- Opowiadanie: AdamSkoczek - Zawiłości Historii Prawdziwej

Zawiłości Historii Prawdziwej

Słowem wstępu, dla poszerzenia naszych horyzontów i lepszego zrozumienia opowiadania, warto wiedzieć, że religia Słowian jest niestety bardzo słabo znana. Często nasza aktualna wiedza pochodzi z niewielu źródeł sprzed czasów chrześcijaństwa, folkloru lub też została spisana wiele lat, nieraz setki lat po upowszechnieniu się chrześcijaństwa, przez osoby niezorientowane w temacie.  

Weles przedstawiany jest jako bóg magii, przysiąg, sztuki, rzemiosła, kupców i bogactwa, a także jako władca Nawii, zaświatów.  

Od pewnego czasu krąży też historia o ogromnym imperium na przestrzeni wielu wieków. 

Wielka Lechia lub też Imperium Lechitów, w wizjach państwo stworzone na zasadzie konfederacji słowiańskich nacji, plemion, tworzących prapaństwa. Miała istnieć rzekomo kilka tysięcy lat przed naszą erą do około tysięcznego roku naszej ery, głównie na terenie całej Europy-EuroAzji. 

 

Z historią jest tak, że nie raz wypełniamy ubytki na ślepo, snujemy domysły i hipotezy oparte na tym co odkryjemy. Zazwyczaj dobre, choć równie często się mylimy. Niektórzy wyciągają zupełnie inne wnioski, nawet jeśli brakuje dowodów, stąd też narodziła się wiara w Lechię, współistnienie ludzi i dinozaurów czy paleoastronautykę. Ale... może jest wśród nich ziarno prawdy? 

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Zawiłości Historii Prawdziwej

Wysokie drzwi ledwo się otworzyły, a wysypał się z nich mały tłum ludzi, przedstawicieli miast-państw Peloponezu. Wśród nich szedł zamyślony Lazarus, ocierając bezwiednie zroszone potem czoło. Przygotowany przez niego plan ataku został przyjęty pozytywnie przez większość sojuszników, a co ważniejsze, zaakceptował go polemarcha, wyznaczając tym samym dzień natarcia na… 

Tuż przed nim wyrósł niespodziewanie masywny blondyn, o włosach do ramion i szerokim uśmiechu. Lazarus omal nie zmieszał go z błotem, dopóki nie zorientował się, kto przed nim stanął. 

– Mściwoj – rzekł, wymieniając się uściskiem dłoni. – Spóźniłeś się, właśnie skończyliśmy naradę. 

Pomimo kilku lat współpracy, nadal nie przyzwyczaił się do dziwnie brzmiącego i wymawianego imienia. Czasami miał okazję posłuchać rozmowy Słowian i doszedł do wniosku, że ludzie zamieszkujący na północy Wielką Lechię, uwielbiają łamać sobie języki. 

– Wiem. W związku z tym i ostatnim etapem podboju Aten, Weles pragnie się z tobą spotkać – oznajmił zwięźle bezpośredni przedstawiciel boskiego pana. 

Lazarus skinął milcząco głową, nawet gdyby nie chciał, odmówić nie mógł. Już choćby z tego powodu, że od dobrych kilku lat zacieśniali więzy sojuszu. A sprowokowani mogli sięgnąć do magicznych mocy, niosących tragiczne skutki dla całej Sparty. 

Weles, jeden z patronów Imperium Lechickiego, zamieszkiwał tuż poza granicami miasta w Wiszącym Pałacu, jak go potocznie nazywali. Ta wyjątkowa struktura, wyróżniała się nietypowym kształtem – walca, leżącym na dłuższym boku, na dodatek bez okien.

Mściwoj poprowadził do środka przez rozsuwające się drzwi, szerokie i wysokie na dwóch rosłych ludzi. Na jednym z końców pałacu widział kiedyś jeszcze większe wrota ciągnące się aż do dachu. Nie śmiał nigdy zapytać, czemu służą. W radzie szeptano między sobą, że kryją się za nimi prawdziwi olbrzymi, jakby już Weles nim nie był. 

Mierzył dobre dwa i pół metra, z długimi rękami zakończonymi czterema palcami. Sprawiał wrażenie potężnego totemu. Tułów przechodził bezpośrednio w głowę, a twarz sprawiała wrażenie dłutem haratanej. Kiedy weszli, zajmował się czymś tajemniczym przy stole, zapewne uprawiał swoją magię, pomyślał Lazarus. 

Minęło kilka minut, zanim skończył i się odwrócił, skupiając uwagę na gościach. 

– Koniec wojny zbliża się szybko, a w tym czasie dochodzą mnie wieści, że nie wszyscy z sojuszu chcą dołączyć do imperium – zarzucił, patrząc z góry. 

– Niestety wielu kapłanów Zeusa podważa waszą wielkość, pomimo tak oczywistych dowodów. – Lazarus uciekł wzrokiem w bok, przyglądając się, po raz któryś, z zaciekawieniem ścianie świecącej łagodnym blaskiem. – I nie tylko kapłanów. W sojuszu pojawiła się frakcja odmawiająca zaakceptowania waszej pozycji i przyjęcia propozycji dołączenia do Imperium Lechickiego. Twierdzą, że nie jesteście tak potężni, jak głosicie, z kolei Lechia nie jest w stanie sama się obronić. W przeciwnym razie dołączylibyście do wojny i ją zakończyli. 

– Nie bez powodu nie wzięliśmy udziału w waszej wojnie – oznajmił z naciskiem na przedostatnie słowo. – Mój czynny udział, sprawiłby, że wielu z was padłoby na kolana ze strachu, zaraz po zniszczeniu Aten. Czego chcemy uniknąć. Przyszłych sojuszników, nie może motywować strach wobec nas. Z kolei Lechowie, nie wezmą udziału w żadnej nieswojej wojnie, dopóki nie zostanie podpisany pakt scalający wasze ludy, w jeden byt. Równocześnie nie mając zamiaru stać z boku i przyglądać się, zaoferowaliśmy wam ulepszenia broni, zbroi i taktyczne podejście do walki z wrogiem. Nie wspominając o zwiększeniu wydajności w rolnictwie oraz hodowli, żebyście mogli wykarmić swój lud. 

Lazarus milczał, nie śmiał się wtrącać w słowa boga. 

– Po rozgromieniu sojuszu Ateńczyków, zniszczcie mury otaczające same Ateny i te prowadzące do portu Pireus. Te mury muszą legnąć w gruzach. 

Wspomniane mury nie tylko okalały obydwa miasta, ale ciągnęły się także pomiędzy nimi na odcinku kilkunastu kilometrów, dając Ateńczykom schronienie i miażdżącą przewagę przy obronie. Jeszcze do niedawna mogli się za nimi kryć i skutecznie odpierać ataki przewyższających ich liczebnie armii. 

– Nowe maszyny oblężnicze są gotowe. Zbudowaliśmy dwadzieścia pięć katapult, według dostarczonych planów.

Skinął w uprzejmym geście Mściwojowi. Zanim zdążył jeszcze coś dodać, między nim a Welesem pojawiła się chmura i niczym duch przybrała kształt Pieruna. Bogowie dyskutowali przez dłuższą chwilę w swoim dziwnym i drażniącym uszy, krzykliwo-piszczącym języku, który przy dłuższym słuchaniu stawał się nie do zniesienia. Weles parokrotnie zerkał na Lazarusa, jakby to właśnie jego dotyczyła rozmowa. Wizerunek rozpłynął się, równie nagle co pojawił.

– Nasza rada uzgodniła, że nie dostaniecie niczego w swoje ręce, czego nie jesteście w stanie pojąć i zrozumieć, ani stworzyć. Jednak plany uległy drastycznym zmianom – oznajmił, wskazując w górę. – Wojna przybrała dla nas niekorzystny wpływ, w przyszłości będziemy potrzebowali was, ludzi jako naszych sojuszników. Tak, osiągniecie boską wiedzę, jednak sami musicie do niej dojść, my możemy jedynie wskazać kierunek. 

Lazarus wytrzeszczył oczy i otworzył równie szeroko usta, których nie był w stanie chwilowo zamknąć. Mściwoj zaś słuchał nie poruszony, jedynie jakby niezadowolony, że i jemu bóg zdradza dalekie plany. 

– Gdybyście jednak zawiedli w ataku, użyjesz tego. 

Weles sięgnął ręką do stołu i podał mu niewielki pakunek. 

– Położysz pod murem i pociągniesz za sznurek. Po czym uciekniesz jak najdalej, inaczej spłoniesz. 

Na topornej twarzy Welesa, zagościło coś w rodzaju uśmiechu, a może tylko Lazarusowi się wydawało. Jakkolwiek by nie było, przeszył go dreszcz, słysząc o sile, jaką zawierała paczuszka. Otrzymał także miecz w pochwie, wyjątkowo lekki i prosty, jednosieczny i wygięty do tyłu. 

Zbliżył już palec do ostrza, żeby sprawdzić ostrość, kiedy Weles zagrzmiał: 

– Przestań! Chyba że chcesz stracić palec. 

Lazarus nie pewien, czy żartował czy nie, czy bogowie w ogóle są zdolni do tego, potraktował ostrzeżenie jak najbardziej poważnie. 

Weles przyglądał mu się jeszcze intensywnie przez moment, zastanawiając czy dobrze postąpił, przekazując tak niebezpieczne środki, w ręce kogoś takiego. Po czym odprawił gościa gestem i wrócił do przerwanej przy stoliku pracy. 

Tydzień później doszło do oblężenia Aten. Lazarus przypatrywał się ciężko uszkodzonym murom miasta, po całym dniu oblężenia. Pomimo ich poważnego naruszenie, nadal się nie poddały i stawiały bierny, acz zaciekły opór, podobnie jak Ateńczycy. 

Zarządzono przerwę, aby opatrzyć rannych żołnierzy, nakarmić głodnych, odpocząć i zaplanować nowe natarcie. Dlatego też od godziny Lazarus instruował niewielką grupę żołnierzy, jakich mu przydzielono. Wolałby dostać znacznie większy oddział niż dwadzieścia osób, jednak ważniejsze od liczebności była szybkość i elastyczność. Po następnych dwóch godzinach stanęli w drugiej linii ataku.

Spojrzał w górę, modląc się w duchu o powodzenie, jednak nie wpatrywał się w grzejące niemiłosiernie słońce, a w Wiszący Pałac Welesa. Towarzyszył im od samego początku, obserwując postępy oblężenia. Jesteś zadowolony z nas, o panie? Pomyślał w duchu, ciesząc zarazem, że Weles nie należał do mściwych bogów, karzących za niepowodzenia. 

Uformowali zwarty szyk obronny, który w przyszłości miał przyjąć nazwę tetsudo, bardziej powszechna nazwa to formacja żółwia i odegrać ważną rolę w dziejach świata. Nieświadomi tego ruszyli do przodu za pierwszym szeregiem, zostawiając za plecami machiny wojenne, w tym nowe katapulty miotające ciężkimi głazami. 

Bębny wybijały rytm natarcia. Zaatakowali. W ich stronę poleciały strzały i kamienie. Gwizdały i furkotały, przecinając powietrze, miażdżąc i dziurawiąc. Pierwsza linia poniosła ogromne straty. Lazarus już na etapie planowania zakładał, że zginąć może połowa żołnierzy, a nawet więcej. Pierwszy szereg stanowił żywą tarczę, mającą skupić na sobie uwagę Ateńczyków. Tylko po to, żeby on i chroniąca go grupa, mogli dotrzeć, aż do samego muru. 

Przejście przez pole zasłane martwymi towarzyszami broni okazało się trudniejsze niż przypuszczał. Żołnierze padali tak gęsto, że nie dało się ich wyminąć. I równie często ranni wołali i błagali o pomoc, której nie mogli im udzielić. W pewnej chwili pierwszy szereg się rozstąpił. Lazarus wraz z grupą ruszyli biegiem do muru. 

Wyznaczona wcześniej grupa łuczników i trzech katapult ostrzelała wskazany przez Lazarusa przed rozpoczęciem ataku odcinek, ułatwiając im dojście pod mur. Wyjął paczuszkę ze specjalnej kieszonki i położył pod murem, kiedy dźwięk odbijających się kamieni i strzał zamilkł. Zamiast nich ze skrajów tarcz trzymanych w górze, zaczęła spływać gorąca i gęsta smoła. 

Pociągnął za sznurek. Wycofali się pośpiesznie, omijając kałużę smoły. Kiedy odbiegli wystarczająco daleko, Lazarus obejrzał się za siebie. 

W tym momencie mur eksplodował, jednak nie tylko on. Kątem oka dostrzegł również ogień na niebie i przez krótką chwilę, myślał, że popełnił gdzieś błąd, zrobił coś niewłaściwego. Zdziwienie i przerażenie wzrosło, gdy dojrzał płomienie spowijające Wiszący Pałac. Zaraz jednak pojawiły się nowe ognie, spadające wprost z nieba, z innego Wiszącego Pałacu znajdującego się jeszcze wyżej.

Lazarus przysłonił oczy przed rażącym słońcem i przyjrzał, rozgrywającej się w powietrzu walce. W zupełności nie przypominał on rezydencji Welesa. Był przede wszystkim większy i kanciasty, nieforemny. Coraz więcej żołnierzy zaprzestawało walki i podnosiło wzrok na niebo. Nawet Ateńczycy. 

Rozpoczęła się regularna wymiana ognia pomiędzy dwoma bogami, bo to musiał być, któryś z bogów. Jeden z tych, z którym Weles i Pierun walczyli, ale wojna miała przebiegać daleko, daleko od Ziemi. 

Z nieba posypały się spadające gwiazdy, zaraz jednak Lazarus się zreflektował, to nie gwiazdy opadały ku ziemi, a bogowie, rozpraszając się na wszystkie strony świata. 

Pałac Welesa rzucał się w rozpaczliwych unikach przed ogniem. Bezskutecznie. Raz po raz eksplodowały nowe płomienie na gładkiej powierzchni walca. Wzniósł się w niebo, ponad chmury i znikł im z oczu, a za nim nieznany bóg. 

Świst strzały wysoko nad głową obudził Lazarusa z odrętwienia. Wyciągnął podarowany miecz z pochwy i rzucił się przez powstały wyłom na Ateńczyków. 

Wygrana nad Atenami zakończyła drugą wojnę peloponeską w 404 p.n.e. Wtedy też ostatni raz widziano bogów, walczących z nieznanymi ludziom bóstwami. Przez niebo świata przetoczyły się kule ognia i grzmoty odwiecznie ścigające błyskawice. 

Koniec

Komentarze

Z historią jest tak, że nie raz trzeba ją uzupełniać według własnych upodobań, stąd też narodziła się wiara w Lechię, współistnienie ludzi i dinozaurów czy paleoastronautykę. Ale… może jest wśród nich ziarno prawdy? 

Określiłbym, że jeśli ktoś uzupełnia historię wedle własnych upodobań to jest po prostu żałośnie śmieszne, bo to nauka jak każda inna i logika/dowody są wymagane. Jak czegoś nie wiadomo, to można snuć hipotezy, które muszą być poparte jakimś logicznym tokiem myślowym.

 

A przechodząc do tekstu:

Wysokie drzwi ledwo się otworzyły, a wysypał się z nich mały tłum ludzi, przedstawicieli miast-państw Peloponezu.

Definicja tłumu ze słownika PWN:

tłum – bardzo duża liczba ludzi zgromadzonych w jakimś miejscu.

Ta wyjątkowa struktura, wyróżniała się nietypowym kształtem – walca, leżącym na dłuższym boku, na dodatek bez okien.

Czepiam się, ale walec nie ma krótszego i dłuższego boku. Ma dwie podstawy i ścianę boczną. Lepiej: […] nietypowym kształtem – leżącego walca.

Mierzył dobre dwa i pół metra, z długimi rękami zakończonymi czterema palcami. Sprawiał wrażenie potężnego totemu. Tułów przechodził bezpośrednio w głowę, a twarz sprawiała wrażenie dłutem haratanej.

Jak już to: haratanej dłutem, ale to wskazywałoby, że był szpetny. Czy taki był cel tego wyrażenia?

 

– Nie bez powodu nie wzięliśmy udziału w waszej wojnie – oznajmił z naciskiem na przedostatnie słowo. – Mój czynny udział, sprawiłby, że wielu z was padłoby na kolana ze strachu, zaraz po zniszczeniu Aten. Czego chcemy uniknąć. Przyszłych sojuszników, nie może motywować strach wobec nas. Z kolei Lechowie, nie wezmą udziału w żadnej nieswojej wojnie, dopóki nie zostanie podpisany pakt scalający wasze ludy, w jeden byt. Równocześnie nie mając zamiaru stać z boku i przyglądać się, zaoferowaliśmy wam ulepszenia broni, zbroi i taktyczne podejście do walki z wrogiem. Nie wspominając o zwiększeniu wydajności w rolnictwie oraz hodowli, żebyście mogli wykarmić swój lud. 

Nie wiem jaka jest motywacja Welesa, by akurat pomagać Spartanom, a nie Ateńczykom.

 

– Po rozgromieniu sojuszu Ateńczyków, zniszczcie mury otaczające same Ateny i te prowadzące do portu Pireus. Te mury muszą legnąć w gruzach. 

Wspomniane mury nie tylko okalały obydwa miasta, ale ciągnęły się także pomiędzy nimi na odcinku kilkunastu kilometrów, dając Ateńczykom schronienie i miażdżącą przewagę przy obronie. Jeszcze do niedawna mogli się za nimi kryć i skutecznie odpierać ataki przewyższających ich liczebnie armii. 

Za dużo powtórzeń słowa mury, lepiej: do portu w Pireusie.

Ponadto, nie rozpisywałbym co to były za mury. Dlaczego? Ponieważ narrator zaczyna być nauczycielem historii w taki dość suchy sposób. Dałbym, że muszą zniszczyć Długie Mury, bo dają im one możliwość długotrwałej, a przede wszystkim skutecznej obrony. Kropka. Jak ktoś wie o co chodzi to zrozumie, a jeśli nie, to wpisze sobie w google i doczyta. Zaznaczam, że to tylko moje zdanie i masz prawo się z nim nie zgadzać.

 

Tydzień później doszło do oblężenia Aten. Lazarus przypatrywał się ciężko uszkodzonym murom miasta, po całym dniu oblężenia. Pomimo ich poważnego naruszenie, nadal się nie poddały i stawiały bierny, acz zaciekły opór, podobnie jak Ateńczycy. 

Mury na długości kilkunastu kilometrów, obsadzone. Po drugiej stronie 25 katapult. Czy możliwe byłoby ciężko uszkodzić miejskie mury przy takich siłach w ciągu tylko jednego dnia? Oblężenia to kwestia wielodniowa, jeśli nie wielomiesięczna więc powyższy fragment jest nierealny.

 

Uformowali zwarty szyk obronny, który w przyszłości miał przyjąć nazwę tetsudo, bardziej powszechna nazwa to formacja żółwia i odegrać ważną rolę w dziejach świata. Nieświadomi tego ruszyli do przodu za pierwszym szeregiem, zostawiając za plecami machiny wojenne, w tym nowe katapulty miotające ciężkimi głazami. 

Szyk obronny służy do obrony, a oni tu atakują.

Bębny wybijały rytm natarcia. Zaatakowali. W ich stronę poleciały strzały i kamienie. Gwizdały i furkotały, przecinając powietrze, miażdżąc i dziurawiąc.

Brakuje mi dopowiedzeń, co co robi. Domyślam się, że strzały nie miażdżą, a kamienie nie dziurawią ale rozpisałbym to.

Przejście przez pole zasłane martwymi towarzyszami broni okazało się trudniejsze niż przypuszczał. Żołnierze padali tak gęsto, że nie dało się ich wyminąć. I równie często ranni wołali i błagali o pomoc, której nie mogli im udzielić. W pewnej chwili pierwszy szereg się rozstąpił. Lazarus wraz z grupą ruszyli biegiem do muru. 

Ciężko byłoby, by formacja żółwia biegła, więc dodałbym, że formacja się rozproszyła.

EDIT: w dalszym fragmencie jest wskazanie, że utrzymywali tę formację, co się kłóci z tym biegiem. Mogliby próbować, ale wtedy nie spełniałoby to swojej funkcji ochronnej.

Ponadto na polu bitwy nie ma miejsca na omijanie ciał tylko trzeba po nich przechodzić, by zachować ciągłość formacji.

Wyznaczona wcześniej grupa łuczników i trzech katapult ostrzelała wskazany przez Lazarusa przed rozpoczęciem ataku odcinek, ułatwiając im dojście pod mur. Wyjął paczuszkę ze specjalnej kieszonki i położył pod murem, kiedy dźwięk odbijających się kamieni i strzał zamilkł. Zamiast nich ze skrajów tarcz trzymanych w górze, zaczęła spływać gorąca i gęsta smoła. [..]

Pociągnął za sznurek. Wycofali się pośpiesznie, omijając kałużę smoły. Kiedy odbiegli wystarczająco daleko, Lazarus obejrzał się za siebie. 

Zastanawia mnie, że ta smoła ich nie popaliła. Najpierw smoła spływa na nich, a potem omijają kałużę smoły jakby nigdy nic. O tej co wylądowała na nich nie ma śladu.

 

Niestety, opowiadanie mi się nie podobało. Ja wiem, że to fantastyka, ale nie czuję realiów tamtego okresu przez wstawienie Słowian, którzy jeszcze wtedy nie istnieli. Ponadto jest wojna peloponeska, ale nie czuję w tym czasów starożytnej Grecji. Dużo niewiadomych, dlaczego Weles chciał pomagać akurat Spartanom jak wspomniałem powyżej. Coś co mnie najbardziej odrzuciło, to brak logiki samego starcia i brak odczucia wielkiej bitwy. Jest jakaś grupa łuczników, jest 20 ludzi + dowódca i 25 katapult. Łącznie to może dwustu ludzi do wyobrażenia, a obrońcy jakby nie istnieją przez te kamienie, które skutecznie nie miażdżą i smołę, która nikogo nie pali.

Coś co moim zdaniem nie działa na korzyść opowiadania to różnica w konstrukcji jabłka i fabuły. Sparty, jako miasta, tu nie ma (chyba, że domyślnie w pierwszej scenie ale równie dobrze moze to być coś innego) a Weles jest postacią zbyt mocno drugoplanową. Występuje w jednej scenie, a potem to co się dzieje z jego pałacem jest dla mnie niezrozumiałe. 

Nie mniej jednak jak opublikujesz coś innego to zajrzę i przeczytam. ;)

Wątek humorystyczny na koniec, moje skojarzenie z pakunkiem pod murem.

 

Moment zrobienia wyłomu w Długich Murach, Ateny 404 r.p.n.e., koloryzowane:

Per aspera ad astra

Tekst, który wiele obiecywał, bo lubię słowiańskie klimaty, ale przydałoby mu się troszkę rozwinięcia w niektórych wątkach, bo momentami uderza w ton streszczenia. I ten Weles taki trochę potraktowany po macoszemu przewija się tak prawie że mimochodem. Sam pomysł na intrygę i finał, przy którym się uśmiechnęłam, interesujący, ale czegoś zabrakło, żeby wszystko zagrało w ten sam rytm. Mam nadzieję, że coś tu rozwiniesz, wtedy chętnie zajrzę raz jeszcze.

Dziękuje za komentarze i muszę przyznać, że w pewnym momencie faktycznie straciłem trochę jabłuszko z oczu, aczkolwiek Sparta 404 pne to przede wszystkim koniec wojny peloponeskiej, uważam że przeniesienie akcji na pola walki, nie są jakimś rażącym odstępstwem od reguł. Na dobrą sprawę, skoro Ateny zostały podbite, to czy nie stały się Spartańskie w tym momencie? :D W takim ogromnym uproszczeniu. A chcąc się trzymać historii (uhm, tak, przy tym co napisałem…) to jakoś nie mogę się przemóc do sprowadzenia walk pod samą Spartę.

 

 

 

@oidrin Opowiadanie jeszcze rozwinę, zwłaszcza o opisy, masz zupełną rację, że by się przydały. 

Nigdzie nie było, że musi on stanowić głównego bohatera, a wolałem go umieścić jako postać drugoplanową. Choć mogłem poprowadzić narrację z jego widoku, to wydaje mi się, że mogłoby to być trochę zbyt nudne? Myślę, że jak skończę poprawiać to opowiadanie to postaram się w ramach ćwiczeń napisać je z jego widoku. 

 

@Sagitt 

Oczywiście, normalnie to wszelkie hipotezy i teorie muszą mieć poparcie w dowodach, jednak czy przeczytałeś resztę tego zdania? Bo nie bez powodu napisałem w ten sposób i wspomniałem o Wielkiej Lechii (Tu masz również odpowiedź dotyczącą Słowian, skąd oni się tam wzięli ), obcych budujących piramidy i ludziach koegzystujących z ludźmi. 

 

Nie da się “dłutem haratanej”?

Brzydki, choć bardziej zależało mi na wskazaniu toporności twarzy, jak w totemie, stąd też to porównanie. I chyba tak też to zmienię, w coś podobnego do tego: “Tułów przechodził bezpośrednio w kwadratową głowę o płaskiej twarzy/topornych rysach twarzy”.

 

 

 

W zamyśle to jest tak, że za Wielką Lechię (dziwnie się czuję pisząc tą(tę?) nazwę -,-) odpowiadają właśnie bogowie (czyli obcy) pokroju Welesa, Pieruna. Postaram się gdzieś dodać zdanie o tym, żeby nadać trochę więcej spójności, oraz że WL rozciąga się na euroazję(tak podobno było!), zamiast mglistego wspomnienia o tym, że jest na północy.

A dlaczego? Bo:

Nasza rada uzgodniła, że nie dostaniecie niczego w swoje ręce, czego nie jesteście w stanie pojąć i zrozumieć, ani stworzyć. Jednak plany uległy drastycznym zmianom – oznajmił, wskazując w górę. – Wojna przybrała dla nas niekorzystny wpływ, w przyszłości będziemy potrzebowali was, ludzi jako naszych sojuszników. Tak, osiągniecie boską wiedzę, jednak sami musicie do niej dojść, my możemy jedynie wskazać kierunek. 

Czy ten fragment jest wystarczająco jasny? Że toczy się wojna w kosmosie? Oczywiście pomijam wszelkie kwestie, po co, jak i kiedy. To tylko tło.

To wszystko razem powinno dać, że planem bogów jest zjednoczenie ludzi, bo ich potrzebują.

 

 

Mury na długości kilkunastu kilometrów, obsadzone. Po drugiej stronie 25 katapult. Czy możliwe byłoby ciężko uszkodzić miejskie mury przy takich siłach w ciągu tylko jednego dnia? Oblężenia to kwestia wielodniowa, jeśli nie wielomiesięczna więc powyższy fragment jest nierealny.

Masz rację, pewnie dlatego im się nie udało :D A tak na poważniej, wezmę to pod uwagę. Podobnie jak odbiór wielkości wojsk, bo czytając wychodzi, że to skromna armia 300 spartan atakuje.

Opis murów zostawię, nie spodziewam się, żeby ktokolwiek potem sprawdzał jak było w rzeczywistości. Poza tym, to są tylko, a może aż dwa zdania? Ale skoro brzmi to sucho, co mnie boli… 

 

 

– Po rozgromieniu sojuszu Ateńczyków, zniszczcie mury otaczające same Ateny i te prowadzące do portu Pireus. Te mury muszą legnąć w gruzach. 

Wspomniane mury/fortyfikacje nie tylko okalały obydwa miasta, ale ciągnęły się także pomiędzy nimi na odcinku kilkunastu kilometrów, dając Ateńczykom schronienie i miażdżącą przewagę przy obronie. Jeszcze do niedawna mogli się za nimi kryć i skutecznie odpierać ataki przewyższających ich liczebnie armii. 

 

 

Fortyfikacje ciągnęły się kilometrami, stanowiąc/stanowiły ostatnią, niezdobytą do tej pory, linię obrony Ateńczyków.

Tiaa, to chyba brzmi o wiele lepiej :) I właśnie, zawsze mam ten dylemat, jaka końcówka? “stanowiąc” czy lepiej “stanowiły? Ale z tym to chyba już na jakieś forum.

 

 

 

Szyk obronny służy do obrony, a oni tu atakują.

Oni nie tyle atakują, co ruszyli za pierwszym szeregiem, który atakuje. Wiem, dziwne. Widzę, że brakło mi tutaj też kontekstu. Bo tylko grupa Lazarusa przybrała szyk obronny, dla jak największej ochrony, żeby mógł jak najbezpieczniej dotrzeć do muru z ładunkiem.

 

Ciężko byłoby, by formacja żółwia biegła, więc dodałbym, że formacja się rozproszyła.

EDIT: w dalszym fragmencie jest wskazanie, że utrzymywali tę formację, co się kłóci z tym biegiem. Mogliby próbować, ale wtedy nie spełniałoby to swojej funkcji ochronnej.

Ponadto na polu bitwy nie ma miejsca na omijanie ciał tylko trzeba po nich przechodzić, by zachować ciągłość formacji.

 

Masz rację, wezmę to pod uwagę, że powinni byli się rozproszyć, ale dopiero w momencie kiedy rozstąpił się pierwszy szereg. 

 

Przejście przez pole zasłane martwymi towarzyszami broni okazało się trudniejsze niż przypuszczał. Żołnierze padali tak gęsto, że nie dało się ich wyminąć. I równie często ranni wołali i błagali o pomoc, której nie mogli im udzielić. W pewnej chwili pierwszy szereg się rozstąpił. Lazarus wraz z grupą ruszyli biegiem, porzucając chwilowo szyk obronny

Wyznaczona wcześniej grupa łuczników i trzech katapult ostrzelała wskazany przez Lazarusa przed rozpoczęciem ataku odcinek, ułatwiając im dojście pod mur. Wrócili do szyku dopiero pod murami. 

 

Dlatego też napisałem, że nie dało się ich wyminąć, zwłaszcza, że padali tak gęsto. 

 

Co do smoły, też mam już szkic poprawki. Musiałem nieświadomie pominąć ten fragment. 

 

 

Resztę sugestii wprowadzę jutro, razem z rozwinięciem i dodaniem opisów.

 

 

A obrazek, jeśli można, podepnę pod koniec opowiadania, bo pasuje wręcz idealnie :D

 

 

Zastanawiałem się czy nie byłoby dobrze w przedmowie przybliżyć choćby trochę właśnie kwestię Wielkiej Lechii i wojny Peloponeskiej.

Dziękuje za komentarze i muszę przyznać, że w pewnym momencie faktycznie straciłem trochę jabłuszko z oczu, aczkolwiek Sparta 404 pne to przede wszystkim koniec wojny peloponeskiej, uważam że przeniesienie akcji na pola walki, nie są jakimś rażącym odstępstwem od reguł. Na dobrą sprawę, skoro Ateny zostały podbite, to czy nie stały się Spartańskie w tym momencie? :D

Nie wiem, bo nie wiem jak szanowne jury to potraktuje. Sam myślę prosto. Jak ma być Sparta, to ma być miasto Sparta, chociaż trochę, a nie coś podbitego przez Spartę set kilometrów dalej. No ale to moje odczucie ;)

Nigdzie nie było, że musi on stanowić głównego bohatera, a wolałem go umieścić jako postać drugoplanową. Choć mogłem poprowadzić narrację z jego widoku, to wydaje mi się, że mogłoby to być trochę zbyt nudne?

Możesz podejmować różne koncepcje, a taki jest odbiór dotychczasowych czytelników, że miał być Weles i nie, nie musi być pierwszoplanowy, ale tutaj jest zupełnie w tle.

 

Oczywiście, normalnie to wszelkie hipotezy i teorie muszą mieć poparcie w dowodach, jednak czy przeczytałeś resztę tego zdania? Bo nie bez powodu napisałem w ten sposób i wspomniałem o Wielkiej Lechii (Tu masz również odpowiedź dotyczącą Słowian, skąd oni się tam wzięli ), obcych budujących piramidy i ludziach koegzystujących z ludźmi. 

Przeczytałem. Po prostu pierwsze zdanie było dla mnie zgrzytem i końcówka go dla mnie nie “usprawiedliwiała”. Dalej, takie są moje odczucia, że w podanej koncepcji mi to nie gra. Ale ja to tylko czytam i tak czuję, nic na to nie poradzę.

Nie da się “dłutem haratanej”?

Brzydki, choć bardziej zależało mi na wskazaniu toporności twarzy, jak w totemie, stąd też to porównanie. I chyba tak też to zmienię, w coś podobnego do tego: “Tułów przechodził bezpośrednio w kwadratową głowę o płaskiej twarzy/topornych rysach twarzy”.

Dłutem haratanej nie brzmi mi po polsku. Tyle zrozumiałem, tylko jak coś jest poharatane, to miałem wrażenie, że Weles miał, za przeproszeniem, powykrzywianą gębę.

 

W zamyśle to jest tak, że za Wielką Lechię (dziwnie się czuję pisząc tą(tę?) nazwę -,-) odpowiadają właśnie bogowie (czyli obcy) pokroju Welesa, Pieruna. Postaram się gdzieś dodać zdanie o tym, żeby nadać trochę więcej spójności.

A dlaczego? Bo:

Nasza rada uzgodniła, że nie dostaniecie niczego w swoje ręce, czego nie jesteście w stanie pojąć i zrozumieć, ani stworzyć. Jednak plany uległy drastycznym zmianom – oznajmił, wskazując w górę. – Wojna przybrała dla nas niekorzystny wpływ, w przyszłości będziemy potrzebowali was, ludzi jako naszych sojuszników. Tak, osiągniecie boską wiedzę, jednak sami musicie do niej dojść, my możemy jedynie wskazać kierunek. 

Czy ten fragment jest wystarczająco jasny? Że toczy się wojna w kosmosie?

Jak wyszczególniłeś, to to ogarnąłem, ale podczas czytania niestety nie.

Oni nie tyle atakują, co ruszyli za pierwszym szeregiem, który atakuje. Wiem, dziwne. Widzę, że brakło mi tutaj też kontekstu. Bo tylko grupa Lazarusa przybrała szyk obronny, dla jak największej ochrony, żeby mógł jak najbezpieczniej dotrzeć do muru z ładunkiem.

Atakują, bo podejmują inicjatywę zniszczenia muru. Szyk obronny to formacja, która ma odpierać atak. Powyższy szyk może służyć do ataku, ale jego struktura sprawia, że dla żołnierzy w formacji pełni funkcję ochronną.

Przejście przez pole zasłane martwymi towarzyszami broni okazało się trudniejsze niż przypuszczał. Żołnierze padali tak gęsto, że nie dało się ich wyminąć. I równie często ranni wołali i błagali o pomoc, której nie mogli im udzielić. W pewnej chwili pierwszy szereg się rozstąpił. Lazarus wraz z grupą ruszyli biegiem, porzucając chwilowo szyk obronny

Wyznaczona wcześniej grupa łuczników i trzech katapult ostrzelała wskazany przez Lazarusa przed rozpoczęciem ataku odcinek, ułatwiając im dojście pod mur. Wrócili do szyku dopiero pod murami. 

Ok, tylko po co wracali do zwartej formacji pod murami? Pod murem z którego leciały kamienie i lała się smoła taka formacja byłaby bezsensu. Dlaczego? Bo nie musisz za bardzo celować, a trafisz, jak w grupie idzie 20 ludzi. A jak Lazarus był gdzieś w środku jak domniemam, to tym łatwiej było go trafić i zabić. Bardzo mi się to kłóci.

Dlatego też napisałem, że nie dało się ich wyminąć, zwłaszcza, że padali tak gęsto. 

 Tylko to zdanie sugeruje, że próbowali. Bo gdyby nie mieli tego zamiaru, to nie wiem po co to zdanie, że nie dało się ich wyminąć. Moim zdaniem lepiej, jednoznacznie byłoby:

Żołnierze padali tak gęsto, że grupa musiała przechodzić po martwych ciałach towarzyszy.

 

Nie chcę byś mnie źle zrozumiał, ja komentuję po prostu szczerze. Odnoszę się po prostu do treści, jej logiki i własnych odczuć względem tekstu, nie chcąc nikogo urazić. Jeśli poprawisz tekst, to chętnie go przeczytam raz jeszcze. ;)

 

Per aspera ad astra

No to już zależy od jury, ale wrzucę w takim razie info, że Sparta 404 pne, to cały sojusz miast-państw, a nie samo miasto/państwo :D

Z Welesem raczej nic już nie zdziałam, zresztą miała to być tylko postać poboczna. Choć i z tego powodu też jakoś nie specjalnie chciałem za bardzo rozwijać sceny walki, żeby nie okazało się, że jego postać będzie stanowić 1/3 lub ¼ treści.

To w takim razie muszę pomyśleć nad poszerzeniem bytności Welesa, ale skoro to “bóg”, to może być w wielu miejscach naraz :D 

 

 

Jak formacja żółwia jest bez sensu na kamienie i strzały? Nie po to ona jest? Wzniesione do góry tarcze, żeby je odbijać? A po to do niej wrócili. Smoły faktycznie nie zatrzyma, bo się przewali przez tarcze, więc zgrzytu nie będzie.

 

 

Oh, ale w zupełności mnie nie uraziłeś, wręcz przeciwnie :D Ciesze się na Twój komentarz i właśnie liczyłem na wyliczenie mi błędów i potknięć. 

A takowe też muszę wyjaśnić, żeby było wiadomo o co miało chodzić, a co wyszło.

 

Zerknę i poprawię wszystko wieczorem.

Dziękuje za uwagi :D

No to już zależy od jury, ale wrzucę w takim razie info, że Sparta 404 pne, to cały sojusz miast-państw, a nie samo miasto/państwo :D

Czepiam się, ale bądźmy historycznie poprawni. Cały ten sojusz to Związek Peloponeski. Pod przewodnictwem Sparty, ale jakby nie spojrzeć, samą Spartą to nie jest.

 

Jak formacja żółwia jest bez sensu na kamienie i strzały? Nie po to ona jest? Wzniesione do góry tarcze, żeby je odbijać? A po to do niej wrócili. Smoły faktycznie nie zatrzyma, bo się przewali przez tarcze, więc zgrzytu nie będzie.

Nie jest bezsensu na strzały, a na kamienie, to w zależności od ich wielkości. Gdyby przeciwnik miał procarzy, to na takie kamienie jest to ochrona. Sprawdza się w starciu na otwartym polu. Ale jeśli stoją pod murem i ktoś z tego muru ciśnie w nich dziesięciokilogramowy głaz, to nawet jak go trafi w tarczę, to ręka może zareagować różnie. Może się od razu nie rozsypie, ale nie będzie tak, że poboli i przestanie. I dalej tu wracam do tego, że kiedy podchodzisz pod mur formacją to rzucasz taki kamień “gdziekolwiek”, a i tak w kogoś trafi. To po prostu element, który bardzo kłóci się z logiką oblężenia i naraża atakujących na większe straty.

Olśniło mnie co do testudo i tego, dlaczego tutaj nie zadziała.

Była to formacja typowo rzymska. I sęk w tym. W ramach fantastyki można sobie przenieść rzeczy z różnych epok ale jak wyobrażasz sobie robienie testudo przy użyciu okrągłych, greckich tarcz? Jak próbujesz to połączyć w szeregu to dziur w tym jest co nie miara. Ci ze środka jak skierują swoje tarcze do góry to dalej jest kupa dziur wynikająca z tego, że okragłe elementy średnio cokolwiek szczelnie kryją, jeśli się nie nakładają. Rzymianie używali tarcz prostokątnych, które połączone, dawały możliwość szczelnej ochrony żołnierzy w formacji.

Per aspera ad astra

Nowa Fantastyka