- Opowiadanie: Realuc - Dziesięć palców poławiacza gwiezdnych kałamarnic

Dziesięć palców poławiacza gwiezdnych kałamarnic

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Dziesięć palców poławiacza gwiezdnych kałamarnic

Wodzirej zacumował w samo południe.

Inspektor Vako z ulgą zlazł na drewniany pomost prowadzący na plażę. Nie znosił żeglugi równie mocno, co latania. I nie zmienił tego nawet wysokiej jakości jacht z basenem i prywatnym barem. Stare dechy trzeszczały pod ciężkimi, oficerskimi buciorami. Za plecami przybysza, w lazurowym oceanie, pływały dziwaczne stworzenia przypominające miniatury wielorybów. Łaskotały taflę nieproporcjonalnie wielkimi w stosunku do reszty cielska płetwami ogonowymi. Na ich grzbietach siedzieli ludzie o ciemnej karnacji, dzierżący w rękach sieci do połowu.

Gdy Vako postawił pierwsze kroki na piasku, szybko znalazła się przed nim trójka mężczyzn. Dwóch niemal nagich, z bambusowymi opaskami na biodrach, i jeden wyglądający na rasowego glinę. Ten ostatni odezwał się pierwszy:

– Witamy na Furu.

Jego towarzysze uklękli i wyciągnęli w stronę inspektora otwarte dłonie, na których spoczywały purpurowe, obślizgłe macki. Vako spojrzał na to okropieństwo z odrazą i rzekł ponuro:

– Dzięki, ale nie jadam niczego, co pływa w wodzie. Nie silcie się na tradycyjne powitania, ja nie z tych. Przejdźmy od razu do rzeczy. Czym krócej tu zabawię, tym lepiej.

– W takim razie proszę za mną, panie Voko.

– Vako. Nie wiecie, kogo ściągacie na to zadupie?

– Proszę o wybaczenie, panie Vako. Nazywam się Ali. Jestem tutejszym komendantem.

– Świetnie.

Dalej szli w milczeniu. Gdy minęli rzędy niewiarygodnie wysokich palm i drzew bananowych, oczom inspektora ukazała się wioska miejscowych. Gigantyczne muszle, o różnych kształtach i kolorach, pełniły funkcję domów. Wejścia do nich zasłaniały jedynie zlepki długich, morskich glonów. Wśród tych niecodziennych budowli dostrzegł tylko kobiety i dzieci.

– Wszyscy mężczyźni wyruszyli właśnie na połów. Pewnie ich pan widział. Mają nadzieję wyłowić cokolwiek z tych jałowych wód. Szamani twierdzą, że do następnej pełni jeszcze wiele dni. – Wytłumaczył Ali, choć Vako wcale tego nie oczekiwał.

Na skraju osady stał drewniany dom, który jako jedyny przypominał coś z normalnego świata. Kanciasta forma, okna, drzwi. Vako wszedł do środka, zaproszony gestem komendanta. Usiedli przy plastikowym stoliku, na którym czekała już butelka białego rumu i dwie, lekko przybrudzone szklanki.

– No, i takie powitania to ja rozumiem – zaśmiał się inspektor i sam obsłużył się przygotowaną zastawą.

– Jesteśmy już sami, panie Vako. Więc zaznaczę tylko, że jako gość, należałoby okazać więcej szacunku. Nie mówiąc o tym, że jestem tutaj głównym, a w zasadzie jedynym…

– W dupie mam, kim tu jesteś. Wiem za to, dlaczego ja tutaj jestem. Będę zatem pytał, a ty będziesz odpowiadał.

Ali zamilkł. Nerwowo poprawił kołnierz granatowego munduru i zwiesił wzrok na blat.

– Ściągnęliście mnie, bo wasze dotychczasowe działania nie przyniosły żadnych efektów, to jasne. Ale, do chuja krętego, dlaczego wybraliście inspektora do spraw magicznych? I to tak cholernie dobrego, więc zarazem drogiego, jak ja? Z tego co mi przekazano, macie problem z seryjnym zabójcą. Napierdala kulami ognia czy o co chodzi, hę?

– Sytuacja trochę się zmieniła. To znaczy, nie przekazaliśmy wszystkiego w raporcie, ale mamy pewne przypuszczenia, że oprawcą nie jest człowiek. Ale może po kolei.

– Racja, po kolei. Co, gdzie, kiedy, wiecie co gadać. Zamieniam się w słuch.

Vako wyłożył nogi na stół i przechylił szklankę z rumem. Ali podrapał się po gęstej, czarnej czuprynie i zaczął sprawozdanie:

– Mamy już cztery ofiary śmiertelne. Każda z nich została znaleziona w innym miejscu. W domu, na wybrzeżu, w dżungli. Były wtedy same, więc napastnik jest ostrożny. Ciała charakteryzuje jedno. Mają obcięte palce u rąk. I wszyscy zamordowani dotychczas byli mężczyznami.

Vako z łoskotem odłożył pustą szklankę wtrącając się w przemowę.

– Dobra, panie komendancie. Informacje przydatne, nie przeczę, ale dla mnie najważniejsze jest jedno. Co to za istota. Mówiliście o pewnych przypuszczeniach. Skąd się wzięły?

– W noc, podczas której miał miejsce ostatni atak, jeden z mieszkańców zobaczył jakieś stworzenie. Niewiele chce gadać, ale upiera się, że widział stwora uciekającego do oceanu. Może panu, panie Vako, uda się coś z niego jeszcze wyciągnąć.

Vako wstał, polał, wypił, i rzekł:

– Dobra, wystarczy. Jutro chcę się widzieć z tym świadkiem oraz chcę zobaczyć ostatniego trupa. Dziś dopijam ten rum i idę spać. Podróże okropnie mnie męczą. A właśnie, gdzie mój apartament?

Ali kiwnął nieśmiało głową w stronę wyleżanej, brudnozielonej kanapy.

 

 

*

 

Ciało młodego chłopaka leżało na spróchniałym blacie stołu.

Inspektor obszedł trupa parokrotnie, ignorując obrzydliwy smród. Zwłoki zostały wykopane na jego prośbę i daleko im było do pierwszej świeżości. Z dokładnością wyrobioną przez lata pracy w zawodzie, obejrzał każdą kończynę. Skończył na tym, od czego rozpoczął. Na dłoniach pozbawionych palców.

– No i mieliście rację, komendancie – odezwał się Vako.

– To znaczy? – Ali patrzył na ciało z widocznym obrzydzeniem.

– To znaczy, że tego oto chłoptasia nie zabił człowiek.

– Pewni jesteście, panie Voko?

– Vako, do chuja krętego.

– Przepraszam. Zawsze miałem problem z zapamiętywaniem imion.

– Dlatego został pan komendantem na tym zadupiu na środku oceanu, a nie w cywilizowanym świecie, rozumiem.

Ali zwiesił wzrok i zaczął nerwowo kręcić młynki kciukami ukrytymi w kieszeniach spodni. Inspektor zacisnął dłoń na sinym nadgarstku zamordowanego i pomachał ręką bez palców, pytając:

– Co widzisz?

– No…

– Dobra, nieważne. Powiem ci, czego nie widzisz. Te młode paluchy nie zostały odcięte żadnym narzędziem. Nie użyto noża, siekiery, piły, niczego. A wiesz, czego?

– No… czego?

– Chuja psiego!

Vako wyciągnął spod skórzanej kurtki ćwiartkę pigwowej nalewki i pociągnął solidny łyk. Pot cieknął mu po czole, jednak inspektor był tak mocno przywiązany do tego akurat elementu ubrania, że nie miał zamiaru zmieniać go nawet na tropikalnej wyspie. Zaśmiał się, pociągnął z butelki raz jeszcze, i dodał, tym razem poważniej:

– Zębów, towarzyszu, zębów. A raczej kurewsko wielkich i ostrych kłów.

Ali pobladł.

– Jakież zwierzę odgryza tylko palce?

Vako zaśmiał się tak doniośle, że musieli usłyszeć go chyba na drugim końcu Furu.

– Gdyby chodziło o zwierzę, to wezwalibyście tutaj myśliwego, a nie mnie. Możesz wracać do chaty i czekać grzecznie na łeb bestii. Uporam się z tą sprawą raz dwa, gdyż jak już wspominałem, chciałbym się stąd wynieść jak najprędzej. A, gdzie ten cały świadek, z którym chciałem pogadać?

– Czeka na zewnątrz. Już go zawołam.

Ali wyszedł z lepianki, która na jeden dzień z magazynu zamieniła się w prowizoryczną kostnicę, z nieukrywaną ulgą. Inspektor z kolei dobył pięknie zdobiony scyzoryk i wydłubał z resztek odgryzionego serdecznego małe co nieco. Włożył zdobycz do foliowego woreczka i schował do wewnętrznej kieszeni kurtki. Tuż po tym do środka wszedł miejscowy. Na nagi, zarośnięty tors opadała zaznaczona siwizną broda, mimo to twarz wolna była od zmarszczek i innych znamion sędziwego wieku.

– Niechaj księżyc się wypełni a gwiazdy zaleją niebo – rzekł świadek.

Vako słyszał już to powitanie wcześniej i stwierdził, że nigdy nie poznał głupszego i dłuższego zarazem. Cieszył się za to, że dzięki najnowszym osiągnięciom techniki, w tym przypadku specjalnej słuchawce umieszczonej w jednym uchu, słowa tubylców tłumaczyła mu seksownie brzmiąca pani. Ta sama wirtualna kobieta tłumaczyła również na głos jego wypowiedzi.

– Tak tak, niechaj się wypełni i tak dalej. Do rzeczy. Coś widział?

Miejscowy pogładził brodę i ze strachem w oczach odpowiedział:

– Potwora! Najprawdziwszego potwora!

– Konkretniej. Nie mam całego dnia. – Vako opróżnił ćwiartkę.

– Ciemno było. I z daleka patrzyłem, ale pewny jestem, co widziałem.

– Czyli co takiego, do chuja krętego!?

– Do czego?

Inspektor podszedł do mężczyzny, położył dłoń na spalonym słońcem ramieniu i zapytał raz jeszcze, zaciskając zęby:

– Co dokładnie widziałeś, miły człowieku?

– Wielki był, jak trzech mężczyzn. Mimo to łapska po piachu bruździły, choć wcale się nie garbił. Tylko tyle dostrzegłem. Ciemno by…

– Czyli widziałeś to coś na plaży, tak? W nocy, podczas której zabiło leżącego tutaj nieszczęśnika, tak? – dopytywał Vako.

– Właśnie tak, nie inaczej. Ano i jeszcze jedno dodać muszę. Do oceanu poszedł ten stwór przebrzydły. Zniknął pod wodą niczym ryba jakaś.

Inspektor uśmiechnął się i potarł dłonie. Patrząc na nie pierwszy raz ucieszył się, że ma wszystkie palce. A przez ostatnie lata mało co było go w stanie uszczęśliwić.

– Dzięki. Choć na początku w to wątpiłem, pomogłeś mi. A, jeszcze jedno pytanie, które zapomniałem zadać waszemu komendantowi. Kiedy się to zaczęło? Kiedy miała miejsce pierwsza masakra?

Mężczyzna zmarszczył brwi, po czym odpowiedział:

– Dzień po Wielkim Połowie.

– Wydarzyło się coś wtedy? Podczas tego całego połowu?

Staruszek o młodej cerze wyraźnie spochmurniał.

– Jeden z nas nie wrócił. Zaginął. Nazywał się Pili.

– Ma rodzinę?

– Tutaj każdy ją ma.

Pięć minut później Vako opuścił tymczasową kostnicę. Wstąpił na moment na Wodzireja, aby od razu wysłać próbkę ciała do kolegów po fachu. Chwalił w myślach dzień, w którym maszyny nauczyły się przesyłać nie tylko dane wirtualne, ale także i materię. Chwilę po tym zmierzał już do wioski pełnej muszlowych domów. Chciał znaleźć czerwoną, w kształcie rogu. Zamieszkaną przez kobietę i dwójkę dzieci. Tyle przynajmniej przekazał świadek. Inspektor wiedział bowiem, że tajemnicze zniknięcia i potwory są niezwykle często nierozłącznymi kochankami.

 

 

*

 

 

– Więc mówi pan, że pochodzi z Nowego Loanu? Słyszałam o wielkich miastach, takich jak to. Nie zamieniłabym nigdy piasku i oceanu na stalowe budowle i wąskie ulice między nimi.

– A cóż pani może o nich wiedzieć, hę? Jak się nigdy nie opuściło takiego zadupia to nie można mieć wyrobionego zdania i już.

Wnętrze muszli, w której mieszkała rodzina zaginionego poławiacza, okazało się całkiem przytulne i ciekawie zaprojektowane. Faliste ściany ozdobione były wypchanymi zwierzętami przypominającymi przerośnięte borsuki. Stół, przy którym inspektor rozmawiał z wdową, tak jak i reszta mebli, wykonany był z kości. Fantazyjne wykończenia oparć, podłokietników czy drzwiczek od szuflad mogły robić wrażenie na kimś, kto przywykł do kanciastych, nowoczesnych, jednolitych kształtów. Inspektor rzucił okiem na materac w całości stworzony z bambusa. Rozmyślania na temat wygody spania na takowym przerwała gospodyni:

– Sprawia pan wrażenie mało kulturalnego człowieka. A ponoć tacy jak wy, z wielkiego świata, powinni być takiego przykładem.

Vako zaśmiał się krótko i odpowiedział spokojnie:

– Dobra, przejdźmy do rzeczy, pani…

– Fua.

– No właśnie. Dziwne te wasze imiona i nie sposób je spamiętać, choć krótkie. A więc, Fua, chciałbym dowiedzieć się trochę więcej o waszej społeczności. O tym oderwanym od rzeczywistości tworze, który dryfuje samotnie na środku oceanu, cofniętym w czasie o setki lat. Prawdę powiedziawszy, proszę wybaczyć szczerość, gówno mnie to obchodzi, jednak znajomość lokalnej kultury jest wielce pomocna przy tego typu śledztwach.

– Odnajdzie pan mojego męża? – Fua niespodziewanie położyła smukłą dłoń na zaciśniętej na stole pięści inspektora.

– Co proszę? – Vako znieruchomiał, zaskoczony jej ruchem.

– Przestaliśmy się kochać już jakiś czas temu. Jednak ten człowiek dał mi dwójkę dzieci, które widział pan przed tym domem. Opiekował się nami i zapewniał pożywienie. Jestem mu winna godny pochówek na Wzgórzu Ughu. Tam, gdzie chowamy wszystkich mężczyzn. Jeśli obieca pan, że go tutaj sprowadzi, odpowiem na pańskie pytania.

Vako westchnął i odrzekł zniecierpliwiony:

– Tak, tak, obiecuję. No chyba, że nie będzie już kogo sprowadzać.

– Jak pan może tak…

– Żartowałem, kochaniutka. Teraz twoja kolej.

Fua wstała z kościanego krzesła i zamyśliła się. Kobieta jest całkiem atrakcyjna jak na tubylca – pomyślał Vako. Długie kręcone włosy opadały falami na brązowe plecy. Bambusowa opaska i stanik z palmowych liści były jedynymi częściami garderoby, jakie miała na sobie, toteż doskonale mógł przyjrzeć się wspaniałym, naturalnym kształtom. Krągłym biodrom, wydatnym piersiom, długim, smukłym nogom. Szybko jednak otrząsnął się ze sprośnych, męskich myśli. Dawno już wyrzucił ze swojego życia wszystkie kobiety, jakie chodzą po świecie. Dawno już wyrzucił, bezpowrotnie, niczym ciśnięty na dno oceanu kamień, większość ludzkich uczuć.

– Nie wiem, co chce pan wiedzieć. To, że jesteśmy oddanym tradycji ludem, nie ulegającym wirowi, w który wpadł świat? Tak właśnie jest. Żyjemy dniem dzisiejszym. Kobiety zajmują się dziećmi i domem, mężczyźni wyławiają gwiezdne kałamarnice i hodują woaki, na grzbietach których pływają. Tak jak nasi przodkowie tysiące lat temu. A jeśli chodzi o komendanta, cóż. To pierwsza poważna ingerencja świata zewnętrznego w nasz. Wasi władcy uznali, że potrzebujemy pomocy i ochrony, jakbyśmy byli jakimś zagrożonym gatunkiem. Jakbyśmy przez setki lat nie radzili sobie sami. A wszyscy dobrze wiemy, że pod pozorem opieki kryje się jakieś drugie dno.

– No dobra. Czyli Twój mąż zaginął podczas połowu tych gwiezdnych kałamarnic, tak?

Fua kiwnęła potwierdzająco głową i usiadła ponownie.

– Kałamarnice zsyłają nam gwiazdy, w których spoczywają dusze przodków, ale tylko podczas pełni księżyca. W taką noc niebo rozświetla deszcz setek błyszczących stworzeń, które spadają do oceanu. Wtedy jest czas Wielkiego Połowu. Mężczyźni łowią tyle, ile udźwigną w sieciach. Mój mąż przeżył dziesiątki Wielkich Połowów. Nie mam pojęcia, dlaczego nie wrócił. Nie mam pojęcia…

Tym razem to Vako wstał od stołu i ruszył do wyjścia. Nie wykazał się grzecznością i nawet nie tknął smażonych macek kałamarnicy, które przygotowała dla niego gospodyni. Rzucił na odchodne:

– Wystarczy tych informacji. Wrócę niebawem.

Na zewnątrz minął chłopca i dziewczynkę, którzy grali w jakąś grę za pomocą skórek po bananach. Upał doskwierał, jednak inspektor nie zdjął swojej ulubionej, skórzanej kurtki. Jedynej i ostatniej zarazem rzeczy, z którą się nie rozstawał. Niebo przybierało już barwę dojrzałej pomarańczy więc Vako uznał, że czas odpocząć po intensywnym dniu pracy. Upewnił się, że w kieszeni spoczywa jeszcze jedna butelka rumu, którą otrzymał od komendanta, po czym udał się w stronę plaży.

Piasek, ocean, zachód słońca, dobry trunek.

Wszystko to byłoby piękne, gdyby nie fakt, że zamiast wznosić toast ze szczęścia, chciał jedynie zatopić w alkoholu smutek.

 

 

*

 

 

Mężczyźni wrócili już do swych domów z muszli, dzieci przestały się wydzierać, bębenki, w które tak ochoczo przez cały dzień tłukli tutejsi szamani, ucichły.

Inspektor siedział na skraju plaży i zatapiał bose stopy w mokrym piasku. Co chwilę, gdy o brzeg rozbijała się większa fala, ciepła piana przyjemnie obmywała skórę. Grzebał uschniętym patykiem w milionie złotych ziarenek i zastanawiał się, co tutaj właściwie robi. Przecież miał z tym skończyć. Ale, paradoksalnie, praca, która pozbawiła go wszystkiego, była teraz ostatnią rzeczą, która trzymała go przy życiu i resztkach zdrowych zmysłów. Wiedział o tym doskonale, choć nie przyznawał się sam przed sobą. Opróżnił do końca butelkę białego rumu i wyciągnął się na ciepłym, mimo późnej pory, piasku.

Niebo przybrało już swoją gwieździstą szatę. W zasadzie w żadnym innym miejscu na świecie, a bywał w wielu, nie widział tak mnóstwa gwiazd. Księżycowi brakowało nieco do pełni, a szkoda. Vako chciałby zobaczyć spektakl spadających z nieba świecących stworzeń, o ile ta kobieta mówiła prawdę. Na kontynencie zjawiska magiczne wygasły niemal całkowicie, wyparte przez technologie i ludzkie ingerencje, toteż aby dalej działać w swojej profesji, został zmuszony do podróżowania na coraz to odleglejsze zakątki planety. Takie choćby, jak Furu.

Przez moment zobaczył przed oczami Fue. Jej naturalnie czerwone usta i ciepłe spojrzenie. Było w niej coś, czego już bardzo dawno nie widział w żadnym człowieku. Jakaś normalność, dobroć, szczerość. Przez krótką chwilę zaczął nawet żałować, że był dla niej zbyt szorstki i taki bezpośredni. Potem jednak splunął w bok i zaśmiał się głośno, stwierdzając, że ma to jednak w głębokim poważaniu. Ukołysany szumem fal zasnął nagle, z dłonią zaciśniętą na pustej butelce.

A Furu nie było dla inspektora łaskawe, zsyłając mu we śnie najboleśniejsze wspomnienia.

 

 

*

 

 

Vako biegł po schodach na trzecie piętro, dysząc ciężko. W głowie wciąż szumiały słowa doktora, które usłyszał przez telefon kilka godzin temu.

Pańska żona umiera. Przykro mi.

Z każdym pokonanym stopniem przeklinał samego siebie. Wiedział, że poważnie zachorowała. Wiedział, że jest w piątym miesiącu ciąży. Wiedział, że potrzebuje go teraz jak nigdy wcześniej. Wziął jednak jeszcze jedno zlecenie, daleko poza miastem, bo przecież potrzebowali pieniędzy.

Wbiegł do korytarza, mijając napis: Oddział Intensywnej Terapii.

Gdzie ona jest!? darł się, przekrzykując zadyszkę. Miał nadzieję. Wciąż miał nadzieję.

Pan Vako? Podszedł do niego doktor o znajomym głosie.

Gdzie!?

Przykro mi…

Inspektor wbiegł do sali znajdującej się za plecami lekarza. Na łóżku leżała Wera. I choć nie żyła już od dobrych kilku minut, wydawało się, że skórzaną kurtkę męża, którą była przykryta, obejmuje i ściska całkiem świadomie.

 

 

*

 

 

Obudził go telefon.

Podniósł się z bólem głowy, przeklinając rum i wszystkie trunki tego świata. Świtało. Dojrzał, jak paru mężczyzn kręci się już przy zagrodzie z palmowych pni przy brzegu. W środku kłębiły się woaki, które ochoczo piszczały wyczuwając śniadanie. W końcu, za szóstym sygnałem, wyciągnął telefon i odebrał połączenie.

– Edyns, ty stary chamie. Budzisz człowieka w środku nocy.

– W Nowym Loanie jest trzecia popołudniu, wybacz.

– Mam nadzieję, że masz jakieś istotne informacje. Jeśli nie to od razu się rozłącz.

– Ech, Vako. Wciąż jesteś taki zgorzkniały. Ileż można. Minęło już tyle lat…

– Masz coś dla mnie, do chuja krętego, to mów!

– Przebadaliśmy przesłane przez ciebie próbki. Nie uwierzysz, ale to wodnik trzeciego stopnia. Nie spotkaliśmy żadnego osobnika od…

– Wiem, Edyns, wiem. Jestem jednak w miejscu, które zatrzymało się w czasie setki lat temu, dlatego nie zdziwiłbym się nawet, gdybym spotkał tutaj gargula srebrnego. Dzięki. I wybacz, ale nie będę się rozgadywał, bo strasznie boli mnie łeb.

– Wciąż pije…

Vako zakończył połączenie. Obserwował chwilę mini wieloryby, które zadowolone z posiłku, tryskały wodnymi fontannami. Pospiesznie poukładał w głowie fakty i, mimo kaca, szybko doszedł do właściwych wniosków. W zasadzie wiedział już wszystko. Czas brać się do roboty. Po drodze do chaty komendanta, w której zostawił cały sprzęt, bił się z myślami. Powiedzieć tej kobiecie prawdę, czy nie. Powiedzieć, czy nie…

– Och, inspektor Vako. Niechaj księżyc się wypełni a gwiazdy zaleją niebo. – Fua wypadła zza zarośli tak nagle, jakby przywołał ją jakimś magicznym sposobem.

– Co pani tu robi o tej porze?

– Idę nazbierać to, co wyrzucił tej nocy ocean. Odkąd jestem sama, rozsądnie dzielę każdą porcję morskich darów. Mężowie innych kobiet nie mogą mi pomagać. Takie mamy zasady. A pan?

– Co ja?

– Co pan tutaj robi o tak wczesnej porze?

Vako westchnął i postanowił powiedzieć jej prawdę. Resztki uczuć, które mu pozostały, nakazywały być tym razem szczerym.

– Posłuchaj, Fua. Możemy być na ty? – Potwierdziła ruchem głowy. – Twój mąż nie umarł. Przynajmniej w pewnym sensie.

Kobieta wypuściła z rąk bambusowy kosz i zaplotła ręce na szyi inspektora. Zaraz jednak odskoczyła od niego z wymalowanym na twarzy zawstydzeniem.

– Na przodków, przepraszam. Czyli on żyje, tak? To czemu go tutaj nie ma?

Vako rozmasował pulsującą skroń i odrzekł:

– Powiem po kolei. Są to póki co wyłącznie moje przypuszczenia, ale zaznaczę, że rzadko kiedy się mylę. Podczas Wielkiego Połowu twój mąż musiał natrafić na syrenfę.

– Na co!?

Inspektor westchnął. Nienawidził, gdy ktoś mu przerywał, tym razem jednak postanowił zagryźć język i kontynuował spokojnie:

– To takie morskie stworzenie magiczne. Bardzo rzadkie. Przyjmuje postać kobiety choć w rzeczywistości jest obrzydliwym, kolczastym rybskiem. Gdy spotka człowieka, żąda od niego tego, co jest dla niego najcenniejsze, w zamian oferując wolność. Stwór zawsze wie, co to takiego, nawet jeśli ofiara sama nie jest tego świadoma. Jeśli nie pójdzie się ze skurwielem na układ, i tak bierze to, czego chce, a w gratisie zakopuje na żywca na dnie oceanu.

– Na duchy przodków… – Fua zaczęła drżeć. Gdzieś z palmowego gaju dobiegł ich skrzek tropikalnych ptaszysk.

– Przejdę do wniosków. Twój mąż nie zgodził się na układ z syrenfą. W jego zakopanym na dnie oceanu ciele zrodził się wodnik. I to najgorszy z możliwych. A teraz uwaga. To twój mąż morduje ludzi, Fua. Nie zazna spokoju i nie odpuści, póki nie odzyska tego, co stracił. A to jest raczej niemożliwe. Nawet zapałałem do ciebie odrobiną sympatii, wiesz? W takim wypadku chciałbym mu pomóc, ale obawiam się, że mogę go tylko, no wiesz… Unieszkodliwić raz na zawsze. Dusza co prawda spokoju nie zazna, ale stwór przynajmniej nikogo już więcej nie zabije.

Kobieta usiadła na ziemi, topiąc dłonie w plątaninie loków.

– To wszystko jest jakieś niewiarygodne.

– Gdyby było inaczej, nie byłoby mnie tutaj.

– Nie powiedziałeś jeszcze jednego. Czego ten potwór zażądał od mojego męża?

Vako usiadł obok wdowy co okupił mocnym uderzeniem młota wewnątrz czaszki.

– Myślałem, że się domyśliłaś. Palców. Wszystkich dziesięciu palców.

– To znaczy, że były dla niego najważniejsze palce? Jaki w tym sens?

– Też się nad tym zastanawiałem. Ale tylko chwilę. Zaraz potem doszedłem do wniosku, dzięki twoim opowieściom między innymi, że najważniejsze było dla niego utrzymanie rodziny. Zapewnienie wam bezpieczeństwa i jedzenia. A wyobrażasz sobie poławiać kałamarnice za pomocą rąk pozbawionych palców?

Fua zerwała się nagle i popatrzyła w jaśniejące niebo.

– Na dusze przodków, masz rację. Co teraz?

Vako potarł dłonie i poczuł napływającą adrenalinę. Nawet kac stał się nagle bardziej znośny. Choć szczerze chciał pomóc temu człowiekowi, wiedział, że nie ma innej możliwości. A rozwalenie magicznej bestii zawsze przynosiło mu wielką, chwilową ulgę. Jakby zażył pigułkę, która na parę godzin wyłącza wszystkie negatywne myśli.

– Teraz muszę zapolować na twoje… na tego wodnika. Dziś założę na wyspie specjalne czujniki wykrywające istoty magiczne. Gdy tylko wylezie z wody i pojawi się na terenie Furu, będę o tym wiedział. I wtedy go dopadnę.

Fua kiwnęła tylko głową, podniosła koszyk i odeszła bez słowa. Vako ją nawet trochę podziwiał. Informację o tym, że musi zabić, jakby nie było, jej męża, zniosła całkiem jak twarda babka. Nie użalała się, nie prosiła o cuda na kiju, nie szlochała w ramię.

Przed zabraniem się do pracy inspektor odwiedził jeszcze komendanta. Powiedział mu w skrócie w czym rzecz, wypił dwie butelki wody, przygotował niezbędny sprzęt. Gdy miał już wychodzić, zapytał:

– Co będzie teraz z Fuą?

– Z kim? – Ali trawił jeszcze te niesamowite wiadomości i wyglądał, jakby jego świadomość była w innym wymiarze.

– Z wdową, do chuja krętego. Co będzie z żoną wodnika?

– A, tak. No cóż, tutejsza społeczność liczy półtora tysiąca mieszkańców. Parę wiosek. Kobiety wychodzą za mąż w wieku dwunastu lat, wszystko ustawione już przez rodzinę zaraz po porodzie. Kobiety takie jak Fua czeka na tej wyspie tylko jeden los. Zostanie oddana do Szeptorium.

– Do czego?

– To takie, hm, sanktuarium. Znajduje się w centrum wyspy. Trafiają tam staruszki, niedołężne, no i samotne. Ich zadaniem zostaje modlić się do przodków i błagać o kolejną pełnię. I tyle.

– A dzieciaki?

– Trafią do innej rodziny, spokojnie.

Vako zarzucił na ramię torbę z ekwipunkiem i wyszedł, trzaskając za sobą drzwiami. Przeklinał w myślach durne prawa, które ustanowił jakiś dziad tysiąc lat temu. I choć z wieloma rzeczami nie był w stanie się zgodzić, to przechadzając się po raz kolejny przez wioskę pełną muszlowych chat, rozumiał tutejszych ludzi coraz bardziej.

Biegające beztrosko dzieci. Uśmiechnięte kobiety obrabiające kałamarnice. Mężczyźni podążający do zagrody z woakami, śpiewający i radujący się z kolejnego zbliżającego się połowu. I tak mijał im każdy dzień. Prosty, by nie rzec prymitywny. Jednak inspektor widział w brązowych twarzach spokój i szczęście. Widział coś, czeka nie widzi w twarzach ludzi przemierzających ciasne ulice Nowego Loanu.

Coś, czego nie widział we własnej twarzy już wiele lat.

 

 

*

 

 

Inspektor się spóźnił.

Albo czujniki okazały się tym razem wadliwe, albo to bestia okazała się wielce przebiegła. Tak czy siak, gdy przybył na miejsce, z którego dochodził sygnał, natknął się na martwego mężczyznę pozbawionego palców u dłoni. Ciało leżało w palmowym gaju. Biedak wybrał sobie złą porę na nocne spacery. Ziemia nie zdążyła jeszcze wchłonąć krwi, a ślady wodnika były na tyle świeże, że Vako mógł podążyć jego tropem bez najmniejszego trudu.

Zaprowadziły go do znajomej wioski.

Inspektor przycupnął przy obrzeżnej chacie o kształcie okrągłej muszli, wyciągnął z torby karabin snajperski, załadował specjalnymi srebrnymi nabojami, które skutecznie szatkowały wszystkie magiczne istoty. Przyłożył oko do lunety, przez którą widział otoczenie jak w dzień. I wtedy też zobaczył stwora.

Stał tuż przed domem, w którym mieszkała Fua. Długie łapska, którym brakowało szponów, dotykały niemal ziemi. Pomarszczone, sine ciało było przeraźliwie chude. Na wklęsłej klatce wodnika dyndał spleciony z glonów naszyjnik, który tworzyło kilkadziesiąt ludzkich palców. Bestia skierowała białe ślepia na otwór w wielkiej muszli, który pełnił rolę okna. Vako, z wielką ostrożnością, przemieścił się kilkanaście kroków w lewo. Nie opuszczał karabinu ani na chwilę, palec trzymał na spuście. Zobaczył siedzącą przy stole Fue. Płakała ze zwieszoną nad blatem głową. Po chwili podeszła do niej zaspana córka, wymieniły parę zdań i obie zniknęły z zasięgu wzroku.

Wodnik zacisnął kikuty na naszyjniku i potrząsł nim wściekle, po czym zaczął człapać w stronę plaży. Vako miał jego łeb na celowniku. Wziął głęboki oddech. Wystarczyło lekko docisnąć spust. Bestia minęła ostatnie domy, za chwilę miała zniknąć w gęstych zaroślach.

Jeden strzał i po problemie. Tego przecież od początku chciał. Wynieść się stąd jak najprędzej. Zrobić swoje i wrócić do domu. Do pustych czterech ścian w nowoczesnym apartamentowcu, gdzie będzie mógł chlać i czekać na kolejne zlecenie.

Wodnik zniknął z zasięgu strzału, inspektor opuścił karabin.

 

 

*

 

 

Gdy Fua zobaczyła na progu dzierżącego karabin inspektora, zakryła dłońmi wilgotną od łez twarz. Dopiero po chwili zapytała:

– Już po wszystkim, tak?

Vako wszedł do środka milcząc. Usiadł przy stole. Po chwili podbiegła do niego dziewczynka. Przerzuciła gruby warkocz za plecy i zapytała drżącym głosem:

– To pan szuka mojego taty, prawda? Znalazł go pan?

Fua gestem nakazała córce wrócić do łóżka. Ta posłusznie, z posępną miną, udała się do przeciwległego kąta wielkiej muszli i położyła obok brata. Vako zaczął szeptem:

– Był tutaj. Był pod twoim domem. Chwilę temu.

– Jak to?! – Kobieta krzyknęła, zapominając o śpiącym synu i wystraszonej córce.

– Słuchaj. – Inspektor ściszył głos jeszcze bardziej. – Myliłem się. Rzadko mi się to zdarza, ale przyznaję, że tym razem nie miałem racji.

– O co chodzi? – ponaglała roztrzęsiona Fua.

– Masz trochę rumu? Albo czegoś, no wiesz…

– Chyba coś się zna…

– Albo nie, czekaj. – Vako wziął głęboki oddech. – Wystarczy woda. Nalej proszę trochę wody.

Gospodyni odchyliła wieko glinianej wazy i chochlą napełniła naczynie, którym okazała się muszla naturalnych rozmiarów. Inspektor wypił wszystko naraz i wrócił do tematu:

– Można pomóc twojemu mężowi. Nie morduje dla samego faktu zdobycia palców. Ma ich już dziesiątki i nic mu po nich. On pragnie, żebyście byli szczęśliwi. To coś, co było dla niego najcenniejsze. Palce to tylko środek do osiągnięcia tego celu. Dziesięć niezbędnych środków.

– Na przodków, czyli to coś nadal żyje, tak?

– Tak. I chyba wymyśliłem już pewien sposób na to, aby Pili zaznał spokoju i jednocześnie odpuścił sobie napady na waszą ludność.

Fua spojrzała za siebie. Dzieci spały. Albo przynajmniej udawały. Położyła spocone dłonie na szorstkich dłoniach Vako. Tym razem się nie cofnęła i nie przeprosiła.

– Dziękuję, inspektorze. Wiele to dla mnie znaczy.

– Nie ma sprawy. Nawet fajnie, że mogłem dla odmiany zrobić w końcu coś dobrego. Ach, co ja gadam, jeszcze niczego nie zrobiliśmy…

– Więc co to za plan?

Vako zaśmiał się pod nosem i odpowiedział z lekkim zakłopotaniem w głosie:

– Będziemy udawać szczęśliwą rodzinę.

Fua poczerwieniała i zaniemówiła, choć dostrzegł na jej twarzy cień uśmiechu, który usiłowała skryć. Dodał zaraz:

– Ale spokojnie. Dopiero wtedy, kiedy czujniki znowu dadzą znać o jego przybyciu. Podkręcę je trochę i mam nadzieję, że obędzie się już bez kolejnych ofiar. Zagramy przed wodnikiem piękne przedstawienie. Jeśli mu się spodoba, będzie po wszystkim. Jeśli nie, cóż. Będzie to znaczyło, że marni z nas aktorzy.

Tym razem Fua nie starała się już ukryć uśmiechu. Ryki woaków zwiastowały nadchodzący świt, więc inspektor pożegnał się z wdową i udał do swej leżanki w kanciapie komendanta. Gdy już wyciągnął się na wysłużonym materacu wpatrując w sufit, słuchając przy tym chrapania współlokatora, czuł się nadzwyczaj dobrze.

A przecież ani nie zabił bestii, ani nie wypił tego dnia choć jednej butelki.

Zasnął nagle i tym razem Furu okazało się dla inspektora łaskawe, zsyłając mu szalony sen, w którym siedząc na grzebiecie mini wieloryba przemierzał bezkresny ocean.

 

 

*

 

 

 

– Idziemy, teraz.

Zaspana Fua, mrużąc, patrzyła na stojącego u progu Vako.

– Inspektorze, o co…

– Nie ma czasu. Wodnik zaraz tu będzie. Dzieci śpią?

– Chyba tak…

Delikatnie złapał ją za ramię i pociągnął za sobą. Była w tym, co zawsze. W bambusowej opasce na biodrach i skromnym staniku splecionym z palmowych liści. Stwierdził, że wygląda całkiem ładnie jak na zerwaną w środku nocy. Czyli jednak można bez makijażu…

– Co robimy? – zapytała zdyszana Fua, próbując nadążyć za biegnącym inspektorem. Vako przystanął na chwilę i popatrzył jej w oczy.

– Zaczynamy przedstawienie, kochanie. Jestem od teraz twoim księciem na białym koniu, pamiętaj.

– Kim?

– Po prostu udawaj, że ci się podobam i takie tam. – Fua uśmiechnęła się zagadkowo. – Podkręciłem nieco czujniki i posłałem je nad ocean. Wykryły zbliżającego się do plaży stwora. I tam będziemy na niego czekać.

– Co za czujniki?

– Takie latające robale, tyle że ze stalowym pancerzykiem. Wystarczy tych pytań. Za mną.

Dobiegli na plażę. Zatrzymali się pod przechyloną nad piaskiem palmą. Było niezwykle jasno, jak na noc. Fua popatrzyła w niebo i westchnęła z zachwytu.

– Na przodków! Pełnia! Wkrótce się zacznie! Nie pamiętam, kiedy ostatni raz był tak krótki czas między jednym Wielkim Połowem a drugim.

Vako również spojrzał na niebo pełne gwiazd. W tym miejscu naprawdę robiło wrażenie.

– Cieszę się, jednak kosmiczne kałamarnice zostawmy waszym mężczyznom. Mamy inną sprawę na głowie.

– Oczywiście.

Coś zapikało pod kurtką inspektora. Podwinął prędko rękaw i sprawdził zegarek z zielonkawym wyświetlaczem.

– Lada chwila tu będzie. Trzy, dwa, jeden, akcja!

Vako odważnie położył dłonie na biodrach kobiety. Zbliżył usta do jej ust. Ciepły oddech łaskotał twarz, dziwaczne mrowienie przeszyło całe ciało. Pierwszy raz od bardzo dawna poczuł się nieswojo. Jakby cofnął się o dwadzieścia lat i stał przed nastoletnią Werą, gorączkując nad odpowiednim słowem i ruchem. Patrzyli na siebie i…

Chlusnęła woda. Przeraźliwy skrzek. Smród.

– Patrz na mnie. Nie obracaj się – szepnął inspektor.

Po tych słowach odważył się na jeszcze jedno posunięcie. W końcu aktorstwo wymaga poświęceń. Powoli, delikatnie, złączył usta z ustami wdowy. Obawiał się reakcji. Fua poddała się jednak pocałunkowi i musnęła górną wargę Vako koniuszkiem języka. Objął ją mocniej i pewniej, ta w zamian splotła ręce na jego karku. Całowali się długo, przy dźwiękach sapiącego potwora i spokojnego szumu fal.

Skrzek. Tym razem o całkiem innej barwie.

Przerwali pocałunek i ostrożnie skręcili głowy, aby zobaczyć kątem oczu brzeg. Wodnik stał jak na baczność, oświetlony blaskiem księżyca. Kikutami ściskał naszyjnik. Vako zastanowił się przez chwilę, jak bestia dała rady go zrobić. Gdy próbował sobie to wyobrazić, wydało mu się to nawet zabawne. W tej samej chwili wodnik zerwał z szyi swoje dzieło. Dziesiątki ludzkich palców wylądowało na piasku.

Ostatni skrzek.

Stwór obrócił się i powoli włócząc nogami, zaczął niknąć w oceanie. Fua odstąpiła od Vako i z przejęciem spoglądała na tę scenę. Patrzyła w stronę bezkresnej wody jeszcze długo po tym, jak głowa wodnika zniknęła pod powierzchnią.

– Czy teraz jego dusza… no wiesz…

– Myślę, że tak. Wiesz co, Fua?

– No?

– Całkiem niezła z ciebie aktorka.

Kobieta spuściła wzrok na bose stopy zakopane w piasku.

– Z pana też całkiem niezły aktor, panie inspektorze.

Vako spojrzał na zachód, w stronę widniejącej w oddali zagrody. Zaśmiał się głupkowato.

– Coś się stało? – zapytała Fua.

–Nie, nic takiego. Miałem taki śmieszny sen, wiesz. Potrafisz pływać na tych całych dziwacznych wielorybach?

– Na woakach? Pewnie. Nie jeden raz pływałam z mężem. A co?

Vako objął jej nadgarstek.

– Może się przepłyniemy? Zrobiłem swoje więc jutro wyjeżdżam i pomyślałem, że choć raz w życiu chciałbym zrobić coś szalonego.

Nie musiał czekać na odpowiedź. Fua pociągnęła go za sobą i chwilę później była już na grzbiecie niezwykłego stworzenia.

– Siadaj za mną i trzymaj się mocno. Są małe ale szybkie.

Inspektor wykonał polecenie. Wypłynęli poza rafę. Woak przecinał fale wielką płetwą, skręcał, wyskakiwał nad taflę, kręcił kółka. Vako jednak jakimś cudem utrzymał się na śliskim grzbiecie, trzymając się kurczowo sterującej. Po pewnym czasie Fua zatrzymała stworzenie i krzyknęła:

– Patrz! Zaczyna się!

Nim Vako zdążył jakkolwiek zareagować, coś wpadło z impetem do wody tuż obok nich. Spojrzał w górę. Niebo rozjaśniało błękitem. Nastąpiła istna ulewa. Zamiast deszczu jednak do oceanu wpadały święcące niczym latarnie kałamarnice. Siedzieli na kołyszącym się woaku i oglądali spektakl, którego aktorami były ponoć gwiazdy. Inspektor nie zastanawiał się w tamtym momencie nad fenomenem tego zjawiska. Chłonął zwyczajnie tę chwilę, gdyż wydawało mu się, że jest to kolejny zesłany przez wyspę sen. W końcu się odezwał:

– Niesamowite. Jak długo żyją po tym, jak spadną?

– Jeden dzień. Dlatego Wielki Połów jest tak ważny. Musimy zrobić zapasy do czasu następnego. Ta wyspa i te wody są jałowe jeśli chodzi o inne stworzenia. Tylko czasem ocean wyrzuci na brzeg parę skorupiaków lub innych drobinek, którymi można się posilić. Dziwne, prawda? Zupełnie tak, jakbyśmy byli skazani na wolę przodków…

– Rzeczywiście, jedyne co spotkałem na wyspie to te irytująco skrzeczące ptaki. No i macie banany.

– Trujące.

– A te dziwaczne, wielkie borsuki?

– Niejadalne. Z ich kości robimy choćby meble.

– A to ci pech.

– Wie pan co? – Fua obróciła głowę.

– Mieliśmy być na ty.

– Ach, tak. No więc zacznę raz jeszcze. Wiesz co?

– Hm?

– Jesteś zupełnie innym człowiekiem niż w dzień, w którym przybyłeś na Furu. Coś się zmieniło od tego czasu?

Vako sięgnął po kałamarnicę, która przepływała mu obok nogi. Ścisnął mackę i uniósł kosmiczne stworzenie patrząc w ślepia, w których zobaczył odbicie tysiąca gwiazd. Po chwili odpowiedział:

– Tak. Myślę, że gdybyś dziś podała mi te obślizgłe odnóża, z chęcią bym je spróbował.

Wrócili na brzeg dopiero wtedy, gdy do oceanu spadła ostatnia gwiezdna kałamarnica.

 

 

*

 

 

Wodzirej sunął przez spokojny ocean.

Vako stał na tyle jachtu i patrzył w niknącą, zieloną plamkę. Kręciło mu się w głowie i zbierało go na wymioty. Nie znosił żeglugi równie mocno, co latania. Wyjątek stanowiło pływanie na grzbiecie woaka. Choć długo walczył z myślami, w końcu zdjął skórzaną kurtkę i wypowiedział na głos:

– Pozostaniesz w mojej pamięci i bez niej, Wero.

Zawahał się ostatni raz. Ale tylko przez krótką chwilę. Zaraz potem kurtkę, którą inspektor cisnął do wody, przykryła wzburzona silnikiem jachtu piana.

– Garry! – zawołał Vako.

Ze sterowni wyszedł brzuchaty kapitan.

– Tak, panie inspektorze?

– Zawracaj natychmiast. Na kontynent wrócisz sam.

Wodzirej, jak na wysokiej klasy jacht przystało, nawrócił płynnie i szybko.

 

Koniec

Komentarze

Przeczytałem. Nie bardzo wiem, jak skomentować.

Nie polubiłem głównego bohatera, ale nie z powodów, o których autor myśli. Wydaje mi się, że jego przekonanie o własnym geniuszu jest nieuzasadnione. Dostrzegł, że palce zostały odgryzione, a nie ucięte… Ale poważnie nikt przed nim tego nie zauważył? Nawet społeczeństwo cofnięte o setki lat powinno to dostrzec bez problemu. Poza tym dziwi mnie, że obca osoba tłumaczy miejscowym, którzy mieli do czynienia z lokalną fauną przez pokolenia, co to właściwie jest syrena (syrenfa?) albo wodnik.

Motywacja wodnika Pilego też wydaje mi się dziwaczna. Czy te palce miały dla niego jakąś wartość? Symboliczną? Praktyczną? Nie rozumiem tego. Rozumiem, że zmienił się w bestię, ale nawet bestie powinny kierować się w działaniu jakąś logiką. W odgryzaniu palców rybakom takiej logiki nie dostrzegam.

Sveniu, dzięki za komentarz.

Brak sympatii do bohatera mogę zrozumieć, tak bywa. Co do wątków, których nie zrozumiałeś:

 

Ale poważnie nikt przed nim tego nie zauważył?

Ali kreowany jest, przynajmniej takie miał autor zamiary, na lekkiego nieudacznika. Poza tym nawet, gdyby miejscowi to zauważyli, niczego by to nie zmieniło.

 

Poza tym dziwi mnie, że obca osoba tłumaczy miejscowym, którzy mieli do czynienia z lokalną fauną przez pokolenia, co to właściwie jest syrena (syrenfa?) albo wodnik.

Wydaje mi się, że w tekście jest zaznaczone, iż istoty takie jak te są rzadkością. A nawet uznane za wymarłe. Poza tym miejscowi mogli nazywać i postrzegać je zupełnie inaczej.

 

W odgryzaniu palców rybakom takiej logiki nie dostrzegam.

Potwór bezradnie, na swój sposób, próbuje odzyskać to, co mu zabrano. To, dzięki czemu sprawiał, że rodzina była szczęśliwa. Trochę symboliki w tym również jest. 10 palców – 10 powodów – i takie tam…

 

Dzięki raz jeszcze za poświęcony czas

Pozdrawiam

Interesujący świat stworzyłeś. Spodobała mi się wizja polowania wierzchem na miniaturowych wielorybach. Dobra, pomińmy ten drobiazg, że opory pewnie uniemożliwiałyby im pływanie…

Bohater wygląda na standardowego detektywa z kryminału noir – samotny, po przejściach, problemy z alkoholem…

Faliste ściany ozdabiały wypchane zwierzęta przypominające przerośnięte borsuki.

Czyli co ozdabiało, a co było zdobione? Dwuznaczna konstrukcja.

Babska logika rządzi!

Dobra, pomińmy ten drobiazg, że opory pewnie uniemożliwiałyby im pływanie…

Oj tam, oj tam, kwestia ćwiczeń :D

 

Dwuznaczna konstrukcja.

Fakt. Zmienione.

 

Dzięki Finklo za wizytę i kliczka!

Pozdrawiam

 

Największy plus za świat – poznawałem go ze sporym zainteresowaniem. Fajnie, że poza opisem wioski częstujesz czytelnika także wizją sposobu życia tamtejszej społeczności, ich światopoglądem.

Bohater też w porządku – co prawda dość typowy i nie wzbudzający szczególnej sympatii, ale nikt nie mówił, że zawsze ma być oryginalny i sympatyczny. Najważniejsze, że zbudowałeś go odpowiednio i poświęciłeś na to wystarczająco dużo miejsca.

Sama historia już trochę mniej mnie przekonała (taki kryminał w wiedźmińskim stylu), jednak czytałem z zainteresowaniem. Pojawia się sporo dobrze znanych motywów, z których najmniej przypadł mi do gustu ten z retrospekcją, pokazujący historię bohatera. Mam wrażenie, ze mogłeś tutaj pokusić się o coś bardziej oryginalnego.

Zakończenie w pewnym stopniu przewidywalne, ale przyznam, że zaskoczył mnie trochę sposób, w jaki do tego zakończenia doszło (wydarzenia na plaży). Motyw z palcami też ciekawy. Jeśli miałbym coś w końcówce zmienić, według mnie ostatni akapit jest niepotrzebny. Wiem, ten akapit sporo wyjaśnia i takie było założenie – ale przez to końcówka staje się w pewnym stopniu banalna, klasyczna.

Styl w porządku – poprawny, lekki, ułatwiający szybką lekturę.

 

Komentarz wyszedł mi trochę bardziej krytyczny niż zamierzałem, ale to chyba dlatego, że widzę w przedstawionej historii spory potencjał (który wynika głównie z koncepcji świata). Czytało się naprawdę przyjemnie, chociaż przy podrasowaniu kilku elementów (m. in. fabuły) mogło być jeszcze lepiej.

Perrux, dzięki wielkie za rozbudowany komentarz i za poświęcony na lekturę czas :)

Bardzo się cieszę, że tekst Cię zainteresował i że czytanie go okazało się przyjemne :) Dzięki również za polecenie w wątku. 

Co do wymienionych przez Ciebie aspektów, cóż. Długo dłubałem to opowiadanie, zmieniając to i owo kilkakrotnie. W końcu nadchodzi czas, w którym autor uznaje, że dotarł do momentu, w którym nic już nie zmieni, bo wydaje się że wszystko jest dobrze i logicznie zbudowane. Dopiero głosy innych czytelników pokazują, że można było podkręcić jeden wątek, zmienić nieco drugi, a trzeci przykładowo wywalić. Ale to widać potem. Wiele poświęciłem temu opowiadaniu choć teraz widzę, że zmieniłbym niektóre rzeczy.

Co do końcówki. Tak, gdybym wywalił ostatni akapit zakończenie byłoby w moim stylu. Gustuję bowiem w otwartych. Jednak w tym konkretnym przypadku uznałem, że po to skupiałem się przez cały tekst na wewnętrznej przemianie bohatera, aby na końcu dać jednak bardziej konkretną odpowiedź. 

Dzięki raz jeszcze,

pozdrawiam

 

Podpisuję się pod słowami poprzednich komentujących, że udało Ci się stworzyć fascynujący świat i dzięki temu przeczytałam od początku do końca z dużym zainteresowaniem. Sama historia i bohater też mi się spodobały, chociaż odrobinkę przegrywają ze światotwórstwem…

Warsztatowo również całkiem nieźle. 

Oczywiście, klikam bibliotekę :)

Katio, cieszę się bardzo i dziękuję! ;)

W końcu nadchodzi czas, w którym autor uznaje, że dotarł do momentu, w którym nic już nie zmieni, bo wydaje się że wszystko jest dobrze i logicznie zbudowane. Dopiero głosy innych czytelników pokazują, że można było podkręcić jeden wątek, zmienić nieco drugi, a trzeci przykładowo wywalić.

To jeszcze od siebie dodam, że dobrze zrobiłeś, decydując się już na publikację. Według mnie historia jest dobrze i logicznie zbudowana, zupełnie mnie nie dziwi, że spędziłeś nad nią sporo czasu i starałeś się dokładnie przemyśleć.

Kilka rzeczy dało się co prawda lepiej napisać, ale nie sądzę, że dalsze dłubanie nad tekstem przeniosłoby całość na znacznie wyższy poziom. Lepiej brać się za nowe pomysły :)

Perrux, i tak też uczynię, gdyż tych w głowie dużo ;)

Podpisuję się pod tym, co napisał Perrux: “kryminał w wiedźmińskim stylu”. Na tyle ciekawy, że dobrze się czytało Twoje opowiadanie. Interesujący świat zbudowałeś, plastycznie go opisujesz, bez trudu wyobraziłam sobie społeczność rybaków.

Postać detektywa zbudowana z typowych cech, wołałabym chyba, żeby mnie czymś zaskoczył. A gdyby to np. była pani detektyw, piękna dziewczyna, która klnie jak szewc? Jednak w tym kształcie opowiadanie też się broni dynamiczną akcją i nietypową historią oraz zaskakującym zakończeniem.

ANDO, rzeczywiście, teraz widzę, że głównego bohatera zlepiłem ze zbyt wielu typowych cech. No cóż, mleko rozlane, następnym razem będzie może pani detektyw :D

Cieszę się, że tyle aspektów opowiadania przypadło Ci do gustu i dziękuję za kliczka. 

Pozdrawiam!

Podobało mi się praktycznie wszystko. I światotwórstwo, bo świat stworzyłeś naprawdę super, aż chciałabym jeszcze trochę w nim pobyć. Bohater niby nieco przewidywalny, wredniacha po przejściach, ale doskonale wpasowany w świat. Intryga też Ci wyszła, niezłe przeciwstawienie obu facetów. Zakończenie niby przewidywalne, ale w gruncie rzeczy do końca zastanawiałam się czy to zrobi i, kiedy opisujesz go na statku, już myślałam, że sukinsyn w nim zwyciężył ;) Fajnie, że jednak nie :)

Cóż mogę dodać, mam nadzieję, że kiedyś do niego jeszcze wrócisz. Jak jest taki dobry, to nawet fakt, że mieszka na zadupiu nie zmniejszy zapotrzebowania na jego usługi :)

No i kliczek, oczywiście :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Och, Irko, niezwykle miło czytać takie komentarze blush

Cieszę się bardzo, że Ci się spodobało :)

 

Cóż mogę dodać, mam nadzieję, że kiedyś do niego jeszcze wrócisz.

A wiesz, że to niewykluczone? Myślałem o tym, żeby rozwinąć ten świat. Może nawet w powieść? Zrobiłem tak z jednym z opublikowanych tutaj opowiadań. Efekt? Bardzo pozytywny, ale nie chcę spoilerować ani chwalić dnia przed zachodem słońca. Jak przyjdzie co do czego to będę się chwalił :D

 

Dziękuję Ci za miłe słowa i kliczka!

Pozdrawiam :)

Już po samym tytule wydawało mi się, że warto tu zajrzeć i w sumie się nie zawiodłam. O oryginalnym światotwórstwie i wartkiej intrydze jak z kryminału było już wyżej, więc postaram się dorzucić coś nowego.

Podoba mi się główny bohater, który zaczyna z pozycji obcego zniesmaczonego obcowaniem z dzikusami, a kończy jako ktoś, kto może pewnego dnia zasymiluje się na tyle, by zostać jednym z nich. Z perspektywy antro przyglądanie się tak poprowadzonemu rozwojowi postaci często mi zgrzyta, tu jednak tak się nie stało. W przeciwieństwie do sporej części opowiadań z konkursu mitologicznegosmiley mimo pozycji startowej Vako bardzo naturalnie i w sumie logicznie odnajduje się w czymś, co jest przeciwne jego wartościom. Innymi słowy – pełnokrwisty bohater i jego rozwój robią tu dla mnie całą historię. Bo ta podróż służbowa pozwala mu nieoczekiwanie poukładać sobie w głowie i z egzotycznej podróży zrobić też podróż w głąb siebie.

To tyle, zmykam i pozdrawiam.

Oidrin, bardzo dziękuję za komentarz, cieszę się, że zajrzałaś :) A jeszcze bardziej cieszy mnie fakt, że zwróciłaś głęboko uwagę na rozwój/zmianę głównego bohatera, gdyż dążyłem właśnie do tego, aby to był podstawowy fundament opowiadania. Świat jest tylko otoczką, choć oczywiście super że niemal wszystkim tak przypadł do gustu. Dzięki i pozdrawiam! ;)

Gdy minęli rzędy niewiarygodnie wysokich palm i drzew bananowych, oczom inspektora ukazała się wioska miejscowych

Nawet nie czuję, jak rymuję. :P

Wykreśliłbym miejscowych, bo tego idzie się domyślić. 

 

– Chuja psiego!

Tu, jako stary piernik, jestem zobowiązany ponarzekać. Strasznie dużo tych przekleństw w tekście, a im ich więcej, tym bardziej tracą moc wyrazu, za to – przynajmniej mnie – kują w oczy. 

 

Bambusowa opaska i stanik z palmowych liści były jedynymi częściami garderoby, jakie miała na sobie, toteż doskonale mógł przyjrzeć się wspaniałym, naturalnym kształtom. Krągłym biodrom, wydatnym piersiom, długim, smukłym nogom. Szybko jednak otrząsnął się ze sprośnych, męskich myśli.

Wdowa, dwójka dzieci, społeczeństwo pierwotne, a tu figura idealna, piersi pełne i ani jednego rozstępu. Widać, że fantastyka. ;) 

 

– Przebadaliśmy przesłane przez ciebie próbki. Nie uwierzysz, ale to wodnik trzeciego stopnia. Nie spotkaliśmy żadnego osobnika od…

I do wysłania próbki był potrzebny najdroższy specjalista na świecie? Ten komendant to serio jakiś lebiega, skoro sam tego nie zbadał. 

 

– Nie ma sprawy. Nawet fajnie, że mogłem dla odmiany zrobić w końcu coś dobrego 

Nie pasuje mi stylizacja tej wypowiedzi. 

 

– Po prostu udawaj, że ci się podobam i takie tam. – Fua uśmiechnęła się zagadkowo. – Podkręciłem nieco czujniki i posłałem je nad ocean. Wykryły zbliżającego się do plaży stwora. I tam będziemy na niego czekać.

Podmiot się zepsuł. 

 

Ta wyspa i te wody są jałowe jeśli chodzi o inne stworzenia

Skoro o tym dobrze wiedzą, to po co w ogóle marnują siły na połów między pełniami? 

 

 

Szczerze, to niestety jak dla mnie wyszło całkiem przeciętnie. Nawet plot twist na koniec nie był zbyt zaskakujący. Fabuła podawana na tacy, trudno było się zżyć z bohaterem, albo zaintrygować jego przygodą… to znaczy: na mnie nie zadziałało. Od arbitralnych opinii trzymam się z dala. :) 

Gekikara, dzięki za uwagi, przemyślę.

 

to znaczy: na mnie nie zadziałało.

Tak to już bywa, że nie każdego wszystko kopie jednakowo :)

Bardzo ładny tytuł, który skutecznie przykuwa uwagę oraz skojarzenia z “Córką poławiaczy żachw” naszego cobolda. Wykorzystałeś cholernie podobny motyw i załapałeś się na kawałki, których niestety, nie lubię w tego typu tekstach. Kontrowersyjne fragmenty mogą się obronić, ale potrzebowałyby szerszego kontekstu, ale już spieszę się z wyjaśnieniem o co mi w ogóle chodzi.

Jak zauważyła Finkla – główny bohater jest detektywem wyciętym z estetyki noir. Jest ok, ale równocześnie wyciągasz seksizm takiej postaci. Niestety, kawałek o tym, że jednak kobieta z “prymitywnego ludu” może być seksualnie atrakcyjna nie wybrzmiewa dobrze. 

 

Poza tym dziwi mnie, że obca osoba tłumaczy miejscowym, którzy mieli do czynienia z lokalną fauną przez pokolenia, co to właściwie jest syrena (syrenfa?) albo wodnik.

Wydaje mi się, że w tekście jest zaznaczone, iż istoty takie jak te są rzadkością. A nawet uznane za wymarłe. Poza tym miejscowi mogli nazywać i postrzegać je zupełnie inaczej.

Tutaj Sveniu zauważył bardzo ważny motyw od którego flaki trochę mi się przewracają. W takich społecznościach (w każdym razie tak je zbudowałeś w tekście, więc takie miałam wrażenie) legendy mają się dobrze i zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie o tym mówił, np. miejscowy szaman lub uzdrowiciel, ktoś ze starszyzny. Ale potrzebowali do tego jakieś kolesia z zewnątrz, aby im o tym powiedział (i to jeszcze zapijaczonego detektywa, który rzuca wulgaryzmami na lewo i prawo)? Też niezbyt dobrze to wygląda, bo wykreowałeś świat w którym oni by się w życiu nie domyślili czym jest potwór. Nawet jeżeli Ali był nieudacznikiem, to on nie jest reprezentantem całej społeczności – mógł nie słuchać opowieści ludzi z wioski.

Ze względu na kreację bohatera oraz miejscowej społeczności mam poczucie, że fabuła ma bardzo dużo dziur, które z wierzchu wydają się spójną historią. Ja osobiście nie widzę tej spójności – społeczność wyspiarska jest “prymitywna” i nie da sobie rady bez człowieka z zewnątrz to pierwszy grzech. Nic nie wiem o ludziach z tej wyspy oprócz wyglądu ich domów. Drugi grzech to podejście do “kobiety prymitywnej”, zdziwienie, że może być seksualnie atrakcyjna i to “bez makijażu”. Oczywiście jest to punkt, aby nie lubić głównego bohatera. Gdyby opowiadanie zostało napisano z perspektywy pierwszoosobowej, albo mocniej podkreślone w tekście jaki jest teraz, to nie byłoby grzechów, a ciekawy “food for thought”, przełamanie konwencji. 

Sam tekst czytało się dobrze i sprawnie. 

 

ps. moje podejście jest subiektywne i przychyla się w kierunku teorii feministycznych oraz queer. Nie trzeba się mnie słuchać, ale będę zawsze podkreślać te aspekty, bo są po prostu mi bliskie.

Deirdriu, po pierwsze dzięki za poświęcony czas i obszerny komentarz.

Co do wspomnianego opowiadania cobolda. Nie czytałem (choć zamierzam) a tytuł do tego opowiadanie powstał jeszcze przed publikacją tamtego, gdyż grzebałem z tym tekstem dobre parę miesięcy. Tak więc wszelkie podobieństwa są czystym zbiegiem okoliczności.

Doskonale rozumiem, że pewne kwestie mogły Cię drażnić. Jeśli w jakiś sposób nawet Cię uraziły jako czytelnika, szczerze przepraszam. Nigdy nie wplatam do pisanych opowieści własnych poglądów (a przynajmniej się staram) tak więc wszelkie zabiegi mają na celu stworzyć profil bohatera. Tylko tyle. I zgadzam się, że to czy tamto mogło Ci się w nim nie podobać. Taki zresztą był poniekąd zamysł.

Co do wspomnianych luk, hmm. Trochę się zgodzę, gdyż rzeczywiście pewne kwestie, jak choćby ściąganie obcego gościa do tego typu roboty, mogłem uwiarygodnić i opisać lepiej. Przyznaję. Niestety niektóre rzeczy widać dopiero po fakcie. Natomiast wiele poświęciłem temu tekstowi i nie zgodzę się, że jedyne co napisałem o miejscowych w tych prawie 40k znakach to wygląd ich domów.

Cieszę się, że dobrze się czytało.

I na koniec raz jeszcze przeproszę, jeśli w jakiś sposób poczułaś się urażona.

Pozdrawiam!

Realuc, nie masz za co mnie przepraszać :) Wychodzę z założenia, że jeżeli coś mnie uraża, to znaczy, że warto się nad tym zastanowić. Nie prycham i nie odwracam się na pięcie ;) W czytelniku trzeba różne rzeczy wzbudzać, także urazę. Nie widzę w tym nic złego, bo przecież tekst nie jest po to, aby dogodzić wszystkim. Powinien też zachęcić do myślenia. Może niekoniecznie ten typ refleksji chciałeś osiągnąć u czytelnika, ale trzeba cieszyć się z tego, co się ma ;)

Nigdy nie wplatam do pisanych opowieści własnych poglądów (a przynajmniej się staram) tak więc wszelkie zabiegi mają na celu stworzyć profil bohatera.

Mnie ten temat fascynuje. Więc o czym piszesz? Twoje poglądy nie mogą być w tekstach? Nie uchylasz rąbka swojego świata, no to czyj? ;) Nie musisz odpowiadać, bo to akurat kwestia poglądu na tekst – czy można go interpretować mając na uwadze osobę autora, czy trzeba tego autora całkowicie odrzucić i patrzeć na tekst na zupełnie autonomiczny. 

 

Pozdrawiam!

Mnie ten temat fascynuje. Więc o czym piszesz? Twoje poglądy nie mogą być w tekstach? Nie uchylasz rąbka swojego świata, no to czyj? ;) Nie musisz odpowiadać, bo to akurat kwestia poglądu na tekst – czy można go interpretować mając na uwadze osobę autora, czy trzeba tego autora całkowicie odrzucić i patrzeć na tekst na zupełnie autonomiczny. 

 

Deirdriu, jest to temat ciekawy i do szerszej dyskusji, zgadzam się. Nie twierdzę, że absolutnie nigdy do moich tekstów nie wdarły się (świadomie bądź nie) pewne przekonania, poglądy itd. Chodzi mi o to, że staram się tego unikać. Tworząc dany świat nie zastanawiam się nad tym, czy jest zgodny z moimi przeświadczeniami. Tworząc bohatera staram się, aby miał własny charakter, nie mój. Moim zdaniem tekst nie może być w 100% autonomiczny, zawsze coś się tam wkradnie, jednak nie ma też co patrzeć przez pryzmat osoby autora. Oczywiście tu też zależy, o jakiego rodzaju literaturze mówimy.

 

Hejka! 

No dobra. Czyli Twój mąż zaginął podczas połowu tych gwiezdnych kałamarnic, tak?

→ twój

 

No trochę późno przybyłem, ale jednak! 

No i nie żałuję. Jest to takie opowiadanie, co czyta się na raz – mimo że nie takie krótkie. 

Świat faktycznie ciekawie zarysowany. Mi akurat bohaterowie przypadli do gustu, bo dostałem powody, aby ich zrozumieć. Np: Vako, jako gburowaty typek, co nadużywa alkoholu, co później argumentowane jest to śmiercią żony. 

Dobrze wyszła też krótka retrospekcja, dotycząca śmierci no i tego przywiązania do skórzanej kurtki. 

Zachowania bohaterów są w porządku, lecz jako minus uznam scenę, odgrywania tego “spektaklu” przy brzegu. Zabrakło mi trochę emocji. Zwłaszcza u wodnika, który mógł spuścić łebek, albo coś. Nie wiem, jakoś tak za łatwo odpuścił. U bohaterki, której mogłaby spłynąć ta jedna łezka, czy coś. Jakoś tak za łatwo to poszło moim zdaniem. 

Ale podsumowując: bardzo ciekawa historia. Klikałbym, jakbym miał co ;p 

Pozdrowienia! 

 

 

Do góry głowa, co by się nie działo, wiedz, że każdą walkę możesz wygrać tu przez K.O

Near, hej!

Lepiej późno niż wcale, więc bardzo się cieszę z Twojej wizyty :)

Dzięki za wszystkie miłe słowa! A co do tej konkretnej sceny, którą opisujesz, cóż… chciałem jakby pokazać, że zarówno wodnik jak i Fua odetchnęli, zostawili za sobą poprzednie życie, mogąc iść w przyszłość ze spokojem, stąd też brak jakiś większych emocji, płaczu itp. Ale rozumiem Twój punkt widzenia ;)

Pozdrawiam! dO.ob

Cześć Realucu. Opowiadanie jest fajne, tak całościowo ujmując. Scenografia jest bardzo w porządku, piszesz, takie mam wrażenie, coraz sprawniej, więc czyta się wartko i przyjemnie, bo skutecznie działasz na wyobraźnię. Nie do końca kupiłem bohatera, bo jest bardzo archetypiczny, a i proces jego przemiany dość przewidywalny. Mam takie wrażenie, że gdybyś więcej tu poświęcił wodnikowi i utrudnił nieco pozbycie się go, zalążek romansu z Fuą wyszedłby naturalniej, niejako przy okazji. Zaskoczony jestem, że obyło się bez rzezi, na którą zawsze po cichu liczę w Twoich tekstach. Pozdrowionka.

Cześć Łosiocie. Cieszę się, że całościowo wyszło na plus. Cały czas do przodu, jak mawiają :D Co do rzezi: czasami znajduję w sobie odrobinę dobroci i oszczędzam bohaterów :P Wkrótce zajrzę i do Twojego nowego opka. Tymczasem Pozdrawiam ;)

Serio, jest do przodu z jakością, tak mi się wydaje. Nie było mnie na portalu przez ponad pół roku i w związku z tym ominęło mnie kilka Twoich opowiadań.

No i jak sobie porównam to niniejsze do ostatnio czytanego “Utopię smutek (…)” (też fajnie napisane opowiadanie, nie żebym narzekał), to tu jest dużo płynniej i sugestywniej.

Tylko, że się tno, nie strzelajo, nie siepio po mordach…. Nie można mieć wszystkiego. 

Nowa Fantastyka