- Opowiadanie: Rehell - Gościnny pokój mojej ciotki

Gościnny pokój mojej ciotki

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Gościnny pokój mojej ciotki

 

 

Stoję nad trumną mojej ciotki. Powinienem ją opłakiwać – w końcu ta kobieta była dla mnie jak matka. Powinienem pogrążyć się w rozpaczy, ponieważ w tym momencie zostałem na świecie zupełnie sam. 

Jednak… coś mnie przed tym powstrzymuje. 

Kiełkująca od lat, niezdrowa ciekawość całkowicie dusi moją żałobę i sprawia, że teraz pragnę tylko jednego. Otwieram dłoń i spoglądam na zzieleniały od śniedzi klucz; przedmiot, który ma dostarczyć mi odpowiedzi. 

Dwie godziny później czuję znajomy zapach żywicy, którą krwawią sosnowe bale, tworzące konstrukt domostwa. Skrzypiąca podłoga ponownie mnie wita, ale tym razem jakby nieprzyjaźnie. W powietrzu – choć już wyblakły – nadal wisi aromat ostatniego, truskawkowego ciasta, które ciotka zrobiła przed śmiercią. Starając się to ignorować, przemykam się obok drzwi kuchennych, gdy nagle w podbrzusze kłuje mnie niepokój; to tam znalazłem ciotkę trzy dni temu. Leżała w kałuży mleka, płatków, szczątków miski – jak pacynka, której ktoś przeciął sznurki. Jej zimnoniebieskie oczy, niegdyś żywe i surowe, przybrały mętny i wodnisty wyraz. Usta były najgorsze. Pomalowane krwistoczerwoną pomadką, przywodziły na myśl świeżą ranę.

Odganiam natrętne myśli i wdrapuję się schodami na trzecie piętro, słysząc jęki i postękiwania przeżartego robactwem fundamentu. Prawda jest coraz bliżej. Dom to wie. 

Drzwi na końcu korytarza nie różnią się od pozostałych. Ciotka jednak marszczyła srogo brwi za każdym razem, kiedy pytałem, czemu są zamknięte. Za każdym razem tłumaczyła, że to pokój dla gości i nie jest przeznaczony do zabawy.

Trzy ostatnie kroki i stoję przed wrotami tajemnicy. Mogę jeszcze uciec, ale nie chcę. Chorobliwa podnieta, tłumiąca wszelkie inne uczucia, kieruje moją trzęsącą się, dzierżącą klucz, dłoń w kierunku starego zamka. Ten pochłania go łapczywie, jakby czekał na ten moment od lat. Powietrze przeszywa metaliczne kliknięcie, by potem zadudnić od mechanizmu, który zwalnia zamek.

Naciskam klamkę. 

Chropowata, zimna tekstura sztucznego srebra, niczym pieczęć odciska mi się na skórze dłoni. Popycham drzwi delikatnie. 

Mrok przyjmuje mnie w swoje objęcia. 

 

− Nie śpiesz się, Danielu. Odpocznij, jeśli potrzebujesz przerwy. − Doktor wpatruje się we mnie, jak w rzadki okaz kolorowego ptaka, który wpadł na jego posesję i nasrał na idealnie przystrzyżony trawnik. 

Przecieram oczy i ściskam w trzęsącej się dłoni wilgotną kartkę papieru.

− Ja… nie jestem pewien, czy to w ogóle pomoże, panie doktorze. Teraz, jak to czytam na głos, brzmi to jak zapiski totalnego czubka. 

Doktor kiwa głową w pozornym zrozumieniu, ale wiem, że myślami jest gdzie indziej. Jestem pewien, że zaraz zapyta o to, co zastanawia go najbardziej.

− Miesiąc temu, na naszym trzecim spotkaniu, wspomniałeś o dziwnym zachowaniu twojego kota. − Zrobił pauzę, wbił spojrzenie w swoje notatki, odchrząknął. − Powiedziałeś, cytuję, "Mój kot nigdy, nawet na sekundę, nie spuszcza ze mnie swoich ślepi. Zawsze gapi się na moją twarz, jakby na coś czekał”. 

Serce przyspiesza. W uszy wpływa szum.

− Nie chcę do tego wracać, doktorze. 

− Danielu… muszę cię o to dopytać, aby ci pomóc. Ten atak, przypominający padaczkę, który ci wtedy przerwał, wydaje się mieć podłoże nerwicowe. 

Nie odpowiadam. Zamiast tego spoglądam na akwarium wypełnione różnokolorowymi rybkami. Same rzadkie gatunki. W tym jaskrowożółta z czerwonymi paskami − ostatnia zdobycz doktora. Kiedyś śniłem, że jestem jedną z nich i zwiedzałem morskie głębiny.

Cisza przeciąga się, ale doktor nie okazuje zniecierpliwienia. Czeka w ciszy, przyglądając mi się jedynie wyczekująco. Odwracam w końcu wzrok od akwarium i odwzajemniam spojrzenie mężczyzny.

− Tak, mój kot… Już myślałem, że jest chory… albo coś. Ale ostatnio odkryłem, że on jednak wcale się na mnie nie gapi.

Brwi doktora powędrowały na czoło, a w oczach coś błysnęło.

− Kot patrzył za moje plecy. − Kontynuowałem. − Coś… znajdowało się za moimi plecami przez ten cały czas.

Doktor porusza się niespokojnie, ale jego twarz – jak na profesjonalistę przystało – pozostaje kamienna.

− Za twoimi plecami?

− No tak… Wiem, głupio to brzmi, ale w tamtym momencie, kiedy sobie to uświadomiłem, poczułem, jakby ktoś wyssał całe powietrze z moich płuc i wtłoczył do środka ciemność. 

Doktor milczy długo, stukając odruchowo palcami o blat biurka. 

− Czym jest to ''coś", co widzi twój kot? 

− Nie wiem. Wiem tylko, że tam jest. Przez cały cholerny czas… 

Rybki w akwarium zaczynają krążyć niespokojnie, ale doktor tego nie widzi. 

Sporządza notatkę, odchyla się w fotelu i składa dłonie w piramidę. 

− Weź trzy głębokie oddechy i kontynuuj, proszę, czytanie. 

Powietrze świszczy w wypalonych od zielska płucach. Słowa zaczynają płynąć z ust ciężko i niechętnie. 

 

Oczy po chwili przyzwyczają się do mroku. Wreszcie jestem w stanie zobaczyć wnętrze pokoju w całej okazałości. W samym sercu rozległego pomieszczenia, na podłodze, leży żałośnie rozpostarte truchło młodego jelenia, jak ponura parodia trofeum myśliwskiego. Kontempluję przez chwilę przegniły pysk zwierzęcia, który porusza się, faluje delikatnie od tętniącego w nim robactwa.

Obok stoi dębowy stół, zawalony przeróżnej maści księgami i zwojami, zupełnie nieprzypominającymi książek i czasopism, które ciotka trzyma, w biblioteczce w salonie. Sięgam po najgrubszą z ksiąg i otwieram. Dziwaczne bohomazy, abstrakcyjne wzory i ilustracje przedstawiające obce, powykręcane koncepty. Biorę księgę pod pachę i ruszam zbadać kolejny obiekt, który nakryty szarym prześcieradłem, wspiera się o wybebeszoną szafę.

Lustro o czarnej, nieprzebranej tafli, które pożera moje odbicie. Potem coś mnie pochłania. Ciało oplata zimna mgła. Nicość. Bezczas. 

Las.

W powietrzu zalega nieustępliwy, cierpki smród rozkładu. Otaczające leśny dukt drzewa są zaledwie zmarniałymi chochołami, czerstwymi reliktami silnych i potężnych roślin, którymi niegdyś, przed eonami, były. 

Sczerstwiała skorupa listowia jakby się zespoliła, tworząc szczelny klosz, który łapczywie pożera wszelkie światło i chyba też wiatr. Poruszam się w wypełnionej ciszą czarnej mgle, czując jak księga ciąży mi coraz bardziej, staje się moim brzemieniem, którego nie mogę porzucić, nawet gdybym chciał. 

Leśny dukt pnie się coraz wyżej i wyżej, aż przede mną wyrasta szczyt wzgórza, z którego w bezkres nocy bije snop zgniłopomarańczowej plazmy. Potykając na poczerniałych od narośli kamieniach, zbliżam się ku źródle światła, a w moje uszy sączy się niczym jad, skowyt setek nieludzkich gardeł. 

Na płowej, wytartej polance szczytu szaleje złowrogie ognisko, którego blask kłuje moje oczy, nie pozwalając dostrzec w pełni istot, które w zatraceniu i transie wiją się w ogół rozszalałego ognia. Pochrząkiwania, warknięcia, mlaśnięcia i jęki rozbrzmiewają z wnętrza upiornego kręgu, który zdaje się być połączonym na wieki nierozerwalnym łańcuchem szaleństwa.

Zaś nad ogniem, jakby z bardzo długiego marazmu, nieśpiesznie budzi się coś o płynnej i bezokiej twarzy. 

Dostrzega mnie. 

Wodnisty czerep rozłamuje się z mlaśnięciem, ukazując rząd drobnych, ostrych zębów.

 Zębów dziecka, które pragnie krwi. 

 

***

 

− Czym była ta istota? Co dla ciebie znaczy?

− Swąd rozpadającego się wszechświata. 

Doktor milczy, wpatrując się we mnie badawczo.

− Takie słowa miałem wydrapane na przedramieniu, kiedy się obudziłem. ''Swąd rozkładających się wszechświatów.''

Psychiatra zmarszczy rude brwi i coś notuje w swoim oprawionym w skórę kajecie.

− Kochałeś swoją ciotkę?

− Tak. Przecież wielokrotnie mówiłem, była dla mnie jak matka. 

− Nie o to zapytałem, Danielu.

Wzdycham ciężko i zauważalnie. 

− Była surowa i potrafiła mi przylać, ale nigdy mi niczego nie brakowało. Kochałem ją na tyle ile można kochać obcą osobę, która wytargała mnie z domu dziecka. 

Doktor ponownie coś notuje; tym razem, jakby z większym wigorem. 

− Wracając do Twoich marzeń sennych…

− Koszmarów?

− Tak, oczywiście, koszmarów. Zdaje się, że oparte są o twoje realne traumatyczne doświadczenia… Czy w tym domu mieszkał ktoś jeszcze? 

− O czym, pan mówi, doktorze? − Marszczę brwi trochę ostentacyjnie, bo domyślam się dokąd zmierza jego tok myślenia. 

− Przecież sam mi wspomniałeś, na poprzedniej sesji, że ciotka miewała pewnych gości. No i ten zamknięty pokój, który nazwałeś pokojem gościnnym.

− Za każdym razem, kiedy ciotkę ktoś odwiedzał, kazała mi siedzieć w swoim pokoju, albo zwyczajnie wyganiała mnie na czas wizyty do lasu, żebym się bawił i nie zwracał głowy.

− Czy pamiętasz może, któregoś z tych gości?

− Miałem wtedy z sześć lat…

Doktor krzyżuje ręce jak niezadowolony rodzic, który gani swoją pociechę. 

− Hmm… Naprawdę nic? Żadnych szczegółów? 

− A dlaczego to tak ważne? 

− Zdaje się, że Twoje koszmary są echem z przeszłości. Nie odróżniasz już swoich wspomnień od snów. Dlatego pytam o szczegóły, to kluczowe dla postępu terapii. Musisz oddzielić prawdę od fikcji.

Biorę głęboki oddech, bo serce znowu mi wali. Głupie serce.

− Pamiętam tylko jedną osobę. Miał bladą twarz i nosił idiotyczny, czarny frak. Zdawało się, że wszędzie chodzi w tym cholernym fraku. Odwiedzał ciotkę chyba najczęściej ze wszystkich… niewykluczone, że łączyło ich coś więcej.

− ''Coś więcej''?

− No tak. Nie raz pojawiał się z pękiem białych róż. To pamiętam… 

Białe róże

krwi kałuże

rychłą śmierć ci wróżę

Czuję jak coś we mnie drży i chce wyrwać się na światło z głębin jaźni.

− Danielu? Słuchasz mnie? Pytałem, czy ten mężczyzna we fraku, się z tobą kontaktował. 

Kręcę głową.

− Wróćmy zatem do tych postaci, które tańczyły przy ognisku… Czy rozpoznałeś w nich kogoś? Jakaś znajoma twarz?

Akwarium, moja ostoja dostarcza nieco ulgi. Pragę zamienić się z rybką. Stać się nią, uciec od tego syfu i dryfować swobodnie po obrzeżach drogi mlecznej. 

− Może wody? 

Podsuwa mi szklankę, a ja łapczywie ją piję. Ulga.

− Danielu…

− Nie wiem, bo zwracam uwagę tylko na tą… istotę − Wzruszam ramionami; gest ten przychodzi mi z wielkim trudem.

− Czy możemy już skończyć na dzisiaj?

− Tak, jak najbardziej. Zrobiłeś dziś duży postęp, więc możesz być z siebie dumny. − Doktor uśmiecha się sztucznie, zdejmuje okulary i kładzie je na blacie biurka; rytualny gest oznaczający koniec moich katuszy. 

 

***

 

Kiedy pacjent wyszedł, psychiatra rozpostarł się w fotelu. Następnie sięgnął do szuflady i wyjął uszczuploną już butelkę koniaku. Nalewając ciemnozłocisty płyn do kieliszka, pomyślał, że przypadek tego dzieciaka doskonale nada się na rozdział w jego nowej książce. Pomyślał też, że minęła już pora karmienia rybek. Potem wstał, leniwie sącząc trunek i nieśpiesznie ruszył do akwarium. Wsypał karmę do wody i rzucił zamglone spojrzenie na świat za oknem.

Już na dobre się rozpadało, więc zasnuta ciemnością ulica była pusta. Nie licząc dwóch postaci, które szybkim krokiem przemierzały chodnik. 

Doktor stał jeszcze przez chwilę nieruchomo jak posąg, a potem przeniósł wzrok na akwarium. 

Kilkanaście uderzeń serca zajęło mu zrozumienie, dlaczego rybki się nie poruszają. 

Wszystkie, nawet ta ze złotymi plamkami, były martwe.

 

Koniec

Komentarze

Przeczytałem tekst, więc podzielę się swoją opinią. 

 

Ogólnie opowiadanie bardzo dobrze napisane. Podoba mi się sposób, w jaki konstruujesz zdania i opisy, a także bogactwo językowe. Za to duży plus. Aczkolwiek jeżeli chodzi o historię, niestety nie porwało mnie jakoś szczególnie, chociaż czytało się gładko i przyjemnie. Zabrakło mi jakiegoś wow. Gdyby wpleść w to coś więcej, sądzę, że tekst nabrałby dodatkowych rumieńców. 

 

Niemniej jednak tekst naprawdę dobry. Czekam na więcej :)

Przeczytałem.

 

Tekst mi się podobał ale obawiam się że nie zrozumiałem zakończenia. Motyw z psychiatrą dość powrzechny ale zupełnie mi to nie przeszadza.

 

Pozdrawiam serdecznie.

Pisz to co chciałbyś czytać, czytaj to o czym chcesz pisać

Twoje – powinno być pisane małą literą

 

Brwi doktora powędrowały na czoło, a w oczach coś błysnęło. – tu się zawiesiłam. Nawet przy zastosowanym w tym opowiadaniu stylu zabrzmiało mi to dziwacznie. 

 

Podsuwa mi szklankę, a ja łapczywie piję. – ją jest zbędne, bo przy tej konstrukcji zdania odnosi się do szklanki i powstaje dziwoląg. 

 

 Masz wymieszane czasy narracji – w niektórych zdaniach (jak choćby w zacytowanym powyżej) masz czas przeszły. To by należało ujednolicić. 

 

 Masz tu dwa style – podstawowej narracji, minimalistyczny, prosty. I w spisanej/odczytywanej opowieści Daniela – ciekawy, całkiem mocno działający na wyobraźnię (przynajmniej moją). A jednak dla mnie to było jeszcze to, co by stworzyło klimat. Ani grama grozy. Napięcie, które dawało się odczuwać w opowieści znikało natychmiast po przejściu do głównej narracji. I tak mi się to wszystko rozmyło. 

W sumie też nie bardzo wiem, do czego to wszystko miało prowadzić. To może jednak być moja percepcja, dla której wszystko jest zbyt enigmatyczne.  

 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Owszem, fragmenty czytane przez Daniela są dość mroczne, ale mało zajmujące, albowiem opisy cudzych snów nijak nie potrafią mnie zainteresować. Pewnie dobrze, że sprawą zajmował się psychiatra, jednak uważam, że horroru w tym horrorze nie ma zbyt wiele.

Finału z rybkami nie zrozumiałam.

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

− Kot pa­trzył za moje plecy.Kon­ty­nu­owa­łem. ―> − Kot pa­trzył za moje plecy − kon­ty­nu­owa­łem.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/

 

Lu­stro o czar­nej, nie­prze­bra­nej tafli―> Co to jest nieprzebrana tafla?

 

Po­ty­ka­jąc na po­czer­nia­łych od na­ro­śli ka­mie­niach, zbli­żam się ku źró­dle świa­tła―> Nie brzmi to najlepiej, ale przypuszczam, że chciałeś uniknąć powtórzenia zaimka się.

Proponuję: Po­ty­ka­jąc się na po­czer­nia­łych od na­ro­śli ka­mie­niach, podchodzę ku źródłu świa­tła…

Lub: Zawadzając o poczerniałe od narośli kamienie, zbli­żam się ku źródłu świa­tła

 

istot, które w za­tra­ce­niu i tran­sie wiją się w ogół roz­sza­la­łe­go ognia. ―> Penie miało być: …istot, które w za­tra­ce­niu i tran­sie wiją się wokół roz­sza­la­łe­go ognia.

 

''Swąd roz­kła­da­ją­cych się wszech­świa­tów.'' ―> „Swąd roz­kła­da­ją­cych się wszech­świa­tów”.

Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

Psy­chia­tra zmarsz­czy rude brwi i coś no­tu­je… ―> Psy­chia­tra marsz­czy rude brwi i coś no­tu­je

 

− Wra­ca­jąc do Two­ich ma­rzeń sen­nych… ―> − Wra­ca­jąc do two­ich ma­rzeń sen­nych

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

− Zdaje się, że Twoje kosz­ma­ry… ―> − Zdaje się, że twoje kosz­ma­ry

 

− Pa­mię­tam tylko jedną osobę. Miał bladą twarz i nosił idio­tycz­ny, czar­ny frak. ―> Piszesz o osobie, a ta jest rodzaju żeńskiego, więc: − Pa­mię­tam tylko jedną osobę. Miała bladą twarz i nosiła idio­tycz­ny, czar­ny frak.

 

Nie raz po­ja­wiał się z pę­kiem bia­łych róż. ―> Nieraz po­ja­wiał się z pę­kiem bia­łych róż.

 

Pod­su­wa mi szklan­kę, a ja łap­czy­wie ją piję. ―> Pił szklankę???

Proponuję: Pod­su­wa mi szklan­kę z wodą, a ja łap­czy­wie piję.

 

− Nie wiem, bo zwra­cam uwagę tylko na … isto­tę ―> − Nie wiem, bo zwra­cam uwagę tylko na … isto­tę.

 

psy­chia­tra roz­po­starł się w fo­te­lu. ―> Czy na pewno rozpostarł się, czy może: …psy­chia­tra roz­parł się w fo­te­lu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dobrze napisany tekst, ale raczej nic więcej. Co z tym gościem we fraku? – to była moja pierwsza myśl po przeczytaniu Twojego opowiadania. Uczepiłam się go, bo wydaje mi się, że on mógłby tu wiele wyjaśnić, albo przynajmniej wnieść do całej historii coś szczególnego “z dreszczykiem”. Daniel świetnie opisał to, co widział, ale sama wizyta u psychiatry niewiele wniosła. 

Dzięki za feedback :) Pozdrawiam!

Rehell

Nowa Fantastyka