- Opowiadanie: Issander - Po przeczytaniu umyj ręce

Po przeczytaniu umyj ręce

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

Użytkownicy

Oceny

Po przeczytaniu umyj ręce

Ekran.

Wypełnia pole widzenia, zalewa pokoik stłumionym światłem. Kliknięcia myszki obmalowują delikatnymi zmianami ściany oraz brudnobiały materac. Włączona lampka nieśmiało próbuje pomóc; nie za bardzo jej to wychodzi.

Fotel ugina się pod moim ciężarem. Półleżąc, przecieram suche oczy w przerwie od stukania w klawiaturę. Ból krzyża? Jaskra? Cieśń nadgarstka? E tam, miażdżyca i tak dopadnie mnie pierwsza.

Dopiero co zjadłem słodką przekąskę. Może teraz pora na coś słonego? Palce wędrują od miski z chipsami do ust, od ust do klawiszy. Popijam na zmianę energetykiem, colą, piwem. Teraz pora na trochę chemicznej klarowności umysłu, pora na pracę.

Nie ma znaczenia, kiedy pracuję. Nikogo nie obejdzie, jeśli po godzinie skupienia zrobię sobie dwugodzinny odpoczynek. Na jednym monitorze leci stream, na drugim porno. Multitasking. Dwieście procent rozrywki to minimum, żeby rozbawić znieczulony umysł.

Upływa sporo czasu, zanim znajdę, czego szukam. Muszę trafić idealnie, muszę dostać to, na co akurat mam ochotę. Ostatecznie wchodzę na deep fake AI. Wybieram preset i osobę, pozwalam pracować algorytmowi. Chwilę później rozmawiam z popularną aktorką.

Gdybym się cofnął dziesięć lat, sam bym popracował nad takim połączeniem technologii. To, za co mi płacą, nie jest nawet w połowie tak ciekawe.

Po tym, jak do siebie dochodzę, nie mam już ochoty pracować. Dopijam resztkę energetyka i kładę się na materacu, nie wiedząc, czy będę spał dwie, czy szesnaście godzin. Jedno jest za to pewne – będzie to czas pozbawiony snów.

 

***

 

Mam co chcę i kiedy chcę. Zero zwlekania, zero wychodzenia poza sferę komfortu, zero zewnętrznych presji.

Każdy dzień jest idealny. Każdy dzień jest taki sam. Unoszę się w limbo natychmiastowej satysfakcji.

Jedyny wyjątek – raz na miesiąc spotkanie w biurze. Jak dla mnie kompletnie niepotrzebne, ale nie dałem rady wytłumaczyć, dlaczego. Ludzie tracą skupienie średnio po czwartym zdaniu maila, a na żywo… eh… szkoda gadać.

Nie mogę zwracać na siebie uwagi, więc idę pod prysznic. Ciepłe krople odbijają się od skóry hydrofobowej od łoju. Namydlam pachy, uważnie przeczesując włosy. Spłukuję, a pieniąca się woda zmywa tłuszcz i brud z reszty ciała.

Po wszystkim wybieram strój, pozwalając, by nadmiar wilgoci wsiąknął w materac. Sięgam do szafy po jedną z koszul, gdzie wiszą w przerwach pomiędzy callami. Wyjmuję jedyne spodnie, w których wyglądam w miarę dobrze, i czystą bieliznę, bez dziur. Nigdy nie wiadomo.

Jeszcze tylko okulary i strój normalnego człowieka – skompletowany.

 

***

 

Z początku jest nawet całkiem nieźle. Problem pojawia się, jak zwykle, na przystanku autobusowym.

Komunikacja miejska potrafi jednocześnie sama śmierdzieć i wzbudzić we mnie niepokój, że śmierdzę; zarówno bombardować hałasami, jak i uczynić mnie świadomym własnego dyszenia, sapania.

Niestety, kupienie samochodu tylko na ten jeden raz w miesiącu byłoby zupełnie nieekonomiczne. Tak więc staram się najlepiej jak mogę zachować odstępy od innych. Nie chcę dotykać ich obrzydliwych ciał. Nie chcę, by ktoś dotknął mnie i pomyślał, że jestem obrzydliwy, ale nie ma tak dobrze. Co chwila ktoś mnie szturcha, nadeptuje, wącha.

Nie żebym oczekiwał, że inni będą mi wdzięczni za trzymanie się z boku, ale mogliby przynajmniej zrewanżować się tym samym… Nie – to, jak się ustawiają, jak się poruszają, pokazuje brak przemyśleń. By powstrzymać odruch ucieczki, oddaję się fantazjom o zaprogramowaniu inteligencji zbiorowej kontrolującej pasażerów. Efektywność jest taka sexy.

Kiedy wreszcie mogę się wydostać, koszulę mam całą przepoconą.

Z początku cieszę się, że winda jest pusta, ale tuż przed zamknięciem drzwi drobna rączka przelatuje przed czujnikiem, zatrzymując maszynę. Do środka wkracza szczupła dziewczyna ubrana w czerwoną bluzkę i czarną spódnicę, rzucając mi szczery uśmiech na przeprosiny. Staram się stanąć możliwie jak najdalej. Lustra z jednej strony dają wrażenie komfortowej przestrzeni, z drugiej uniemożliwiają niespoglądania na współpasażerkę.

W ciągu dnia z jakiegoś powodu raz po raz powracam do niej myślami. Na początku zupełnie nieświadomie – dopiero spojrzenia kolegów wycelowane w moją twarz sprowadzają mnie z powrotem na ziemię. Czy pogrążony w rozmyślaniach zrobiłem jakąś dziwną minę? Oblizałem usta? Poprawiłem ułożenie spodni?

I czemu tak nią sobie zaprzątam głowę? Owszem, była urocza, ale…

A może przypomniała mi któreś z dawnych zauroczeń? Fascynację aktorką z dzieciństwa? Było w niej coś znajomego…

Spotkanie przebiega jak zwykle bezowocnie. Już niedługo wrócę do domu, ale najpierw jeszcze raz muszę przebrnąć przez koszmar komunikacji miejskiej.

 

***

 

Kiedy idę ulicą, otacza mnie niewidzialne pole. Jest jakby moją skórą, rozciągniętą na długość ramienia. Cokolwiek pozostaje na zewnątrz, mogę zignorować, lecz każde jego naruszenie jest jak mentalna drzazga.

Po przekroczeniu progu mieszkania pole pęcznieje i rozrasta się, aż dotknie mebli, okien, murów budynku, a potem jeszcze, dopóki nie wypełni całego pomieszczenia. Teraz ściany stanowią moją twardą, pokrytą skorupą skórę.

Oddycham z ulgą.

 

***

 

Z początku się powstrzymuję – nie potrzebuję przecież tego. Ale co, jeśli? Co, jeśli życie może się zmienić. Depresja – skończyć. Co, jeśli przemknie mi przed oczami szansa na własną manic pixie dream girl? Więc zaczynam poszukiwania.

Staram się przypomnieć, co mnie w niej poruszyło. Życzliwy uśmiech? Prosty, ale ciekawy strój podkreślający zgrabne ciało? To, że zwróciła uwagę na fakt mojego istnienia?

Przeglądam portale społecznościowe i firmowe bazy danych – te publiczne, jak i te z ograniczonym dostępem, którymi się zajmuję.

Bez skutku.

 

***

 

Miesiąc później. Kolejne bezcelowe spotkanie.

Nie potrafię pozbyć się głupiej nadziei, że znowu ją spotkam w windzie, ale trafiam tylko na trójkę pracowników innego działu.

Mógłbym popytać ludzi… gdyby nie fakt, że zdaliby sobie sprawę, że ja się kimś interesuję. Już widzę te zgorszone miny.

Idę na lunch – nie, to nie ułuda – widzę ją! Wygląda nawet piękniej, niż wtedy. To moja szansa. Zbliżam się, spogląda na mnie. Gdy wciąż nie potrafię się odezwać, jej uśmiech powoli zmienia się w konsternację.

– P-p-przepraszam – udaje mi się tylko wydukać.

Przemykam dalej, poprawiając okulary – zażenowany, że w ogóle ośmieliłem się spróbować.

 

***

 

Wreszcie w domu, wreszcie nie obchodzi mnie reszta świata. Rozsiadam się wygodnie w fotelu, włączam stęskniony dotyku komputer.

Wchodzę na znajomą stronę. Zgrywam wideo z okularów i korzystam z opcji wysłania własnego pliku. Rozbieram się, podczas gdy algorytm na serwerze robi swoje.

– Cześć – wita mnie znajoma twarz w okienku – jak ci minął dzień?

Jest cudna.

Jeśli nasz związek przetrwa próbę czasu, pewnie sprawię sobie tego sexbota z twarzą wydrukowaną w 3D.

Koniec

Komentarze

No, tematyka do mnie nie przemówiła. Ot, facet zafascynował się jakąś twarzą. Nie on pierwszy, nie ostatni. Przynajmniej tyle dobrego, że sobie wydrukuje i wykorzysta elektronicznie, a nie będzie utrudniał życia prawdziwej dziewczynie.

Babska logika rządzi!

Izolacja poprowadzona do granic absurdu. Nie chcę być wredna, ale było trochę eksplorowania tego tematu – film “Her” z Phoenix’em czy odcinki “Black Mirror”. Ale jest napisane w Twoim stylu, że z przyjemnością przeczytałam, a puenta na koniec, dzięki budowaniu warstwy obyczajowej, miała dość posępny wydźwięk. 

Nie ma to jak niespełniona erotyczna fascynacja. 

Jak to mówią: “live is brutal”.

Troszkę mi to przypomina jeden z teledysków “Aerosmith”.

Nie wiem, ile tutaj znaków ze spacjami przypada na short, więc się nie wypowiem…

 

Deirdriu dobre skojarzenie z “Black Mirror”. Witam w gronie fanów serialu.

Nie oglądałem "Black Mirror", ale biorąc pod uwagę to, co wiem o tytule i myśli przewodniej serialu, nic dziwnego, że tekst tak się kojarzy, bo zamysł tutaj był podobny :)

ironiczny podpis

No cóż, skoro bohater tylko raz na miesiąc, w dodatku niechętnie, opuszcza mieszkanie, to trochę się dziwię, że w ogóle zwrócił uwagę na jakąś dziewczynę…

Czytało się całkiem nieźle. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Miałam nadzieję na coś ciekawszego. Niezbyt urzekła mnie ta historia. Szkoda bohatera, ale to chyba jego własny wybór. Czytało się płynnie.

Skutki uboczne koronawirusa, a dokładniej długotrwałej kwarantanny i rezygnacji ze spotkań z innymi. Ech, wierzę, że mimo wszystko nie będzie tak źle, w końcu jesteśmy zwierzakami społecznymi ;)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Bardzo smutny tekst. Podobała mi się narracja, sposób opowiadania bohatera o własnym świecie, próba udowodnienia sobie samemu, że jest dobrze.

Odczytałam to opowiadanie jako nałożenie się dwóch problemów. Jeden z nich (wewnętrzny) to hikikomori, skrajny introwertyzm lub fobia – możemy zgadywać. Drugi problem (zewnętrzny) stanowią zmiany w społeczeństwie, prowadzące do coraz większej alienacji. Ciekawa analiza. Mam nadzieję, że nie przeinterpretowałam za bardzo. :)

W pewnym sensie ten tekst przypomina mi pastę o ojcu-fanatyku. Tak jak tam zaczynasz od stereotypu – w tym wypadku niedomytego programisty-nerda – i zagłębiasz się w morze psychiki takiego typa. Oczywiście tutaj robisz to na poważnie, nie zaś, jak w paście, dla śmiechu.

Tak więc przedstawienie psychiki przez odpowiednie opisy i narrację wychodzą bardzo dobrze. Językowo też czytało się nieźle. Tylko powiem szczerze – nie za bardzo widzę cel. W sensie to ładna wprawka, ale po zakończeniu tekstu nic mnie nie zastanowiło. Problemy ukazano zbyt przejaskrawione, bym odniósł je do siebie, postać zaś nie wzbudziła we mnie emocji, bowiem jest mocno stereotypowa.

Tak więc koncert fajerwerków tutaj jest, lecz przeszedł obok.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Sympatyczne :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Nowa Fantastyka