- Opowiadanie: sabre77 - Ptasi Krzyk

Ptasi Krzyk

Opowiadanie zajęło trzecie miejsce w konkursie XI Pigmalion Fantastyki 2019. Zasady konkursu pozwalają na dalszą publikację, więc z przyjemnością umieszczam je na forum.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

thargone, Finkla

Oceny

Ptasi Krzyk

– Ale smród! – Nastolatka teatralnie zacisnęła palce na nosie. Jej twarz wykrzywiła się w obrzydzeniu.

– Jak można tak cuchnąć? – zawtórowała koleżanka. – Zaraz się porzygam!

– Wiki, może się przesiądziemy? – zapytała nieśmiało trzecia z dziewczynek.

– No co ty! Niech ten menel się wynosi! – Wiktoria mówiła coraz głośniej.

Autobus linii 145 stał w ogromnym korku. Upalny sierpniowy dzień w zatłoczonym pojeździe wrocławskiego MPK dawał okazję do zapoznania się z najróżniejszymi zapachami, jednak tym razem nawet weterani komunikacji miejskiej z trudem powstrzymywali wymioty. Większość pasażerów tłoczyła się w przedniej części autobusu, starając się znaleźć jak najdalej od siedzącego w ostatnim rzędzie mężczyzny. Ten wpatrywał się obojętnie w krajobraz za oknem. Wydawał się stary, jednak przez skołtunioną, siwą brodę trudno było określić prawdziwy wiek. Pomimo gorącego lata ubrany był w brudny, zimowy płaszcz, którego pierwotnego koloru można się było jedynie domyślać. Sklejone, przepocone białe włosy przykrywała wielokrotnie łatana wełniana czapka. Wyglądał dokładnie jak archetypiczny bezdomny, spotykany w najgorszych dzielnicach wielkich miast. Postrach wszystkich środków komunikacji miejskiej, koszmar, niedysponującej służbowym samochodem, raczkującej klasy średniej. Większość pasażerów komentowała pod nosem zaistniałą sytuację, bacząc jednak, by nie spoglądać zbyt długo w kierunku włóczęgi, ten mógłby to uznać za zaproszenie do dalszej interakcji. A tego by nie chcieli.

Wiki podeszła do mężczyzny. Chrząknęła znacząco. Raz, drugi, trzeci. Ten jednak nadal patrzył w okno. Zirytowana jawnie okazywanym lekceważeniem kopnęła go w nogę. Bezdomny nadal nie zwracał na nią uwagi. 

– Ty zasrany menelu! Znikaj z autobusu! – kopnęła ponownie, teraz nie mogła pozwolić sobie na utratę twarzy. – Śmieciu, już cię nie ma!

– Masz… – kopnięcie.

– Stąd… – kopnięcie.

– Iść – kopnięcie.

Mężczyzna wstał. Okazał się znacznie wyższy niż się do tej pory wydawało. Było w nim coś obcego, niepokojącego. Przyjaciółki wstrzymały oddech, pewne że stanie się coś złego. Agresywna nastolatka zamarła na chwilę, gdy bezdomny spojrzał na nią z góry. Jego oczy były piękne, niebieskie niczym niebo pozbawione chmur. Nie tak powinien wyglądać degenerat. Chwila zdawała się trwać wiecznie, wtem otworzyły się drzwi autobusu. Wreszcie dojechali na przystanek. Włóczęga ruszył ku drzwiom, nastolatka bez słowa usunęła się z drogi.

 

– To tylko dzieci, nie chciały nic złego – tłumaczył miedzianej figurce krasnoludka. Siedzieli razem na ławce nieopodal wielkiej, kolorowej galerii handlowej.– Mają ciężkie życie. Ciągła presja otoczenia, zabiegani rodzice, brak wzorców. Po prostu są nieszczęśliwe. Nie potrafią jeszcze zamieniać zła w dobro. Może nigdy się nie nauczą? A może już dziś staną się lepsze?

– Wasza Wysokość jest, jak zwykle, zbyt łaskaw. – Krasnal z wysiłkiem obrócił blaszaną głowę w kierunku rozmówcy. – Te nikczemne dziewuchy powinny na kolanach błagać o wybaczenie. Nie godzi się tak traktować Księcia Siódmego Grodu Wyraju, nie godzi.

– Tutaj każdy dzień jest powolną śmiercią. A to ich codzienność. Przy tym nawet moje brzemię jest lekkie niczym piórko – odparł starzec. – Jeśli mogę ulżyć choć trochę, sprawić, że inaczej niż zwykle przeżyją kolejny dzień, miesiąc czy rok, to warto.

– A kto ulży Tobie, Ptasi Książę? Kto ulży Tobie?

 

Znów ruszył przed siebie, miał jeszcze tyle miejsc do odwiedzenia.

 

– Te parszywe gołębie narobiły mi na but! Cholerne latające szczury! – elegancki, młody mężczyzna głośno wyrażał swoje niezadowolenie. Siedząca naprzeciw, równie elegancka kobieta z trudem tłumiła rozbawienie.

Pomimo wczesnej pory niemal wszystkie stoliki znajdujące się w ogródku popularnej kawiarni były zajęte. Pora lunchu zgromadziła pracowników okolicznych biur, studentów oraz grupę niemieckich, nieco zbyt głośnych turystów. Widok rozświetlonego południowym słońcem pięknego rynku sprawiał, że wszystko smakowało lepiej, a klientela, którą było stać na tutejszą kawę i ciastko, lubiła przebywać w swoim towarzystwie.

Niestety, wspaniałe, relaksujące otoczenie miało swoją skazę. Kilka metrów od ogródka, na jednej z ławek przycupnął stary włóczęga. Gdyby tylko siedział, może dałoby się jeszcze wytrzymać. Jednak on karmił gołębie, całe masy gołębi. Ptaszyska kłębiły się wokół niego niczym w starym filmie Hitchcocka. Wskakiwały na ramiona, ocierały się o nogi i dłonie. Ale przede wszystkim gruchały, głośniej i głośniej. Przy okazji, może ze zwykłej gołębiej potrzeby, a może z nadmiaru emocji, robiły kupy gdzie popadnie. Nawet na elegancki but. 

– To przez tego menela! – rozsierdzony mężczyzna czyścił but serwetkami. – Przecież to skandal, żeby takie typki się tu kręciły! Gdzie jest straż miejska!

– Zajęta zakładaniem blokad na naszych samochodach – stwierdziła kobieta. – Trzeba dowalić wszystkim uczciwie pracującym, nie?

– I do tego z naszych podatków dostają pensje, nieroby! Mam za godzinę ważny meeting, a już się wkurwiłem. Deadline mi się kończy, boss dostaje wścieku. Miałem się wyluzować, a zamiast tego patrzę na jakiegoś śmierdzącego menela! 

– Poczekaj, zaraz to załatwię – kobieta skinęła na kelnerkę zbierającą brudne naczynia ze stolika obok. – Bardzo proszę o usunięcie tego człowieka z terenu kawiarni.

– Przykro mi – kelnerka zaczęła się tłumaczyć. – Ale ten pan jest poza naszym ogródkiem, ja nie mogę nic zrobić.

– On nam się naprzykrza. Precyzyjniej rzecz ujmując: żebrze, przeklina i jest w stosunku do nas agresywny. To chyba wystarczy, czyż nie?

– Ale…

– Czy mam poprosić managera?

Ptaki opowiadały historie. Większość znał, jednak wiedział, jaką sprawi im przyjemność, słuchając ich ponownie. Pojawiły się też nowe opowieści. Chłopiec, który chciał spróbować dopalaczy, krzyczał tak długo, aż pękło mu serce. Staruszka przechodząca na pasach, w którą uderzył rozpędzony samochód – kierowca rozmawiał przez telefon. Mężczyzna, którego odwiedzał jedynie komornik, kopiący stołek i patrzący na własne, dyndające stopy. Takie historie.

– Przepraszam pana, czy mógłby się pan gdzieś przesiąść? – młodziutka kelnerka patrzyła błagalnie. W ręku trzymała plastikowy talerzyk. – Przepraszam, ale klienci się skarżą…

Dziewczyna wpatrywała się w niebieskie oczy, wydawały się zbyt czyste, niemal nienaturalne żywe. Mężczyzna wstał, ptaki wzbiły się w powietrze, czar prysł. Stary, niedołężny włóczęga ruszył ulicą.

– Proszę pana – zawołała za nim. – Czy chciałby pan to ciasto? Mamy je gratis. Ja i tak się odchudzam, szkoda, żeby się zmarnowało. 

Kelnerka wracała do kawiarni, czuła się oszołomiona niczym po dwóch lampkach wina. Słowa bezdomnego: „Już jesteś prawdziwie piękna”, wciąż rozbrzmiewały jej w głowie. Mimo męczącego dnia czuła, że się szczerze uśmiecha.

 

– Książę, wróć do domu – prosiły sklepowe manekiny. 

– Zbliża się coś złego, musisz wracać! – Dłoń Mistrzyni Witryny obracała się szybko wokół własnej osi. Musiała być strasznie zdenerwowana, jeśli pozwoliła sobie na taki brak kontroli. – Pójdziemy za tobą. Dość już zrobiliśmy dla tych niewdzięczników! Niedługo stanie się coś strasznego! Lepiej już chodźmy stąd!

Starzec zaczął uspokajać rozdygotane kukły. Skupione zazwyczaj na swoim wyglądzie tym razem zdawały się bardzo zaniepokojone. Mówiły jedna przez drugą, przekrzykiwały się, porzucając wszelkie pozory elegancji, tak ważnej dla ich klanowej pozycji. Na nic jednak jego starania, najwyraźniej manekiny wpadły w histerię. 

– Zjeżdżaj stąd, odstraszasz klientów! – W drzwiach salonu stanął młody człowiek. Starannie wystylizowana fryzura, koszulka w kolorze brudnego różu, maksymalnie opięte spodnie i eksponowane, nagie kostki nad drogimi sneakersami wskazywały, że jest to pracownik sklepu. – Wstydu nie masz, dziadu jeden! Poszedł stąd, już!

Dłoń Mistrzyni z hukiem upadła na ziemię. Sprzedawca wzdrygnął się i rozejrzał, szukając źródła hałasu. Gdy ponownie spojrzał na włóczęgę, zobaczył już tylko oddalające się plecy.

 

– Stasiu, zobacz, znowu ten menel – Strażnik miejski, o gabarytach małej ciężarówki wskazał cel swemu koledze. – Bierzemy się za niego?

– Józiu, mamy co innego do roboty. – Staś dla odmiany był drobny i chudziutki. – Poza tym zasmrodzi nam cały samochód, ostatnio przez tydzień nie mogłem go wywietrzyć. 

– Co prawda, to prawda – Józio złożył ręce na pokaźnym brzuchu. Nowa dieta warzywna, serwowana od dwóch miesięcy przez małżonkę, nie przynosiła żadnych rezultatów. – To co, idziemy na kebsa czy burgera? Musimy się trochę sprężyć. Trzeba jeszcze przed czwartą parę blokad nałożyć. Te cwaniaczki z biur w rynku znowu za dużo sobie pozwalają.

– Czekaj chwilę, zaraz to załatwię. Bo znowu jakiś „życzliwy” doniesie, że nic nie robimy. 

 

Kaczki również były zdenerwowane. Zazwyczaj o tej porze wylegiwały się w trudno dostępnych miejscach fosy miejskiej, wspominając swe dawne, zakończone przez wodny żywioł, ludzkie życie.

– Książe, uciekaj! Zło się zbliża! – kwakały. – Uciekaj, uciekaj, uciekaj!

– Zostań z nami! – Wielki kaczor wyłamał się z tłumu. – Obronimy Cię. Ja Cię obronię! 

– Ty głupi byłeś i zawsze głupi będziesz! – krzyknęła kacza małżonka, bijąc skrzydłem swego nieposłusznego męża. – Nawet z mewami sobie nie radzisz! Co ja z Tobą mam, skaranie boskie!

– Nie mogę jeszcze odejść, jest tyle do zrobienia. – Starzec wygrzewał swoje kości na ławce. – Oni mnie potrzebują, nawet jeśli o tym nie wiedzą.

Cios w ucho był nie tylko zaskakujący, lecz również bardzo bolesny. 

– Te, śmierdziel – Mikry strażnik zarechotał, widząc, jaki efekt udało mu się osiągnąć. – Zyskałem już Twoją uwagę? To zmiataj stąd w podskokach, bo nie będzie tak miło. Już Cię nie ma! Bo jak strzelę z całej siły, to nie będzie czego zbierać…

 

Ucho bolało potwornie; czuł, że kręci mu się w głowie. Człapał powoli, krok za krokiem, gdzieś przed siebie. W takich chwilach nie miał ochoty z nikim rozmawiać. Opuścił głowę, ignorując nawoływania dziecinnych wróbli, pyskatych wron czy gadatliwych gołębi. Po prostu szedł. Po raz tysięczny zastanawiał się, czy dobrze robi, czy jest jeszcze jakikolwiek sens przebywać w tym obcym, zimnym miejscu. Tam, po drugiej stronie, czekali na niego kochający przyjaciele, ciepłe, pyszne posiłki i pachnące, miękkie łoże. Czy spokój mieszkańców tego świata jest warty jego cierpienia?

Szedł tak długo, że w końcu nie rozpoznawał, gdzie jest. Znajome ulice zostały gdzieś daleko z tyłu. Nie lubił oddalać się od bezpiecznych, znanych mu miejsc. Codzienne rytuały chroniły go przed złem. Powtarzanie tych samych czynności, chodzenie tymi samymi ulicami, jeżdżenie tylko jedną linią autobusową i wypowiadanie identycznych inkantacji sprawiało, że był niewidzialny dla mrocznych umysłów. Był jednak bardzo zmęczony, rozpaczliwie potrzebował odpoczynku.

Postanowił się zdrzemnąć w jednym z zaułków. Wprawdzie miejsce śmierdziało regularnie załatwianymi potrzebami fizjologicznymi, jednak góry cuchnących śmieci dawały pewność, że nikt nie zabawi tu dłużej niż musi. „Lepszy smród niż zagrożenie”– westchnął w duchu i umościł sobie prowizoryczne posłanie, wykorzystując podgniłe kartony i gazety. 

– Mówię Wam, szedł gdzieś tutaj – chłopiec nie miał jeszcze piętnastu lat. Modna fryzura i drogie ubranie wskazywały, że pochodził z zamożnej rodziny. – Ten menel ledwie chodził, nie może być daleko. 

– To samo mówiłeś tydzień temu i gówno żeśmy znaleźli – drugi nastolatek był krótko ostrzyżony, a jego postura wskazywała na regularnie uprawiane sporty. – „Buźka”, jak znowu nie przyjdę na trening, to mnie ten pedał z drużyny wypierdoli! 

– Spokojnie, „Łysy” – odezwał się ostatni z grupy. Mimo że nie wyróżniał się niczym szczególnym, widać było, że pozostali kompani darzą go szczególnym respektem. Być może była to zasługa oczu, wydawały się należeć do kogoś kompletnie szalonego i zdolnego do najgorszych uczynków. Nie pasowały do tak młodego człowieka. 

– Jak „Buźka” mówił, że widział, to znaczy że widział. W końcu musi się nam poszczęścić. 

– „Crazy”, ale ja muszę… – jęczał „Łysy”. 

– Gówno musisz – przywódca warknął i strzelił znacznie od siebie większego kolegę w głowę. Ten skulił się przestraszony. – Chciałeś z nami iść czy nie? Kurwa, chciałeś, czy nie?! 

– Chciałem, ale… 

– To zamknij mordę! Myślisz, że to jakaś zabawa! To poważna sprawa, dla poważnych ludzi! 

– Chłopaki! – „Buźka” przerwał kłótnię. – Chyba go mam, tam, w tym „śmierdziszewie”. 

– Ja pierdolę, wreszcie się udało. Tylko cicho, jakbyście starym siano brali z portfeli. „Łysy”, migiem po kanister. „Buźka”, pilnuj, czy ktoś nie idzie z tej strony, ja będę z drugiej. Panowie, dzisiaj wreszcie świętujemy. 

 

Intensywny, chemiczny zapach ranił jego nozdrza. Skóra mocno szczypała. Działo się coś bardzo złego. Stały nad nim czarne postacie. Ich oczy żarzyły się na czerwono, wyglądały jak odbicie ogni piekielnych. Próbował wstać, uciec przed strasznym istotami, ale jedna z nich uderzyła go kijem w kolano. Potworny ból powalił go na ziemię. Zdążył jeszcze zobaczyć płomień zapalniczki, potem wszystko pochłonął ogień. Cierpienie było niewyobrażalne, każdy fragment płonącej skóry zdawał się umierać osobno. Gdy tak konał, jakaś jego część płakała nad wszystkimi duszami uwięzionymi w ciałach ptaków. Wiedział, że już nigdy nie znajdą drogi do domu. Płakał nad manekinami, krasnalami, pomnikami i rzeźbami, już nikt z nimi nie porozmawia, nikt nie wysłucha ich historii. Płakał nad starymi domami, chętnie plotkującymi o swych właścicielach. Nad stuletnim brukiem, którego każda kostka była ekspertem w dziedzinie modnego obuwia i zaciekle kłóciła się z sąsiadami. Nad…

– Kurwa, ale jazda! Masz wszystko nagrane? 

– Wszystko, każdą sekundę. Ale pamiętajcie, wysyłamy tylko ziomkom. Żadnym dupom, bo zaraz wypaplają. Dobra, spierdalamy. 

– No, lecimy. Przynajmniej jednego śmiecia mniej na świecie, nie? 

 

W całym mieście ptaki krzyczały rozpaczliwie. Nikt ich jednak nie słuchał. W końcu co ptaki mogą wiedzieć? 

Koniec

Komentarze

Smutne. W dodatku podejrzewam, że opowiadanie jest osnute na prawdziwych zdarzeniach. Brakło mi fantastyki – wysłuchiwanie ptasich wieści to trochę za mało.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

– Ale smród! – na­sto­lat­ka te­atral­nie za­ci­snę­ła palce na nosie. ―> – Ale smród! – Na­sto­lat­ka te­atral­nie za­ci­snę­ła palce na nosie.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

przez skoł­tu­nio­ną, siwą brodę cięż­ko było okre­ślić praw­dzi­wy wiek. ―> …przez skoł­tu­nio­ną, siwą brodę trudno było okre­ślić praw­dzi­wy wiek.

 

Ten jed­nak nadal pa­trzył się w okno. ―> Ten jed­nak nadal pa­trzył w okno.

 

Oka­zał się znacz­nie wyż­szy niż się do tej pory wy­da­wa­ło. ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

Chwi­la zda­wa­ła się trwać wiecz­nie, wtem otwo­rzy­ły się drzwi au­to­bu­su. ―> Jak wyżej.

 

– Wasza Wy­so­kość jest, jak zwy­kle, zbyt ła­ska­wa. ―> To słowa skierowane do mężczyzny, więc: – Wasza Wy­so­kość jest, jak zwy­kle, zbyt ła­ska­w.

 

– A kto ulży Tobie, Ptasi Ksią­żę? Kto ulży Tobie? ―> – A kto ulży tobie, Ptasi Ksią­żę? Kto ulży tobie?

Zaimki piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie. Ten błąd pojawia się wielokrotnie w dalszej części opowiadania.

 

wszyst­kie sto­li­ki znaj­du­ją­ce się w ze­wnętrz­nym ogród­ku po­pu­lar­nej ka­wiar­ni… ―> Czy bywają też ogródki wewnętrzne?

 

Nawet na ele­ganc­kie­go buta. ―> Nawet na ele­ganc­ki but.

 

– Prze­pra­szam Pana, czy mógł­by się Pan gdzieś prze­siąść? ―> – Prze­pra­szam pana, czy mógł­by się pan gdzieś prze­siąść?

Formy grzecznościowe piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie. Ten błąd pojawia się także w dalszej części opowiadania.

 

Sta­siu dla od­mia­ny był drob­ny i chu­dziut­ki. ―> Sta­ś dla od­mia­ny był drob­ny i chu­dziut­ki.

 

– Co praw­da, to praw­da – Józiu zło­żył ręce na po­kaź­nym brzu­chu. ―> – Co praw­da, to praw­da – Józio zło­żył ręce na po­kaź­nym brzu­chu.

 

– Te, śmier­dziel – mikry straż­nik za­re­cho­tał ,wi­dząc, jaki efekt udało mu się osią­gnąć. ―> – Te, śmier­dziel – Mikry straż­nik za­re­cho­tał, wi­dząc jaki efekt udało mu się osią­gnąć.

Przed przecinkiem spacja jest zbędna, za to po nim, konieczna.

 

„Lep­szy smród niż za­gro­że­nie”_ – wes­tchnął w duchu… ―> Coś się zaplątało między cudzysłowem a półpauzą.

 

Nad stu­let­nim bru­kiem, z któ­re­go każda kost­ka… ―> Nad stu­let­nim bru­kiem, któ­re­go każda kost­ka

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za poprawki, większość już wprowadziłem. Nie mam pojęcia jak mogłem przegapić niektóre ze wskazanych błędów.

Bardzo proszę, Sabre77, i cieszę się, że uznałeś uwagi za przydatne. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tekst wygląda całkiem porządnie, zwłaszcza po Regulatorskich poprawkach. Napisany prostym, solidnym stylem. Poza nadmiarowymi przecinkami w kilku miejscach (co występuje w trzech czwartych tekstów) nie mam do czego się przyczepić. Jasne, to i owo dałoby się wypolerować, ale nie wniosłoby to wiele – niemal wszystko da się napisać nieco lepiej, ale takie działanie to najczęściej sztuka dla sztuki. 

Pomysł na świat, w którym na jakimś poziomie postrzegania i rozumienia każde stworzenie, każda rzecz czy nawet kamień żyje swoim życiem i ma coś do opowiedzenia, jest zupełnie fajny. Choć czuję niedosyt. Przede wszystkim nie wiem co robi i do czego zmierza bohater, Książę Siódmego Grodu Wyraju, kimkolwiek on jest. Czy chodzi po mieście (a zaznaczasz, ze nie musi) tylko po to, by ptaki i kamienie miały komu opowiadać swoje historie? Czy w ten sposób opiekuje się duszami w ciałach ptaków, które wróciły z Wyraju? Dlaczego wygląda jak menel i uparcie wchodzi w interakcje z ludźmi wiedząc, jak zostanie potraktowany? Czy umarł ostatecznie i nieodwołalnie, czy też odszedł do swojego Wyraju i nie będzie już mógł wrócić na Ziemię, czy jednak może wracać, czy… 

No właśnie, tekst rodzi mnóstwo pytań. Jasne, że czasami dobrze jest, gdy autor stawia pytania a czytelnik sam musi sobie na nie odpowiedzieć, ale lepiej, żeby to były pytania… bo ja wiem… o charakterze filozoficznym, poglądowym, metafizycznym i tak dalej, a nie fabularnym. Bo na braku wyjaśnienia pewnych ciekawych kwestii Twój tekst traci. Z potencjalnego kawałka interesującej fantastyki, staje się smutno-magiczną, ale raczej typową opowieścią o tym, że społeczeństwo źle traktuje wyrzutków, a ludzie są w większości skurwysynami. 

No, ale nie będę więcej już kręcił nosem, bo to opowiadanie to w gruncie rzeczy dobra robota i z pewnością warta biblioteki. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Przeczytałem, odczekałem, ale wątpliwości pozostały.

Przede wszystkim, świat mnie zainteresował, ale co dalej? Dlaczego tak mało konkretów? Dobrze wyjaśnia to thargone; pozostaje tu spory niedosyt. Nie sugeruję, żeby wrzucić tu nagle garść akapitów opisujących świat. Ale na dłuższą metę, niedopowiedzenia w nadmiarze drażniły, zamiast budować zainteresowanie. Jasne i konkretne przedstawienie motywacji księcia przyjąłbym ze szczerym uśmiechem.

Druga sprawa, to rdzeń historii. Zbiór scen ma wspólny i jasny motyw, kontrastującą (ale statyczną) główną postać, ale zabrakło mi w tym ruchu we wspólnym kierunku. Czy ten tragiczny pobyt w obcym świecie do czegoś doprowadził? O coś walczył, czegoś szukał? Póki co, wyszło na granicy moralizatorstwa, a tego nie lubię.

Tym bardziej szkoda, bo widać sporo potencjału. Chętnie przeczytam kolejne opowiadanie – bardziej fantastyczne i konkretne, a mniej tajemnicze i czarno-białe.

Dziękuję za wszystkie uwagi i spieszę z wyjaśnieniami :)

Powyższe opowiadanie jest jednym z kilku dziejących się w alternatywnym świecie. Sam opis świata będzie się rozwijał wraz z losami następnych bohaterów. Użyta forma nie pozwoliła mi na zaprezentowanie wszystkiego w jednym opowiadaniu, stąd decyzja o krótkiej serii. Sądzę że kolejne znacznie wzbogaci wiedzę o prezentowanym świecie. 

Jeszcze raz dziękuję za uwagi i wnioski, są bardzo konstruktywne i przydatne.

 

Ładnie napisane, ale też odczuwam niedosyt. Chętnie dowiedziałabym się kim jest Książe Siódmego Grodu Wyraju. Bez takiego wyjaśnienie czułam, że trochę na mnie naciskasz. Prezentujesz bohatera, któremu należy współczuć już z racji jego statusu społecznego. Do tego jeszcze Książe zdaje się być bez skazy, a otaczający go ludzie są w większości są zwykłymi świniami (aż chce mi się mocniejszego słowa użyć). W ten sposób wywierasz presję na czytelnika, a ja tego nie lubię.

Piszesz w komentarzu, że akcja opka toczy się w alternatywnym świecie, ale ja tego nie widzę. Miałam raczej wrażenie, że to do naszego świata trafiła postać z jakiejś alternatywnej rzeczywistości.

Podsumowując: ładnie napisane, nostalgiczne, ale czegoś brakuje.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Bardzo dziękuję za przeczytanie i opinię. Wszystkie uwagi wezmę sobie do serca (i warsztatu) przy kolejnym opowiadaniu.

Smutny tekst. A poza tym – zgadzam się z Thargonem, że przydałoby się więcej wyjaśnień. W tym tekście, a nie w reszcie serii.

– Proszę Pana – zawołała za nim. – Czy chciałby Pan to ciasto?

Ty, twój, pan itp. w dialogach piszemy małą literą. W listach dużą.

Babska logika rządzi!

Poprawione. Dziękuję za korektę i uwagi :)

Nowa Fantastyka