- Opowiadanie: Irka_Luz - Chłopiec z zapałkami

Chłopiec z zapałkami

Uff, wresz­cie udało mi się skoń­czyć jakiś tekst :)

Po­dzię­ko­wa­nia dla Fin­kli, bo to jej kon­kur­so­we opko, a wła­ści­wie nasza wy­mia­na zdań w ko­men­ta­rzach, pod­su­nę­ły mi ten po­mysł.

Wik­to­riań­ska An­glia to nie miej­sce, w któ­rym czuję się swo­bod­nie. Sta­ra­łam się wszyst­ko po­spraw­dzać, jeśli jed­nak tra­fił mi się jakiś me­ry­to­rycz­ny babol, to z góry prze­pra­szam.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Chłopiec z zapałkami

Roz­dział 1

I je­dy­ny,

 

w któ­rym po­zna­je­my Johna Vil­kin­sa i to­wa­rzy­szy­my mu w naj­waż­niej­szym mo­men­cie jego mło­de­go życia. A także do­wia­du­je­my się, czym różni się los chłop­ca z za­pał­ka­mi od doli dziew­czyn­ki z za­pał­ka­mi.

 

Śnieg padał le­ni­wie, ale nie przy­kry­wał mia­sta białą koł­der­ką, bo za­bie­ga­ni lu­dzie zmie­nia­li go na­tych­miast w mokrą breję. Nawet tam, gdzie nie drep­ta­li prze­chod­nie: na da­chach przy­bu­dó­wek, po­mni­kach, pa­ra­pe­tach i gzym­sach, śnieg miał barwę po­pio­łu. A to za spra­wą smogu, który spo­wi­jał mia­sto tak szczel­nie, że nie tylko nie widać było nieba, ale i prze­chod­nie zmie­nia­li się w zwiew­ne duchy. Damy, pa­ra­sol­ka­mi chro­nią­ce przed wil­go­cią i tak już okla­płe pióra u ka­pe­lu­szy, śpie­szą­cy nie wia­do­mo dokąd męż­czyź­ni w wy­so­kich cy­lin­drach, ulicz­ni­cy w czap­kach z bru­nat­ne­go sukna, a nawet do­roż­ki, cały świat przy­po­mi­nał teatr cieni.

Jedną z ta­kich zjaw był dwu­na­sto­let­ni chło­piec imie­niem John, który wę­dro­wał uli­ca­mi z za­wie­szo­nym na szyi ko­szy­kiem. Licho odzia­ne dziec­ko drża­ło z zimna. W bu­tach chlu­pa­ła mu lo­do­wa­ta woda, która do­sta­ła się tam przez dziu­ry w po­de­szwach, a od­sło­nię­te przez przy­krót­ka­we spodnie łydki miało już sine. Chło­piec wo­dził zmę­czo­nym spoj­rze­niem po prze­chod­niach.

– Ku­pisz, panie, pu­deł­ko za­pa­łek? – za­py­tał przy­mil­nym tonem do­stat­nio ubra­ne­go prze­chod­nia, lecz męż­czy­zna minął go bez słowa.

Chło­piec wes­tchnął cięż­ko, przez cały dzień nie za­ro­bił nawet far­thin­ga.

 

Jesz­cze w po­łu­dnie wy­da­wa­ło się, że bę­dzie miał szczę­ście. Krę­cił się wtedy po ru­chli­wej Fleet Stre­et, gdzie miały swoje sie­dzi­by re­dak­cje gazet, a w jed­nej z nich pra­co­wał pe­wien dżen­tel­men, który w prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści lon­dyń­czy­ków do­strze­gał ta­kich osob­ni­ków jak John, i w miarę moż­li­wo­ści słu­żył im po­mo­cą. Już nie­raz wy­ku­pił całą za­war­tość ko­szy­ka chłop­ca. Tego dnia John też do­strzegł go, gdy dzien­ni­karz wy­cho­dził z re­dak­cji Mor­ning Chro­nic­le, a i sam rów­nież zo­stał za­uwa­żo­ny.

– O, mój naj­lep­szy do­staw­ca za­pa­łek! – za­wo­łał męż­czy­zna i po­ma­chał do niego.

John usły­szaw­szy to po­wi­ta­nie, po­czuł nie­wy­obra­żal­ne za­do­wo­le­nie i ulgę. Nie na długo jed­nak, gdyż naraz roz­legł się ra­do­sny okrzyk:

– Ka­ro­lu!

Dzien­ni­karz ob­ró­cił się na pię­cie i po­krzy­ku­jąc en­tu­zja­stycz­nie ru­szył bie­giem na spo­tka­nie zna­jo­me­go. Po ser­decz­nych po­wi­ta­niach, wza­jem­nym po­kle­py­wa­niu po ple­cach i po­trzą­sa­niu pra­wi­ca­mi znać było, że pa­no­wie nie wi­dzie­li się od dawna. Zaraz też ru­szy­li przed sie­bie, dys­ku­tu­jąc i za­pew­ne wy­mie­nia­jąc się no­wi­na­mi. A zu­peł­nie za­po­mnia­ny John stał jak ska­mie­nia­ły i tę­sk­nym spoj­rze­niem od­pro­wa­dzał od­cho­dzą­cych dżen­tel­me­nów.

(Gwoli spra­wie­dli­wo­ści na­le­ży w tym miej­scu dodać, że po ja­kiejś go­dzi­nie Karol przy­po­mniał sobie o chłop­cu i nawet wró­cił pod re­dak­cję, jed­nak Johna już tam nie za­stał. Do końca życia miał sobie za złe ła­twość, z jaką wy­rzu­cił z pa­mię­ci chłop­ca z za­pał­ka­mi).

 

John tym­cza­sem, do­znaw­szy nie­po­wo­dze­nia na Fleet Stre­et, po­sta­no­wił spró­bo­wać szczę­ścia gdzie in­dziej. Miał na­dzie­ję za­ro­bić tro­chę na ulicy, na któ­rej le­d­wie przed dwoma dnia­mi zmar­ła z zimna Mary, ośmio­let­nia sprze­daw­czy­ni za­pa­łek. Od­kry­cie jej zmar­z­nię­te­go ciała wzbu­dzi­ło falę współ­czu­cia. Może dla­te­go, że na kre­do­wo­bia­łej twa­rzy miała uśmiech, co w po­łą­cze­niu z ja­sny­mi wło­sa­mi, otu­la­ją­cy­mi buzię dziew­czyn­ki, upodob­ni­ło ją do anioł­ka. A może li­tość spo­wo­do­wa­ły jej ska­za­ne na nie­po­wo­dze­nie próby ogrza­nia się przy pło­ną­cych za­pał­kach. Garść spa­lo­nych dre­wie­nek trzy­ma­ła jesz­cze w dłoni. Co­kol­wiek roz­pa­li­ło ten pło­myk mi­ło­sier­dzia, było sła­bym pa­li­wem, gdyż zgasł on już około po­łu­dnia.

Dwa dni póź­niej, gdy na tej samej ulicy po­ja­wił się John ze swoim ko­szy­kiem, nikt nie pa­mię­tał o Mary, a serca prze­chod­niów znów skuł lód obo­jęt­no­ści.

Zmierz­cha­ło. John był po­rząd­nie zmę­czo­ny, a na do­miar złego bur­cza­ło mu w brzu­chu, bo od sa­miuś­kie­go rana nie miał nic w ustach. Z coraz więk­szą nie­chę­cią za­ga­dy­wał ludzi, bo stra­cił wiarę, że mu się po­wie­dzie.

„Jesz­cze jeden raz” – po­my­ślał.

I tym razem wy­kon­cy­po­wał, że spró­bu­je z ko­bie­tą, wszak po­wszech­nie wia­do­mo, że nie­wia­sty mają bardziej miękkie serca. Wy­brał star­szą damę, która zbli­ża­ła się do niego z sze­le­stem halek i skrzy­pie­niem kry­no­li­ny.

– Pro­szę, sza­now­na pani, naj­lep­sze za­pał­ki w mie­ście! – za­ga­ił, pró­bu­jąc wy­krze­sać z sie­bie odro­bi­nę en­tu­zja­zmu.

Już gdy wy­po­wia­dał te słowa, czuł, że źle tra­fił. Ko­bie­ta skrzy­wi­ła się, jakby spró­bo­wa­ła octu, zmie­rzy­ła go po­gar­dli­wym spoj­rze­niem. A gdy otwo­rzy­ła usta, jej słowa i ak­cent wska­zy­wa­ły na po­cho­dze­nie by­naj­mniej nie z wyż­szych sfer.

– Ucie­kaj, ob­wie­siu, bo za­wo­łam pe­eler­sów!

Chło­piec od­biegł kilka kro­ków, ale gniew wziął w nim górę. Zgar­nął garść śnie­go­wej brei z murku i ci­snął nią w ko­bie­tę.

– Jędza! Wstręt­na wiedź­ma! – krzyk­nął i nie cze­ka­jąc na re­ak­cję za­ata­ko­wa­nej rzu­cił się do uciecz­ki, zni­ka­jąc za wę­głem ka­mie­ni­cy.

Prze­biegł może pięć­dzie­siąt jar­dów i sta­nął cięż­ko dy­sząc, zgiął się wpół, wal­cząc jed­no­cze­śnie z ata­kiem kasz­lu. Po­zbie­rał się po paru mi­nu­tach i splu­nął fleg­mą. Uciecz­ka roz­grza­ła go na mo­ment, ale zaraz pot spły­wa­ją­cy mu po ple­cach zmie­nił się w struż­ki lo­do­wa­tej wody i chło­piec znów za­dy­go­tał. Ner­wo­wo spoj­rzał w stro­nę głów­nej ulicy, ale nie wi­dział śla­dów po­ści­gu. Naj­wy­raź­niej jędza uzna­ła, że nie warto za­wra­cać sobie nim głowy.

„Boże, jak ja nie­na­wi­dzę tych pod­łych, utu­czo­nych, za­do­wo­lo­nych z sie­bie skner” – po­my­ślał i tar­gnął nim bez­sil­ny gniew, który na nowo roz­grzał mu krew.

 

Trze­ba bo­wiem wie­dzieć, że kto od naj­młod­szych lat był upo­ka­rza­ny, bity i wy­ko­rzy­sty­wa­ny w każdy moż­li­wy spo­sób, nie ocze­ku­je na dal­szych eta­pach swej eg­zy­sten­cji ni­cze­go in­ne­go. Nawet jeśli mu się w życiu po­wie­dzie, za­wsze bę­dzie oglą­dał się za sie­bie i cze­kał aż przybędzie ktoś, kto mu ten z tru­dem osią­gnię­ty suk­ces od­bie­rze. I nie bę­dzie zdzi­wio­ny, gdy tak się sta­nie, prze­ciw­nie, po­kor­nie po­chy­li głowę i znowu po­zwo­li sobą po­mia­tać.

John na­le­żał jed­nak do innej ka­te­go­rii, która dla prawa i po­rząd­ku jest dużo więk­szym za­gro­że­niem. Ma­ło­let­ni, któ­rzy w swym krót­kim życiu zdą­ży­li już na­cie­szyć się po­czu­ciem bez­pie­czeń­stwa, jakie daje ro­dzi­na i dach nad głową, jeśli to wszyst­ko stra­cą, szcze­gól­nie zaś, jeśli jest to stra­ta nagła i nie­spo­dzie­wa­na, nie po­tra­fią się z nią po­go­dzić. Wiecz­nie uty­sku­ją na nie­spra­wie­dli­wość świa­ta, są tak krnąbr­ni, że nie spo­sób zro­bić z nich do­brych pra­cow­ni­ków. A baty wy­wo­łu­ją w nich nie ule­głość i po­ko­rę, lecz bunt i gniew.

A John ta­kiej wła­śnie na­głej stra­ty do­znał. Żył bied­nie, ale mógł się cie­szyć nie­prze­cie­ka­ją­cym da­chem, skrom­ny­mi, lecz po­żyw­ny­mi po­sił­ka­mi i ro­dzi­ca­mi, któ­rzy nie bili i nie łaj­da­czy­li się, a nawet nie od­da­li go do ter­mi­nu, a po­sła­li do szko­ły. Ba, mógł nawet po­wie­dzieć, że zna dziad­ka, co nie u wszyst­kich mło­dych ludzi było normą. Co praw­da in­for­ma­cje o dziad­ku Hen­rym czer­pał z dru­giej ręki, to jest od ojca, który hi­sto­rię wła­sne­go ro­dzi­cie­la opo­wia­dał ma­łe­mu Joh­no­wi ku prze­stro­dze.

Henry z tych opo­wie­ści był wi­chrzy­cie­lem, który chciał za­trzy­mać po­stęp. Zgi­nął w Man­che­ste­rze, gdy wraz z in­ny­mi jemu po­dob­ny­mi dur­nia­mi, próbował pod­pa­lić tkal­nię na­le­żą­cą do bo­ga­te­go prze­my­słow­ca.

– Pa­mię­taj, synu – po­wta­rzał Joh­no­wi oj­ciec na ko­niec każ­dej opo­wie­ści, sztur­cha­jąc go przy tym pal­cem w żebra. – Z po­stę­pem nie na­le­ży wal­czyć. Trze­ba mu ulec i zna­leźć w nim swoje miej­sce.

Oj­ciec zna­lazł. Był maj­strem w fa­bry­ce i złotą rącz­ką. Sły­nął z tego, że po­tra­fił na­pra­wić nie­mal wszyst­ko. I wy­da­wa­ło się, że w tym spo­rze, wciąż żywym mimo śmier­ci jed­ne­go z ad­wer­sa­rzy, racja jest po jego stro­nie. Przy­naj­mniej do mo­men­tu, w któ­rym jakiś pa­ro­wy kolos nie wcią­gnął mu ręki w swoje trze­wia. Oj­ciec żył jesz­cze, gdy przy­nie­śli go do domu, lecz zmarł, nim John wró­cił ze szko­ły.

 

Od tam­tej pory wszyst­ko szło w złą stro­nę. Matka pró­bo­wa­ła utrzy­mać ro­dzi­nę na po­wierzch­ni, grę­plu­jąc wełnę dla ka­pe­lusz­ni­ków. John też sta­rał się do­rzu­cić coś do bu­dże­tu, ale nie miał szans w ry­wa­li­za­cji z ró­wie­śni­ka­mi od wcze­sne­go dzie­ciń­stwa tre­so­wa­ny­mi do ule­gło­ści i cięż­kiej ha­rów­ki. Nie był ani dość szyb­ki, ani dość po­tul­ny i pręd­ko roz­sta­wał się z każdą ko­lej­ną po­sa­dą. Wresz­cie skoń­czył jako sprze­daw­ca za­pa­łek.

Jego życie stało się jesz­cze trud­niej­sze, kiedy matka stwier­dzi­ła, że lżej im bę­dzie, gdy w domu po­ja­wi się męż­czy­zna. Nie­ste­ty, tym razem wy­bra­ła fa­tal­nie. Oj­czym więk­szość czasu spę­dzał w By­czym ba­ro­nie, gdzie prze­pi­jał pie­nią­dze szyb­ciej, niż żona zdo­ła­ła je za­ro­bić. A kiedy wra­cał do domu, nie trze­ba było wiele, by rzu­cił się z pię­ścia­mi na mał­żon­kę. Wtedy John sta­wał w obro­nie matki, a oj­ciec za­czy­nał tłuc jego. Wów­czas w obro­nie syna sta­wa­ła matka i znowu ob­ry­wa­ła. John nie mógł znieść tego nie­koń­czą­ce­go się tańca prze­mo­cy i sta­rał się jak naj­mniej prze­by­wać w domu. Szcze­gól­nie, gdy za­ro­bek miał marny.

Latem nie było to takie trud­ne, lecz przy­szła zima, a z nią mrozy i no­co­wa­nie na dwo­rze mogło mieć śmier­tel­ne skut­ki. Bez pie­nię­dzy do domu wró­cić jed­nak nie mógł. Po­wlókł się więc z po­wro­tem, w na­dziei, że jędza już ode­szła, i że tym razem mu się po­szczę­ści. Tym­cza­sem ulica opu­sto­sza­ła, prze­chod­nie znik­nę­li w swo­ich cie­płych, wy­god­nych do­mach. John opu­ścił bez­rad­nie ra­mio­na, za­sta­na­wia­jąc się, co ma teraz zro­bić.

 

Przy­cup­nął zmę­czo­ny w ką­ci­ku mię­dzy dwie­ma ka­mie­ni­ca­mi, z któ­rych jedna nieco bar­dziej wy­su­wa­ła się na ulicę. Nie wie­dział, że do­kład­nie w tym samym miej­scu schro­ni­ła się przed dwoma dnia­mi Mary. Jak i ona, chło­piec drżał z zimna. Usi­ło­wał roz­grzać lo­do­wa­te łydki po­cie­ra­jąc je mocno, ale nie­wie­le to po­ma­ga­ło. W końcu po­sta­no­wił ogrzać przy­naj­mniej dło­nie, za­pa­la­jąc za­pał­ki.

W tym za­po­mnia­nym przez Boga miej­scu mu­siał po­zo­stać jesz­cze jakiś ślad po Mary, bo w bla­sku pło­ną­cej za­pał­ki chło­piec – jak wcze­śniej ona – do­strzegł suto za­sta­wio­ny stół, a na jego środ­ku pół­mi­sek z pie­czo­ną gęsią, na­dzie­wa­ną jabł­ka­mi i śliw­ka­mi. I – jak w wizji dziew­czyn­ki – ape­tycz­nie pach­ną­ca gęś ze­sko­czy­ła ze stołu i ru­szy­ła w jego stro­nę. I wtedy za­pał­ka zga­sła.

John za­pa­lił ko­lej­ną i tym razem mi­go­czą­cy pło­myk oświe­tlił wy­cho­dzą­ce­go z mroku dziad­ka Hen­re­go. Chło­piec nigdy go nie wi­dział, ale nie miał wąt­pli­wo­ści, że to on. Nie zdą­żył się ode­zwać, bo w tym wła­śnie mo­men­cie otwo­rzy­ło się okno w ka­mie­ni­cy i wy­chy­li­ła się z niego jakaś po­stać.

– Chcesz pod­pa­lić dom, ło­bu­zie – za­skrze­cza­ła mę­skim gło­sem.

Zaraz potem z okna chlu­snął stru­mień wody, zmo­czył mu por­t­ki i zga­sił za­pał­kę. Chło­piec ze­rwał się i po­biegł przed sie­bie. Zwol­nił po kilku jar­dach i z za­sko­cze­niem stwier­dził, że dzia­dek wciąż jest obok niego.

– Mia­łeś cięż­ki dzień, co go­łąb­ku? – za­py­tał sta­ru­szek.

John w mil­cze­niu po­ki­wał głową. Był zbyt zmę­czo­ny, by za­sta­na­wiać się, jak to moż­li­we, że prze­ma­wia do niego dawno zmar­ły czło­wiek. Jego ste­ra­ny umysł po pro­stu za­ak­cep­to­wał ten fakt, tym bar­dziej, że był to prze­cież dobry omen. Coś ści­snę­ło go za gar­dło, a oczy za­pie­kły od łez.

– Dziad­ku! – wy­krztu­sił wresz­cie, a w tym jed­nym sło­wie była i na­dzie­ja, i żal, i roz­pacz.

Henry po­pro­wa­dził go na tyły domów, do małej dre­wut­ni.

– No, tu nikt nam nie bę­dzie prze­szka­dzał, mo­żesz od­po­cząć – rzekł.

– Nie wiem, co robić, dziad­ku. Do domu wró­cić nie mogę, bo oj­czym mnie za­bi­je, a nie mam się gdzie schro­nić – wy­znał John i roz­pła­kał się na dobre.

Teraz, gdy miał obok sie­bie życz­li­we­go do­ro­słe­go, nie mu­siał już uda­wać i wszyst­kie te z dawna tłu­mio­ne emo­cje: strach, nie­pew­ność jutra, po­czu­cie nie­spra­wie­dli­wo­ści wy­pły­nę­ły z niego po­to­kiem łez.

– No, nie becz, chłop­cze. – Henry po­kle­pał go po ple­cach. – Takie jest życie, coraz gor­sze. Mó­wi­łem two­je­mu ojcu, że z tym całym po­stę­pem nie da się za­przy­jaź­nić, ale nie chciał mnie słu­chać. My­ślał, że jest mą­drzej­szy. I co mu z tego przy­szło. – Po­ki­wał głową i za­cmo­kał z nie­sma­kiem.

– Nie­na­wi­dzę ich wszyst­kich, dziad­ku, nie­na­wi­dzę oj­czy­ma i tych spa­słych skner i nawet pana Ka­ro­la nie­na­wi­dzę, bo zaraz o mnie za­po­mniał. Chciał­bym, żeby było jak daw­niej – łkał John.

– Nie bę­dzie, go­łąb­ku. Bę­dzie coraz go­rzej. Ten świat nie za­słu­gu­je na cie­bie. Nie za­słu­gu­je na żad­ne­go z nas. To nie jest nasz świat. Trze­ba go znisz­czyć. Pod­pal ten świat, John! Spal go! – krzyk­nął Henry i znik­nął rów­nie nagle, jak się po­ja­wił.

John otarł łzy. Nie wie­dział, czy spo­tka­nie z dziad­kiem tylko mu się zwi­dzia­ło, ale w gło­wie wciąż sły­szał jego ostat­nie słowa.

„A wła­ści­wie dla­cze­go by nie” – po­my­ślał bun­tow­ni­czo.

Jesz­cze chwi­lę się wahał, a potem wy­sy­pał wszyst­kie za­pał­ki z pu­de­łek, uło­żył ko­szyk pod ster­tą drew­na i pod­pa­lił. Pa­trzył za­fa­scy­no­wa­ny, jak płoną. Od ko­szy­ka za­pa­li­ły się wióry, potem po­la­na, a na ko­niec dwa worki z wę­glem. Chło­piec wresz­cie ogrzał się przy pło­mie­niach. Było mu cie­pło, go­rą­co, aż w końcu po­czuł ból. I krzy­czał, krzy­czał, aż nie czuł już nic.

 

Kilka dni póź­niej, gdy ro­bot­ni­cy po­rząd­ko­wa­li zglisz­cza, na­tknę­li się na drob­ne, po­skrę­ca­ne i sczer­nia­łe od ognia ciał­ko. Ale nikt nie pa­trzył na nie ze współ­czu­ciem. Lu­dzie tylko prze­kli­na­li ma­łe­go pod­pa­la­cza.

Koniec

Komentarze

Cześć. Irko!

Gładziutko napisane więc i przyjemnie się czytało, rzecz oczywista. Niestety w tym akurat tekście nie wzbudziłaś we mnie emocji (mimo przykrych tematów i umierających dzieci) tak jak w niektórych z Twoich opowiadań. Myślę, że jest to głównie sprawa narracji. Tak, wiem, że przyjęłaś formę opowieści, bajki z nutą goryczy itp. Jednak duża część tekstu to opowieść narratora o wcześniejszych losach chłopca. Taka odległa, zdystansowana. Nie wiem jak ubrać to dokładnie w słowa. Chodzi o to, że wiele więcej bym poczuł, gdyby te informacje podane były w inny sposób. Ale to wyłącznie moje odczucia, jak mówiłem, rozumiem przyjętą przez Ciebie formę.

Natomiast pomijając ten aspekt czytało się bardzo dobrze :) Przedstawiłaś w tym tekście co najmniej kilka ważnych problemów, jakie nas dotyczą. Głównie uleganie postępowi i oddawanie mu życia kontra bunt, który z góry skazany jest na porażkę. Przykre, prawdziwe, fajnie opisane.

Koniec mi się spodobał, lecz osobiście zakończyłbym na zdaniu:

I krzyczał, krzyczał, aż nie czuł już nic.

Ten dopisek końcowy burzy według mnie końcowy nastrój. Rozumiem jednak, że po pierwsze, wpisuje się w przyjętą narrację, po drugie przekazuje finalną obojętność ludzką, która przewijała się przez cały tekst.

Całościowo klikam w wątku :)

Pozdrawiam!

 

Podziękowania dla Finkli, bo to jej konkursowe opko, a właściwie nasza wymiana zdań w komentarzach, podsunęły mi ten pomysł.

Ależ cała przyjemność po mojej stronie. Zawsze chętnie służę miejscem do dyskusji. ;-)

Na dobrą sprawę, ten tekst jest podobny do mojego. Tak samo – sporo z oryginału zachowałaś w opowieści. Tylko Ty jakby pokazałaś dalszy ciąg. Znowu dziadek kontra babcia. Ten trafił się wyjątkowo buntowniczy. Luddysta?

Ładny, wiktoriański klimat. Chociaż u Andersena to chyba nie była Anglia?

Babska logika rządzi!

Realuc,

Chodzi o to, że wiele więcej bym poczuł, gdyby te informacje podane były w inny sposób.

Wiem, zasada pokazuj, a nie opisuj, ale ja się tu trochę chciałam zabawić stylizacją, stąd taka forma narracji ;)

Jeśli chodzi o końcówkę, spójrz na opis Mary po śmierci, a potem porównaj z opisem Johna ;)

Serdeczne dzięki za kliczka :)

 

Finklo, chciałam zachowania tej dwójki dzieci przeciwstawić sobie. Z jednej strony zachowawcza, godząca się z losem dziewczynka, taka Polyanna, bardzo lubiana w tej epoce, a mnie doprowadzająca do białej gorączki, a z drugiej zbuntowany chłopiec.

Dziadek, owszem ludysta. Andersen był duńczykiem, więc to powinna być raczej Kopenhaga, ale obawiam się, że tam zgubiłabym się od razu ;)

Dzięki za kliczka :)

 

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Na początek chciałbym Ci podziękować za to, jak ciepło przyjęłaś mnie na stronie te kilka miesięcy temu i za podesłanie finklowego poradnika jak przetrwać w tej dżungli. :) 

Po drugie – wierz lub nie, ale miałem taki sam… no, prawie taki sam pomysł. I nawet zakończenie miałem w głowie podobne, bo też miał stać się podpalaczem, tylko nie kończył tak tragicznie żywota. Ostatecznie zdecydowałem się na inny pomysł, bo nie czułem, by moja historia była czymś więcej, niż tylko powtórką z rozrywki. 

Tobie, jak sądzę, udało się opowiedzieć coś nowego. 

Przede wszystkim świetnie wykorzystałaś setting. Fakt, może dorzuciłbym jeszcze garść charakterystycznych londyńskich miejsc… a może to już by było zbyt wiele? Druga rzecz, jaka mi się podobała, to język wystylizowany na opowieść z czasów Andersena. Fajnie się czytało. Na zrobienie z retellingu sequela bym nie wpadł, plusik za to! 

Ogólnie opowiadanie mocno realistyczne, w sumie można je postrzegać jako całkiem nie-fantastyczne, co też – dla mnie – działa na plus. 

Dostrzegam też, nie wiem czy celową, zmianę na sam koniec tekstu. Dziewczynka z zapałkami umierała z poczuciem szczęścia, zostaje wzięta do nieba. Chłopca dziadek prowadzi do śmierci pełnej bólu, w ogniu co jest (?) figurą piekła.

 

John[,] usłyszawszy to powitanie, poczuł niewyobrażalne zadowolenie i ulgę

A gdy otworzyła usta[,] jej słowa i akcent wskazywały na pochodzenie bynajmniej nie z wyższych sfer.

 

 

Hm, rozumiem, że mimo, iż ta dwójka była pod pewnymi względami przeciwstawna, zarówno chłopca jak i dziewczynkę spotkał ten sam los. Choć mamy lód i ogień, zamarznięcie i spalenie, czyli skrajności, to jednak i tak na końcu drogi spotkało ich jedno wielkie… Przykro :( Dobrze kumam czy jest głębsze dno? :)

Witaj, Gekikaro,

Na po­czą­tek chciał­bym Ci po­dzię­ko­wać za to, jak cie­pło przy­ję­łaś mnie na stro­nie te kilka mie­się­cy temu i za po­de­sła­nie fin­klo­we­go po­rad­ni­ka jak prze­trwać w tej dżun­gli. :)

Powtórzę za Finklą: Ależ cała przyjemność po mojej stronie :)

 

Po drugie – wierz lub nie, ale miałem taki sam… no, prawie taki sam pomysł. I nawet zakończenie miałem w głowie podobne, bo też miał stać się podpalaczem, tylko nie kończył tak tragicznie żywota. Ostatecznie zdecydowałem się na inny pomysł, bo nie czułem, by moja historia była czymś więcej, niż tylko powtórką z rozrywki.

Prawdę powiedziawszy ja też początkowo myślałam, że akurat z tą bajką niewiele da się zrobić. Dopiero, gdy przyszło mi do głowy wplecenie w moją opowieść orginału, uznałam, że to się może udać. Cieszę się, że się podobało :)

 

Gekikaro, Realucu,

Dostrzegam też, nie wiem czy celową, zmianę na sam koniec tekstu. Dziewczynka z zapałkami umierała z poczuciem szczęścia, zostaje wzięta do nieba. Chłopca dziadek prowadzi do śmierci pełnej bólu, w ogniu co jest (?) figurą piekła.

 

Hm, rozumiem, że mimo, iż ta dwójka była pod pewnymi względami przeciwstawna, zarówno chłopca jak i dziewczynkę spotkał ten sam los. Choć mamy lód i ogień, zamarznięcie i spalenie, czyli skrajności, to jednak i tak na końcu drogi spotkało ich jedno wielkie… Przykro :( Dobrze kumam czy jest głębsze dno? :)

Obie historie kończą się śmiercią dzieci, właściwie spotkał je taki sam los. Różnice są raczej w tym, co widzieli ludzie. Umierająca z uśmiechem na ustach dziewczynka budzi współczucie, bo przypomina aniołka, a przecież też miała w ręce spalone zapałki. Poczerniałe zwłoki zbuntowanego chłopca współczucia nie budzą, a przecież to musiała być straszna śmierć. Generalnie to nie były czasy, w których ubodzy mogli mieć własne zdanie, na coś się nie zgadzać (już nie wspomnę o tym, że kobiety i dziewczynki w ogóle nie miały nic do powiedzenia). Mieli umierać z uśmiechem na ustach, a nie buntować się. Tak są zresztą pokazywani w literaturze tego okresu.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Znakomite obrazowanie, płynna akcja, więc czyta samo, ale to i Irki norma. Skutecznie kierujesz emocjami czytelnika, przynajmniej w moim przypadku (nie jestem skory do wzruszeń, a tu uległem). Jak by nie patrzeć, happy endu nie ma, więc klasyczna bajka to nie jest. Za to jest jakiś przyczynek do dyskusji nad mechanizmami przemian społecznych.

Jedyne co mi się nie podoba, to “miększe serca”. Wolałbym “bardziej miękkie” :)

Ale to drobiazg, więc klikam z przyjemnością :)

No i pozdrówka!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Witaj, Tsole, cieszę się, że wpadłeś i że się podobało.

happy endu nie ma, więc klasyczna bajka to nie jest.

W orginale też nie było happy endu, no, przynajmniej z perspektywy takiego ateisty, jak ja ;)

 

Jedyne co mi się nie podoba, to “miększe serca”. Wolałbym “bardziej miękkie” :)

Mnie się też nie podoba. Co ja się nakombinowałam z tym zdaniem, a najprostsze rozwiązanie jakiś mi go głowy nie przyszło. Dzięki, zaraz poprawię :)

 

Dziękuję za kliczka. Właściwie to nie wiem, czy nie powinnam Ci dziękować podwójnie. Bo albo dołączyłeś do grona dwuklikowców, albo przemknął tu jeszcze jakiś tajemniczy czytelnik, kliknął i poleciał dalej.

Na wszelki wypadek Tobie dziękuję podwójnie, a ewentualnemu tajemniczemu wędrowcowi też składam podziękowania :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Irko, nie wiedziałem, że tu buszuje jakaś klika-bis :) W każdym razie ani do Bilderbergu ani do tego tajemniczego grona nikt mnie nie zapraszał :) Ja jestem tylko skromny dwujądrowiec, jak mnie Pan Bóg stworzył (czy też Natura, w zależności od światopoglądu) :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Irko, nie wiedziałem, że tu buszuje jakaś klika-bis :)

O, buszuje. Mnie się też raz ta sztuczka raz udała, choć nie wiem jak :) A niektórzy nawet rozdają trójkliki :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Nie ma to jak z łzawej historii Andersena zrobić taką, która jest smutna, ale dużo ciekawsza na poziomie reprezentacji tego samego problemu społecznego. I świetnie oddałaś wiktoriańsko-industrialny klimat tej opowieści. Z kolei motyw z podpalaczem na końcu jakoś tak bardziej chwyta za serce od oryginału, bo mniej tu romantyzmu, a więcej prawdziwych szczerych emocji. Ogólnie bardzo na plussmiley.

Oldrin, dziękuję. Cieszę się, że się spodobało. Co do historii Andersena to tej łzawej historyjki szczerze nie znoszę. Tym bardziej cieszę się z Twojej oceny :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Bardzo dobry tekst. Klimatyczny. Czuć ten przejmujący chłód i nędzę, niedolę dziecka, które w dickensowskiej rzeczywistości musi stać się dorosłym.

Podoba mi się sposób prowadzenia narracji. Jak dla mnie, proporcja opisów do akcji wypadła w sam raz. Samo przybliżenie sytuacji życiowej Johna – takie jak trzeba: czytelnik dowiaduje się tyle, ile powinien. No i jeszcze trafna dygresja na temat konstrukcji psychicznej tych, którzy dorastają w ekstremalnych warunkach.

Końcówka łatwa do przewidzenia, ale satysfakcjonująca, choć, rzecz jasna, smutna. Ale w przypadku tej baśni nie mogło być inaczej.

Pozdrawiam!

Ładny tekst, widać tu wyraźnie różnicę między dziewczynką z zapałkami, która była równie biedna, ale nie było w niej gniewu i buty, tylko ciche cierpienie – a tu chłopiec, jak to chłopiec, rozrabia, rzuca śnieżkami, a w końcu podpala drewutnię i kontrastowo do dziewczynki ginie w ogniu, a nie przez zamarznięcie. Na plus wgłębienie się w historię życia bohatera i jego psychikę. Super :)

Podobało się, chociaż do końca miałam nadzieję, że jednak los chłopca się odmieni. Forma tekstu zapowiada, że będzie to bajka, ale spoza tych opisów wystaje “życie” – smutna egzystencja biednych ludzi. To sprawia, że historia nabiera głębi, najbardziej za sprawąostatniego zdania.

Duży plus za ciekawy setting i pojawienie się dziadka-ludowca. Bardzo smutny tekst, bo pokazuje, że nie było dla tych ludzi ratunku, nawet ciężka praca nie przyniosła poprawy życia (wątek ojca Johna).

Adamie, dziękuję :) Cieszę się, że udało mi się oddać i klimat, i niedolę chłopca.

 

Sonato, Tobie również dziękuję za odwiedziny i za: Super

ale nie było w niej gniewu i buty, tylko ciche cierpienie

No, przynajmniej nie było ich widać. Jakoś trudno mi uwierzyć w te kreowane przez XIX-wiecznych pisarzy czyste duszyczki, nieskalane gniewem ;)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

ANDO, takie to czasy były. Sam, bez niczyjej pomocy się z tej biedy wykaraskać nie mógł. Dzięki za przeczytanie i cieszę się, że się podobało :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Irka_Luz, Dziewczynka z zapałkami to moja ulubiona baśń Andersena:-) Tym bardziej podoba mi się Twoje zakończenie. Chociaż chłopiec skazany jest na klęskę, to jego życie cechuje rodzaj buntu, działania. Podpalenie oznacza dla mnie sprzeciw, chęć walki z niesprawiedliwością, tak samo jak trafienie śniegową kulą w kobietę. Dlatego też ukazuje mu się dziadek (który też się zbuntował), a nie bierny ojciec.

pozdrawiam:-)

Witaj, Olciatko, cieszę się, że się podobało. O to właśnie mi chodziło, trochę “świętości” tym postacią z bajek odebrać ;)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Widziałem, że w jednym z komentarzy chwaliłaś się “dogłębną znajomością” pewnej bajki, więc nie mogłem z tego nie skorzystać. ;-)

 

W notatniku lotnego nudziarza,

napisanym dla pełnej jasności,

pewien przepis się stale powtarza,

a dotyczy on tekstu jakości:

 

Biedny chłopak, los prawdziwy,

styl bajkowy, ton wrażliwy.

 

Garść emocji, krzta uczucia,

plus powszechny brak współczucia.

 

Wola buntu, powiew chłodu,

a na końcu trach do grobu!

 

Smucić, wzruszyć, wiarę zdławić,

bohatera szans pozbawić.

 

Smucić, wzruszyć, wiarę zdławić,

bohatera szans pozbawić.

 

A gdy tekst jest już gotowy,

to po rozum pójść do głowy,

nie przekreślać, zmieniać, klecić,

lecz łapanką go pokrzepić.

Nadać opku formę równą

i podrzucić go na główną:

 

Powtórzenia powyrywać(1)

wstrętnych “się” nie nadużywać.(2)

 

Powtórzenia powyrywać,

wstrętnych “się” nie nadużywać…

 

(1):

Henry z tych opowieści był wichrzycielem, który chciał zatrzymać postęp. Zginął w Menchesterze, gdy wraz z innymi jemu podobnymi durniami, chciał podpalić tkalnię należącą do bogatego przemysłowca.

Nie wiem, czy nie powinien być czasem Manchester.

 

(2):

Nawet jeśli mu się w życiu powiedzie, zawsze będzie oglądał się za siebie i czekał aż zjawi się ktoś, kto mu ten z trudem osiągnięty sukces odbierze. I nie będzie zdziwiony, gdy tak się stanie, przeciwnie, pokornie pochyli głowę i znowu pozwoli sobą pomiatać.

Jeżeli nie kojarzysz “źródła” mojego komentarza, mogę Ci podrzucić link. ;-)

Pozdrowił i poszedł.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Cześć, CM-ie, chciałoza poprawiona, siękoza ociupinkę zredukowana. Z Manchesterem oczywiście miałeś rację :)

 

Pięknie dziękuję za śliczny rymowany komentarz. Piekielny Kleks, bo to chyba z niego, teraz cały czas rozmyślam, jak to szło w oryginale ;) Tak się tylko zastanawiam, czy Ci się podobało to moje opko, bo z tym przepisem, co się stale powtarza, to tak trochę na dwoje babka wróżyła ;)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Tak, to Kleks, “Z poradnika młodego zielarza”.

Babska logika rządzi!

Dzięki, Finkla, bo mi się to naprawdę stale tłukło po głowie, zafiksowałam się i za chińskiego boga nie umiałam skojarzyć. Teraz mi, mam nadzieję, przejdzie :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Swego czasu moja chrześnica to uwielbiała. :-)

Babska logika rządzi!

No i mnie Finklowie ubiegli. ;-)

Tutaj link:

https://www.youtube.com/watch?v=6fah7ODjBlc

 

Jeżeli zerkniesz, to zauważysz, że tego komentarza nie dało się inaczej napisać. ;-)

Dlatego tak ciężko ocenić, czy to komentarz pozytywny, czy nie bardzo.

Tak się tylko zastanawiam, czy Ci się podobało to moje opko, bo z tym przepisem, co się stale powtarza, to tak trochę na dwoje babka wróżyła ;)

Ten przepis, co się stale powtarza, to cytat żywcem wyjęty z tej piosenki.

A opko się podoba. Widzisz przecież, że (prawie) nie marudziłem. ;-)

To wszystko, co wypisałem, to zalety składające się na zadowolenie czytelnika z lektury (poza tymi dwiema uwagami technicznymi).

A że zapisane tak, a nie inaczej, to już z pretensjami do Kleksa. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

CM-ie, już sobie zerknęłam i wszystko stało się jasne :)

To jest tak, że o ile w ogóle nie pamiętam Akademii Pana Kleksa, tak wierszyki Brzechwy mogę recytować nawet obudzona w środku nocy, bo się na nich czytać uczyłam. Dokładniej mówiąc na książeczce Brzechwa dzieciom. A że w filmie je wykorzystywano to mnie szlag trafiał, że nie umiem sobie przypomnieć. Tymczasem to tekst Fronczewskiego :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Nieźle napisane, ale pomysł sztampowy bardzo. W związku z tym specjalnie emocji nie budzi. 

Rogerze, no, wiem, że Ameryki nie odkryłam, właściwie nawet nie zamierzałam ;) Dziękuję, że mimo wszystko przeczytałeś :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Dziewczynka z zapałkami jakoś zupełnie mi umknęła w dzieciństwie, to znaczy wiem, o co chodziło i jak się skończyło, ale to by było tyle (trudno więc było zauważyć mi nawiązania). Jednak opowiadanie mi się podobało, czytało się gładko a zakończenie zdecydowanie na plus… to znaczy nie dla chłopca, ale dla opowieści ;)

Witaj, Kasjopejotales, co do oryginału – niewiele straciłaś. To chyba najkrótsza bajka, jaką znam, a przeciw jej przesłaniu zawsze się buntowałam :) Zresztą, oryginalną bajkę masz prawie całą w moim opku, to historia Mary. Cieszę się, że się podobało, szczególnie zakończenie, bo to andersenowskie strasznie słodkie było :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Słodyczą cukru ołowianego…

Babska logika rządzi!

No, przecież wiesz, o co mi chodzi. Dziewuszka od razu do nieba wzięta, a przesłanie jasne: bądź grzeczna, nie podskakuj, a nawet jeśli zdechniesz w tym życiu, to ci Bozie w przyszłym wynagrodzi ;)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Toż piszę, że tę Andersenowską słodycz uważam za trującą.

Babska logika rządzi!

:)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Bardzo mi się podoba to opowiadanie. 

Sam pomysł został bardzo elegancko zrealizowany. Nawiązanie do tego, co można by w dużym uproszczeniu nazwać: klasyczną XIX-wieczną literaturą, jest zrobione”w punkt”. Forma nie przerosła treści.

Od razu napiszę, że nie zgadzam się z opinią, że jest tutaj za dużo opowiadania, a za mało pokazywania w scenach. Ja osobiście uważam, że literatura to nie komiks. Pewne rzeczy wręcz wymagają tego, aby je opowiedzieć w formie gawędziarskiej relacji, a nie silić się na ustawione w szeregu scenki. To zresztą też jest element tej konkretnej “XIX-wiecznej” konwencji.

 

Druga rzecz to jest cała to genderowe ogranie losów chłopca z zapałkami. Upchnęłaś tu bardzo dużo interesujących tematów i fajnie dopowiedziałaś główny temat klasycznej baśni Andersena. Oczywiście inaczej wygląda percepcja ofiary, która postępuje według modelu “grzecznego biedactwa”, a inaczej ofiary, która swoje poczucie krzywdy przekuje w bunt. Tutaj pokazano, że właściwie w obydwu przypadkach reakcja chłopca, dziewczynki nie miała żadnego znaczenia. W tej historii nie ma potencjału na zmianę świata, bo jest to historia marginesu. Saga o tych, na których się nie patrzy.

 

Podoba mi się też psychologizacja głównego bohatera. Umieszczenia go w jakimś społecznym kontekście. Tak samo finał, który niesie w sobie ten element buntu i satysfakcji, choćby pozornej, jaka z niego wynika.

Ogólnie tekst daje do myślenia. 

Ładnie napisana baśń podszyta smutną atmosferą. Również miałam poczucie, że zbyt wiele rzeczy zostało opowiedzianych, właściwie wyłożonych z kronikarską skrupulatnością. Trochę odpłynęły przez to emocje, choć podobało mi się, w jaki sposób opisano wypadek przy pracy ojca bohatera. Z kolei nieco zdziwiło, że John próbował szczęścia na ulicy, gdzie wcześniej zmarła dziewczynka sprzedająca zapałki. Znaczy, rozumiem, że liczył na współczucie, które powinno się obudzić po jej śmierci, ale jednak to takie szukanie wody w miejscu, gdzie ktoś umarł z pragnienia.

Londyn fajnie nakreślony. Taki zimny, brudny. Podoba mi się.

Tak z ciekawości: dlaczego farthing zamiast szeląg? Bo chyba o szeląga chodziło, a może to mi się coś myli…

A, i doceniam odwagę, bo coś mi się kojarzy, że właśnie Dziewczynka z zapałkami była wymieniona w wątku konkursowym jako baśń, która nie będzie najlepszym kandydatem do z(a)miany.

Dziadek z Manchesteru – akcent poniekąd bliski mojemu sercu :)

Buntowniczy chłopczyk z zapałkami, rewolucja i oczywisty kontrast do “prequela” z dziewczynką w roli głównej – dostrzegam w tym (chyba niezamierzony) komentarz do wydarzeń ostatnich tygodni. Niby ta sama historia, a motywacja jednak zupełnie inna. Całość ładnie wpasowana w konkursowe ramy. I bardzo zwięzła – przeczytałem jednym tchem. Bardzo przyjemnie się czytało!

P.s. powracam z zaświatów. Dziurawca nie dostałem, ale zieleń istotnie działa kojąco :)

— Nie cmyka! Mówiłem, że nie ma zębów.

Killmanie, bardzo dziękuję za tę opinię. Ucieszyła mnie szczególnie, bo dokładnie taki efekt, jak opisujesz, chciałam osiągnąć :)

 

Silva, trochę stylizowałam na XIX wiek, a oni tam byli jeszcze bardziej łopatologiczni :)

Z kolei nieco zdziwiło, że John próbował szczęścia na ulicy, gdzie wcześniej zmarła dziewczynka sprzedająca zapałki. Znaczy, rozumiem, że liczył na współczucie, które powinno się obudzić po jej śmierci

O, właśnie o to współczucie chodziło, a że nie przewidział, że już minęło, cóż, w końcu to dzieciak, a nie psycholog ;)

 

Tak z ciekawości: dlaczego farthing zamiast szeląg? Bo chyba o szeląga chodziło, a może to mi się coś myli…

Szylinga na zapałkach to by raczej nie zarobił. Farthingi były w tamtym czasie nominalnie najniższą monetą. Jeden pens dzielił się na dwie półpensówki albo cztery farthingi. A w ogóle to z ichniejszymi pieniędzmi można osiwieć ;)

 

A, i doceniam odwagę, bo coś mi się kojarzy, że właśnie Dziewczynka z zapałkami była wymieniona w wątku konkursowym jako baśń, która nie będzie najlepszym kandydatem do z(a)miany.

A, dziękuję, dziękuję. To opinia Ninedin i początkowo ją podzielałam ;) Pomysł przyszedł mi do głowy nagle i niespodziewanie.

 

Dzięki za przeczytanie, cieszę się, że klimat Londynu się podonał :)

 

Paraduście,

Dziadek z Manchesteru – akcent poniekąd bliski mojemu sercu :)

:)

 

dostrzegam w tym (chyba niezamierzony) komentarz do wydarzeń ostatnich tygodni

Komentarz rzeczywiście niezamierzony ;) Cieszę się, że się spodobało i lektura była przyjemnością :)

 

P.s. powracam z zaświatów. Dziurawca nie dostałem, ale zieleń istotnie działa kojąco :)

Uff, to dobrze, bo już się zaczynałam martwić :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Szylinga na zapałkach to by raczej nie zarobił. Farthingi były w tamtym czasie nominalnie najniższą monetą. Jeden pens dzielił się na dwie półpensówki albo cztery farthingi. A w ogóle to z ichniejszymi pieniędzmi można osiwieć ;)

Ale miałam na myśli szeląga, a nie szylinga. :) Po prostu z farthingiem się jeszcze nie spotkałam, wydaje mi się, że zawsze była mowa o szelągach, ale jak teraz patrzę w necie, to chyba coś pokręciłam. W takim razie – dobrze było się czegoś nowego dowiedzieć.

Tak się właśnie zastanawiałam, skąd wziął Ci się szeląg. Założyłam, że to lapsus :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Bardzo przepraszam za skojarzenie. Naprawdę bardzo przepraszam, ale nasunęło się same:

 

https://www.youtube.com/watch?v=-LqmCjd2e8c

(słuchowisko trwa ok. 2 minut, zawiera dużo brzydkich słów, głupi i prymitywny humor. Jak co ostrzegałem)

 

Do uznania przedmówców się przyłączam. Ty już ten poziom prezentujesz, że raczej nie ma sensu wymieniać zalet Twojego opowiadania (zresztą, powtarzałbym tylko treść poprzednich komentarzy). Pozwól, że skupię się na tym, co najmniej mi podpasowało – czyli końcówce.

Chłopak, jak na małego, początkującego piromana, wykazuje zaskakująco nieprzekonującą fascynację ogniem. Chętnie zobaczyłbym na końcu nutkę szaleństwa (albo i całą symfonię, po cóż się ograniczać!), obłąkanie, odbijające się w jego oczach języki ognia. Chętnie zobaczyłbym, że robi to, co naprawdę zawsze chciał zrobić, że wypełnia swoje dziedzictwo, swoje przeznaczenie. Że kocha patrzeć jak znienawidzony świat płonie. Tak samo, jak jego dziadek.

A u Ciebie? Jeden akapit, podpalił, popatrzył, poparzył się, umarł. Prawie nic o jego wewnętrznych odczuciach w chwili, w której byłyby one zdecydowanie najmocniejsze.

Dla mnie “Dziewczynka z zapałkami” jest o tyle cenna, że mówi o “dobrej śmierci”, tego tematu nie uświadczy się w żadnej innej bajce. Śmierć, która w oryginale była właściwie najważniejsza, o której Andersen bardzo odważnie pisał, w Twojej wersji zdaje się być potraktowana niemalże wstydliwie.

 

Tym niemniej, opowiadanie naprawdę doceniam. Jest jak dobry, syty, dwudaniowy obiad – choć bez deseru.

Witaj, Pliszko-Czajko, dzięki za wizytę i cieszę się, że się spodobało, mimo Twoich wątpliwości :)

 

Chłopak, jak na małego, początkującego piromana, wykazuje zaskakująco nieprzekonującą fascynację ogniem. Chętnie zobaczyłbym na końcu nutkę szaleństwa (albo i całą symfonię, po cóż się ograniczać!), obłąkanie, odbijające się w jego oczach języki ognia.

Ja go tak nie widziałam, to znaczy nie chodziło mi tu o małego piromana ;) Widzę raczej zrozpaczone, zziębnięte dziecko. Jest w nim gniew, ale wynika on z lęku, bezradności i rozpaczy właśnie. John nawet w którymś momencie mówi do dziadka, że chciałby, żeby było tak jak dawniej. Jest w nim bunt, ale nie szaleństwo.

 

Co do dziewczynki z zapałkami. Też widzę ją inaczej. W niej nie ma ani krztyny buntu, ani odrobiny gniewu i przez to wydaje mi się nierealna i wyidealizowana. Czy to bajka o dobrej śmierci? Polemizowałabym. Co jest dobrego w takiej śmierci? To zwodnicza obietnica nieba w zamien za rezygnację ze wszystkiego tutaj na ziemi.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Podobało mi się. Dobrze umotywowana chęć zemsty chłopca na bezdusznym świecie. Przygnębiający klimat udziela się z każdym niepowodzeniem chlopca. Dobry tekst :)

Dziękuję, Joler0 :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Nowa Fantastyka