- Opowiadanie: kasjopejatales - Siedem minut i siedemdziesiąt siedem sekund

Siedem minut i siedemdziesiąt siedem sekund

Wy­bra­łam bar­dzo znaną baśń, jed­nak wy­ko­rzy­sta­łam cechy cha­rak­te­ru po­sta­ci i ele­men­ty ze świa­ta, które można od­na­leźć nie tylko w wer­sji naj­now­szej wer­sji, ale także tej z XIX wieku, a nawet star­szej.

Więc jeśli ktoś ma ocho­tę po­znać Iza, na pozór lek­ko­myśl­ne­go fa­ce­ta, który jed­nak ma bar­dzo od­po­wie­dzial­ne za­da­nie do wy­ko­na­nia, to wie­rzę, że bę­dzie się do­brze bawił. (Ta pio­sen­ka jakoś bar­dzo mi pa­su­je do tek­stu: Li­ving le­gend Club dan­ger)

 

Be­to­wał: jap­kie­wicz

Ser­decz­nie dzię­ku­ję za pomoc i cenne uwagi, które nie­wąt­pli­wie spra­wi­ły, że baśń jest le­piej wi­docz­na a tekst bar­dziej lo­gicz­ny. Oczy­wi­ście za wszel­kie błędy od­po­wia­da tylko i wy­łącz­nie autor :)

 

EDIT: 30.05.2020 Uwzględ­nia­jąc ko­men­ta­rze, wpro­wa­dzi­łam kilka po­pra­wek sty­li­stycz­no-gra­ma­tycz­nych.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Siedem minut i siedemdziesiąt siedem sekund

Iz za­da­wał ciosy znacz­nie szyb­ciej, niż można było je spa­ro­wać. Wiel­kie mię­śnie na­pi­na­ły się, a pot lśnił na opa­lo­nej skó­rze. Blond włosy, zwy­kle po­sta­wio­ne w krót­kie­go iro­ke­za, pod­ska­ki­wa­ły przy każ­dym ruchu mło­de­go męż­czy­zny. Nie­zwy­kle jasne oczy ob­ser­wo­wa­ły ry­wa­la, w sku­pie­niu kal­ku­lu­jąc każdy jego ruch. Bo Iz wal­czył tak, jak zwy­kle – żeby wy­grać. Za­wsze. I nigdy nie od­pusz­czał. Niby dla­cze­go miał­by to robić?

– Dość! – krzyk­nął nagle prze­ciw­nik, uno­sząc ręce w obron­nym ge­ście.

Mimo to Iz wy­pro­wa­dził ko­lej­ny cios, w ostat­niej chwi­li za­trzy­mu­jąc go przed twa­rzą męż­czy­zny.

– Już? – za­śmiał się gło­śno, pod­ska­ku­jąc w miej­scu. – Prze­cież do­pie­ro za­czę­li­śmy.

– Z tobą nie da się pro­wa­dzić tre­nin­gu – facet słabo mach­nął ręką, pró­bu­jąc zła­pać od­dech. Widać było, że ledwo może ustać na no­gach, pod­czas gdy po dwu­dzie­sto­pię­cio­let­nim Izie w ogóle nie było widać zmę­cze­nia. – Jak ty to ro­bisz? – dzi­wił się, zgię­ty w pół.

Od­po­wie­dzia­ła mu jed­nak cisza i wzru­sze­nie wiel­kich ra­mion Iza. Bły­ska­wicz­nie tra­cąc za­in­te­re­so­wa­nie wszyst­kim do­oko­ła, męż­czy­zna zszedł z ringu. Znu­dzo­ny po­zwo­lił po­moc­ni­ko­wi ścią­gnąć sobie rę­ka­wi­ce, po czym bez słowa po­dzię­ko­wa­nia czy po­że­gna­nia ru­szył pod prysz­nic. Zmy­wa­jąc z sie­bie pot, za­sta­na­wiał się, czy miał jesz­cze czas, aby wpaść do me­cha­ni­ka, zanim spo­tka się z Ada­mem. I do­szedł do wnio­sku, że nie.

Krzy­wiąc się do wła­snych myśli, Iz wy­tarł ręcz­ni­kiem wiel­kie ciało i nie zwra­ca­jąc uwagi na za­zdro­sne spoj­rze­nia in­nych użyt­kow­ni­ków szat­ni, prze­szedł nago do swo­jej szaf­ki. Nie ocią­ga­jąc się, za­ło­żył dżin­so­we spodnie, czar­ny pod­ko­szu­lek i cięż­kie buty – swój stan­dar­do­wy ze­staw. Zła­pał jesz­cze skó­rza­ną kurt­kę w krwi­sto­czer­wo­nym ko­lo­rze z ma­te­ria­ło­wym kap­tu­rem i ru­szył do wyj­ścia. Ciem­ne, odra­pa­ne ko­ry­ta­rze do­pro­wa­dzi­ły Iza do baru, na któ­re­go ty­łach znaj­do­wał się klub bok­ser­ski. Wy­strój przy­byt­ku był sta­ro­mod­ny, a ob­słu­gę sta­no­wi­li wy­łącz­nie lu­dzie. Zero ro­bo­tów, an­dro­idów czy ludzi z wsz­cze­pa­mi. Nie, żeby męż­czy­zna miał coś do nich, po pro­stu po­do­bał mu się retro kli­mat tego miej­sca.

– Daj mi jed­ne­go na drogę – Iz za­stu­kał o bar, uśmie­cha­jąc się pełną gębą.

– A ty nie pro­wa­dzisz? – za­py­tał bar­man, ale i tak nalał mu whi­sky. Od razu po­dwój­ną.

– Yhm – po­twier­dził młody męż­czy­zna, uśmie­cha­jąc się jesz­cze sze­rzej, po czym wypił al­ko­hol. Z hu­kiem po­sta­wił szklan­kę na bla­cie, pod­su­wa­jąc ją po­now­nie bar­ma­no­wi. – Jesz­cze jeden. – A gdy ta zo­sta­ła na­peł­nio­na, wypił jej za­war­tość, nie przej­mu­jąc się nie­za­do­wo­le­niem ma­lu­ją­cym się na twa­rzy męż­czy­zny sto­ją­ce­go za barem. – Prze­cież wiesz, że na mnie to nie dzia­ła. Mam żo­łą­dek ze stali! – wy­krzyk­nął Iz, ru­sza­jąc do wyj­ścia.

– Kie­dyś cię to za­bi­je – od­po­wie­dział bar­man, krę­cąc głową.

Igno­ru­jąc jego słowa, Iz jed­nym ru­chem za­ło­żył kurt­kę i na od­chod­ne po­ka­zał męż­czyź­nie środ­ko­wy palec. Teraz nie in­te­re­so­wa­ło go nic in­ne­go niż spo­tka­nie. A ra­czej moż­li­wość po­je­cha­nia na niego swoim retro cu­deń­kiem. Tym, które tak bar­dzo wy­róż­nia­ło się na tle au­to­no­micz­nych po­jaz­dów, za­rów­no tych na­ziem­nych, jak i po­wietrz­nych. Nikt nie miał cze­goś ta­kie­go, a już na pewno nie w tak do­brym sta­nie. Głów­nie dla­te­go, że zdo­by­cie czę­ści do mo­to­cy­kla z lat dzie­więć­dzie­sią­tych dwu­dzie­ste­go wieku gra­ni­czy­ło z cudem, a zdo­by­cie pa­li­wa do­kład­nie nim było. Iz miał jed­nak swoje doj­ścia i nigdy nie bra­ko­wa­ło mu ani jed­ne­go, ani dru­gie­go.

Pod­cho­dząc więc do mo­to­cy­kla, de­lek­to­wał się peł­ny­mi po­dzi­wu i za­zdro­ści spoj­rze­nia­mi prze­chod­niów. Tu każdy wie­dział lub szyb­ko się do­wia­dy­wał, czyja była to ma­szy­na. A to ozna­cza­ło tylko jedno: mo­żesz pa­trzeć, ale nie pró­buj się zbli­żać. Świa­do­my tych wszyst­kich za­zdro­snych spoj­rzeń, Iz wsiadł na mo­to­cykl, będąc pew­nym, że część z nich nie po­dzi­wia­ła ma­szy­ny, a jej wła­ści­cie­la. Męż­czy­zna nie dzi­wił się im, w końcu wie­dział, jak wy­glą­dał. Wiel­ki, przy­stoj­ny, do­sia­da­ją­cy me­ta­lo­wej be­stii, któ­rej krwi­sto­czer­wo­ny la­kier cu­dow­nie łapał pro­mie­nie za­cho­dzą­ce­go wła­śnie słoń­ca. Co wię­cej, ciem­no­sza­re wstaw­ki, w taki spo­sób po­chła­nia­ły świa­tło, że wy­da­wa­ły się nie­mal czar­ne. „Ide­al­na rów­no­wa­ga” – po­my­ślał Iz, igno­ru­jąc spoj­rze­nia ob­cych ludzi. Bo w tej chwi­li in­te­re­so­wał go tylko mo­to­cykl i to, co czuł, gdy prze­krę­cał klu­czyk w sta­cyj­ce.

Za­słu­cha­ny w cu­dow­ny war­kot sil­ni­ka, Iz je­chał przez me­ta­lo­wo-szkla­ne mia­sto. W swoim bar­dzo dłu­gim życiu wi­dział ich wiele, w co naj­mniej kilku świa­tach: za­rów­no te pięk­ne, jak i brzyd­kie, mrocz­ne i jasne, bo­ga­te i bied­ne, pod zie­mią i wśród chmur. Jed­nak to wła­śnie Ter­mo­po­lis, mimo że nie naj­pięk­niej­sze czy naj­lep­sze, wy­da­wa­ło się męż­czyź­nie wręcz ide­al­ne. A powód był pro­sty – było ono jego mia­stem i ko­chał je bez­wa­run­ko­wo. Iz czuł się w nim do­brze, pę­dząc przez sze­ro­kie ulice, ośle­pia­ny ko­lo­ro­wym świa­tłem. Po­śród wiel­kich, świe­tli­stych ba­ne­rów przy­po­mi­na­ją­cych lu­dziom o rze­czach, któ­rych nie po­trze­bo­wa­li, a które chcie­li mieć. Stal i szkło, lu­dzie i mie­szań­cy, ro­bo­ty i an­dro­idy. A do tego zero ro­ślin­no­ści, za to mnó­stwo śmie­ci, które pię­trzy­ły się we wszyst­kich za­uł­kach, ale na żad­nej z ulic. Nikt tu już nawet nie zwra­cał na to uwagi, bo za­sa­da była pro­sta: jak ci się nie po­do­ba, to zrób coś z tym. Jak nie, to się za­mknij. W tym świe­cie, czcze ga­da­nie nigdy nie spo­ty­ka­ło się z cie­płym przy­ję­ciem.

Na­to­miast Iz był wła­śnie tym, który coś zmie­niał. Może wła­śnie dla­te­go, gdy je­chał przez mia­sto na swoim sta­lo­wym ru­ma­ku, czuł się jak jeden z bo­ha­te­rów fil­mów po­pu­lar­nych w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych dwu­dzie­ste­go wieku. Dawno temu do­rwał kilka ta­kich na ho­lo­ta­śmach i już nie mógł się ode­rwać. Miały w sobie coś, co bar­dzo po­do­ba­ło się Izowi. Igno­ro­wał więc ki­czo­wa­tą i po­wta­rzal­ną fa­bu­łę oraz słabe ak­tor­stwo i nie lep­sze efek­ty spe­cjal­ne. W nie­mal każ­dej wol­nej chwi­li oglą­dał te filmy, wy­ła­pu­jąc coraz to nowe sceny czy tek­sty, które ja­kimś cudem mu umknę­ły. Z wy­pie­ka­mi na twa­rzy, jak dziec­ko, któ­rym nigdy nie był, Iz śle­dził każde słowo i gest głów­ne­go bo­ha­te­ra filmu. W głębi duszy pra­gnąc być taki jak on: ba­dass otu­lo­ny ki­czo­wa­ty­mi tek­sta­mi, uda­ją­cy się w stro­nę za­cho­dzą­ce­go słoń­ca, ku ko­lej­nej przy­go­dzie. Czy na­praw­dę zbyt wiele chciał?

Iz nie wie­dział. Jed­nak to, co do­sta­wał, było albo bo­le­snym żar­tem, albo ktoś tam nie miał po­czu­cia hu­mo­ru. Bo oto teraz, jak wiele razy przed­tem, stał przed wzmoc­nio­ny­mi me­ta­lem drzwia­mi w oto­cze­niu czuj­ni­ków, ska­ne­rów i kamer. I, mimo że męż­czy­zna był rów­nie wiel­ki jak te drzwi, to czuł się wręcz ma­lut­ki. Wie­dział, że nie ma z nimi naj­mniej­szych szans. One nie przyj­mo­wa­ły żad­nych ra­cjo­nal­nych ar­gu­men­tów. Mimo to, zanim Iz za­pu­kał, od­cze­kał dłuż­szą chwi­lę. Łu­dził się, że tym razem Adam po pro­stu go wpu­ści. Usil­nie sta­rał się wmó­wić sobie, że tym razem bę­dzie ina­czej. Po chwi­li jed­nak pod­dał się i za­pu­kał.

– Hasło – za­żą­dał me­ta­lo­wy głos.

– To ja, otwie­raj. – Iz zer­k­nął na ka­me­rę, która prze­ka­zy­wa­ła jego obraz do głów­ne­go ekra­nu. – Daj spo­kój – po­pro­sił, sta­ra­jąc się za­cho­wać spo­kój.

– Hasło – roz­brzmia­ła nie­zmie­nio­na ko­men­da.

Iz przez chwi­lę jesz­cze wal­czył sam ze sobą, aż w końcu wes­tchnął cięż­ko. „To ostat­ni raz, ostat­ni” – po­my­ślał, cicho wy­po­wia­da­jąc ko­lej­ne słowa:

– Bab­ciu, bab­ciu, dla­cze­go masz takie wiel­kie uszy?

– Żeby cię le­piej sły­szeć wnu­siu – od­po­wie­dzia­ły drzwi, a chwi­la prze­cią­ga­ła się w nie­skoń­czo­ność.

– Bab­ciu, bab­ciu, dla­cze­go masz takie wiel­kie oczy?

– Żeby cię le­piej wi­dzieć wnu­siu – roz­le­ga się od­po­wiedź, po któ­rej za­pa­da wy­cze­ku­ją­ca dal­szej czę­ści hasła cisza.

Iz mil­czał jed­nak upar­cie. Czu­jąc ro­sną­cą iry­ta­cję, za­mknął oczy i po­ma­so­wał na­sa­dę nosa, przez co mię­śnie na­pię­ły się, a żyły na czole uwy­dat­ni­ły. Jesz­cze przez chwi­lę męż­czy­zna sta­rał się opa­no­wać, ale po pro­stu miał dość. Wła­śnie wtedy pierw­szy po­tęż­ny cios tra­fił w me­ta­lo­we drzwi, zo­sta­wia­jąc na nich nie­wiel­kie, pół­ko­li­ste wgłę­bie­nie.

– Kurwa twoja mać, czy cie­bie po­wa­li­ło do resz­ty?! Dla­cze­go za każ­dym, pier­do­lo­nym, razem muszę tu stać i wy­po­wia­dać te de­bil­ne kwe­stie?! Prze­cież na tych pie­przo­nych ka­me­rach i czuj­ni­kach, wi­dzisz, że to ja, a nie jakiś do­pel­gan­ger. Więc dla­cze­go, za każ­dym, kurwa, razem…

Cichy dźwięk zwal­nia­nej blo­ka­dy zamka do­tarł do uszu Iza, gdy ten aku­rat brał od­dech. Zre­zy­gno­wa­ny, wes­tchnął cięż­ko, po czym bez słowa wszedł w ciem­ność. Chwi­lę póź­niej drzwi do warsz­ta­tu Adama za­mknę­ły się za nim cicho, jakby po­ły­ka­jąc go. Idąc wolno do­brze zna­ny­mi sobie, ale słabo oświe­tlo­ny­mi ko­ry­ta­rza­mi męż­czy­zna nawet się nie roz­glą­dał. Do­kład­nie znał to miej­sce i wie­dział, co go czeka. Las. Praw­dzi­wy, spraw­nie dzia­ła­ją­cy eko­sys­tem z peł­nym prze­pły­wem ener­gii i obie­giem ma­te­rii. Flora i fauna – nie­moż­li­wa już do zo­ba­cze­nia w tym świe­cie ze stali, szkła i be­to­nu – tu dzia­ła­ła ide­al­nie. I za­pew­ne dla wielu ludzi by­ło­by to uro­kli­we miej­sce, jed­nak Iz nie do końca był fanem prze­dzie­ra­nia się po­mię­dzy drze­wa­mi, wśród wil­go­ci i chmar owa­dów, co krok uwa­ża­jąc, by znowu w coś nie wdep­nąć. Nie, on zde­cy­do­wa­nie wolał Ter­mo­po­lis i jego… twar­dość. W lesie było dla niego zbyt dusz­no i wil­got­no. Poza tym tu męż­czy­zna za­wsze miał wra­że­nie, że coś na niego pa­trzy. I jak w mie­ście za­wsze wie­dział, co może się czaić za ko­lej­nym za­krę­tem, tak w lesie każdy krzak wy­da­wał mu się po­dej­rza­ny, trzę­sąc się z nie­wia­do­mych przy­czyn. Iz nigdy nie mógł być pe­wien, czy to przez wiatr, prze­my­ka­ją­cy po­mię­dzy szcze­li­na­mi spe­cjal­nie za­gię­tej cza­so­prze­strze­ni czy coś się tam cza­iło, chcąc ro­ze­rwać mu gar­dło. „Tylko wilka mi tu jesz­cze bra­ko­wa­ło” – po­my­ślał Iz, w końcu wy­cho­dząc po dru­giej stro­nie lasu. Nadal jed­nak po­zo­sta­wał czuj­ny, uważ­nie ob­ser­wu­jąc za­ro­śla. Wolał się upew­nić, że nic nie sko­czy mu na plecy.

Na szczę­ście dla Iza po­zo­sta­ła część po­miesz­czeń, ty­sią­ca me­trów kwa­dra­to­wych warsz­ta­tu Adama była już stan­dar­do­wy­mi po­ko­ja­mi. Tylko, że wszyst­kie były za­gra­co­ne i po brze­gi wy­peł­nio­ne rze­cza­mi: od ki­ne­sko­pów, przez kom­pu­te­ry ana­lo­go­we, cy­fro­we i kwan­to­we, po ro­bo­ty, wsz­cze­py czy pla­zmo­we otwie­ra­cze do kon­serw. Wszyst­ko i nic. Skar­by i złom. Po­wie­trze i kurz. I choć Izowi trud­no było w to uwie­rzyć, w tym cha­osie pa­no­wał jakiś dziw­ny ro­dzaj po­rząd­ku. Taki, w któ­rym tylko jedna osoba się orien­to­wa­ła i wie­dzia­ła, co jest co i gdzie jest to coś, oraz gdzie jest źró­dło ła­do­wa­nia do tego cze­goś. Moż­li­we też, że ro­bo­ty sprzą­ta­ją­ce, które co jakiś czas prze­śli­zgi­wa­ły się w polu wi­dze­nia mło­de­go męż­czy­zny, także miały tę wie­dzę. W końcu nie­stru­dze­nie krą­ży­ły tuż nad po­wierzch­nią pod­ło­gi, zja­da­jąc kurz i ener­gię. Przy­po­mi­na­ły Izowi małe kraby, choć były od nich znacz­nie wy­daj­niej­sze i in­te­li­gent­niej­sze. No i same się roz­mna­ża­ły. „A nie, to po­tra­fi­ły i zwy­kłe kraby” – przy­po­mniał sobie, wcho­dząc do naj­więk­sze­go po­miesz­cze­nia. „To zna­czy, po­tra­fi­ły­by, gdyby w tym świe­cie nie wy­gi­nę­ły dawno temu”.

– Na­praw­dę nie mu­sia­łeś uży­wać ta­kich słów – kar­cą­cy głos Adama po­wi­tał Iza w głów­nej czę­ści warsz­ta­tu.

Jego wy­chu­dzo­ny wła­ści­ciel sie­dział zgar­bio­ny, tyłem do wej­ścia i naj­wy­raź­niej nie pla­no­wał prze­ry­wać tego, co robił, aby po­wi­tać go­ścia. Iz wi­dział cha­rak­te­ry­stycz­ne roz­bły­ski świa­tła i iskry la­ta­ją­ce wokół głowy Adama. Co wię­cej, pokój wy­peł­niał także cichy, brzę­czą­cy dźwięk spa­war­ki. Nie chcąc prze­szka­dzać go­spo­da­rzo­wi, Iz prze­szedł na śro­dek po­ko­ju, zer­ka­jąc na zmo­dy­fi­ko­wa­ny przez Adama zegar o wiel­kich czer­wo­nych cy­frach. Tych, które prze­ska­ki­wa­ły wolno, w nie­po­wta­rzal­ny spo­sób od­li­cza­jąc czas do roz­po­czę­cia za­da­nia. „Jesz­cze tylko kilka minut” – za­uwa­żył Iz, ale po­wie­dział coś in­ne­go.

– To nie każ mi za każ­dym razem stać przed tymi drzwia­mi – wark­nął, ledwo po­wstrzy­mu­jąc się od prze­kleń­stwa. Nie po­wi­nien się de­ner­wo­wać. Nie teraz. Nie mieli aż tak dużo czasu.

Za­miast więc kon­ty­nu­ować tę roz­mo­wę, wiel­ki męż­czy­zna pod­szedł do du­że­go stołu i wzdy­cha­jąc cięż­ko, opadł na krze­sło, które zna­jo­mo za­skrzy­pia­ło pod jego cię­ża­rem. Roz­glą­da­jąc się od nie­chce­nia, sta­rał się od­su­nąć od sie­bie zbęd­ne myśli, sku­pia­jąc się na tym, co znane. Po­miesz­cze­niu, które było za­rów­no warsz­ta­tem, pra­cow­nią, sy­pial­nią, jak i ja­dal­nią, w któ­rym je­dy­nie cien­kie ścian­ki roz­dzie­la­ły po­szcze­gól­ne stre­fy. I tylko kuch­nia była zu­peł­nie od­dziel­nym po­miesz­cze­niem, co miało swoje uza­sad­nie­nie.

Przede wszyst­kim jed­nak ten warsz­tat był całym świa­tem wą­tłe­go męż­czy­zny, który wła­śnie coś spa­wał. „A prze­cież nigdy nie po­wi­nien się nim stać” – po­my­ślał od­ru­cho­wo Iz. „Skup się. Nie myśl za dużo” – skar­cił się szyb­ko, kon­ty­nu­ując wę­drów­kę wzro­kiem po po­miesz­cze­niu. Chyba je­dy­nym, w któ­rym pa­no­wał względ­ny po­rzą­dek. Oczy­wi­ście poza ku­rzem na pod­ło­dze. On za­wsze tam był i to się nigdy nie zmie­ni. Po­dob­nie, jak za­pach me­ta­lu, elek­trycz­no­ści oraz ener­gii wy­peł­nia­ją­cy po­miesz­cze­nie. Jak po­wie­trze przed burzą.

– Dla­cze­go za każ­dym razem od­sta­wia­my tę szop­kę? – za­py­tał cicho Iz, w za­my­śle­niu po­pra­wia­jąc krót­kie­go iro­ke­za.

– Taki ry­tu­ał – Adam wzru­szył szczu­pły­mi ra­mio­na­mi, nadal zgar­bio­ny nad pro­jek­tem. – Nie­zmien­ność. Sta­łość. Po­wta­rzal­ność.

– Gówno – to było je­dy­ne, co młody męż­czy­zna mógł od­po­wie­dzieć.

Póź­niej już tylko brzę­czą­ca cisza roz­brzmie­wa w po­ko­ju. Taka, dzię­ki któ­rej Iz mógł się le­piej sku­pić. Jego złość znik­nę­ła cał­ko­wi­cie, a sze­ro­ki uśmiech zmie­nił się w wąską linię. Wiel­kie mię­śnie na­pi­na­ły się pod spodnia­mi i czer­wo­ną kurt­ką, aż do mo­men­tu, gdy Iz nie po­czuł, że wszyst­ko mu drę­twie­je. A już po chwi­li jego głowę wy­peł­nia­ło tylko i wy­łącz­nie za­da­nie. Na­tu­ral­na spon­ta­nicz­ność, swo­bo­da i lek­kość ducha Iza zmie­ni­ła się w czuj­ność. Każda ko­mór­ka na­sta­wia­ła się na to, co miało zo­stać zro­bio­ne. Co ON mu­siał zro­bić. Sku­pie­nie nie było więc czymś, co męż­czy­zna robił, a ra­czej czym się sta­wał.

A gdy Iz był już go­to­wy, skie­ro­wał spoj­rze­nie na me­ta­lo­wy por­tal po­środ­ku po­ko­ju. Duży łuk nie­mal ginął pod gę­stwi­ną kabli i kul ener­ge­tycz­nych wi­szą­cych w po­wie­trzu. Cięż­ki za­pach pust­ki i lekki elek­trycz­no­ści, mie­sza­ły się wza­jem­nie, wzma­ga­jąc czuj­ność Iza. Ciem­ny metal, z któ­re­go stwo­rzo­ny był por­tal, dawał nie­od­par­te wra­że­nie, jakby po­chła­niał świa­tło. Więc nawet spon­ta­nicz­ne wy­ła­do­wa­nia, które co chwi­lę roz­świe­tla­ły jego po­wierzch­nię, nie były w sta­nie cał­ko­wi­cie wy­grać z ciem­no­ścią. I tak po­win­no być. Świa­tło kon­tra ciem­ność. Za­wsze ide­al­na rów­no­wa­ga.

– Izra­ma­ell – spo­koj­ny głos Adama prze­ciął na­elek­try­zo­wa­ne po­wie­trze.

– Mó­wi­łem, żebyś mnie tak nie na­zy­wał – mruk­nął Iz, kie­ru­jąc spoj­rze­nie ja­snych oczu na chu­de­go męż­czy­znę.

Pa­trzył, jak Adam po­wo­li to­czył się w stro­nę kon­so­li por­ta­lu, a kółka jego wózka rzeź­bią cha­rak­te­ry­stycz­ne ślady na za­ku­rzo­nej pod­ło­dze. I gdyby Iz był mniej sku­pio­ny na celu, za­py­tał­by męż­czy­znę, czy znowu schudł. Jego twarz wy­da­wa­ła mu się jesz­cze bar­dziej po­sza­rza­ła niż zwy­kle, a cie­nie pod nie­zwy­kle ja­sny­mi ocza­mi chyba znowu się po­więk­szy­ły. Po­nad­to dłu­gie blond włosy nie­dba­le zwią­za­ne w kucyk, były jakby bar­dziej po­strzę­pio­ne. Iz po­wi­nien też za­py­tać, czy Adam do­brze się czuje, ale miał za­da­nie i nie mógł się roz­pra­szać. Za­py­ta o to wszyst­ko póź­niej. Za­wsze miał, ale nigdy tego nie robił.

– Sam wy­bra­łeś sobie to imię, a teraz nie chcesz go uży­wać? – dzi­wił się męż­czy­zna na wózku, maj­stru­jąc przy kon­so­li por­ta­lu.

– Wy­star­czy Iz – mruk­nął but­nie, wsta­jąc i prze­cią­ga­jąc się.

Czer­wo­na skó­rza­na kurt­ka za­skrzy­pia­ła upior­nie, ide­al­nie kom­po­nu­jąc się z uru­cha­mia­nym wła­śnie por­ta­lem. Po me­ta­lu prze­bie­gły łuki elek­trycz­ne, a po­wierzch­nia we­wnątrz za­fa­lo­wa­ła jak tafla wody, do któ­rej ktoś wrzu­cił ka­mień. Aż w końcu po­wie­trze na­praw­dę zmie­ni­ło się w wodę, któ­rej po­wierzch­nia ję­cza­ła roz­dzie­ra­ją­co.

Iz od­ru­cho­wo na­piął mię­śnie, ale nie było to ob­ja­wem zde­ner­wo­wa­nia. Wie­dział, co go czeka. Znał się na swo­jej ro­bo­cie. Za­cho­wu­jąc więc mil­cze­nie, męż­czy­zna pod­szedł do wy­two­rzo­ne­go przej­ścia. Tam, gdzie do gru­be­go bloku ma­gne­su przy­twier­dzo­ny był wiel­ki miecz, o nie­zwy­kle sze­ro­kim ostrzu. Broń miała rę­ko­jeść owi­nię­tą czar­ny­mi pa­ska­mi skóry, a ostrze było sze­ro­kie na dwa­dzie­ścia pięć cen­ty­me­trów i dłu­gie na ponad pół­to­ra metra. Wzdłuż jed­nej z kra­wę­dzi wy­drą­żo­ne były dziu­ry, które nie mogły osła­bić tego mie­cza, ale uła­twia­ły wy­cią­gnię­cie go, gdyby za­kli­no­wał się w drew­nie, ka­mie­niu czy ciele. Broń na pewno była nie­ty­po­wa, ale przy sile Iza zwy­kłe ostrza ła­ma­ły się jak za­pał­ki. A to było ide­al­ne –  po­dob­nie jak Iz. Co wię­cej, tylko on mógł dzier­żyć tę broń. No i jakby się do­brze nad tym za­sta­no­wić to także Adam, ale on nie miał­by siły jej unieść.

Nie mając czasu na roz­my­śla­nie o głu­po­tach, Iz chwy­cił miecz prawą dło­nią, a ma­gnes na­tych­miast pu­ścił ostrze. Na­stęp­nie męż­czy­zna prze­rzu­cił broń przez ramię, a ma­gnes wszy­ty w czer­wo­ną skórę, iden­tycz­ny z tym przy por­ta­lu, na­tych­miast ją po­chwy­cił. „Już czas” – po­my­ślał Iz, bio­rąc głę­bo­ki wdech. Szyb­ko za­rzu­cił czer­wo­ny kap­tur na głowę i zer­ka­jąc na gi­gan­tycz­ne, czer­wo­ne cyfry re­se­tu­ją­ce­go się wła­śnie ze­ga­ra wszedł w por­tal.

 

***

 

Iz wy­szedł z por­ta­lu, a świat za nim za­mknął się bez­pow­rot­nie. Zmie­nił się, bo męż­czy­zna go zmie­nił – ale ten świat nie zmie­nił Iza. Je­dy­nie… wy­trą­cił go z rów­no­wa­gi. Wpro­wa­dził nie­pew­ność… wszyst­kie­go. Tego, co praw­dzi­we, a co nie. Roz­chwiał i roz­sz­cze­pił jego umysł, a od tego można było zwa­rio­wać. Iz po­trze­bo­wał więc cze­goś, co po­zo­sta­wa­ło stałe. Do czego mógł wró­cić. Wła­śnie dla­te­go w warsz­ta­cie Adama nic się nie zmie­nia­ło. Nie­zmien­ność była ko­niecz­na, aby po­now­nie ugrun­to­wać Iza w tej rze­czy­wi­sto­ści. Je­dy­nej, która miała sens. Żeby – nie­waż­ne co dzia­ło się za ścia­ną por­ta­lu i ile czasu tam mi­nę­ło, czy kilka go­dzin, czy kil­ka­set lat – Iz mógł wró­cić tam, gdzie jego miej­sce. Do Adama i tego świa­ta. Nie­zmien­nie po upły­wie sied­miu minut i sie­dem­dzie­się­ciu sied­miu se­kund. I jak takie okre­śle­nie czasu mogło wy­da­wać się dziw­ne, tak te trzy czer­wo­ne sió­dem­ki wi­docz­ne na zmo­dy­fi­ko­wa­nym ze­ga­rze dzia­ła­ły, jak ko­twi­ca dla pa­mię­ci Iza. Były stałe, po­wta­rzal­ne, nie­zmien­ne. Po­dob­nie jak cisza, która za­wsze wi­ta­ła go po po­wro­cie oraz za­pach po­traw­ki cze­ka­ją­cej na stole. Bo je­dy­ne co męż­czy­zna mógł przy­nieść z tam­tych świa­tów to po­twor­ny głód – cena przej­ścia.

Zrzu­ca­jąc kap­tur, Iz od­piął miecz z ple­ców i au­to­ma­tycz­nym ru­chem pod­su­nął go do bloku ma­gne­su, po­zwa­la­jąc mu po­chwy­cić ostrze. Roz­glą­da­jąc się wo­ko­ło, męż­czy­zna nie­pew­nie ru­szył w stro­nę stołu, pró­bu­jąc przy­po­mnieć sobie, gdzie jest. Wie­dzio­ny od­ru­chem usiadł na krze­śle, które zna­jo­mo za­skrzy­pia­ło pod jego cię­ża­rem. Za­czy­na­jąc łap­czy­wie jeść, Iz zu­peł­nie nie przej­mo­wał się zbyt go­rą­cym po­sił­kiem. Nie­ja­sno ko­ja­rzył, że wła­śnie taki po­wi­nien być: pa­rzą­cy i przy­ku­wa­ją­cy uwagę wszyst­kich zmy­słów. Ugrun­to­wu­ją­cy go tu i teraz, od­ry­wa­ją­cy od świa­ta za por­ta­lem. I z każdą ko­lej­ną łyżką po­traw­ki, ciało Iza wy­peł­nia­ło się cie­płem, dźwię­kiem i ży­ciem. Nie był już tylko celem i sku­pie­niem, ale na po­wrót sta­wał się sobą. Bo męż­czy­zna chciał wró­cić. Być Izem, od biedy Izra­ma­el­lem. By­le­by być tu i teraz.

A w mo­men­cie, gdy ostat­nia łyżka po­traw­ki wy­lą­do­wa­ła w żo­łąd­ku Iza, męż­czy­zna za­ko­twi­czył się w tej rze­czy­wi­sto­ści. Nadal jesz­cze nie­pew­nie, ale to minie. W końcu wszyst­ko sobie przy­po­mni. To, kim jest, co tu robi i kim jest męż­czy­zna na wózku in­wa­lidz­kim.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku? – za­py­tał Adam tro­skli­wie, wy­jeż­dża­jąc zza ścian­ki, która od­dzie­la­ła sy­pial­nię od głów­ne­go warsz­ta­tu.  Adam wie, czuje i sły­szy, że Iz jesz­cze cał­ko­wi­cie nie wró­cił. Nadal po­zo­sta­je ode­rwa­nym od rze­czy­wi­sto­ści ob­ser­wa­to­rem.

– Tak – od­po­wia­da Iz cicho. Od­kła­da łyżkę. Opie­ra się ple­ca­mi o opar­cie sta­re­go krze­sła. Wzdy­cha. Ob­ser­wu­je. Słu­cha.

Widzi jak… Adam. Tak. Adam mu się przy­glą­da. Chudy męż­czy­zna nie­dba­le za­kła­da długi blond ko­smyk za ucho, ale z mar­nym skut­kiem. Włosy po­zo­sta­ją w nie­ła­dzie, upior­nie pod­kre­śla­jąc bla­dość skóry męż­czy­zny. Ten sie­dzi mocno zgar­bio­ny, od­dy­cha­jąc z wy­raź­nym tru­dem. Dla­cze­go tak od­dy­cha? A tak, jest chory. Iz widzi każdą plam­kę, każdy cień na skó­rze. Nie­świa­do­mie wsłu­chu­je się w nie­rów­ny rytm ma­łe­go, scho­ro­wa­ne­go serca. Sły­szy roz­pa­da­ją­ce się tkan­ki, tak inne od jego wła­snych. On… Iz. Je­stem Iz”. Iz był… Nie… Ja je­stem czy­stą siłą –  Adam jest wra­kiem. On… „Skup się, skup. Je­steś Iz”. Umysł wiel­kie­go męż­czy­zny pra­cu­je coraz szyb­ciej. „Czy… Adam ostat­nio też tak źle wy­glą­dał?” Iz nie pa­mię­ta, ale zaraz wszyst­ko… wróci do Iza. Do mnie. Bo mimo do­świad­cze­nia bar­dzo trud­no jest po­zbie­rać myślitych nie­po­skła­da­nych.

– Długo tam byłeś? – py­ta­nie było ciche i za­da­ne swo­bod­nym tonem. Jed­nak w gło­sie Adama brzmia­ła tę­sk­no­ta, którą Iz do­brze znał i ro­zu­miał. Była stała, nie­zmien­na. „O! Teraz jest już do­brze. Wresz­cie” – ulga, jakby za­tka­ne wodą uszy nagle się od­blo­ko­wa­ły. W końcu Iz był sobą. Wró­cił.

Mimo to nie za­mie­rzał wda­wać się w szcze­gó­ły. Przy­tak­nął więc tylko w od­po­wie­dzi. Bo i po co było o tym mówić. Wszyst­ko po­szło zgod­nie z pla­nem, a on chciał jak naj­szyb­ciej za­po­mnieć. Świat za ścia­ną por­ta­lu mu­siał zgi­nąć. Tak po­win­no być. W prze­ciw­nym razie Iz zwa­rio­wał­by, pa­mię­ta­jąc je wszyst­kie. Pa­mię­ta­jąc każ­de­go sie­bie w nich. „Nie, to nie tak” – skar­cił się męż­czy­zna, ob­ser­wu­jąc Adama. Nie zwa­rio­wał­by. Zwy­czaj­nie nie chciał pa­mię­tać tego, jak ko­chał, nie­na­wi­dził i cier­piał. Chciał za­po­mnieć, czy dla tam­te­go świa­ta był bo­giem, czy ty­ra­nem, świę­tym czy dia­błem. Iz za­wsze był tym, czym mu­siał być, aby przy­wró­cić mu rów­no­wa­gę i nic nie mogło tego zmie­nić. A je­dy­ne, o czym mu­siał pa­mię­tać, to że świat za por­ta­lem nigdy nie był i nigdy nie bę­dzie jego świa­tem. Był praw­dzi­wy, ale nie dla Iza.

Jego świat był tu, gdzie sie­dział na skrzy­pią­cym krze­śle, wśród za­pa­chu elek­trycz­no­ści i mocy. Tu gdzie jadł po­traw­kę pod czuj­nym wzro­kiem Adama. Tu gdzie był Adam. I to wła­śnie dzię­ki wy­chu­dzo­ne­mu męż­czyź­nie świat za ścia­ną por­ta­lu w końcu cał­ko­wi­cie znik­nął z umy­słu Iza. Nie­mal. Bo uczu­cia po­zo­sta­ły, przez co męż­czy­zna nadal był nie­spo­koj­ny. Mu­siał się roz­ła­do­wać. Mu­siał się wyżyć. Mu­siał… się napić.

– Idę do baru – wes­tchnął cicho Iz, prze­cze­su­jąc dło­nią krót­kie­go iro­ke­za. – Przy­łą­czysz się? – za­py­tał, mimo że prze­cież znał od­po­wiedź. Ale i tak za każ­dym razem pytał, mając na­dzie­ję, że usły­szy co in­ne­go.

– Nie lubię ta­kich miejsc – wes­tchnął Adam, po­trzą­sa­jąc lekko głową. Ko­lej­ne blond ko­smy­ki wy­mknę­ły się spod roz­cią­gnię­tej gumki i opa­dły na bladą twarz, ale męż­czy­zna nie wy­glą­dał, jakby to za­uwa­żył.

– Nie. Nie lu­bisz, to ty stąd wy­cho­dzić. A po­wi­nie­neś – pod­kre­ślił Iz, uważ­nie go ob­ser­wu­jąc.

– Ta. – Smu­tek w gło­sie Adama był wręcz na­ma­cal­ny. Zu­peł­nie jak wózek, na któ­rym sie­dział.

I jak Iz za­wsze sta­rał się uni­kać pytań, czy stwier­dzeń, które wy­wo­ły­wa­ły­by ten smu­tek, tak cza­sem nie umiał się po­wstrzy­mać. Bo co by nie robił, za­wsze czuł, że krzyw­dzi Adama samą obec­no­ścią tutaj. Miał prze­cież wszyst­ko, czego ten nie mógł mieć. Za­miast jed­nak o tym my­śleć, wolał ce­le­bro­wać życie i cie­szyć się jego każ­dym aspek­tem. W jakiś po­krę­co­ny spo­sób wie­rzył nawet, że bawi się za nich obu. Że za nich obu kocha każdą chwi­lę, jaką mieli.

– To idę – mruk­nął Iz, ru­sza­jąc do wyj­ścia i nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

– Tylko nie prze­sa­dzaj – rzu­cił Adam w prze­strzeń tak cicho, że gdyby młody męż­czy­zna wy­szedł z po­ko­ju, to pew­nie już by go nie usły­szał. A tak ten za­trzy­mał się i ob­ra­ca­jąc w miej­scu, wy­krzy­wił wście­kle twarz.

– Co? – wark­nął, za­ci­ska­jąc pię­ści.

– Wiem, że chcesz od­re­ago­wać. Ale pro­szę cię, żebyś nie za­cho­wy­wał się… lek­ko­myśl­nie – wy­ja­śnił wy­chu­dzo­ny go­spo­darz, pa­trząc na Iza spo­koj­nie.

– Po tym wszyst­kim, co robię – męż­czy­zna wska­zał na por­tal wiel­ką dło­nią – za nas obu, nadal uwa­żasz, że je­stem nie­od­po­wie­dzial­ny?!

– Tego nie po­wie­dzia­łem – głos Adama po­zo­stał spo­koj­ny i nie­mal wy­pra­ny z emo­cji. Nie bał się Iza. On, jako je­dy­ny w tym czy innym świe­cie, nie mu­siał się go oba­wiać. – Wiesz, rów­nie do­brze jak ja, że po­tra­fisz być lek­ko­myśl­ny. Chcę tylko, żebyś za­cho­wał tro­chę re­zer­wy do tego świa­ta i ludzi w nim.

– Ta – par­sk­nął Iz, mo­men­tal­nie się uspo­ka­ja­jąc.

– Pro­szę cię o roz­wa­gę… także w tym świe­cie – do­pre­cy­zo­wał Adam, a na jego bla­dej twa­rzy po­ja­wił się słaby uśmiech.

– Wiem – przy­tak­nął męż­czy­zna. Na skó­rze czuł już chłod­ne leśne po­wie­trze, które po­ma­ga­ło mu się uspo­ko­ić i na­brać dy­stan­su. „W sumie nie tak głu­pio było go tu mieć” – po­my­ślał ze spo­ko­jem. Co jed­nak nie zmie­nia­ło faktu, że gdy tylko od­wró­cił się ple­ca­mi do Adama, po­ka­zał mu środ­ko­wy palec na po­że­gna­nie. – Tak, tak – je­stem dup­kiem. Wiem o tym – za­wo­łał, zni­ka­jąc mu z pola wi­dze­nia.

– Fakt. Je­stem dup­kiem – cichy głos Adama, bły­ska­wicz­nie znik­nął w gło­śnym śmie­chu Iza, od­bi­ja­ją­cym się od ścian. Zu­peł­nie jakby męż­czy­zna po­wie­dział coś śmiesz­ne­go, a nie po pro­stu praw­dę.

 

***

 

Iz pił. Al­ko­hol spły­wał mu do gar­dła nie­prze­rwa­nym stru­mie­niem, wśród gło­śnych okrzy­ków sta­łych by­wal­ców baru i dud­nią­cej mu­zy­ki. W wiel­kiej dłoni męż­czy­zny bu­tel­ka po­zo­sta­wa­ła sta­bil­na, mimo morza al­ko­ho­lu, które wypił wcze­śniej. A teraz do żo­łąd­ka tra­fi­ło mu ko­lej­ne czte­ry­sta pięć­dzie­siąt mi­li­li­trów whi­sky. Naraz. W ciągu kilku se­kund.

– No – wrza­snął Iz ro­ze­śmia­ny, ude­rza­jąc bu­tel­ką o bar. Szkło roz­pa­dło się w to­wa­rzy­stwie wrza­sków i śmie­chów, a także prze­kleństw. – Pła­cisz, Łow­czy! – za­żą­dał, wy­cią­ga­jąc rękę w stro­nę człon­ka gangu o de­bil­nej na­zwie.

Prze­cież oni w życiu nawet nie wi­dzie­li praw­dzi­wej zwie­rzy­ny, a po­lo­wa­nie na mie­szań­ców czy an­dro­idy się nie li­czy­ło. A może? Iz nie był pe­wien, ale i mało go to teraz ob­cho­dzi­ło. Nie, gdy z uśmie­chem na twa­rzy ob­ser­wo­wał prze­gra­ne­go. Spo­koj­nie cze­kał swoje na pie­nią­dze, które w to­wa­rzy­stwie prze­kleństw w końcu wy­lą­do­wa­ły na barze. Od­pro­wa­dza­jąc nie­szczę­śni­ka wzro­kiem, Iz zgar­nął kasę, zo­sta­wia­jąc jeden bank­not na la­dzie.

– Daj na­stęp­ną – za­śmiał się, ocie­ra­jąc usta.

– Nie wiem, jak ty to ro­bisz. – Bar­man po­krę­cił głową, sta­wia­jąc przed nim świe­żo otwar­tą whi­sky i szklan­kę.

– Mó­wi­łem ci. Żo­łą­dek ze stali. – Iz za­chwiał się de­li­kat­nie.

Sze­ro­ki uśmiech nie scho­dził mu z twa­rzy, gdy nie­dba­łym ru­chem od­su­wał szklan­kę. Ła­piąc bu­tel­kę za szyj­kę, od razu po­cią­gnął duży łyk al­ko­ho­lu. Roz­ko­szu­jąc się jego sma­kiem, nie my­ślał za dużo. Było mu po pro­stu do­brze i cie­szył się, że znowu wy­grał. Nie­czę­sto, bo­wiem zda­rza­ło się, że ktoś wy­zy­wał go na kon­kurs w piciu. Więk­szość sta­łych by­wal­ców baru do­brze wie­dzia­ła, że nie na­le­ży się z nim za­kła­dać. No, ale Łow­czy nie na­le­że­li do naj­by­strzej­szych ludzi na świe­cie.

Opie­ra­jąc się chwiej­nie o kon­tu­ar, Iz ro­zej­rzał się wo­ko­ło. W barze było dusz­no i gło­śno, a jego wła­sne myśli wy­pie­ra­ne były przez żar in­nych ludzi, ich śmiech, chęć do za­ba­wy oraz mu­zy­kę i al­ko­hol. Tego męż­czy­zna po­trze­bo­wał, tego chciał. Choć by­ło­by le­piej, gdyby zna­lazł sobie to­wa­rzy­stwo. I jak na za­wo­ła­nie, po­śród tłumu Iz wy­chwy­cił po­stać pięk­nej ko­bie­ty. Nie tra­cąc czasu, za­czął prze­py­chać się po­mię­dzy ludź­mi i już po chwi­li ob­ja­wił się przed nią, jak w jed­nym ze świa­tów przed… „Za­po­mnij” – skar­cił się, mało przy­tom­nie. „Je­steś sobą. Nie je­steś nimi wszyst­ki­mi”.

– No hej. – Iz po­sta­wił bu­tel­kę na sto­li­ku przed ko­bie­tą, uśmie­cha­jąc się sze­ro­ko.

To za­wsze dzia­ła­ło. W końcu Iz był przy­stoj­ny i wiel­ki – nie mu­siał się więc zbyt­nio sta­rać. Jemu prze­cież nikt nie od­ma­wiał, każdy był go cie­ka­wy. A gdy nie­zna­jo­ma za­śmia­ła się uro­czo, wie­dział już, że dziś nie za­śnie sam. Ko­bie­ta była cu­dow­na, ku­szą­ca, elek­try­zu­ją­ca, a jej oczy w ko­lo­rze pełni nie da­wa­ły mu spo­ko­ju. Dla­te­go nie py­ta­jąc o zgodę czy cho­ciaż­by imię, Iz chwy­cił ją za rękę i po­pro­wa­dził par­kiet. Tam za­czę­li tań­czyć, jakby nic in­ne­go nie ist­nia­ło. Tylko mu­zy­ka, Iz i nie­zna­jo­ma. Przy­tu­le­ni. On mówił, a ona słu­cha­ła wspar­ta na jego sil­nym ra­mie­niu. Roz­ma­rzo­ny i roz­luź­nio­ny Iz opo­wia­dał hi­sto­rie, a ko­bie­ta słu­cha­ła ich, uśmie­cha­jąc się cie­pło. Dzię­ki niej przy­po­mi­nał sobie, jak i za­po­mi­nał o wszyst­kim, co prze­żył. Był tu i tylko tu, a wszyst­ko inne było baj­ka­mi, w które nikt by mu nie uwie­rzył.

Tań­cząc, Iz przy­ci­skał ko­bie­tę do swo­je­go wiel­kie­go ciała, chcąc być bli­żej niej. De­spe­rac­ko wtu­lał się w jej szczu­płe, ale za­dzi­wia­ją­co mocne ciało, pra­gnąc cie­pła. Po­trze­bu­jąc go. Męż­czy­zna po­ru­szał się w rytm dud­nią­cej mu­zy­ki, którą nie tylko sły­szał, ale też czuł całym cia­łem. Jakby i ona była żywa. Dzię­ki temu Iz czuł się bar­dziej praw­dzi­wy. I nic wię­cej się nie li­czy­ło, nie ist­nia­ło. Żadne za­sa­dy, ogra­ni­cze­nia czy sens. Był tylko Iz. A to było wszyst­ko, czego po­trze­bo­wał. Więc, nawet je­że­li czy­ni­ło to z niego ego­istę, niech i tak bę­dzie. Bo i tak ze wszyst­kim sobie po­ra­dzi.

Był prze­cież wszyst­kim.

Był ide­al­ny.

Był.

 

***

 

Iz po­now­nie sta­nął przed me­ta­lo­wy­mi drzwia­mi, któ­rych po­wierzch­nię tak do­brze znał. Każdy nit czy za­dra­pa­nie, a także pół­ko­li­ste wgnie­ce­nie, które ostat­nio tu zo­sta­wił. Wi­dząc je, męż­czy­zna au­to­ma­tycz­nie po­czuł iry­ta­cję na myśl o tym, co miał zro­bić. Nie mając jed­nak wy­bo­ru, po­pra­wił ple­cak na ra­mie­niu i uniósł rękę, aby za­pu­kać. Wła­śnie wtedy roz­legł się dźwięk od­blo­ko­wy­wa­ne­go zamka, a drzwi otwo­rzy­ły się same. Przez pełną se­kun­dę Iz stał w bez­ru­chu, by w na­stęp­nej ze­rwać się z miej­sca i po­gnać przez za­gra­co­ne ko­ry­ta­rze. „Bę­dzie do­brze. Bę­dzie do­brze. Nic mu nie jest” – po­wta­rzał sobie, igno­ru­jąc dziw­ne uczu­cie, które to­wa­rzy­szy­ło dźwię­ko­wi za­my­ka­nych drzwi. Bo teraz, spraw­nie la­wi­ru­jąc mię­dzy drze­wa­mi, mo­dlił się tylko o cud.

A gdy on na­stą­pił w po­sta­ci Adama, na któ­re­go bla­dej i scho­ro­wa­nej twa­rzy po­ja­wi­ło się zdzi­wie­nie, wiel­ki męż­czy­zna gwał­tow­nie za­trzy­mał się w miej­scu.

– Co do cho­le­ry? – za­py­tał Iz, wska­zu­jąc mniej wię­cej w stro­nę drzwi wej­ścio­wych.

– Uzna­łem, że mia­łeś rację – od­parł spo­koj­nie Adam. Wi­dząc jed­nak nie­zro­zu­mie­nie na twa­rzy go­ścia, uśmiech­nął się de­li­kat­nie.

– Ty weź mnie tak nie strasz! – Nie było mu do śmie­chu. – Cho­le­ra – wark­nął cicho, ma­su­jąc sze­ro­ki kark. – Cho­le­ra – po­wtó­rzył.

Iz bał się o Adama. Za­wsze się o niego bał. Bo nie­waż­ne, jak nie­na­wi­dził tych jego pa­ra­no­icz­nych skłon­no­ści (po czę­ści uza­sad­nio­nych a po czę­ści nie), to za­wsze oba­wiał się o jego bez­pie­czeń­stwo. Obaj mieli wro­gów i to ta­kich, któ­rym nie po­do­ba­ło się to, co tu ro­bi­li. Że bawią się w bogów, w któ­rych dziś już nikt nie wie­rzył. Wro­gów, któ­rzy chcie­li im prze­rwać, ale na szczę­ście nie umie­li ich nawet zna­leźć. Poza tym ci nie mogli mieć pew­no­ści czy śmierć Adama co­kol­wiek zmie­ni. Iz wie­dział i za każ­dym razem, gdy pa­trzył na scho­ro­wa­ne­go to­wa­rzy­sza, ro­bi­ło mu się przy­kro. Bo wszyst­ko, co Adam robił, wy­czer­py­wa­ło go. A gdy on umrze, Iz zo­sta­nie sam. Po­twor­nie bał się tej chwi­li i tego, że nie bę­dzie wie­dział co zro­bić. W końcu nigdy nie był sam. Skry­cie ma­rzył więc, że Adam bę­dzie żył wiecz­nie. I jak wie­dział, że w pew­nym sen­sie tak wła­śnie bę­dzie, to nie po­cie­sza­ło go to.

– Je­steś go­to­wy? – spo­koj­ny głos Adama ugrun­to­wał mło­de­go męż­czy­znę w cza­sie i prze­strze­ni.

I pierw­szy raz Iz chciał od­po­wie­dzieć, że nie jest. Z po­wo­du, któ­re­go nie ro­zu­miał, nie chciał zo­sta­wiać Adama sa­me­go. Nie dziś, nie teraz. Wie­dział jed­nak, że taka od­po­wiedź nie wcho­dzi­ła w grę. Mieli ro­bo­tę i świat do wy­rów­na­nia, a męż­czy­zna wie­rzył, że tym razem nie spę­dzi tam kil­ku­set lat, pró­bu­jąc przy­wró­cić mu rów­no­wa­gę.

– Twoje żar­cie – mruk­nął Iz, rzu­ca­jąc ple­cak na stół. Coś w środ­ku za­chlu­po­ta­ło, a jedno z ja­błek wy­to­czy­ło się ze środ­ka i po­gna­ło ku kra­wę­dzi stołu, w ostat­niej chwi­li za­trzy­mu­jąc się na jego gra­ni­cy. Iz miał tylko na­dzie­ję, że cia­sto się nie uszko­dzi­ło, bo cho­ler­nie trud­no było je zdo­być. – W sumie to nie wiem, dla­cze­go ja ci przy­no­szę żar­cie. Po­ślij któ­re­goś z ro­bo­tów. – Dąsał się jak dziec­ko, w ten spo­sób ukry­wa­jąc, jak bar­dzo mu za­le­ży na Ada­mie. Obaj to wie­dzie­li.

Nic wię­cej nie do­da­jąc, Iz pod­szedł do wolno ob­ja­wia­ją­ce­go się por­ta­lu. Chwy­cił za miecz i jed­nym ru­chem przy­twier­dził go do ple­ców, przez co czer­wo­na kurt­ka za­skrzy­pia­ła cicho. Na­stęp­nie męż­czy­zna na­rzu­cił kap­tur i ostat­ni raz zer­ka­jąc na czer­wo­ne cyfry re­se­tu­ją­ce­go się wła­śnie ze­ga­ra, wszedł w por­tal.

 

***

 

Iz wy­szedł z por­ta­lu, a świat za nim za­mknął się bez­pow­rot­nie. Po­twor­ny głód do­mi­no­wał myśli oraz pra­gnie­nia męż­czy­zny. Dla­te­go szyb­ko zsu­wa­jąc czer­wo­ny kap­tur z głowy jedną ręką, drugą zdjął miecz z ple­ców i pod­su­nął go do bloku ma­gne­su. A gdy ten po­chwy­cił ostrze, Iz ru­szył do stołu, na któ­rym stała miska z po­traw­ką.

Jak wiele razy przed­tem, Iz usiadł na skrzy­pią­cym krze­śle.

Jak wiele razy przed­tem, za­czął me­cha­nicz­nie jeść.

Jak wiele razy przed­tem, sta­rał się za­po­mnieć.

A mimo to czuł, że coś się zmie­ni­ło. Nie wie­dział co, ale wra­że­nie się na­si­la­ło. Miał… Uczu­cie… Nie. Nie wiem. Nie umiał jesz­cze ufor­mo­wać tej myśli. Była cha­otycz­na i nie­ja­sna. Wszyst­ko z tego świa­ta mie­sza­ło się ze wszyst­kim z tego dru­gie­go. Iz miał wręcz wra­że­nie, że sły­szy szep­ty, głosy, wspo­mnie­nia. Jakby jego wła­sne ko­mór­ki nu­ci­ły o tym, co wie­dział, a czego nie mógł wie­dzieć. O tym, co było i jest, a czego nie ma. Iz nie ro­zu­miał jed­nak sensu tych… tam­tych… słów. Świat za por­ta­lem nadal był zbyt wy­raź­ny i prze­szka­dzał męż­czyź­nie w od­bie­ra­niu tego, w któ­rym się teraz znaj­do­wał. Mo­je­go świa­ta. „Jest mój” – przy­po­mi­nał sobie Iz, cią­gle roz­tar­gnio­ny. Ale nadal nie był sobą w tym świe­cie. Jesz­cze nie. Iz był wer­sją sa­me­go sie­bie z tam­te­go i tego świa­ta jed­no­cze­śnie. Był wszyst­ki­mi Izami i żad­nym.

Na szczę­ście, wraz z ko­lej­ny­mi po­chła­nia­ny­mi por­cja­mi po­traw­ki, zmy­sły męż­czy­zny za­czy­na­ły się wy­ostrzać, a umysł pra­co­wał coraz spraw­niej. Im więc peł­niej­szy był żo­łą­dek Iza, tym wię­cej myśli było jego wła­snych. Tego Iza w tym świe­cie. Tego, który coraz moc­niej czuł, że coś jest nie tak. Ale, rów­nież tego, który nie mógł prze­stać jeść –  prze­rwać ry­tu­ału, przy­wra­ca­ją­ce­go mu sta­bil­ność i sens. Wi­dział, czuł i sły­szał, tylko, że nie mógł za­re­ago­wać:

Widzi ślady kółek w war­stwie kurzu po­kry­wa­ją­ce­go pod­ło­gę. Ale bra­ku­je tych pro­wa­dzą­cych z kuch­ni do ja­dal­ni oraz tych do sy­pial­ni.

Czuje smak po­traw­ki. Ale nie jest to ten sam smak.

Sły­szy ciszę. Ale nie sły­szy w niej bicia serca Adama.

Wnio­sek: bra­ku­je śla­dów, bra­ku­je sensu, bra­ku­je Adama.

Drzwi… co mi nie pa­so­wa­ło z drzwia­mi?” – Iz stara się ugrun­to­wać, być tu i teraz. I udaje mu się do­pie­ro wtedy, gdy po­ły­ka ostat­nią por­cję po­traw­ki. Tej, która sma­ku­je zu­peł­nie ina­czej niż zwy­kle. Wtedy męż­czy­zna zrywa się z krze­sła, a me­ta­lo­wa miska i łyżka lą­du­ją z hu­kiem na pod­ło­dze. „Za długo się za­my­ka­ły” –  i Iz już wie, co w tym zna­jo­mym oto­cze­niu jest, a czego nie po­win­no być. Sły­szy bicie serca, które zna, ale dla któ­re­go nie było tu miej­sca. Tego, któ­re­go wła­ści­ciel­ka po­ja­wia się wła­śnie w polu wi­dze­nia męż­czy­zny.

– No hej – mru­czy cicho ko­bie­ta, a oczy w ko­lo­rze pełni ob­ser­wu­ją go uważ­nie.

Iz nie od­po­wia­da, nie za­mie­rza też dys­ku­to­wać. Wie już wszyst­ko. Teraz, gdy ugrun­to­wał się w tym świe­cie, czuje kurz, ener­gię i… krew. Mnó­stwo krwi. „Dziw­ne, wy­da­wa­ło mi się, że nie­wie­le w nim już jej po­zo­sta­ło” – po­my­ślał, zry­wa­jąc się z miej­sca. Jed­nak Izowi za­bra­kło kilku cen­ty­me­trów, aby chwy­cić miecz po­zo­sta­wio­ny przy por­ta­lu. Ko­bie­ta do­pa­dła do męż­czy­zny jed­nym sko­kiem, zmie­nia­jąc się w trak­cie lotu. Stawy pękły, twarz wy­dłu­ży­ła się, a skóra po­kry­ła się sier­ścią. Po­tęż­ne zę­bi­ska wil­ko­ła­ka bły­ska­wicz­nie za­ci­snę­ły się na pra­wym przed­ra­mie­niu Iza, chro­nią­ce­go nim twarz. Ma­te­riał czer­wo­nej kurt­ki oraz ludz­ka skóra i mię­śnie roz­dar­ły się, a krew try­snę­ła pro­sto do pyska be­stii.

Jed­nak, nie­spo­dzie­wa­nie dla wil­ko­ła­ka, jego zęby na­tra­fia­ją na prze­szko­dę nie do znisz­cze­nia. Taką, która nisz­czy wszyst­ko inne. Metal, który nie ist­niał w tym świe­cie, a z któ­re­go wy­ko­na­ny był szkie­let Iza. Zę­bi­ska be­stii pę­ka­ją na­tych­miast, gdy zde­rza­ją się z jego szarą po­wierzch­nią. Do­kład­nie w tym samym mo­men­cie, głowa wil­ko­ła­ka nagle od­dzie­la się od resz­ty jego ciała. Ciel­sko padła na zie­mię, a płyn po­dob­ny do krwi mie­sza się z ku­rzem na pod­ło­dze.

Iz widzi nie­zro­zu­mie­nie w ga­sną­cym spoj­rze­niu be­stii, któ­rej łeb nadal wisi mu na przed­ra­mie­niu. Nic nie mó­wiąc, męż­czy­zna jed­nym ru­chem roz­wie­ra szczę­ki wil­ko­ła­ka i po­zwa­la opaść gło­wie swo­bod­nie na zie­mię. Iz widzi, że to, co z po­zo­ru wy­glą­da­ło na czło­wie­ka, a potem wil­ko­ła­ka nie było ani jed­nym, ani dru­gim. W ciele mie­szań­ca do­strze­ga cha­rak­te­ry­stycz­ne wsz­cze­py oraz kom­po­zy­ty nie­me­ta­licz­ne, które umoż­li­wia­ły prze­mia­nę. Ale Iza nic to nie ob­cho­dzi. Wilk jest mar­twy.  Za­krwa­wio­ny miecz lą­du­je po­now­nie na swoim miej­scu, pro­wa­dzo­ny lewą ręką męż­czy­zny – rów­nie spraw­ną, jak ta prawa. Obu­ręcz­ność miała wiele zalet. Na­stęp­nie Iz od­ry­wa rękaw kurt­ki i przy­glą­da się swo­je­mu przed­ra­mie­niu. Ludz­kie mię­śnie, ścię­gna i skóra szyb­ko się na­pra­wia­ją, aż do mo­men­tu, gdy po ugry­zie­niu nie po­zo­sta­je żaden ślad. Jak za­wsze zresz­tą. Jed­nak to, co nadal tam było, to ból głę­bo­ko w sercu Iza. I to wła­śnie on osta­tecz­nie przy­kuł umysł męż­czy­zny do tego świa­ta. Wró­cił.

„Zo­sta­łem sam” – po­my­ślał Iz i nie pa­trząc na zwło­ki u swo­ich stóp, ru­szył w stro­nę kuch­ni, do­brze wie­dząc, co tam za­sta­nie. A mimo to, gdy na bla­cie ku­chen­nym, mię­dzy róż­ny­mi czę­ścia­mi ciała, wnętrz­no­ścia­mi i okrwa­wio­nym garn­kiem z po­traw­ką, zo­ba­czył głowę Adama, gar­dło ści­snę­ło mu się bo­le­śnie. Włosy wy­chu­dzo­ne­go męż­czy­zny zle­pio­ne były krwią, a si­nia­ki i rany po­kry­wa­ły nie­mal każdy frag­ment jego twa­rzy. Tej, która miała teraz wię­cej ko­lo­ru niż za życia. Jed­nak to spo­kój ma­lu­ją­cy się na niej, naj­sil­niej przy­ku­wał uwagę Iza. Męż­czy­zna zo­ba­czył go wy­raź­nie, gdy ujął głowę Adama w dło­nie. Iz trzy­mał ją tak, jakby była jego naj­więk­szym skar­bem. Bo i w pew­nym sen­sie wła­śnie tak było. A prze­cież za­wsze wie­dział, że Adam kie­dyś umrze. Obaj byli na to przy­go­to­wa­ni, a mimo to po­twor­ny żal, ból i sprze­ciw ko­tło­wa­ły się w Izie, for­mu­jąc się w łzy. Męż­czy­zna po­zwa­lał im jed­nak pły­nąć swo­bod­nie, nie wsty­dząc się ich. W końcu każdy czuł­by to samo, gdyby przy­tu­lał do ciała swoja wła­sną, zma­sa­kro­wa­ną głowę.

Bo Iz był Ada­mem. Był wszyst­kim tym, czym on nie mógł być, a czym chciał: sil­niej­szym, spraw­niej­szym, in­te­li­gent­niej­szym bytem. Ten zle­pek ko­mó­rek, któ­rym ob­le­czo­ny był nie­znisz­czal­ny me­ta­lo­wy szkie­let Iza, po­cho­dził od Adama, pra­gną­ce­go lep­sze­go życia dla sie­bie i in­nych. Stwo­rzył go, a ra­czej stwo­rzył sa­me­go sie­bie takim, jakim od po­cząt­ku po­wi­nien być. Któ­rym byłby, gdyby nie spon­ta­nicz­na i przy­pad­ko­wa mu­ta­cja, która po­ja­wia­ła się w nie­wła­ści­wym miej­scu i cza­sie. Jed­nak Adam to wszyst­ko na­pra­wił.  Tak, jak to robił każdy Adam, setki razy przed­tem, w każ­dym z po­przed­nich żyć i świa­tów. Cią­gle się udo­sko­na­la­jąc. Każdy lep­szy od po­przed­niej wer­sji… z nie­licz­ny­mi wy­jąt­ka­mi. A prze­cież już teraz Iz był nie­mal ide­al­ny – bo nie­śmier­tel­ny. Mu­siał tylko bar­dziej uwa­żać na nie­zna­jo­mych.

Po­nie­waż teraz, gdy to Iz stał się pod­sta­wo­wym Ada­mem, jego obo­wiąz­kiem było stwo­rze­nie sa­me­go sie­bie na nowo. Bo ich za­wsze mu­sia­ło być dwóch. Prio­ry­te­tem było więc wy­ko­na­nie kopii za­pa­so­wej, która nie tylko zwięk­sza­ła szan­se prze­trwa­nia, ale i wska­zy­wa­ła drogę po­wrot­ną do wła­ści­we­go świa­ta. Już nawet nie mó­wiąc o tym, że wy­ko­ny­wa­nie wszyst­kich misji także za Adama, było po pro­stu wy­czer­pu­ją­ce dla Iza.

„We dwóch bę­dzie ła­twiej” – po­my­ślał, wzdy­cha­jąc cięż­ko. Wolno pod­niósł głowę Adama i zło­żył ostat­ni po­ca­łu­nek na za­krwa­wio­nym czole swo­je­go słab­sze­go ja. Na­stęp­nie odło­żył ją na blat i wy­szedł z po­ko­ju.

 

***

 

Wpa­trzo­ny w lekko fa­lu­ją­cą po­wierzch­nię por­ta­lu, Iz po raz ko­lej­ny za­sta­na­wiał się, czy ni­cze­go nie za­po­mniał. Sta­ra­jąc się sku­pić i uspo­ko­ić, kal­ku­lo­wał i pla­no­wał po­dróż. Aż w końcu, cią­gle nie­pew­ny celu, męż­czy­zna chwy­cił za rę­ko­jeść mie­cza. Ostrze bły­ska­wicz­nie zsyn­chro­ni­zo­wa­ło się z jego me­ta­lo­wym szkie­le­tem i ko­mór­ka­mi Adama, wy­łą­cza­jąc ma­gnes. Po raz ostat­ni wspo­mi­na­jąc swoje życie tu, Iz…

wszedł w por­tal

za­mach­nął się mie­czem

wszedł w por­tal

za­mach­nął się mie­czem

wszedł w por­tal

za­mach­nął się mie­czem

O, ten się nada” – po­my­ślał Adam.

Koniec

Komentarze

ninedin – witam i dziękuję za przeczytanie :)

Nie ociągając się, ubrał dżinsowe spodnie, – w co ubrał te spodnie? 

 

Nie łapię wymieszania czasów narracji, nawet jeśli było to celowe, to ja tego celu nie dostrzegam. 

 

Przyznaję, że opowieści nie rozpoznaję. Albo tak pozamieniałaś i zamotałaś, że nie potrafię dostrzec i rozpoznać oryginału, albo akurat tej baśni nie znam. Dobrze, że nie jetem w jury ;) 

Opowiadanie napisane na tyle wciągająco, że poza wymienionymi powyżej, żadne większe usterki mi się w oczy nie rzuciły. Osobną kwestią jest to, że przy lekturze tez mocno trzymała mnie ciekawość, kim są Adam i Iz i o co tu chodzi. Ciekawość ta jednak nie do końca została w moim przypadku zaspokojona, bo pozostało tu więcej tajemnic i pytań, niż odpowiedzi.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

śniąca

Dzięki za przeczytanie i oczywiście szkoda, że się średnio podobało.

Nie łapię wymieszania czasów narracji, nawet jeśli było to celowe, to ja tego celu nie dostrzegam. 

Rozumiem :) Tak przypuszczałam, że czytelnicy będą mogli mieć z tym problem (zwrócono mi na to uwagę w becie). Zabieg jednak był celowy: pojawia się on zaraz po wyjściu Iza z portalu i znika, gdy mężczyzna ugruntowuje się w tym świecie. Taki zabieg miał pokazać oderwanie Iza od rzeczywistości i sprawić, że czytelnik także poczuje to oderwanie, wyrwanie z opowieści i zagubienie.

Przyznaję, że opowieści nie rozpoznaję. Albo tak pozamieniałaś i zamotałaś, że nie potrafię dostrzec i rozpoznać oryginału, albo akurat tej baśni nie znam.

Baśń jest dobrze znana, tylko pomieszałam kilka jej wersji i strwożyłam dla bohatera nowy świat. SPOILER <To Czerwony kapturek. Niektóre, charakterystyczne dla opowieści elementy są wyróżnione w tekście (jak np. czerwona kurtka, scena przy drzwiach, las w warsztacie Adama, konkurs picia z Łowczym, oczy w kolorze pełni, plecak z jedzeniem dla ‘babci” czy wilkołak), podczas gdy inne ukryte. Zamysł był jasny: wziąć czerwonego kapturka i pokazać, że ma ważne zadanie do wykonania (uratować świat + zanieść koszyk do babci), przedstawić jego lekkomyślność (rozmowa z wilkiem/wilkołakiem i wskazanie drogi do domku babci) + motyw pożarcia (kapturek zjada babcię, to jest właśnie ten element wzięty ze starszej wersji baśni) oraz wyciągnięta z tego nauka (nie gadać z nieznajomymi). > koniec spoilera.

Osobną kwestią jest to, że przy lekturze tez mocno trzymała mnie ciekawość, kim są Adam i Iz i o co tu chodzi. Ciekawość ta jednak nie do końca została w moim przypadku zaspokojona, bo pozostało tu więcej tajemnic i pytań, niż odpowiedzi.

Skupiłam się na Izie i tym jak on podchodzi do swojej pracy, jak ją przeżywa. Ale w tekście jest kilka uwag na temat tego, czym się zajmują i o co im chodzi. I tak: imię Adam miało nawiązywać do motywu tworzenia Ewy, ale był to raczej taki easter egg.

Edit: easter egg – w sensie, że Adam nie należy do baśni, ale może się kojarzyć właśnie z tworzeniem Ewy. Co jest podstawowym zadaniem każdego z Adamów.

 

Tak czy inaczej dzięki za przeczytanie i komentarz :)

Aaa, czyli jednak. Ta baśń przyszła mi na myśl początkowo, ale potem ją porzuciłam, bo to ratowanie światów sprowadziło mnie na manowce. 

Jednym słowem powinnam jednak bardziej ufać własnej intuicji ;) 

No to muszę powiedzieć, skoro już mam pewność do czego się odnoszę, że nieźle wymyśliłaś.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Aaa, czyli jednak. Ta baśń przyszła mi na myśl początkowo, ale potem ją porzuciłam, bo to ratowanie światów sprowadziło mnie na manowce. […] Jednym słowem powinnam jednak bardziej ufać własnej intuicji ;) 

Intuicja wiele daje! W tekście, co jakiś czas przypominałam o baśni (w czym pomogły mi uwagi bety), mając nadzieję, że mimo wszystko się ona nie zatrze w tym – jakby nie patrzeć – zupełnie innym świecie. A co do ratowania światów – to tylko praca 'kapturka'. Zakładam, że w oryginale dziewczynka też coś robiła: sadziła kwiatki, chodziła do szkoły czy rysowała. Ale Iz jest starszy i ma już pracę!

No to muszę powiedzieć, skoro już mam pewność do czego się odnoszę, że nieźle wymyśliłaś.

Czyli jednak nie jest aż tak źle, jak myślałam ;)

Daleko odeszłaś od oryginalnej baśni. Zostawiłaś sporo elementów, ale bardzo mocno je przeinaczyłaś.

Mam wrażenie, że coś jest nie do końca tak z konstrukcją. Dość długo miałam wrażenie, że to ciągle wprowadzenie i czekałam, aż zaczniesz opisywać, co Iz robił za portalem.

Też myślę o tej bajce, więc czytanie Twojego tekstu było ciekawym doświadczeniem. :-)

Mieli wrogów i to takich, którym nie podobało się to, co tu robili. Że bawili się w bogów, w których dziś już nikt nie wierzył. Chcieli im przerwać, ale na szczęście nie umieli ich nawet znaleźć.

Kto jest podmiotem we wszystkich zdaniach i dlaczego Adam z Izem?

Babska logika rządzi!

Finkla dzięki za przeczytanie i klika :)

 

Czytając zasady konkursu, skupiłam się na tym fragmencie, który mówił, że można wszystko. Należy tylko wykorzystać wystarczająco dużo elementów, aby baśni była rozpoznawalna oraz zachować cechy charakteru postaci. Nigdy wcześniej nie pisałam re-tellingu, więc całkiem możliwe, że nie zrozumiałam czegoś bardzo oczywistego. Natomiast od razu spodobała mi się wizja, wykorzystania znanych elementów baśni i opowiedzenia historii czerwonego kapturka na nowo. Właśnie tak powstał Iz, który odwiedza Adama w warsztacie, jest na tyle lekkomyślny, by zdradzić wilkołakowi drogę do niego, co w konsekwencji doprowadza do śmierci Adama i nieświadomego zjedzenia go przez Iza. Schemat baśni zostaje zachowany ;) ale wszystko inne zmieniłam.

Edit: A i zmieniłam też zakończenie – kapturek zabija wilka.

Mam wrażenie, że coś jest nie do końca tak z konstrukcją. Dość długo miałam wrażenie, że to ciągle wprowadzenie i czekałam, aż zaczniesz opisywać, co Iz robił za portalem.

Nigdy nie chciałam tego zdradzać, bo i nie to jest podstawą tej opowieści. To tylko jego praca i Iz wykonuje ją bez zbędnego gadania, ale z pełnym poświęceniem. Zakładam, że w oryginale dziewczynka chodziła do szkoły – Iz jest po prostu starszy.

Natomiast dla tych, którzy chcieliby się dowiedzieć czegoś o portalu i co mężczyzna tam robi, zamieściłam w tekście kilka wskazówek (niestety, zamiłowanie do kryminałów odcisnęło na mnie swoje piętno). Ważne jest jednak to, że całość pisana jest z punktu widzenia Iza. A on chce jak najszybciej zapomnieć o tym, co się tam działo i co przeżył. Nie wydawało mi się więc logiczne, że będzie chciał o tym rozmawiać z kimkolwiek, czy nawet o tym myśleć (co by czytelnik ze szczegółami dowiedział się o tym, co tam robi). Dlatego mało co jest napisane wprost.

Kto jest podmiotem we wszystkich zdaniach i dlaczego Adam z Izem?

Oni obaj, choć są to przemyślenia Iza na temat zagrożenia związanego z pracą, którą wykonują. Chyba że czegoś nie zrozumiałam w pytaniu… co jest całkiem możliwe.

 

Nie twierdzę, że dalekie odejście jest złe. Zaczynam się obawiać, że to, co sama planuję, będzie zbyt delikatne. ;-)

Nie wiem, czy Czerwony Kapturek chodziła do szkoły. Szkoła przyjmująca dziewczyny to chyba dość nowy wynalazek. Szkoła powszechna, przyjmująca każdego dzieciaka ze wsi pod lasem też.

A to zdanie:

Chcieli im przerwać, ale na szczęście nie umieli ich nawet znaleźć.

Czy to też o Adamie i Izie?

Babska logika rządzi!

Ok, rozumiem ;)

“Chcieli im przerwać, ale na szczęście nie umieli ich nawet znaleźć.”

Czy to też o Adamie i Izie?

A już rozumiem. Faktycznie, tak powinno być lepiej:

“Mieli wrogów i to takich, którym nie podobało się to, co tu robili. Że oni dwaj bawią się w bogów, w których dziś już nikt nie wierzył. Takich wrogów, którzy chcieli im przerwać, ale na szczęście nie umieli ich nawet znaleźć”

Lepiej, chociaż nadal trochę zgrzytliwie brzmi.

Babska logika rządzi!

Zgadzam się, jeszcze to przemyśle :)

Edit: przemyślałam i poprawiłam.

Ciekawy pomysł na tę historię, ale nie wiem, czy zakończenie mnie przekonuje. W sensie najpierw robisz ostre zboczenie w stronę horroru gore z tą sceną w kuchni, a potem ten nawrót do głębokiej więzi między bohaterami, mimo tego co zaszło (nie chcę tu spojlerować). Chyba przejście między klimatami troszkę za szybkie jak na mój gust, ale to są już kwestie uznaniowe.  

Z drugiej strony kupił mnie ten cyberpunkowy setting, kreacja bohatera i nie do końca łopatologiczne podanie motywów łączących historię z oryginałem. Ta historia ma naprawdę wiele punktów dobrego retellingu.

oidrin

Dzięki za przeczytanie i cieszę się, że produkt skusił ;)

Ciekawy pomysł na tę historię, ale nie wiem, czy zakończenie mnie przekonuje. W sensie najpierw robisz ostre zboczenie w stronę horroru gore z tą sceną w kuchni, a potem ten nawrót do głębokiej więzi między bohaterami, mimo tego co zaszło (nie chcę tu spojlerować). Chyba przejście między klimatami troszkę za szybkie jak na mój gust, ale to są już kwestie uznaniowe.  

W jednej z wersji wilk karmi kapturka babcią i stąd się to wzięło. Ale co do samego przejścia i jego tempa: wiem, że to nie każdemu może pod pasować. Jednak jeżeli spojrzymy na to, jaki jest Iz i Adam oraz co robią, wszystko staje się bardziej logiczne. W tekście możemy znaleźć kilka odniesień do ich relacji, ale chyba najlepiej tłumaczą to te dwa:

A gdy on umrze, Iz zostanie sam. Potwornie bał się tej chwili i tego, że nie będzie wiedział co zrobić. W końcu nigdy nie był sam. Skrycie marzył więc, że Adam będzie żył wiecznie. I jak wiedział, że w pewnym sensie tak właśnie będzie, to nie pocieszało go to.

A przecież zawsze wiedział, że mężczyzna kiedyś umrze. Był na to przygotowany, a jednak potworny żal, ból i sprzeciw kotłowały się w nim, formując się w łzy. Iz pozwolił im płynąć swobodnie, nie wstydząc się ich. W końcu każdy czułby to samo, gdyby przytulał do ciała swoja własną, zmasakrowaną głowę.

Iz był na to przygotowany, a ta scena żalu była jedynie… odruchem. Zaraz powraca skupienie i cel. Iz ma zadanie i nie ma co się rozczulać, skoro Adam dalej żyje. Każdy z Adamów przeżył śmierć swojego poprzednika, więc jest to stały element ich życia. Dlatego od horroru, szybciutko przechodzimy do żalu a chwilę później do skupienia i zadania.

 

Hm, chyba po prostu brakło mi czegoś, co by łączyło oba wątki, może nawet zdania czy wyrażenia w ostatnim akapicie. Ale to są sprawy subiektywne, reszta naprawdę mniam jakkolwiek byłoby to z mojej strony niesmaczne smiley

Całkowicie rozumiem – nie ma co walczyć z subiektywnymi odczuciami. No, ale zawsze warto, pokazać to od swojej strony i liczyć, że zachowałam logikę i sens.

[…] reszta naprawdę mniam jakkolwiek byłoby to z mojej strony niesmaczne 

E tam, od razu niesmaczne. To jest bardzo… subiektywne ;)

Aha, jeszcze jedno: jeśli Adam i Iz mają być sąsiednimi ogniwami, to trochę dużo ich różni.

Babska logika rządzi!

Hm, to nie do końca tak. Izowi bliżej do klona niż sąsiedniego ogniwa. Adam (ten i każdy poprzedni) nosili ten sam zestaw cech: genotyp, fenotyp i to coś nieokreślonego podobnego do duszy i pamięci poprzednich wersji (to czego nie da się wymazać, nie ważne jak zmieni się genotyp i namiesza się w nim; przynajmniej tak było u nich – zakładam, że genetycy by zmiażdżyli mnie logiką i wiedzą). Tak, czy inaczej w tekście rozrzucone są drobne elementy, które wskazują na pewne podobieństwo mężczyzn (ale jakoś z tym nie przesadzałam): jasne włosy, niezwykle jasne oczy i kilka dziwnych zdań, gdy ci ze sobą rozmawiają, np.

– Tak, tak – jestem dupkiem. Wiem o tym – zawołał Iz, znikając mu z pola widzenia.

– Fakt. Jestem dupkiem – cichy głos Adama, błyskawicznie zniknął w głośnym śmiechu Iza, odbijającym się od ścian. Zupełnie jakby mężczyzna powiedział coś śmiesznego, a nie po prostu prawdę.

Tylko że u tego konkretnego Adama coś się popsuło:

[…] Ten zlepek komórek, którym obleczony był niezniszczalny metalowy szkielet Iza, pochodził od Adama, pragnącego lepszego życia dla siebie i innych. Stworzył go, a raczej stworzył samego siebie takim, jakim od początku powinien być. Którym byłby, gdyby nie spontaniczna i przypadkowa mutacja, która pojawiała się w niewłaściwym miejscu i czasie. Jednak Adam to wszystko naprawił. Tak, jak to robił setki razy przedtem, w każdym z poprzednich żyć i światów. Ciągle się udoskonalając. Zawsze lepszy od poprzedniej wersji.

Adam był więc wybrakowany. Jednak, jako że ich głównym celem było doskonalenie się, postanowił to naprawić. Wziął swoje komórki, usunął błąd i odtworzył siebie (takiego, jaki powinien być) tworząc Iza. Więc gdy ten się ’urodził’ (już jako dorosły), był taki, jak Adam powinien być. Stąd pisałam o drobnych elementach, które dzielą – jak kolor włosów i oczu (rozważałam, czy nie dodać czegoś np. że są tego samego wzrostu, ale przy wózku inwalidzkim trochę nie miałoby tu sensu). Wiadomo jednak, że Adam jest chory. Siłą rzeczy więc nie może być taki jak Iz, nie przy tej wadzie genetycznej. Ale też odkąd Iz został stworzony, nie był już tylko Adamem. Wyjściowo mieli takie same cechy, ale mężczyzna nabierał własnych cech, poprzez to, czego doświadczał.

Edit: mogłam dodać coś w stylu, że gdy Iz patrzy w twarz Adama widzi własne odbicie (albo coś o lustrze), ale uznałam, że to by było za dużo ;)

No, ale masz takie coś:

Zawsze lepszy od poprzedniej wersji.

To jaki był poprzednik Adama? ;-)

Babska logika rządzi!

Bo to jest ogólna zasada – każdy Adam ma być lepszy.

Edit: od tego momentu wchodzi opowieść o wszystkich Adamach (i wersjach): “[…] Tak, jak to robił setki razy przedtem, w każdym z poprzednich żyć i światów. Ciągle się udoskonalając”.

A mutacja była jakiś koszmarnym przypadkiem. Zakładam, że poprzedniemu Adamowi musiało być bardzo głupio z tego powodu ;) W Izie ten Adam, którego poznajemy wykluczył mutację i już było ok. Chyba, że znowu gdzieś nie wyłapałam błędu w zdaniu.

Edit2: ok, rozumiem – chodzi o podmiot. Przejrzę tekst i spróbuje to poprawić ;)

 

> będą spoilery <

 

Podobała mi się cyberpunkowość i taka zwichrowana wersja kapturka! Sposób przedstawienia baśni w sam raz, po kolorze szybko się domyśliłam, o co chodzi, ale równocześnie nic nie raziło jaskrawą oczywistością. I jeszcze to “tylko wilka tu brakuje”, jako trailer późniejszych wydarzeń – fajnie! :) 

Budowanie nastroju też dobre, jest napięcie. Klimat ciekawy, najbardziej zadziałał mi na wyobraźnię opis warsztatu Adama. 

 

Sam Iz mnie irytuje od samego początku (siłka, picie, fascynacja motorem, bycie idealnym – nie siadły mi) i potem ciężko było to zmienić, ale to jest ok, powiedzmy sobie szczerze, nie wszyscy bohaterowie są po to, żeby ich lubić. 

A, i nie pytajcie dlaczego, ale widzę go totalnie jako He-Mana. Blond, potężny, napięte mięśnie, byczy miecz… do tego jeszcze Adam :D #napotęgęposępnegoczerepu

 

Fabularnie mam niedosyt, przede wszystkim z tym, że nie wiem co się dzieje po drugiej stronie portalu. Rozumiem Twój zamysł, ale tak brakuje mi tu czegoś. Idzie i idzie, czekam i czekam, pospinany ten Iz cały, ja z nim no i… potrawka! O, akcja, znowu wchodzi, może teraz kuknę z nim za portal i… nope, znowu potrawka! :D 

(btw – uziemianie się w tej a nie tamtej rzeczywistości jest imo dobrym pomysłem) 

 

Miałam też wrażenie trochę nierównej proporcji między scenami ważnymi (zakończenie, walka), a drugorzędnymi (siłownia, motor, bar). Przez to zbudowane napięcie nie zostaje rozładowane, trochę robisz mi smaka na coś, a potem zostaję na głodzie. 

Najbardziej w odbiorze przeszkadzały mi te rzeczy, o których pisze Finkla, nie będę się powtarzać. Albo stylistycznie coś nie pykło, albo zgubił się podmiot/logika, przez co czasami było niejasne o kogo lub o co chodzi. 

 

Dla przykładu mam opis walki, kwestia miecza:

 

Iz wychodzi z portalu:

Szybko zsuwając czerwony kaptur, mężczyzna zdjął miecz z pleców i podsunął go do bloku magnesu, pozwalając, aby ten pochwycił ostrze.

Ok, czyli Iz poszedł do potrawki, a miecz na magnesie. Wszystko gra. Pojawia się wilkołak, tłuką się i mamy taki fragment: 

 

Zabrakło mu jednak kilku centymetrów, by chwycić miecz. 

 

Dobra, czyli bije się bez miecza, po czym:

 

 Zakrwawiony miecz ląduje ponownie na swoim miejscu, prowadzony lewą ręką mężczyzny – równie sprawną, jak ta prawa. 

I tu miałam takie… ale jak to?

 

Domyślam się, że Iz zdążył chwycić po miecz w między czasie, gdy wilkołak się naciął na jego szkieletor (wybacz, musiałam :D). Przykład drobny, po prostu w scenie akcji takie szczegóły – wg mnie – powinny być podane jaśniej, bo dyktują tempo i pokazują krok po kroku co się dzieje. W szybkim ciach-mach-szast-prast nie mam czasu na zastanawianie się co, gdzie leży i kto za co chwyta. 

 

Dziękuję za opowiadanie, Twoją pracę i uwagę, kurtyna :) 

 

 

 

 

Koimeoda

Witaj! Na samym początku: dzięki za przeczytanie i opinię.

Sam Iz mnie irytuje od samego początku (siłka, picie, fascynacja motorem, bycie idealnym – nie siadły mi) i potem ciężko było to zmienić, ale to jest ok, powiedzmy sobie szczerze, nie wszyscy bohaterowie są po to, żeby ich lubić. 

Nie do końca o irytacje mi chodziło, ale rozumiem, skąd mogło się to wziąć. Mój zamysł był prosty – stworzyć typowego, przerysowanego, zapatrzonego w siebie kolesia, na lśniącej maszynie, który uważa że jest idealny. A później pozwolić czytelnikowi zobaczyć, dlaczego taki jest, dlaczego zachowuje się tak, a nie inaczej (że ciąży na nim spora odpowiedzialność i jest to jego sposób spuszczenia pary, a przy okazji jest trochę naiwny). Ale czy czytelnik zmieni o nim zdanie, czy go zrozumie – to już inna sprawa ;)

A, i nie pytajcie dlaczego, ale widzę go totalnie jako He-Mana. Blond, potężny, napięte mięśnie, byczy miecz… do tego jeszcze Adam :D #napotęgęposępnegoczerepu

Hlip, ale za co… To znaczy uwielbiałam kreskówkę, ale postaci nie znosiłam. Jakoś tak wolałam inne.

Fabularnie mam niedosyt…

Wiem, rozumiem i akceptuję… natomiast wszystko było zamierzone, więc i byłam przygotowana na takie komentarze :)

EDIT: Bo tu nie tyle chodzi o to, co on tam robi, a co przeżywa w związku z tym i jak to na niego wpływa.

 

Najbardziej w odbiorze przeszkadzały mi te rzeczy, o których pisze Finkla, nie będę się powtarzać. Albo stylistycznie coś nie pykło, albo zgubił się podmiot/logika, przez co czasami było niejasne o kogo lub o co chodzi. 

Tu zaczynam rozumieć, o co chodzi – za bardzo czasem popłynę i wydaje mi się, że kontekst wystarczy, by to nadrobić. Aczkolwiek niektóre z tych zabiegów były zamierzone (inne nie koniecznie). Ale akurat w przytaczanym przez ciebie fragmencie…

 Zakrwawiony miecz ląduje ponownie na swoim miejscu, prowadzony lewą ręką mężczyzny – równie sprawną, jak ta prawa.

I tu miałam takie… ale jak to?

…jest to celowe. Czytelnik ma być zaskoczony tym, co się właśnie stało – podobnie jak wilkołak ;) Bo i przecież wcześniej pisałam, że Iz jest praworęczny (dlatego też zwróciłam uwagę, że zasłania się prawą ręką). A tu nagle mamy: “…prowadzony lewą ręką mężczyzny – równie sprawną, jak ta prawa”. Wiem, że może być to dziwne, ale lubię takie dziwactwa (choć nie wszystkim one pasują). Tu sobie na to pozwoliłam, bo Iz jest znacznie starszy, niż wygląda (o czym wspominałam w tekście). A wg mnie taka osoba mogła nabrać dużo doświadczenia w posługiwaniu się mieczem, niezależnie od ręki. Oczywiście mogłam po prostu napisać, że ma ukryte ostrze, ale taki rodzaj zaskoczenia lubię powodować ;) Choć czasem się po prostu mylę (i czegoś nie dopiszę). Przejrzę tekst jeszcze raz i może wyłapie tego typu buble.

 

Dziękuję za odpowiedź!

Wybacz tego He-mana, po prostu nie mogłam się pozbyć tego skojarzenia. Opinia jak opinia, zawsze subiektywna :D 

 

Reszta – kwestia miecza, czy te skróty fabularne – jak to tłumaczysz, to rozumiem o co Ci chodziło i ma to sens. Po prostu w trakcie czytania parę razy zabrakło mi takiej jasności. 

 

 

Wybacz tego He-mana, po prostu nie mogłam się pozbyć tego skojarzenia. Opinia jak opinia, zawsze subiektywna :D 

Nie wybaczę! ;) bo teraz co myślę o Izie, to widzę go w tandetnej różowej koszuli… Aaa moje oczy… Spokojnie, zaraz to wymarzę z pamięci.

Reszta – kwestia miecza, czy te skróty fabularne – jak to tłumaczysz, to rozumiem o co Ci chodziło i ma to sens. Po prostu w trakcie czytania parę razy zabrakło mi takiej jasności. 

Jasne, rozumiem. Może kiedyś uda mi się tak napisać tekst, że czytelnik po prostu spojrzy na wszystko tak, jak ja bym chciała i żadne tłumaczenia nie będą potrzebne. Choć wątpię, aby to było w pełni możliwe (i nie chodzi tylko, że podmiot mi się gdzieś pod dywanem chowa), ale po prostu każdy ma swoje doświadczenia i przyzwyczajenia. Ja lubię dać się zaskoczyć, uwielbiam kryminały, gdzie małe okruszki doprowadzają do rozwiązania. I nawet jeżeli nie uda mi się rozwikłać zagadki, to przynajmniej mam satysfakcję, jeżeli kilka rzeczy wyłapałam.

Ciekawy pomysł z tym zadaniem Iza, by zaprowadzać równowagę we wszechświatach i tym, że to tak naprawdę Adam go stworzył. Parę rzeczy jednak mi się nie podobało, więc napiszę o nich najpierw, by na koniec wstawić do komentarza kilka jednorożców :)

Po pierwsze, widać po tekście dopiero rozwijający się warsztat, jeszcze nie do końca sprawny. Jest wiele nienaturalnych zdań, kulawych i niezbyt dopracowanych. Radziłabym tu czytać swoje teksty po kilka razy i zastanawiać się, czy zdania naprawdę są ładne, czy też wymagają szlifu. 

Po drugie,

Nie był już wściekły, a co najwyżej lekko poirytowany.

zasada show don’t tell. Czyli pokazuj to, co czuje bohater, a nie opisuj. 

Po trzecie, miałam wrażenie, że zbyt dużo w tekście jest powtarzania o tym “tu i teraz”, tego, jak bohater próbuje sam siebie przekonywać i stara się zapominać o tym, co robił w innych wszechświatach. To oczywiście tylko moje zdanie, może chciałaś wprowadzić czytelnika bardziej do głowy bohatera i to się tu udało, ale potem poczułam się przytłoczona, a jego przekonywanie się i odpychanie wspomnień odbierałam już jako obsesję.

Po czwarte, odniesienia do bajki odebrałam jako dość pretekstowe, nie wyłapałam z tekstu tego, co wyjaśniłaś w odpowiedzi na komentarz Śniącej, a fabuła wydała mi się trochę nieproporcjonalna i rozmyta. Początek zdawał się dłużyć, pełno było opisów myśli bohatera i jego postaci, a jakakolwiek akcja miała miejsce dopiero w dwóch ostatnich scenach. 

I tu pojawia się pierwszy jednorożec, bo akcja w tych ostatnich scenach podobała mi się. Opisałaś to z dreszczykiem i pomysłowo, wywołałaś niepokój i zaciekawienie. Finał pozostawił nieco niedopowiedzeń, co ja osobiście lubię. Końcówka dramatyczna, opowiadanie się kończy a wraz z nim kończy się coś w życiu bohatera. Super!

Drugi jednorożec to ładna zabawa ze sposobem narracji i opisu przy tym, jak bohater wraca obcego świata. Ta zabawa oczywiście wymaga jeszcze szlifu, dokładniejszego przemyślenia, niemniej jednak udało ci się w tych miejscach idealnie połączyć formę z treścią. Gdy bohater był zagubiony i jeszcze “nie wrócił”, to tekst był niejasny i rozmyty, porozrywany, a potem nagle bach! Powrót do rzeczywistości i tekst w tym samym momencie robi się “normalny”.

Trzeci jednorożec, którego już przedstawiłam na początku, to pomysł na bohaterów. Bardzo ciekawie ich skonstruowałaś i widać, że mocno się skoncentrowałaś właśnie na ich osobach, a przede wszystkim osobie głównego bohatera. Ciekawy zwrot akcji z tym, że Iz to tak naprawdę Adam. Bohaterowie są tym, co bardzo mocno trzyma to opowiadanie i moim zdaniem zasługuje ono na bibliotecznego klika.

Sonata

Dzięki za przeczytanie i rozbudowany komentarz :)

Wiem, że nie każdemu wszystko się spodoba i jest to naturalne. A, jako że lubię dyskutować… to po kolei:

Po pierwsze, widać po tekście dopiero rozwijający się warsztat, jeszcze nie do końca sprawny.

Pracuję nad tym nieustannie :) Każde opowiadanie jest trochę inaczej napisane, ale zawsze staram się pisać, tak by dopasować trochę styl do opowieści. Zwykle np. nie mieszam tak czasów, ale tu miało to swoje uzasadnienie (i nawet jeżeli jest nierówno, to fajnie jest trochę poeksperymentować). Co do warsztatu: to chyba do końca życia człowiek zawsze będzie próbował coś poprawić i ulepszyć… jak Adam samego siebie ;) To, co pisze teraz, za dwa lata uznam za sztywne i zbyt proste, więc po prostu trzeba nad tym pracować.

Edit: choć nie mogę się zupełnie zgodzić, że zdania są nienaturalne czy niezbyt dopracowane. Jasne – na pewno jest wiele potknięć (jak np. brak podmiotu, po części zamierzony, po części nie), ale styl tekstu wynika w tym wypadku ze stylu opowieści. Zgadzam się jednak, że zawsze warto popracować nad tekstem.

Po drugie, […] zasada show don’t tell. Czyli pokazuj to, co czuje bohater, a nie opisuj. 

Znam tę zasadę, ale czasem z pełną premedytacją ją łamię. Tu robiłam to ze względu na charakter opowieści i samego bohatera (szczególnie gdy wychodzi z portalu).

Po trzecie, miałam wrażenie, że zbyt dużo w tekście jest powtarzania o tym “tu i teraz”, tego, jak bohater próbuje sam siebie przekonywać i stara się zapominać o tym, co robił w innych wszechświatach. To oczywiście tylko moje zdanie, może chciałaś wprowadzić czytelnika bardziej do głowy bohatera i to się tu udało, ale potem poczułam się przytłoczona, a jego przekonywanie się i odpychanie wspomnień odbierałam już jako obsesję.

Jak zauważyłaś, jednym z głównych założeń opowieści było postawienie czytelnika w sytuacji Iza. A on obsesyjnie stara się pozbyć tych myśli, mimo że nie do końca może. I czytelnik ma poczuć ten ciężar, ból, przytłoczenie, niemożliwość wyjścia z tej sytuacji. Tak jak Iz nie widzi, ale on musi to robić. Gdzieś pod koniec opowieści jest nawet napisane, że we dwóch będzie łatwiej – co ma zakomunikować czytelnikowi, że Iz wykonywał także wszystkie misje za Adama, co dodatkowo go wyczerpywało i nie pozwalało odpocząć. Było tego zwyczajnie za dużo. A to:

ale potem poczułam się przytłoczona, a jego przekonywanie się i odpychanie wspomnień odbierałam już jako obsesję.

…jest efekt, na który po cichu liczyłam. Wiem, że nie do końca miły (może też nie do końca o to ci chodziło, pisząc to) – ale Iz (jak zauważyłaś) jest na granicy obsesji i wyczerpania. I robi wszystko by odreagować – stąd jego zachowanie.

Edit:jak bohater próbuje sam siebie przekonywać i stara się zapominać o tym, co robił w innych wszechświatach” bo on próbuje to robić, w kółko i ciągle, ale coraz gorzej mu to wychodzi, coraz trudniej mu stamtąd wrócić. Dopisuje edit, bo nie wiem, czy dość dobrze to wytłumaczyłam :)

Po czwarte, odniesienia do bajki odebrałam jako dość pretekstowe, nie wyłapałam z tekstu tego, co wyjaśniłaś w odpowiedzi na komentarz Śniącej, …

Spodziewałam się, że wymieszanie różnych wersji baśni może zaciemnić obraz. Utrudni przywołanie tej baśni z pamięci. Ale, jako że i tak stworzyłam bohaterowi nowy świat i historię, to uznałam, że jest to poświęcenie na jakie jestem gotowa ;) Choć raczej nie nazwałam bym tego pretekstowym, bo schemat baśni został zachowany (z wyjątkiem zakończenia, gdzie to sam ‘kapturek’ zabija wilka; no i przemycenia trochę elementów ze stworzenia Ewy).

a fabuła wydała mi się trochę nieproporcjonalna i rozmyta. Początek zdawał się dłużyć, pełno było opisów myśli bohatera i jego postaci, a jakakolwiek akcja miała miejsce dopiero w dwóch ostatnich scenach. 

Rozumiem :) W moim mniemaniu ciekawsze właśnie były myśli bohatera, to kim jest i jak się zachowuje, a akcja zaszła na drugi plan (była tłem, wytłumaczeniem dlaczego Iz się tak zachowuje). A sama walka z wilkołakiem była “koniecznością”, aby zakończyć opowieść. Z tego samego powodu nie opisałam dokładnie świata za portalem – choć byłam pewna, że wielu osobom będzie to przeszkadzało. Bardziej chodziło mi o pokazanie człowieka i jego przeżyć.

 

A co do jednorożców:

1. Cieszę się, że chociaż końcówka się podobała ;)

2. Zależało mi, aby odciąć Iza od rzeczywistości i zrobić to samo z czytelnikiem. Niech też się pomęczy i zobaczy, jak to jest!

3. Sam Iz (więc i także Adam siłą rzeczy) był dla mnie najważniejszy – nie światy, które ratuje, nie portale itp. Tylko to, kim jest, jaki jest i jak radzi sobie z tym, co musi zrobić i jak to na niego wpływa. Tak, by (miejmy nadzieje) czytelnik zauważył, że nie jest tylko zwykły mięśniak, a kto poświęca całego siebie temu, co robi. Bardziej może nawet niż powinien.

Bohaterowie są tym, co bardzo mocno trzyma to opowiadanie i moim zdaniem zasługuje ono na bibliotecznego klika.

Jeszcze raz dzięki za opinie i polecenie do biblio.

Jak zauważyłaś, jednym z głównych założeń opowieści było postawienie czytelnika w sytuacji Iza. A on obsesyjnie stara się pozbyć tych myśli, mimo że nie do końca może. I czytelnik ma poczuć ten ciężar, ból, przytłoczenie, niemożliwość wyjścia z tej sytuacji.

Ale nie takie przytłoczenie ja poczułam (tzn. to też, ale chodziło mi o coś innego). Czułam się w pewnym momencie przytłoczona tekstem, a nie sytuacją bohatera i zmęczona, a chyba nie o to Ci chodziło :) Co za dużo, to niezdrowo. Ludzie czytają dla przyjemności, a nie żeby się męczyć :)

Rozumiem :) W moim mniemaniu ciekawsze właśnie były myśli bohatera, to kim jest i jak się zachowuje, a akcja zaszła na drugi plan (była tłem, wytłumaczeniem dlaczego Iz się tak zachowuje).

Z tym to trzeba uważać. Czytelnicy jednak oczekują po opowiadaniu jakiejś akcji, moim zdaniem nie powinno się jej spychać do roli tła. Jakby czytelnik chciał poczytać o samych cechach i myślach jakiejś osoby, sięgnąłby po podręcznik psychologiczny. 

Sam Iz (więc i także Adam siłą rzeczy) był dla mnie najważniejszy – nie światy, które ratuje, nie portale itp.

Dla Ciebie był – ale czy dla innych? Wszak nie piszesz tylko dla siebie, ale do ludzi. Ja też kiedyś dodałam tu opowiadanie, w którym wyniosłam na piedestał najważniejsze dla mnie elementy, a resztę sprowadziłam do roli tła bądź wypełniłam kliszami. Efekt był marny, czego dowiedziałam się z komentarzy, także mam nauczkę i jestem teraz na takie rzeczy wyczulona.

Co za dużo, to niezdrowo. Ludzie czytają dla przyjemności, a nie żeby się męczyć :)

Nie, no jasne nie chcę z tym przesadzać :)

Z tym to trzeba uważać. Czytelnicy jednak oczekują po opowiadaniu jakiejś akcji, moim zdaniem nie powinno się jej spychać do roli tła.

Też się zgadzam, choć ja często właśnie tak piszę – skupiając się na psychologii postaci a świat jest tłem. Choć faktycznie przydałoby się zachować w tym wszystkim równowagę… choć serduszko ciągnie w stronę psychologii.

Jakby czytelnik chciał poczytać o samych cechach i myślach jakiejś osoby, sięgnąłby po podręcznik psychologiczny. 

Z drugiej strony podręcznik do psychologii, w którym byłby prezentowany świat cyberpanka… czytałabym! Miny studentów, byłyby zapewne bezcenne ;)

 

Sam Iz (więc i także Adam siłą rzeczy) był dla mnie najważniejszy – nie światy, które ratuje, nie portale itp.

Dla Ciebie był – ale czy dla innych? Wszak nie piszesz tylko dla siebie, ale do ludzi.

Ale może tym podobnym do mnie się spodoba? ;)

A tak poważnie, to rozumiem, co próbujesz mi przekazać. Przy czym to też nie jest tak, że tu nie ma historii. Akcja, i owszem, przez… ¾ teksu jest dość spokojna, ale jednak jest. Historia toczy się z wolna, leniwie wręcz, tak aby na krótką chwilę gwałtownie przyspieszyć pod koniec i znowu się uspokoić. Wiem, że może to stwarzać problemy z balansem, jednak czasem historia sama chce płynąć – i kim jestem, żeby jej przeszkadzać. Niemniej jednak rozumiem uwagę i będę ją miała w pamięci na przyszłość – bo nie można przeginać w żadną stronę :)

taki update – kliknęłam, bo lubię ten cyberpunkowy klimat i rozgryzłam wreszcie jak to działa laugh

oidrin zauważyłam i dzięki ci za zgłoszenie do biblioteki. Cieszę się, że klimat się spodobał – dużo to dla mnie znaczy, bo to mój pierwszy cyberpunk!

Zgrałam Twojego opka z wieloma innymi na czytnik i nawet nie wiedziałam, że czytam opko konkursiwe. Zorientowałam się dopiero kiedy tu teraz zajrzałam i za chńskiego boga nie mogłam skojarzyć bajki.

Trochę problemów stylistyczno-gramatycznych widziałam w tekście, momentami nie wiedziałam kogo dotyczy jakieś zdanie. Przy zaległościach jakie mam, łapanki nie dam rady zrobić.

Generalnie mi się podobało. Fajny pomysł na bohatera prostującego różne światy. Podobał mi się rytuał powrotu, czyli micha z potrawką i początkowe zagubienie Iza, które mijało z każdą łychą rzeczonej potrawki :) Podoba mi się splątanie obu mężczyzn. Iz jest tym, kim Adam chciałby być i jednocześnie tworem Adama, ale kiedy Adam umiera to Iz tworzy go od nowa i znowu takiego, który chciałby być jak Iz. Gdzieś się między nimi dwoma zaciera granica.

 

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

W pierwszej kolejności – dzięki za przeczytanie ;) W drugiej: robię potężny wdech i już wyjaśniam…

Zgrałam Twojego opka z wieloma innymi na czytnik i nawet nie wiedziałam, że czytam opko konkursiwe. Zorientowałam się dopiero kiedy tu teraz zajrzałam i za chńskiego boga nie mogłam skojarzyć bajki.

Zakładam, że po prostu źle zrozumiałam założenia konkursu. Wydawało mi się, że mamy się nią inspirować, zachować z niej pewne – istotne – elementy, ale reszta jest dowolna – się znaczy, klasyczne „róbta, co chceta”. Czyli bardziej „twórstwo” niż „odtwórstwo”.

Trochę problemów stylistyczno-gramatycznych widziałam w tekście, momentami nie wiedziałam kogo dotyczy jakieś zdanie. Przy zaległościach jakie mam, łapanki nie dam rady zrobić.

Wiem, staram się i starać się będę bardziej. Po prostu mam straszną awersję do ciągłego powtarzania imion bohaterów lub używania zamienników. Wolę więc już czegoś nie dopisać niż dać tego za dużo. I niestety czasami wychodzi, jak wychodzi. Zwyczajnie mam nadzieje, że czytelnik wyłapie z kontekstu – (choć pewnie nie bardzo daję mu na to szansę), ale jak np. bohater jest sam i gada do siebie, to nie chce co chwile pisać „Iz to”, „Iz tamto”.

Generalnie mi się podobało.

Uf, czyli jednak nie jest aż tak źle ;) Hmm często to powtarzam przy tym opowiadaniu – coś musi być na rzeczy.

Fajny pomysł na bohatera prostującego różne światy. Podobał mi się rytuał powrotu, czyli micha z potrawką i początkowe zagubienie Iza, które mijało z każdą łychą rzeczonej potrawki :) Podoba mi się splątanie obu mężczyzn. Iz jest tym, kim Adam chciałby być i jednocześnie tworem Adama, ale kiedy Adam umiera to Iz tworzy go od nowa i znowu takiego, który chciałby być jak Iz. Gdzieś się między nimi dwoma zaciera granica.

Zależało mi na pewnym rodzaju pętli (oraz pokazać oderwanie bohatera i to jak męczy się z powrotem). I owszem obaj mężczyźni są osobnymi bytami, ale są kolejnymi klonami pierwszego Adama. Mają ten sam zestaw cech + te, które wynikają z doświadczenia kolejnych Adamów (takie i = n+1). Teoretycznie więc granica między nimi jest bardzo cienka i dość umowna. Choć tu ją bardziej widać, bo ten Adam jest wadliwy. Gdyby nie był, może Iz nie szalałby aż tak bardzo (a tak musi odreagować stres).

Jeszcze raz dzięki za poświęcony czas :)

 

Za czterema górami i rzeką wyschniętą, żył sobie CM, kreatura paskudna, co nad portalowymi tekstami krążył i zrzędził, ile się dało.

Jak na czarny charakter przystało, litości i pochwał nie znał on wcale, a że bohaterem był nowoczesnym, nie na miotle przyleciał, lecz na odkurzaczu.

Zerknął on sobie na bajkę siódemkową, rozciągnął się, jęknął, kark rozmasował. Później powiada zaś tak:

Przydługie to to, skrócić by można. I odbiegło jak diabli od oryginału. Zresztą cyberpunku to ja wcale nie lubię, a za wulgaryzmy na stos bym wysyłał. Gdzieś tam mignęła lekka siękoza, krzta zdań niezgrabnych, “niecelny przecinek”.

A wymarudziwszy się wreszcie do syta, odkurzacz chwycił i odleciał w nieznane.

Jako że był CM gnomem wstrętnym nie wspomniał, rzecz jasna, ani jednym słowem, że interpretacja odważna, a przez to ciekawa. A niechby i nawet przesadzona w brawurze, to i oryginał poznać wcale łatwo, a zresztą to problem jury.

Nie wspomniał również o ciekawej koncepcji, która się z owej interpretacji wyłania. Że bajek ów to i wciągnąć potrafi, bo relacja bohaterów i konstrukcja ich intryguje. Że i pomysł na portal jest wartością dodaną, bo jako retelling bajki wnosi sporo świeżości. I wreszcie motyw wilka mógłby pochwalić, bo i miesza w historii i jej grozy dodaje, a końcówkę jakby ciekawszą uczynił.

Mógłby pochwalić, lecz tego nie zrobi, albowiem gnomem jest wrednym i podłym. A że w podłości swej nie zna granic, to jeszcze o klika był się upomniał. Oczywiście na złość Użytkownikom.

Tyle.

Pozdrowił i poszedł.

P.S. Jakby coś w tym moim niekonwencjonalnym komentarzu było niejasne to najwyżej będę dopowiadał i wyjaśniał. ;)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Dzięki za odwiedziny :) i wybacz, że był to lot nad kukułczym gniazdem (skojarzenia z filmem absolutnie przypadkowe).

 

A więc: komentarz napisany fajnie, tak żeby nie urazić, niedobić, ale zwrócić uwagę na rzeczy, które kolą w gnomowe oko. Ale serduszko i tak kuje… a nie moment to drucik z… Nieważne :) Co więcej, jako że pod tym opowiadaniem nie robię nic innego, jak się tłumaczę, to i znowu sobie na to pozwolę!

Przydługie to to, skrócić by można.[…] Gdzieś tam mignęła lekka siękoza, krzta zdań niezgrabnych, “niecelny przecinek”.

Co do wad technicznych, to autor świadom wad i zad w warsztacie. Jednym słowem… no może dwoma… czterema (!): jest nad czym pracować. I jak większość uwag zrozumiałych jest: do tej pory (w różnych tekstach) było już – za dużo zaimków, powtórzenia, ogonki a teraz jeszcze brak podmiotu (choć czasem specjalnie, tak w większości… jednak nie bardzo), tak niektóre uwagi pozostają niezrozumiałe. Ale autor godzi się także i z tym.

[…] I odbiegło jak diabli od oryginału.

Co do retellingu – no cóż, tak to jest, jak czegoś się nie zrozumie. I np. na konkurs horroru wyśle się dramat, który horrorem może być, ale z zupełnie innych przyczyn. Nie wiedza, nie wiedzą – tłumaczenia na bok, tylko jakoś do głowy autorowi nie przyszło, że to ma być 1:1 (ew 1:1,5) odtworzenie przebiegu oryginalnej bajki, tylko coś tam pozmieniać np. czas albo realia. I żeby nie było: zasady jasno i klarownie napisane były, tylko autor coś pomieszał. Dlatego też z chęcią poczyta on inne opowiadania i może czegoś się nauczy, zrozumie…

Jako że był CM gnomem wstrętnym nie wspomniał, rzecz jasna, ani jednym słowem, że interpretacja odważna, a przez to ciekawa. A niechby i nawet przesadzona w brawurze, to i oryginał poznać wcale łatwo, a zresztą to problem jury. […] Że i pomysł na portal jest wartością dodaną, bo jako retelling bajki wnosi sporo świeżości.

Fajnie być:

a) „odważną” – brzmi to, jak żywcem wyjęte z sesji rpg: „Idę pierwsza, przecież w tym lochu nie może być już więcej pułapek”. – Tom III cz. 1, z serii „Ostatnie słowa”;

b) „powiewem” – bo to sugeruje tymczasowość… Eh, żeby mnie tylko przeciąg nie wymiótł za okno…

[…] a za wulgaryzmy na stos bym wysyłał.

Zwykle leżą pod stołem i na kartkę się nie cisną, ale tu było dla nich idealne miejsce i czas. Poza tym to Iz przeklina nie autor, więc niech on się tłumaczy i zbiera bęcki. (Przypis autora: Iz nie wygląda, jakby było mu przykro).

Jednocześnie autor oświadcza, że wulgaryzmy zostały użyte dobrowolnie, z pełną świadomością popełnianego czynu. Przed publikacją autor skonsultował się z lekarzem oraz farmaceutą i… nic mu to nie dało.

Mógłby pochwalić, lecz tego nie zrobi […]

Więc i autor nie odpowie, a wszelkie nie pochwały skitra w pudełeczku, coby w ciężkich chwilach na nie paczać.

A za wniosek o klika podziękować, nawet jakby na złość komuś miałby on być ;) A co tam! Nie będę sama tak siedzieć i cierpieć… Może lepiej postoję?

zasady jasno i klarownie napisane były, tylko autor coś pomieszał.

A może wcale niekoniecznie. ;-)

Może to tylko myśmy ponarzucali jakieś zbyt sztywne ramy. Ja nie do końca wiem, jak dokładnie rozumieć retelling i gdzie właściwe są jego granice, więc nie wykluczam, że to wcale nie jest żaden błąd tak daleka reinterpretacja. Paradoksalnie, może właśnie zapunktujesz tym, że mocniej odbiegłaś od samej historii, bo będzie się na tym tle wyróżniać. Więc tutaj na razie byłbym daleki od wyciągania poważniejszych wniosków. My tylko piszemy to, co widzimy (i co w sumie Ty pewnie dobrze wiesz, bo informacja, że tekst odbiega od oryginału zapewne Cię nie zaskakuje).

Ale serduszko i tak kuje…

Niepotrzebnie. ;-)

Krytyka, po pierwszym bólu, staje się Twoim narzędziem do rozwoju. ;)

A tutaj wcale nie była zbyt mocna. Kilka drobiazgów i tyle. Pozytywów więcej.

jako że pod tym opowiadaniem nie robię nic innego, jak się tłumaczę

Ile razy ja to przerabiałem u siebie. :D

niektóre uwagi pozostają niezrozumiałe

Niezrozumiałe bo niejasne (nie pokazano na przykładach) czy zwyczajnie się z nimi nie zgadzasz? Bo jak to drugie to w gruncie rzeczy nic złego, nie można na wszystko tylko kiwać głową.

Daruj, że odpowiedzi nie po kolei. Przyjmijmy, że to taka forma inwencji komentarzowej.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

zasady jasno i klarownie napisane były, tylko autor coś pomieszał.

A może wcale niekoniecznie. ;-)

Wiesz, ja uważam, że wydarzania z oryginalnej baśni odwzorowałam (wymieniałam je nawet w którymś komentarzu), podobnie jak pewne charakterystyczne cechy postaci… tylko zrobiłam troszkę niestandardowo, tak nie do końca dosłownie. Z drugiej strony szanowna jurorka wkleiła obrazek ze stworzeniem Ewy, więc zakładam, że dobrze nie jest ;)

Zgadzam się jednak, że:

-daleko odbiegłam od oryginału, ale… ale… to muza mi kazała. Jak ja mogłam odmówić, gdy mnie to babsko ciągnęło w swoją stronę i do tego miało pączki!

-ze standardowym podejściem mam problem i nie mówię tylko o tym opowiadaniu. Ale nie mówię też, że to źle. Zawsze uważałam, że jest to bardziej zaleta niż wada (co więcej w pracy mi się to sprawdza). Choć przyznam, że gdy czytam komentarze mam delikatne déjà vu. I nie chodzi o ich treść, a raczej o sens.

-troszkę ciężko jest od razu poznać baśń. Dlatego też (m.in. na etapie bety) dodałam w całym tekście więcej żarówek, aby stale przypominać czytelnikowi o pierwowzorze. Chyba średnio pomogło :)

 

Ale serduszko i tak kuje…

Niepotrzebnie. ;-) Krytyka, po pierwszym bólu, staje się Twoim narzędziem do rozwoju. ;) A tutaj wcale nie była zbyt mocna. Kilka drobiazgów i tyle. Pozytywów więcej.

Nie no wiem, przerabiałam to nie raz. Ale pisanie jest dla mnie bardzo osobistą rzeczą i to zawsze trochę kuje – nieważne jak mała czy duża byłaby ta krytyka. Taka moja natura, że się za bardzo przejmuję. Ale zawsze staram się zrozumieć, co ktoś chce mi powiedzieć i na spokojnie to przetrawiam. Wtedy mogę napisać, z czym się zgadzam a z czym nie – na spokojnie :)

 

niektóre uwagi pozostają niezrozumiałe

Niezrozumiałe bo niejasne (nie pokazano na przykładach) czy zwyczajnie się z nimi nie zgadzasz? Bo jak to drugie to w gruncie rzeczy nic złego, nie można na wszystko tylko kiwać głową.

¾ to pierwsze, reszta to drugie.

Zaczynając od drugiego (A co, zaszaleję! Na pohybel chronologii!): czasem wiem, że przyjęty przeze mnie w konkretnym opowiadaniu „styl” może razić. Czasem robię coś specjalnie i nie zawsze każdemu to podpasuje. I to rozumiem – nie wszystko musi się wszystkim podobać.

Natomiast co do pierwszego: to zdarza się, że ktoś pokaże mi błędy na przykładach. I jest to bezdyskusyjnie bardzo pomocne. Wiem jednak, że jest to czaso– i pracochłonne, więc nie oczekuję takiej pomocy (choć zawsze to miło). Staram się być samowystarczalna (choć www.ortograf.pl to mój najlepszy przyjaciel). Jednak nawet z taką pomocą, na pewne rzeczy nic nie poradzę i błędy będą się pojawiały, nieważne ile na to poświęcę czasu (dyplomowany dyslektyk nisko się kłania).

Jednak nie do końca o takie błędy mi chodzi. Za przykład podam to, na co zwróciła mi uwagę Finkla – czyli, że czasem ucieka mi podmiot, oraz Irka_Luz, że momentami nie wiedziała, kogo dotyczy jakieś zdanie. I to chyba ta sama uwaga – ale, nie wiem, czy chodzi o to, że w zdaniu w ogóle nie jest napisane, kogo dotyczy opis (bo np. wg mnie wynika to z kontekstu), czy o to, że tak się nie powinno robić, czy o coś zupełnie innego. Nie wiem np. czy w tym fragmencie poniżej występuje ten problem, czy nie: „Iz zadawał ciosy znacznie szybciej, niż przeciwnik mógł je sparować. Wielkie mięśnie napinały się, a pot lśnił na opalonej skórze” – no bo tu z kontekstu wynika, że są to mięśnie Iza, a nie kogoś innego. Ale może tak się nie powinno robić. Albo w ogóle nie o to dziewczynom chodziło.

EDIT: ok, to tutaj już rozumiem, w czym był problem. Dziękuje Finklo :)

 

Uf, wybacz przydługi komentarz – ale taka natura gaduły ;)

No, przecież podałam przykład zbiegłego podmiotu.

Spróbujmy na wymyślonym przykładzie:

Piotruś siedział w domu. Deszcz padał i padał, jakby nigdy nie zamierzał przestać. Chciał pobawić się klockami, ale pudło stało na najwyższej półce.

Kiedy mamy podmiot domyślny (jak w ostatnim zdaniu), to powinien on odsyłać do ostatniego pasującego gramatycznie podmiotu. W tym przypadku można odnieść wrażenie, że to deszcz chciał się bawić klockami. Oczywiście, można zgadnąć, że chodzi o Piotrusia, ale czytelnik nie jest od zgadywania. Ma sunąć przez lekturę gładziutko i się nie potykać.

Babska logika rządzi!

No, przecież podałam przykład zbiegłego podmiotu.

Nie, no oczywiście – wtedy to zrozumiałam i poprawiłam :) Tylko, że tam to zobaczyłam, ale nie do końca chyba pojęłam o co chodzi.

Spróbujmy na wymyślonym przykładzie: Piotruś siedział w domu. Deszcz padał i padał, jakby nigdy nie zamierzał przestać. Chciał pobawić się klockami, ale pudło stało na najwyższej półce.

Czyli, jeżeli dobrze rozumiem, nie powinno być:

„Iz zadawał ciosy znacznie szybciej, niż przeciwnik mógł je sparować. Wielkie mięśnie napinały się, a pot lśnił na opalonej skórze” – bo sugeruje, że to mięśnie przeciwnika się napinają?

„Iz zadawał ciosy znacznie szybciej, niż przeciwnik mógł je sparować. Jego wielkie mięśnie napinały się, a pot lśnił na opalonej skórze” – j.w.

I to też, nie bardzo: “Iz zadawał ciosy znacznie szybciej, niż przeciwnik mógł je sparować. Wielkie mięśnie mężczyzny napinały się, a pot lśnił na opalonej skórze” – bo to może odnosić się do obu mężczyzn?

Edit: Czy akurat tutaj to wielkiego znaczenia nie ma?

 

Przy mięśniach faktycznie jest dwuznacznie, ale nie dotyczy to podmiotu (podmioty są jasne: Iz, przeciwnik, mięśnie, pot). Mam wrażenie, że “jego” pogarsza sprawę, bo zaimek odsyła do ostatniego pasującego gramatycznie rzeczownika – w tym przypadku do przeciwnika. Ja bym tu poszukała jakiegoś synonimu do Iza. Mężczyzna odpada. Agresor, napastnik, napadnięty? Nie pamiętam, o co im tam poszło.

Albo jakoś inaczej sformułować zdanie, żeby zmienić rodzaj przeciwnikowi:

Iz zadawał ciosy tak szybko, że obrona przeciwnika nie nadążała.

Iz zadawał ciosy znacznie szybciej, niż dało się je sparować.

Iz zadawał ciosy tak szybko, że nikt nie mógłby ich sparować…

A tak po prawdzie – czy to ma znaczenie? Skoro się tłukli, to mięśnie obydwu pracowały, wszystko jedno, jak to sobie czytelnik wyobrazi.

Babska logika rządzi!

Albo jakoś inaczej sformułować zdanie, żeby zmienić rodzaj przeciwnikowi:

Iz zadawał ciosy znacznie szybciej, niż dało się je sparować.

W końcu też o tym pomyślałam – żeby trochę zmienić to zdanie (i to faktycznie jest dobre). Jednak jest też tak, jak piszesz, że w tym wypadku nie jest to aż tak istotne, bo może dotyczyć ich obu. Po prostu na bazie przykładu szukam takiego rozwiązania, żeby zrozumieć ogólną zasadę i sprawnie (w miarę) z niej korzystać w przyszłości. A ten przykład, który wcześniej podałaś na pewno bardzo zapadnie mi w pamięć! Bardzo dziękuję :) Przejrzę tekst jeszcze raz i postaram się na to zwrócić uwagę.

(Ta piosenka jakoś bardzo mi pasuje do tekstu: Living legend Club danger)

Kiedy otworzyłam dzisiaj to opko, w tle leciała mi DOKŁADNIE TA PIOSENKA. Uznaję to za przeznaczenie!

– Żeby cię lepiej widzieć wnusiu – rozlega się odpowiedź, po której zapada wyczekująca dalszej części hasła cisza.

Hm, do tej pory wszystko było w czasie przeszłym, a teraz nagle skaczemy w teraźniejszy?

Czując rosnącą irytację, zamknął oczy i pomasował nasadę nosa, przez co mięśnie napięły się, a żyły na czole uwydatniły.

To brzmi tak, jakby masowanie nasady nosa powodowało napięcie mięśni i uwydatnienie żył. Efekt chyba niezamierzony. ;)

Ciężki zapach pustki i lekki elektryczności

Hm… zapach elektryczności?

– Tak – odpowiada Iz cicho. Odkłada łyżkę. Opiera się plecami o oparcie starego krzesła. Wzdycha. Obserwuje. Słucha.

I znów wpadamy w czas teraźniejszy. Widzę w komentarzach wytłumaczenie; no to przyznam, że rzeczywiście nie załapałam celowości tego zabiegu.

Nie wiem, ile zmian mogło się pojawić w tekście już po publikacji, bo opowieść dość łatwo dała się rozpoznać przy pierwszej wizycie w “domku” Adama (te hasła). Choć fakt, że aż do tego momentu błądziłam po omacku, jeśli chodzi o zgadnięcie oryginału.

Fajny setting i ciekawe zagranie z wywróceniem na drugą stronę schematów dotyczących oryginalnej postaci. Trochę szkoda, że nie dowiadujemy się, co się działo za portalem, ale okej, to nie jest część tej historii. No i miło, że główny antagonista z pierwotnej baśni pojawił się i tutaj. :) Odczucia zasadniczo miałam trochę podobne, jak Sonata. Długi, statyczny początek, a akcja w końcówce.

Ogólnie – czytało się miło. Oryginalne podejście do tematu. :)

W pierwszej kolejności: dzięki Silvo za przeczytanie i komentarz – doceniam :)

Kiedy otworzyłam dzisiaj to opko, w tle leciała mi DOKŁADNIE TA PIOSENKA. Uznaję to za przeznaczenie!

Ooo… nawet nie będę próbowała wyliczyć, jakie jest tego prawdopodobieństwo, bo wiem, co mi wyjdzie ;) A muzyka naprawdę zacna i tak bardzo pasuje mi do Iza!

– Żeby cię lepiej widzieć wnusiu – rozlega się odpowiedź, po której zapada wyczekująca dalszej części hasła cisza.

 

Hm, do tej pory wszystko było w czasie przeszłym, a teraz nagle skaczemy w teraźniejszy?

Kurcze, akurat tu był nie zmierzony :/ Poprawię.

Czując rosnącą irytację, zamknął oczy i pomasował nasadę nosa, przez co mięśnie napięły się, a żyły na czole uwydatniły.

 

To brzmi tak, jakby masowanie nasady nosa powodowało napięcie mięśni i uwydatnienie żył. Efekt chyba niezamierzony. ;)

Znowu do poprawki – chyba 10 razy to przerabiałam… Eh, może tym razem zrobię to jednak dobrze.

Ciężki zapach pustki i lekki elektryczności

Hm… zapach elektryczności?

Całkowicie zamierzona dziwność, na którą sobie pozwoliłam bo panowie bawią się portalami, a poza tym Iz ma metalowy szkielet. Uznałam, że to przez to facet trochę inaczej odbiera świat (m.in. dlatego z daleka słyszy bicie serca Adama czy tkanki rozpadające się ciele swojej kopii).

Edit: tzn nie przez sam metalowy szkielet (choć ten metal jest niezwykły), ale przez to, kim Iz jest – niemal idealną wersją Adama. Szczytowym ogniwem w ich ewolucji.

Nie wiem, ile zmian mogło się pojawić w tekście już po publikacji, bo opowieść dość łatwo dała się rozpoznać przy pierwszej wizycie w “domku” Adama (te hasła). Choć fakt, że aż do tego momentu błądziłam po omacku, jeśli chodzi o zgadnięcie oryginału.

Zmiany były stylistyczno-gramatyczne – nie dodawałam wyjaśnień, nie zmieniałam tekstu już po publikacji. Na etapie bety (za radą japkiewicza) dodałam kilka żarówek po drodze, żeby od drzwi do zakończenia zawsze coś czytelnikowi przypominało o bajce.

Trochę szkoda, że nie dowiadujemy się, co się działo za portalem, ale okej, to nie jest część tej historii.

Wiem, wiem i z pokorą akceptuje delikatny zawód, który sprawiam czytelnikowi. Mam nadzieje, że nie jest mu bardzo przykro ;)

Odczucia zasadniczo miałam trochę podobne, jak Sonata. Długi, statyczny początek, a akcja w końcówce.

Rozumiem – trochę zaburzony balans. Będę miała w pamięci, by na to uważać w przyszłości. Tu zależało mi bardzo na spokojnej, statycznej opowieści – więc to może przez tak wyszło.

Ogólnie – czytało się miło. Oryginalne podejście do tematu. :)

Bardzo się cieszę! I jeszcze raz dzięki za podzielenie się spostrzeżeniami.

Ooo… nawet nie będę próbowała wyliczyć, jakie jest tego prawdopodobieństwo, bo wiem, co mi wyjdzie ;) A muzyka naprawdę zacna i tak bardzo pasuje mi do Iza!

Bardzo fajnie się przy tym podkładzie czytało :D

– Żeby cię lepiej widzieć wnusiu – rozlega się odpowiedź, po której zapada wyczekująca dalszej części hasła cisza.

 

Hm, do tej pory wszystko było w czasie przeszłym, a teraz nagle skaczemy w teraźniejszy?

Kurcze, akurat tu był nie zmierzony :/ Poprawię.

O, to się przydałam na coś. Fajnie ;)

Całkowicie zamierzona dziwność, na którą sobie pozwoliłam bo panowie bawią się portalami, a poza tym Iz ma metalowy szkielet. Uznałam, że to przez to facet trochę inaczej odbiera świat (m.in. dlatego z daleka słyszy bicie serca Adama czy tkanki rozpadające się ciele swojej kopii).

O, ciekawy motyw. To rzeczywiście ładnie tłumaczy fragmenty o sercu.

Wiem, wiem i z pokorą akceptuje delikatny zawód, który sprawiam czytelnikowi. Mam nadzieje, że nie jest mu bardzo przykro ;)

Jakoś musimy przeżyć ;)

Bardzo się cieszę! I jeszcze raz dzięki za podzielenie się spostrzeżeniami.

A proszę. Fajny retelling. Taki filmowy (może przez tego Łowczego) :D

Bardzo fajnie się przy tym podkładzie czytało :D

U mnie muzyka stanowi ważny element pisania (i zakładam, że nie tylko u mnie). Zwykle więc szukam takiej, która pasuje do opowieści w mojej głowie. A gdy ją znajdę, słucham utworu tak długo, aż napiszę tekst. W ten sposób muzyka staje się częścią opowieści… no, a przynajmniej dla mnie :)

Nowa Fantastyka