- Opowiadanie: CharliseEileen - Hirpi Sorani

Hirpi Sorani

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Hirpi Sorani

Kolejna warstwa szarawego bandażu mocno otacza mój nadgarstek solidnym splotem. Lekko elastyczny materiał chroni dłoń, jednak i tak już wielokrotnie zdarzało się, że powybijałam sobie palce. Takiego bólu nie czuje się od razu, a dopiero, gdy ściągnie się rękawice. Wtedy trzeba zacisnąć zęby, kiedy poobcierane do krwi knykcie pulsują gorącem.

– Gotowe – stwierdza Sykeus Wergeland i odchyla się na krześle, by zza wydatnego brzucha ostatni raz ocenić swoje dzieło. – No, że tak powiem, teraz to musisz tylko pójść i trochę poprawić jej twarz.

Mój trener zanosi się krótkim, niskim rechotem i z wysiłkiem wstaje. Obserwuję, jak w półcieniu zmarszczki na jego ciemnej twarzy pogłębiają się, w brutalny sposób uwydatniając grymas. Dawne liczne kontuzje coraz częściej dają mu się we znaki, chociaż sam nie chce tego przyznać ani przede mną, ani tym bardziej przed samym sobą. Z trudem próbuje się wyprostować, jednak zastyga jedynie krzywo pochylony, z lewym ramieniem opuszczonym dużo bardziej niż prawym. Skroń lśni mu drobinkami potu, chociaż w zawilgoconych piwnicach obskurnej kamienicy panuje chłód.

– Eh, czego się tak gapisz, co? – Sykeus dostrzega mój wzrok i groźnie nadyma i tak już szerokie nozdrza. – Wstawaj i załatw ją w pierwszej rundzie. Jak najszybciej, bo już mi kiszki skręca z głodu. Mam straszną ochotę na steka, takiego, wiesz, krwistego.

Podnoszę się z ławki i w milczeniu ruszamy ku wyjściu. Jestem od niego o głowę wyższa, chociaż sam trener również nie należy do mikrusów. Kiedyś z tego powodu miałam kompleksy, ale właśnie wtedy poznałam Sykeusa, który zdołał pokazać mi, jak wiele w ten sposób zyskuję. Zasięg, zasięg, zasięg – powtarzał latami, jak mantrę. – Nerio, w walce każdego dosięgniesz. Każdego położysz spać. Bum!, i guten Nacht. I po zawodach.

Gdy przechodzę przez próg, muszę pochylić głowę, żeby nie uderzyć czołem o krzywą framugę drzwi.

W jednej chwili otacza mnie duszące ciepło i przytłumione, żółtawe światło, które przepływa miękko przez rozproszoną mgłę. Trudno jednoznacznie stwierdzić, gdzie znajduje się jego źródło, gdy na jego tle zaczynają pojawiać się kolejne cienie ludzi. Niewyraźne postaci wyłaniają się subtelnie z gęstego, gorzkawego dymu tanich papierosów, który łapczywie oblepia krtań, wywołując suchy kaszel. Równocześnie w moich uszach wybucha kakofonia dźwięków. Rozmowy i śmiechy łączą się z dudnieniem muzyki, tak intensywnym, że aż czuję wibracje kamiennej podłogi pod moimi stopami. Drgania w jednym momencie wnikają pod moją skórę, próbując dotrzeć do serca, by podporządkować jego rytm pod własne dyktando, jednak jestem obojętna na ich działanie. Mój puls nie zmienia się. Jest zaprogramowany na najbliższe trzy rundy. Piętnaście minut, gdy ten jeden mięsień będzie pracował na najwyższych obrotach, pompując gorącą krew rozszerzonymi żyłami, bym mogła zadawać ból szybciej, celniej, mocniej.

Idę w pełnym skupieniu za trenerem, który swoim kulawym krokiem prowadzi mnie tam, gdzie, jak sam do znudzenia powtarzał, jest moje miejsce i skąd nie mam prawa schodzić inaczej, niż z wysoko podniesioną ręką w geście zwycięstwa. Zawsze masz wygrywać – tłumaczył, gdy pierwszy raz wchodziłam do ringu. Zanim usłyszysz pierwszy gong. Masz wygrać. Zanim zadasz pierwszy cios. Masz wygrać. Zanim oberwiesz pierwszy raz. Masz wygrać.

Żadne z nas nigdy nie brało pod uwagę innego scenariusza. I to dlatego od początku byłam niepokonana. Siedem lat. Pięćdziesiąt trzy walki i właśnie tyle wygranych. Brak porażki, która również tego wieczoru nie nadejdzie. To nie ja polecę na deski.

Staję przed trzema krzywymi stopniami prowadzącymi na ring. Bez słowa wyciągam przed siebie obie ręce, a Sykeus zakłada mi rękawice bokserskie. Gdy zawiązuje ich poprzecierane sznurki, nie spieszy się. Ten czas traktuje niemal z namaszczeniem, jak rytuał. Jego złoty pierścień na małym palcu lewej dłoni migocze krótkim błyskiem w mętnym świetle nagich żarówek, które zwisają z sufitu.

Naciąga liny, bym mogła przejść i stanąć w swoim narożniku. Przez chwilę wpatruję się w puste pole. Ze skupieniem czekam, aż wolne miejsce zajmie moja przeciwniczka, która przez kilkanaście minut będzie najważniejszą osobą na świecie. Poza nią przez ten czas, nie będzie istniało nic.

Minuty dłużą się niemiłosiernie, gdy czekam aż ją poznam. Nigdy wcześniej nie widziałam jej na oczy. Nie wiedziałam nawet, jak ma na imię, choć powinnam o niej słyszeć.

Muzyka nagle milknie, a echo basów jeszcze przez chwilę wibruje w powietrzu, niespiesznie wnikając w ściany. Na środku ringu pojawia się niski, drobny mężczyzna który w ręce trzyma kufel ciemnego piwa.

– W czerwonym narożniku, mili państwo, zawalczy dla was prawdziwa legenda singapurskich ringów. Powitajcie proszę Nerio Ha-gen-seeen! – zapowiada mnie i wyrzuca w górę rękę z dzbankiem ciepławego alkoholu. Jego zawartość rozpryskuje się po ziemi obfitym chlustem.

– Jej przeciwniczką będzie nie kto inny, jak wschodząca gwiazda boksu, która przyjechała do was aż z Rzymu! Zawodniczka, która idzie jak burza, niepokonana, niebezpieczna, brutalna i bezlitosna Hybris Ga-us-dalll! – skanduje przeciągle mężczyzna i nim schodzi z ringu, puszcza do mnie perskie oko. W jego ciemnych, lśniących tęczówkach błyska iskra czegoś niepokojącego. Czai się w nich pewne mroczne rozbawienie.

Naprzeciwko mnie staje Hybris. Patrzy się przed siebie pustym wzrokiem znad półprzymkniętych powiek. Jej blada twarz o ostrych rysach nie zdradza żadnych emocji. Jest niczym antyczna rzeźba mitologicznej wojowniczki. Jednak czasy tamtych bogów już dawno minęły. Teraz jest nowa era, moja era i to na pewno nie jest osoba, która odbierze mi zwycięstwo.

Na ring wchodzi sędzia – łysy mężczyzna o bujnym, rudawym wąsie, którego ramiona gęsto pokrywają sploty kolorowych tatuaży. Daje nam znak, byśmy podeszły i się przywitały. Gdy staję blisko Hybris, tak że niemal stykamy się czołami, ona wciąż patrzy twardo przed siebie, nawet nie mrugając. Zdaje się mnie nie zauważać, zupełnie jakbym była przezroczysta. Skupiam wzrok na jej oczach, których jednolity, głęboki błękit wydaje się wręcz nienaturalnie intensywny. Ma zwężone źrenice, które niespodziewanie rozszerzają się tak, że niemal zakrywają tęczówki. Moja przeciwniczka po raz pierwszy mruga i bez dotknięcia rękawic na powitanie, cofa się z powrotem do swojego narożnika.

Takie aroganckie zachowanie znaczy dla mnie tylko tyle, że to będzie walka bez żadnych kompromisów. Uśmiecham się lekko pod nosem. Lubię taką grę.

Rozbrzmiewa pierwszy gong.

Balansuję na ugiętych nogach, a mięśnie zaczynają pracować jak sprężyny, tak że całe moje ciało wpada we właściwy rytm. Zza szczelnie chronionej szczęki obserwuję uważnie Hybris, która tańczy wokół jak mój cień. Wykonuje lustrzane ruchy, hipnotyzując błękitem swych oczu. Wyraźnie czeka na mój ruch, który rozpocznie to starcie.

Zaciskam pięści i zmniejszam dystans, jednocześnie zadając pierwsze ciosy. Podwójny lewy prosty, prawy sierp na głowę, lewy sierp na korpus i znów prawy głęboki hak – akcja, która wielokrotnie dosięgała celu, zabierając przeciwniczkom dużo zdrowia, teraz nie odnosi żadnego skutku. Ciosy nie zaskakują Hybris, która kuli się w sobie, przyjmując wszystko na mur gardy.

Kontra jest natychmiastowa. Pierwsze uderzenie niemal ścina mnie z nóg, gdy prawy prosty ląduje czysto na mojej twarzy. Narastający szum w uszach nie zagłusza jednak wilgotnego, krótkiego chrobotu, gdy kolejny cios Hybris dosięga mojego nosa. Nie czuję bólu, ale do mojej świadomości dociera skrawek myśli, że właśnie mi go złamała. Zamglonym wzrokiem spoglądam na deski ringu, które zdobią gęsto karmazynowe smugi roztartych butami kropli krwi.

Podnoszę z powrotem wzrok na Hybris, która właśnie cofa lewy bark, by znów zadać mi ból. W głowie wciąż brzęczy, a obraz lekko drga, jednak wojna się rozpoczęła i nie ma już odwrotu. Robię głęboki unik i znów atakuję korpus. Trafiam idealnie pod żebra, tak że każdy zgiąłby się w pół, z trudem łapiąc oddech, ale nie ona. Odruchowo odsuwam się w bok, jednocześnie unikając kolejnego ataku, który przelatuje przede mną ze świstem.

I wtedy to dostrzegam. Skrawek matowego metalu, który stapia się z odcieniem nieskazitelnej skóry. Przedramię Hybris nie jest ludzkim ciałem…

Spoglądam z konsternacją na Sykeusa, który z nabrzmiałymi na szyi żyłami krzyczy spod narożnika:

– Szybkie ciosy! Dużo szybkich ciosów. Góra, dół. Na drugie tempo. Nerio, na drugie tempo!

Patrzę na elektroniczną tarczę zegara, który odmierza czas do końca rundy. Pozostało jeszcze półtorej minuty. To bardzo dużo czasu. Bardzo dużo.

Mój umysł owiewa gęsta mgła, gdy dociera do mnie, z czym muszę się teraz zmierzyć. Nie z kim. Nie, moja rywalka nie jest człowiekiem. Była nim kiedyś. Teraz to zbitek metalu, śrubek i sztucznych mechanizmów, które utrzymują ją przy życiu. A może raczej to, co z niej i jej ciała pozostało. Dlaczego pozwolili mi walczyć z cyborgiem? Przecież to machina do zabijania.

– Nerio, rusz się, do cholery. Kurwa, no nie stój! Balans, słyszysz?! – Dociera do mnie przytłumiony głos wściekłego trenera, który już niemal ochrypł od przekrzykiwania rozentuzjazmowanego tłumu. 

Powracam myślami do ringu tylko po to, by stłamsił mnie kolejny grad brutalnych ciosów. Spinam mięśnie, gdy fala uderzeń spada na moje ciało ciężką serią. Prawy niski sierp odbiera mi dużo tlenu, gdy czuję rękawicę Hybris wciśniętą w moje żebra. Krzywię się z bólu i proszę w duchu, by żadne z nich nie pękło pod naporem jej pięści.

Znów zaczynam balansować, by trudniej jej było trafić. Choć nie chcę, muszę spojrzeć w jej sztuczne oczy. Nie mam już wątpliwości, że dziewczyna, którą kiedyś była Hybris, musiała stracić swoje prawdziwe spojrzenie już dawno temu. To, które dostała w zamian, mimo, że na swój sposób piękne, teraz zaczyna wzbudzać lęk.

Spoglądam na zegar. Dwadzieścia sekund. Zbieram się na odwagę i prę do przodu z błyskawiczną serią. Kilka prostych na drugie tempo, tak by nie skracać dystansu i żebym mogła szybko uciec za jej ramię. Bach, bach, bach, bach. Trzy na cztery ciosy dochodzą. Ten ostatni w głowę, z głuchym uderzeniem zlewa się z wysokim dźwiękiem gongu.

Koniec pierwszej rundy.

Siadam na stołku, z trudem nabierając powietrza do pulsujących z wysiłku płuc. Prawy bok pali mnie ostrym bólem, który promieniuje aż do ramienia i wzdłuż do biodra. Nie wróży to niczego dobrego. Sykeus przykłada mi lód na kark i przygląda się mojej obitej twarzy z nietęgą miną. Stęka i wydaje krótkie polecenia, które i tak na nic się tu nie zdadzą.

– Ona jest tytanowa… – zaczynam, obserwując jego reakcję. Trener marszczy nieco brwi, ale nie wydaje się szczególnie zaskoczony. I wtedy dociera do mnie brutalna rzeczywistość.

– Ty o tym wiesz.

– Za tę walkę dostaniemy grubą kasę, Nerio. Kupię sobie nową protezę, rozumiesz? – Przerywa mu gong, który dla mnie w jednej chwili staje się zwiastunem egzekucji.

W środku czuję jedynie pustkę i chaos, który odbiera mi zdolność racjonalnego myślenia. Nie potrafię skupić się na rzeczywistości, po tym, jak właśnie odkryłam, że mój trener, człowiek, któremu ufałam od lat, w którego nigdy nie zwątpiłam, wydał na mnie tak okrutny wyrok. Sykeus Wergeland sprzedał mnie za mechaniczną protezę, dzięki której stanie się taki, jak moja oprawczyni. Stanie się cyborgiem.

W jednej chwili opuszczają mnie wszelkie siły. A mimo to, w otępieniu wychodzę na środek ringu, by znów spotkać Hybris.

Runda druga.

Cyborg tym razem nie traci czasu i napiera na mnie falą ciosów, które z mechaniczną precyzją trafiają w najsłabsze punkty. Napinam mięśnie nóg, tak że czuję jak rozgrzane ścięgna stają się twarde jak stal. Mimo bólu, nie zamierzam się cofnąć ani o krok. Nie ustąpię. Jeśli teraz okażę słabość i się poddam, wszystko, co wypracowałam sobie przez tyle lat, w jednej chwili przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie.

Wyrzucam przed siebie pięści, które trafiają w korpus i głowę Hybris. Siła kumuluje się na moich knykciach, a jej odbicie wraca ku mnie jak echo, aż po sam bark. Nie daję jej szansy na reakcję, gdy nurkuję, by dosięgnąć miejsca, gdzie powinna znajdować się wątroba. Wbijam rękawice z chirurgiczną precyzją głęboko pod jej łokieć.

Hybris zastyga lekko pochylona i mimo, że mięśnie jej twarzy nawet nie drgnęły, wiem, że poczuła cios. A więc tu nie chronią jej metalowe płyty. Wstępują we mnie nowe siły, gdy atakuję ją wściekle serią zabójczych ciosów. Biję wręcz na oślep, opierając cały ciężar ciała nisko na nogach. Nie oglądam się na to, ile z nich dosięga celu. Do mojej świadomości dochodzi tylko, że Hybris niepewnie kołysze się na miękkich kolanach z nieszczelną gardą, która z każdą chwilą opada coraz bardziej.

Napieram na nią z całych sił i czuję, jak cofa się pod presją moich pięści. Nie zwalniam, trzymam tempo i żądlę ją jak osa – szybko i boleśnie. Raz za razem dosięgam głowy cyborga, która odskakuje w tył na giętkim karku.

Ponad potężną falą skandujących głosów, nie słyszę gongu. Przestaję bić dopiero wtedy, gdy sędzia brutalnie odciąga mnie od Hybris. Zerkam przez ramię, jak jej trener wskakuje do ringu z niedowierzaniem wypisanym na twarzy.

Siadam w narożniku i obcieram twarz wierzchem rękawicy. Przelotnie spoglądam na lśniącą smugę krwi na jej grzbiecie.

– I to jest to, mała – pieje ochryple Sykeus. Zaciskam zęby i patrzę tępo przed siebie, tak by nasze oczy się nie spotkały. Wiem jedno, po tej walce już nigdy go nie spotkam. Nie zniosę widoku człowieka, który zgotował mi takie piekło.

– Nerio, widzisz tego gościa? – pyta trener. – To Soranus Hellum. Trzyma w garści wszystkie kliniki w Azji. Całe koncerny farmaceutyczne. Jeśli wygrasz, dostaniemy tyle szmalu, że ciebie też naprawimy i będzie dobrze. Tylko zrób to dla nas i wygraj.

Niechętnie patrzę we wskazaną stronę. Pod ringiem, otoczony olbrzymimi ochroniarzami, siedzi mężczyzna w rozpiętym garniturze i białej koszuli z postawionym na sztywno kołnierzem. Mimo dojrzałego wieku, ma gęste, ciemne włosy i nieskazitelną skórę pozbawioną cienia zmarszczek. Wygląda jak dziecko o twardym spojrzeniu dorosłego.

Hellum odwraca głowę w moją stronę i wykrzywia wargi w demonicznym uśmiechu. Czeka na trzecią odsłonę pojedynku i widać, że liczy na brutalną grę.

W płucach czuję nagły skurcz, a krtań drapie ostry kaszel. Uchylam się w bok, by wycharczeć do nadstawionego wiadra gęstą krew. Obraz przed oczami faluje mi, to nabierając, to tracąc ostrość, a żyły pulsują pod moją skórą tak, że słyszę w uszach donośnie uderzenia serca. Mimo wygranej rundy, wiem ile zdrowia kosztowało mnie poprzednie starcie. Te ostatnie kilka minut zapewne przesądzą, kto zwycięży i choć przewalczyłam tyle lat, nigdy przecież nie mierzyłam się z cyborgiem. Nie byłam fizycznie w stanie jej pokonać, jej metalu, śrubek i technologii.

– To… Jest… Maszyna. Nie wygram… – szepczę niemal płaczliwie, co wcale nie jest do mnie podobne.

– Dasz radę, Nerio. To jest ostatnia runda i wracasz do narożnika – przekonuje Sykeus, jednak wiem, że nie chodzi mu o mnie, ale o protezę, którą mam dla niego wygrać. Parskam krótkim śmiechem, a brzęczenie w obitej głowie narasta i staje się wręcz nie do wytrzymania.

Gdy rozbrzmiewa ostatni gong, staję na nogi z wysoko podniesioną głową. Chociaż wiem, że idę, by przegrać, podejmę tę walkę. Unoszę rękawice w gardę i mimo bólu, który z każdym ruchem razi moje ciało niczym prąd, rozpoczynam ostatnią rundę.

Niewiele do mnie dociera. Widzę błysk błękitnej tęczówki. Dostrzegam skrawek jej barku, gdy robi zamach. Nie czuję już nawet bólu, gdy jej pięść ląduje na mojej skroni. I mimo, że atakuję ją z kontry niemal od razu energiczną serią, moje ręce bezwładnie młócą przestrzeń przede mną. Hybris giętko przemyka pomiędzy moimi pięściami, tak że ani jeden raz rękawica nie muska nawet jej skóry.

Balansuję nisko na nogach i w głowie staram się ułożyć kolejne posunięcia. Zbiera mi się na mdłości. Pomału tracę kontrolę nad własnym ciałem, chociaż wciąż walczę, by utrzymać się na powierzchni świadomości. W uszach słyszę swój wymęczony oddech. Obraz znów mętnieje, gdy schylam się, by uniknąć zabójczego ciosu Hybris. Cyborg mija mnie, jednak niemal od razu ustawia się w pozycji, gotowy na ciąg dalszy.

Gdy znów widzę ostrzej, wybijam się z tylnej nogi i wpadam na przeciwniczkę z całą mocą. Ciosy dosięgają celu, ale nie robią na niej wielkiego wrażenia. Zamiast tego oślepia mnie jej sierp, który z impetem posyła mnie na deski. Tracę grunt pod nogami i uderzam czołem o ziemię.

Nie słyszę nic. W głuchej ciszy dostrzegam rozedrgany zarys twarzy sędziego, który nachyla się nade mną. Zaraz potem tracę go z pola widzenia, a żółtawe światło żarówek przy suficie pochłania mnie bez reszty.

I wtedy słyszę pierwszy strzał. Ostry huk przywraca mnie do życia. Otwieram szeroko oczy wraz ze świszczącym oddechem, który rozpływa się wśród krzyków paniki i dudnienia stóp biegnących osób. Próbuję wstać, jednak ciało odmawia mi posłuszeństwa. Leżę więc jak sparaliżowana wśród gęstniejącego chaosu.

Pojedyncze strzały zamieniają się w kakofonię niekończących się wybuchów, które zamykają mnie w brzęczącej pułapce. Gdy znów otwieram oczy, zdaję sobie sprawę, że klęczę. Skrawki myśli przemykają przez mój umysł jak flesze zdjęć. Strzały nie milknął, gdy otępiała bólem, zaczynam czołgać się ku swojemu narożnikowi. Nie jestem w stanie się podnieść. Cała się strzęsę, z trudem unoszę głowę.

Zapada ciemność, choć oczy mam otwarte. Strzały wciąż rozbrzmiewają wokół mnie, ale nie zakłóca ich już ani ludzki głos, ani uderzenia stóp. Zaciskam zęby i resztką sił podciągam się ten ostatni raz. I wtedy z elektrycznym spięciem rozbłyskają nade mną żarówki, a ich żółtawy blask rozświetla widok, który mrozi krew w żyłach.

Spoglądam w mętne, pozbawione życia tęczówki oczu Sykeusa Wergelanda, który bezwładnie leży na deskach ringu. Ma rozchylone usta tak, jakby krzyczał w momencie, gdy kula przeszyła mu skroń, rozbryzgując krople krwi na ramionach przerzuconych ciężko przez liny ringu. 

Oglądam się za siebie i widzę Hybris. Cyborg leży na środku ringu, a znad jej ciała co chwilę w powietrze wybuchają krótkie elektryczne spięcia, które otacza blady kłąb dymu. Tak krwawi maszyna.

Światło gaśnie, a ja przesuwam się pod linami, by upaść na kamienną podłogę, która teraz jest lepka i śliska. Dotykam kolanem czegoś miękkiego. Blask żarówek znów mocniej rozświetla pomieszczenie, a moim oczom ukazuje się morze ludzkich ciał. Wszyscy leżą we własnej krwi jak popsute marionetki, z bezwładnie rozrzuconymi nogami i rękami. W zaciśniętym gardle zamiera mi pisk, gdy zaczynam posuwać się do przodu, wciąż na kolanach, przez rzekę śmierci.

Cała drżę, gdy z każdym posunięciem moja skóra przybiera odcień coraz ciemniejszej purpury, a materiał ubrania wchłania tę wilgoć i przywiera do mnie ciasno lepką warstwą.

Nie wiem, dokąd zmierzam, ale mam wrażenie, że trwa to wieki. Strzały wciąż rozbrzmiewają nad moją głową, a ja brnę pchana resztkami sił. Gdy w końcu docieram do wnęki pod metalowymi schodami, upadam obok trupa jakiegoś grubego mężczyzny i zsuwam się w głąb, by w ciemnościach znieruchomieć w kałuży jego wciąż ciepłej krwi.

Leżę tak długo. Strzały stają się coraz rzadsze. W końcu milknął zupełnie, jak ostatnie pioruny po nawałnicy. Wtedy pojawiają się ludzkie, męskie głosy. Nie rozumiem jednak ani jednego słowa. Ich język jest obcy. Dziwny.

Próbuję odgadnąć, ilu ich jest, jednak bezskutecznie. Oddycham więc płytko, jak najciszej i modlę się w duchu, by mnie nie znaleźli, gdy zaczynają sprawdzać, czy ktoś nie przeżył. Raz po raz słyszę pojedynczy strzał i cichy jęk dobijanego człowieka.

W końcu wszystko milknie. Świat zamiera, a ja wraz z nim.

Gdy odzyskuję przytomność, nie mam pojęcia, ile czasu minęło. Z jakiegoś powodu wiem, że mogę już wyjść z ukrycia i tak też robię. Cała zdrętwiała, oblepiona swoją i obcą krwią, wyczołguję się spod schodów, by trafić wprost do krainy umarłych.

Wciąż jest ciemno. Żarówki się wypaliły, a może to prąd został odcięty. Z trudem podnoszę się na nogi i krok po kroku z dłonią przy ścianie, posuwam się w przód, raz po raz potykając się o martwe ciała. Dopiero po dłuższej chwili dociera do mnie, że wciąż mam ubrane rękawice bokserskie. Do oczu cisną mi się łzy złości, gdy z nienawiścią zębami rozplątuje ich sznurki, a w ustach czuję słodkawy i jednocześnie metaliczny posmak krwi. Ciskam je w kąt. Nie ubiorę ich już nigdy więcej. Są częścią tego koszmaru.

Idę dalej i choć nie pamiętam drogi do wyjścia, w końcu ją znajduję.

Na zewnątrz panuje ciepła noc. Księżyc i gwiazdy schowały się za gęstymi chmurami. Czuję się bezpieczna, gdy mogę niemal wtopić się w mury obdartych kamienic przedmieścia miasta.

Zaczyna już świtać, gdy w jednym z tych budynków pukam do drzwi. Gdy się otwierają, od razu spoglądam w dół na karlicę Mestrę Fjelldal, która bierze się pod okrągłe boki i skrzeczy swoim przepitym głosem, który tak dobrze znam:

– W co cię tym razem wpakował ten stary dziad Sykeus Wergeland?

Kiwa mi głową, bym weszła do środka jej obskurnego mieszkania. Mestra stawia przede mną miednicę z wodą i szarym mydłem. Gdy jestem już czysta, opatruje mi pierwsze rany i uważnie słucha tego, co jestem w stanie jej powiedzieć. Choć opowiadam nieskładnie, karlica zdaje się rozumieć wszystko o wiele lepiej, niż mogłabym jej to przekazać.

– Wiedziałam, że prędzej, czy później tak to się skończy. Wergeland nie słuchał, kiedy go prosiłam, żeby cię nie mieszał w te jego podejrzane interesy. O, i teraz ma. Siedzi już sobie po drugiej stronie.

Podchodzi do malutkiego ekranu rozklekotanego telewizora. Pulchnym palcem o długim ostrym paznokciu koloru nefrytu włącza pierwszy program. Spiker beznamiętnym głosem oznajmia:

Jak podawaliśmy w poprzednich wiadomościach, wciąż trwa dochodzenie w sprawie masakry w jednej z kamienic na przedmieściach, do której doszło zeszłej nocy. W strzelaninie zginęło około trzydzieści osób. Jak podaje rzecznik prasowy policji, od jakiegoś czasu odbywały się tam nielegalne walki bokserskie i właśnie wczoraj, podczas jednego z takich wydarzeń, doszło do tragedii. Nikt nie przeżył. Udało się ustalić, że były to porachunki gangsterskie, a mafijną sprawiedliwość postanowił wymierzyć gang Hirpi Sorani, z którym od lat walczą nasze służby.  

– Cud, że przeżyłaś, moja droga. Ale uwierz mi, teraz to ty lepiej znajdź sobie jakąś przytulną norę i nie wyściubiaj z niej nosa. Bo oni cię szukają i to jak. Muszą wiedzieć, że im się wymsknęłaś. Gdybyś zaczęła mówić, mieliby przez ciebie kłopoty, że hej.

Spoglądam na swoje skostniałe dłonie o sinych, obitych palcach.  Przeżyłam prawdziwą rzeź. Przegrałam z Hybris Gausdal walkę, ale wygrałam coś o wiele cenniejszego. Wygrałam życie. Hirpi Sorani, kimkolwiek są i gdziekolwiek są, z pewnością już mnie szukają. Teraz muszę zniknąć, zanim mnie znajdą i skutecznie uciszą. Muszę rozpłynąć się we mgle, aby nie podzielić losu Sykeusa i Hybris. Muszę stać się ulotna jak cień, którego nie będą w stanie pochwycić.

Koniec

Komentarze

Wśród ślepców jednooki jest królem.

Obiecałem, więc jestem.

(Ocena subiektywna i nikomu nic do niej)

Fajnie czyta się kolejne linijki Twojej opowieści (to już pisałem).

”Gdy rozbrzmiewa ostatni gong.” → ostatni gong rozbrzmiewa po walce! No, chyba że to wieszczka i przewiduje, że to był ostatni gong…

“Muszę stać się ulotna jak cień, którego nie będą w stanie pochwycić.” → Ogólnie cienia nie można pochwycić, więc może “Muszę stać się ulotna jak cień. Tak aby nie byli w stanie mnie pochwycić.”

Była akcja, jej nagły zwrot, szkoda, że zakończenie tak mocno otwarte.

Spodobało. Dziękuję.

Tekst według mnie nie zachwyca, ale przeczytałem bez przykrości.

 

Na minus:

– Zbyt prosta treść – *SPOILER dostajemy tak naprawdę opis walki przerwany atakiem mafii, rozstrzelanie wszystkich poza główną bohaterką., która ucieka i opowiadanie się kończy. SPOILER* Wiem, trochę uproszczam, ale w mojej opinii to za mało, żeby czytelnik pamiętał o tekście dłużej niż kilka dni.

– Początek strasznie rozwleczony i nudny. Opis założenia rękawic i wyjścia do walki na 6 tysięcy znaków? Serio?

– Zdecydowanie za dużo przymiotników i przysłówków, które strasznie zamulają tekst. Więcej krótkich zdań wyszłoby na dobre dynamice. Przykłady: „Pulchnym palcem o długim ostrym paznokciu koloru nefrytu”, „Niewyraźne postaci wyłaniają się subtelnie z gęstego, gorzkawego dymu tanich papierosów, który łapczywie oblepia krtań, wywołując suchy kaszel.”

– Czasem nadużywasz konstrukcji zdania z „gdy”. Sporo zaimków też wrzucasz niepotrzebnie (co najmniej połowę „mój”/ „moja” / „moje” wg mnie można z tekstu wyrzucić bez żadnej szkody).

– Zakończenie trochę zbyt proste, nic poza ostatnim akapitem nie zwiastowało, że opowieść dąży do końca.

 

Na plus:

+ Walka od pewnego momentu zyskuje na dynamice, czyta się stosunkowo płynnie.

+ W przypadku obszernego opisu sportowej walki łatwo o błędy merytoryczne, tutaj obyło się bez większych potknięć (chociaż trochę nie pasowało mi np. rozwiązywanie rękawic zębami przez znokautowaną niedawno zawodniczkę – zdejmowanie rękawic bokserskich jest o wiele trudniejsze niż się wydaje).

+ Dobry wybór z narracją pierwszoosobową w czasie teraźniejszym – taka narracja po prostu pasuje do treści. Narracja wydawała mi się dość konsekwentna.

+ Ogólne wrażenie dotyczące opisu walki całkiem niezłe – to na pewno najlepszy fragment tekstu.

Perrux ma sporo racji. Fabuła jest płaska i już po fragmencie opisałem, że niewiele można z tego wycisnąć. Pomysł to pięćdziesiąt procent opowiadania. Jednak nadal uważam, że broni cię wykonanie. Scena walki… bo ona jest osią… jest dobrze opisana… zaryzykowałbym stwierdzenie, że miałaś styczność ze sportami walki, albo jesteś wielką fanką. Dobrze jest powstrzymać swoje pasje… choć trochę. No i nie każdy lubi mordobicie… ja lubię (ale w ringu, nie w klatkach) ;)

Opowiadanie ładne i napisane dobrze technicznie. Zgadzam się z przedpiścami, że mogło dziać się więcej, spróbuj pisać tylko o tym, co ważne dla rozwoju akcji.

Cześć, CharliseEileen. :-)

Moim zdaniem jest całkiem nieźle. Widać wprawę w pisaniu. Czytało się dobrze z pewnymi zastrzeżeniami, ale o tym za chwilę. Przede wszystkim bardzo ucieszyłam się, widząc w tagu cyberpunk. Wreszcie coś miłego i innego, a muzy sobie posłuchałam, bo grzechem byłoby tego nie zrobić. :-)

Z bohaterką łatwo się utożsamić, a i na plus, że ma adwersarza. Na moje niezbyt doskonałe oko błędów poprawnościowych jest nie za dużo, jeśli myślimy o interpunkcji i literówkach. U mnie, niestety, bywa ich więcej. :c

Co więcej, historia jest, choć co prawda wygląda mi na wprowadzenie do minipowieści lub nawet powieści. Jest ekspozycją bohaterki. Zdecydowanie na plus – korzystanie z dwóch zmysłów (wzroku i słuchu). 

Przed poskarżeniem do biblioteki powstrzymało mnie kilka rzeczy: 

– niezgrabny fragment – wejście bohaterki z trenerem do sali, w której odbywała się walka. Przepracowałabym.

– sama walka. Narracja jest ładnie i dobrze prowadzona, lecz wydaje mi się, że warto byłoby zastosować silniejszą immersję przez słownictwo. Wyraźnie mi tego brakowało. Powtarzasz zwroty i określenia, a scena jest kluczowa dla tego tekstu. Są tu: nazwy ciosów, nie uwzględniające sposobu ich wyprowadzania; w kółko jest balans (i wiem, że zawsze pracują w czasie walki), uderza i serie; napieranie i presja; jest garda, a nie ma odejścia i zwarcia; opis ciała nie zawsze jest ok; jest bandaż i splot, nie ma owijaczy, owijki, taśm). 

– niedopracowana ostatnia scena, w której potykałam się o nielogiczności.

 

Gdybym miała jeszcze ździebko pomarudzić, czasami nadużywasz przysłówków i przymiotników i trochę mało cyberpunku w cyberpunku, ale to już cholernie subiektywne. Być może, walki nie odebrałabym w sposób opisany powyżej i poniżej, gdybym nie czytała kilka lat temu bardzo podobnego opowiadania (nie jest wydane, o ile wiem). W jego centrum też była walka, też cyber, i karlica. Płeć walczącego – inna, opowieść też bardziej złożona: relacje pomiędzy karlicą, bohaterem, trenerem (tam była chyba trenerka) i jeszcze jedną drugoplanową postacią. Niestety, oceniam przez pryzmat tamtego opowiadania. Opis fizjologii i boksowania – maestria oraz plus – tak samo dobre jak Twoje, prowadzenie myśli bohatera. Jeszcze jedno tam było – poetyczność dekoracji: przygotowanie do walki, podziemny ring, tego mi u Ciebie brakuje. Nie potrafię się uwolnić od tamtych obrazów, stąd kłuje mnie przejście do sali z ringiem i sama walka.

 

Rzeczy, które mnie zatrzymywały, a wśród nich są i drobiazgi, i sprawy ważniejsze:

Skroń lśni mu drobinkami potu

Krople potu?

nie uderzyć czołem o krzywą framugę drzwi.

Jak wygląda krzywa framuga, aby w nią walnąć głową?

W jednej chwili otacza mnie duszące ciepło i przytłumione, żółtawe światło, które przepływa miękko przez rozproszoną mgłę. Trudno jednoznacznie stwierdzić, gdzie znajduje się jego źródło, gdy na jego tle zaczynają pojawiać się kolejne cienie ludzi. Niewyraźne postaci wyłaniają się subtelnie z gęstego, gorzkawego dymu tanich papierosów, który łapczywie oblepia krtań, wywołując suchy kaszel.

Do uporządkowania, moim zdaniem. Za dużo przymiotników, nie wiadomo czy światło czy dym, skąd co się wyłania. Poprosiłabym jaśniej.

Drgania w jednym momencie wnikają pod moją skórę, próbując dotrzeć do serca, by podporządkować jego rytm pod własne dyktando

Drgania mogą się przenosić, ale nie wnikać. Drugie wyboldowane – dyskusyjne, zmieniłabym

Staję przed trzema krzywymi stopniami

Uważaj, zaczynam myśleć, że wszystko jest krzywe. Powtórzenie jest daleko, lecz ponieważ pierwsze mnie zdziwiło, przy drugim też się zatrzymałam.

ten jeden mięsień będzie pracował na najwyższych obrotach, pompując gorącą krew rozszerzonymi żyłami

Chyba nie tylko ten. :-) Hmm, tętnice rozprowadzają krew do mięśni i narządów, żyły odprowadzają ją do serca.

Dociera do mnie przytłumiony głos wściekłego trenera, który już niemal ochrypł od przekrzykiwania rozentuzjazmowanego tłumu. 

Zastanowiłabym się nad przyczynowością zdarzeń. Chodzi mi o to, że głos trenera sam w sobie nie jest przytłumiony, lecz przez stan ogłuszenia.

Spinam mięśnie

Napinam? I dobrze było jakie?

Znów zaczynam balansować, by trudniej jej było trafić.

Niejasne, co robi, czy odchylenie, odskok, zakrok, no bo nie garda.

Kilka prostych na drugie tempo, tak by nie skracać dystansu i żebym mogła szybko uciec za jej ramię

No cóż, niejasne.

W środku czuję jedynie pustkę i chaos

Wyboldowane – niepotrzebne wyolbrzymienie, moim zdaniem. Zwracałabym na takie rzeczy uwagę, bo trochę ich jest.

Nie potrafię skupić się na rzeczywistości, po tym, jak właśnie odkryłam, że mój trener, człowiek, któremu ufałam od lat, w którego nigdy nie zwątpiłam, wydał na mnie tak okrutny wyrok. Sykeus Wergeland sprzedał mnie za mechaniczną protezę, dzięki której stanie się taki, jak moja oprawczyni. Stanie się cyborgiem.

W jednej chwili opuszczają mnie wszelkie siły. A mimo to, w otępieniu wychodzę na środek ringu, by znów spotkać Hybris.

Wyboldowane usunęłabym, powtórzenia, to już wiemy, jako czytelnik. 

Cyborg tym razem nie traci czasu i napiera na mnie falą ciosów, które z mechaniczną precyzją trafiają w najsłabsze punkty. Napinam mięśnie nóg

Dlaczego napina mięśnie nóg, rozumiem – chce pozostać w zwarciu – jednak nie pojmuję tego, że nie tężeją inne partie ciała. Pytanie czy trzyma gardę, czy nie, w co idą cisy Hybris.

Jeśli teraz okażę słabość i się poddam, wszystko, co wypracowałam sobie przez tyle lat, w jednej chwili przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie.

Wyboldowane, usunęłabym, nadmiarowe.

Wyrzucam przed siebie pięści, które trafiają w korpus i głowę Hybris. Siła kumuluje się na moich knykciach, a jej odbicie wraca ku mnie jak echo, aż po sam bark

Wyrzuca? Siła na knykciach? Może „w”, choć i z knykciami dyskutowałabym. 

Nie daję jej szansy na reakcję, gdy nurkuję, by dosięgnąć miejsca, gdzie powinna znajdować się wątroba. Wbijam rękawice z chirurgiczną precyzją głęboko pod jej łokieć.

Nurkuję, do podmianki. Pod łokieć? Znaczy Hybris zaczęła się osłaniać?

Hybris zastyga lekko pochylona i mimo, że mięśnie jej twarzy nawet nie drgnęły, 

Usunęłabym wyboldowane. Podkreślenie jest niepotrzebne, moim zdaniem.

 

Biję wręcz na oślep, opierając cały ciężar ciała nisko na nogach. Nie oglądam się na to, ile z nich dosięga celu

„Wręcz” do skasowania, biję – co robi, wyprowadza serię szybkich ciosów? „Cały” – podobnie. Dyskutowałbym też z „opierając”, ale jeśli slangowe to ok.. 

Dalej może krócej – „Nie wiem…”, albo skasować. 

Napieram na nią z całych sił i czuję, jak cofa się pod presją moich pięści. Nie zwalniam, trzymam tempo i żądlę jak osa – szybko i boleśnie. 

Znowu „napieranie” i presja. Poszukałabym zamienników bokserskich. „Ją” niepotrzebne, z osy teź bym zrezygnowała.

Ponad potężną falą skandujących głosów, nie słyszę gongu. Przestaję bić dopiero wtedy, gdy sędzia brutalnie odciąga mnie od Hybris. Zerkam przez ramię, jak jej trener wskakuje do ringu z niedowierzaniem wypisanym na twarzy.

Niezręczne – „ponad”, może prościej, np. w fali skandujących głosów nie słyszę gongu; fala skandujących głosów zagłusza gong; skandujące głosy zagłuszają gong. 

Do ringu? a nie „na”?

Siadam w narożniku i obcieram twarz wierzchem rękawicy.

Twarz? a nie jej fragment – dolną część, nos i usta?

Mimo dojrzałego wieku, ma gęste, ciemne włosy i nieskazitelną skórę pozbawioną cienia zmarszczek. Wygląda jak dziecko o twardym spojrzeniu dorosłego.

Hmm, jest półprzytomna i widzi „skórę pozbawioną cienia zmarszczek”. 

Uchylam się w bok, by wycharczeć do nadstawionego wiadra gęstą krew. Obraz przed oczami faluje mi, to nabierając, to tracąc ostrość, a żyły pulsują pod moją skórą tak, że słyszę w uszach donośnie uderzenia serca. 

Podstawionego, stojącego obok, chyba źe ktoś jej nadstawił?

Że pulsują – ok, ale że tylko pod skórą, nie słyszy/czuje tego inaczej? Powtórzenie, znowu charakterystyczne – pod skórą.

Te ostatnie kilka minut zapewne przesądzą, kto zwycięży i choć przewalczyłam tyle lat, nigdy przecież nie mierzyłam się z cyborgiem. Nie byłam fizycznie w stanie jej pokonać, jej metalu, śrubek i technologii.

– To… Jest… Maszyna. Nie wygram… – szepczę niemal płaczliwie, co wcale nie jest do mnie podobne.

Skróciłabym. Radykalnie – usunęłabym wyboldowane, zachowawczo – może co nieco zostawiłabym.

 

– Dasz radę, Nerio. To jest ostatnia runda i wracasz do narożnika – przekonuje Sykeus, jednak wiem, że nie chodzi mu o mnie, ale o protezę, którą mam dla niego wygrać. Parskam krótkim śmiechem, a brzęczenie w obitej głowie narasta i staje się wręcz nie do wytrzymania.

Wyboldowane – do usunięcia, niepotrzebne.

 

Gdy rozbrzmiewa ostatni gong, staję na nogi z wysoko podniesioną głową. Chociaż wiem, że idę, by przegrać, podejmę tę walkę. Unoszę rękawice w gardę i mimo bólu, który z każdym ruchem razi moje ciało niczym prąd, rozpoczynam ostatnią rundę.

Niewiele do mnie dociera. Widzę błysk błękitnej tęczówki. Dostrzegam skrawek jej barku, gdy robi zamach. Nie czuję już nawet bólu, gdy jej pięść ląduje na mojej skroni. I mimo, że atakuję ją z kontry niemal od razu energiczną serią, moje ręce bezwładnie młócą przestrzeń przede mną. Hybris giętko przemyka pomiędzy moimi pięściami, tak że ani jeden raz rękawica nie muska nawet jej skóry.

Ten fragment przepracowałybym. Wiadomo, że ostatni gong, jeśli już to, trzeci, byłoby nawiązanie do drugiego. Resztę bym uprościła. Kiedy walczysz, nie czujesz bólu, dzieje się to dopiero post factum. 

Balansuję nisko na nogach i w głowie staram się ułożyć kolejne posunięcia. 

Znowu balans. Możstrategię?

W uszach słyszę swój wymęczony oddech. Obraz znów mętnieje, gdy schylam się, by uniknąć zabójczego ciosu Hybris. 

Co słyszy? Kolejne – zbędne. Następne – uchyla się?

Gdy znów widzę ostrzej, wybijam się z tylnej nogi i wpadam na przeciwniczkę z całą mocą. Ciosy dosięgają celu, ale nie robią na niej wielkiego wrażenia. Zamiast tego oślepia mnie jej sierp, który z impetem posyła mnie na deski. Tracę grunt pod nogami i uderzam czołem o ziemię.

Nie słyszę nic. W głuchej ciszy dostrzegam rozedrgany zarys twarzy sędziego, który nachyla się nade mną. Zaraz potem tracę go z pola widzenia, a żółtawe światło żarówek przy suficie pochłania mnie bez reszty.

Wpada? Kolejne wyboldowane – niepotrzebne. Ostatnie, hmm, jak to czołem? Powtórzenie: traci grunt i traci go z pola widzenia.

Dopracowałabym ten fragment.

strzały zamieniają się w kakofonię niekończących się wybuchów, które zamykają mnie w brzęczącej pułapce.

Hmm, brzęcząca – podmieniłabym słowo. Często używasz słowa brzęcząca, tak na marginesach.

Strzały nie milknął, gdy otępiała bólem, zaczynam czołgać się ku swojemu narożnikowi. Nie jestem w stanie się podnieść. Cała się strzęsę, z trudem unoszę głowę.

Dwie literówki. Zaczynam – usunęłabym.

Zapada ciemność, choć oczy mam otwarte. Strzały wciąż rozbrzmiewają wokół mnie, ale nie zakłóca ich już ani ludzki głos, ani uderzenia stóp. Zaciskam zęby i resztką sił podciągam się ten ostatni raz. I wtedy z elektrycznym spięciem rozbłyskają nade mną żarówki, a ich żółtawy blask rozświetla widok, który mrozi krew w żyłach.

Spoglądam w mętne, pozbawione życia tęczówki oczu Sykeusa Wergelanda, który bezwładnie leży na deskach ringu. Ma rozchylone usta tak, jakby krzyczał w momencie, gdy kula przeszyła mu skroń, rozbryzgując krople krwi na ramionach przerzuconych ciężko przez liny ringu.

Oglądam się za siebie i widzę Hybris. Cyborg leży na środku ringu, a znad jej ciała co chwilę w powietrze wybuchają krótkie elektryczne spięcia, które otacza blady kłąb dymu. Tak krwawi maszyna.

Światło gaśnie, a ja przesuwam się pod linami, by upaść na kamienną podłogę, która teraz jest lepka i śliska. Dotykam kolanem czegoś miękkiego. Blask żarówek znów mocniej rozświetla pomieszczenie, a moim oczom ukazuje się morze ludzkich ciał. Wszyscy leżą we własnej krwi jak popsute marionetki, z bezwładnie rozrzuconymi nogami i rękami. W zaciśniętym gardle zamiera mi pisk, gdy zaczynam posuwać się do przodu, wciąż na kolanach, przez rzekę śmierci.

 

Cała drżę, gdy z każdym posunięciem moja skóra przybiera odcień coraz ciemniejszej purpury, a materiał ubrania wchłania tę wilgoć i przywiera do mnie ciasno lepką warstwą.

Nie wiem, dokąd zmierzam, ale mam wrażenie, że trwa to wieki. Strzały wciąż rozbrzmiewają nad moją głową, a ja brnę pchana resztkami sił. Gdy w końcu docieram do wnęki pod metalowymi schodami, upadam obok trupa jakiegoś grubego mężczyzny i zsuwam się w głąb, by w ciemnościach znieruchomieć w kałuży jego wciąż ciepłej krwi.

Leżę tak długo. Strzały stają się coraz rzadsze. W końcu milknął zupełnie, jak ostatnie pioruny po nawałnicy. 

Do przepracowania i uproszczenia, bez nadmiarowych słów. 

Kilka zdziwień: kanodana trwa, głosów i ludzi nie słychać; zapada ciemność, po czym błysk światła (spięcie, zreszta za chwilę się powtórzy w związku z Hybris), po czym światło gaśnie, choć dalej blask żarówek rozświetla pomieszczenie; ciało Sykeusa, ktore leży na ringu i jednocześnie na ramionach przerzuconych przez ring ma krople krwi.

Nie rozumiem jednak ani jednego słowa. Ich język jest obcy. Dziwny.

Wyboldowane, do usunięcia.

gdy z nienawiścią zębami rozplątuje ich sznurki, a w ustach czuję słodkawy i jednocześnie metaliczny posmak krwi. Ciskam je w kąt. 

Pierwsze – literówka. Drugie – usunęłabym. Kąt? Po prostu je wyrzuca, ciska…

Czuję się bezpieczna, gdy mogę niemal wtopić się w mury obdartych kamienic przedmieścia miasta.

Zaczyna już świtać, gdy w jednym z tych budynków pukam do drzwi. Gdy się otwierają, od razu spoglądam w dół na karlicę Mestrę Fjelldal, która bierze się pod okrągłe boki i skrzeczy swoim przepitym głosem, który tak dobrze znam

Obdartych? może obdrapanych lub inaczej?

Może pukam do drzwi jednego z budynków.

Swoim, zdaje się niepotrzebne.

– Wiedziałam, że prędzej, (-,) czy później tak to się skończy. 

Bez przecinka.

Podchodzi do malutkiego ekranu rozklekotanego telewizora

Rozklekotany – niejasne?

Spoglądam na swoje skostniałe dłonie o sinych, obitych palcach

Dlaczego dłonie są skostniałe? Przecież są/mogą być napuchnięte, pulsują. Czy jest mróz? Palce są obite, czy kłykcie, stawy, sama nie wiem, ale nie palce.

Przeżyłam prawdziwą rzeź. Przegrałam z Hybris Gausdal walkę, ale wygrałam coś o wiele cenniejszego. Wygrałam życie.

Hmm, wyolbrzymianie. Usunęłabym wyboldowane.

Muszę stać się ulotna jak cień, którego nie będą w stanie pochwycić.

Ulotna usunęlabym, czy cień jest ulotny?

 

Jak widzisz, trochę wypisałam i trochę czasu mi to zajęło. Napisałaś w przedmowie, że chcesz czytelniczych komentarzy, więc zastosowałam się do prośby.

Powtórzę, opowieść jest, czytało się nieźle, ale są i rzeczy, przynajmniej niektóre, do przepracowania. Może część moich uwag płynie z subiektywności, preferencji, ale pomyśl.

 

Pzd srd :-)

piątkowa asylum

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, wow! Dzięki za wszystkie uwagi, naprawdę! Raz jeszcze przepracuję na pewno ten tekst :). 

Dzięki, CharliseEileeen za respons. wink Trochę niepokoiłam się, czy nie przesadziłam.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Trochę mi tu historii brakuje, zarysowanie tego świata i konfliktu, który doprowadził do masakry.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

To bardzo ładny wstęp. Wczułem się w walkę, chciałem poznać jej wynik. Spodobała mi się bohaterka i jej przemyślenia. Czuć tu było emocje zamknięcie w pierwszoosobowej narracji.

Bywa jednak, ze przesadzasz z przymiotnikami. O pierwsze zdanie się wręcz potknąłem. co pewien czas rzucałaś takie kwieciste i rozbudowane wypowiedzi, że akcja dla mnie trochę za mocno zwalniała. Nie było to jednak nic, co zepsułoby mi odbiór tekstu jakoś mocno.

Tylko właśnie – to mógłby być wstęp do czegoś większego, ale samo z siebie to ledwo scenka-wprawka. Solidnie napisana, ale nie niesie zbyt wielkiej treści. Aż szkoda, bo zaciekawiło mnie, co będzie dalej, czym jest ten gang itd.

Tak więc bardzo solidny koncert fajerwerków, jednak przerwany zbyt wcześnie. Trochę szkoda :(

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NoWhereMan, wielkie dzięki za wszystkie wskazówki! Będę działać dalej i uważać, żeby już nie przesadzać z tymi przymiotnikami itp ;) Pozdrawiam cieplutko! 

 

Opowiadanie, jak na mój gust, zaledwie takie sobie. Za dużo boksu, za mało fantastyki i tak po prawdzie, to trudno powiedzieć, o co tu chodzi.

Wykonanie pozostawia bardzo wiele do życzenia. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fabuła raczej prosta jak na tyle znaków. Do tego sprawia wrażenie epizodyczności – ani nie dowiadujemy się, jak się ta cała awantura skończyła, ani dlaczego właściwie zaczęli strzelać.

IMO, sporo literówek; milkną i milknął to nie są synonimy.

wciąż mam ubrane rękawice bokserskie

Ubrań się nie ubiera.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka