- Opowiadanie: Tommyknocker - Kociaki z Kadath

Kociaki z Kadath

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

Wiktor Orłowski, Finkla

Oceny

Kociaki z Kadath

Nazy­wam się Phi­lip Kyber Dean, dla przy­ja­ciół Kyber, i wła­śnie roz­sia­dam się na wyjąt­kowo nędz­nej pry­czy w lokal­nym poste­runku poli­cyj­nym oskar­żony o roz­ko­py­wa­nie miej­skiego cmen­ta­rza. Nie ukry­wam, że cał­kiem słusz­nie. A jed­nak, gdyby ci igno­ranccy poli­cjanci znali całą prze­ra­ża­jącą prawdę! Z pew­no­ścią nie sie­dzie­liby tutaj tak spo­koj­nie. Szy­ko­wa­liby wszelką moż­liwą broń, kon­wen­cjo­nalną i magiczną! A tak… Nie wiem, czy dotrwamy do rana. Wszystko w rękach mojego przy­ja­ciela i maga, Toma Hexa. Mam nadzieję, że uru­cho­mione przez niego czary dadzą jakiś efekt, bo inne środki, mam na myśli medy­cynę, defi­ni­tyw­nie zawio­dły.

Zacznę jed­nak od początku.

Cze­ka­li­śmy sobie spo­koj­nie w kolejce do szcze­pie­nia, kiedy nagle facet po dru­giej stro­nie ulicy eks­plo­do­wał. To zna­czy, eks­plo­do­wała jego głowa. Reszta ciała osu­nęła się bez­wład­nie, try­ska­jąc na chod­nik falami krwi.

A taki był mądry – mruk­nął mój kum­pel Hex.

Ludzie w kolejce poki­wali gło­wami. Była nas tutaj chyba setka i zano­siło się na dłu­gie, męczące sta­nie. Na miej­scu eks­plo­zji, w powie­trzu, pozo­stał jedy­nie obłok zarod­ni­ków, ale nikt się nim spe­cjal­nie nie przej­mo­wał. Wszy­scy byli już w zasa­dzie uod­por­nieni na Pierw­szą Fazę cho­roby. Rzadko tra­fiał się ktoś taki, jak ten nie­szczę­śnik.

– Pew­nie antysz­cze­pion­ko­wiec – zawy­ro­ko­wał Galen, mój drugi kum­pel. Sta­li­śmy odda­leni od sie­bie o cały metr, dopa­so­wu­jąc się do odle­gło­ści zazna­czo­nych na podło­dze czer­wo­nymi paskami. Miało to utrud­nić prze­no­sze­nie się zaka­że­nia. Zwięk­szony dystans spo­łeczny! Chmura zarod­ni­ków osia­dła na ziemi i przy­brała postać czar­nego, pucha­tego kłę­buszka, nazy­wa­nego z tego powodu kot­kiem. Kotki takie jak ten wyczu­wały ludzi, przy­su­wały się do nich i tuliły. Niczym praw­dziwe koty. A potem naru­szały barierę ściany komór­ko­wej i wni­kały w ciało ofiary.

Zda­łem sobie nagle sprawę, że Hex i Galen się nie znają. Przed­sta­wi­łem ich sobie i pokrótce opowie­działem, co kto pora­bia.

– Hex skoń­czył wła­śnie dwu­ty­go­dniowe odosob­nie­nie medy­ta­cyjne w ciem­no­ści – oświad­czy­łem – więc nie za bar­dzo wie, co się tutaj wyra­bia.

– Coś tam wiem – mruk­nął Hex – Byłem daleko, a wła­ści­wie głę­boko stąd, i kiedy wró­ci­łem, cze­kało na mnie skie­ro­wa­nie na szcze­pie­nie dru­giego stop­nia.

– Sie­dzia­łeś dwa tygo­dnie po ciemku? – zain­te­re­so­wał się Galen – Na wła­sne życze­nie? To jakiś eks­pe­ry­ment psy­cho­lo­giczny?

– Owszem – Hex prze­su­nął się o krok, podą­ża­jąc za kolejką – W ciem­no­ści, po pew­nym cza­sie zaczy­nasz widzieć różne rze­czy i dobrze wiesz, że są two­rem wyłącz­nie two­jego umy­słu. A bywają tak realne, jak rze­czywistość. Może nawet są rze­czywistością? Jak ta pro­jek­cja, którą widzimy wokół nas, dokład­nie w tej chwili.

Prze­su­ną­łem się o następny metr.

Galen nie sko­men­to­wał usły­sza­nych rewe­la­cji, więc opowie­działem o nim tro­chę wię­cej Hexowi. Też był naukow­cem, jak ja, ale nie astro­fi­zy­kiem, a che­mi­kiem, cho­ciaż przez rok stu­dio­wa­li­śmy wspól­nie jeden z fakul­te­tów. Nie­stety od lat pasjo­no­wała go nie tyle kla­syczna, aka­de­micka wie­dza, ile eks­pe­ry­menty z sub­stan­cjami oddzia­łu­ją­cymi na ludzki (i nie tylko) mózg. Mówiąc krótko, był krypto nar­ko­ma­nem. Sty­mu­lo­wał się prak­tycz­nie wszyst­kim, co tylko wpa­dło mu w ręce, bo chciał oso­bi­ście się prze­ko­nać, jaki to wywiera nama­calny efekt. Jesz­cze na stu­diach Galen wstrzyk­nął sobie w tym celu w żyłę esen­cję her­baty, co oczy­wi­ście zakoń­czyło się bar­dzo bole­snym tygo­dniem docho­dze­nia do sie­bie. Wtedy jesz­cze mówi­li­śmy na niego Apte­karz, z wia­do­mych wzglę­dów, a póź­niej został ochrzczony nazwi­skiem patrona far­ma­cji. Lata ryzy­kow­nych eks­pe­ry­men­tów szybko wysta­wiły rachu­nek w for­mie pogar­sza­ją­cej się kon­dy­cji psy­cho­fi­zycz­nej. Galena zaczęła męczyć astma, miał trud­no­ści ze snem i zamar­twiał się postę­pu­jącą łysiną. Potem doszły do tego inne scho­rze­nia, łykał więc prze­różne sub­stan­cje, a one two­rzyły w jego ciele spe­cy­ficzny kok­tajl mole­ku­larny. I to, jak się oka­zało, oca­liło go od zaka­że­nia.

Znowu usły­sze­li­śmy cha­rak­te­ry­styczny odgłos pęka­ją­cej głowy. Docho­dził z ulicy. Potem kor­pus głu­cho ude­rzył w zie­mię, a wiatr przy­niósł nam woń zarod­ni­ków. Pach­niały jak zawsze, słodko-gorzko. Czarna chmura skon­den­so­wała się przy chod­niku i do złu­dze­nia przy­po­mi­nała małe, futrza­ste zwie­rzątko. Ot, taki kotek, który tylko cze­kał, by się do kogoś przy­tu­lić. Jed­nak pra­wie wszy­scy w oko­licy byli już uod­por­nieni na Fazę Pierw­szą, więc nic nam nie gro­ziło. Kotek szybko zna­lazł żywi­ciela i wsą­czył się w jego nogę. Temu nie można było zara­dzić.

– Czy to ktoś nie­szcze­piony? – roz­le­gły się głosy w kolejce – Łazi taki jeden z dru­gim i zakaża innych.

– Pew­nie chciał zostać pro­fe­so­rem – odpo­wie­dział inny głos – No i się doigrał.

– Nie mogę się docze­kać – roz­ma­rzył się Galen – kiedy wresz­cie uda im się wyod­ręb­nić czyn­nik aktywny z wirusa. Jeśli tego nie zro­bią, ja na pewno się tym zajmę. Żałuję, że nie zacho­ro­wa­łem. Mógł­bym roz­wi­nąć swoją karierę naukową, doko­nać cudów. A tak? Co robić.

Oka­zało się, że Hex nie wszystko z tego rozu­mie. Fak­tycz­nie, w ciągu ostat­nich tygo­dni wypadki toczyły się z szyb­ko­ścią fluk­tu­acji kwan­to­wych. Stre­ści­łem mu więc pokrótce prze­bieg dra­ma­tycz­nych wyda­rzeń.

Na początku 2020 roku ludz­kość zmie­rzyła się z nowym wiru­sem i wygrała, przy­po­mnia­łem. Ledwo z nim sobie pora­dzi­li­śmy, kiedy zawi­tało do nas nowe świń­stwo, i to wyjąt­kowo zja­dliwe. Wybu­chła pan­de­mia, ponie­waż sprzy­jał jej długi okres zaraź­li­wo­ści i brak stan­dar­do­wych obja­wów. Oglą­da­łeś film Jestem Bogiem?

– Oczy­wi­ście – zapew­nił Hex – Oglą­dam wszystko, co doty­czy nar­ko­ty­ków.

Zau­wa­ży­łem, że Galen spoj­rzał na niego z wyraź­nym uzna­niem.

Otóż wirus – kon­ty­nu­owałem – przez całe tygo­dnie ata­ko­wał i prze­no­sił się mię­dzy ludźmi w spo­sób cał­ko­wi­cie nie­zau­wa­żalny. Nie dość tego, pierw­sze objawy, jakie zaczęły masowo wystę­po­wać, były tak nie­co­dzienne, że nikt nie wią­zał ich z żad­nym czyn­ni­kiem cho­ro­bo­twór­czym. To tak zwane zaka­że­nie latentne, czyli uta­jone. Genom wirusa jest obecny w komórce, lecz nie wytwa­rza potom­nych wirio­nów, więc komórka nie jest nisz­czona ani nie wystę­pują objawy cho­ro­bowe. Jed­nak przez cały czas pro­du­ko­wane są pewne kodo­wane przez wirusy związki che­miczne. Tak się dzieje na przy­kład u ade­no­wi­ru­sów. Wirusy chro­nione są w ten spo­sób przed dzia­ła­niem układu immu­no­lo­gicz­nego i jest to rodzaj stra­te­gii, umoż­li­wia­ją­cej pozosta­nie w komór­kach gospo­da­rza przez długi czas, nawet całe życie.

Hex ziew­nął zna­cząco.

Cho­dzi mi o to – zauwa­żyłem – że te uboczne związki pro­du­ko­wane przez nie­wi­docz­nego wirusa zaczęły u zara­żo­nych dawać taki efekt, jaki dawał osła­wiony enzit, sub­stan­cja NZT-48 ze wspo­mnia­nego filmu: nagły, per­ma­nentny wzrost inte­li­gen­cji i jasno­ści umy­słu. W pew­nej chwili na świe­cie zaczęli się masowo poja­wiać geniu­sze i nikt nie wie­dział, jaka jest tego przy­czyna.

– To musi być jakaś dziwna muta­cja – zauwa­żył Hex – W fil­mach wirus zawsze prze­mie­nia ludzi w żywych i głod­nych umar­la­ków. Nigdy w kogoś mądrego.

– Tak – odrze­kłem, siląc się na powagę – Ale wła­śnie ten prze­mie­nił wszyst­kich w geniu­szy!

– Nie wszyst­kich – wtrą­cił Galen.

– Za chwilę do tego dojdę – zapew­ni­łem – Pod wpły­wem róż­nych czyn­ni­ków wirusy mogą się reak­ty­wo­wać, przecho­dząc do aktyw­no­ści cyto­li­tycz­nej, czyli ujaw­nia­jąc się w kla­syczny, mor­der­czy spo­sób: nisz­czą komórki żywi­ciela. Nastę­puje nie­po­ha­mo­wana repli­ka­cja wirusa. I tak się wła­śnie stało. Kiedy ty sobie, drogi Hexie, oglą­da­łeś ciem­ność wła­snej duszy, w naszym świe­cie oka­zało się, że po czte­rech tygo­dniach od zaka­że­nia u ofiar poja­wiają się gigan­tyczne bóle głowy zakoń­czone wido­wi­sko­wym roze­rwa­niem tka­nek, z wyrzu­ce­niem w powie­trze tak zwa­nych zarod­ni­ków. Po pro­stu ludziom zaczęły eks­plo­do­wać głowy!

Galen roze­śmiał się.

– Mówi­li­śmy wtedy, że to był wybu­chowy gość albo że się roze­rwał.

– Widzia­łem po dro­dze – zapew­nił Hex – Ale chyba nie wszy­scy zara­żeni sta­wali się inte­li­gentni?

– Oczy­wi­ście – zgo­dzi­łem się – Jak zawsze, mogli­śmy zaob­ser­wo­wać w popu­la­cji zróż­ni­co­wane spek­trum reak­cji. Byli też tacy, któ­rzy sami się ocho­czo zara­żali, chcąc jesz­cze przed śmier­cią czymś przed zna­jo­mymi zabły­snąć, co nie­rzadko koń­czyło się rap­towną zmianą stylu życia. Nie­stety wybu­chali wszy­scy bez wyjątku: naukowcy, dre­sia­rze, duchowni i kobiety w ciąży. Mie­li­śmy do czy­nie­nia z dłu­gim i bez­ob­ja­wo­wym okre­sem zara­ża­nia, co dało gigan­tyczne ilo­ści zaka­żo­nych, a potem nie­po­ha­mo­wane fale zgo­nów. Śmier­tel­ność była duża i nie oszczę­dzała nikogo. Dodat­kowo poja­wiła się fala apop­toz, czyli samo­ist­nych samo­bójstw. Otóż pod wpły­wem pew­nych zmian komórki mają moż­li­wość ini­cjo­wa­nia samo­de­struk­cji, apop­tozy, w celu zapo­bie­gnię­cia wytwa­rza­nia potom­nych czą­stek wiru­so­wych. Forma roz­pacz­li­wej samo­obrony orga­nizmu.

Pan­de­mia uru­cho­miła dwo­ja­kie dzia­ła­nia: poszu­ki­wa­nie lekar­stwa na tajem­ni­czego wirusa i oczy­wi­ście próbę wyizo­lo­wa­nia czyn­nika zwięk­sza­ją­cego inte­li­gen­cję. Czyn­nik ten został ozna­czony jako 4LG-3R-0. Ktoś inte­li­gentny szybko zauwa­żył, że jeśli odczy­tamy 0 jako „none”, czyli żaden, to nazwa wirusa zabrzmi wtedy jak ALGERNON. I taka się przy­jęła. O wiru­sie zaczęto mówić Alger­non.

Nau­kowcy szu­kali szcze­pionki, ale też badali, jakie sub­stan­cje powo­dują wzrost inte­li­gen­cji. Oczy­wi­ście zain­te­re­so­wane było woj­sko. Są podej­rze­nia, że woj­sko spe­cjal­nie zara­żało naukow­ców, żeby w taj­nych labo­ra­to­riach mogli dać z sie­bie wszystko, zanim umrą. Ponoć gdzieś jesz­cze ist­nieją rzą­dowe obozy pracy, a por­wa­nia naukow­ców trwają w naj­lep­sze. Dla­tego musimy się mieć na bacz­no­ści!

Rozej­rze­li­śmy się podejrz­li­wie dookoła. Tym­cza­sem kolejka prze­su­nęła się o następny metr.

Kon­ty­nu­owa­łem:

Jak było do prze­wi­dze­nia, zgod­nie z zasa­dami sta­ty­styki, pewne jed­nostki oka­zały się odporne na wirusa: nie zyski­wały na inte­li­gen­cji, ale też nie umie­rały, tak jakby w ogóle cho­roba ich nie doty­czyła. Jed­nym z takich szczę­śliw­ców oka­zał się obecny tutaj kolega Galen. Opo­wiedz, Galen, co się tobie przy­da­rzyło.

– No cóż – zamy­ślił się Galen – Szybko zosta­łem zlo­ka­li­zo­wany i skie­ro­wany na bada­nia do przy­chodni. A tak naprawdę por­wało mnie woj­sko do taj­nego ośrodka pod zie­mią, takiego jak w fil­mie Andro­meda zna­czy śmierć. Spo­tka­łem tam dzie­siątki ludzi podob­nych do mnie, czyli odpor­nych, zebra­nych z całego kraju. Po dłu­gich, żmud­nych i dro­bia­zgo­wych, lecz sku­tecz­nych bada­niach, o dziwo pozba­wio­nych (jak się oka­zało – nie­ko­niecz­nej) prze­mocy, naukowcy odkryli, w czym rzecz. Oka­zało się, że mój orga­nizm wytwo­rzył w sobie wysoce nie­sprzy­ja­jące wiru­sowi śro­do­wi­sko bio­che­miczne. Ura­to­wało mnie moje łysie­nie, bez­sen­ność i tanie wino, no i namięt­ność do mig­da­łów. Codzien­nie wcie­ra­łem sobie w skórę czaszki maść hor­mo­nalną na łysie­nie. Ona zaś pod wpły­wem rita­liny, którą bra­łem na sen (z domieszką hia­lu­ro­ni­dazy uła­twia­ją­cej prze­do­sta­wa­nie się lekar­stwa do naczyń krwio­no­śnych), two­rzyła pewien aktywny kom­pleks, akty­wo­wany z udzia­łem kata­li­za­tora związ­ków cyjanku z siarką rodan­ków. Te pocho­dziły w ilo­ściach śla­do­wych, lecz wystar­cza­ją­cych, z gorz­kich mig­da­łów, a siarka brała się z sub­stan­cji sto­so­wa­nej w fabryce do dezyn­sek­cji, i dosta­wała się do emul­sji, w któ­rej moczono mig­dały przed wło­że­niem do pieca. Po osią­gnię­ciu tem­pe­ra­tury kar­me­li­za­cji cukru cyjanki mig­da­łów łączyły się z siarką w rodan. Dru­gim zaś kata­li­za­to­rem były wolne jony siar­kowe z taniego wina, jakie z lubo­ścią popi­ja­łem w pew­nym nie­wy­szu­ka­nym towa­rzy­stwie.

– Spo­koj­nie – rze­kłem do Hexa, widząc jego zbo­lałą minę – To prze­cież che­mik. On w ten spo­sób nor­mal­nie myśli, na co dzień i przy jedze­niu.

– Oczy­wi­ście w przy­pad­kach innych ludzi – kon­ty­nu­ował Galen – śro­do­wi­sko bio­che­miczne ich orga­ni­zmów mogło się brać z innych oko­licz­no­ści. Na przy­kład ktoś nie pił siar­ko­wa­nego wina, ale za to brał kąpiele lecz­ni­cze w źró­dłach z wodą nasy­coną jonami siarki. Albo łykał pli­ma­sinę na astmę. Albo coś na katar. Po odkry­ciu tej bio­che­micz­nej zupy naukowcy szybko opra­co­wali szcze­pionkę wspo­ma­ganą far­ma­ko­lo­gicz­nie, no i dla­tego ludzie już nie wybu­chają.

Kolejka prze­su­nęła się o następny metr, a za oknem jak na zawo­ła­nie usły­sze­li­śmy odgłos pęka­ją­cej głowy i świst roz­py­la­nych zarod­ni­ków.

– Zaw­sze trafi się ktoś taki – oce­ni­łem – Ludzie się nie szcze­pią, nie myją rąk, nie prze­strze­gają pro­ce­dur.

– No ale prze­cież Galen nie jest łysy – zauwa­żył przy­tom­nie Hex.

– To pro­ste – wyja­śnił Galen – Jako ten, który przy­czy­nił się do wyna­le­zie­nia lekar­stwa, zyska­łem pewien roz­głos. Napi­sa­łem książkę, otwo­rzy­łem kanał stre­amin­gowy o ente­oge­nach. Po zaro­bie­niu kupy forsy sfi­nan­so­wa­łem sobie nowe włosy. Zaczą­łem też dobrze sypiać i nie piję już taniego siar­ko­wa­nego wina, a tylko trunki z odpo­wiednim bukie­tem aro­ma­tów.

– Skoro masz odpor­ność na wirusa – zdzi­wił się Hex – to dla­czego cze­kasz w kolejce na zaszcze­pie­nie?

Galen roz­dzia­wił usta, jakby chciał coś z sie­bie wyrzu­cić, a wtedy do pocze­kalni wto­czył się kotek. Naprawdę tak wyglą­dał: puchaty, czarny, nie­zdarny kłę­bu­szek. Prze­ta­czał się mię­dzy ludźmi, usi­łu­jąc do kogoś przy­lgnąć. Jedni go odtrą­cali, inni nie zwra­cali uwagi. W końcu nie­zau­wa­że­nie wsą­czył się w kogoś sto­ją­cego w kolejce.

Świeżo zaka­żona kobieta zaklęła pod nosem i na tym się skoń­czyło.

– Nic jej nie będzie? – zapy­tał Hex.

– Prze­cież za chwilę się zaszczepi – wyja­śniłem – Alger­non, podob­nie jak wirus wście­kli­zny, potrze­buje kilku tygo­dni, żeby dotrzeć do mózgu, a wykształ­ce­nie odpo­wie­dzi immu­no­lo­gicz­nej wymaga paru dni, więc w tym wypadku można się szcze­pić po zaka­że­niu.

Kolejka prze­su­nęła się o następny kawa­łek.

Galen spoj­rzał na Hexa jak na kosmitę.

– To twoje pierw­sze szcze­pie­nie?

– Tak – przy­znał Hex.

– Więc albo jesteś odporny, albo już masz wirusa w sobie i nie­ba­wem eks­plo­du­jesz.

– Hex nie wygląda na inte­li­gent­nego – stwier­dzi­łem, a Galen przy­znał mi rację – To musi być odpor­ność. Pijesz tanie wino czy kąpiesz się w siarce?

Hex powie­dział tylko: ha, ha, ha, ale śmieszne, i poka­zał amu­let na swo­jej piersi.

– Chro­nią mnie spe­cjalne, potężne zaklę­cia. A i tak prze­strze­gam zale­ceń kwa­ran­tanny. Jako mag jestem reali­stą i racjo­na­li­stą, dezyn­fe­kuję ręce i zacho­wuję odpo­wiedni dystans.

Galen zna­cząco wes­tchnął.

– Opo­wiem ci jesz­cze o Dru­giej Fazie – powie­działem do Hexa – Otóż dzięki szcze­pionce Pierw­szej Fazy i lekar­stwom wspo­ma­ga­ją­cym bar­dzo szybko udało się epi­de­mię wyga­sić. Nie było nowych zaka­żeń, ludzie już nie wybu­chali, oczy­wi­ście z wyjąt­kiem tych, któ­rzy znaj­do­wali się w sta­nie ter­mi­nal­nym. Nadal cho­dzą jesz­cze po uli­cach, lecz za tydzień nie będzie po nich śladu. Nie możemy im pomóc. Nie­stety po dokład­niejszych bada­niach oka­zało się, że wirus na­dal zaraża. Tylko że prze­cho­dzi w stan hiber­na­cji. To są wła­śnie te kotki wałę­sa­jące się po uli­cach. Prak­tycz­nie każdy z nas ma w sobie jed­nego albo kilka z nich. Kociaki zara­żają, lecz nie wywo­łują cho­roby. Wcho­dzą w ludzi w taki ete­ryczny spo­sób, że nie spo­sób temu zapo­biec.

– Ja powiem tak – ode­zwał się Galen – Wirus muto­wał pod wpły­wem szcze­pionki pierw­szej gene­ra­cji, wytwo­rzył te cho­lerne kotki, które wcho­dziły w ludzi i osa­dzały się w orga­nizmie jak grzyb­nia, jakaś forma prze­trwal­nika. Więc wytwo­rzy­li­śmy nową szcze­pionkę. I to jest wła­śnie druga fala szcze­pień. Kiedy się zaszcze­pimy, kotki, które mamy w sobie, umrą, a wła­ści­wie ule­gną roz­pusz­cze­niu bądź pożar­ciu przez sys­tem immu­no­lo­giczny, albo też uciekną z żywi­ciela. Dzięki dru­giej szcze­pionce zostaje stwo­rzone bar­dzo nie­sprzy­ja­jące śro­do­wi­sko dla prze­trwal­ni­ków.

– Wła­śnie – doda­łem – Nau­kowcy boją się, że forma prze­trwal­ni­kowa po pew­nym cza­sie się akty­wuje. Musimy więc to cho­ler­stwo wyrzu­cić z naszych orga­ni­zmów.

Zza okna znowu dobie­gły hałasy. Dla odmiany była to mani­fe­sta­cja.

– To te świry z AI! – krzyk­nął ktoś w kolejce – Wyno­ście się, oszo­łomy! Już was tutaj nie ma!

Inni kolej­ko­wi­cze też zaczęli wygra­żać mani­fe­stan­tom.

– Zwo­len­nicy wirusa? – zdzi­wił się Hex – AI ozna­cza sztuczną inte­li­gen­cję!

– AI to Amne­sty Inter­na­tio­nal – wyja­śniłem – Obrońcy wirusa twier­dzą, że tak zwane kotki są dobre i należy się z nimi poro­zu­mieć, bo to świa­dome istoty, które przy­były z kosmosu i chcą naszego dobra. A że w Pierw­szej Fazie oka­za­li­śmy się nie­od­porni, to już nie ich wina. One chciały nam dać nie­ogra­ni­czoną inte­li­gen­cję i z pew­no­ścią do tego doj­dzie w dru­giej fazie. Nazwali swoją akcję Kwiaty dla Alger­nona. Uwa­żają, że kotki obda­rują nas potęż­nymi Mocami.

– Jest też Kościół Psy­cho­de­li­czego Kota! – dodał ktoś z kolejki.

– W isto­cie – potwier­dzi­łem – Kościół ten głosi, że puchate kłębki wirusa to PRAWDZIWE koty Schrödin­gera. Czyli nie­ozna­czo­no­ści kwan­towe wynie­sione do widzial­nej dla nas formy. Hasłem sztan­da­ro­wym kościoła jest „Mieć ciastko i zjeść ciastko”. A kotki są według nich jed­no­cze­śnie żywe i mar­twe.

– Czy­sty obłęd! – krzyk­nął Hex – Dla mnie to raczej mani­fe­sta­cje stwo­rów z filmu Grem­linsy albo Crit­tersi. Skąd to przy­było? Z Kosmosu?

Ludzie z kolejki ocho­czo zaczęli poda­wać swoje wer­sje zda­rzeń: zaka­zane eks­pe­ry­menty, nowa broń bio­lo­giczna, strefa 51, depo­pu­la­cja, natu­ralna muta­cja, kara boża, kar­ma…

Galen miał jed­nak swoją wła­sną teo­rię – To wina tych, któ­rzy nisz­czą śro­do­wi­sko natu­ralne. Popa­trz­cie, co się dzieje! Prze­ło­wione i zaśmie­cone morza. Zady­mione powie­trze, wyja­ło­wiona zie­mia. Naru­szona rów­no­waga, eko­sys­tem kom­plet­nie roz­re­gu­lo­wany. Wirusy mutują i ata­kują kogo? Naj­więk­szego szkod­nika! Oto samo­re­gu­la­cja! Ludzie zostaną zdzie­siąt­ko­wani na wła­sne życze­nie!

– Nie­prawda! – krzyk­nął ktoś za oknem – Kotki to dobre, żywe istoty z kosmosu! Przy­łącz­cie się do Kwia­tów dla Alger­nona!

– Bzdura! – odciął się Galen – Wirusy są mar­twe, choć zacho­wują się jak żywe! Podob­nie jak moja była żona!

Tym­cza­sem Hex spraw­dzał coś w Inter­ne­cie.

– Wie­cie, że Galen po szwedzku zna­czy sza­lony, obłą­kany? Przy­pa­dek? Nie sądzę!

– Coś w ty jest – zaśmia­łem się – Pamię­tam hor­ror, w któ­rym pewien obłą­kany apte­karz likwi­duje za pomocą tru­ci­zny ludzi nisz­czących śro­do­wi­sko. To jak ulał pasuje do cie­bie, Galen.

– Jak jesteś taki mądry – Galen zwró­cił się do Hexa – to powiedz mi, na czym pole­gają twoje czary w walce z wiru­sem. Bar­dzo mnie to inte­re­suje jako naukowca.

– Nic trud­nego – rzekł Hex – Przede wszyst­kim, prze­strze­gam zale­ca­nych pro­ce­dur, ponie­waż wie­rzę w naukę. Wcho­dząc w magiczny trans, pra­cuję z sys­te­mem odpor­no­ścio­wym, neu­ro­tran­smi­te­rami i mikro­florą orga­nizmu, żeby moja wewnętrzna bio­che­mia wie­działa, na co się przy­go­to­wać i jak wal­czyć.

– Rozma­wiasz z neu­ro­tran­smi­te­rami? – Galen z wra­że­nia pra­wie uniósł się w powie­trze.

– To jesz­cze nic! – Hex wyraź­nie się roz­pro­mie­nił – Skon­stru­owa­łem spe­cjalny, wir­tu­alny Byt anty­wi­ru­sowy. Chroni przed zaka­że­niem, ale też pomaga w wyzdro­wie­niu. Jesteś bioche­mi­kiem, więc wyjaśnię tak: wirus podłą­cza się do komórki przez jej błonę komór­kową i wstrzy­kuje swój RNA, nad­pi­su­jąc kod komórki, co każe jej, zamiast dotych­cza­so­wej dzia­łal­no­ści, pro­du­ko­wać kopie wirusa. Zga­dza się?

– Z grub­sza – wybą­kał Galen.

– No wła­śnie. A mój Byt działa w ten spo­sób, że wytwa­rza barierę ochronną dookoła komórki i aktyw­nie ata­kuje wirusa, wstrzy­ku­jąc się w jego łań­cuch biał­kowy i zmie­nia­jąc jego RNA w nie­szko­dliwy kod. Jako urzą­dze­nie dzia­ła­jące zgod­nie z pra­wami natury Byt potrze­buje ener­gii, zasi­lany jest więc przez samego wirusa. Akty­wuje się, kiedy poja­wia się wirus, i karmi się, poże­ra­jąc go.

– O czym my w ogóle mówimy? – Galen roz­ło­żył ręce – Chciał­bym mieć dostęp do takiej tech­no­lo­gii! Gdzie masz to urzą­dze­nie?

Hex wska­zał na amu­let wiszący na jego piersi.

– Prze­cho­wuję je tutaj. W tym sym­bolu gra­ficz­nym zwa­nym sigi­lem. Jed­nak i tak jest już zin­te­gro­wany z moim sys­te­mem odpor­no­ścio­wym i rezy­duje w ciele.

Galen zro­bił dziwną minę. Zro­zu­mia­łem, że zasta­na­wia się, skąd ja znam Hexa i co mnie z nim łączy.

Tym­cza­sem kolejka prze­su­nęła się o krok. Nagle wybu­chło jakieś zamie­sza­nie. Ludzie zaczęli się roz­stę­po­wać.

– Szcze­pionka działa! – krzyk­nął ktoś z początku kolejki – Te cho­ler­stwa zaczy­nają z nas ucie­kać!

Fak­tycz­nie. Ujrze­li­śmy, jak z kilku osób wydo­by­wają się czarne puchate obłoczki, najwyraź­niej ucie­ka­jące przed nie­go­ścin­nym, tok­sycz­nym dla nich śro­do­wi­skiem dotych­cza­so­wych gospo­da­rzy. Jed­nak naj­więk­sze zamie­sza­nie trwało na zewnątrz. Przez ulicę prze­ta­czał się tłum wiwa­tu­ją­cych ludzi, a obok nich tabuny zdez­o­rien­to­wa­nych kot­ków. A potem wyda­rzyło się coś bar­dzo dziw­nego.

Jeden z bied­nych, wyrzu­co­nych obłocz­ków pod­biegł nie­śmiało do Galena. Pomi­ział go w nogę, a potem się w nią wsą­czył. Rap­tow­nie wszyst­kie pozo­stałe w pocze­kalni kotki oży­wiły się, rusza­jąc w jego stronę.

– Co się dzieje? – Galen był wyraź­nie prze­stra­szony – Dla­czego one do mnie idą?

Patrzy­li­śmy jak onie­miali, bo nie mogli­śmy nic zro­bić. Wie­dzie­li­śmy, że nie można ich znisz­czyć żadną bro­nią, bo to tak, jakby pró­bo­wać zabić powie­trze. Po pro­stu były wszę­dzie. I wła­śnie zaczęły się masowo kon­den­so­wać wokół Galena. Bie­dak stał na środku pocze­kalni oto­czony wiru­jącą czarną chmurą wirusa. Kotki przy­mi­lały się do niego, a potem wni­kały przez nogi do wnę­trza orga­nizmu.

– To ten gość! – krzyk­nął ktoś z kolejki – Ten, co nie cho­ro­wał, ten odporny!

– Ale dla­czego? – wydu­sił Galen, pró­bu­jąc bez­sku­tecz­nie opę­dzić się od kot­ków – Dla­czego one wcho­dzą we mnie, zamiast wycho­dzić?

Zaczęło do mnie docie­rać, że prze­cież tak naprawdę Galen w ogóle nie został zaszcze­piony! Na początku był odporny, a potem zmie­nił tryb życia: nie brał już hor­mo­nów, zaczął dobrze sypiać i prze­stał pić tanie wino! Kotki poczuły nagle, że to jest jedyny nie­za­truty che­micz­nie żywi­ciel w oko­licy! Ich exo­dus to ucieczka z jało­wych tere­nów do jedy­nego żyznego śro­do­wi­ska!

Tego tylko bra­ko­wało! Oble­piły bie­daka, zmie­nia­jąc go w się­ga­jącą sufitu, pul­su­jącą czarną chmurę. Galen z roz­pacz­li­wym krzy­kiem wybiegł z przy­chodni, ale wtedy kotki z oko­licy bły­ska­wicz­nie wyczuły jego obec­ność. Ścią­gały ku niemu ze wszyst­kich stron, a czarna chmura potęż­niała. To nie był już Galen, jakiego zna­li­śmy. To był jakiś kosmiczny potwór! Naj­wi­docz­niej wpadł w panikę, bo biegł na oślep, cał­ko­wi­cie bez sensu, bez planu, byle ucie­kać…

Pobie­gli­śmy za nim, ja i Hex.

Galen był sunącą po ziemi czarną chmurą o gigan­tycz­nych roz­mia­rach.

Szybko oka­zało się, że nie­szczę­śnik zmie­rza pro­sto w kie­runku cmen­ta­rza.

O co mu cho­dzi? – zasta­na­wiałem się – Czy on może jesz­cze racjo­nal­nie myśleć?

– Ponoć pod cmen­ta­rzem znaj­dują się jakieś stare podzie­mia – zauwa­żył zdy­szany Hex – I cią­gną się w głąb ziemi.

– Skąd to wiesz? – też ledwo dys­za­łem.

– Mam swoje źró­dła. Te kotki prze­do­stały się z innego wymiaru, z Kadath, albo z podob­nej cze­lu­ści. To są orga­nizmy paso­ży­tu­jące na Sta­rych Bogach, Przed­wiecz­nych. Dawały się we znaki już Dago­nowi i Cthulhu, a Yog Sothoth pró­bo­wał je prze­kląć, ale mu się to nie udało!

Zmierz­chało, więc zaopa­trzy­li­śmy się w pochod­nie i zaczę­li­śmy scho­dzić w podzie­mia pod cmen­ta­rzem.

Rzecz, która była ongiś Gale­nem, znik­nęła w cze­lu­ściach, ale czu­li­śmy wyraź­nie woń posi­la­ją­cych się nim kot­ków.

– Musimy wytro­pić i ura­to­wać albo zabić naszego przy­ja­ciela, który gdzieś tam jest, albo to, co z niego zostało. W co się zmie­nił. Czy czary pomogą, drogi Hexie? Czy zdo­łamy poko­nać te mor­der­cze istoty?

– Wezwę na pomoc sta­ro­żytną Bogi­nię Prze­strzeni Siy­Phe Dhja­lMo! – oznaj­mił Hex, ści­ska­jąc w jed­nej dłoni pochod­nię, a w dru­giej swój amu­let – Tylko ona może nas ochro­nić przed Cthulhu i jego pobra­tym­cami! Ona jest star­sza niż Przed­wieczni Bogo­wie, pier­wotna i zawarta w powie­trzu!

Zaczął mam­ro­tać potężne zaklę­cia i zszedł do pod­ziemi.

A potem dobie­gały mnie już tylko ciche, mono­tonne śpiewy: Lä Lä Sigu­rath, Ainal­hin Fern­dokk, Lä Lä! Nie był to jed­nak głos Hexa!

Nie­spo­dzie­wa­nie poja­wiła się poli­cja zaalar­mo­wana przez wścib­skie bab­cie, że niby ktoś z pochod­niami nisz­czy groby i odpra­wia bluź­nier­cze rytu­ały ku czci mrocz­nych bóstw z otch­łani. Zgar­nęli mnie i odsta­wili na tutej­szy poste­ru­nek. No i sie­dzę na pry­czy z wysta­ją­cymi gwo­ździami, cze­ka­jąc na adwo­kata.

Co będzie dalej? Czy Hex pokona mor­der­cze kotki z Kadath? Czy Galen zosta­nie oca­lony, odzy­ska zdro­wie i wróci do taniego siar­ko­wa­nego wina?

A ja? Czy zostanę unie­win­niony z zarzu­tów o roz­ko­py­wa­nie gro­bów?

Doprawdy nie wiem.

Jedyne słowa, jakie same cisną mi się w tej chwili na usta to Lä Lä Sigu­rath, Ainal­hin Fern­dokk, Lä Lä!

 

 

Koniec

Komentarze

Rzekłabym, że debiut nader udany :) Dla formalności jednak do kilku rzeczy się przyczepię.

 

Po pierwsze, interpunkcja w dialogach wymaga dopracowania, np.:

A taki był mądry – mruknął mój kumpel Hex.

^ W wielu miejscach gubisz rozpoczynające wypowiedź półpauzy. Zwłaszcza zdarza Ci się to w przypadku bohatera, który jest narratorem – co prawda ciągnięta przez niego opowieść w wielu miejscach mogłaby być po prostu włączona do narracji, ale raczej nie w sytuacji, kiedy dodajesz didaskalia typu “ciągnąłem dalej”. Albo kiedy w trakcie pojawia się bezpośrednie pytanie do innego bohatera (np.: “Oglądałeś film Jestem Bogiem?”)

– Coś tam wiem – mruknął Hex – Byłem daleko…

^ Prawidłowo powinna być kropka:

– Coś tam wiem – mruknął Hex. – Byłem daleko…

– Owszem – Hex przesunął się o krok, podążając za kolejką – W ciemności…

^ A tu powinny być już dwie kropki:

– Owszem. – Hex przesunął się o krok, podążając za kolejką. – W ciemności…

Mam też pewne wątpliwości co do stosowania w dialogach nawiasów, ale w tym temacie się nie wypowiem, bo właściwie nie wiem, jak to z nawiasami jest. Osobiście bym unikała i tyle.

Ogólnie rzecz biorąc, pod względem interpunkcji zapis dialogów jest dość skomplikowany, więc sugerowałabym się zagłębić w jakiś poradnik traktujący o tym zagadnieniu (osobiście polecam poradnik na fantazmaty.pl – mi bardzo swego czasu rozjaśnił w głowie).

 

Mówiąc krótko, był krypto narkomanem.

Pewności co do poprawności tego nie mam, ale raczej zapisałabym “kryptonarkomanem” razem.

 

…drogie Hexie…

W tym wypadku, kiedy bohater zwraca się do drugiego, powinno być “Heksie”. Gdzieś pod koniec drugi raz jest ten sam błąd.

Odmiana wyrazów obcego pochodzenia też jest dość interesującym zagadnieniem, również proponuję zagłębić się w temat.

 

(…) i oczywiście próbę wyizolowania czynnika zwiększającego inteligencję. (…) Ktoś inteligentny szybko zauważył…

Powtórzenie.

 

(…) aktywowany z udziałem katalizatora związków cyjanku z siarką rodanków.

Po “siarce” bezwzględnie powinien być przecinek, żeby zdanie było zrozumiałe. Generalnie w kilku miejscach Ci tych przecinków zabrakło, ale tego się już nie czepiam, bo nie było to bardzo rażące – ale tutaj koniecznie.

 

(…) siarka brała się z substancji stosowanej w fabryce do dezynsekcji i dostawała się do emulsji…

Tutaj może lepiej byłoby “z substancji stosowanej w fabryce do dezynsekcji, dostającej się do emulsji”, bo przypuszczam, że jednak do emulsji dostawała się substancja, a nie sama siarka, jak to obecnie wynika z kontekstu?

Nawiasem, już tak tylko pro forma – na pewno chodzi o dezynsekcję, czy jednak dezynfekcję (wybacz, zboczenie zootechniczne)?

 

Po odkryciu tej biochemicznej zupy naukowcy szybko opracowali szczepionkę…

I znów zootechnik dochodzi do głosu… Mianowicie: szczepionka zawiera antygeny i prowadzi do wytworzenia przeciwciał, a więc odporności swoistej czynnej. Z kolei substancje tworzące specyficzne środowisko w organizmie, uniemożliwiające rozwój patogenów, zaliczyłabym już do odporności nieswoistej biernej.

Zresztą, klasyfikacja nie jest tu istotna – chodzi mi tylko o to, że to, co nazwałeś w tekście szczepionką, w istocie nią nie jest. Z punktu widzenia czytelnika w kontekście odbioru całości może nie jest to bardzo krzywdzącym przekłamaniem, ale skoro mamy do czynienia z naukowcami (zalewającymi nas zresztą “naukowym bełkotem”), to jednak wypadałoby zwrócić na to uwagę ;)

 

One chciały nam dać nieograniczoną inteligencję i z pewnością do tego dojdzie w drugiej fazie.

Przez cały tekst przewijają się fazy zapisywane wielkimi literami, więc tu chyba trzeba poprawić.

 

Dla mnie to raczej manifestacja stworów z filmu Gremlinsy albo Crittersi.

Albo “Gremliny/Crittery”, albo “Gremlins/Critters”. Albo “Gremliny/Critters”, stosując się do polskich tytułów wspomnianych filmów.

 

Ludzie z kolejki ochoczo zaczęli podawać swoje wersje zdarzeń: zakazane eksperymenty, nowa broń biologiczna, strefa 51…

Strefa 51 również powinna być z wielkiej litery raczej, bo to jednak nazwa własna.

 

– Coś w ty jest – zaśmiałem się…

Zjadłeś końcówkę “w tym”. A no i po “zaśmiałem się” też brakuje kropki.

 

Pomiział go w nogę…

Ale że się ocierał jak kot, tak? Bo “pomizianie” mi się raczej kojarzy z pogłaskaniem czegoś, a nie z otarciem się.

 

Czy zostanę uniewinniony z zarzutów o rozkopywanie grobów?

Raczej “oczyszczony z zarzutu rozkopywania grobów”.

 

A tak nawiasem jeszcze, słowa “piosenki”, które przewijając się na końcu dwukrotnie, powinny być ujęte w cudzysłów.

 

 

Dobra, koniec tego wytykania. Generalnie bardzo dobry styl (choć interpunkcja do dopracowania, jak już wspominałam) i ciekawy pomysł… Choć szczerze powiedziawszy, ten “naukowy bełkot” trochę ciężkawy – w pewnym momencie zalewasz czytelnika taką dawką informacji, że mózg paruje. Osobiście mi to nie przeszkadza, bo z racji wykształcenia jestem obeznana w temacie i rozumiem to, co chcesz przekazać, ale przeciętny czytelnik może mieć z tym problem, co może trochę zniechęcić. Niemniej ogólnie język dość płynny i przyjemnie się czyta.

No i piękne nawiązania do klasyki! Doceniam, pochwalam, szanuję :)

Momentami ciężko się czytało przez natłok informacji i język dość specjalistyczny, ale ogólnie jestem zadowolona z lektury. Jak już mówiłam, niezły debiut :)

Spodziewaj się niespodziewanego

Bardzo Ci jestem wdzięczny, Nano, za wszystkie uwagi. Są jak najbardziej trafne. Przyznaję się do ogromnej nonszalancji, a jedynym usprawiedliwieniem może być tylko to, że bujałem w obłokach wyobraźni. Podziwiam Twoją skrupulatność i wnikliwość. Z pewnością przestudiuję poradnik na Fantazmatach i pouczę się na własnych błędach. “Krypto narkoman” to oczywiście przeoczenie, podobnie jak “druga faza” czy “strefa 51” i inne. Wstyd! Poza tym:

Jeśli chodzi o odmianę nazwiska Hex, to jakoś nie pasowało mi mówić o Heksie, bo kojarzyło się to z keksem, a przecież hex znaczy urok, czar, więc powinno wyglądać bardziej magicznie.

Powtórzenie z inteligencją było akurat zamierzone.

Mizianie rozumiem nie tylko jako głaskanie, ale także jako dotyk (zgodnie ze słownikiem), a poza tym mizianie jest bardzo kocie.

W przypadku dezynsekcji chodziło właśnie o nią. W ogóle cały motyw z siarką, łysieniem, ritaliną, bezsennością i siarkowanym winem jest nawiązaniem do pewnej bardzo fajnej powieści, której tytuł jest dyskretnie podany w opowiadaniu.

Natomiast niekonsekwencja dotycząca biochemicznej zupy / szczepionki to jak najbardziej moja wina. Oczywiście masz rację co do antyciał i tak dalej. W całej historii chodziło jednak o to, że zastosowano obie metody, to znaczy szczepienia, ale też farmakologię. Być może skracając tekst za dużo wyciąłem.

Cieszy mnie, że się dobrze bawiłaś, bo o to chodziło. Tak trzymaj!

 

Tytuł też wyłapałam, ale nie miałam przyjemności czytać, stąd nie wyłapałam nawiązań niestety :) Cieszę się, że trochę pomogłam :)

Spodziewaj się niespodziewanego

Widzę pomysł, mrugnięcie oczkiem do czytelnika i nawiązania do paru klasyków, ale cały tekst to praktycznie jedna scena – dialog w kolejce. W dodatku dialog, który przede wszystkim polega na wyjaśnieniu skąd się wzięła zaraza, szczepionki etc etc. – bardziej jak zapis, nieco zbeletryzowany, pomysłu na środowisko, otoczenie, w którym mogłoby się wydarzyć coś interesującego. Gdybyś o tym napisał.

 

Skręt w Lovecrafta taki trochę mocno nie klejący się z resztą zdał mię się. Moim zdaniem nie potrzebujesz go, wprowadzasz maga jako człeka oświeconego, łączącego światy mistycyzmu i nauki, a potem zjeżdżasz do paru żarcików o pasożycie, który dawał się nawet Wielkim Przedwiecznym we znaki.

 

Czytanie nie boli, styl jest, tylko ta konstrukcja tekstu – głównie prezentujesz pomysł na zjawisko, a nie historię, która się na tle tego zjawiska dzieje (tu: porwanie Galena przez kotki). Retrospekcyjna klamra ok.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Pomysł jest w porządku, ale dla mnie to jeden bardzo długi i źle zapisany dialog, streszczający/wprowadzający do jakiejś historii. No, niestety, to trochę za mało.

 

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

W sumie mi się podobało, bardzo fajny pomysł, kotki były niezłe :)

Szkoda tylko, że większość opka to rozmowa w kolejce. Fajniej by było trochę więcej pokazać.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Moi drodzy, PsychoFish, Anet, Irka_Luz, niestety macie rację. Za szybko skończyły mi się literki (24.000). Skracałem jak mogłem, nie zdążyłem wprowadzić akcji i skończyło się na długiej statycznej rozmowie w kolejce. Zamierzałem rozwinąć postać maga z jego rytuałami molekularnymi, pozwolić na dalszą ewolucję-mutację kotków i ich kontratak z cmentarnych podziemi. Chętnie bym też rozwinął wątek tajnych badań wojskowych, wątek pękających głów związanych ze wzrostem inteligencji i narkotyków, które lubił sobie aplikować Galen, czyli dodałbym dużo więcej akcji. Narkotyki miałyby interferować z biochemią kotków, co mogłoby się skończyć niezłą awanturą.

Jak widać, za dużo chciałem i za szybko, no i się rozjechało. Ale bardzo Wam dziękuję za trafne uwagi, bo faktycznie jest tak, jak piszecie. Jednak co pięć głów, to nie jedna. Z zewnątrz inaczej wszystko widać niż od środka. Wszystkie uwagi biorę sobie do serca i wyciągam z nich naukę na przyszłość.

Cieszę się, że przeczytaliście, z dającym nadzieję zadowoleniem.

 

Pomysł urzekł, ale sama akcja troszkę przegadana w kolejce. Podoba mi się wplecenie motywu zarazy i małe, ale zacne odwołanie do Lovecrafta. Mam nadzieję, że rozwiniesz ten pomysł już poza konkursem, bo świat w tej historii też jest bardzo ciekawy.

Bądź błogosławiona oidrin za te miłe słowa. Być może Tom Hex jeszcze się pojawi i dokończy dzieła.

Tekst jest w głównej mierze oparty na dialogu i przedstawieniu koncepcji, a nie akcji, co jest zabiegiem typowym dla weird – i chociaż mam wrażenie, że miałeś tu materiału na dużo więcej (i chciałeś to „dużo więcej” napisać), to jednak w obliczu limitu udało Ci się kompozycyjnie tę historię domknąć, a zatem świadczy to o kontroli języka.

Wylosowane hasło – mięciutka imigracja – stało się dla Ciebie punktem wyjścia do stworzenia naprawdę ciekawego settingu stanowiącego swoisty komentarz sytuacyjny. A że czasy mamy, jakie mamy, opowiadanie w moim odczuciu zadziałało dwa razy lepiej, niżbym miała przeczytać je przed lub po epidemii.

Myślę, że część czytelników może zrazić się ogromem terminologii biomedyczno-farmaceutycznej, dla mnie gruntowny research jest jednak wartością dodaną (choć nawet moim zdaniem miejscami przesadzałeś z tonem wykładowym – ale może tu chodzić o to, że znam zagadnienia, o których piszesz, dlatego tłumaczenie podstawowych pojęć wydało mi się niepotrzebne). Sprawnie lawirujesz odniesieniami do tekstów kultury, kreując lekką atmosferę absurdu, czyli dokładnie to, o co chodziło nam w tym konkursie.

Imigrację możemy potraktować tu dwojako: jako napływ kotków do naszego świata z Kadath, a także inwazję na organizm Galena. A że są zapewne tak mięciutkie, jak to uroczo przedstawiłeś, hasło konkursowe uważam za zrealizowane.

Język jest niezły, wartki i zabawny – rzuciły mi się w oczy szczegóły (głównie niekonsekwencja w sposobie zapisu dialogów).

Jejku, jaka fajna recenzja! I wszystko co napisałaś, to najprawdziwsza prawda! Chyba nadajemy na podobnych falach… Ale wcześniejsi recenzenci też mieli trafne spostrzeżenia. Wszystko to jest dla mnie jako autora bardzo cenne. I cieszę się ze wspólnej zabawy!

 

Fajny tekst. Podoba mi się pomysł na zarazę, akcja (ja tu jednak widzę fabułę oprócz gadania w kolejce), nawiązania do klasyków fantastyki, zabawa z nazwiskami… Wirusowe kotki Schroedingera są słodkie. :-)

Mniej mi się podobały medyczne infodumpy. Za dużo tego było, IMO.

Babska logika rządzi!

Czytanie o wirusie podczas pandemii to trochę jak polewanie się wodą z butelki podczas pływania w basenie ;) (to nie krytyka)

 

Najdziwniejszy zwrot akcji to pojawienie się magicznego amuletu, co było dość zabawne biorąc pod uwagę poprzedzający je infodumpowy i wyczerpujący wywód o bardzo realnym wirusie wyrządzającym bardzo realne szkody. Dobry absurd czy odrobina niezamierzonej grafomanii? Tak czy siak, punkt dla Ciebie. Późniejszy absurd kłębuszkowy mniej mi się podobał (opierał się głównie na zaskoczeniu, nie dziwności), choć kotki będące "dobrym, żywym wirusem z kosmosu" upewniły mnie, że to nie jednorazowa wstawka, a konkretny wątek.

Udało Ci się rozciągnąć absurd do światowych (a nawet kosmicznych!) rozmiarów, nie potykając się o logikę absurdu. Mamy bohaterów googlujacych znaczenie własnych imion, a więc coś, co najpewniej zrobiliby Rosemcrantz i Guildenstern, gdyby mieli dostęp do internetu (polecam sztukę Toma Stopparda); mamy problem egzystencjalizmu, którym bawi się konwencja Teatru Absurdu. Orwellowskie zakończenie bardzo ładne.

Nowa Fantastyka