścia minut yogi, a potem piętnaście minut medytacji. Mindfulness to naukowo dowiedziona metoda poprawy samopoczucia…

– Wyłącz się, Javier – wydaję polecenie zmęczonym od papierosowego dymu głosem, a potem znów wciągam siwą toksynę. Trucizna wpełza do płuc i od razu przypominam sobie, że kończą mi się zapasy. Wzdycham ciężko i wydaję komendę urządzeniu, które kiedyś było telefonem, a teraz jest wszystkim i niczym. 

– Melchior – System nazwano po jednym z trzech mędrców, jakby jeszcze dodatkowo chcieli podkreślić, że to najinteligentniejsze dzieło ludzkich rąk. Choć z tymi ludzkimi rękoma to mocno naciągane. – Napisz wiadomość do: Seba. 

Ekran rozbłyskuje na stole rozganiając przyczajone na ścianach cienie.

Odchylam głowę do tyłu i chwilę zastanawiam się nad treścią wiadomości. 

– Stokrotki już prawie przekwitły. Kiedy siejemy nowe? Wesoła emotka pandy. Wyślij. 

Światło gaśnie tak szybko, jak rozbłysło. Znów dryfuję w ciemności. Korci mnie, by ponownie odpalić wspomnienie. Nagle Melchior zaczyna wibrować i błyskać. Seba dzwoni. 

“Pogięło go?” – zastanawiam się, ale w końcu odbieram.

– Zuza, kurwa, jaja sobie robisz? – sapie przez system stereo, do którego podłączony jest mądrala. 

– O co ci chodzi? – pytam niewzruszona nerwowością chłopa. Zawsze taki jest, narwany, ale to przyzwoity partner w interesach. 

– O co mi chodzi, o co chodzi, kurwa, no jaja sobie robisz. Od dwóch tygodni mnie olewasz, a teraz nagle piszesz, że ci się zapasy kończą. A powiedz mi, duszko słodka, skąd mam mieć dla ciebie nowy towar, skoro nie dostarczyłaś nasionek, hm?

Wyciągam papierosa z ust i usiłuję sobie przypomnieć ostatnie dwa tygodnie. Rozprawa odbyła się jeszcze na szpitalnej sali, zanim w ogóle w pełni odzyskałam przytomność po porodzie. Błękitne światło hologramów kaleczyło moje oczy. Sąd przyznał ojcu wyłączne prawo opieki nad dzieckiem. Tylko dlatego, że nie jestem zmodyfikowana. Ojciec zapewni małemu lepszą przyszłość, zapewni mu modyfikacje. Tego chcą. Jako nie-mod mogłabym tylko przeszkadzać. Ogarnęli mnie i odesłali do domu. Zaczęłam ryczeć i pić, męcząc się z dolegliwościami połogu.

Potem już mam przed oczyma wyłącznie obraz synka. Jak długo przewijałam to wspomnienie? Czy to możliwe, że minęło aż tyle czasu?

– Fuck – zaklinam pod nosem i sięgam po Melchiora. Setki zignorowanych wiadomości, nieodebranych telefonów z plantacji i od Seby. Na dłużej zatrzymuję się na mailu od sądu rodzinnego, potwierdzającym wyrok i informującym, że mam miesiąc na odwołanie się od decyzji. Łaska, kurwa jego mać. 

– No właśnie, fuck. Słuchaj, Zuza, rozumiem, że jesteś wstrząśnięta tym, co się stało, ale business is business. Ogarnij się. Jak mi dostarczysz nasiona, to podeślę ci kontakt do dobrego papugi.

– Człowiek, czy…

– Się, kurwa, głupio pytasz. Nie może cię reprezentować człowiek, bo na wejściu przegrasz. Musisz mieć po swojej stronie cyborga, to podniesie twoją wiarygodność. Napisałaś już odwołanie?

Wzdycham ciężko. Seba ma rację. Jebane pół-maszyny pod przykrywką troski o rozwój cywilizacji zarządziły stopniowe eliminowanie gatunku homo sapiens. Jeśli mam je przekonać, że mimo iż nie zostałam zmodyfikowana, mam prawo do opieki nad dzieckiem, musi mnie reprezentować jeden z nich. Pytanie, czy będę w stanie się wypłacić. Biznesik z Sebą ładnie nam rozkwitł – nic tak nie wpływa na sprzedaż jak prohibicja – ale jeśli papuga rzeczywiście miał być dobry, to pewnie wszczepił sobie mikroczip podnoszący zdolności logiczne, językowe i cholera wie, jakie jeszcze. Jeśli do teraz spłaca taki enhancement to może zażądać astronomicznej kwoty. Do tego nawaliłam dostawy i gotówka może mi się skończyć równie szybko, co papierosy. 

– Nie napisałam – odzywam się wreszcie. 

– No to spinaj poślady i jak jeszcze dzisiaj dostarczysz towar, to już papuga napisze za ciebie. Masz jeszcze czas, wyrobisz się. 

– Seba, ale czy myślisz… Stać mnie na niego?

Śmieje się bezczelnie. 

– Nie, ale jeśli przestaniesz fiksować, to ci pomogę. Jasne?

No tak. Business is business. Uśmiecham się, bo jednak ludzka solidarność jest wzruszająca. Kiedy i dlaczego za wszelką cenę zechcieliśmy być czymś więcej? Potem zauważam plamy na bluzce. Nie odciągnęłam mleka. 

***

Przywrócenie się do względnego porządku zajmuje mi jakieś pół godziny i wreszcie wychodzę z mieszkania. Zastanawiam się, czy w ogóle jeszcze mam pracę. Teoretycznie powinni uznać mój urlop, chociażby ze względu na połóg, ale czasy są trudne dla nie-modów. Każdy trzyma się kurczowo dowolnego zajęcia, a i tak poziom bezrobocia wśród nas wynosi siedemdziesiąt procent. 

Na zewnątrz panuje optymalna temperatura, jak zawsze. Przynajmniej termostat funkcjonuje prawidłowo. Kieruję się do windy ciśnieniowej. Sześcioboczne panele na suficie kiedyś wyświetlały wiarygodny obraz nieba, ale teraz wiele z nich popsuło się, więc “nieboskłon” straszył czarnymi dziurami i wiszącymi kablami. Zarząd budynku metropolii Kopernik 7 wielokrotnie deklarował, że zajmie się problemami pięter zamieszkiwanych przez nie-modów, ale jakoś nigdy nie starczało budżetu. Mijam szczęśliwców, którym udało się znaleźć zatrudnienie w służbach sprzątających. Pieczołowicie zbierają porozrzucane wszędzie ulotki. Zatrzymuję się przy tubie windy. Wybieram piętro trzydzieste siódme, gdzie znajduje się wertykalna plantacja i skanuję swój dokument. Przestępuję nerwowo z nogi na nogę, zastanawiając się, czy nie cofnięto moich uprawnień. W końcu jednak panel rozbłyskuje zielenią i wyświetla komunikat – “zatwierdzono”. Wypuszczam powietrze, ściśnięte nerwowo w płucach. Chwilę jeszcze muszę poczekać na pojawienie się modułu windy, więc w tym czasie przyglądam się ulotce pod moimi stopami. 

“Zrzućmy jarzmo cyborgów! Nie-mody, wciąż jeszcze jest nas więcej…” – resztę treści zasłania mój but. Nie przesuwam go. Nie mam duszy buntowniczki. Chcę jedynie odzyskać moje dziecko. Chcę je potrzymać, nakarmić, pogłaskać po główce, która przybrała już zapewne normalny, owalny kształt. Kiedy wsiadam do windy wiem już, co muszę zrobić. 

***

Wysiadam na plantacji. Ignoruję złośliwe komentarze współpracowników, w większości zmodyfikowanych. Wariatów, którzy dla podniesienia statusu zgodzili się usunąć zdrowe członki i zastąpić je technologicznymi ulepszeniami. Tacy ludzie rządzili teraz naszym miastem, naszym krajem i światem. 

Kieruję się od razu do laboratorium. Przemierzam labirynt wysokich kolumn i regałów, bujnie porośniętych rozmaitymi gatunkami roślin. Pszenica, żyto, kukurydza, pomidory – hodujemy tu wszystko. A ja? Ja jestem odpowiedzialna za produkcję i modyfikację nasion. Pozycja, którą udało mi się uzyskać gdy nie-modom wolno było jeszcze kończyć studia wyższe, a w zarządzie wciąż zasiadali zwykli ludzie. Wciąż trudno mi uwierzyć, jak wiele może się zmienić na przestrzeni zaledwie kilku lat. Mam wrażenie, że od ukończenia studiów minęły eony.

Dostrzegam wreszcie drzwi mojego laboratorium i przyśpieszam jeszcze bardziej, choć organizm odwykł od wysiłku. Tuż przed wejściem zatrzymuje mnie Marek. 

– Widzę, że zdecydowałaś się przyjść do pracy? Masz pojęcie, jak długo musiałem przekonywać zarząd spółki, żeby cię nie zwolnili?

– Daj mi spokój, nie mogę na ciebie patrzeć. – Niejako na potwierdzenie tych słów wbijam wzrok w posadzkę.

Panele podłogowe imitują świeżą trawę. Moje stopy nigdy nie przekonały się, jak to jest stąpać po łagodnych źdźbłach. Mogę sobie to jedynie wyobrażać. Śnić. 

– Zuza, wiesz dobrze, że zrobiłem to dla…

Nie zamierzam dać mu skończyć tego patologicznego kłamstwa, w które zapewne wierzy.

– Nie. Nie wiem, dlaczego mi to zrobiłeś, ale nie poddam się bez walki. Powiedz mi, kochałeś mnie kiedyś? Chociaż przez chwilę? 

Milczy. Odsuwa się bez słowa i dopiero teraz starcza mi odwagi by na niego spojrzeć. Prawe oko zastąpił modem Hawkeye35. Mechaniczne ślepie błyszczy złowrogo. Wzdrygam się i nie mogę uwierzyć, że byłam z kimś takim.

– Jeśli będziesz racjonalna, pozwolę ci się z nim widywać – szepcze wreszcie człowiek-maszyna. Zakochałam się w tej ludzkiej części. Teraz nie wiedziałam już ile z niej zostało w środku. 

– Zmodyfikowałeś go już? – Głos mi drży, choć chciałabym nad nim panować. 

Kręci przecząco głową. 

– Jest zbyt mały. Gdybyś zgodziła się na modyfikację genomu płodu metodą CRISPR…

Znów nie chcę dać mu dokończyć. Wchodzę do laboratorium i zatrzaskuję drzwi. Staram się uspokoić, bo wciąż drżę na całym ciele. Gdyby nasza rozmowa potrwała jeszcze chwilę dłużej, rzuciłabym się na niego. Wydrapałabym mu to cholerne, mechaniczne oko, rozłupała czaszkę i palcami wygrzebała z mózgowia czip, który podnosił iloraz inteligencji oraz zwiększał zdolności obliczeniowe. 

Drżącą dłonią ocieram łzy spływające po policzkach. Nie ma czasu. Muszę znaleźć nasiona tytoniu i dostarczyć je Sebie. Dobrze, że jeszcze przed porodem udało mi się spreparować kilka torebek drogocennego produktu. 

***

Kręcę się nerwowo na krześle, ledwie wciśnięta w elegancki strój. Koszula napina się na nabrzmiałych piersiach. Boję się, że guzik odskoczy i walnie w czoło prawnika, studiującego sprawę.

– Przykro mi – odzywa się wreszcie. – Nie wydaje mi się, byś miała szansę wygrać tę apelację. Nie wyrażając zgody na modyfikację płodu dowiodłaś racji partnera. 

Zaciskam palce na obcisłej spódnicy i staram się zapanować nad rozpaczą. 

– Nie da się nic zrobić? 

Na chwilę znów pogrąża się w zadumie. 

– Być może, gdybyś podpisała deklarację, że z chwilą, gdy będzie to możliwe poddasz syna modyfikacjom, sąd dałby ci szansę. Nie jesteśmy potworami, wiemy, że kontakt z matką jest ważny dla dziecka. Jednak, by miało zagwarantowaną dobrą przyszłość, musi zostać zmodyfikowane. Wiesz o tym dobrze. 

To, co za chwilę powiem sprawia, że żołądek przewraca mi się od mdłości. 

– W porządku. 

Prawnik uśmiecha się. Jest jednym z nich. Osiągną swój cel. W służbie rozwoju, w służbie cywilizacji, w służbie zła. 

– Pomogłoby też, gdybyś sama zgodziła się…

– Mam lepszy pomysł. 

Papuga unosi jedną brew zaintrygowany.

***

Wysiadając z windy przydeptuję tę samą ulotkę, którą widziałam rano. Ktoś w służbach sprzątających miałby kłopoty, gdyby wieczorny patrol zauważył, że wciąż tu leży. Podnoszę ją i zabieram do domu. Nie podaje adresu spotkania, to jasne. Ale gdzieś muszą się zbierać ci, którzy widzą, w jakim kierunku zmierza ten świat. Znajdę ich. Przecież jestem nie-modem, który doświadczył opresji systemu – wzbudzenie ich zaufania nie powinno być trudne. Dzwonię do Seby, by dowiedzieć się, czy coś o nich wie. Zabiera mnie na pierwsze spotkanie. Wprowadza, przedstawia liderom ruchu oporu. Ustawiają mnie na podwyższeniu i opowiadają moją historię. Płaczę. Widownia gotuje się z ekscytacji. Potem pozwalają mi zejść, do głosu dochodzą ważniejsi buntownicy i wykładają swój plan. Kiwam głową i głośno skanduję z tłumem, gdy trzeba. Zapamiętuję twarze i nazwiska. Z tyłu głowy wciąż słyszę pierwszy krzyk mojego dziecka i myślę o tym, że już niedługo będę mogła przytulić je po raz pierwszy. “Rzucę palenie” – postanawiam, bo już niedługo moje mleko stanie się pokarmem dla życia, któremu dałam początek. Cena nie gra roli. 

Koniec

Komentarze

*** – raz masz gwiazdki z boku zamiast na środku i burzy to ład :D

 

Tyle z czepialstwa, opowiadanie ładnie napisane więc i błędów nie zauważyłem :)

No i cześć, tak w ogóle!

A teraz do rzeczy. Gładko się czyta. Stworzyłaś może nie jakoś bardzo innowacyjny świat, ale z pewnością ciekawie go opisałaś. Wszystko było zrozumiałe i dobrze skonstruowane jak dla mnie. Nie mody jako tacy mugole, fajnie to wyszło :)

Ogólnie opowiadanie na plusik, zgłaszam :) Jeno do jednego jednak się przyczepię (moje wyłącznie zdanie). Końcówka, po ostatnich trzech kropeczkach, nie udźwignęła według mnie reszty tekstu. Jest zbyt oczywista, zbyt stereotypowa. Wiarygodna – owszem. Kobieta miała prawo mieć chęć zostać buntowniczką. Ale wszystko dzieje się trochę za szybko i trochę w zbyt oczywisty sposób. To takie moje subiektywne spostrzeżenia.

Pozdrawiam! ;)

Ładny tekst, nieładny świat. Trochę mocno – jak dla mnie – pogrywasz emocjami, ale niech Ci będzie. Jeśli bohaterka jest taka radykalna w swoich przekonaniach, po co zadawała się z modem? Jej późniejsze słowa, że kochała ludzkie ciało, jakoś do mnie nie przemawiają.

Babska logika rządzi!

Hejka, miło, że wpadliście i dziękuję wam za głosy do biblioteki. 

Już się ustosunkuję do waszych komentarzy szybciutko:

“Kobieta miała prawo mieć chęć zostać buntowniczką.” → tu chyba moja wina. Zabrakło mi znaków, żeby to bardziej dosadnie wyłożyć. Ona nie została buntowniczką, tylko wtyką. Dlatego zapamiętywała nazwiska osób zaangażowanych. Chciała przehandlować ich w zamian za prawo do opieki nad dzieckiem i pozostawienia jej w spokoju. 

 

“Jeśli bohaterka jest taka radykalna w swoich przekonaniach, po co zadawała się z modem?” → znów, zabrakło miejsca. On nie był zmodyfikowany w momencie, kiedy się spotykali. Myślałam, że ten komentarz, że sprawił sobie oko wystarczy, ale no… Strasznie się męczyłam z limitem znaków w tym opowiadaniu. 

 

Jeszcze raz serdecznie wam dziękuję za odwiedziny. 

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Aaaa, takie wyjaśnienie kupuję.

Babska logika rządzi!

On nie był zmodyfikowany w momencie, kiedy się spotykali. Myślałam, że ten komentarz, że sprawił sobie oko wystarczy, ale no…

Mnie wystarczył :)

A opowiadanie naprawdę ładnie napisane. Czuje się emocje bohaterki.

Known some call is air am

Dzięki Outta Sewer za komentarz i wizytę. Miło mi, że się podobało :)

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

1)

Wszystko ładnie napisane i bez błędów (ale dobry w ich znajdowaniu nie jestem) , podobał mi się opis świata, który przez nagromadzenie różnych niuansików technicznych wydawał się realny (coś na kształt tego z filmu Elizjum)

2.

„cholerne, mechaniczne oko, rozłupała czaszkę” – tutaj miałem zgryz, bo mechaniczne kojarzy mi się z mechanizmem i niezbyt wysoką technologią (coś bardziej jak steampunk) i niezbyt pasuje mi to do czipa później

 

3.

a fabularnie, mi to trochę nie gra, że ten Seba, który wie, co może zrobić zdesperowana matka dla swojego dziecka, tak ją wpuszcza do tego matecznika ruchu oporu, ten ruch ma słabą przyszłość jeżeli na byle jakim wiecu wykrzykują swoje nazwiska i pokazują twarze:)

 

Ale ogólnie dobre,

pozdrawiam

Dzięki, właśnie zbudowaniem świata w takim limicie znaków (12 tys znaków ze spacjami) było dla mnie dużym wyzwaniem, dlatego cieszę się, że to się udało. Niestety właśnie ucierpiała na tym fabuła i dlatego końcówka jest taka, jaka jest, pospieszona. Stąd pomysł na rozbudowanie tego bardziej. Na ten limit uznałam, że można trochę przymknąć oko i uznać, że skoro Seba i Zuza prowadzili razem nielegalną działalność, a on pomógł jej znaleźć prawnika, to miał na tyle zaufanie, żeby ją zabrać na spotkanie i przedstawić ludziom. Ufał jej i tyle. Ale ogólnie, masz rację. 

Do mechanicznego oka się nie odniosę, bo to kwestia skojarzeń. Wydaje mi się, że samo słowo “mechaniczny” nie implikuje działania na parę, ale może się mylę. 

Dzięki serdeczne za wizytę i cieszę się, że ogólnie uważasz opowiadanie za dobre. Miło mi się czyta te słowa. :)

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Mam wątpliwości co do sytuacji wyjściowej – z tekstu wynika, że cyborgizacja społeczeństwa postępuje już od dłuższego czasu – czyli bohaterka powinna się była spodziewać tego, że odbiorą jej dziecko. I jeśli rozprawa odbyła się właściwie pro-forma jeszcze w szpitalu – kobieta nie była w stanie w pełni świadomie w niej uczestniczyć, znaczy, że niespecjalnie respektują prawa nie-modów, a jednak to jej głos był decydujący w sprawie modyfikacji genomu dziecka/płodu (a nie zmodyfikowanego ojca dziecka). Dodatkowo jeśli zmodyfikowani ludzie są inteligentniejsi to powinni byli zauważyć, że handluje nasionami, dziwi też, że nie straciła tej pracy (nawet nie po urodzeniu dziecka, tylko w ogóle – zgrzyta to szczególnie w kontraście z innymi nie-modami, którzy pracują jako sprzątacze).

Decyzja kobiety o zostaniu szpiegiem w zamian za zobaczenie dziecka wypada wiarygodnie (choć trochę za szybko udaje jej się przeniknąć do buntowników i zdobyć informacje) i ładnie kończy opko.

Dobrze napisane, czytało się gładko :-)

Zgłaszam do bib.

Dream big.

Pierożku! Dziękuję serdecznie za wizytę. 

Twoje wątpliwości są jak najbardziej zasadne. Przyznam szczerze, że nad częścią z nich się zastanawiałam, a inne nie przyszły mi do głowy. Założyłam na przykład, że jednak nawet jako nie-mod, kobieta ma pewną autonomię i może decydować o tym, co zrobią z płodem w jej łonie, ale Twoje spostrzeżenie jest jak najbardziej sensowne – dlaczego właściwie miałoby tak wyglądać. Jest tu faktycznie pewna sprzeczność. Co do jej pracy, to też się nad tym zastanawiałam, ale doszłam do wniosku, że skoro robi to dobrze, a ma jakieś tam plecy w zarządzie, o których wspominam w tekście, to jest to jakoś uwiarygodnione. Z tym handlem nasionami, to cóż, robiła to na boku, a też nie wszyscy mają modyfikacje intelektu, więc tutaj wydaje mi się, że niekoniecznie musiała zostać przyłapana. Chociaż i tutaj w oryginalnym pomyśle miało to być rozbudowane i miała być przyłapana, miała być nawet jakaś tam scena walki, no ale po prostu w limicie się nie zmieściły takie rzeczy, więc zostały wycięte. Stąd wspomniany w przedmowie dalekosiężny plan ewentualnej rozbudowy tekstu ;) Natomiast wasze uwagi na pewno będą przydatne, jeśli kiedyś się na to zdecyduję. 

 

Cieszę się, że czytało się dobrze i dziękuję za zgłoszenie do biblioteki. Pozdrawiam Cię serdecznie :)

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Może nie jest to najbardziej oryginalna wizja dystopii pod słońcem, ale solidnie ją zbudowałaś. Czipy modyfikujace, holo-wspomnienia, itp. – ok, to już było, ale w mojej opinii tekstowi to nie szkodzi, bo kupuję świat, który przedstawiłaś. Główna bohaterka jest wiarygodna, łatwo jej współczuć bólu zwiazanego z utratą dziecka i wyobcowania w społeczeństwie, do którego nie przystaje. Solidne opowiadanie.

Dzięki, Adamie. To była moja pierwsza próba mierzenia się z cyberpunkiem, nie do końca są to moje klimaty, więc trochę poszłam po skojarzeniach, które najbardziej mam w głowie i skupiałam się na rzeczach, o których mówi się w kontekście przyszłości rozwoju technologii i tak dalej: wieżowce, w których będą całe dzielnice i miasta, modyfikacje genetyczne oraz fizyczne ciał, tego typu rzeczy. Nie liczyłam, że świat będzie oryginalny, ale chciałam by był wiarygodny, więc cieszę się, że to się powiodło. Co do bohaterki – też się cieszę. Gdzieś kiedyś, w jakimś komentarzu widziałam, że koniec końców opowiadanie spoczywa na barkach bohatera i czy przejmujemy się jego losem. Od tego momentu staram się właśnie wybierać takie sytuacje, w których są wysokie emocje (co nie zawsze podoba się wszystkim czytelnikom). Cieszę się, że udało mi się je oddać. Bardzo Ci dziękuję za wizytę i czas poświęcony na lekturę i komentarz do tekstu.

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Łał, straszny świat wymyśliłaś. Czy ja dobrze zrozumiałam? Ona nie chce się poddać modyfikacją, ale nie widzi problemu w wydaniu androidom przywódców ruchu oporu? Interesująca moralność. To znaczy rozumiem, matka, ale wydaje mi się dość egoistyczna. Chce mieć swoje dziecko, ale nie myśli o jego przyszłości. Jeśli roboty zdławią wszelki opór, temu maluchowi przyjdzie żyć w jeszcze gorszym świecie.

Wciągnęło mnie to Twoje opko, brawurowo napisane, z pomysłem. Kliczek ode mnie :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Irko! Fajnie, że zajrzałaś :)

Co do głównej bohaterki – nie starałam się jej kreować na jakąś super duper dobrą osobę. Koniec końców nie ma też problemów z nielegalną działalnością. Faktycznie nie myśli o przyszłości dziecka, ale też musiała zgodzić się na to, by samo zostało zmodyfikowane, więc może i jemu będzie łatwiej, jeśli pozbędzie się ruchu oporu? 

Cieszę się, że wciągnęło i serdecznie dziękuję za kliczka :) Cieszy mnie! :D

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Mocne! Klasyczny schemat buntu/rewolucji w nowej scenografii. Bardzo wyraziście napisane, co przydaje pomysłowi wiarygodności. Pachnie świeżością robi wrażenie, więc klikam!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Dziękuję bardzo, tsole! Za wizytę, czas poświęcony na lekturę, przemiły komentarz i ostatniego klika! Miód na moje serce :)

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

rosebelle, świetne opowiadanie! Stworzyłaś ciekawy świat, bardzo wiarygodny dla mnie. 

Podoba mi się bohaterka, z jednej strony zatracona w swoim bólu, nie może pogodzić się ze stratą dziecka, a znajduje w sobie siłę, żeby zwalczyć. Czy podejmuje słuszną decyzję? Myślę, że w jej przekonaniu jedyną możliwą. Z drugiej strony wyalienowana, nie identyfikująca się tak naprawdę ani z buntownikami ani z cyborgami.

ludzka solidarność jest wzruszająca. Kiedy i dlaczego za wszelką cenę zechcieliśmy być czymś więcej? – A to zdanie podoba mi się najbardziej:-)

pozdrawiam

Olciatko, dziękuję Ci bardzo za wizytę i cieszę się, że opowiadanie się spodobało! Fajnie zinterpretowałaś postać, bo faktycznie ona faktycznie do nikogo nie pasuje i jest wyalienowana. Robi to, co wydaje jej się słuszne, nie licząc się z nikim, bo z nikim się nie zgadza tak do końca. Obchodzi ją tylko los jej i przede wszystkim dzieciątka. 

Co do wybranego zdania, cieszę się, że przypadło Ci do gustu, też byłam z niego zadowolona.

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Cześć, Rosebelle :)

Ładne to opowiadanie. Ciekawa bohaterka – moralność ma nieco zagadkową, ale zdaję sobie sprawę, że dla niej istnieje jeden cel. Na jakimś poziomie można się z nią utożsamić, albo przynajmniej zrozumieć jej działanie.

Mnie z kolei spodobało się ostatnie zdanie. Ładnie domyka całość. W ogóle, językowo to bardzo dobry tekst. Podziwiam wszystkich, którzy potrafią pisać w czasie teraźniejszym. Jeszcze – tak pisać!

 

 

Rossa na portalu! Musze dodać do “legend portalowych” Twoją kolekcję filmów! :D

 

Cześć, Wilku :) Proszę bardzo, dodawaj. Kolekcja ma się dobrze i ciągle rośnie. :D

 

"– Zatrzymaj – mówię ochrypniętym głosem"

O szlag, jak w połączeniu z tym co przed gwiazdkami w pierwszej chwili wali to obuchem po głowie.

 

 

Ale tez ogólnie ten moment jest najmocniejszym elementem tekstu. Niezależnie od tego, ze potem akapit idzie w inną stronę, ten fragment wraca w pamięci, wraz z kontrastem z poprzednim akapitem.

Całość? Niestety, choć opowiada o czymś dramatycznym, to jednak napięcie pod koniec opadło. Mimo, że opisany mechanizm jest “do zdarzenia”, to jednak w jakimś elemencie zabrakło uwiarygodnienia społecznego (nie cywilizacyjnego, a właśnie społecznego).

Szkoda, bo potencjał emocjonalny był spory – i jak mówię, początek wręcz szokowo 

Rosso! Miło Cię znów widzieć, tym bardziej pod moim tekstem z tak miłymi słowami. Co więcej mogę powiedzieć prócz tego, że cieszę się, iż opowiadanie Ci się podobało :)

 

Wilku – a widzisz, każdy ma swoje ulubione zdanie. Jak Wisielec czytał to jego najbardziej chyba urzekło zdanie o odsysaniu mleka. Z tego, co widzę, to masz w sumie podobne przemyślenia, co dogsdumpling. Może faktycznie czegoś tu brakuje i jeśli zdecyduję się kiedyś rozbudować to opowiadanie, na pewno wezmę to pod uwagę, żeby to jakoś podbudować. Dzięki za wizytę, lekturę i sensowną krytykę :) Postaram się wyciągnąć wnioski. 

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Ogólnie podobało mi się. Przekonująca wizja przyszłości, fajne, dynamiczne dialogi. Są emocje, jest “ciężar” w tym tekście, można sobie zadać parę pytań po lekturze, refleksji… Czy idziemy w stronę takiego świata? Chciałoby się wierzyć, że nie. Chociaż trudno pozostać optymistą…

Napisane ładnie, czytało się dobrze, mimo paru drobnostek. Trochę bardziej wybijała z rytmu interpunkcja, konkretnie dość często miałam poczucie, że brakuje przecinków. Gdzieś tam trafiła się literówka. Nic wielkiego ogólnie.

Zakończenie załapałam, jednak w moim odczuciu było zbyt szybkie i po łebkach – wyraźnie gonił limit. Całość rozwijała się stopniowo, ładnie, po czym nagle szast-prast, jakby trzeba było nadać reklamy, więc program jest ucinany. Szkoda.

Mimo wszystko – fajny tekst.

Podobało mi się :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Silvo, dziękuję za lekturę. Interpunkcja jest od zawsze moją achillesową piętą i walczę z tym, ale wcale prawdopodobne, że nadal robię błędy. No, ta końcówka zdecydowanie zyskałaby na rozbudowaniu. Cieszę się, że ogólnie uważasz tekst za fajny. Jeszcze raz dziękuję za wizytę i miłe słowa. 

 

Anet – jak zawsze miło Cię widzieć. Dziękuję za lekturę i cieszę się, że się podobało :)

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Nowa Fantastyka