- Opowiadanie: kasjopejatales - Fragmentaryczni nieumarli, dżdżownice i walnięty centaur

Fragmentaryczni nieumarli, dżdżownice i walnięty centaur

Jeżeli czytelnikowi wydaje się, że brakuje mu informacji, że fabuła nagle się rwie, że nie wie, co się dzieje... to jest mu bliżej do bohatera opowiadania, niż myśli.

Z poważaniem Autor, który jednak wszystko wie... ale nie powie.

*No może za pączka, ale tylko takiego z dodatkową, kolorową posypką.

 

Hasło konkursowe: grobowy fakultet

 

Edycja 11.04.2020: naniesiono poprawki (względem komentarzy).

Edycja 02.06.2020: naniesiono poprawki stylistyczno-gramatyczne.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Fragmentaryczni nieumarli, dżdżownice i walnięty centaur

„Wiedza to nie wszystko, liczy się też doświadczenie”. Właśnie te słowa widniały na ekranie komputera Salomona. Młody mężczyzna wpatrywał się w nie jeszcze przez chwilę, nie wiedząc, co ma myśleć.

– Co za bzdury – parsknął w końcu i wyszedł z pokoju.

Idąc przestronnymi, bogato urządzonymi korytarzami rodzinnego domu, Salomon pozwalał myślom krążyć. Nieczęsto bowiem spotykał się z aż tak stanowczą odmową. I to od kogo?! Wykładowcy, świeżo zatrudnionego na uczelni. Dziewuchy, która nie była wiele starsza Salomona, a już miała tytuł doktora nauk magicznych. A przecież to on miał zostać najmłodszym doktorem w historii Uniwersytetu Magicznego w Nowym Jorku. Przecież już kupił sobie plakietkę na drzwi. Taką metalową, inkrustowaną złotem oraz wysadzaną małymi diamencikami.

„I co ja mam teraz z nią zrobić?” – dąsał się mężczyzna, mijając kolejne trofea, zawieszone na ścianach. Głównie poroża jeleni, skóry wielkich dzików i głowy syren. Te ostatnie były obecnie luksusem, już niemal niemożliwym do zdobycia. No, a przynajmniej nie legalnie. Tylko że zbyt godnie to one na ścianach nie wyglądały, bo trzeba było im zakładać kneble. Syreny nawet po śmierci zachowywały irytujące zdolności hipnotyczne i… śpiewały – a tego nikt nie chciał. A zwłaszcza Salomon, który po dziś dzień próbował zabić te komórki w mózgu, które przechowywały obraz jego nagiego ojca, tańczącego z kościotrupem. „Nie” – wzdrygnął się młody mężczyzna, schodząc po schodach. „Raz wystarczył, żebym nigdy więcej nie spojrzał na staruszka tak samo”. No, ale przynajmniej upewnił się, że to właśnie po ojcu odziedziczył swoje wielkie… ego.

Jednak zdecydowanie nie po nim Salomon miał cierpliwość. Więc gdy tylko postawił stopę na puchatym dywanie, napotykając nią dobrze znany sobie obiekt, poczuł nagłą irytację.

– Kto tu zostawił te zwłoki?! – wrzasnął mężczyzna, oskarżycielsko wskazując dłonią na podłogę. A gdy skierował tam też wzrok, trup uchylił jedną zasuszoną powiekę. „Aha, to taki trup”. – Jazda mi stąd – wycedził wściekle. – No już, sio. Nie wolno ci wchodzić do domu. Złe zwłoki.

A gdy nieumarły z cichym mlaśnięciem, zaczął wolno czołgać się do wyjścia, Salomon westchnął ciężko. Ostatnio nic nie szło tak, jak powinno. To, że byli rodziną nekromantów, absolutnie nie tłumaczyło, tego co tu się działo. Bo co za debil wpadł na pomysł, żeby wykorzystać trupy jako służbę? A nie, moment. „No tak, mama” – pomyślał Salomon, przecierając twarz dłonią. Kobieta o złotym sercu i mózgu wielkości orzeszka. „Nie. Nie będę się denerwował. Nie będę przeklinał. Nie zabiję własnej matki” – powtarzał, stojąc pośrodku holu z zamkniętymi oczami. I pomyśleć, że jeszcze do niedawna było znacznie gorzej. Dopiero ostatnio zdołali wraz z ojcem przekonać kobietę, żeby nie wpuszczała trupów do domu. Zostało jeszcze tylko oduczenie jej dokarmiania ich i będzie dobrze.

I właśnie z tą myślą, w miarę spokojny i z lekkim uśmiechem, Salomon otworzył oczy. Jego wzrok powoli skupiał się na dywanie, aż wśród gęstego czerwonego włosia zauważył… dłoń.

– Noż k… – zaczął, ale powstrzymał się w ostatniej chwili. – Tylko spokojnie. Mmm. Jesteś oazą. Oazą spokoju. Oazą jesteś! Hej! – wrzasnął, odwracając się w stronę trupa. – Zostawiłeś coś! – Ale korytarz był już pusty.

I może gdyby był to pierwszy raz, Salomon przejąłby się zgubą. Może nawet chciałby ją oddać. Jednak ostatnio dzień bez natknięcia się na nogę, rękę, czy ucho można było uznać za stracony. I jak początkowo nawet bawiło to młodzieńca, tak szybko przestało. „Co za żałosny koniec” – pomyślał wpatrzony w dłoń. Na szczęście taki, którego nigdy nie będzie dane mu doświadczyć. Bo i żaden nekromanta nie powstałby z własnej woli, a każdy od niemowlaka chroniony był też odpowiednim zaklęciem, uniemożliwiającym przymusowe ożywienie.

Jednak Salomon nie chciał teraz o tym myśleć. Dlatego szybko rzucił zaklęcie, a kończyna z dywanu przefrunęła przez korytarz i wylądowała w koszu zabawek dla psa. Ich pupil chyba jako jedyny cieszył się, że połowa obecnej służby składała się z trupów. Pewnie gdyby Salomon był psem, też by się cieszył. Wieczny zapas kości i duża dawka ruchu, gdy umarlaki chciały odzyskać swoje części. Spoiler: nigdy im się nie udawało.

Rozbawiony tą myślą, Salomon wszedł do przestronnego salonu, szybko omiatając pomieszczenie wzrokiem. Ojciec jak zwykle czytał książkę, matka dziergała na kanapie, a pies grzał się przy rozpalonym kominku. Zawsze płonął – kominek, nie pies – nawet w środku lata.

– Ojcze – przywitał się młodzieniec, siadając na jednym z foteli i nie komentując tego, co się działo w pokoju.

– Synu – odpowiedział starszy mężczyzna, nawet na niego nie patrząc. Uparcie wlepiał wzrok w księgę, z całych sił ignorując to, czym zajmowała się żona.

– Mamo – jęknął w końcu Salomon. – Ile razy mówiliśmy, żebyś ich tu nie wpuszczała?

– Ale się rozpadła – pożaliła się kobieta, sprawnie operując igłą na ramieniu zmarłej niedawno kucharki.

– Yyy… – mlasnęła kucharka.

– Już, już kończę, kochaniutka. No i po wszystkim – ucieszyła się pani tego domu. – No, za życia by cię lepiej nikt nie zszył – zaświergotała.

– Yyy… – mlasnęła kucharka.

– No idź już, idź. Bo te dwa ponuraki zaraz zaczną narzekać. – Salomon przewrócił oczami. Ojciec też. A kucharka nie. – I masz tu dżdżowniczkę na drogę.

I niestety żaden z mężczyzn, którzy właśnie zrywali się z foteli, nie zdołał przeszkodzić kobiecie w otwarciu metalowego pudełeczka. Dlatego sekundę później potworny smród wędzonych, suszonych, fermentowanych, spleśniałych, przetrawionych i słodzonych dżdżownic wypełnił cały salon. Salomon zzieleniał. Ojciec zzieleniał. Nawet rośliny zzieleniały. Tylko kucharka zbielała. Zadziwiająco sprawnie porwała pudełeczko przysmaków i pognała do wyjścia. Co w praktyce oznaczało powolne sunięcie noga za nogą, przez dobrą minutę, zanim w końcu zniknęła za drzwiami salonu.

W czasie jej taktycznego odwrotu ojciec dopadł do jednego okna, a Salomon do drugiego. Silnym szarpnięciem otworzył je i chciwie zaciągnął się ciepłym powietrzem, zapachem świeżo skoszonej trawy oraz… dwoma wielkimi, owłosionymi jądrami, które wisiały mu tuż przed twarzą, w pakiecie z końskim zadem. „A i tak jest to lepsze niż dżdżownice” – przemknęło mu przez myśl.

– Olaf! – wrzasnął Salomon, próbując nie oddychać.

– Tak, Paniczu? – Blada twarz centaura pojawiła się w polu widzenia, a zielone jak szmaragdy oczy spojrzały na młodzieńca ze spokojem.

– Co tu robisz?

– Przycinam bluszcz – oświadczył ogrodnik wolno i jakby z zastanowieniem.

– A nie możesz tego robić gdzie indziej? – zapytał mężczyzna, ledwo powstrzymując wymioty.

– Ale on rośnie tylko tutaj.

„Tylko spokojnie, oddychaj” – powtarzał sobie Salomon. „Tylko nie myśl”. No i pomyślał. I zwymiotował. „Co za wstyd” – zganił się w myślach, zwracając obiad na rabatki, pod czujnym spojrzeniem upośledzonego centaura. Bo Olaf do normalnych na pewno nie należał. Nie, skoro wierzył, że jest żywym trupem. Że w ogóle ktoś z jego gatunku może stać się nieumarłym. A przecież, żaden szanujący się nekromanta nie ryzykowałby przywrócenia do życia centaura. Po pierwsze, byłoby to poważnym naruszeniem traktatów zawartych między nimi, nekromantami i syrenami. Po drugie, te szkapy były bardzo odporne na magię. A po trzecie i najważniejsze, zbyt łatwo wybuchały. Po śmierci ich procesy trawienne bardzo przyspieszały, czyniąc z nich tykające bomby. Wystarczyło więc tylko kichnąć w pobliżu, a pękały jak napompowany balonik, wyrzucając wnętrzności na podobieństwo konfetti na przyjęciach dla dzieci. Bardzo czerwone i śmierdzące konfetti, na przyjęciach dla bardzo dziwnych dzieci.

A mimo to, Olaf był święcie przekonany, że jest martwy. „Cudowne towarzystwo” – pomyślał Salomon, mocno zaczerwieniony od wysiłku i wstydu.

– Pomóc Panu? – zapytał troskliwie ogrodnik.

– Nie – warknął Salomon, ale po chwili uśmiechnął się powściągliwie. – Nie, ale dziękuję za troskę.

Centaur kiwnął więc głową i odszedł w sobie tylko znanym kierunku. A Salomon patrzył jeszcze przez chwilę za jego wielkimi… za nim, po czym wrócił do salonu, z którego zdążył już ulotnić się charakterystyczny smród.

– Mamo, ile razy cię prosiliśmy?

– Przepraszam, zapominam czasem – odparła kobieta, mnąc w dłoniach spódnicę.

– Nic się nie stało kochanie – szepnął starszy mężczyzna, odruchowo głaszcząc ją po ramieniu, jednocześnie rzucając zaklęcie uspokajające.

– Aha. – Wzrok kobiety stał się zamglony, a ciało rozluźnione. Delikatny uśmiech wypłynął jej na usta i już więcej się nie odezwała.

– Jak idzie doktorat? – zapytał mężczyzna, siadając w fotelu i sięgając po przerwaną lekturę.

– Dobrze. – Salomon wiedział, że ojciec zadał to pytanie tylko, by je zadać. – Pojawił się jeszcze jeden fakultet, który mógłbym zaliczyć. Dzięki temu byłbym jedyną osobą w historii uczelni, która będzie doktorem i zaliczyła wszystkie przedmioty oraz fakultety, na wszystkich kierunkach – oznajmił z nieskrywaną dumą.

– Hm. – To jedyne, na co syn mógł liczyć.

– Tylko że babsztyl, który prowadzi zajęcia, nie zgodził się, abym zaliczył je na podstawie wcześniejszego egzaminu. – A to było dla Salomona czymś nowym, bo dość często tak robił. Tym bardziej więc, czemu miałby tracić cenny czas na fakultet, którego tematykę miał całkowicie opanowaną? Co jak co, ale nekromanta to się na trupach znał. Więc czego niby Salomon mógłby się więcej dowiedzieć na zajęciach, które nosiły tytuł: Poznaj swojego trupa?

– Dlaczego? – padło niespodziewane pytanie z ust ojca.

– Podobno jej fakultet to bardziej praktyki, niż czysta teoria – odpowiedział młodzieniec, zdziwiony zainteresowaniem. – Jakbym nie miał dość tego u siebie – mruknął, automatycznie kierując wzrok na ogród. Tam, gdzie stadko nieumarłych podlewało grządki i… „Czy oni znowu żonglowali swoimi kończynami?”

– Wiem, że zrobisz to, co najlepsze dla rodziny – oświadczył ojciec, a Salomon ledwo powstrzymał grymas złości.

– Oczywiście – przytaknął grzecznie, ale w duchu jego uśmiech walczył o miejsce ze zgrzytaniem zębami.

Oczywiście, że zrobi wszystko, by udowodnić innym, że jest najlepszy. Bo przecież każdy tylko tego oczekiwał od przyszłego przywódcy Nekromantów w Nowym Jorku.

 

***

 

Salomon leniwie przekręcił się na drugi bok, cicho mrucząc pod nosem. Jednak gdy jego ręka napotkała niespodziewaną przeszkodę, mężczyzna niechętnie rozchylił powieki. Tylko po to, aby zobaczyć ciemność.

– Co jest? A nie, moment. No tak. Trumna – parsknął lekceważąco, wolno przecierając zaspane oczy. Sprawnie przekręcił się na plecy i przeciągnął w niewielkiej przestrzeni. – A jednak miałem rację. Nic nie czuję.

I co by ten babsztyl o cudownym, przypominającym wiśniowy raj uśmiechu nie mówił, Salomon ani na chwilę nie wczuł się w rolę trupa. Było mu jedynie niewygodnie i tyle. Tak więc tę całą powaloną teorię wykładowczyni, że zamknięcie w trumnie pozwoli Salomonowi lepiej zrozumieć tok myślenia nieumarłego, z przyjemnością rzuci kobiecie w twarz, punktując każdy błąd. I to w kolejności alfabetycznej.

No, ale teraz Salomon miał ważniejsze rzeczy na głowie. Naparł więc dłonią na wieko, a gdy to nie ustąpiło, powtórzył zabieg, tylko mocniej. I znowu.

– Co do cholery? – warknął w całkowitą ciemność. – Hej! Otwierać! – A gdy nikt mu nie odpowiedział, przyłożył dłonie do płyty. – Sama tego chciałaś – I nucąc ciche zaklęcie, wyrwał wieko z zawiasów. Płyta poszybowała wysoko w noc, aby po chwili upaść na miękką trawę.

„Moment. Jaką trawę?” – zdziwił się Salomon. Przecież byli na sali wykładowej. Marszcząc wyregulowane brwi, usiadł w trumnie i rozejrzał się wokoło. No to na pewno nie była uczelnia. Wyglądało raczej na… Cmentarz? Rozglądając się niepewnie, mężczyzna wyszedł z trumny, uważając, aby nie wpaść do świeżo wykopanego grobu tuż obok. „Czy to część praktyk? Jeżeli tak, to mogła chociaż mnie uprzedzić” – pomyślał zirytowany Salomon.

– Hej! – nagły wrzask, niemal przyprawił młodego nekromantę o zawał. – Co ty wyprawiasz? Wracaj do grobu. To porządny cmentarz. Tu się nie wstaje – tłumaczył nowo przybyły, podchodząc bliżej trumny.

– O czym ty mówisz?

– No już, nie mam czasu – poganiał go stary grabarz, machając rękami. – Kładziemy się. Mam jeszcze dwóch takich jak ty do zakopania.

– Co? – zapytał ponownie Salomon, całkowicie zagubiony.

– No i upośledzony mi się trafił. Cudownie. – Mężczyzna przewrócił oczami. – Nie żyjesz. Umarłeś. Kitnąłeś. A teraz kładź się, jak grzeczny trup – powtórzył, sięgając po łopatę wbitą w kopczyk ziemi.

– Że co? – wrzasnął nekromanta, w jednej chwili odzyskując pełną świadomość. – Czyś ty zgłupiał? Nie jestem martwy!

– Tak, tak. Zaprzeczenie to pierwszy objaw.

– Nie! – „Tylko spokojnie, pamiętaj, jesteś oazą”. – Posłuchaj. Nie jestem martwy. To sprawka tej przeklętej baby! Niech ja ją tylko dorwę. Do końca życia będzie pieliła u nas grządki – zapewnił z okrutnym uśmiechem.

– Słuchaj młody – zaczął z namysłem grabarz, podpierając się łopatą. – Wiem, że ciężko ci to zaakceptować, ale tak już bywa. Czasem życie po prostu się kończy. Ot, tak. – Pstryknął palcami, a Salomon parsknął rozbawiony. – Jak chcesz, ale według mnie nie stawia się nagrobka żywej osobie. A już na pewno nie wyprawia się jej pogrzebu.

– Pogrzebu?

– Tak i muszę ci powiedzieć, że twoja matka nie wyglądała, jakby mogła wiele więcej znieść. Więc jak pojawisz się jej w takim stanie, to zapewne będę musiał wykopać dodatkowy grób.

– Gówno wiesz! – wrzasnął Salomon, biegiem ruszając w noc.

 

***

 

Niestety okazało się, że grabarz wiedział więcej, niż zdążył powiedzieć. Dlatego, dopiero gdy Salomon dotarł do domu, odkrył, że wprosił się na własną stypę. Starając się nie zwracać uwagi na licznych żałobników, dumnie wszedł do salonu. Jednak strach coraz mocniej ściskał mu gardło, a serce szarpało się niespokojnie w piersi. „To nie może się dziać” – myślał spanikowany. Ale się działo. Mężczyzna zrozumiał to, gdy spojrzał w ciemne oczy ojca, pierwszy raz widząc w nich zawód.

– Tato… – zdążył jęknąć Salomon, zanim matka omdlała na jego widok.

– Jak śmiesz wracać?! – głos ojca przepełniony był wściekłością, a także wstydem. W salonie zapadła nerwowa cisza, przerywana szeptami pełnymi tajonej ciekawości i kpiny. I to wśród niej, starszy mężczyzna ułożył żonę na kanapie i zaczął wachlować dłonią. – Milczeć! – wrzasnął tak potężnym głosem, że nawet syn na chwilę skulił się w sobie. Zaraz jednak wyprostował się i wbił twarde spojrzenie w ojca.

– Tato – powtórzył stanowczym tonem.

– Milcz. Nawet nie wiesz, jak bardzo jestem rozczarowany twoim zachowaniem. Nawet bardziej niż tym, w jaki sposób umarłeś. – Pokręcił głową. – Atak paniki po wejściu do trumny? Naprawdę? – Gdyby dezaprobata mogła być zwierzątkiem, byłaby małym białym króliczkiem, z umazanym krwią pyszczkiem. – Myślałem, że jesteś mądrzejszy. Odporniejszy. No, a przynajmniej, że masz więcej godności niż dziadek.

– Mam – jęknął Salomon, jakoś zupełnie nagle opadając z sił.

Przecież nigdy by nie wrócił, a już na pewno nie z własnej woli! A to właśnie sugerował ojciec. Że Salomon celowo złamał zaklęcie chroniące go przed magią ożywiającą. Że mógłby zhańbić rodzinę, w ten sam sposób co dziadek. Ten, którego musieli w końcu poćwiartować i każdą jego część włożyć do osobnego pudełka, coby nie łaził po mieście, przynosząc wstyd rodzinie. I tylko jego dłoń wystawili w muzeum Nekromantów (ku przestrodze innych), gdzie po dziś dzień stuka w szybkę, pokazując wszystkim środkowy palec.

– A jednak tu stoisz.

– Nie jestem martwy! – wrzasnął młody mężczyzna piskliwym tonem, którego zawsze się wstydził. – To były ćwiczenia. To musi być ich dalsza część. – Nie potrafił uwierzyć w nic innego.

– Myślisz, że pochowałbym jedynego syna, nie mając pewności, że jest martwy? – warknął ojciec, szybko wachlując żonę dłonią, co raz ją policzkując. I trudno było powiedzieć czy robił to specjalnie, czy przez nieuwagę.

– Nie jestem…

– Milcz. Po co wróciłeś?

– Nie jestem… – powtórzył Salomon mechanicznie, coraz bardziej zagubiony.

Widział te wszystkie spojrzenia wokół siebie, czuł drwinę i jad w głosie wrogów, a zwłaszcza swoich przyjaciół. Słyszał szepty o tym, jaki wstyd przyniósł rodzinie, jak słaby był. Słyszał też szybko ustalane zakłady o to, co mu pierwsze odpadnie. Ale przecież nie mógł być martwy. W swoim rozgrzanym ciele Salomon wciąż czuł serce wybijające mocny i szybki rytm. Serce, które jeszcze bardziej przyspieszyło, gdy mężczyzna za oknem napotkał smutne spojrzenie zielonych oczu. I w jednej chwili całe zagubienie i wątpliwości Salomona wyparowały.

– Nie jestem martwy! – warknął ponownie, przenosząc twarde spojrzenie na ojca. – Oddycham, mam puls, nie rozkładam się. To nie ma sensu!

I pewnie dodałby coś jeszcze, gdyby nagle matka nie otworzyła oczu i z zaskakującą sprawnością dopadła do niego.

– Synku! Jesteś! Wiedziałam, że wrócisz. Matka wie takie rzeczy – bełkotała, uczepiona jego koszuli. – Wróciłeś. Oj! Musisz być głodny. Proszę.

Niestety Salomon nie zdołał jej przeszkodzić, gdy podsuwała mu pod nos pudełeczko z dżdżownicami. Przebrzydły smród wypełnił cały pokój, wylewając się na korytarz, podobnie jak zawartość żołądków gości. Wszyscy wymiotowali, płacząc i zawodząc, a jednocześnie próbując zachować dumę oraz uprzedzenie.

A w tej symfonii przedziwnych dźwięków i zapachów, tylko jedna osoba dalej obserwowała Salomona. I tylko ona zobaczyła przerażenie pojawiające się na jego przystojnej twarzy oraz łzy toczące się po policzkach. Wtedy, gdy mężczyzna zrozumiał, że nie czuje tego, co inni.

– Hm – westchnął cicho Olaf, ruszając w stronę stodoły, w której mieszkał. Powinien wstawić wodę na herbatę, skoro będzie miał gościa.

 

***

 

– Olaf! – wrzasnął od progu Salomon, wchodząc do domu jedynej osoby, której całkowicie ufał. – Olaf. – A to był już szloch.

– Paniczu – przywitał się grzecznie centaur, skłaniając głowę.

– Daj spokój – jęknął, wtulając się w szeroki koński tors.

– Sal – przytaknął, głaszcząc go po głowie.

– To nie może się dziać – szeptał Salomon, chłonąc dotyk Olafa, który uspokajał go i dawał siłę.

– Bycie martwym nie jest takie złe.

– Nie jestem martwy – jęknął głucho. – Nie mogłem umrzeć. Nie tak. Nie przypadkiem. Przecież czuję ciepło, bicie serca! Swoje i twoje. Nie mogę być martwy! – upierał się mimo przytłaczających dowodów. Całe życie kierował się logiką i dowodami naukowymi. Więc dlaczego teraz nie umiał ich zaakceptować?

– Nie wszystko jest takie, jak nam się wydaje – szepnął Olaf, po chwili dodając: – Niby skąd możemy wiedzieć, że nie jesteśmy mózgami w słoikach?

– Co? – Salomon zmarszczył brwi, kierując wzrok w górę.

– Taki eksperyment myślowy. Niektórzy uważają, że nie możemy udowodnić ponad wszelką wątpliwość, że nie jesteśmy mózgami w słoikach.

– Nieprawda – zaprzeczył mężczyzna, ale nie było to tak stanowcze, jakby chciał. – Ja wiem, wiem! – wrzasnął, odsuwając się od Olafa i zaczynając krążyć po pokoju.

– Ale nie możesz tego udowodnić. Nie przy tych dowodach – szepnął smutno centaur.

– Oczywiście, że mogę! Mam puls, jestem ciepły. Tak jak i ty!

– Ja jestem martwy.

– Nieprawda! Jesteś tak samo żywy, jak… – zaczął, ale widząc minę Olafa, zachłysnął się powietrzem. – Jesteś żywy – wycedził Salomon.

– Żywych nie chowa się na cmentarzu.

– Do cholery! – Wściekał się młody mężczyzna. – Od dawna powtarzam ci, że nie jesteś martwy i wiele razy ci to udowadniałem. Dlaczego mi nie wierzysz?!

– A dlaczego ty nie wierzysz mi, gdy mówię, że jestem martwy? – głos Olafa był spokojny. Jak zawsze.

– Bo to nieprawda! – wrzasnął Salomon piskliwie, w tonacji, której mężczyźni rzadko używali. Nie miał już siły prowadzić tej dyskusji. Co miał jeszcze zrobić, czy powiedzieć? I gdy tylko o tym pomyślał, zobaczył coś na stole. – I mogę udowodnić, że żyję! – Uśmiechnął się szeroko, błyskawicznie sięgając po nóż leżący pomiędzy filiżankami ze świeżo zaparzoną herbatą. Tylko ciasta brakowało. – Patrz – zażądał, rozcinając sobie przedramię.

Krew chlusnęła na podłogę, a tłumiony krzyk wypełnił stajnię. Bolało jak cholera, bo i rana była głębsza, niż Salomon planował. Ale nie miało to teraz żadnego znaczenia. Nie, gdy czerwona – jak usta kobiety, która go w to wpakowała – krew lała się na posadzkę, łącząc się z kurzem i słomą.

– Widzisz? – zapytał z dumą, wskazując na ranę. Jednak wyraz twarzy Olafa się nie zmienił.

– Nie wiem, co chciałeś tym udowodnić, ale herbata nam stygnie.

– Co ty pieprzysz?! Przecież krwawię!

– Krwawisz? – Szczere zdziwienie pojawiło się na twarzy centaura, a Salomonowi pierwszy raz zabrakło słów. Jednak to kolejne słowa Olafa niemal zwaliły go z nóg. – Przecież krew jest czarna.

– Nie – zaprzeczył mężczyzna, potrząsając głową i w desperacji rozcinając drugie przedramię. – Czerwona, czerwona… – wskazywał nożem ranę.

– Sal, przestań…

– Nie! Jest czerwona – powtarzał, tnąc się dalej i nie zauważając, że robi mu się ciemno przed oczami. A może to krew robiła się czarna? Dlaczego jest czarna? Naprawdę była czarna?

– Sal, zrobisz sobie krzywdę.

– No przecież jestem martwy – zaśmiał się słabo, przez łzy wpatrując się w kałużę u swoich stóp. – Nie mogę się więc zabić… skoro…

– Sal – szepnął ponownie centaur, jednak Salomon już ledwo go słyszał. Jego głos, jak i postać niknęły w ciemności, podobnie jak świat wokół nekromanty. Więc dlaczego tak wyraźnie usłyszał on głęboki żal w głosie Olafa?

– Sal – powtórzył centaur. – Dlaczego nie mogłeś tego zaakceptować? Tak, jak ja to zrobiłem?

 

***

 

– Pani i anowie, jestem pełen uznania! Sto na sto punktów i jakbym mógł, to dałbym nawet więcej – zachwycał się stary profesor, wręczając studentom certyfikaty opatrzone jego zamaszystym podpisem. Uśmiechał się przy tym szeroko, acz nerwowo.

A trzech mężczyzn i jedna kobieta bez słowa przyjęli świstki papieru, starając się nie oddychać stęchłym powietrzem, które wypełniało mały pokój. I, mimo że oni poddawani byli ocenie, wyglądało, jakby to profesor zdawał egzamin. Dziwne, co nie?

– Dziękujemy, panie profesorze – zaczął jeden z mężczyzn, uśmiechając się uprzejmie. – Czy może któryś z etapów eksperymentu można byłoby poprawić? Coś się nie zagrało? Ma pan jakieś… uwagi? – Ostatnie słowo zostało wyraźnie podkreślone. I wytłuszczone. I drżało ze strachu pod ścianą, przecząco potrząsając główką.

– Ja? – zaśmiał się nerwowo mężczyzna. – Potrafiliście wyeliminować przyszłego przywódcę Nekromantów w taki sposób, że nie można było dopatrzyć się w tym udziału osób trzecich. Zniszczyliście człowieka, którego celem było wzmocnienie pozycji Nekromantów i zagrożenie równowagi między frakcjami. A to wszystko przy prawie zerowym budżecie, w rekordowo krótkim czasie oraz zachowaniu niemal idealnej tajemnicy. Ponadto, wykorzystaliście minimalną liczbę podmiotów wtajemniczonych. I jeszcze ten eksperyment testowy… – „Nie, o tym nie powinienem wspominać” – zganił się w myślach. – Rada będzie dumna z tak wspaniałych członków. I to śmiałe założenie: że doprowadzicie do śmierci Salomona, ale sami go nie zabijecie. – „W co absolutnie nie wierzyłem”. – Perfekcja! Czysta perfekcja! Odpowiadając więc na wasze pytanie: jakbym mógł mieć uwagi… panowie! – zaśmiał się rubasznie, wpatrując się w studentów i dopiero po chwili orientując się, co zrobił. – I pani. – Profesor skłonił usłużnie głowę, oblewając się potem. – Czy to już wszystkie egzaminy, czy jeszcze coś państwu zostało? – zmienił temat, łkając cicho w duchu.

– Magiczna Modyfikacja Organizmów – wyjaśniła kobieta z cukrowym uśmiechem rubinowych ust. – Dziękujemy, panie profesorze. – Wstając, podała rękę staruszkowi. – Nie będziemy zajmować więcej cennego czasu.

– Oczywiście, oczywiście.

I może przyszli członkowie Rady nie słyszeli westchnienia ulgi z ust staruszka, ale byli pewni, że pojawiło się ono, gdy tylko zamknął za nimi drzwi. Nie dziwili mu się, nie komentowali, nie przerzucali się złośliwymi uwagami. Nie. Mężczyźni w ciszy obserwowali kobietę, gdy ta wyciągała z torebki kilka dokumentów. Patrzyli, jak odnajduje zgodę na wzięcie udziału w drugim etapie badania, w ramach projektu Magicznej Modyfikacji Organizmów. Patrzyli, jak podnosi jasne spojrzenie i spisuje nazwisko profesora z tabliczki na drzwiach. Patrzyli, jak sprawnie podrabia jego podpis na zgłoszeniu, wzorując się na certyfikatach, które przed chwilą dostali.

– Będzie z ciebie piękna dżdżownica – szepnęła cicho kobieta, a mężczyźni przytaknęli.

Koniec

Komentarze

Bardzo ciekawe opowiadanie! Zaintrygowało mnie czy Salomon w końcu żyje czy nie żyje i już nie mogłam się oderwać:-) zgrabne, przemyślane, moralizatorskie (tak ja je odbieram), nie ma to jak doświadczenie:-) pozdrawiam

Olciatka

Bardzo dziękuje za przeczytanie i przemiły komentarz! Cieszę się, że udało mi się przykuć uwagę do bohatera i opowieści. A i moment… tak, Salomon też pozdrawia ;)

Pozwól, że w pierwszej kolejności zwrócę uwagę na kilka rzeczy:

 

Nie często spotkał się z aż tak stanowczą odmową.

“Nieczęsto spotykał się…”

 

Nie zabije własnej matki…

Zgubiłaś ogonek.

 

Pewnie jakby Salomon był psem…

Wydaje mi się, że lepiej pasowałoby tu “gdyby”.

 

Spojler: nigdy im się nie udawało.

Raczej powinien być “spoiler” (z ang.). Z tego co kojarzę, spojler to część samochodowa.

 

Zawsze płonął – kominek, nie pies – nawet w środku lata.

Powiedziałabym, że gdyby kominek płonął, to istniałoby zagrożenie pożarowe. Raczej rozpala się w kominku, nie kominek.

Nawiasem: fajne, żartobliwe wtrącenie z tym psem. Odnotowałam sobie jeszcze kilka takich co lepszych tekstów i też się do nich odniosę.

 

– Yyy – kucharka mlasnęła.

– Już, już kończę kochaniutka.

Albo: “Yyy – mlasnęła kucharka.”, albo: “Yyy. – Kucharka mlasnęła.” W drugim wypadku po “Yyy” zresztą bardziej pasowałby mi wielokropek, ale to już jak uważasz. W każdym razie zapis tej jakże elokwentnej wypowiedzi do poprawki.

Poza tym, przed “kochaniutka” powinien się znaleźć przecinek. W ogóle wiele jest u Ciebie takich wypowiedzi, gdzie bohater zwraca się do kogoś bezpośrednio i tego przecinka brakuje (np. “Tak paniczu?” – powinno być: “Tak, paniczu?”).

Nie wspominając już o tym, że masz też tendencję do zapisywania takich zwrotów jak “pan” czy “pani” w dialogach wielką literą (np. “Pomóc Panu?” – prawidłowy zapis to: “Pomóc panu?”; albo: “O czym Ty mówisz?” – powinno być: “O czym ty mówisz?”), choć nie za każdym razem ją stosujesz. Nie są to formy grzecznościowe w wypowiedzi pisemnej, tylko zapisy dialogów, więc powinno się je pisać z małej litery.

 

Salomon przewrócił oczami. Ojciec też. A kucharka nie.

Kolejny piękny kwiatek :) Ale pozwolę sobie w tym miejscu zwrócić uwagę, że moim zdaniem trochę za dużo używasz “a” i “no”, rozpoczynając kolejne zdania. W wielu miejscach spokojnie obeszłoby się bez tego.

 

Salomon zzieleniał. Ojciec zzieleniał. Nawet rośliny zzieleniały. Tylko kucharka zbielała. Zadziwiająco sprawnie porwała pudełeczko przysmaków i pognała do wyjścia. Co w praktyce oznaczało powolne sunięcie naga za nogą, przez dobrą minutę, zanim w końcu zniknęła za drzwiami salonu.

Fragment o zielenieniu też jest cudny!

Natomiast co do rączości kucharki: “(…) pognała do wyjścia, co w praktyce oznaczało powolne sunięcie noga za nogą. Dobrą minutę zajęło, zanim w końcu zniknęła…” – wydaje mi się, że w takiej formie wyglądałoby to lepiej.

Plus masz literówkę w pierwszej “nodze”.

 

… dwoma wielkimi, owłosionymi jądrami, które wisiały mu tuż przed twarzą, w pakiecie z końskim zadem.

No pięknie, nie zazdroszczę :D Zastanawiam się tylko, gdzie się podział koński ogon, że te jądra były takie wyeksponowane. Ale to tak zupełnie niezobowiązująco, powiedzmy – zawodowa ciekawość :)

 

Po pierwsze, byłoby to poważnym naruszeniem traktów zawartych między nimi, nekromantami i syrenami.

A nie traktatów? A właśnie, jak przy syrenach jesteśmy, to gdzieś tam na początku (we fragmencie, jak Salomon wędruje przez korytarz) napisałaś je z wielkiej litery, imo niepotrzebnie.

 

Salomon wiedział, że to pytanie było zadane tylko po to, by je zadać.

Nie wiem, jakoś “było zadane, by je zadać” gryzie mi się tutaj. Raczej napisałabym albo: “<ktoś> zadał to pytanie, by je zadać”, albo: “to pytanie zadano tylko po to, by je zadać”, przy czym skłaniałabym się bardziej ku pierwszej wersji.

Nawiasem mówiąc, jedno “to” warto by było z tego zdania wyeliminować, żeby nie generować powtórzenia.

 

Tym bardziej więc (…) Więc czego jeszcze mógłby się dowiedzieć na zajęciach, które nosiły tytuł: Poznaj swojego trupa”?

Po pierwsze, powtórzenie. Po drugie, zajęcia raczej noszą nazwę niż tytuł. Po trzecie, ową nazwę niegłupio byłoby zapisać w cudzysłowie.

A po czwarte: jak to jest, że “Magiczna Modyfikacja Organizmów” pisze się z wielkich liter, a “Poznaj swojego trupa” już nie? Można by to było ujednolicić, tak myślę.

 

… “Czy oni znowu żonglowali swoimi kończynami?”

Na końcu zdania, po cudzysłowie, brakuje znaku interpunkcyjnego. Zdaję sobie sprawę, że samo to pytanie z dodatkową kropką na końcu wyglądałoby dziwnie, ale mogłabyś tam dodać jakieś didaskalia albo po prostu zapisać pytanie bez cudzysłowu, wtedy problem zniknie.

 

– Wiem, że zrobisz to, co najlepsze dla naszej rodziny (…)

Oczywiście – przytaknął grzecznie, ale w duchu jego uśmiech walczył ze zgrzytaniem zębami.

Oczywiście, że zrobi wszystko (…) przecież tylko tego wszyscy oczekiwali…

Uśmiech walczył w duchu ze zgrzytaniem zębami? Wyszła Ci tu jakaś dziwna personifikacja, zastanów się może nad tym jeszcze.

I przy okazji zwróć uwagę, ile powtórzeń.

 

– Co jest? A, nie moment.

Ten “nie moment” mi się spodobał, aczkolwiek tym razem nie jest to komplement. Przypuszczam, że chodziło raczej o: “A nie, moment.”?

 

I co by ten babsztyl (…) nie mówił, ani na chwilę nie wczuł się w rolę trupa. (…) Tak więc całą tę jej powaloną teorię, że zamknięcie w trumnie pozwoli mu wczuć się w nieumarłego i jego sposób myślenia, z przyjemnością rzuci kobiecie w twarz, punktując każdy błąd.

Po pierwsze, “babsztyl” się nie wczuł? Bo tak by wynikało z kontekstu.

Po drugie, znowu powtórzenie.

 

Jednak strach coraz mocniej ściskał mu gardło (…) A jednak się działo.

 

– Jak śmiesz wracać?! – (…) W salonie natomiast zapadła cisza, przerywana nieśmiałymi szeptami (…) – Cisza!

 

Atak paniki, po wejściu do trumny. Naprawdę?

“Atak paniki po wejściu do trumny? Naprawdę?”

 

(…) co by nie łaził po mieście, rozsiewając wstyd.

W tym wypadku “coby” powinno być napisane razem. A wstyd się raczej przynosi niż rozsiewa.

 

(…) czuł drwinę i jad w głosie wrogów, a zwłaszcza przyjaciół.

Czyli przyjaciele należeli do wrogów, tak? A może “a także przyjaciół”?

 

Wszyscy wymiotowali, płacząc i zawodząc, jednocześnie próbując zachować dumę oraz uprzedzenie.

To też Ci wyszło pięknie :) Choć akurat w tym wypadku przed “jednocześnie” właśnie brakło mi “a”.

 

– Olaf. – A to był już szloch.

No nie wiem. Zaczął szlochać? Zaszlochał? “A to był już szloch” brzmi dziwnie.

A tak nawiasem, jak to się stało, że Salomon nagle zaczął tak bezgranicznie ufać centaurowi? Wcześniej nie sprawiał wrażenia, że mu ufa.

 

Przecież czuje ciepło, bicie serca! (…) A przecież przez całe życie kierował się logiką i dowodami naukowymi.

Zjedzony ogonek i powtórzenie.

 

– Ale nie możesz tego udowodnić. Nie przy tych dowodach

Powtórzenie. Choć można przyjąć w tym wypadku jego obecność za celową.

 

I mogę udowodnić, że żyje!

Kolejny zjedzony ogonek.

 

I, mimo że to oni poddawani byli ocenie, wyglądało jakby było na odwrót.

Nie do końca mi gra to zdanie.

 

Czy może któryś z etapów eksperymentu, można by było poprawić. Coś się nie zagrało? Ma pan jakieś… uwagi.

Przecinek zbędny, “się” zbędne, a pierwsze i ostatnie zdanie powinny być raczej zakończone pytajnikami.

 

“Nie, o tym nie powinienem wspominać” – zganił się w myślach. – (…) I te śmiałe założenie (…) jakbym mógł mieć uwagi?

Raczej “to śmiałe założenie”.

I “jak mógłbym mieć uwagi?” albo “jak bym mógł mieć uwagi?” – bo przez “jakbym” z kontekstu wynika raczej, że profesor stwierdza nie tyle brak podstaw, co brak przyzwolenia na wygłaszanie jakichkolwiek uwag (a w tym wypadku pytajnik na końcu powinien być raczej zastąpiony kropką albo wielokropkiem, ale wydaje mi się, że nie taka była intencja).

Poza tym, postaraj się w didaskaliach nie pisać dodatkowych półpauz, bo zaburza to trochę odbiór, choć w gruncie rzeczy niepoprawne nie jest. W zasadzie tą powyższą można spokojnie zastąpić przecinkiem i problem znika.

 

(…) z cukrowym uśmiechem, rubinowych ust. (…)

– Oczywiście, oczywiście – odetchnąłulgą.

I może przyszli członkowie Rady nie słyszeli westchnienia ulgiust staruszka…

Powtórzenia. Poza tym “odetchnął z ulgą” raczej nie odnosi się do wypowiedzi, ale jest osobną czynnością, więc po drugim “oczywiście” raczej powinna być kropka, a “odetchnął” z wielkiej litery.

 

Patrzyli, jak sprawnie podrabia podpis na zgłoszeniu, względem certyfikatu, który przed chwilą dostali.

Raczej “wzorując się na certyfikacie”. Poza tym, najpierw pisałaś, że profesor wręczał studentom certyfikaty, więc skąd nagle jeden certyfikat? Bo z powyższego wynika, że dostali jeden wspólny.

 

 

Dobra, koniec narzekania. Przepraszam, że się czepiam, tak już mam :)

Generalnie fajny, lekki styl pisania, do tego momentami bardzo żartobliwy, co przypadło mi do gustu :) Trochę masz takich potknięć jak brak przecinków, nadprogramowe przecinki czy te zwroty grzecznościowe w dialogach plus jakieś pojedyncze błędy, ale ogólnie jest całkiem nieźle, więc pisz dalej i się rozwijaj.

Trochę mam wątpliwości, czy to na pewno weird (ale to nie mój problem), za to całkiem przyjemny absurd. Fajny pomysł, wciągnęło mnie i nieźle się czytało :)

Spodziewaj się niespodziewanego

NaNa

Bardzo dziękuje za obszerny komentarz i „dyplomowany dyslektyk” (który jednak się stara) z góry przeprasza za wszystkie błędy. Już poprawione.

Albo: “Yyy – mlasnęła kucharka.”, albo: “Yyy. – Kucharka mlasnęła.” W drugim wypadku po “Yyy” zresztą bardziej pasowałby mi wielokropek, ale to już jak uważasz. W każdym razie zapis tej jakże elokwentnej wypowiedzi do poprawki.

 

Były “…” do momentu, gdy się nie zorientowałam, że ta strona liczy je jako siedem (!) znaków.

Edit 13.04.2020 – zaoszczędziłam znaków więc mogłam dodać “…”

Zawsze płonął – kominek, nie pies – nawet w środku lata.

Powiedziałabym, że gdyby kominek płonął, to istniałoby zagrożenie pożarowe. Raczej rozpala się w kominku, nie kominek.

 

I dokładnie o to mi chodziło. Wiem, że drwa w kominkach płoną, ale chciałam dołożyć trochę dziwności takim stwierdzeniem.

Edit: bo chyba nie dodałam, że kominek naprawdę płonie. Sam kominek – fizycznie ;)

 

 W ogóle wiele jest u Ciebie takich wypowiedzi, gdzie bohater zwraca się do kogoś bezpośrednio i tego przecinka brakuje (np. “Tak paniczu?” – powinno być: “Tak, paniczu?”). Nie wspominając już o tym, że masz też tendencję do zapisywania takich zwrotów jak “pan” czy “pani” w dialogach wielką literą (np. “Pomóc Panu?” – prawidłowy zapis to: “Pomóc panu?”; albo: “O czym Ty mówisz?” – powinno być: “O czym ty mówisz?”), choć nie za każdym razem ją stosujesz. Nie są to formy grzecznościowe w wypowiedzi pisemnej, tylko zapisy dialogów, więc powinno się je pisać z małej litery.

 

Tak, znam tę zasadę. Tylko tutaj zawsze, gdy Olaf odzywa się do Salomona zawsze (chyba że gdzieś pominęłam przypadkiem) jest to wielką literą – jakby zwracał się do niego po imieniu. Wiem, że to trochę razi, ale jest to zabieg celowy.

Edit: głupoty gadam. Sprawdziłam i już poprawiłam. Zostawiłam wielkie litery tylko tam gdzie chciała, czyli przy Olafie. Czyli tak, jakby kładł nacisk na pierwszą literę przy mówieniu.

 

Ale pozwolę sobie w tym miejscu zwrócić uwagę, że moim zdaniem trochę za dużo używasz “a” i “no”, rozpoczynając kolejne zdania. W wielu miejscach spokojnie obeszłoby się bez tego.

 

Walczę z tym jak mogę :)

 

… dwoma wielkimi, owłosionymi jądrami, które wisiały mu tuż przed twarzą, w pakiecie z końskim zadem.

No pięknie, nie zazdroszczę :D Zastanawiam się tylko, gdzie się podział koński ogon, że te jądra były takie wyeksponowane. Ale to tak zupełnie niezobowiązująco, powiedzmy – zawodowa ciekawość :)

 

A wachluje się, bo gorąco jest ;)

 

Tym bardziej więc (…) Więc czego jeszcze mógłby się dowiedzieć na zajęciach, które nosiły tytuł: Poznaj swojego trupa”?

Po pierwsze, powtórzenie. Po drugie, zajęcia raczej noszą nazwę niż tytuł. Po trzecie, ową nazwę niegłupio byłoby zapisać w cudzysłowie. A po czwarte: jak to jest, że “Magiczna Modyfikacja Organizmów” pisze się z wielkich liter, a “Poznaj swojego trupa” już nie? Można by to było ujednolicić, tak myślę.

 

No właśnie nie do końca. Bo „Poznaj swojego trupa” to tylko nazwa przedmiotu, a „Magiczna Modyfikacja Organizmów” ma nawiązywać do skrótu GMO – Genetycznie Modyfikowane Organizmy (wszystko dużymi literami).

… “Czy oni znowu żonglowali swoimi kończynami?”

Na końcu zdania, po cudzysłowie, brakuje znaku interpunkcyjnego. Zdaję sobie sprawę, że samo to pytanie z dodatkową kropką na końcu wyglądałoby dziwnie, ale mogłabyś tam dodać jakieś didaskalia albo po prostu zapisać pytanie bez cudzysłowu, wtedy problem zniknie.

 

No właśnie ktoś zwrócił mi ostatnio uwagę, że bez kropki. Hlip… I co ja mam bidna począć?

 

Oczywiście – przytaknął grzecznie, ale w duchu jego uśmiech walczył ze zgrzytaniem zębami.

Uśmiech walczył w duchu ze zgrzytaniem zębami? Wyszła Ci tu jakaś dziwna personifikacja, zastanów się może nad tym jeszcze.

 

Taki był zamiar – aż uszy i oczy bolą ;)

 

(…) co by nie łaził po mieście, rozsiewając wstyd.

W tym wypadku “coby” powinno być napisane razem. A wstyd się raczej przynosi niż rozsiewa.

 

Specjalnie, ale zmienię.

 

Wszyscy wymiotowali, płacząc i zawodząc, jednocześnie próbując zachować dumę oraz uprzedzenie.

To też Ci wyszło pięknie :) Choć akurat w tym wypadku przed “jednocześnie” właśnie brakło mi “a”.

 

A, dziękuję ( “a” dodam).

 

A tak nawiasem, jak to się stało, że Salomon nagle zaczął tak bezgranicznie ufać centaurowi? Wcześniej nie sprawiał wrażenia, że mu ufa.

 

Bo i nikt nie miał wiedzieć, a zwłaszcza rodzice Salomona.

 

“Nie, o tym nie powinienem wspominać” – zganił się w myślach. – (…) I te śmiałe założenie (…) jakbym mógł mieć uwagi?

I “jak mógłbym mieć uwagi?” albo “jak bym mógł mieć uwagi?” – bo przez “jakbym” z kontekstu wynika raczej, że profesor stwierdza nie tyle brak podstaw, co brak przyzwolenia na wygłaszanie jakichkolwiek uwag (a w tym wypadku pytajnik na końcu powinien być raczej zastąpiony kropką albo wielokropkiem, ale wydaje mi się, że nie taka była intencja).

 

„Jakby” – właśnie ma być. Profesor czuje, że nie ma prawa mieć uwag. On to wie i oni wiedzą. Dodam wielokropek.

 

Dobra, koniec narzekania. Przepraszam, że się czepiam, tak już mam :)

 

A ja niestety mam tendencję do powtórzeń i „zjadania” liter i przecinków. Więc w sumie sama się proszę.

 

Generalnie fajny, lekki styl pisania, do tego momentami bardzo żartobliwy, co przypadło mi do gustu :) […] Trochę mam wątpliwości, czy to na pewno weird (ale to nie mój problem), za to całkiem przyjemny absurd. Fajny pomysł, wciągnęło mnie i nieźle się czytało :)

 

Bardzo się cieszę, że mimo rażących, strasznych, przytłaczających, podstawowych (hlip…) błędów i tak się nieźle czytało! A co do „weird” to nigdy czegoś takiego nie pisałam, więc niezłe wyzwanie sobie postawiłam (a raczej organizatorzy mi).

Muszę przyznać, że rozbawiłaś mnie tym opkiem. Centaur jest świetną postacią drugoplanową :)

Lekki, zabawny język i pomysł na zakończenie też ciekawy. 

Lęku, ni to niepokoju weirdowego nie poczułam, ale podobało mi się :)

Matka Chrzestna

Dziękuje za przeczytanie i komentarz! Weird to w ogóle nie moja bajka, ale było to ciekawe wyzwanie, które pobudziło wyobraźnię. A i skupiłam się bardziej na absurdzie i drobnych dziwactwach, wplatanych w fabułę, które zawsze kojarzyły mi się z Kafką (może za bardzo Proces utknął mi w głowie?).

I też uważam, że Olaf jest cudowny. Powiem więcej, tak mi się spodobał, że postanowiłam na boczku dopisać sobie resztę (m.in. jego) historii. Tak by lepiej wyjaśnić, czym jest Rada oraz zgłębić historię chłopaków i jednej bardzo dziwnej syreny ;)

Cieszę się, że zadałaś sobie trud rozjaśnienia mi, w których momentach zwróciłam uwagę na jednak celowe zabiegi, a w których na rzeczywiste potknięcia – no i że jednak choć trochę pomogłam :) Czuję się usatysfakcjonowana.

Spodziewaj się niespodziewanego

Fajny tytuł. ;-)

A opowiadanie? Wcale niezłe. Dobrze, że lekkie. To powinno je nieco odróżniać od większość mniej lub bardziej zagmatwanych konkursowych tekstów (inspirowanych często klasykami). Twoje opowiadanie może pełnić taką fajną rolę “chwili oddechu” od cięższych tekstów, gdzie czytelnik zwyczajnie odpocznie przy sympatycznej lekturze, która dzięki swojej lekkości wymaga od czytających zdecydowanie mniej koncentracji, uwagi czy skupienia, dając kilka chwil rozrywki.

Pisanie tekstów humorystycznych nie jest zadaniem łatwym. Istnieje bardzo cienka granica między śmiechem, a rechotem. Między żartobliwością, a prymitywnością. Balansując na tej granicy bronisz się bardzo dzielnie. Ten humor u Ciebie nie jest w mojej ocenie ani przaśny, ani prostacki. Tekst jako taki nazwałbym czymś w rodzaju zabawy tematem. Fabuła oczywiście jest, ale głównym powodem jej istnienia zdaje się być tkwiący w niej potencjał humorystyczny. Słowem, nie można Ci zarzucić braku fabuły, ale też czytelnik ma wrażenie, że nie odgrywa ona aż tak kluczowej roli jak w tekstach poważnych, ale służy raczej budowie humoru.

Sam pomysł na tekst budzi trochę skojarzenia z “Rodziną Addamsów”. Charakterystyka nieco podobna. Oczywiście trudno pisać tu o jakiejś mocnej inspiracji, wszystko, co tu zbudowałaś jest tworem Twojej wyobraźni. Staram się tylko pokazać jak z grubsza wygląda ten tekst z perspektywy czytelnika.

Tekst mógłby pewnie być nieco krótszy. On się w żadnym razie nie ciągnie. Chodzi bardziej o to, że jako ten rodzaj “czytelniczego oddechu” bardziej sprawdziłby się w nieco krótszej formie – więcej osób porwałoby się na tekst humorystyczny o długości, powiedzmy, 15 000 znaków.

Opowiadanie ma też trochę usterek. Gdzieś mignął mi chyba przecinek wciśnięty między podmiot, a orzeczenia (daruj, ale brakło mi czasu, żeby go szukać).

To, że byli rodziną nekromantów, absolutnie nie tłumaczyło tego, co tu się działo.

To zdanie na przykład wydało się trochę niezręczne. 

On, chyba jako jedyny ciszył się, że połowa ich obecnej służby składała się z trupów.

Tutaj z kolei mamy litrówkę. ;-)

(żaden dramat; tekst bez literówki się nie liczy ;-))

No i przecinek po “On” wydaje się chybiony (to jest właśnie przykład małżeństwa podmiotu i orzeczenia bezdusznie rozbitego przecinkiem; zdaje się, że był gdzieś w tekście jeszcze przynajmniej jeden).

Są to jednak drobiazgi, które absolutnie nie wpływają na końcową ocenę, że w swojej konwencji jest to opowiadanie naprawdę solidne. Bo tekst humorystyczny, jak pisałem powyżej, wcale nie tak łatwo napisać, by wywołać uśmiech, a nie rechot i pojmuje to każdy, kto choć raz z taką konwencją się mierzył.

Ty bronisz się tym swoim humorem całkiem dzielnie i uważam, że opowiadanie jak najbardziej zasługuje wniosek o klika.

Tyle.

Pozdrowił i poszedł.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

CM

Witam i dzięki za… ścianę teksu! A tak poważnie: dzięki za komentarz i uwagi oraz wniosek o klika. Nie wszystko jeszcze rozumiem na tym portalu, ale szybko zaczynam ogarniać, co jest co.

Fajny tytuł. ;-)

A dziękuje bardzo ;)

 

A opowiadanie? Wcale niezłe. Dobrze, że lekkie. To powinno je nieco odróżniać od większość mniej lub bardziej zagmatwanych konkursowych tekstów (inspirowanych często klasykami).

Chyba pierwszy raz napisałam coś, co można (przy dużej dawce dobrej woli) nazwać wierd. A tak naprawdę to Kafka zawsze kojarzył mi się z absurdem, zarówno tym prezentowanym w drobnych elementach świata, jak i „podejściem” świata do bohatera. I jakoś tak pomyślałam, że takie lekkie, absurdalne opowiadanie akurat fajnie będzie mi się pisało.

Oczywiście jak każdemu autorowi, podoba mi się to, co napisałam, ale gdy patrzę na inne konkursowe teksty, to faktycznie wydaje mi się on aż nazbyt lekki. No, ale co poradzić. Aż tak surealistycznie, wierdowo, ciężkko to ja pisać nie umiem (i chyba nie do końca chcę). Zostawiam to innymi, czującym ten klimat znacznie lepiej niż ja.

 

Fabuła oczywiście jest, ale głównym powodem jej istnienia zdaje się być tkwiący w niej potencjał humorystyczny. Słowem, nie można Ci zarzucić braku fabuły, ale też czytelnik ma wrażenie, że nie odgrywa ona aż tak kluczowej roli jak w tekstach poważnych, ale służy raczej budowie humoru.

Humor i absurd był czymś co przykuło mnie do klawiatury. Fabuła – urywana, nie dokończona, z wyraźnymi brakami – miała (jak zauważyłaś) być tylko tłem. I trochę postawieniem czytelnika na miejscu Salomona – jemu też brakuje dużej porcji informacji.

 

Sam pomysł na tekst budzi trochę skojarzenia z “Rodziną Addamsów”.

Uwielbiam, choć jakoś tego skojarzenia nie miałam (wredna ta moja podświadomość!).

 

Tekst mógłby pewnie być nieco krótszy. On się w żadnym razie nie ciągnie. Chodzi bardziej o to, że jako ten rodzaj “czytelniczego oddechu” bardziej sprawdziłby się w nieco krótszej formie – więcej osób porwałoby się na tekst humorystyczny o długości, powiedzmy, 15 000 znaków.

Hm, oczywiście rozumiem, o co chodziło w tej uwadze. Jednak w opowiadaniu nie sam humor (choć jest ważny) chciałam pokazać. A w krótszym tekście miałabym z tym problem. Bo i ciężko byłoby (przynajmniej mi, wiem, że inni nie mieliby z tym problemu): nakreślić postać Salomona, środowisko, w jakim się obraca, reakcję świata na jego „powstanie” oraz jego na to, co się dzieje wokoło; i jeszcze wpleść w to humor i absurd. Wiem, że niektóre sceny mogą wydawać się zbędne, ale wszystkie są „po coś” (autor wie, ale nie powie. Pączka nie dostał!).

Na pewno nie chciałam, aby tekst był tylko i wyłącznie humorystyczny (choć może tak wyszło, co wcale złe nie jest), ale także pokazywał trochę zagubienie i odosobnienie bohatera, który w krytycznej sytuacji może (przynajmniej tak mu się wydaje) zaufać tylko jednej osobie (z którą jest związany): walniętemu centaurowi, któremu wydaje się, że jest martwy. Nie rodzinie, nie współpracownikom, nie przyjaciołom. Tak naprawdę nie ma nikogo, mimo tłumu dookoła. Zostaje więc tylko Olaf, który robi jednak coś, co ostatecznie doprowadza Salomona do samobójstwa.

 

Opowiadanie ma też trochę usterek.

Przepraszać i postarać się poprawić :)

 

Uf! To żem się rozpisała. Wybacz, ale czasem tak mam :) Jeszcze raz dzięki za komentarz!

 

Fajne opowiadanie, lekkie i przyjemne, uśmiechnąłem się kilka razy, jak chociaż we fragmencie o zzielenieniu lub tym kiedy Salomon dziwił się kto zostawił tam zwłoki. :) Ciekawy pomysł i płynnie się czytało. Będę zgłaszał do biblioteki.

 

Drobne uwagi:

 

Bo przecież tylko tego oczekiwano od przeszłego

Przeszłego czy przyszłego? :)

 

Tu poniżej masz powtórzenia w bliskiej odległości. Nie wiem czy to błąd, ale rzuciło się w oczy.

 

A przecież, żaden szanujący się nekromanta nie ryzykowałby przywrócenia do życia centaura. Po pierwsze, byłoby to poważnym naruszeniem traktatów zawartych między nimi, nekromantami i syrenami. Po drugie, te szkapy były bardzo odporne na magię.

 

Dziewuchy, która nie była od niego wiele starsza, a już miała tytuł doktora nauk magicznych. A przecież to Salomon miał być najmłodszym doktorem w historii Uniwersytetu Magicznego w Nowym Jorku. Już przecież kupił sobie plakietkę na drzwi.

 

Też słowo przywódca jakoś nie pasowało mi do Twojego tekstu. Może lepszy byłby nie wiem, Pierwszy Nad Zmarłymi albo Prezes Wielkiego Bractwa Nekromantów czy coś takiego? Ale to oczywiście subiektywna uwaga do Twojej rozwagi :)

przywódcy Nekromantów

Edward Pitowski

Witam! Cieszę się, że czytało się lekko, a także, że zdołałam wywołać uśmiech! (średnio mi wierd wyszedł, ale tak to jest, jak się porywam na gatunek, którego nie do końca znam). A wymyślanie tych humorystycznych wstawek sprawiło mi dużo frajdy ;)

Ciekawy pomysł i płynnie się czytało. Będę zgłaszał do biblioteki.

Bardzo mi miło i dzięki ci za to ;)

 

Co do poprawek: dziękuje – poprawiłam, co uważałam, że poprawy wymaga.

 

Też słowo przywódca jakoś nie pasowało mi do Twojego tekstu. Może lepszy byłby nie wiem, Pierwszy Nad Zmarłymi albo Prezes Wielkiego Bractwa Nekromantów czy coś takiego? Ale to oczywiście subiektywna uwaga do Twojej rozwagi :)

Dobre, dobre jednak może kiedyś indziej. Tutaj chciałam, żeby był dziwny klimat, ale nie koniecznie uprawiać nazwotwórstwo (?), czy zarzucać czytelnika tego typu nazwami; na Magiczną Modyfikację Organizmów sobie pozwoliłam, co by nawiązać do GMO.

Weird z przymróżeniem oka całkiem mi się podobał. Przynajmniej człowiek nie czuje się przytłoczony, jakby przejechał po nim walec ;) Czytała się nieźle, parę razy mi się uśmiechnęło. Centaur przefajny. Można by ewentualnie trochę skrócić, ale nawet przy tej długości opko się broni. Ni cholery nie wiem, jak się cała ta historia zakończyła, czy on w końcu żyje, czy nie, i o co chodzi z tym spiskiem, ale w sumie mi to specjalnie nie przeszkadzało ;)

Kliczek ode mnie :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Irka_Luz

Miło, że się podobało i wywołało uśmiech, oraz jestem wdzięczna za klika!

 

Ni cholery nie wiem, jak się cała ta historia zakończyła, czy on w końcu żyje, czy nie, i o co chodzi z tym spiskiem, ale w sumie mi to specjalnie nie przeszkadzało ;)

W sumie nie chciałam wszystkiego zdradzać, miały być braki i niedopowiedzenia (mam nadzieje, że nie przesadziłam), by czytelnik odrobinkę poczuł zagubienie bohatera.

Ale spoilerując trochę:

.

.

.

.

.

.

.

Salomon naprawdę krwawił, więc podcinając sobie żyły… no cóż.

Od strony fabularnej, pierwsza część, jakkolwiek dość oryginalna i intrygująca, to jednak nie za bardzo wciągnęła. Natomiast od momentu przebudzenia się Salomona w trumnie, poszło jak z płatka. Tajemnica życia czy śmierci bohatera  i niespodziewanie wyłaniająca się intryga, nadają opowiadaniu świetnej dynamiki. 

Na poziomie znaczeniowym, wyczuwam trochę ukrytych smaczków, ale na ten moment nie do końca je ogarniam. Na przykład ta czerwona krew. Poczytam komentarze, a wieczorem może wrócę do tekstu.

Odesłanie do biblioteki konieczne.

fizyk111

Niezwyklem wdzięczna za przeczytanie i zgłoszenie do biblioteki! Ala najbardziej za komentarz (i za „może wrócę”), bo to zawsze miło pogadać o tekście.

Opowiadanie faktycznie dzieli się na dwie części – pierwsza bardziej humorystyczna (szkoda, że nie wciągnęła), druga poważniejsza i bardziej tajemnicza. Obie jednak miał łączyć absurd, tylko w innym wydaniu. Smaczków trochę tam poukrywałam, choć niektóre są, jak na tacy wyłożone przed czytelnikiem. Osobiście najbardziej dumnam jest (choć pewnie nie ma powodu) z „Wszyscy wymiotowali, płacząc i zawodząc, a jednocześnie próbując zachować dumę oraz uprzedzenie”.

Bardzo fajne opowiadanie.

Zobacz, jak można tylu osobom naraz wmówić cokolwiek! Mnie też najbardziej podobał się centaur-ogrodnik, taka sympatyczna postać. Sam bohater jakoś nie wzbudził mojej sympatii, pewnie dlatego nie było mi jakoś bardzo żal. 

Fajne, lekkie, zabawne, dobrze się czyta.

Podobało mi się :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Anet

Dziękuję za przeczytanie i niezwykle obszerny komentarz! Doceniam :)

Sam bohater nie do końca miał wzbudzać sympatię – taki inteligentny facet, ale rozkapryszony jak dziecko (ta pierwsza część miała trochę to pokazywać). Stara się, ale trochę mu nie wychodzi.

Ponadto: wmówić coś ludziom jest łatwo, ale jeszcze łatwiej dać im po prostu powód i zobaczyć, jak pokazują prawdziwe twarze.

Jeszcze raz dzięki za komentarz!

 

Ja pierdziu, epicki Anetny komentarz na kilka zdań! Nie wiem czy wiesz, ale Anet pisząca więcej niż jedno-dwa słowa to jak dziewica wieczorową porą, jak jednorożec na rykowisku, jak Bailout publikujący na portalu!

 

(oprawia w ramkę, to wielki dzień)

 

 

Cetnar, tfu, centaur rzondzi. Skradł scenę. Tak się czasem dzieje z postaciami tła, wychodza tak cudownie, że nie podskoczysz.

Zabawne :-) Najeżone gagami. I gdyby nie zwrot fabularny w drugiej połowie, gagiem by pozostało. Na szczęście – zwrot przez syrenę, pojszło w jakimś określonym kierunku.

 

Pierwsza część imo do skrócenia – za długo trwa ekspozycja postaci i prezentacja konfliktu. Część radosnych gagów i żartów mogła spokojnie zostać użyta nieco później, a sam proces wkręcania Salomona – rozbudowany.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

PsychoFish

Zobaczyłam, zaniemówiłam, zachwyciłam…się!

A tak już zupełnie poważnie, to dzięki za przeczytanie i komentarz. Centaur od początku bujał ;) mi się po głowie, jako cudnie absurdalny przerywnik. No ale nie przypuszczałam, że aż tak go wszyscy zagłaszczą. Zaraz mu się dziury w futrze porobią ;)

 

Pierwsza część imo do skrócenia – za długo trwa ekspozycja postaci i prezentacja konfliktu. Część radosnych gagów i żartów mogła spokojnie zostać użyta nieco później, […]

Trochę to przez konkurs, trochę dlatego, że zwykle mam tendencję do wyjaśniania wszystkiego (a tu właśnie tego nie chciałam).

Początek miał być zabawny, luzacki i lekko absurdalny, ale też chciałam w nim nakreślić bohatera i otoczenie. Natomiast w drugiej części nie chciałam już zbytnio odciągać uwagi od głównego trupa. Ciężko byłoby więc (przynajmniej mi) wplatać rozbudowane opisy oraz dodawać żarty, gdy z punktu widzenia Salomona (a pokazywane jest to od jego strony) wcale nie ma powodu do śmiechu. Właśnie dlatego większość absurdalnych sytuacji i żartów jest na początku. Tak, aby ten absurd później był już innego rodzaju.

 

[…] a sam proces wkręcania Salomona – rozbudowany.

 

No właśnie tego chciałam uniknąć. W końcu członkowie przyszłej rady dostali 100/100 za to, że tak perfekcyjnie wykonali zadanie (nikt nic nie wie, nikt nic nie powie).

Nie neguję pomysłu i planu. Zwracam tylko uwagę, że kompozycjnie przez 40% tekstu praktycznie wprowadzasz czytelnika, żeby potem, szybciorem (choć w dobrym stylu) dojechać do finału. I w tym wprowadzeniu, na ponad 9k znaków, są tylko dwie-trzy istotne dla fabuły informacje:

– że Salomon i doktorat

– że ociec chłodny i ciśnie

– że mamcia ma afekt do wskrzeszeńców

 

i to, na co próbuję zwrócic uwage, to fakt, że nie potrzebujesz aż takiej ilości znaków, by je przekazać. Wpływa to na tempo, w jakim toczy się opowieść – pierwsza połowa nieco się wlecze, czytelnik czeka, usiłuje się zorientować, o co tu właściwie chodzi, czy tylko o gagi, czy tez jest w tym szaleństwie jakas metoda; druga z kolei pędzi, wiśta wio, do przewrotnego twistu w finale (i epilogu).

 

 

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

PsychoFish

Nie no, jasne – rozumiem i doceniam uwagę, absolutnie się z nią nie kłócę (jedynie prezentuję swój punkt widzenia). Zresztą już ktoś zwracał uwagę, że spokojnie mogłabym się zamknąć w 15 tysiącach. Tak tylko chciałam nakreślić, dlaczego wolę tą, jakby nie patrzeć, rozciągniętą, niemal przegadaną pierwszą część, nagłe ucięcie (jakby brakowało połowy fabuły) i końcówkę w trochę innym stylu :) Ala rozumiem, dlaczego mogłaby być ona delikatnie męcząca – bo nie wiadomo do czego prowadzi. I to zagubienie czytelnika (trochę) mi odpowiada.

 

dwie-trzy istotne dla fabuły informacje:

– że Salomon i doktorat

– że ociec chłodny i ciśnie

– że mamcia ma afekt do wskrzeszeńców

Jak najbardziej – choć osobiście dodałabym jeszcze sprawę Olafa. Głównie dlatego, że według informacji tam zawartych centaur nie może być nieumarłym. A to ma całkiem duże znaczenie w drugiej części (i epilogu); oczywiście jeżeli ktoś złapał o co mi tam chodziło. Jeżeli nie, też nic się nie dzieje.

 

Edit: wróć: “centaur nie może być nieumarłym”. Istnieje bardzo małe, bliskie zeru prawdopodobieństwo, że centaur zostanie nieumarłym.

 

Ale cetnar, tfu, centaur to góra pińć ładnych zdań i są i włochate jaja i nieumarłość ;-)

 

Rozwlekając wstęp jako ekspozycję, ryzykujesz zniechęcenie czytelnika, który zrezygnuje z dalszej lektury (no bo co, slapstick i nie wiadomo czy to w ogóle będzie coś więcej niż slapstick? Wlokąca się narracja dla niektórych nie jest delikatnie męcząca, istnieje spore ryzyko, że zniechęci do kontynuacji lektury) – zazwyczaj można go przytrzymać czymś, co zrekompensuje tę dłużyznę. Czym – autor decyduje. Chcesz, masz długie. Chcesz, rekompensujesz. Nie chcesz, masz mniej długie. Ja ci nie mówię jak żyć, tylko podpowiadam, co mi nie ten teges. ;-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Rozumieć, akceptować, zapamiętać na przyszłość ;)

Najpierw marudzenie:

Jednak zdecydowanie nie po nim, miał cierpliwość

Jednak ostatnio, dzień bez natknięcia się na nogę

kobieta z cukrowym uśmiechem, rubinowych ust

– w powyższych zdaniach niepotrzebne przecinki

Co miał jeszcze zrobić czy powiedzieć?

Dziękujemy Panie profesorze (w dwóch miejscach)

– a tu akurat brakuje przecinków przed “czy” i po “Dziękujemy”

  wylewając się na korytarz podobnie, jak zawartość żołądków – tu zaś przecinek powinien być przed “podobnie”, a nie za.

  chroniony był też odpowiednim zaklęciem, uniemożliwiających przymusowe ożywienie – uniemożliwiającym

wzmocnienie pozycji Nekromantów i zagrożenie równowadze między frakcjami - równowagi

wpatrując się studentów – odpadło “w”, ale to u trupów normalne.

 

Fajnie się czytało. Trochę jakbym oglądał skecz, przy którym nie trzeba za dużo myśleć, ale można się rozluźnić, uśmiechnąć, czy nawet kichnąć i przez to nie stracić wątku. Grunt, że wszystko trzyma się kupy bardziej niż zwłoki. Do tego tytuł smakowity jak dżdżownice. Gdybym miał zły humor, pewnie przyczepiłbym się do zbyt nonszalanckiego chwilami stylu, ale jestem dziś w sosie. Chyba zrobię dobry uczynek.

Początek nieco się ciągnie, ale jest utrzymany w żartobliwym, ciekawym tonie, co trochę ten fakt rekompensuje. Całość mi się podobała – historia jest ciekawa, bohaterowie barwni, co jest często ciężkie do zrobienia w tak długim tekście. :)

Zostaw ten żyrandol.

tfurca

Wdzięcznam za wyłapanie niesfornych przecinków i literówek, a zwłaszcza za przeczytanie. Miało być trochę absurdu i humoru, zanim wszystko trafi do trumny i powstanie jako druga część.

 

Gdybym miał zły humor, pewnie przyczepiłbym się do zbyt nonszalanckiego chwilami stylu, ale jestem dziś w sosie. Chyba zrobię dobry uczynek.

Uff! Z drugiej strony, jak się pisze o jajach centaura…

 

EDIT: aaa i dzięki za klika, dopiero zauważyłam :)

Verus

Dzięki za poświęcenie chwili na przeczytanie i cieszę się, że podobało się i w ogóle … wszystkie inne się.

Początek nieco się ciągnie, ale jest utrzymany w żartobliwym, ciekawym tonie, co trochę ten fakt rekompensuje.

Mój biedny początek… ;)

Witam i dziękuję za wizytę :)

Bardzo nierównomierne opowiadanie, właściwie to jakby dwie różne opowieści w jednej. Pierwsza część, nawet jeśli sama w sobie wydawała się ciekawa, dość mnie znużyła i trzy razy na chwilę przerywałem czytanie. Ale od momentu przebudzenia w trumnie robiło się coraz lepiej, dodatkowo zakończenie kilkukrotnie mnie zaskoczyło, sama perspektywa sugerowała z początku coś innego. Warsztatowo trochę jeszcze można dopracować, sporo zdań zgrzytało, flow też często gubiłaś, jednak koncepcyjnie i pomysłowo jak dla mnie to jest poziom piórka, ale tylko jeśli chodzi o drugą część opowiadania. Ponieważ tą pierwszą, bardziej humorystyczną i w pewien sposób prostą historią, zniszczyłaś wydźwięk tej drugiej – bardzo dramatycznej. Dobrze oddałaś desperację bohatera.

Gdyby opowiadanie nie było dwubiegunowe, nie kontrastowało ze sobą w dwóch częściach, uznałbym je ze świetne, pod względem całości jest dobre. Czekam na kolejne równie intrygujące i najeżone twistami, jednak mam nadzieje, że będą bardziej zrównoważone, chylące się albo ku humorowi, albo czemuś innemu.

– Kto tu zostawił te zwłoki?! – wrzasnął, oskarżycielsko wskazując

Tutaj jest rzecz, z którą obiecałem wojować, ponieważ dużo osób pisze w takim sposób, a moim zdaniem, to bardzo psuje tekst. Chodzi o przysłówek, one mają to do siebie, że są opisem. A my raczej chcemy pokazywać obrazy, one są najbardziej dosadne i najlepiej pokazują emocje oraz myśli. Przysłówek bardzo często niszczy wrażenie, tak jak na przykład w tym przypadku i kilku innych w tekście.

Masz konstrukcję “wrzasnął… wskazując” w moim odczuciu, ta “oskarżycielskość” wcale nie jest tutaj potrzeba, bo gest sam w sobie taki jest i czytelnika wcale nie trzeba tego uświadamiać. Mało tego, ten przysłówek sam w sobie spowalnia i psuje ładunek.

Innym przykładem, tym razem z innego tekstu jest “tłukł głośno”, czy ten dodatek “głośno” jest konieczny? Tłuczenie samo w sobie jest czynnością dynamiczną, mającą w sobie bardzo duże pokłady energii i przypisane już sobie i wynikające z kontekstu emocje, dodatkowy przysłówek psuje wrażenie, spłyca całą czynność.

Mam nadzieję, że zdołałem to dobrze ująć w słowa…

Powodzenia w konkursie, tyle ode mnie. ;)

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

MaSkrol

Dzięki za wizytę i obszerny komentarz :)

Bardzo nierównomierne opowiadanie, właściwie to jakby dwie różne opowieści w jednej.

i

Czekam na kolejne równie intrygujące i najeżone twistami, jednak mam nadzieje, że będą bardziej zrównoważone, chylące się albo ku humorowi, albo czemuś innemu.

Wiem, że może to trochę przeszkadzać. Albo inaczej: zdawałam sobie z tego sprawę, gdy budowałam opowieść. Zwykle mój styl przypomina bardziej tę drugą część opowiadania i jest bardziej spójny (jak w przypadku konkursu z Ciężkim Dyżurem; tam miało być ciężko i było tylko i wyłącznie ciężko).

Ten tekst był trochę takim eksperymentem. Bo z wirdem to ja za wiele wspólnego nie mam. Jakby się dobrze zastanowić, to chyba pierwszy raz napisałam coś, co zahacza o wierd. Humorystyczne teksty już pisałam, ale były one tylko takie – nie robiłam tam takich przedziwnych mieszanek. Taką konstrukcję tekstu specjalnie skroiłam pod konkurs. Postanowiłam zderzyć ze sobą dwie części: zabawną i tragiczną, przewidywalną i nie do przewidzenia, prostą i skomplikowaną, z błahymi problemami i tymi nagle bardzo poważnymi. Może trochę z tym wszystkim przesadziłam, choć osobiście lubię obie części i to, jaki efekt dają po zderzeniu. Rozumiem jednak, że może to sprawiać wrażenie nierówności i zapewne nie jest to tylko wrażenie.

 

przysłówek

Powalczę ze skubańcami i zobaczę co da się zrobić :)

Edit: starałam się, ale jakoś mi się podoba w takiej formie – może nie do końca poprawnej, właściwiej, ale jakiejś takiej mojej.

 

Udany tekst. Stylowo faktycznie chwilami trochę przefajniony, wpada lekko w efekciarstwo, ale poza tym – nie mam uwag. Fabuła lekko groteskowa, postać głównego bohatera dostatecznie antypatyczna, żeby czytelnik mógł śledzić ze złośliwą satysfakcją wszystkie jego klęski, o weirdowości przypomina spora porcja mocno chwilami niesmacznych (to nie krytyka, nie tu!) gadżetów ze świata. Do tego niekoniecznie typowe ogranie w weridzie/grotesce konwencji fantasy w sposób, który nie jest czystą parodią. Zdecydowanie na plus.  

ninedin

Wdzięcznam za przeczytanie i komentarz! Miało być dziwnie, lekko absurdalnie, czasem nonszalancko (jak zauważył tfurca), w niektórych aspektach przekoloryzowane, a także humorystycznie, ale nie pastiszowo. A na deser – zaskakująca i nietypowo poprowadzona fabuła. I po komentarzach widzę, że przynajmniej to mi wyszło, jeżeli nie typowy werid :)

 

Fajne. :) Dobrze napisane, sprawnie. Czytałem szybko i z przyjemnością. Dobre dialogi, a to w grotesce bardzo ważne, bo łatwo znudzić, albo zniesmaczyć. Zastanawiałem się, dokąd to prowadzi, bo w końcu dokądś powinno. :) I finał mnie nie rozczarował, a najlepsze jest ostatnie zdanie. :)

Wyszło Ci zabawne, makabryczne i groteskowe opowiadanie. Zupełnie jak na jakiś konkurs Kawki. ;)

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Zabawne opowiadanie w burtonowskim klimacie, podobało mi się. Dwa zdania, wspominające niesfornego dziadka, absolutnie świetne :) 

Darcon

Cieszę się, że opowiadanie przypadło do gustu i że zakończenie cię zaskoczyło!

Wyszło Ci zabawne, makabryczne i groteskowe opowiadanie. Zupełnie jak na jakiś konkurs Kawki. ;)

Nie, no co ty? Jaki konkurs? Ja tu tylko pączki roznoszę ;)Trochę się obawiałam, że nie wpasuje się w konwencję. Ale chyba nie jest aż tak źle, jak mi się wydawało.

Jeszcze raz dzięki za wizytę!

 

adam_c4

Faktycznie: czuć tu trochę klimatu Burtona! Ach ta moja złośliwa podświadomość. Dobra, dobra podświadomość ;) Ciesze się też, że dziadek się spodobał.

P.S. ręka dziadka, ręką, ale ja się zastanawiam, co głowa wygaduje i gdzie?

Żongler

No i kolejny się rozpadł! Tego to nawet matka Salomona nie zszyje… ale może da się skleić?

Dzięki za odwiedziny :)

Siłą tego tekstu jest nie tylko niebanalna historia, ale i bardzo płynne dialogi. I postać centaura Olafa miała swój niewątpliwy czar. Klimat trochę jak z rodziny Adamsów albo Żukosoczka. Ech, te filmy, które od dzieciństwa ryją psych… definiują gusta znaczy się smiley Podobało mi się.

oidrin

Dzięki za przeczytanie i cieszę się, że historia niebanalna. Uważam to za cenny komplement ;) A co do Burtona czy rodziny Adamsów, to mają one w sobie jakiś nie powtarzalny, przedziwny czar – takie wymieszanie groteski, absurdu i humoru, upieczone w piekarniku dziwności i posypane szczyptą głębi.

 

Drogi Kasjopeju!

Przy lekturze Twojego opowiadania wielokrotnie miałam wrażenie „Jezu, co ja czytam”, co, biorąc pod uwagę fakt, że również wielokrotnie się oparskałam, oznacza pozytywne wrażenia z lektury. Jest śmiesznie, choć w formie bardzo lekkiej, komediowej, jest też absurdalnie momentami aż do groteski. Fabuła jest spójna i choć wydaje mi się raczej konwencją przeznaczoną dla młodszego odbiorcy, to wydaje mi się, że wśród ponurych i mrocznych tekstów konkursowych wyróżnia się na plus.

Językowo nieźle, w paru miejscach wręcz świetnie. Uczynienie Salomona „doktorem magii” jest sprytnym cukierkiem rzuconym w gębę czytelnika, który wie, że biblijny król był zarazem magiem. Bardzo ujęła mnie sielankowo-upiorna atmosfera domu rodzinnego S. (czyżby inspiracja Addamsami?). Drobna uwaga: stopień doktora formalnie kończy kształcenie akademickie, dalej jest już praca naukowa, więc jeśli Salomon już tym doktorem był, to nie widzę powodu, by wciąż miał zdawać egzaminy. Jako że wydaje się osobą młodą, moim zdaniem lepiej sprawdziłby się jako magistrant.

Trupeusze to dla mnie dodatkowe walory utworu, choć chętnie widziałabym ten wątek bardziej pogłębiony, opisy dopracowane na podstawie researchu (w stanie obecnym jest to jednak dość ogólne „trup na trupie, oderwane ręce, uszy i nogi”).

Jeżeli chodzi o sam temat konkursowy, zrealizowany jest, choć nie przyznaję maksa punktów w tej kategorii. Fabuła skonstruowana została tak, że gdyby nie było wzmianki o tym fakultecie grobowym, wydaje mi się, że też wszystko trzymałoby się kupy.

Niemniej był to tekst naprawdę fajny i odjechany. 

Witam Szanowną Jurorkę!

Cieszę się, że nie tylko wywołałam parsknięcia, ale też, że mimo wszystko nie popadłam w przesadę. Wierd nie jest formą, którą zwykle piszę, więc było to naprawdę ciekawe wyzwanie! Na tyle, że skłoniło mnie do napisania reszty opowieści w podobnym tonie ;) Absurdu nigdy za wiele!

Bardzo ujęła mnie sielankowo-upiorna atmosfera domu rodzinnego S. (czyżby inspiracja Addamsami?).

Głęboko zakorzeniona w podświadomości miłość do rodziny Adamsów (tego absurdu i inności, która tam jest) oraz Burtona.

Drobna uwaga: stopień doktora formalnie kończy kształcenie akademickie, dalej jest już praca naukowa, więc jeśli Salomon już tym doktorem był, to nie widzę powodu, by wciąż miał zdawać egzaminy. Jako że wydaje się osobą młodą, moim zdaniem lepiej sprawdziłby się jako magistrant.

Oczywiście – wiem to z autopsji ;) Natomiast w tekście czytamy: “A przecież to Salomon miał być najmłodszym doktorem w historii Uniwersytetu Magicznego w Nowym Jorku.” Więc oczywiście ma stopień magistra, ale na razie jest doktorantem (zapewne na studiach doktorskich), który dopiero ma zdobyć tytuł.

Jeżeli chodzi o sam temat konkursowy, zrealizowany jest, choć nie przyznaję maksa punktów w tej kategorii. Fabuła skonstruowana została tak, że gdyby nie było wzmianki o tym fakultecie grobowym, wydaje mi się, że też wszystko trzymałoby się kupy.

Zgadam się… w pewnym sensie. W moim mniemaniu fakultet był podstawą intrygi Rady, specjalnie pod niego sfabrykowany. Wiedzieli bowiem, że tak ambitny facet nie oprze się zaliczeniu ich wszystkich! Bez fakultetu ciężko byłoby im dopaść Salomona, dlatego uważam go za integralną część opowiadania.

Niemniej był to tekst naprawdę fajny i odjechany. 

Cieszy mnie to niezmiernie!

Fajnie obrzydliwy temat, do tego lekko potraktowany. Ciekawy, bo niejednoznaczny bohater. Z jednej strony – kto by pomyślał, że domu szacownych nekromantów tak ciężko się żyje. Z drugiej – nie od dziś wiadomo, że kujonom nie można ufać. No i jajeczny centaur. Dobra postać.

– Tak, Paniczu?

A to mi przeszkadzało. Owszem, w dialogach wyjaśniasz, że to celowo, ale i tak przeszkadzało. No i profesor rozmawiający ze spiskowcami też mówi dużymi literami.

Babska logika rządzi!

Finkla dzięki za odwiedziny i cieszę się, że temat za bardzo nie obrzydził lektury ;) Osobiście Salomona uwielbiam, choć jest zadufanym w sobie dupkiem. Ale centaur trochę mu pomaga wyjść na ludzi.

– Tak, Paniczu?

A to mi przeszkadzało. Owszem, w dialogach wyjaśniasz, że to celowo, ale i tak przeszkadzało. No i profesor rozmawiający ze spiskowcami też mówi dużymi literami.

Już poprawiłam przy fragmencie z profesorem i zostawiłam tylko przy wypowiedziach centaura. Wiem, że przeszkadza… ale to świat magi – może uznajmy, że duże litery latają w powietrzu, wpraszając się do zdania?

Możemy uznać, że literki sobie latają i polują na centaury, ale wiesz – z tekstu to nie wynika. ;-)

Babska logika rządzi!

No wiem, wiem ;) Te wielkie literki przy wypowiedziach centaura miały podkreślać formalność wypowiedzi i takie, aż zbyt poważne traktowanie Salomona. Średnio wyszło bo wygląda to na błąd, a nie pomaga, że powtarzałam ten błąd niezamierzenie. Może każde słowo w jego wypowiedziach dawać dużą literą? Hm… To by było ciekawe.

Nowa Fantastyka