- Opowiadanie: Jagiellon - W jedną stronę

W jedną stronę

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

W jedną stronę

Zaraz wszystko ci wytłumaczę. Usiądź i posłuchaj.

Zaczęło się pewnego letniego popołudnia. Po pogrzebie ojca uciekłem przed stypą w swoje ulubione miejsce nad jeziorem. Wiedziałem, że matka chciałaby mieć mnie przy sobie, ale nie zamierzałem słuchać wymuszonych kondolencji i bzdurnych zapewnień w stylu "pamiętajcie, że zawsze możecie na nas liczyć".

Siedziałem więc na piaszczystym brzegu, gapiąc się w falującą wodę odbijającą promienie słońca. Bawiłem się nożem sprężynowym. Nawiedziło mnie wspomnienie, jak dostałem go od ojca, który powiedział wtedy: "Miej to zawsze przy sobie, nigdy nie wiadomo, kiedy się przyda". Posłuchałem rady.

Słyszałem śpiew ptaków i szum liści, gdzieniegdzie cykały świerszcze. Wilgotna bryza chłodziła skórę. Jeszcze parę dni wcześniej w tym miejscu łowiliśmy z ojcem ryby, rozmawiając na różne tematy. On był jedyną osobą, której towarzystwo mi nie przeszkadzało. Przeważnie.

Wtedy dotarło do mnie, że już go nie zobaczę.

Poczułem zawroty głowy wywołane nagłym przypływem emocji. Ległem na ciepły piasek i zamknąłem oczy, próbując uspokoić oddech.

Błądziłem w ciemnościach. Szedłem, stawiając krok za krokiem, wodziłem przed sobą dłońmi, jednakże natrafiałem na pustkę. W oddali pojawiła się prostokątna obwódka zielonego światła. Ruszyłem ku niej. Marsz stał się jakby łatwiejszy, mimo że pod nogami wciąż miałem jedynie nieprzeniknioną czerń. Gdy dotarłem do celu zobaczyłem, że blask okala drzwi. Oparłem na nich palce. Poczułem zimną, gładką powierzchnię, która ustąpiła pod naciskiem. Zmrużyłem oczy rażony jaskrawą zielenią.

Gdy uniosłem powieki, była już noc. Wiatr zanikł, świerszcze umilkły. Na niebie połyskiwały gwiazdy do spółki z księżycem, wyciągając z mroku niewyraźne kontury lasów. Woda znieruchomiała, na jej powierzchni dryfowały bliżej nieokreślone kształty.

Pamiętam, że było w tej scenerii coś obcego. Zupełnie jakbym nagle pojawił się w innym miejscu, choć pozornie niewiele uległo zmianie. Trudno wytłumaczyć co mam na myśli. Trzeba to przeżyć, by zrozumieć.

Wstałem i rozejrzałem się niepewnie. Przy brzegu leżała dziecięca czapeczka do połowy zanurzona w wodzie. Podniosłem ją i zbliżyłem do twarzy, by móc obejrzeć. Mimo mroku widziałem, że była żółta, pełna przebarwień i częściowo pokryta glonami. Od oględzin oderwało mnie pulsowanie jaskrawozielonego światła. Przebijało spomiędzy tataraków gdzieś dalej, niczym miniaturowa latarnia ustawiona na wodzie. Odrzuciłem czapeczkę i skierowałem się w tamtą stronę.

Pociemniało jeszcze bardziej. Poruszałem się powoli, uważając, żeby o coś nie zaczepić. Niebawem stałem na wprost niezwykłego światła. Wysoka przybrzeżna roślinność zasłaniała jego źródło, zdjąłem więc buty i skarpety, po czym wszedłem do wody. Chłodna wilgoć ogarnęła moje stopy. Ostrożnie stawiałem kroki, uważając by nie skaleczyć się o ostre liście. Dno opadało coraz niżej, pożałowałem, że nie zdjąłem spodenek. Wreszcie zanurzony do pasa wysunąłem się przed linię tataraków. W tym samym momencie oślepił mnie kolejny błysk.

Chwilę zajęło mi przywyknięcie na powrót do mroku nocy. Wśród ciemności widziałem delikatne zielone migotanie. Emanowało z gniazda, dużego, wyglądającego na łabędzie i wciąż przybierało na intensywności. Jednak to nie gniazdo świeciło samo w sobie, a leżący w nim przedmiot przywodzący na myśl jajo, nieco większe od kurzego.

Chwyciłem świecący owal, więżąc kolejny rozbłysk w dłoniach. Łuna przeniknęła ciało jak papier, ukazując zazielenioną siatkę żył i cienie kości. Gdy rozwarłem palce, tajemniczy przedmiot przygasał. Dostrzegłem na nim łamaną linię pęknięcia wydłużającą się powoli, rozgałęziającą w coraz nowych kierunkach. W końcu skorupka pękła, a jej drobne fragmenty spadły do wody. Na moich dłoniach pozostała kula o konsystencji plasteliny, żarzyła się fluorescencyjną zielenią. Im dłużej przyglądałem się temu czemuś, tym większe ogarniało mnie zdziwienie.

Ta… substancja, bo tak chyba trzeba to nazwać, zmieniała formę. Najpierw nieco się spłaszczyła, następnie zaczęła wykształcać kolejne narządy: nos, uszy, usta. Nie minęło wiele czasu, a patrzyłem na miniaturę ludzkiej głowy o rozmazanych rysach twarzy. 

Powieki podniosły się, a wargi rozchyliły. Z pustych jeszcze oczodołów spłynęło coś przypominającego łzy.

Twarz nabierała charakterystycznych rysów, zmieniając się co chwila w inną. Widziałem męskie, kobiece, stare, młode. Zadziwiający pokaz pochłonął mnie bez reszty.

Wreszcie miniaturowa łysa głowa zamknęła usta. Miała nisko osadzone oczy, cienkie brwi i wąskie wargi. Wpatrywała się we mnie zielonkawymi źrenicami okolonymi niebieskimi tęczówkami. Trwało to jakiś czas, więc dobrze ją zapamiętałem. Po chwili oblicze zniknęło, rozpłynęło się w lśniący pył, niczym piasek przesypywany na wietrze, który uleciał ku niebu. Drobinki zawisły nade mną. Ich migotanie oświetliło akwen. Wówczas zobaczyłem, czym były niewyraźne kształty dryfujące dalej. Najbliżej mnie znajdowało się ciało chłopca. Napuchło i zsiniało od przebywania w wodzie, roztaczało wokół siebie mdlącą woń, której przed chwilą jeszcze nie czułem. Ułożone było nienaturalnie, na plecach, być może zahaczyło o jakąś gałąź. Na głowie miało czapkę, przysiągłbym, że tą samą, którą zostawiłem na brzegu. Wlepiałem wzrok w jego twarz. Przyglądał mi się nieruchomo, jakby oczekując odpowiedzi, których nie potrafiłem udzielić. Za nim unosiły się kolejne ciała. Jedne w ubraniach, inne bez, za to wszystkie dziecięce.

Zacząłem przeć ku brzegowi ile sił. Woda stawiała opór. Potknąłem się i upadłem, rozchlapując błyszczące krople. Na czworakach dopadłem trawiastego gruntu. Chciałem wstać i uciekać dalej, ale nogi odmówiły posłuszeństwa. Obraz rozmazywał mi się przed oczami.

Kiedy obudziłem się w szpitalu, opowiedziałem o tym, co zobaczyłem. Matka, która znalazła mnie nad jeziorem nie dostrzegła jednak niczego niezwykłego, więc nikt się tym nie zainteresował.

Czułem się całkiem dobrze. Lekarze przebąkiwali, że dostałem ataku epilepsji, prawdopodobnie z powodu nadmiaru emocji, ale chyba sami w to nie wierzyli. Tak czy siak, niebawem wypisano mnie do domu. Nie wróciłem jednak do dawnego życia.

Zacząłem miewać sny o przeżyciu znad jeziora. Ani się obejrzałem kiedy stały się normą. Nie minęło wiele czasu, a doszły nowe uciążliwości. Bywały momenty w ciągu dnia, kiedy rozbrzmiewały mi w głowie dziesiątki wymieszanych ze sobą piskliwych szeptów i żaden z nich nie należał do osób w moim otoczeniu. Nie potrafiłem nawet rozróżnić poszczególnych słów. Niekiedy zdarzało mi się widzieć trupiobladego chłopca w poplamionej żółtej czapeczce. Patrzył na mnie pytająco, by zaraz zniknąć.

Przez jakiś czas próbowałem z tym walczyć, wyprzeć myśl, że postradałem zmysły. Jednak w końcu zrozumiałem, że sam sobie nie poradzę. Ile jeszcze bezsennych nocy mógł znieść wyczerpany organizm? Wreszcie pewnego ranka podjąłem decyzję i umówiłem się na wizytę w miejscowym ośrodku. Termin ustalono na dwa dni później. Zrezygnowałem z taksówki. Dzień był piękny, a niebawem miałem dobrowolnie zgodzić się na zamknięcie w pokoju bez klamek.

Ruch był niewielki. Czteropiętrowe kolorowe bloki stały prostopadle do ulicy. Chodnik wyznaczały dwa rzędy drzew, chyba grabów. Zobaczyłem, że z naprzeciwka ktoś idzie. Znów usłyszałem szepty w głowie. Poczułem zawód, że nawet podczas ostatniego spaceru nie zaznam spokoju.

Tym razem było jednak inaczej. Piskliwe głosy zrównywały się rytmem, by w końcu przemówić wspólnie. Nie miałem wątpliwości co do treści przekazu.

Pomścij.

Osobą zbliżającą się ku mnie był mężczyzna. Szedł zamyślony, błądził wzrokiem w oddali. Przypatrzyłem się dokładnie jego twarzy. I aż przystanąłem z wrażenia. Miał nisko osadzone niebieskie oczy, cienkie brwi i wąskie usta. Promienie słońca odbijały się od łysej głowy. Najwyraźniej zauważył, że go obserwuję i odwzajemnił spojrzenie. Świat zaczął wirować.

Chłopiec w żółtej czapeczce leżał związany na zimnej podłodze. Jego pierś unosiła się i opadała bardzo powoli. Ciało było nagie, okaleczone w wielu miejscach. Na zakurzonym policzku widziałem linię pozostawioną przez łzy. Tuż obok stał on. Podciągnął spodnie i zapiął pasek. Uśmiechał się przy tym z satysfakcją.

– Wszystko w porządku? – powiedział, chwytając mnie za ramię.

– Kręci mi się w głowie.

– Strasznie pan blady. Proszę iść ze mną, mieszkam niedaleko.

Pokiwałem głową. W kieszeni spodni czułem ciężar noża.

 

* * *

 

Ewa siedziała zaciskając dłonie na żebrach kaloryfera. Bała się poruszyć. Nieznajomy zakończył opowieść, grzebał teraz między ustawionymi na półce książkami. Przynajmniej tak wnioskowała ze słyszanego szelestu, widoczność ograniczała się jedynie do zarysu kształtów.

– Resztę historii znasz – dopowiedział. – Przykro mi, że musiałaś przy tym być. Nie chciałem mieszać w to innych.

Zwróciła wzrok na leżącego obok męża. Był w tej chwili bezkształtną czarną masą, rzuconym w kąt tobołkiem.

– Jest! – krzyknął mężczyzna. Ewa aż podskoczyła. – Żółta czapeczka. To zdjęcie stanowić będzie dowód. Musisz je zobaczyć i powiedzieć mi, czy znasz to dziecko!

Z rozpaczą uświadomiła sobie, że ten psychopata zbliża się do niej. Na całym ciele czuła zimne dreszcze.

Pstryk. 

Wnętrze rozjaśniło światło. Ewa odruchowo spojrzała w kierunku zwłok. Jej mąż leżał na plecach, oczy miał szeroko otwarte, jakby dziwił się, że nie żyje. Bordowe plamy pokrywały jego koszulkę.

Nieznajomy kucnął przy niej. Ich twarze znalazły się blisko siebie. Wówczas mężczyzna podetknął jej zdjęcie przedstawiające chłopca, na oko ośmioletniego, w białej koszulce, dżinsowych szortach i żółtej czapeczce na głowie. 

– Znasz go?

Ewa przyjrzała się fotografii. Strach nie pozwolił jednak wykrztusić choć słowa. Nieznajomy najwyraźniej wyczytał odpowiedź w jej oczach. Albo tak mu się wydawało.

Na klatce schodowej wybrzmiał dźwięk kroków. Mężczyzna wstał i obrócił się w stronę drzwi wejściowych.

– Powiedz im wszystko, dobrze? – powiedział, wyciągając nóż z kieszeni.

Ostrze wyskoczyło z metalicznym trzaskiem.

Przyłożył je do szyi i przeciągnął w poprzek gardła. Ciemna ciecz trysnęła na dywan. Drzwi pękły z trzaskiem. Pomieszczenie napełniło się dymem. Policjanci wbiegli, krzycząc.

Nieznajomy leżał nieruchomo, ciemna kałuża rosła na podłodze wokół niego. Zgnieciona fotografia wystawała z zaciśniętej dłoni.

Koniec

Komentarze

Zacząłem miewać sny odtwarzające przeżycie znad jeziora. Ani się obejrzałem kiedy stały się normą. Nie minęło wiele czasu, a doszły nowe atrakcje. – tu słowa “odtwarzające” i “atrakcje” niezbyt pasują 

 

Przynajmniej tak wnioskowała ze słyszanego szelestu, widoczność ograniczała się jedynie do zarysu kształtów. – druga część zdania również nie pasuje

 

Z jednej strony tekst jest przyzwoicie napisany, nie ma jakichś większych błędów, akcja idzie naprzód. Z drugiej jednak historia i postaci nie mają jakiegoś rysu indywidualności, nic zaskakującego – przez co taka ogólna ocena opowiadania, tym bardziej szorta, raczej spada. Zresztą fabuła jest oparta na dość popularnym motywie: jakaś trauma → bohaterowie rzuca się na głowę → bohater kogoś załatwia, w związku z tym trzeba gdzie indziej szukać sposobu na uatrakcyjnienie tekstu. 

I po co to było?

Trudno wytłumaczyć co mam na myśli. 

 

Jak dla mnie, takie zdanie jest pójściem na skróty. Zawsze można opisać w taki sposób, aby z każdym zdaniem opowieść i dalsze przygody bohatera ciekawiły go jeszcze bardziej. 

Opisy nad jeziorem bardzo ładne, zwłaszcza na początku. Motyw mocny, styl w porządku. Choć do tego, aby zapadło w pamięć na dłużej, zabrakło mi czegoś charakterystycznego.

Dziękuję za uwagi :). Syf., Co do pierwszego przykładu, jak to wytknąłeś, faktycznie jakoś zgrzyta. Niby człowiek tyle biedzi się nad poprawkami, a i tak potrzeba kogoś, kto palcem wskaże błąd ;).

Powiem Ci, że ująłeś mnie przedmową :) Co do tekstu: dobrze się to czyta, ale niestety nie było efektu łał. 

Patryk, dzięki za opinię. Co do przedmowy, to wersja tu zamieszczona jest bodaj siódmą. Oczywiście ciągle znajdowało się coś do poprawy, ale w końcu musiałem powiedzieć dość ;).

Faktycznie, dobrze napisane, ale brakuje emocji. A jeśli bohater nie czuje emocji, działa niemal jak robot, to czytelnik też niczego nie czuje. Końcówka wydaje się niejasna, a jak się czyta tak bezosobowo napisane opowiadanie, to zainteresowanie perypetiami bohaterów też gaśnie.

Dzięki, Agroeling. Dobrze, że zdefiniowałeś mi to “coś”, czego brakuje ;). 

Jakoś nie potrafię połączyć traumy po śmierci ojca z wizją pozabijanych dzieci. Nie wiem, co tu jest prawdziwe, a co halucynacjami bohatera. I brakuje mi tu emocji. Przyzwoicie napisane, ale nie trafiło do mnie.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Irka_Luz, dzięki za opinię. 

Gwoli wyjaśnienia, trauma stanowiła tu impuls otwierający jakąś “zapadkę” w umyśle bohatera. Później już nie wiadomo (przynajmniej ja nie wiem :D), czy wszystko o czym opowiada jest prawdą, czy jedynie wytworem chorego umysłu. 

Co do braku emocji, również czuję się w obowiązku usprawiedliwić, bowiem chyba każdy mi to wytknął. Zabieg był celowy, ponieważ bohater, w chwili gdy o tym opowiada, jest już innym człowiekiem, poddanym woli czegoś nieznanego mu wcześniej (bez względu na to czy jest to jego wymysł, czy rzeczywistość). Przeszłość wydaje mu się odległa i jakby należąca do kogoś innego. Poza tym jest pochłonięty szukaniem dowodu winy zamordowanego mężczyzny (resztka jego jestestwa potrzebuje potwierdzenia swojej racji).

Cóż, skrewiłem. Trzeba było bardziej rozjaśnić swój zamysł. Raz jeszcze dziękuję za uświadomienie błędu ;).

Domyślam się, że przeżycia i wizje nad jeziorem mogły odcisnąć piętno na zdrowiu bohatera, czego dowodem są dalsze wypadki, ale ponieważ do końca nie mam pewności, co było jawą, co omamami, a co imaginacją chłopaka, nie umiałam, niestety, przejąć się jego losem, a opowiadanie nie zdołało wywrzeć na mnie większego wrażenia.

Zastanawiam się, czy to normalne, że przechodzień, widząc na ulicy kogoś, kto nagle źle się poczuł, zaprasza go do swojego domu, zamiast wezwać pogotowie…

Ciekawi mnie też, dlaczego w końcówce opowiadania pojawia się nagle jakaś Ewa, podczas gdy w całym tekście nie pada żadne imię.

 

Prze­bi­ja­ło spo­mię­dzy ta­ta­ra­ków gdzieś dalej… ―> Prze­bi­ja­ło spo­mię­dzy ta­ta­ra­ku gdzieś dalej

Chyba że rosły tam różne tataraki.

 

po­ża­ło­wa­łem, że nie zdją­łem spodenek. ―> Raczej: …po­ża­ło­wa­łem, że nie zdją­łem spodni.

Nie wiem ile lat miał bohater, kiedy umarł ojciec, ale nie wydaje mi się, żeby był na tyle mały, aby na jego pogrzebie być w spodenkach.

 

Łuna prze­nik­nę­ła ciało jak pa­pier… ―> Czy to znaczy, że papier przenika ciało?

 

Miała nisko osa­dzo­ne oczy… ―> Nisko, to znaczy gdzie – na policzkach?

A może miało być: Miała blisko osa­dzo­ne oczy

 

Na gło­wie miało czap­kę, przy­siągł­bym, że samą… ―> …przy­siągł­bym, że samą

 

Miał nisko osa­dzo­ne nie­bie­skie oczy… ―> Miał blisko osa­dzo­ne nie­bie­skie oczy

 

– Wszyst­ko w po­rząd­ku? – po­wie­dział, chwy­ta­jąc mnie za ramię. ―> Skoro jest pytajnik, to chyba: – Wszyst­ko w po­rząd­ku? – zapytał, chwy­ta­jąc mnie za ramię.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Lubię te klimaty. Mrok ludzkiego szaleństwa, nieodgadniona tajemnica choroby psychicznej… Gdyby tylko lepiej skomponować tekst i wybić się ponad sztampy;) Pisz dalej ! Czwartkowy Dyżurny:)

Regulatorzy, rzuciłaś kilka ciekawych spostrzeżeń, jest nad czym myśleć ;).

Blacktom, pewnie, że będę pisał dalej, bo sprawia mi to nieopisaną przyjemność ;).

Dziękuję wam za cenne uwagi.

Pozdrawiam!

Mam nadzieję, Jagiellonie, że to dobrze, że dałam Ci do myślenia. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Oczywiście! Myślenie pobudza wyobraźnię ;).

Nowa Fantastyka