- Opowiadanie: foxtrot - Kocia pani

Kocia pani

Witam, dopiero zaczynam przygodę z pisaniem. Oto co ostatnio napisałem. Proszę o konstruktywną krytykę, potrzebuję, żeby ktoś doświadczony nakierował mnie nad czym mam popracować. :)

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Kocia pani

Było ciepłe, wrześniowe popołudnie gdy Meg wyszła z domu na podwórko; wybierała się właśnie na zakupy. Na dźwięk otwieranych drzwi, z jej wycieraczki uciekł duży, czarny kot, którego Meg często widuje w okolicy; kot prawdopodobnie uciął sobie tam drzemkę. Zresztą w okolicy aż roiło się od kotów; jej sąsiadka, pani Butters dokarmiała bezpańskie koty odkąd pamięta, a w jej domu bóg wie ile kotów mieszkało; Meg często po nocach słyszy odgłosy miauczenia i drapania po drugiej stronie ściany jak jest w salonie. Meg mieszkała na typowej angielskiej ulicy, w typowym szeregowcu. Podwórko miała dzielone z domem pani Butters.

Kawałek dalej, przy ulicy stała pani Butters, która właśnie napełniała miskę mlekiem. Na widok Meg, uśmiechnęła się.

– Dzień dobry – powiedziała Meg.

– O, witaj Meg. Pomidorowa jutro będzie gotowa, jakbyś była chętna.

Pani Butters, znana była z tego również, że była świetną kucharką. Od czasu do czasu sprzedawała zupy sąsiadom za symboliczną kwotę, a jej pomidorowa była tak dobra, że przychodzili po nią nawet ludzie z sąsiednich ulic.

Meg zatrzymała się i odwzajemniła uśmiech.

– Pomidorowej nigdy nie odmówię. W takim razie wpadnę jutro – powiedziała Meg, po czym ruszyła w stronę marketu.

Już zakupy prawie dobiegały końca, Meg jeszcze tylko potrzebowała jajek, więc udała się w stronę nabiału. Gdy podniosła karton jajek, zobaczyła znajomą twarz, pięć alejek dalej. Po uważnym przypatrzeniu się, zrozumiała, że to Dick, jej były mąż.

Spotkali się wzrokiem na kilka sekund, po czym Meg szybko odwróciła głowę i poszła w stronę swojego koszyka. Później w sklepie już go nie widziała.

Po przyjechaniu pod dom, Meg pośpieszyła w stronę swoich drzwi. Już miała wkładać klucz do zamka, gdy nagle zobaczyła coś na wycieraczce. Był to martwy ptak. Cholerne koty, pomyślała, po czym sprzątnęła wycieraczkę i weszła do domu.

W domu wypakowała od razu zakupy, zrobiła sobie kanapkę z serem i rozwaliła się na kanapie przed telewizorem, z zamiarem spędzenia tam reszty dnia. Miała jeszcze tydzień urlopu, więc nie musiała się niczym martwić.

Dochodziła dwudziesta, gdy nagle rozległo się pukanie do drzwi. Meg stoczyła małą walkę ze sobą, żeby wstać z kanapy i podeszła do drzwi.

Za drzwiami był Dick.

– Cześć Meg.

– Nie mamy o czym rozmawiać – powiedziała Meg i zaczęła zamykać drzwi.

Dick szybkim ruchem wstawił swoją nogę pomiędzy drzwi a futrynę.

– Widziałem twojego nowego fagasa, niezła ciota z niego.

– Wynocha! – krzyknęła Meg, po czym nadepnęła jego nogę najmocniej jak umiała.

Dick z bólu odskoczył do tyłu, Meg zatrzasnęła drzwi.

Za drzwiami rozległo się przytłumione „kurwa” a po chwili cisza. Meg jeszcze chwilę postanowiła postać przed drzwiami, żeby mieć pewność, że już sobie pojechał. Po chwili było słychać odjeżdżający samochód. Meg otworzyła drzwi. Dicka już nie było. Pani Butters stała przy otwartych drzwiach swojego domu z poważną miną.

– Wszystko w porządku? – zapytała pani Butters.

– Tak… On już się tu chyba nie pojawi.

 

Nazajutrz, Meg wystroiła się jak choinka w boże narodzenie. Tego dnia wybierała się na randkę z Joe, jej nowym kolegą z pracy. Była już piętnasta, za godzinę Joe miał przyjechać pod dom. Meg właśnie prasowała swoją bluzkę, gdy zadzwonił telefon.

– Halo – powiedziała Meg.

Cisza.

– Halo? Dick, jeśli to Ty, to jeszcze jeden taki numer i dzwonię na policję.

Rozmówca po drugiej stronie odłożył słuchawkę i było słychać tylko sygnał.

Nagle przypomniało jej się o pomidorowej. Mam jeszcze czas więc zapukam do pani Butters, pomyślała.

Pani Butters wpuściła ją do środka. W powietrzu unosił się zapach kociego jedzenia i nieczystej kuwety. Na podłodze, ten sam gruby, czarny kot, który wczoraj spał na wycieraczce Meg, bawił się zabawkową myszą. Kątem oka, Meg zobaczyła jeszcze przynajmniej dwa koty przez uchylone drzwi do jakiegoś pokoju, być może gościnnego. Z pokoju na górze, za zamkniętymi drzwiami naprzeciwko schodów, było słychać wyraźne chrapanie.

Pani Butters kazała Meg poczekać w przedpokoju, po czym poszła w stronę kuchni. Po chwili, rozległ się dźwięk uderzania chochli o szkło i pani Butters wróciła ze słoikiem zupy.

– Cena taka jak zawsze – powiedziała pani Butters, podając Meg słoik.

Meg sięgnęła do portfela, wyciągnęła monetę dwufuntową i podała staruszce.

– Dziękuję – powiedziała Meg. – A, i mam prośbę. Jakby pani znowu widziała tego mężczyznę, który u mnie wczoraj był, gdzieś w okolicy, proszę dzwonić od razu na policję. To mój były mąż i ma sądowy zakaz zbliżania się do mnie.

– Ach… Więc to tak… Nie ma sprawy.

 

Była niedzielna noc. Meg spała na kanapie. W telewizorze, leciał jakiś horror; najwidoczniej nudny.

Nagle Meg obudził głośny huk. Gdy otwarła oczy, usłyszała huk jeszcze raz po kilku sekundach i zrozumiała, że dobiegł on z przedpokoju. Od razu zerwała się na nogi i wybiegła na przedpokój.

Kiedy stanęła w przedpokoju, uderzenie rozległo się jeszcze raz, a po nim drzwi wejściowe wleciały na przedpokój. W wejściu stał Dick z obłąkanym wyrazem twarzy. W rękach trzymał sporych rozmiarów młot.

– Cześć Meg – powiedział Dick, idąc powoli w jej stronę.

Meg z przerażeniem rzuciła się do ucieczki, Dick również przyśpieszył kroku.

Pobiegła do pokoju gościnnego, prawie wpadając na telewizor, otworzyła tarasowe drzwi i wybiegła na podwórko. Na podwórku, zauważyła, że pani Butters stoi w swoich tarasowych, szklanych drzwiach, w szlafroku, z zaspaną miną.

– Tutaj! – zawołała pani Butters, i wykonała gest przywołania ręką.

Kiedy byli już w środku, pani Butters zamknęła drzwi. Dick był już na zewnątrz. Podszedł do drzwi i jednym uderzeniem młota, roztrzaskał je w drobny mak.

– Biegnij za mną! – powiedziała pani Butters.

I pobiegła na przedpokój, Meg za nią, a z przedpokoju po schodach na górę. Po drodze, Meg kilka razy prawie potknęła się o różne koty. Co ciekawe, pani Butters omijała je z niesamowitą gracją, jak na staruszkę. Kiedy były już na schodach, Meg obróciła się i zobaczyła, że Dick depcze im po piętach. Obie były już na górze a Dick w połowie schodów, gdy pani Butters zawołała:

– Puszek, wstawaj!

A następnie otworzyła drzwi do pokoju naprzeciwko schodów.

Z pokoju wyszedł szarobury kot w prążki. Z wyglądu przypominający zwykłego kota, dachowca, poza jednym „małym” szczegółem – był ogromny, miał co najmniej z metr wysokości, stojąc na czterech łapach.

Kot leniwie ziewnął, tak, że podmuch powietrza można było poczuć z kilku metrów, po czym spojrzał nieufnie w stronę Dicka, który już stał na górze.

– Puszek, bierz go! – krzyknęła pani Butters.

Kot wydał z siebie odgłos głośnego syczenia, po czym skoczył na Dicka przewracając go z łatwością jak kawałek domina, wbijając mu pazury w klatkę piersiową i wgryzając mu się w szyję. Na ścianę trysnęła krew.

Meg stała jak wryta, nie wydając z siebie ani dźwięku.

Puszek jak tylko skończył z Dickiem, wyciągnął się leniwie, po czym zlizał sobie krew z łap i zaczął pielęgnację reszty swojego futra, tak jak to koty mają w zwyczaju.

Koniec

Komentarze

A więc, co się rzuciło w oczy, to powtórzenia. Na samym początku tekstu słowo "kot" odmienione na wszelakie sposoby. A i imię "Meg" zewsząd atakuje czytelnika. W kwestii fabuły trudno cokolwiek rzec, urywa się nagle, w najciekawszym momencie. Napisane tak "szkolnie" jak ja ten styl nazywam ;) co znaczy, iż jest poprawnie, ale nic ponad to

Hejka!

No to tak:

 

Już zakupy prawie dobiegały końca, Meg jeszcze tylko potrzebowała jajek, więc udała się w stronę nabiału.

→ Niezbyt to brzmi. Wywaliłbym “już”.

 

Już miała wkładać klucz do zamka, gdy nagle zobaczyła coś na wycieraczce. Był to martwy tak.

→ … :D 

MARTWY TAK!

 

Ogólnie nie do końca rozumiem w jakim kierunku chciałeś pójść… horror? Bo takie kocisko pod to podpada, a facet biegający z młotem po domu tym bardziej. Normalnie jak Jack Torrance ze Lśnienia. 

W ostatecznym rozrachunku, chyba chodzi o to, że ten kotek, to takie pocieszne zwierzątko, bo i ptaka dla pani złapie i byłego męża zabije. 

Co do technikaliów → dużo zdań jest takich suchych i niekiedy dziwnie brzmiących, jak napisałem powyżej. 

Mimo moich mieszanych uczuć, zachęcam do dalszego pisania, bo myślę, że z każdym tekstem może być tylko lepiej :) 

Poniedziałkowy dyżurny nawiedził i ucieka.

 

 

 

Przybyłem! Cieszycie się?

 

Zgadzam się z Saulė. Szczególnie z “W kwestii fabuły trudno cokolwiek rzec, urywa się nagle”

 

Już zakupy prawie dobiegały końca

To jeden z wielu przykładów składni i budowy zdań w twoim tekście. Nie wiem czy jest to poprawne a jeśli tak to dla mnie bardzo dziwne i nieprzyjazne.

 

Był to martwy tak.

Chyba miało być “ptak”.

 

Nie przedłużając. Fabuła i postacie do rozbudowania. Długo czekałem na fantastykę w tym tekście i się doczekałem, nieoczywistej ale jest bo przyznam że nie spodziewałem się giga kota.

 

Pozdrawiam! 

Pisz to co chciałbyś czytać, czytaj to o czym chcesz pisać

Mnie również skojarzyło się ze Lśnieniem. :) Całkiem ciekawy zwrot akcji na końcu, mimo pojawiania się kotów przez cały tekst, nie spodziewałem się takiego zakończenia.

Ale, jak napisała Saulė: męczą powtórzenia. Przy tak niewielkiej ilości postaci nie musisz wskazywać ich nazwiskami / imionami tak często. Na przykład zamiast:

Pani Butters stała przy otwartych drzwiach swojego domu z poważną miną.

– Wszystko w porządku? – zapytała pani Butters.

można napisać:

Pani Butters stała przy otwartych drzwiach swojego domu z poważną miną.

– Wszystko w porządku? – zapytała.

Mnóstwo powtórzeń, o czym wspominali już przedpiścy:

 

Było ciepłe, wrześniowe popołudnie gdy Meg wyszła z domu na podwórko; wybierała się właśnie na zakupy. Na dźwięk otwieranych drzwi, z jej wycieraczki uciekł duży, czarny kot, którego Meg często widuje w okolicy; kot prawdopodobnie uciął sobie tam drzemkę. Zresztą w okolicy aż roiło się od kotów; jej sąsiadka, pani Butters dokarmiała bezpańskie koty odkąd pamięta, a w jej domu bóg wie ile kotów mieszkało; Meg często po nocach słyszy odgłosy miauczenia i drapania po drugiej stronie ściany jak jest w salonie. Meg mieszkała na typowej angielskiej ulicy, w typowym szeregowcu. Podwórko miała dzielone z domem pani Butters.

 

Było ciepłe, wrześniowe popołudnie gdy Meg wyszła z domu na podwórko; wybierała się właśnie na zakupy. Na dźwięk otwieranych drzwi, z jej wycieraczki uciekł duży, czarny kot, którego Meg często widuje w okolicy; kot prawdopodobnie uciął sobie tam drzemkę. Zresztą w okolicy aż roiło się od kotów; jej sąsiadka, pani Butters dokarmiała bezpańskie koty odkąd pamięta, a w jej domu bóg wie ile kotów mieszkało; Meg często po nocach słyszy odgłosy miauczenia i drapania po drugiej stronie ściany jak jest w salonie. Meg mieszkała na typowej angielskiej ulicy, w typowym szeregowcu. Podwórko miała dzielone z domem pani Butters.

 

Do tego mieszasz czasy:

 

Było ciepłe, wrześniowe popołudnie gdy Meg wyszła z domu na podwórko; wybierała się właśnie na zakupy. Na dźwięk otwieranych drzwi, z jej wycieraczki uciekł duży, czarny kot, którego Meg często widuje w okolicy; kot prawdopodobnie uciął sobie tam drzemkę. Zresztą w okolicy aż roiło się od kotów; jej sąsiadka, pani Butters dokarmiała bezpańskie koty odkąd pamięta, a w jej domu bóg wie ile kotów mieszkało; Meg często po nocach słyszy odgłosy miauczenia i drapania po drugiej stronie ściany jak jest w salonie. Meg mieszkała na typowej angielskiej ulicy, w typowym szeregowcu. Podwórko miała dzielone z domem pani Butters.

 

W pierwszym zdaniu używasz czasu przeszłego, w drugim pojawia się teraźniejszy, a w wyboldowanym zdaniu jakoś tak Ci podwójnie wyszło – jeden czasownik w przeszłym, drugi w teraźniejszym.

 

Masz też problemy stylistyczne:

Podwórko miała dzielone z domem pani Butters.

Miaała dzielone delikatnie mówiąc nie brzmi najlepiej, pozy tym nie można dzielić podwórka z domem. Lepiej brzmiałoby:

Dzieliła podwórko z sąsiadką

 

Sporo pracy przed Tobą, ale mam nadzieję, że się nie zniechęcisz.

 

 

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Dzięki wszystkim za komentarze, wezmę sobie uwagi do serca :)

Jako ideologiczny kociarz nie mogłem nie przeczytać szorcika, tym bardziej, że w tagach był horror.

Cóż mogę powiedzieć? O powtórzeniach już napisano, o dziwnej zmianie czasu tu i ówdzie też. Od siebie dodam, że Boże Narodzenie jako nazwa zwyczajowa święta winno zapisywać się dużą literą. Użyłeś też raz idiomu “bóg wie ile” – to też jako, że referujemy do Jahwego, którego chrześcijanie i twórcy tego powiedzenia nazywają po prostu Bogiem, również należałoby raczej zapisać dużą.

Całość wydała mi się dosyć… Hmmm, sztywna. Nie traktuj tego jako zarzut – po prostu widać, że dopiero zaczynasz i brakuje Ci jeszcze lekkości pióra. Wszystko do nadrobienia.

Zwrot akcji z kotem na koniec całkiem fajny, reszta bez szału, ale jak na debiut nie najgorzej. Nie nazwałbym może fabuły “urwaną”, jak przedpiśczynie, ale faktycznie brakuje jakiejś eleganckiej klamry, swoistego punch-line’u na koniec. Przed Tobą daleka droga, ale potencjał wyraźnie jest. Próbuj dalej!

"Nie wierz we wszystko, co myślisz."

Jak większość przedpiśców podkreśliła – sprawdzać technikalia.

Czy czytałeś tekst przed publikacją? Wiele z błędów da się wyłapać od razu, po pierwszym czytaniu. Nie wszystko, zwłaszcza na początku drogi, ale naprawdę, to działa. Można też spróbować czytać na głos – niepoprawne zdania już się nie ukryją.

Pomysł w tekście był, więc trzeba ćwiczyć i ćwiczyć ;)

Nowa Fantastyka