- Opowiadanie: random robot - Zabawy z gulakami

Zabawy z gulakami

Zapraszam do lektury, choć uprzedzam, że hasło to mięsisty rewers. ;)

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Zabawy z gulakami

 

Chowany

Kiedy miałem dość, próbowałem zniknąć. Dom stryja mojej matki, Leopolda Kurzla oferował wiele potencjalnych kryjówek, lecz w żadnej z nich nie mogłem czuć się bezpiecznie. Nieważne czy zagrzebany pod stosami szmat, czy wciśnięty w ciasną szczelinę między meblami a ścianą, byłem zawsze na widoku. Bezbronny i nagi.

Budynek składał się z piwnicy, parteru, piętra oraz mieszkalnego strychu, z czego razem z matką, zajęliśmy parter: dwa pokoje, kuchnię i łazienkę. Stryj Leopold mieszkał na strychu i tam też spędzał większość czasu. Był to mrukliwy, pomarszczony jak pestka brzoskwini starzec, który zgodził się nas przyjąć tylko ze względu na mnie i dlatego, że nie mieliśmy się do kogo zwrócić. Od początku było jednak jasne, że jesteśmy przez niego ledwie tolerowani.

Oddzielało nas od niego niezamieszkane piętro ‒ bezładna plątanina porzuconych pomieszczeń, wypełnionych skrzypiącymi szafami, zakurzonymi lustrami, chybotliwymi stołami, krzesłami, kuframi oraz regałami puchnącymi od pozostałości po byłych lokatorach. Wszystkie, co powinno marnieć w zaduchu poddasza bądź w piwnicznym chłodzie, zostało z nich wydarte, przeniesione do salonów oraz do przestronnych pokoi, wystawione na korytarze, poukładane w wielkie stosy, piętrzące się nieraz aż po sam sufit, porzucone na pastwę kurzu i pleśni. Serce tego dziwnego domu zostało zamienione w śmietnik, podczas gdy jego rubieże przejęły rolę centrum. Wyglądało to tak, jak gdyby ktoś wywrócił go na lewą stronę, chcąc ukryć w ten sposób przed światem to, co ma on najcenniejszego, zupełnie jak robi się to z ciuchami przed włożeniem do pralki w celu zachowania ich kolorów. Odwrotność domu, szeptała do siebie ze zgrozą matka. 

Wychodząc na piętro, wijącymi się przez środek budynku schodami, dochodziło się do dwóch par drzwi. Za nimi rozciągało się królestwo pokoi. Niezależnie od tego, które drzwi wybierałem, trafiałem do pierwszego z szeregu następujących po sobie przechodnich pomieszczeń. Przemierzałem je jedno po drugim i na koniec wracałem zawsze na klatkę schodową, wychodząc na nią przez drugie drzwi. Nie wiem ile było tam pokoi, nigdy nie zaprzątałem sobie głowy liczeniem. Czasami miałem wrażenie, po pewnym czasie graniczące z pewnością, że ich liczba nieustannie ulegała zmianie. Pewne było jedno: jeżeli z każdego pokoju wyjdę innymi drzwiami niż tymi, którymi do niego wszedłem, w końcu uda mi się trafić na schody. Podróżując przez kolejne pomieszczenia, niczym odkrywca odwiedzający opuszczone dawno temu krainy, zgadywałem, jakie musiały niegdyś pełnić funkcje. Mijałem salony, kuchnie, sypialnie, gabinety, bawialnie, biblioteki oraz zwykłe poczekalnie, a wszystkie wabiły mnie mnogością zakurzonych skarbów, czekającymi na odkrycie tajemnicami oraz przygodami, które mogłem dzięki nim przeżyć.

To tam, wśród nagromadzonych rzeczy, w gąszczu napierających na mnie zewsząd mebli, usiłowałem zgubić moich prześladowców. Zagrzebywałem się pod gałganami zatęchłych szmat, wciskałem się do skrzyń i wiklinowych koszy, wpełzywałem za regały, chowając się za zdjęciami, książkami i kłującymi ciało bibelotami, kuliłem się za rzędami sztywnych płaszczy, wiszących w szafach niczym trupy ‒ tylko po to, by choć na jedno tchnienie zniknąć z oczu temu, co wydawało się być wszędzie, stać się niewidzialnym dla tych, których istotą było patrzeć.

Na próżno. Nie upływała nawet minuta, a znowu czułem na sobie łakome spojrzenia. Najpierw mrowienie w nadgarstku lub kostce, muskanie opuszkiem palca, tak słabe, że nie od razu byłem w stanie je zarejestrować. Nasilało się z każdą chwilą, obejmując swym zasięgiem coraz większe połacie mojego ciała: łydki, skórę pod zgięciami kolan, ramiona, szyję, kark, podbrzusze. Po chwili było już wszędzie, oplatając mnie w gęsty kokon utkany ze spojrzeń gulaków. Całkowicie zniewolony pozwalałem im robić ze sobą co tylko chciały, nie potrafiłem się im sprzeciwić.

A kiedy wydawało mi się, że dłużej już tego nie wytrzymam, resztkami sił wyskakiwałem z mojej kryjówki i krzycząc, biegłem przez kolejne pomieszczenia, przeskakiwałem przez stosy ubrań i rupieci, przedzierałem się przez pajęczyny ‒ te wszystkie wnętrzności, które rzucała mi pod nogi przeszłość, aż wreszcie trafiałem na chłód klatki schodowej.

Po schodach, do matki. Dopiero wtulony w nią łapałem tchu i zaciskając z całej siły powieki, płakałem z ulgi, choć przecież cały czas były obok, lizały nas swoimi spojrzeniami.

 

Szukaj i znajdź!

Wystarczyło zajrzeć pod poręcz krzesła, przyjrzeć się linii cienia albo tonącej w mroku części pokoju, wpatrzyć się w powietrze, a nie, jak zazwyczaj, przez nie. Dało się wtedy dostrzec delikatne załamanie linii, ledwie widoczne zmarszczki w ciemnej fakturze miejsc, do których nie docierały promienie słoneczne, nieznaczne falowanie, widzialne tylko pod warunkiem, że wiedziało się, gdzie go szukać. Wydawało się, że to rzeczy drgając zmieniały nieustannie swoje rozmiary, choć tym, co falowało, musiała być przecież sama przestrzeń. Jak gdyby coś wywierało na nią przez krótki moment nacisk z drugiej strony, a potem znowu i znowu. Próbowało rozchylić choć na moment cienkie nitki zaplecione w płótno, na którym zostało naniesione wszystko, co istnieje. Tym właśnie były gulaki. Czymś, co próbowało się do nas przebić zza płótna i przedostać się na naszą stronę.

Najłatwiej było znaleźć te, które czaiły się przy mojej matce. Całe lato jeździła na wózku inwalidzkim, z lewą ręką podwieszoną na temblaku. Większość czasu spędzała w swoim pokoju albo na tarasie, w tylnej części domu, wpatrując się z nieruchomym wyrazem twarzy w zapuszczony ogród, bądź czytając książki, które znosiłem jej z pierwszego piętra. Zazwyczaj były to opasłe woluminy w czarnych, skórzanych okładkach o nieczytelnych dla mnie tytułach. Zatopiona w lekturze, zdawała się być całkiem niewrażliwa na obecność gulaków, choć musiała przecież czuć dotyk ich spojrzeń na swojej skórze.

Sądzę jednak, że stąd właśnie brała się jej potrzeba częstych kąpieli. Trzy razy na dzień kazywała napełniać wannę gorącą wodą i wieźć się do łazienki. Podświadomie musiał czuć brud, jaki pozostawiały na niej spojrzenia gulaków. Podobnie interpretowałem noce, w trakcie których ciszę rozdzierał nagle jej rozpaczliwy płacz. Wyrwany z głębokiego snu, nie od razu wiedziałem, co się dzieje. Dopiero po chwili docierało do mnie, że gulaki znowu ją dręczą. Wtedy, wsłuchując się w jej łkanie przerywane głębokimi westchnieniami, ich powolny, naprzemienny rytm, mogłem z powrotem zasnąć. Nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Odkąd zamieszkaliśmy u stryja Leopolda matka prawie się nie odzywała. Z rzadka tylko zauważała moją obecność. Czy powinienem jej powiedzieć o gulakach? Czy poczułaby ulgę, znając źródło swoich utrapień?

Drzemała w promieniach popołudniowego słońca. Jej twarz wykrzywiała się co jakiś czas w grymasie przerażenia albo bólu ‒ nie wiedziałem. Niewielki obszar falującej przestrzeni, przypominający rozgrzane powietrze, zlokalizowany był tuż przy jej uchu. Tam czaił się gulak. Wyobrażałem sobie jak nachalnie przesuwa wzrokiem po jej karku, szyi, prześlizguje się niżej i niżej.

Przestawiałem ją w inne miejsce, gdy moją uwagę odwrócił dźwięk dochodzący z korytarza. Zbliżyłem się do ulokowanego pod schodami schowka na szczotki. Źródło hałasu musiało znajdować się w jego wnętrzu. Przyłożyłem ucho do drzwi i usłyszałem stłumione szamotanie. Po chwili doszło do niego coś jeszcze. Cichy jęk? Skomlenie?

‒ Jak myślisz chłopcze, czy pies może udawać, że cierpi? A może jest na to za uczciwy? ‒ Głos stryja Leopolda, który nie wiadomo skąd znalazł się nagle tuż obok mnie, sprawił że aż podskoczyłem. Odwróciłem się, a wtedy poczułem w nozdrzach jego tchnący stęchlizną oddech. Nie rozumiałem o co mu chodzi. Widząc moją przerażoną minę, machnął ręką, po czym dodał: ‒ To tylko zabawy filozofów, szkoda sobie nimi zawracać głowę. 

W tym momencie hałasy w schowku przybrały na sile. Stryj zatoczył ręką w powietrzu koło, jak gdyby rzucał na mnie urok i powiedział:

 ‒ Tym też nie warto się przejmować, pewnie szczury. 

Skądś wiedziałam, że kłamał. Każde jego słowo było kłamstwem. Mimo paraliżującego lęku, który we mnie budził, nie zamierzałem go posłuchać. Nim jednak zdążyłem nacisnąć na klamkę, usłyszałem westchnienie matki. Wybudziła się z jednego ze swoich koszmarów.

‒ Idź do niej ‒ powiedział stryj wydmuchując z siebie stęchłe opary. Jego wyłupiaste oczy przyglądały mi się uważnie. W tym jak na mnie patrzył było coś dziwnego. Przez moment wydawało mi się nawet, że tak patrzy na mnie gulak, ale oko gulaka zawsze pozostawało przynajmniej zakryte. Puściłem klamkę. ‒ Idź, grzeczny chłopiec.

Pobiegłem do niej, wciąż czując na sobie jego wzrok. Gdy znalazłem się przy wózku, matka, mimo że sprawiało jej to ból, wzięła mnie na kolana, i przytuliła z całej siły do piersi. Trwaliśmy w tej pozycji jakiś czas, jej oddech z każdą chwilą stawał się spokojniejszy. Słyszałem różne dźwięki, dochodzące z wnętrza domu: skrzypienie, przesuwanie czegoś po podłodze, szamotanie oraz ciche pojękiwania. Potem zapadła całkowita cisza. Matka zasnęła. Delikatnie wysunąłem się z jej objęć i pobiegłem pod schody. Drzwi schowka pozostały lekko uchylone, w środku nie znalazłem jednak niczego prócz kilku nędznych strzępków brązowej sierści.

Śnił mi się później potężny, dobrze zbudowany mężczyzna, który uniósłszy moją matkę do góry, obrócił nią w powietrzu i cisnął jak szmacianą lalką o drewnianą podłogę. To był mój ojciec, a ja patrzyłem na wszystko spod jadalnianego stołu. Uderzeniu towarzyszył głuchy dźwięk. Matka upadła na bok, nie wydając z siebie nawet najcichszego dźwięku, mimo że nie straciła przytomności. Do przyjazdu pogotowia i policji leżała na wznak, bez ruchu, z szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami. Z jej rozchylonych ust sączyła się cienka strużka spienionej śliny. Tylko palce jej prawej ręki drgały lekko na drewnianych klepkach, wygrywając na nich jakąś niesłyszalną melodię. Ojciec stał nad jej ciałem, podziwiając swoje dzieło albo licząc coś, analizując i mierząc. On i matka tworzyli razem jakiś kształt, nie mający jeszcze nazwy, skomplikowaną bryłę o nieznanej formie.

Wreszcie uklęknął i włożył głowę pod stół. Jego twarz znalazła się tuż przed moją, po czym znieruchomiała. Szeroko otwarte oczy ojca wpatrywały się we mnie, wciskając głębiej pod stół. To było spojrzenie stryja Leopolda. Spojrzenie gulaka. Zacząłem tracić oddech. Próbowałem panicznie złapać dech, bezskutecznie ‒ dusiłem się.

Obudziłem się z suchym gardłem. Dookoła panowała szara mieszanka czerni i bladej poświaty, rzucanej zza okna przez księżyc w kwadrze. Wydawało mi się, że coś usłyszałem. Ciche, delikatne dudnienie. Słuchałem w skupieniu. Dudnienie ustało na moment, by po chwili znowu stać się słyszalnym.

Zerwałem się z łóżka. Przeszedłem na palcach koło pokoju matki, minąłem kuchnię, przedpokój i znalazłem się obok schowka pod schodami. Wszędzie słyszałem ten sam niski, miarowy dźwięk, wypełniał przestrzeń delikatną, niewidzialną aurą. Nie potrafiłem zlokalizować jego źródła, szedłem jednak pewnie w kierunku piwnicy.

Stanąłem niezdecydowanie u szczytu stromych schodów prowadzących w dół. Ginęły w gęstym mroku. Tutaj dudnienie było zdecydowanie głośniejsze. Mój wzrok przyzwyczaił się do ciemności i dojrzałem w niej blady punkt światła. Postąpiłem w jego kierunku, ostrożnie stawiając kroki. Gdy znalazłem się na pierwszym stopniu, ciemność opasała mnie do kolan, na drugim ‒ sięgnęła brzucha, na trzecim ‒ całkiem mnie wchłonęła w siebie. Z każdą chwilą dudnienie stawało się coraz bardziej wyraźne. Kiedy znalazłem się przed drzwiami prowadzącymi do piwnicy, z dudnienia wyłoniła się kakofonia nieokreślonych początkowo dźwięków, z których po chwili udało mi się wyłowić piłowanie, zasysanie jakiejś cieczy oraz ginące w tym wszystkim skomlenie. Zwierzęcy lament.

Skojarzyło mi się to z wizytą u dentysty. Jeszcze nim moje oko znalazło się przy dziurce od klucza, do nozdrzy dotarł ostry zapach środków odkażających. To również przypominało gabinet stomatologiczny.

Na moment zostałem oślepiony przez światło, ale po chwili, gdy mój wzrok przywykł do panującej w pomieszczeniu jasności. Sporych rozmiarów brązowy pies leżał rozciągnięty na grzbiecie, jego przednie łapy zostały wykręcone pod dziwnymi kątami i unieruchomione przez szerokie skórzane pasy. Podobnie głowa. Widziałem wytrzeszczone z przerażenia i bólu psie oczy, pysk, z którego sączyła się gęsta piana oraz niekontrolowane drgawki wstrząsające ciałem. Resztę zwierzęcia przesłaniały plecy stryja. Poznałem go po kościstym ciele i rzadkich kosmykach siwych włosów opadających na barki. Zza niego wyłaniał się cienki, przezroczysty wężyk, którym spływała czerwono‒brunatna breja.

Wszystko na co patrzyłem falowało niczym prześcieradła na wietrze, przypominając sen bardziej nawet, niż koszmar z którego niedawno się wybudziłem. Głowa biednego zwierzęcia zdawała się być zrobiona z gumy, to nabrzmiewając, to zapadając się w sobie, rozrastała się i kurczyła na przemian. Plecy stryja puchły, by po chwili przypominać swą wklęsłością lejek. Rurka wraz ze swoją zawartością wyginała się na wszystkie strony, wijąc się przy tym jak wąż. Wiedziałem, że to nie przedmioty zmieniały swoje rozmiary, a sama przestrzeń podlegała rozciąganiu i kurczeniu się w stopniu, którego wcześniej jeszcze nie obserwowałem. Wprawiony zabawami z gulakami, dostrzegłem w tym ruchu prześwit, miejsce, gdzie tkanina została niemal przetarta, nitki splotu zaś tak cienkie i luźne, że na krótkie chwile odsłaniały to, co do tej pory zakrywały.

Nim dotarło do mnie, co przeziera z drugiej strony, poczułem że tracę równowagę. Upadłem na plecy, cudem nie uderzając głową o schody. Odwróciłem się na brzuch i zacząłem pełzać niezgrabnie po schodach. Dopiero na ich szczycie wstałem na nogi i chwiejnym krokiem ruszyłem w kierunku sypialni.

Nie pamiętam, co wydarzyło się potem. Obudziłem się obok matki, wczepiony w nią jak mały kociak.

 

Bieg na orientację

Porywały mnie bez żadnego ostrzeżenia. Mogłem właśnie myć naczynia po obiedzie, pomagać matce w porannej toalecie lub robić cokolwiek innego, a ułamek sekundy później odkrywałem, że znajduję się w którymś z pokojów na piętrze. Ot, tak. Nic szczególnego nie poprzedzało ani nie zapowiadało rozpoczęcia zabawy. Każdy moment był dla gulaków równie dobry. Moim zadaniem było wrócić.

Może się wydawać, że nic prostszego, wystarczyło przecież, że wybrałem któreś z drzwi, przeszedłem przez nie do następnego pomieszczenia, a z niego do kolejnego i w końcu zawsze trafiałem na klatkę schodową. Tyle, że ilość nagromadzonych w niektórych pokojach przedmiotów oraz tworzone przez nie niemożliwe do wyminięcia stosy zmuszały mnie do wspinania się po nich, zdobywania ich szczytów i nieraz pokonywania niebezpiecznych rozpadlisk. Bywało, że w trakcie przedzierania się przez tę dżunglę rzeczy, traciłem orientację i nie potrafiłem stwierdzić czy drzwi, do których dotarłem są tymi, do których zmierzałem, czy też niechcący wróciłem do punktu wyjścia.

Próbowałem więc sobie pomóc. Przekraczając próg pokoju, zostawiałem drzwi nieznacznie uchylone albo starałem się wydrapać paznokciem znak na ich framudze. Podstępne gulaki zaczęły jednak uchylać również drugie drzwi i kopiować moje znaki.

Zdarzało się zatem, że popełniałem błędy, a wtedy spotykała mnie kara. Trafiałem na strych. Niczego bardziej się nie obawiałem. Nic nie wprawiało mnie zatem w większe przerażenie niż niepewność, towarzysząca wkraczaniu do kolejnego pokoju. Robiłem, co mogłem, uczyłem się na pamięć układów faktur na framugach albo spędzałem mnóstwo czasu na poszukiwaniu cech charakterystycznych każdych drzwi. Wszystko to nie miało znaczenia. Cokolwiek bym nie robił, raz po raz lądowałem na strychu.

Pamiętam pierwszy raz. Nigdy wcześniej tam nie byłem, stryj nie zaprosił nas nigdy do siebie, ale po zarysie skośnych belek stropowych, które udało mi się dostrzec, od razu zorientowałem się, co to za miejsce. Jedynym źródłem światła był jarzący się ekran monitora stojącego na biurku. Wnętrze wypełniały książki i różne dziwne eksponaty w rodzaju masek i muszli, ściany zaś zdobiły plansze edukacyjne przedstawiające zarysy człowieka oraz różnych innych zwierząt. Na każdej wyraźne wyeksponowano mózgi i kręgosłupy oraz rozchodzące się od nich we wszystkie strony cienkie linie. Oprócz tego, w pomieszczeniu znajdowały się dwa fotele, stolik kawowy i stojące w rogu, prawie niewidczone w ciemności łóżko.

Rzuciłem okiem na rozjarzony ekran. Wyświetlał fragment jakiejś bardzo długiej tabeli. W ostatniej pozycji widniało jedno słowo, “pies”, a na prawo od niego dane biometryczne (waga, gabaryty, wiek), czas (pięć i pół godziny), po czym następował ciąg jakichś liczb. Podobne wpisy wypełniały również pozostałe wiersze tabeli. Psy, świnie, czasami koty. Były to informacje o wszystkich stworzeniach zamęczonych przez stryja w piwnicy za pomocą jego maszyny tortur, skrupulatnie spisane i zebrane w przejrzystej, dostępnej nawet dla dziecka formie. 

Błądziłem wzrokiem w poszukiwaniu drzwi, nigdzie ich jednak nie potrafiłem znaleźć. Musiały znajdować się za moimi plecami. Chciałem się obrócić, ale w tym samym momencie podłoga pode mną wydała przeciągłe skrzypnięcie. Zamarłem. Serce zaczęło kołatać szaleńczo w mojej piersi. Nic jednak się nie wydarzyło. I kiedy już zaczynałem wierzyć, że jestem tam sam, bezpieczny i mogę spokojnie skierować się do wyjścia, z miejsca, gdzie znajdowało się łóżko, doszło do mnie ciche chrząknięcie, po którym nastąpiło coś w rodzaju suchego mlaśnięcia. A po nim następne i następne. Każde coraz głośniejsz i bardziej natarczywe. Za dźwiękami dotarł do mnie znany mi dobrze spleśniały odór.

Bałem się poruszyć. Niemal czułem ciepły, mokry oddech na swoim ciele. Chciałem rzucić się do drzwi, szarpnąć mocno za klamkę, by wydostać się z tego miejsca, ale nie potrafiłem. Nie należałem już do siebie. Powoli ruszyłem w kierunku, z którego dochodziły przyzywające mnie mlaśnięcia.

 

A kuku!

Znowu byłem na strychu. Stałem bez ruchu, sparaliżowany strachem. Bezwiednie błądziłem wzrokiem po ścianach pomieszczenia, wiedząc dobrze, że nie znajdę w nich ratunku. Znałem przecież ten scenariusz na pamięć. Zgodnie z nim byłem tylko kukłą, marionetką, którą ktoś inny odegra przeznaczoną mi rolę.

Nagle pod planszą przedstawiającą układ nerwowy człowieka coś dostrzegłem. Zarys niewielkich, dziecięcych rozmiarów drzwi. Nie widziałem ich nigdy wcześniej. Mogłem je przegapić przez panujący w pomieszczeniu półmrok.

Jak we śnie, zbliżyłem się do nich i szarpnąłem za maleńką klamkę. Z trudem się mieszcząc wpełznąłem do środka. 

Znalazłem się w cuchnącym zgniłym mięsem pomieszczeniu pozbawionym okien. Mimo, że nie było tam żadnego źródła światła, z sufitu biła różowawa poświata. Pokój był całkiem pusty. Tylko ściany, podłoga i sufit ‒ mięsisto-czerwone, poprzecinane gęstą siatką białych, cienkich, krzyżujących się i meandrujących bez celu włókien tkanki łącznej. W pierwszym odruchu chciałem wrócić. Spojrzałem na maleńkie drzwi, którymi się tu dostałem. One również były zrobione z mięsa. Miały mięsistą framugę oraz mięsistą klamkę, pod którą znajdowała się dziurka na mięsisty klucz.

Odwróciłem głowę z obrzydzeniem. Zgodnie z regułami gry, gdzieś musiały być drugie drzwi, wystarczyło je tylko znaleźć. Powstrzymując wymioty, badałem pomieszczenie, wodząc po jego powierzchniach dłońmi. Gładząc jego ciepłe, pulsujące nieregularnie, pokryte gęstą posoką ściany miałem wrażenie, że dotykam jakiegoś ogromnego, obdartego żywcem ze skóry organizmu.

Niczego nie znalazłem. Mięsiste ściany wydawały się być idealnie gładkie. Nawet w rogach pomieszczenia nie było niczego, co mogłoby skrywać ukryte drzwi czy okno.

Znowu spojrzałem na małe drzwi z mięsa. Nie, pokręciłem głową.

Zacząłem od początku. Tym razem niemal od razu natrafiłem na miejsce, w którym tkanka była wyraźnie miększa, mniej zbita, gąbczasta, konsystencją przypominając nieco mokry chleb. Nacisnąłem z całej siły, tkanka ustąpiła pod naporem i palec zagłębił się w ścianie. Powstał mały otwór o nieregularnym kształcie. Z trudem pokonując mdłości zająłem się rozdrapywaniem rany. Czułem jak drobne kawałki mięsa wciskają się w szczeliny pod moimi paznokciami. Ściana naprężała się, jak gdybym sprawiał jej niesamowity ból. Z każdą chwilą otwór coraz bardziej się powiększał, wypluwając z siebie od czasu do czasu krwawe strugi.

Kiedy moja ręka zagłębiała się w nim niemal po łokieć, poczułem, że dalej już nie mogę się przebijać. Dotarłem do splotu. Próbowałem, ale nie dało się go rozerwać, poczułem jednak, że mogę rozsunąć nieco jego nici, one zaś po chwili wróciły na swoje miejsce.

Rozsunąłem splot i przyłożyłem twarz do otworu. Stęchłe powietrze uderzyło w moje nozdrza. W porównaniu z panującym w mięsistym pokoju odorem wydawało mi się świeże, wręcz rześkie. Usłyszałem znajomy zestaw dźwięków ‒ skomlenie, miarowe dudnienie, piłowanie, a potem zobaczyłem stryja Leopolda ubranego w czarny fartuch i maseczkę ochronną. Pochylał się do przodu, śledząc z uwagą pracę szerokiego okrągłego ostrza, skrawającego kawałek po kawałku ciało unieruchomionej na stole istoty. W ręce trzymał kawałek rurki, którą odsysał wycięte fragmenty zwierzęcia, nie pozwalając by się wokół rozchlapywały.

Zwierzę było brązowe jak pies, którego oglądałem tamtej nocy przez dziurkę od klucza. A teraz ja byłem tym psem.

Nie, to nie była do końca prawda. Tylko patrzyłem z miejsca, w którym się znajdował, wprost ze środka jego cierpienia, osłabiającego splot czasoprzestrzeni. Przecinającego płótno.

Nie mogłem tego wytrzymać. Odwróciłem wzrok i upadłem na lepką podłogę zrobioną z mięsa.

Nie wiem, ile czasu minęło, nim ponownie zabrałem się za badanie pomieszczenia.

Powierzchnia wokół otworu, który zrobiłem, nie była już tak miękka, ale i tak dało się ją naruszyć palcami. Zacząłem drążyć kolejną dziurę. Wreszcie napotkałem na opór, splot w tym miejscu był znacznie silniejszy, ledwo udało mi się go odkształcić. Przyłożyłem chciwe oko. Widok był zamazany, nie ulegało jednak wątpliwości, że patrzę na moją matkę, leżącą w swoim łóżku. Gapiła się tępo w sufit, a jej policzki były mokre od łez.

Zrobiłem kolejny otwór. Zobaczyłem siebie samego. Gdy nasze spojrzenia spotkały się, moja twarz po drugiej stronie wykrzywiła się w grymasie przerażenia.

Dziurawiłem ścianę, gdzie tylko to było możliwe, a ona płakała krwią i limfą. Im dalej od pierwszego otworu, tym było to trudniejsze, powierzchnia stawała się coraz bardziej zbita, a splot mniej elastyczny, aż wreszcie doszedłem do miejsca, w którym już nic więcej nie mogłem zrobić, gdzie tkanka czasoprzestrzeni nie została jeszcze naruszona przez stryja Leopolda.

Wracałem więc raz po raz do wcześniej wydrapanych dziur. Naciskałem na splot i przez chwilę oglądałem to, co się za nimi kryło. Widziałem korowody zamęczonych istnień, których cierpieniem stryj starał się rozerwać czasoprzestrzeń. Matkę i jej apatię, smutek oraz rozczarowanie życiem, które dopiero z tej perspektywy stały się dla mnie dostrzegalne.

Widziałem też siebie. Małego chłopca przerażonego moimi spojrzeniami, rzucanymi zza nici splotu, mylącego je z czymś zupełnie innym, znacznie groźniejszym, przypisującego mi czyny, których nie można dokonać za pomocą spojrzenia. Widziałem też jak swoje krzywdy próbuje zmieniać w zabawę. Ukrywa się w opuszczonych pokojach na piętrze, rozwiązuje nieistniejące zagadki, robi wszystko, by uciec swojemu prześladowcy, a kiedy to się nie udaje, szuka pocieszenia w ramionach matki. Wreszcie, chowa się sam w sobie, w grubej skorupie z mięsa, którą powoli staje się jego i moje ciało.

 

Bywa, że na moment odrywam się od podziurawionej ściany, spoglądam na maleńkie drzwi zrobione z mięsa i myślę o tym, co znajduje się za nimi. Zastanawiam się, czy posiadam jeszcze klucz, którym mógłbym je otworzyć.

 

Koniec

Komentarze

To jest mega, Robocie. Powiedzieć, że bardzo mi się podobało, to stanowczo za mało. Jedno z lepszych opowiadań jakie czytałem w tym roku na portalu.

Udała Ci się trudna sztuka, napisać opowiadanie prawie bez dialogów, które łapie i trzyma od pierwszego akapitu. Wiedziałem, że dobrze robię, zaglądając do każdego konkursowego opowiadania chociaż na chwilę. Ależ pięknie uplotłeś krzywdę dziecka. I ten narastający niepokój, który początkowo z sielskiego klimatu przeradza się w koszmar. 

No, pięknie, po prostu pięknie.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Nie mogę Ci odmówić wyobraźni i sprawności językowej – to dobrze wymyślone i dobrze napisane opowiadanie. Niestety, dla mnie posiada jedną, zasadniczą wadę – bardzo ciężko się je czyta.

Przedzierałem się przez te wszystkie pokoje, znowu i znowu, próbując wykrzesać w sobie jakieś zainteresowanie, ale to wciąż była ta sama tajemnica, te same pokoje i te same gulaki. Czytając, miałem wrażenie, że kręcę się w kółko, aż wreszcie dostałem mdłości i zrobiłem to: Sprawdziłem ile jeszcze do końca. sad

Powtórzę jako podsumowanie:

Dobrze wymyślone i dobrze napisane, ale kręcące się w kółko opowiadanie. Trochę mnie niestety zmęczyło.

Dziękuję wszystkim za lekturę, kliki i komentarze!

 

Darconie, bardzo mnie cieszy, że się spodobało.

 

fizyku111, masz rację z tym wracaniem podobnych motywów, ale to nie miało być kręcenie się w kółko, a raczej ruch w dół, jak po spirali. Jeżeli dostałeś Sartre’owskich mdłości w trakcie czytania, to moje zadanie zostało spełnione. Jeżeli były jednak zwykłe, mam nadzieję że mi wybaczysz. :)

Przejmujące, bardzo dobrze napisane opowiadanie. Co prawda, kilka razy się skrzywiłam, ale możesz odebrać to jako komplement. Widziałam to wszystko, bardzo obrazowo, dokładnie, koszmarnie… Cholernie dobrze oddałeś klimat, nastrój, strach. Gulaki i ich przeszywające spojrzenia, pokój, poczynania stryja. Wow. Kawał dobrej roboty!

 

Powodzenia w konkursie.

Heh, mam trzecie podejście do tego tekstu i mam z nim kłopot. Z jednej strony trzy punkty przy zaledwie sześciu komentarzach jasno wskazują na to, że warto spróbować przez tekst przebrnąć, pozytywne komentarze też na to wskazują.Z drugiej przyjęta forma naprawdę temu nie sprzyja, po jednej trzeciej się odbiłem…

Może jeszcze wrócę. Póki co zostawiam sugestię do przyszłych opowiadań: warto popracować nad tym, żeby czytało się płynniej. I w sumie tu też pewne zastrzeżenia… bo zdania same w sobie nie są błędne, źle zbudowane itp. Są poprawne (zresztą powyżej Fizyk nawet napisał, ze sprawne). A jednak coś jest w ich połączeniu takiego, że nie potrafię się utrzymać przy czytaniu.

No, jak mówię – może jeszcze zrobię czwarte podejście.

Grubo.

 

Nie wiem, na ile świadomie, a na ile intuicyjnie stworzyłeś tekst, którego forma koresponduje z przesłaniem: taki, przez który brnie się, coraz ciężej, który coraz bardziej uzmysławia, że z tego niewesołego miejsca tak naprawdę nie ma wyjścia.

 

Jest dziwnie. Jest sprawnie. Zakładam, że napisane w ten sposób świadomie i doceniając ten koncept – klik klik.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Opowieść jest ciężka i czasem też ciężko się ją czyta (a to jednocześnie dobrze i nie do końca). Natomiast pod czas czytania miałam wrażenie, że jest to zabieg celowy. Widzimy i czujemy coraz więcej, klimat się zagęszcza, krążymy coraz bardziej, aż docieramy do miejsca, z którego nie ma ucieczki. Jest ciężko, przytłaczająco, tym bardziej że widzimy to z poziomu dziecka. Ciekawą atmosferę stworzyłeś :)

A i a propos punktu widzenia dziecka:

Wyświetlał fragment jakiejś bardzo długiej tabeli. W ostatniej pozycji widniało jedno słowo, “pies”, a na prawo od niego dane biometryczne (waga, gabaryty, wiek), czas (pięć i pół godziny), po czym następował ciąg jakichś liczb.

Myślę, że nie miałoby ono zielonego pojęcia, co to są za dane – i podczas czytania strasznie mi to zgrzytnęło. Nie samo użycie pojęcia (i rozwinięcie go w nawiasie), ale to, że dziecko umie w ten sposób opisać rzeczywistość.

Dzięki za komentarze! 

 

wilku-zimowy, w odpowiedzi zacytuję fragment komentarza PsychoFish, całkowicie się z nim bowiem zgadzam (w tym samym duchu pozostaje to, co napisała kasjopejatales):

tekst, którego forma koresponduje z przesłaniem: taki, przez który brnie się, coraz ciężej, który coraz bardziej uzmysławia, że z tego niewesołego miejsca tak naprawdę nie ma wyjścia.

Trudny, nieprzyjemny temat wymaga, moim zdaniem, adekwatengo przełożenia na formę. Aby efekt był dobry, nie powinno się przez taki tekst dać zbyt łatwo przelecieć. Nie jestem pewny, czy to zachęci Cię do czwartego podejścia, choć mam nadzieję, że trochę tak. Nie gwarantuję jednak, że po dalej będzie się czytało łatwiej. :) 

 

kasjopejatales – odnośnie danych biometrycznych i perspektywy w moim opowiadaniu. Tak, to jest perspektywa dziecka, ale przepuszczona przez wspomnienia dorosłej osoby. Dlatego też nie wahałem się używać pojęć oraz odwoływać się do wiedzy, które są raczej poza zasięgiem dzieci.

Tak, to jest perspektywa dziecka, ale przepuszczona przez wspomnienia dorosłej osoby.

Jasne, rozumiem – tak tylko mówię, co mi trochę nie zagrało. W kontekście końcówki nabiera to sensu, choć nadal jakoś zgrzyta – ale może to tylko ja tak mam ;)

Trudny, nieprzyjemny temat wymaga, moim zdaniem, adekwatengo przełożenia na formę

Cóż, moim zdaniem można to uzyskać gęsta, duszną atmosfera, niekoniecznie doprowadzając do tego, że czytelnik brnie, a istnienia gdzie s tam dalej treści może się tylko domyślać z ocen i komentarzy. No ale zobaczymy.

 

 

Klimatyczny i mocny – również pod względem warsztatowym – tekst, który świetnie wpisał się w tematykę konkursu. Postaci mają swój swój charakter, bardzo wyraźnie zarysowany. Opowiadanie jest w pewnym sensie “ciężkie”, ale moim zdaniem płynnie się je czyta i całkowicie zgadzam się z Fishem:

 

Nie wiem, na ile świadomie, a na ile intuicyjnie stworzyłeś tekst, którego forma koresponduje z przesłaniem: taki, przez który brnie się, coraz ciężej, który coraz bardziej uzmysławia, że z tego niewesołego miejsca tak naprawdę nie ma wyjścia.

Nie ujęłabym tego lepiej. Rzucam poleceniem do biblio. :)

Zostaw ten żyrandol.

W pełni zgadzam się z przedmówcami. Tekst jest rewelacyjny, mój personalny faworyt ze wszystkich opowiadań konkursowych, jakie przeczytałem dotychczas. 

 

Z takich szczegółów, też rzuciły mi się w oczy dane biometryczne. Skróciłbym też niektóre zdania. I to w sumie tyle.

 

 

Doklikałam bibliotekę. Tekst co prawda oparty na dość popularnym schemacie (dziwny dom w którym dzieją się straszne rzeczy plus zagubione w nim dziecko), ale dobrze zbudowałeś klimat, narastający niepokój i konfrontację spojrzenia dziecko-dorosły na dawne traumy. Czemu tylko chłopiec mówił ‘stryj mojej matki’ zamiast ‘stryjeczny dziadek’?

kasjopejatales, Herr Schmerz – no dobra, nie będę się trzymał rękami i nogami tych danych biometrycznych. Przy pierwszej okazji (tj. jak już skończy się konkurs) zostaną usunięte. :) 

 

Bellatrix – zastrzeliłaś mnie tym stryjecznym dziadkiem. Masz oczywiście rację. Nie mam na to żadnej dobrej odpowiedzi. Mógłbym próbować kombinować, że ponieważ matka narratora zawsze mówiła “stryj Leopold”, to i chłopiec zaczął w taki sam sposób o nim myśleć i mówić, ale nie jestem pewien, czy to przekonałoby nawet mnie samego. Coś chyba trzeba będzie z tym zrobić. Szkoda tylko, że stryjeczny dziadek nie brzmi tak fajnie jak stryj… 

Podobało mi się :)

Przynoszę radość

O, dobre. Wykorzystałeś jeden z typowych dla weirdu motywów, ale trzeba ci oddać, że nastrój to ty umiesz budować. Jest straszno, gęsto, niepokojąco, z linijki na linijkę coraz bardziej. Intrygujące są postacie – zwłaszcza matka na wózku i stryj – “zatopione” w wielkim domu. Opowiadanie przeczytane z przyjemnością, co z pewnością też było zasługą dobrze wypracowanego warsztatu. 

 

Powodzenia w konkursie!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Jestem rozczarowany, Robocie, że Twoje opowiadanie przeszło bez większego echa, szkoda. To świetnie napisany tekst na granicy weirdu, oniryzmu i realizmu magicznego. Ale tu bryluje przede wszystkim fantastyka zakorzeniona w SF. 

Podobało mi się jak wprowadzasz czytelnika, praktycznie równocześnie z głównym bohaterem i jego matką do domu. Wszak oni znaleźli się tam chwilę przede mną. Dzięki temu czytając czułem się swobodnie, gdy poznawałem go razem z nimi. Przykładasz wagę do opisów pokoi i pięter, dzięki temu obraz pomieszczeń bogaty jest w szczegóły, które w łatwy sposób budują obraz miejsca. 

No i sami bohaterowie. Tajemniczy stryj, wycofana matka i chłopiec. Między innymi dzięki nim tak dobrze zbudowałeś nastrój. I choć nie jest on sielanką nawet na początku, to jednak wiarygodnie stworzyłeś nam obraz chłopca, trochę zagubionego, trochę przestraszonego, ale też nic nie sugerowało, że jest aż tak źle.

Błyskotliwie wykorzystałeś hasło konkursowe, chyba najlepiej wśród uczestników, których czytałem. Do samego końca nie połapałem się, o co chodzi. Świetnie operujesz słowem, ile podać, żeby nie zdradzić, a jednocześnie utrzymać czytelnika w ciekawości. Zamknięcie się w sobie bohatera, w instynktownej obronie przed traumą, która tak naprawdę przecież się nie udała, znakomicie pomyślane. 

Tu na forum tylko jedna osoba potrafiła budować taki klimat grozy i niepokoju, aż się zastanawiałem, czy czasami nie jesteś nim, czyli Countem. Przyślę go tutaj, bo bardzo chętnie poznam jego opinię o tym opowiadaniu.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Anet, sy – cieszy mnie, że się podobało. :)

 

Darconie, dzięki za tak entuzjastyczną recenzję. Wydaje mi się, że opowiadanie i tak zostało dobrze przyjęte, z czego jestem zadowolony. Na pewno nie jest to moje ostatnie słowo na tym portalu. :) 

Teraz pozostało tylko czekać na wyniki… 

Ps. Nie, nie jestem Countem. (Czy Count to pełna nazwa użytkownika?)

Na moment zostałem oślepiony przez światło, ale po chwili, gdy mój wzrok przywykł do panującej w pomieszczeniu jasności. Sporych rozmiarów brązowy pies leżał rozciągnięty na grzbiecie, jego przednie łapy zostały wykręcone pod dziwnymi kątami i unieruchomione przez szerokie skórzane pasy. Podobnie głowa. Widziałem wytrzeszczone z przerażenia i bólu psie oczy, pysk, z którego sączyła się gęsta piana oraz niekontrolowane drgawki wstrząsające ciałem. Resztę zwierzęcia przesłaniały plecy stryja. Poznałem go po kościstym ciele i rzadkich kosmykach siwych włosów opadających na barki. Zza niego wyłaniał się cienki, przezroczysty wężyk, którym spływała czerwono‒brunatna breja.”

Wobec przytoczonych treści dotyczących krzywdzenia piesków jury podjęło jednogłośną, moralnie jedyną właściwą decyzję o dyskwalifikacji tekstu bez możliwości odwołania, udziału w dalszych konkursach oraz oddychania. <Zagorzały orędownik piesków.>

Tak na poważnie to nie.

Tak na poważnie to napisałeś tekst naprawdę solidny i wysoko przeze mnie doceniony. Choć sięgasz po motywy, nazwijmy to, „podręcznikowe” tudzież „klasyczne” (bierny bohater dziecięcy, mroczne domostwo i eksploracja jego sekretów), to wykorzystujesz je tak sprawnie, że chętnie przeczytam coś jeszcze. Bardzo ujęła mnie przemyślana kompozycja z podtytułami-nazwami zabaw korespondującymi z tytułem całego opowiadania, który jest możliwy do właściwego odczytania dopiero po lekturze. Co ujęło mnie jeszcze bardziej: fakt, że mięsisty rewers faktycznie tu jest, jest ważny dla opowiadania, bez niego tekst kompletnie traciłby sens – a zatem poważne potraktowanie hasła konkursowego, a nie tylko wplecenie go w randomowe zdanie po to, by jury się odczepiło. Rewers pojawił się, ujęty w sposób naprawdę ciekawej metafory postrzegania, i był rzeczywiście mięsisty.

Choć w tamtym akapicie akurat „mięsistości” jak na mój gust było ciut za dużo, choć wiem, że były to powtórzenia celowe, w redakcji raczej rekomendowała wykaraskanie się z nich. ;)

Językowo solidnie i sprawnie, z paroma drobnymi potknięciami (głównie przecinki, półpauza zamiast dywizu jako łącznik, takie duperele). Przez długi czas na poły ciekawiło mnie, a na poły intrygowało, co to takiego ten gulak (oprócz tego, że Potwór z Szafy), zaczęłam nawet szukać hasła „gulaki” – jeden z tropów naprowadził mnie na film bollywoodzki z lat 60, ale chyba nie o to chodziło? ;) Tak czy siak uświadomiłam sobie, że w słownictwie małego chłopca z pewnością jest miejsce na gulaki. I naszła mnie refleksja: opowiadanie jest retrospektywną opowieścią dorosłego już (świadcząc po budowie zdań i słownictwie) mężczyzny, co też jest na swój sposób tematem przerobionym… Fajnie byłoby przeczytać coś utrzymanego w tym klimacie, ale z perspektywy stricte dziecięcej. Podejmujesz wyzwanie? ;)

Fabularnie nie mam zastrzeżeń, akcja i narracja jest stonowana, spokojna i mroczna, co bardzo tu pasuje, puenta zaś – przygnębiająca. Ciekawym smaczkiem było odzwierciedlenie rewersu nie tylko w przestrzeni „wewnątrz psa” (albo i „wewnątrz świata”?), do której bohater dotarł, ale też w układzie samego domu.

Niezła robota, gratuluję wyróżnienia!

No tak! Zapomniałem wkleić pod opowiadaniem informacji, że żadne zwierzę (a zwłaszcza żaden piesek) nie ucerpiało podczas jego produkcji. Jedyną cierpiącą istotą byłem ja. No, ale ja jestem robotem, więc nie ma problemu.

A serio, to bardzo dziękuję za komentarz. Raduje mnie tak pozytywny odbiór Zabaw z gulkami. Martwiłem się na początku trochę jego mięsistością, ale widzę, że jednak niepotrzebnie. A kolejne opowiadania są już w drodze.

Gulaki są moim wymysłem. W swojej naiwności myślałem nawet, że pierwszy wpadłem na to słowo. Potem odkryłem, że w Polsce funkcjonuje takie nazwisko, więc jednak nie. Cóż… Jeżeli miałbym wskazać jakaś inspirację, to byłby to jeden z kadrów komiksu “Duch z Canterville”, ale za nic nie przyznam się który. :)

Zdaję sobie sprawę, że poszedłem trochę na łatwiznę przyjmując perspektywę dorosłego. Z jednej strony było to konieczne ze względów fabularnych, a z drugiej perspektywa stricte dziecięca zawsze wydawała mi się niezwykle wymagająca. Ale co tam, przyjmuję! Nie wiem jeszcze kiedy (w tym roku!) ani gdzie, ale napiszę weirda z perspektywy stricte dziecięcej.

Nowa Fantastyka