- Opowiadanie: danka - Zła dziewczyna

Zła dziewczyna

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Zła dziewczyna

Obudziłam się w kostnicy. Wiedziałam, co to za miejsce, widziałam je nieraz na filmach. Leżałam na metalowych noszach, przykryta zielonym płótnem. Materiał zsunął się na podłogę, gdy usiadłam i rozejrzałam się. Koło mnie leżeli inni, również pozakrywani. Przez zakratowane okna wpadało sine światło ponurego dnia.

Nic nie pamiętałam. To znaczy: jak tu się znalazłam. Wiedziałam, kim jestem, gdzie mieszkam i takie tam. Mojej pamięci brakowało co najwyżej paru godzin. Zmarszczyłam brwi. Wspomnienia jak nitki wyślizgiwały się, kiedy próbowałam ułożyć wszystko w sensowną całość. W piątek byłam na imprezie u Ryśka, mojego chłopaka. Pamiętam nawet początek wieczoru, ale reszta się wymykała.

Spuściłam nogi na kafelki i wstałam. Wzdrygnęłam się z zimna. Wciąż miałam na sobie ciuchy z imprezy, a w kostnicy panował chłód. Objęłam się rękami. Sięgnęłam po prześcieradło, którym wcześniej byłam zakryta, i zarzuciłam je na ramiona.

Sprawdziłam kieszenie. Lekarze musieli zabrać mi telefon, klucze i portfel. Jak to się w ogóle stało, że tu trafiłam? Czułam się bardzo dobrze, może nieco skacowana, ale to wszystko. Jakbym gdzieś zasnęła, a pewnie tak się stało, nawet średnio inteligentny szympans stwierdziłby, że jestem nietrzeźwa, a nie nieżywa. Jeśli wezwano do mnie pogotowie, ratownicy powinni podać jakieś zastrzyki wzmacniające, a nie zapakować do wora i porzucić w chodni.

Pokuśtykałam do drzwi i szarpnęłam klamkę. Ani drgnęła. Po co zamykać kostnicę? Nikt stąd już nie ucieknie. Pewnie chodzi o hieny cmentarne i inne zjeby kradnące ludzkie zwłoki. Też to widziałam na filmie: zbierali ludzkie sadło i robili z tego mydło.

Podniosłam zlodowaciałe pięści i zaczęłam walić w drzwi. Próbowałam krzyczeć, ale gardło miałam suche, a w płucach brakowało mi tchu. Ledwo trzymałam się na nogach, ale nie miałam zamiaru zostawać tu na weekend w tym dość drętwym towarzystwie. Waliłam i krzyczałam, ostatnimi siłami rzucając się na drzwi.

– Co do cholery…

Usłyszałam dźwięk przekręcanego klucza i w progu staną niski mężczyzna o nieświeżym wyglądzie. Nawet pasował do moich kolegów z pokoju. Był szary, wysuszony i być może, gdyby zasnął, można by go było pomylić z trupem.

– Co znowu? – Popatrzył na mnie przekrwionymi oczami.

Za nim, w głębi korytarza, dojrzałam uchylone drzwi do kanciapy. Tam, na stole, leżało napoczęte piwo. Minęłam frajera i pobiegłam po butelkę. Chwyciłam ją i opróżniłam. Ciepła warka nigdy nie smakowała mi tak jak dziś.

– Hej, dziewucho! – Dozorca doczłapał do mnie. – To moje!

Podrapał się po łysej głowie.

– Muszę zadzwonić na policję – oznajmił przyglądając mi się bacznie. – Nie wiem, kiedy cię przywieźli, ale muszę to zgłosić.

– Nie nudź, stary. – Machnęłam ręką. – Ja uciekam. Papierkową robotę odwal sobie sam.

Rzuciłam pustą butelkę w kąt i wyszłam uderzając go w ramię. To może nie była jego wina, ale byłam zła, że śmieli mnie tu zamknąć. Ktokolwiek to był.

 

***

 

Przeskoczyłam przez płot i pobiegłam na ganek. Wcisnęłam brzęczyk jednocześnie waląc pięścią w drzwi. Starzy muszą być przerażeni. Matka odchodzi od zmysłów, a ojciec snuje się po domu jak zombie i próbuje ją pocieszać.

Usłyszałam ruch po drugiej stronie. Opuściłam pięści i przestałam męczyć dzwonek. Kiedy jedno skrzydło uchyliło się, rzuciłam się i wpadłam wprost na… siebie.

Przede mną stała ja. To znaczy: dziewczyna bardzo do mnie podoba. Miała takie same oczy, ten sam zadarty nos, identycznie ścięte brązowe włosy i wysunięty podbródek. Poza tym była zupełnie inna. Nosiła różową, falbaniasta sukienkę w kwiaty, którą ostatni raz może bym założyła na własne urodziny w przedszkolu. Na stopach miała haftowane balerinki z kokardkami. Garbiła się, a ręce trzymała złożone z przodu, jak jakaś gejsza.

Obrzuciłam ją wrogim spojrzeniem.

– Kim jesteś?

– Agnieszka Różycka – powiedziała cicho.

Również wpatrywała się we mnie szeroko rozwartymi oczami. Był w nich strach, który mnie tylko zirytował. Kimkolwiek była, nie była na pewno mną, i nie musiała dzisiaj pić ciepłego piwa jakiej łajzy.

Zaczęłam nią gwałtownie potrząsać.

– Ja jestem Agnieszka Różycka! – krzyczałam. – Kim jesteś? Czemu udajesz mnie?

Dziewczyna nie broniła się. Pozwalała sobą trząść jak szmaciana lala. Protestowała cicho i prosiła mnie o spokój. Jeszcze chwila i zacznie płakać.

– Co się dzieje?

Od strony salonu nadbiegli rodzice. Matka wybałuszyła na nas oczy i zatrzymała się w połowie korytarza, a ojciec dopadł i rozdzielił.

– Uspokój się! – Wykręcił mi boleśnie nadgarstki.

– Kim ona jest?! – krzyczałam, ale on zaciągnął mnie do salonu i zatrzasnął drzwi.

Matka weszła za nami. Posadzili mnie przy stole. Usiedli naprzeciwko. Mieli poważne miny. Matka skrzyżowała ręce na piersi, a ojciec złożył dłonie w piramidkę i oparł koniuszki palców na ustach. Chwilę patrzyli na mnie w milczeniu. Nie rozumiałam, czemu odciągnęli akurat mnie, a nie tamtą drugą.

– No co? – zapytałam w końcu. – To ja jestem tą prawdziwą Agnieszką, a nie ta płaksa w korytarzu. Chyba potraficie rozpoznać własne dziecko?

Zerknęli na siebie. Ojciec odjął ręce od twarzy. Westchnął, poprawił koszulę, sprawdził telefon i znowu spojrzał na mnie.

– Co ty tu robisz?

– Przecież to mój dom! – Zamachałam rękami. – Mieszkam tutaj! Jesteście moimi rodzicami.

– Już nie.

– Co?

– Rozczarowałaś nas – odezwała się matka.

Patrzyła w bok, usta miała zaciśnięte jak zawsze, gdy była poirytowana.

– Nie podoba nam się, co się z tobą stało – mówił dalej ojciec. – Byłaś kochanym, słodkim dzieckiem, ale jak zaczęłaś dojrzewać…

– Jezus Maria! – Matka podniosła oczy ku niebu.

– No właśnie, wtedy zaczęłaś sprawiać kłopoty – dokończył.

Wyciągnął rękę i dotknął ramienia mamy.

– Chyba żartujecie! – Przenosiłam wzrok to na jedno to na drugie.

– To ciągłe podnoszenie głosu! – mówił ojciec.

– Trzaskanie drzwiami do łazienki – dodawała matka.

– Słuchanie muzyki do późna.

– Gorsze stopnie w szkole.

– Dziwni znajomi.

– Imprezy w weekendy.

– Chłopaki…

Słuchałam osłupiała, jak rzucają we mnie coraz to kolejnymi zarzutami.

– A prosiliśmy cię, żebyś przestała! – rzuciła ze złością matka. – Błagaliśmy, abyś wróciła do bycia naszą ukochaną córeczką!

– Ale ty nie chciałaś posłuchać! – Ojciec znowu złożył dłonie w piramidkę. – Wolałaś zachowywać się jak spuszczona ze smyczy suka! Męczyło to nas: mnie i twoją mamę. Stałaś się złą dziewczyną! A my nie takiego dziecka pragnęliśmy!

– Przecież jestem waszą córką…

– Ty już nie. – Ojciec pokręcił głową. – Postanowiliśmy odzyskać naszą dawną Agusię. Zrobiliśmy konkurs i wyłoniliśmy najlepszą kandydatkę. Teraz ona jest Agnieszką.

– Zaraz! – Wreszcie do mnie dotarło. – To wy wsadziliście mnie do kostnicy?

– Miałaś umrzeć szybko i bezboleśnie, zakład pogrzebowy obiecał się tym zająć.

– To niemożliwe! – potrząsnęłam głową.

– Niemożliwa to ty się stałaś! – Matka wycelowała we mnie oskarżycielski palec, zupełnie jak ta blondynka z mema z kotem. – Nawet teraz nas męczysz!

– Jesteście mordercami! – wstałam.

– Nie, przecież Agnieszka Różycka żyje.

– Ale to ja nią jestem!

– A jak to udowodnisz? – Ojciec uniósł brwi. – Jesteśmy jej prawnymi opiekunami i z całą stanowczością stwierdzamy, że naszą ukochaną córeczką jest dziewczynka na korytarzu. A nie jest nią ten rozpuszczony potwór, którym stałaś się ty.

– To się jeszcze okaże! – krzyknęłam i wybiegłam z pokoju.

Usłyszałam za sobą jeszcze „nie trzaskaj drzwiami!” i z całej siły walnęłam drzwiami frontowymi.

Jeszcze nie wiedziałam, co zrobię. Co robią dzieciaki, których rodzice pozbywają się z domu? Musiałam udowodnić, że ja to ja. Gdzieś przycupnąć i zebrać myśli. Starym nie ujdzie to na sucho, oj nie!

Poszłam do mieszkania Ryśka. To u niego imprezowałam w piątek. On powinien mi pomóc! Otworzył drzwi, a ja wcisnęłam się do środka, zanim zdążył zareagować. Pobiegłam do jego pokoju po drodze opowiadając mu całą historię. Położyłam się na łóżku i mówiłam dalej, a on oparł się o framugę i słuchał w milczeniu.

– Tak że jestem teraz bez domu i bez rodziny! – zakończyłam dramatycznie. – Czy mogę tu spać parę dni?

– Jasne – kiwnął głową.

Ale jego mina nie spodobała mi się. Nie patrzył na mnie. Skubał dolną wargę i bawił się palcami, zupełnie jak w czasie odpytywania w szkole. Podniosłam się z materaca.

– Nie wydajesz się zaskoczony – zauważyłam.

– Aga… – jęknął. – Przepraszam, to nie tak miało wyglądać…

Przejechał ręką po długich, tłustych włosach.

– Oni… oni mi zapłacili…

– Co?

Doskoczyłam do niego i zmusiłam do spojrzenia w oczy.

– Twoi starzy… – Zerknął na mnie i zaraz spuścił wzrok. – Zapłacili mi, abym dodał ci coś do piwa…

– Jak mogłeś!

– Przepraszam. – Wzruszył ramionami. – Ale teraz stać mnie na tę elektryczną gitarę…

– Ty chuju jebany!

Zaczęłam go okładać pięściami. Stał jak posąg, dając się bić. I tak niewiele mogłam mu zrobić. Był ode mnie większy i silniejszy, z kolegami ćwiczył na siłowni. Widziałam go nieraz bez koszulki i wtedy zachwycałam się jego mięśniami. Teraz chciałam go zabić.

Jeden dobrze wycelowany cios w krocze i wielki chłopak zgiął się wpół. Wyminęłam go i uciekłam z mieszkania.

Kończyły mi się opcje. Moje przyjaciółki też mogły być w spisku. Nie wiedziałam, komu ufać. Chciało mi się wrzeszczeć. Pobiegłam do jedynego miejsca, które wydało mi się w tej chwili bezpieczne: do szkoły. W weekendy w budynku trwały jakieś kursy językowe, więc weszłam bez trudu. Poszłam do sali gimnastycznej i tam całą złość wyładowałam na materacach, bijąc w nie pięściami. Choć nie zastąpiły twarzy moich starych, przez chwilę przyniosło mi to ulgę. Dopiero wtedy dopadło mnie zmęczenie. Położyłam się na plecach i zasnęłam planując zemstę.

 

***

 

Obserwowałam z toalety na piętrze, jak niebieski mercedes ojca podjechał pod szkołę. Wysiadła z niego ta inna ja, w prostej sukience w kratkę i z tornistrem w kwiatki. Przewróciłam oczami. Pojawienie się w takich stroju w liceum to samobójstwo. Ta dziewczyna nie dość, że zabrała mi dom, rodziców, to jeszcze zniszczy reputację.

Zbiegłam do szatni i ukryłam się we wnęce. Kiedy przechodziła obok, wyciągnęłam rękę i złapałam ją za tę okropną suknię. Spojrzała na mnie, a jej oczy otworzyły się szeroko.

– Pogadajmy – powiedziałam.

Chyba uznała, że jest mi coś winna, bo posłusznie poszła za mną do łazienki. Nerwowo poruszyła głową, kiedy zabrzmiał dzwonek na lekcje, ale ja stanęłam między nią a drzwiami. Skrzyżowałam ręce na piersi i patrzyłam się na nią z przechyloną głową. Wyglądałam pewnie jak pies gotowy do ataku.

– Kim ty tak naprawdę jesteś? – zapytałam.

– To nie jest ważne. – Druga ja pokręciła głową. – Twoi rodzice urządzili casting w sierocińcach i ja zostałam wybrana.

– Zastąpili mnie jakąś przybłędą z bidula?!

Spuściła wzrok i znowu złożyła skromnie ręce przed sobą, jakby stała w kościele. Ten gest działał mi na nerwy.

– Co ty z tego masz? – Podeszłam bliżej.

– Rodzinę – wymamrotała do swoich butów. – Jeśli będę trzymała się zasad, obiecali dawać mi dwa tysiące złotych kieszonkowego oraz opłacić studia. To dla mnie wielka szansa.

Tyle to potrafiłam wydać na buty. Czułam się upokorzona, że rodzice tak nisko mnie wycenili. Coś narzekali, że za dużo wydaję, ale tłumaczyłam im, że muszę przecież nadążyć za resztą. Sami tego ode mnie wymagali. Kiedyś lubili się mną chwalić. Zwłaszcza jak miałam najlepsze i najdroższe zabawki ze wszystkich dzieci. Z biegiem lat plastikowe lale zamieniły się w gadżety i ciuchy. Czemu oni tego nie rozumieli? Jeśli miałam być perfekcyjną nastolatką, musiałam mieć to wszystko, aby nie zepchnięto mnie na szkolny margines. A teraz wyrzucili mnie ze swojego życia i zastąpili tą tanią wersją mnie, niedorobionym substytutem!

– Jesteś żałosna! – krzyknęłam. – Sprzedałaś się za dwa tysie!

I uderzyłam ją w twarz. Zatoczyła się. Podniosła rękę do policzka. Wtedy rzuciłam się na nią. Pchnęłam, aż wpadła na umywalki. Przewróciła się. Chwyciłam ją za włosy, podniosłam do góry i waliłam czołem w porcelanowy kant. Jęczała. Próbowała się bronić. Wczepiła mi paznokcie w ręce, ale tylko mnie to bardziej rozjuszyło. Zawlokłam szamoczące się ciało do kabiny, wcisnęłam głowę do kibla i nacisnęłam spłuczkę. Usiadłam na niej okrakiem, aby przytrzymać dłużej pod wodą.

Przestała walczyć. Ciało opadło na mokrą posadzkę. W rękach wciąż miałam kępki włosów, na nadgarstkach ślady zadrapań. Wyszłam z kabiny. W ustach czułam krew. Otarłam mokrą dłonią spocone czoło i chwiejnie podeszłam do lustra. Oparłam się na umywalce i podniosłam wzrok, patrząc sobie w oczy. Odzyskałam siebie.

 

***

 

Ojciec podjechał o szesnastej. Wsiadłam do samochodu i położyłam tornister w kwiatki na kolanach.

– Jak było w szkole? – Zerknął na mnie w lusterku.

Już chciałam wzruszyć ramionami, ale powstrzymałam się. Rozciągnęłam usta w uśmiechu i powiedziałam najweselej, jak potrafiłam:

– Bardzo fajnie, dziękuję.

– Cieszę się. – Kiwnął głową. – Teraz zawiozę cię na lekcje tenisa. Bardzo je lubisz.

– Tak, oczywiście – zgodziłam się, chociaż ich nie znosiłam.

Ojciec włączył silnik. Niebieski mercedes wytoczył się z bramy i pomknął przez miasto w stronę kortów na przedmieściach.

Koniec

Komentarze

Już nie pamiętam, kiedy ostatni raz główna bohaterka opowiadania budziła we mnie podobne obrzydzenie. Nie ma w niej ani jednej cechy, którą uznałbym za pozytywną. Powiem więcej, w tym opowiadaniu nie ma JEDNEJ pozytywnej postaci. Same smoliście czarne charaktery.

Główna bohaterka? Rozpuszczona, egocentryczna, rozrzutna, bezwzględna, impulsywna, PMS 24 godziny na dobę/30 dni w miesiącu, "widziałam w telewizji" jako podstawowe źródło wiedzy o świecie. Strasznie wredna suka, nie trawiłem jej ani trochę.

Rodzice? Skrajne popierdole, maskujący błędy wychowawcze tysiącami złotych, chorobliwie skupieni na swoich oczekiwaniach względem dziecka i reputacji.

Rysiek? "Potrzebowałem floty na gitarę elektyczną, więc zabiłem swoją dziewczynę". Wzór cnót, kurwa jego mać.

Substytut tej Juleczki, znaczy Agnieszki? Szansa, interes życia, psiamać. Zbyt duże pieniądze, aby móc się oprzeć. Każdy by na to poszedł, nie?

Wygląda na to, że tylko pan z kostnicy był w miarę czysty. Choć, jeśli miał w sobie ten sam pierwiastek zła widoczny u pozostałych postaci, zapewne hobbystycznie uprawiał nekrofilię albo sprzedawał na lewo nerki. Albo i jedno i drugie.

Opowiadanie napisane dość zgrabnie, ale cóż z tego? Nie czerpałem z lektury żadnej przyjemności, bo w jej trakcie czułem żywą niechęć do każdej postaci, do prawie każdej linijki. Nie miałem z tego opowiadania żadnego pożytku. Czułem tylko obrzydzenie, bez katharsis, bez głębszego poruszenia czy refleksji.

Niewątpliwie napisanie takiego opowiadania to sztuka i na swój sposób to szanuję. Niemniej, to sztuka, która do mnie nie przemawia i której staram się unikać.

Dzięki Pliszka-Czajka za tak emocjonalny komentarz :)

Danka

Przekonujący egoistyczni bohaterowie w egoistycznym świecie.

Ale spore ale.

Masz tam sierocińce i samochody, co upodabnia do naszego świata, a w naszym rodzice stają po stronie dzieci, nawet bardzo złych. W tym opowiadaniu nawet więcej, bo wszyscy biorą udział w podmianie na lepszy model, czyli coś w rodzaju usankcjonowania przedstawianej sytuacji. Musisz znaleźć odpowiednie wyjaśnienie, czemu porządek prawny na to zezwala.

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

Dzięki za komentarz Jastek Telica. W moich założeniach świat jest ‘nasz’ i nie wolno w nim zabijać własnych dzieci bez konsekwencji ;) Dopracuję ten fragment, aby było jasne, że rodzice to przestępcy

Danka

No cóż, opowiadanie nie przypadło mi do gustu. Opisałaś nieprawdopodobne zdarzenie z udziałem odrażających bohaterów, ale tak po prawdzie, to zapomniałaś o fantastyce. Bo jak na horror to, moim zdaniem, horroru tu tyle, co kot napłakał.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

wi­dzia­łam je nie raz na fil­mach. ―> …wi­dzia­łam je nieraz na fil­mach.

 

To zna­czy: jak tu się do­sta­łam. ―> Raczej: To zna­czy: jak tu się znalazłam.

 

za­pa­ko­wać do wora i po­rzu­cić w chod­ni. ―> Literówka.

 

i inne zjeby krad­ną­ce ludz­kie zwło­ki. ―> Masło maślane – zwłoki to ciało zmarłego człowieka.

 

– Co znowu? – po­pa­trzył na mnie prze­krwio­ny­mi ocza­mi. ―> – Co znowu? – Po­pa­trzył na mnie prze­krwio­ny­mi ocza­mi.

Tu znajdziesz wskazówki, jak poprawnie zapisywać dialogi: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/

 

Cie­pła Warka nigdy nie sma­ko­wa­ła mi tak jak dziś. ―> Cie­pła warka nigdy nie sma­ko­wa­ła mi tak jak dziś.

Nazwę piwa piszemy małą literą: http://www.rjp.pan.pl/index.php?view=article&id=745

 

Po­dra­pał się po rzad­kich wło­sach. ―> Można podrapać się po głowie, ale nie po włosach.

 

jak jakaś ja­poń­ska gej­sza. ―> Masło maślane – gejsza jest Japonką z definicji.

 

Chwi­lę pa­trzy­li się na mnie w mil­cze­niu. ―> Chwi­lę pa­trzy­li na mnie w mil­cze­niu.

 

Także je­stem teraz bez domu i bez ro­dzi­ny! – Za­koń­czy­łam dra­ma­tycz­nie. ―> Tak że je­stem teraz bez domu i bez ro­dzi­ny! – za­koń­czy­łam dra­ma­tycz­nie.

 

Prze­je­chał ręką po swo­ich dłu­gich, tłu­stych wło­sach. ―> Zbędny zaimek.

 

I tak nie wiele mo­głam mu zro­bić. ―> I tak niewiele mo­głam mu zro­bić.

 

Wi­dzia­łam go nie raz bez ko­szul­ki… ―> Wi­dzia­łam go nieraz bez ko­szul­ki

 

i wiel­ki chło­pak zgiął się w pół. ―> …i wiel­ki chło­pak zgiął się wpół.

 

Ob­ser­wo­wa­łam z to­a­let na pię­trze… ―> Literówka.

Bo nie wydaje mi się, aby mogła obserwować z więcej niż jednej toalety.

 

w pro­stej su­kien­ce w krat­kę i tor­ni­strze w kwiat­ki. ―>  …w pro­stej su­kien­ce w krat­kę i z tor­ni­strem w kwiat­ki.

Nie mogła być w tornistrze, bo nie mogła do niego wejść.

 

– Ro­dzi­nę.Wy­mam­ro­ta­ła do swo­ich butów. ―> – Ro­dzi­nę – wy­mam­ro­ta­ła do swo­ich butów.

 

W rę­kach wciąć mia­łam kępki wło­sów… ―> Literówka.

 

Opar­łam się na zle­wie i pod­nio­słam wzrok… ―> Opar­łam się na umywalce i pod­nio­słam wzrok

Zlew montuje się w kuchni, w łazience/ toalecie są umywalki.

 

– Jak było w szko­le? – zer­k­nął na mnie w lu­ster­ku. ―> – Jak było w szko­le? – Zer­k­nął na mnie w lu­ster­ku.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Matka odchodzi od zmysłów, a tata snuje się po domu jak zombie i próbuje ją pocieszać.

To zdanie o tyle mi nie pasuje, że “tata” ma jednak ciepły wydźwięk, więc całość sugeruje, że był bohaterce bliższy niż matka. A jeśli oboje byli dla niej jednakowo obojętni, proponuję zamienić na “ojciec”.

Mama wybałuszyła na nas oczy i zatrzymała się w połowie korytarza, a ojciec dopadł i rozdzielił.

A tu z kolei jest w drugą stronę: mama i ojciec. Czemu tak? Ogólnie w takiej narracji, jaka jest w tym opowiadaniu, nie używałabym słów matka-mama i ojciec-tata jako synonimów. Te drugie są nacechowane pozytywnie, to nie pasuje do sytuacji i stosunku głównej bohaterki do rodziców.

– Kim ona jest?! – krzyczałam, ale on zaciągnął mnie do salonu i zatrzasnął drzwi.

Dookreślenie “on” jest zbędne, “zaciągnął” jasno wskazuje na ojca.

A nie jest nią ten rozbisurmaniony potwór, którym stałaś się ty.

O mamo. Ciężko mi uwierzyć, że w obecnych czasach ktoś odezwałby się tak w normalnej rozmowie. (No, ta rozmowa nie jest normalna, ale wiadomo, o co chodzi.)

No to teraz wrażenia ogólne.

Chory pomysł. Podoba mi się. :D I nawet nie przeszkadza mi, że wszyscy okazują się niewartymi współczucia gnojkami. No, poza dziewczyną z sierocińca, bo jej oportunizm w jakimś stopniu jest zrozumiały. Tyle tylko, że pod koniec konstrukcja siada, bo jednak nie można na pewne absurdy dłużej przymykać oczu – nie wierzę, że w szkole nikt by nie zauważył podmiany, i nie wierzę, że ojciec nie zorientowałby się, widząc prawdziwą córkę w ubraniach fałszywej.

Całkiem ciekawy tekst, ale szału bez, że tak powiem.

Dzięki Silva za komentarz :) Też mi żal dziewczynki z sierocińca, no ale musiała zginąć ;) A ojciec się pewnie w końcu zorientuje, ale to już inna historia.

Danka

Czytało się szybko, faktycznie jak wyżej zauważono Agnieszka nie budzi sympatii, kojarzy się z głównym bohaterem “Mechanicznej Pomarańczy”, który albo dyma społeczeństwo, albo jest przez nie dymany, wszyscy są źli i tylko czekają na okazję, żeby odgryźć się za doznane krzywdy. Niemniej, psychologicznie ten pomysł, że trzeba zabić siebie itp, żeby sprawnie funkcjonować w społeczeństwie wydaje mi się, na szczęście tylko w jakieś części, trafną obserwacją :)

Czytało się szybko, faktycznie jak wyżej zauważono Agnieszka nie budzi sympatii, kojarzy się z głównym bohaterem “Mechanicznej Pomarańczy”, który albo dyma społeczeństwo, albo jest przez nie dymany, wszyscy są źli i tylko czekają na okazję, żeby odgryźć się za doznane krzywdy. Niemniej, psychologicznie ten pomysł, że trzeba zabić siebie itp, żeby sprawnie funkcjonować w społeczeństwie wydaje mi się, na szczęście tylko w jakieś części, trafną obserwacją :)

Dzięki domi944 za komentarz. Ciekawe porównanie do “Mechanicznej Pomarańczy”, chociaż tam pan był z gruntu zły, a Agnieszka, przynajmniej moim zdaniem, na początku jest dość przeciętna. To konfrontacja z jej najbliższą społecznością zrobiła z niej ‘złą dziewczynę’, chociaż pewnie jak ma się takich socjopatycznych rodziców to samemu też się nie ma równo pod sufitem :)

Danka

Pomysł na opowiadanie ciekawy. Bohaterowie rzeczywiście nie wzbudzają sympatii, może poza dziewczyną z sierocińca, którą można zrozumieć. Szkoda, że nie poprawiłaś pewnych błędów, zauważonych przez innych, bo na pewno czytałoby się lepiej, gdybyś je wyeliminowała. Zgadzam się, że tag horror niespecjalnie tu pasuje. Nie jestem też pewna, czy jest tu jakiś element fantastyczny. Na początku myślałam, że bohaterka powróciła z martwych, ale jednak okazuje się, że nie, więc też fantastyki tu specjalnie nie ma. Sama lektura jednak była całkiem przyjemna, czytało się płynnie, a fabuła była interesująca.

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Hej rosebelle, dzieki za komentarz :) Nie poprawiałam chwilowo błędów , bo jestem nowa na forum i nie wiem, czy wypada ingerować w raz opublikowany tekst. Co do zarzutów o brak fantastycznych elementów to jestem nimi nieco zdziwiona: horror to gatunek który dopuszcza psychopatów bez nadnaturalnych elementów. Ale rozumiem, że na tym forum oczekuje się, że jednak magia musi być :)

Danka

Hej, w takim razie, witaj na forum :) Mam nadzieję, że się tu odnajdziesz. Ogólnie wręcz uważa się, że jeśli ktoś poświęcił czas na wyłapanie błędów w Twoim tekście, to wypada nanieść poprawki. Dzięki temu też, kolejni użytkownicy nie będą powielać pracy poprzedniego komentatora i będą mieli większą przyjemność z lektury. Wyjątkiem są konkursy, w których zazwyczaj poprawki można nanosić wyłącznie do daty, która jest ostatecznym terminem nadsyłania prac. Potem już nie poprawiamy, bo jury będzie czytało i musi zostać tak, jak zostało opublikowane. Chociaż każdy konkurs ma swój indywidualny regulamin. 

Jeśli zaś chodzi o elementy fantastyczne – nie są obowiązkowe i nikt Cię z forum nie wyrzuci za ich brak, ale ponieważ to forum fantastyczne, czytelnicy fantastyki właśnie się spodziewają i Twój tekst może zostać gorzej odebrany przez jej brak. Chociaż zdarzało się, że opowiadania bez elementów fantastycznych zdobywały piórko (forumowe wyróżnienie), więc nie jest to żadna żelazna zasada. 

Co do mojego komentarza  – nie chodziło mi o to, że horror nie pasuje przez brak elementów fantastycznych, ale raczej dlatego, że to bardziej thriller psychologiczny. Opowiadanie nie zmroziło mi krwi w żyłach ;)

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Pomijając wyłapane przez innych (i nie poprawione) babole, to czytało się całkiem nieźle. Lekko, luźno i ze swadą. Całkiem udatnie trzymałaś zainteresowanie czytelnika – chciałem dowiedzieć się o co w tym wszystkim chodzi. 

Jednak myślę, że byłoby lepiej dla tekstu, gdybyś poszła w klasyczny absurd, zamiast starać się wyjaśnić rzeczy "naturalnie". Niechby Agnieszka rzeczywiście powstała z martwych, druga Agnieszka pojawiła się w sposób nadnaturalny, a nie z bidula, niech jej zabójstwo nie pozostawi żadnych śladów w szkolnej toalecie… Wtedy całość można by było odbierać w sposób trochę symboliczny, trochę metaforyczny, a przede wszystkim mocno fantastyczny. W tym momencie tekst stoi w nieprzyjemnym rozkroku między fajnym, szalonym absurdem (kostnica, spotkanie drugiej Agi i rozmowa z rodzicami) a dziurawą logicznie i mało przekonującą opowieścią o niesympatycznej nastolatce, której przytrafiło się coś skrajnie nieprzyjemnego (zakończenie, wyjaśnienia). Stąd krytyka. 

Było się nie czaić i iść w totalne szaleństwo, to byśmy pokiwali z uznaniem :-) 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Obiecuję, że poprawię, tylko wrócę z wakacji :)

Danka

Nowa Fantastyka