- Opowiadanie: Polly - Ostatnia pocztówka znad zatoki

Ostatnia pocztówka znad zatoki

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Ostatnia pocztówka znad zatoki

Poranek nad zatoką jest przepiękny. Mewy krzyczą. Dookoła tarasu pachną zioła. Figi dojrzewają co krok, tuż nad głową. Powietrze jeszcze rześkie. Pierwszy raz tu jestem. Mój narzeczony przyjechał do tej wioski z Kariną, zanim go poznałam. Na szczęście wiele o tym nie wspomina.

Przyjechaliśmy wczoraj i zamieszkaliśmy w gościnnym domku Zorana. To przyjaciel Alexa jeszcze z czasu studiów. W zasadzie nie mam pojęcia skąd wziął się w Polsce i dlaczego wrócił tutaj, gdzie czeka go tylko łowienie ryb i proste życie. Tak jak jego ojca, dziadka, pradziadka i wszystkich wujków po drodze. Nie wypytuję, bo to nie moja sprawa. Nie każdy może pozwolić sobie na podążanie za marzeniami. Zresztą, Alex się denerwuje, kiedy dopytuję Zorana o takie rzeczy. A kiedy się denerwuje, trzaska drzwiami tak mocno, że trzęsie się futryna.

Jeszcze nie powiedziałam Alexowi, że potrzebuję przerwy od nas. Jak miałabym to zrobić teraz? W tak pięknym miejscu? A tak, mam sporo czasu by przemyśleć w jaki sposób mu powiem, że wiem, że znów sypia z Kariną. Czasem wydaje mi się, że to tylko moja paranoja. Taki złoty facet, jak miałby mnie zdradzać. Anioł, nie człowiek. Innym razem czuję, że mam rację, że tylko odsuwam od siebie gorzką prawdę.

Za domkiem jest droga, figowe i góry. Taras wychodzi na zatokę, widzę półwysep przyłączony mostem do nagiej wyspy. Zoran mieszka po drugiej stronie niewielkiego ogródka pachnącego ziołami i laurem. Właśnie wrócił z porannego połowu. Co rano wypływa łódką po ryby. Zwabione na chleb łapią się w klatki w kształcie serca. Niezła metafora mojego związku z Alexem. Jestem taką rybką. Skrobie je z łusek i patroszy w towarzystwie mew. Ptaki czekają niecierpliwie na skrawki. Słyszę jak rozmawia z kimś po chorwacku, podczas gdy ja dopijam herbatę i whisky z colą, lodem i cytryną przygotowaną przez Alexa. Mogę, w końcu przez cały miesiąc jesteśmy tu na urlopie, a ja już nie jestem w ciąży. Lekko zmarszczone falami wody zatoki przeciął właśnie mężczyzna na motorówce. Po obu stronach białego śladu piany pojawiły się granatowe cienie, kontrastujące z przejrzystym jak kryształ błękitem.

Dźwięki zatoki są zupełnie inne od miejskich, do których przywykłam. Przede wszystkim słychać uderzenia fal o skały i łódki. Dodając od tego szelest liści na wietrze oraz krzątaninę rybaków otrzymujemy esencję tej wioski schowanej w półotwartej pięści gór. W nocy widać roje gwiazd, jak za dnia srebrne ławice sardynek przy nurkowaniu. Mało miejsc jest tak unikalnie wyzwalających. Prawie w ogóle nie słucham tu muzyki, nie czytam, nie szkicuję. Nie sięgam po komórkę. Czuję, że odzyskuję połączenie z głębokimi pokładami tego, co składa się na moją osobę. Odzyskuję siłę po utracie dziecka. Może gdy wrócimy namaluję coś, co ktoś zechce kupić za sporą sumę.

 

– Czemu nikogo nie ma na wyspie? – spytałam Zorana wczoraj, przy powitalnej kolacji.

– Nikt tam nigdy nie dopływa, bo i po co? – odpowiedział.

Dojadaliśmy ryby, świeże figi, oliwki i chleb przy drewnianym stole. Alex z Zoranem przenieśli go z tarasu pod laurowiec, żebyśmy mogli oglądać zachód słońca. Siedziałam wtedy przodem do szarych, ostrych krawędzi gór. Chciałam móc je chwycić i rozciąć tętnice faceta, z którym spędziłam ostatnie osiem lat życia. Widziałam, jak przez wierzchołki próbuje przebić się burza. Kilka chmur odłączyło się od granatowych, ale koniec końców żadna nie dotarła nad zatokę.

– Nie pływacie dla relaksu? – zdziwiłam się. – Jest przepięknie!

– Mieszkańcy wioski mają do roboty inne rzeczy. Poważniejsze – podkreślił. – Poza tym, tam mieszka wiedźma. Ona sobie spokojnie żyje tam, a my tu.

– Ty i te twoje ludowe podania! – zaśmiał się Alex wyraźnie urzeczony. Z wrażenia rozlał szklankę rakiji na stół.

– To nie są zwykłe bajki – dodał Zoran ciszej. – Tam rzeczywiście mieszka stara kobieta. Rozbija związki.

– Jak stara to w jaki niby sposób? – śmiał się Alex.

– Nie wygląda na swoje lata – wyjaśnił. Nachylił się do mnie i opowiadał: – Jej duch wychodzi z ciała podczas snu, i w postaci czarnej ćmy leci do wioski by karać ludzi. Głównie niewiernych mężów. Z legend wynika, że szczególnie uwzięła się na taki typ facetów. Żeby nie mogła wrócić do ciała należy zakryć jej usta kamieniem. Ale nikt jej tego nie robi.

– Dlaczego? – zdziwiłam się.

– Rybacy nie chcą się potopić. Według legendy tylko ona może uratować topielca.

– Robi mu usta-usta? – przerwał mu Alex rżąc ze śmiechu i klaskając w kolana dłonią.

Zoran machnął ręką. Dolał nam alkoholu i wzniósł toast. Zrezygnował z dalszych opowiadań.

 

Cykady nie dokuczają tu za bardzo, ale kiedy jechaliśmy wczoraj serpentynami okolonymi klifami (bo droga drąży skały często przez sam ich środek) w dzikich miejscach przekrzykiwały się. Zawsze myślałam, że to takie małe kuzynki naszych świerszczy. Cykady jednak są głośne i nawet straszne. Nie są przyjemne dla ucha. Właśnie jest po dziewiątej. Kilka z nich obudziło słońce, które coraz mocniej rozgrzewa powietrze przesycone zapachem roślinności. Wieje chłodny wiatr.

Wczoraj pierwszy raz próbowałam snorkelingu i czuję jakbym dopiero uczyła się pływać. Chcę przełamać swoje irracjonalne lęki, dlatego zgadzam się na wszystko, co proponuje mi Alex. Nie spodziewałam się, że to będzie takie trudne. I nie spodziewałam się, że mu jeszcze ufam po tym wszystkim z nią.

Alex woła mnie, idziemy popływać kajakiem po zatoce.

– To tylko czterdzieści minut w jedną stronę. Spokojnym tempem – mówi, kiedy bujamy się na falach. Patrzymy na nagą wyspę przed nami. – Spokojnie, tam nikogo nie ma. 

Zgadzam się, płyniemy. Nie jest ciężko, bo fale niosą nas same w kierunku wyspy.

 

– Jeszcze jakieś dziesięć minut – zapewnia.

Pod nami woda jest przejrzysta, staram się nie patrzeć w dół. Patrzę przed siebie. Obok wyspy skoczył delfin, biorę to za dobry znak. Kolory oszałamiają. Z kajaka widzę w wodzie jak na grzbietach fal tony oddzielają się od siebie, układają jakby pikselami w turkus, błękit, granat, biel, beż i złamany róż. Chciałabym móc to teraz namalować.

 

Dobijamy do brzegu. Ostre skały mogą w każdym momencie poranić stopy. Nie mam ze sobą butów, nie chciałam zgubić ich w głębinie. Szare kamienie porastają niskie rośliny. Dziwię się. Z daleka wyspa wyglądała na całkiem nagą. Mewy krzyczą. Nigdy wcześniej nie widziały tu żadnego człowieka, o ile wierzyć zapewnieniom Zorana. Ostrożnie mijam jajo, pewnie ptaka większego od mewy. Wzdrygam się mimowolnie na myśl o ostrych pazurach ptasiej mamy.

Po wyspie nie można przejść nie raniąc się o krawędzie skał i liście roślin. Aleks przywiązuje kajak. Zakładam maskę i płetwy. Wskakuję w chłodną wodę. Pływamy przez chwilę z maskami i obserwuję ryby i jeżowce, sardynki w ławicach, ryby latające i inne stworzenia morskie. Alex łowi jeżowce.

 

Mam włosy skręcone w fale od słonej morskiej wody, a skórę całuje słońce. Czuję jak piecze. Zapach roślin działa uspokajająco, miesza się z wonią morza: słonym zapachem ryb i muli.

Wychodzimy na brzeg, ostrożnie stawiam stopy, żeby się nie poranić. Zjemy szybko drugie śniadanie i wskoczymy w kajak. Alex chce rozejrzeć się po wyspie, okrąża mnie. Idzie przed siebie, nie słucha co do niego mówię.

Po chwili mnie woła. Mewy wołają razem z nim. Kiedy podchodzę widzę ukryte w roślinach ciało kobiety. Odsłonięte piersi sterczą na baczność. Jest naga. Żołądek skręca się w supeł. Sine ciało. Otwarte oczy lśnią bladą zielenią.

– Nie wróci, będzie ćmą do końca świata – śmieje się Alex i w makabrycznym żarcie kładzie jej na półotwartych ustach kamień.

Wymiotuję. Chcę stamtąd jak najszybciej uciec.

 

Wtargaliśmy kajak na brzeg. Gliniasto-różowa ziemia, pachnie ściółką i ziołami. Kiedy odwracam się w stronę gór pojawia się prawie niezmienna szarość skał.

– Nikomu nie powiemy – upewnia się Alex. – Ej?

– Tak. Nikomu – odpowiadam głucho. Nie dopytuję czemu nie powiemy, nie pytam czemu w ogóle tu przypłynęliśmy. Odsuwam paranoiczne myśli. Ufam mu.

Całe popołudnie opalam się przy pomoście, dryfując na różowym kole i modlę się, żeby pochłonęły go wody zatoki. Tak mnie wkurwia jego ciągłe sarkanie. Nawet nie przeprasza, że mnie tak traktuje.

 

W nocy patrzę w srebrne ławice gwiazd, bo nie mogę zasnąć. Kiedy już zasnę, mam koszmary. Dopijam wino. Alex obejmuje mnie od tyłu, całuje po szyi, karku i uszach. Drętwieję, nie chcę, żeby mnie dotykał. Kręci mi się w głowie.

Nagle na jego twarz spada wielka, czarna ćma. Znika tak szybko, jak się pojawiła. Idziemy się położyć. Przeszła mu ochota i warczy na mnie. Przed snem pije pół szklanki rakiji. Mówi:

– To twoja wina. Przez ciebie popłynęliśmy na cholerną wyspę.

– A co, nagle Zoran miał rację z tą wiedźmą? – drażnię go. Próbuję zarzucić ręce na szyję. – Teraz się boisz, że to prawda? Że bajeczki Zorana to prawda?

– Daj mi spokój.

– Boisz się, że wiedźma przyjdzie i cię zje?

– Idź spać. – Odtrąca moje dłonie wędrujące po nagim torsie. Wzdycham.

– Możemy tam jutro popłynąć i ściągnąć kamień? – proponuję bez przekonania. Sama siebie zadziwiam. Tak się poświęcam dla Alexa cwaniaka.

– Idź spać.

 

Rano budzą nas mewy. Oboje udajemy, że tej nocy nie było. Kochamy się szybko, agresywnie, jakby seks miał zedrzeć z nas koszmary senne i wspomnienie ciała martwej kobiety. Wiedźmy, poprawiam się w myślach.

Dojadam kanapki. Patrzę na góry, znad których powoli schodzą gęste chmury o granatowych brzuchach. Pojedyncze przedostają się do zatoki.

Wsiadamy w kajak i płyniemy.

– Zdążymy przed burzą – zapewnia Alex.

Ufam mu. W końcu jest synem ratownika i pływaczki. Nomen omen Moniki. Zna się na wodzie. Polskiej, ale może i tym miejscem rządzą podobne reguły.

Fale znoszą nas na wyspę. Niby przypadkiem, ale oboje wiemy, że to zaplanowaliśmy. 

– Ściągnę ten cholerny kamień. Nie wysiadaj – rozkazuje.

Siedzę w kajaku z dwoma wiosłami i kusi mnie, żeby go tu zostawić, razem z tą kobietą. Siedzę dalej. Widzę, jak Alex się miota, rozgląda i biegiem wraca.

– Ciała nie ma – jęczy. – Coś ją zeżarło.

– Daj spokój – mówię. – Może nam się wczoraj przywidziało.

Alex miota się dalej. Wsiada rozgorączkowany, a mnie oblewa fala ulgi. Jednak sobie poradziła, myślę. Wiedźma sobie poradziła i wróciła do ciała!

– Ktoś ją wziął. Zwierzę, lub człowiek – zastanawia się głośno.

– Chciałbyś ją wziąć? – pytam. Patrzy na mnie wilkiem. 

– Coś ją zeżarł – powtarza.

– To wiedźma, sama sobie poradziła – odpowiadam echem.

Cieszę się jak dziecko z wizji, że martwa babka zrobiła Alexowi na złość. Zaczynam żałować, że tu przyjechałam, że nie powiedziałam mu przed wyjazdem, tylko głupio odkładam rozmowę.

– W takie bzdury wierzysz… – wyszydza.

Siedzi za mną w kajaku, każdym włoskiem na karku czuję jak kręci głową. Wyobrażam sobie jak biorę zamach i uderzam go wiosłem, spada w toń morską, a ryby obgryzają go do najdrobniejszej kosteczki.

Nie robię tego. Wracamy do domku. Będziemy pić whisky z sokiem pomarańczowym i zapomnimy o wyspie. Patrzę na burzę, pędzi zboczami gór wprost na nas. Alex zapewnia, że zdążymy. Ufam mu.

Zostawiamy wyspę za plecami. Z każdym uderzeniem wioseł odpływa ze mnie niepokój. Świadomość tego, że Alex nie znalazł ciała tej obcej kobiety wprowadza każdą komórkę mojego ciała w wibracje. Czuję, że wody zatoki mają uzdrawiający wpływ, obmywają mnie ze smutku i lęku. Już się nie boję. Mówię:

– Potrzebuję przerwy.

– To nie wiosłuj, sam pomacham – odpowiada.

– Nie rozumiesz – Kręcę głową. – Od nas. Potrzebuję przerwy od ciebie.

Milczy.

– Słyszałeś? – upewniam się.

– Aśka, chyba kpisz – unosi głos. – Sama chciałaś przyjechać nad zatokę. Mamy tu być, kurwa, miesiąc.

– To wracaj – mówię.

Mamrocze pod nosem w swoim języku, którego nigdy nie chciałam się nauczyć. Niemiecki kojarzy mi się z obozami i śmiercią. Proszę, żeby mówił po polsku, jak na osobę z polskim paszportem przystało.

Warum? – pyta. Przestaje wiosłować, chmura wbrew jego zapewnieniom zbliża się z prędkością stada dzikich koni. Galopuje wprost na nas.

– Burza – stwierdzam spokojnie.

– Pierdolić burzę! Czemu przerwy? – krztusi się tym ostatnim słowem.

Nie odpowiadam, burza wciska nam w gardła sztylety wody. Dookoła bulgocze zatoka, jak wrzątek w garnku. My pośrodku słonej, morskiej wody bijącej na oślep. Wali piorunami. Wydaje mi się, że biorę zamach wiosłem, nie wiem, czy żeby go dosięgnąć, czy żeby się odbić od boi i wyrównać łupinę kajaka. Nie boję się. Wiedźma ma mnie w swojej opiece, jestem pewna.

 

Budzę się w łóżku, nad sobą widzę twarz żony Zorana nad sobą. Chłodna szmatka na czole. Zatroskane oczy Vesny. Łamanym angielskim mówi:

Sorry. She took him.

– Zabrała go? – powtarzam.

The sea… vještica.

Zanurzam się w chłód ulgi, jak w wodę zatoki. Przeżyłyśmy.

 

Koniec

Komentarze

Cześć Polly,

Pod tarasem pachną zioła.

Dlaczego pod tarasem, a nie koło niego?

A tak, mam sporo czasu by przemyśleć w jaki sposób mu powiem, że wiem, że znów sypia z Kariną. Choć to tylko i wyłącznie podejrzenia. Czasem wydaje mi się, że to tylko moja paranoja. Taki złoty facet, jak miałby mnie zdradzać. Anioł, nie człowiek. Innym razem czuję, że mam rację, że tylko odsuwam od siebie gorzką prawdę.

To wie, nie wie, czy ma przypuszczenia? Ten fragment mocno zamieszał.

Cykady nie dokuczają tu za bardzo, ale kiedy jechaliśmy wczoraj przez serpentyny okolone klifami (bo droga drąży skały często przez sam ich środek) w dzikich miejscach przekrzykiwały się jak wygłodzone papugi. Zawsze myślałam, że to takie małe kuzynki naszych świerszczy.

Wygłodzone papugi nie pasują do klimatu miejsca akcji. Pisząc o Słowianach, nie napiszę, że Mściwoj skrada się w puszczy jak andyjska puma.

Po drugie zwróć uwagę, że małe kuzynki, wedle konstrukcji zdania, odnoszą się do papug, a nie do cykad.

W nocy patrzę w srebrne ławice gwiazd, bo nie mogę zasnąć. Mam koszmary. Dopijam wino.

Koszmary występują podczas snu w moim rozumieniu, a ona nie może zasnąć.

 

Ogólnie, niestety niezbyt mi się podobało. Błędów jest więcej, niż wymieniłem. Coś co zdecydowanie przeszkadzało, to ilość narracji. Bardzo duża ilość narratora dłużyła mi czytanie, często narrator przekazywał pokaźne ilości informacji, które nie wiem, co wnosiły. Można byłoby go spożytkować lepiej budując tempo akcji i napięcie, bo przez część tekstu czytałem o tym, że nie może zasnąć, że miała dziecko, że to je a tamto pije. Kolejne dwa aspekty to duża ilość krótkich zdań. Tekst w moim odczuciu staje się przez to toporny, poporcjowany. Ostatnim aspektem jest, że nie wyczułem emocji bohaterów. Główna postać wskazuje, że miała dziecko ale nie towarzyszą temu większe uczucia. No było, ale teraz przynajmniej może pić. Problemy w związku? No są. Alex umiera. Uf. Tak sucho generalnie.

Nie mniej, powodzenia w dalszym pisaniu. Mam nadzieję, że o kolejnym tekście będę mógł powiedzieć więcej dobrego.

 

Saggit, szkoda, że Cię mój tekst zmęczył narracjami. Dla mnie to wszystko było ważne dla ukazania psychiki bohaterki (nie mówię, że wszystko cudnie się udało). Już wiem nad czym muszę popracować,, za dużo skrótów myślowych, choć byłam przekonana, że to wszystko jasne. Dzięki za komentarz! :)

 

Trzymam kciuki za Twoje dalsze pisanie. :)

 

Wiele z tych aspektów, które porusza narrator, można wrzucić w dialogi. Dodaje to dynamiki i daje czytelnikowi przestrzeń na to, by pewne wnioski wysnuł sam. Nie wiem czy odkładałaś tekst – to bardzo pomocne, by zerknąć chłodnym okiem na niego po jakimś czasie. Warto też podczytywać innych i patrzeć na komentarze, na co czytelnicy zwracają uwagę, szczególnie jeśli chodzi o błędy.

I warto betować i komentować teksty innych. Może nie od razu będziesz wiedzieć jak pisać, ale na pewno będziesz wiedzieć jak nie chcesz pisać, bo u innych widzi się błędy jak na dłoni. U siebie niekoniecznie. :)

Dzięki ;)

 

Tak, zawsze odkładam teksty. Jednak jest tak jak mówisz, czasem nie da się wyłapać od razu swoich własnych błędów. Dobry tip z podpatrzeniem komentarzy w innych tekstach :)

 

Dobry tip z podpatrzeniem komentarzy w innych tekstach :)

Sam się tak uczę, jak po przeczytaniu tekstu autora spoglądam na komentarze. To jeden ze sposobów. Na podstawie komentarzy regulatorzy chociażby, można by było napisać piędziesięciotomową encyklopedię błędów piśmienniczych, a i nie wiem, czy to nie było by za mało, by je wszystkie ująć.

Będę wypatrywać :) stokrotne dzięki za wkazówki

No cóż, opowiadanie nie przypadło mi do gustu, głównie z powodu przewidywalności. Już na początku dziewczyna nadmienia, że podejrzewa chłopaka o zdradę, a potem, kiedy Zoran wspomina o wiedźmie z wyspy, finał historii już niczym nie zaskakuje – sprawy toczą się jak po sznurku, z małymi przerwami na opisy otoczenia, niestety, trochę nużące.

Wykonanie, co stwierdzam z ogromną przykrością, pozostawia bardzo wiele do życzenia.

 

Pierw­szy raz tu je­stem. Mój na­rze­czo­ny przy­je­chał tu z Ka­ri­ną… ―> Powtórzenie.

 

czeka go tylko ło­wie­nie ryb i pro­ste życie. Tak jak jego oj­ciec, dzia­dek, pra­dzia­dekwszy­scy wuj­ko­wie po dro­dze. ―> Tak jak jego oj­ca, dzia­dka, pra­dzia­dkawszy­stkich wuj­ków po dro­dze.

 

trza­ska drzwia­mi tak mocno, że lecą z razem z fu­try­ną. ―> Co to znaczy, że drzwi lecą razem z futryną? Czy on tę futrynę drzwiami wyrywa ze ściany?

 

wiem, że znów sypia z Ka­ri­ną. Choć to tylko i wy­łącz­nie po­dej­rze­nia. ―> Pewnośćpodejrzenia to dwie zupełnie różne sprawy.

 

Domek ma za ple­ca­mi drogę, za nią sady fi­go­we i góry. ―> Domki nie mają pleców. Sady figowe też nie brzmią najlepiej.

Proponuję: Za domkiem jest droga, a dalej gaje fi­go­we i góry.

 

nie­wiel­kie­go ogród­ka pach­ną­ce­go zio­ła­mi, lau­rem roz­ma­ry­nem. ―> Rozmaryn to też zioło.

 

Z moich ob­ser­wa­cji Zoran co­dzien­nie na obiad ma ich śred­nio czte­ry sztu­ki. ―> Nie wydaje mi się, aby ktoś mógł mieć obiad z czyichś obserwacji. A poza tym, jakie znaczenie dla opowiadania ma fakt, ile ryb na obiad zjada Zoran?

 

Skro­bie je z łusekusuwa zbęd­ne czę­ści… ―> Czy ryby można skrobać z czegoś innego niż łuski? Usuwanie zbędnych części z wnętrza ryby to patroszenie.

Proponuję: Skro­bie je i patroszy

 

po­ja­wi­ły się gra­na­to­we cie­nie, kon­tra­stu­ją z przej­rzy­stym jak krysz­tał błę­ki­tem. ―> …po­ja­wi­ły się gra­na­to­we cie­nie, kon­tra­stu­jące z przej­rzy­stym jak krysz­tał błę­ki­tem.

 

– Miesz­kań­cy wio­ski mają do ro­bo­ty inne rze­czy. Po­waż­niej­sze. – pod­kre­ślił. ―> Zbędna kropka po wypowiedzi. Ten błąd pojawia się wielokrotnie.

Tu znajdziesz wskazówki, jak poprawnie zapisywać dialogi: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/

 

za­śmiał się mój na­rze­czo­ny wy­raź­nie urze­czo­ny. ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

Wy­cho­dzi z ciała pod­czas snu, jej duch wy­cho­dzi wtedy… ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

kiedy je­cha­li­śmy wczo­raj przez ser­pen­ty­ny oko­lo­ne… ―> …kiedy je­cha­li­śmy wczo­raj ser­pen­ty­nami oko­lo­nymi kli­fa­mi

Serpentyna jest drogą – jedzie się drogą, nie przez drogę.

 

sta­ram się nie pa­trzeć w dół. Pa­trzę przed sie­bie. ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

Ostre skały mogą w każ­dym mo­men­cie po­dziu­ra­wić stopy. ―> Raczej: Ostre skały mogą w każdej chwili pokaleczyć/ poranić stopy.

 

Szary ka­mień po­ra­sta­ją ni­skie ro­śli­ny. ―> Jeden kamień?

 

Mewy krzy­czą, roz­go­rącz­ko­wa­ne. ―> Po czym się poznaje, że mewy są rozgorączkowane?

 

Po wy­spie nie da się przejść nie ra­niąc się o… ―> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Po wy­spie nie można przejść, nie ra­niąc się o

 

Pły­wa­my przez chwi­lę z maską… ―> Pływają z jedną maską?

 

ryby la­ta­ją­ce i inne cie­kaw­skie stwo­rze­nia mor­skie. ―> Skąd wiadomo, że stworzenia morskie są ciekawskie?

Pewnie miało być: …ryby la­ta­ją­ce i inne cie­kaw­e stwo­rze­nia mor­skie.

Za SJP PWN: ciekawski pot. «osoba nadmiernie interesująca się cudzymi sprawami»

 

Za­pach ro­ślin dzia­ła uspo­ka­ja­ją­co, mie­sza się z za­pa­chem morza… ―> Powtórzenie.

Proponuję: Za­pach ro­ślin dzia­ła uspo­ka­ja­ją­co, mie­sza się z wonią morza

 

– Idź spać. – od­trą­ca moje dło­nie wę­dru­ją­ce po nagim tor­sie. ―> – Idź spać. – Od­trą­ca moje dło­nie wę­dru­ją­ce po nagim tor­sie.

 

Tyle z sie­bie po­świę­cam dla Alexa cwa­nia­ka. ―> Tak się po­świę­cam dla Alexa cwa­nia­ka.

 

po­wo­li scho­dzą gęste chmu­ry o gra­na­to­wych brzu­chach. Jed­nak cza­sem prze­cho­dzą do za­to­ki. ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

któ­re­go nigdy nie chcia­łam się na­uczyć. nie­miec­ki ko­ja­rzy mi się… ―> …któ­re­go nigdy nie chcia­łam się na­uczyć. Nie­miec­ki ko­ja­rzy mi się

Postawiwszy kropkę, nowe zdanie rozpoczynamy wielką literą.

 

Ga­lo­pu­je pio­ru­na­mi wprost na nas. ―> Na czym polega galopowanie piorunami?

 

Do­oko­ła bul­go­cze za­to­ka, jak we wrzą­cym garn­ku. ―> Garnki nie wrą. Morze wrzeć coś, co się w nich gotuje,

 

Budzę się w łóżku, z twa­rzą żony Zo­ra­na nad sobą. ―> Czy to znaczy, że twarz żony Zorana obudziła się razem z dziewczyną?

Proponuję: Budzę się w łóżku, nad sobą widzę twarz żony Zorana.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki za obszerny komentarz, regulatorzy! :)

Bardzo proszę, Polly. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Poprawiłam wskazane błędy :) Przy kolejnych opowiadaniach będę uważać. Szczególnie na skróty myślowe.

Chwalebne postanowienie, Polly. Jestem przekonana, że opowiadania na tym zyskają. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jeszcze raz stokrotne dzięki, regulatorzysmiley

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jest w tekście nieco zdań, co do których szyku mogłabym się przyczepić, ale machnęłam na nie ręką. Interpunkcja też kuleje – brakuje sporo przecinków. 

 

Trochę się za to poczepiam innych rzeczy:

 

Taras wychodzi na zatokę, widzę półwysep przyłączony mostem do nagiej wyspy. – nie gra mi ten most tutaj. Most zazwyczaj buduje się, by móc swobodnie dokądś dojeżdżać/dochodzić. A dalej w tekście jest mowa o tym, że wyspy nikt nie odwiedza, że mieszka na niej wiedźma. Jak dla mnie to stoi sprzeczności ze sobą. 

 

Ptaki czekają niecierpliwie na skrawki. – nie pasuje mi tu to słowo, lepsze by było odpadki

 

– Ty i te twoje ludowe podania! – zaśmiał się Alec wyraźnie urzeczony. Z wrażenia rozlał szklankę rakiji na stół.

Nie kupuję tego. Z wypowiedzi Alexa wynika, że raczej sobie kpi, niż jest urzeczony (https://sjp.pwn.pl/slowniki/urzeczony.html). Do tego to rozlanie alkoholu z wrażenia… Nie pasuje. Poza tym inaczej zapisałaś jego imię. 

 

Nie mam ze sobą butów, nie chciałam zgubić ich w głębinie. – w Chorwacji jakakolwiek aktywność nad morzem / w morzu bez butów do wody??? A nie wyglądała na aż taką idiotkę… 

 

Odczucia mam podobne do Reg – że tekst jest przewidywalny. Wiem jednak z własnego doświadczenia, że dobrze poukrywać elementy i pozakręcać fabułę, by ostatecznie czytelnika zaskoczyć, nie jest takie hop-siup ;) Trzeba nabrać praktyki. 

Moim zdaniem tekst jest nieco nierówny. Z jednej strony są niezwykle kolorowe, plastyczne opisy (aż widzę to wszystko oczami wyobraźni). Z drugiej jednak fragmenty kompletnie bez polotu i powierzchowne – jakby te z Alexem. Nie pokazałaś faceta kompletnie, moim zdaniem. Musimy wierzyć na słowo narratorce, jaki on jest. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dzięki za wskazówki :)

 

No, nie mogę powiedzieć, że czytało się źle. W zasadzie, to całkiem przyjemnie :-) 

Co prawda mam zastrzeżenia do języka. I sprawa jest dość trudna, bo gdyby chodziło o jakieś błędy, literówki, wtopy gramatyczne, które łatwo wychwycić i poprawić, to pół biedy. Ale w Twoim tekście są momenty… jakby to nazwać… Drobnych niezręczności, zgrzycików, miejsc, w których trudno wskazać konkretny błąd, ale coś jakby nie grało. Może szyk, może jakaś niezbyt fortunna konstrukcja, może niewłaściwie użyte słowo… Nie wiem od jak dawna piszesz i ile tekstów masz na koncie, ale dla mnie to wygląda jak styl kogoś, kto ma spory potencjał do pisania pięknego, zachwycającego formalnie, co więcej kogoś kto chce tak pisać, ale jeszcze brak mu doświadczenia i wprawy. Jak młody zespół, który nie brzmi najlepiej, ale doskonale słychać, że jeszcze jeden, dwa albumy i będzie wymiatał :-) 

Rzeczywiście, sporo tych opisów przyrody. Ma to sens, bo tworzy bardzo wyrazisty klimat: wakacyjna, łagodna sielanka, ale gdzieś tam, pod powierzchnią błękitnego morza, w głosach cykad czai się niepokój, smutek, odbicie zimnego dystansu, który narasta między Alexem i Aśką. Fakt, jest owych opisów za dużo w stosunku do samej akcji, więc nic dziwnego, że tekst może się czytelnikom dłużyć. Warto byłoby nieco zmienić proporcje. Ale jako niejasna metafora stanu ducha Aśki, sprawdzają się znakomicie. 

Gorzko autentyczna jest Aśka w swojej bierności i obojętności – woli śmierć Alexa niż konieczność konfrontacji i kłopot z rozstaniem, i odczuwa ulgę, gdy Alex umiera. Cholernie prawdziwa śmierć uczucia. 

Tylko kompletnie nie rozumiem zachowania bohaterów, zwłaszcza Alexa, po kontakcie z wiedźmą. Alex traktuje opowieści chorwackiego kolegi jako zabawny i niemądry folklor. Ale kiedy widzi nagą, nieprzytomną (prawdopodobnie martwą) kobietę na plaży, nawet nie myśli o wzywaniu policji, wszczynaniu alarmu, zgłaszania tego… Nie, po prostu z miejsca stwierdza, że wiedźma i już. Nieracjonalne, ba, idiotyczne, zwłaszcza w świecie nieskażonym magią, czy choćby tchnięciem realizmu magicznego… Okropnie psuje mi to odbiór całego tekstu, sprzedaje autentyczności opowiadania kopa prosto w klejnoty. Tak się, na Srygława i Twaroga, nie robi :-) 

Ale widzę, że pojawiło się w poczekalni Twoje nowe opowiadanie. Będę musiał zerknąć, bo talent widzę tu nielichy :-) 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

thargone, dziękuję za komentarz! :) 

Trafna uwaga co do zachowania Alexa przy ciele kobiety/ wiedźmy. Mało wyjaśniłam motywy jego postępowania. Dopiero teraz widzę swój brak konsekwencji w tym bohaterze.

Szkoda, że nie masz konkretnych przykładów o co chodzi z językiem :)

Nowa Fantastyka