- Opowiadanie: Yamir - Na cztery łapy

Na cztery łapy

Cześć! 

zapraszam do przeczytania mojego tekstu związanego z konkursem Kawka z Kafką ;) 

Hasło konkursowe : Zagłada jądrowa

Dziękuję Anet, za pomoc, jesteś wielka! 

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Na cztery łapy

1

 

Co miesiąc na targ zwożono specjalny towar. Każdy obywatel mógł wtedy zgodnie z prawem nabyć go bez zbędnych komplikacji. Im więcej sztuk posiadała rodzina, tym wyższy był jej status. Wpływowi obywatele mogli pozwolić sobie nawet na sześć, siedem osobników. Biedniejsi musieli zadowolić się jednym. Nigdy nie zdarzało się jednak, by przez dłuższy czas nie posiadano żadnego. Towar wykorzystywano do obrony domostw przed intruzami oraz do pomocy przy opiece nad dziećmi. Niektórzy czerpali radość z okazywania mu czułości, takich jak głaskanie i przytulanie, ale mało kto się do tego przyznawał. Dla większości były to zwierzęta domowe, z którymi można było wyjść na spacer, pojawić się na konkursie piękności, czy pochwalić się sztuczkami, które potrafiły wykonywać za jedzenie.

Mowa, oczywiście, o ludziach – gatunku na tyle prostym i wytrzymałym, że porównywanym do karaluchów. W przeciwieństwie jednak do tych szlachetnych i jakże pięknych owadów, ludzie darzeni byli dużo mniejszym szacunkiem. Od niepamiętnych czasów te dziwne stworzenia, które posiadały szczątkowe i tylko miejscowe futro, zapewniały rozrywkę w Kitipolis.

 

Ten dzień zawsze rozpoczynał się tak samo. W godzinach porannych na targu zjawiała się rodzina królewska, która zabierała wedle swojego uznania najlepszych niewolników. Dalej prawo wyboru należało do sfer wyższych, czyli wszelkiego rodzaju lekarzy, uczonych, bogatych kupców i dowodzących wojskami. W godzinach wieczornych nadchodził czas dla pospólstwa. Wszystko kończyło się z nastaniem nocy, kiedy zabijano tych, którzy pozostali. Zwykle były to osobniki Fstarsze, kalekie, czy ułomne. Dla większości nie nadawały się one do niczego… no może poza jedzeniem, gdyż z ich mięsa przygotowywano różne frykasy.

 

Gdy tylko słońce pojawiło się na nieboskłonie, rodzina królewska z księciem Arnoldem na czele wyruszyła na swych szykownie ubranych świniach w kierunku dzielnicy portowej. Już z daleka ich nosy wyłapywały wspaniałe zapachy ryb przyrządzonych na wszelakie sposoby. Nie mogło zabraknąć gałek ocznych, czy pieczonych szczurów. Prowadzący korowód wyróżniał się w tłumie, gdyż jako jedyny posiadał czarne futro. Było to na tyle dziwne i niespotykane, że wielu poddanych wstawało wcześnie, by zobaczyć księcia. W królestwie, ba,F na świecie – nie było nikogo, kto mógłby pochwalić się takim kolorem sierści. Dla jednych był to wystarczający powód, by atakować królową, rozgłaszając plotki, że to kara za jej niewierność. Dla innych był to znak, że młody będzie wyjątkowym kotem. Zaś stary mag, który od niepamiętnych czasów opiekował się rodem, wieszczył rodzinie zagładę. Tuż po narodzinach Arnolda przekonywał rodziców , do zabicia potomka. O jego słowach i wróżbie nie wiedział nikt poza rodzicami kocięcia.

Gdy tylko orszak dotarł do pierwszych kramów, młodzieniec skierował się na degustację. Bez zbędnych formalności machnął łapą nad półmiskiem i nabił na swoje ostre pazury wątróbkę. Od razu wsadził ją do pyska i przeżuł zgodnie z etykietą cztery razy. Pokiwał z uznaniem głową, uśmiechając się przy tym od ucha do ucha.

– Mamo, jest wspaniała! – wykrzyczał kot, wywołując tym samym zachwyt na twarzy kupca.

– Cieszę się, synku, że ci smakuje, ale dziś przyjechaliśmy tu wybrać dla ciebie człowieka – powiedziała królowa z lekkim uśmiechem.

– Pamiętaj jednak, że z posiadaniem człowieka wiąże się wielka odpowiedzialność. Trzeba go wyprowadzać, karmić i sprzątać po nim. Ważne też, żeby pomagał ci w cięższych zadaniach. Wybierz mądrze – przestrzegał młodzieńca ojciec.

– Wiem, wiem, wiem. Potrzebuję takiego, z którym będę mógł się bawić, którego nauczę wielu sztuczek i który nie będzie się bał innych ludzi, żeby mógł mnie przed nimi bronić. Musi być też ładny. Nie chcecie chyba, żebym pokazywał się z jakąś paskudą, prawda? – zapytał rodziców, a ci jedynie pokiwali głowami i uśmiechnęli się do siebie. Rozmyślali o tym, jak to było, kiedy sami byli młodzi i musieli dokonać wyboru swojego pierwszego pupila. Arnold doskonale znał to spojrzenie, tak wiele razy opowiadali mu o swoich wyborach, że doskonale wiedział, na co powinien zwracać szczególną uwagę. Przechadzając się wśród rzędów niewolników miał twardy orzech do zgryzienia. Kiedy wyruszał, był pewien, że chce chłopca, bo ci zwykle byli bardziej wytrzymali i silniejsi. Teraz zaczynał zastanawiać się nad dziewczynką, niby nie posiadały tych atrybutów, co męskie osobniki, ale bywały zdecydowanie bystrzejsze. A co, jeśli nauczyłby taką mówić? Albo chociaż rozumieć większość? Stałby się pierwszym kotem w historii, który tego dokonał. Oczyma wyobraźni już widział te nagłówki w gazetach. Rozmyślając o tym wszystkim zdał sobie sprawę, że cały czas zerka na niego pewna czarnowłosa. Z początku to ignorował, dokonując standardowego przeglądu uzębienia u ludzi. W końcu nie wytrzymał i podszedł do niej. Spojrzał w jej oczy i dostrzegł w nich mnóstwo cierpienia i determinacji, a przynajmniej tak mu się wydawało. Rozwarł jej szczęki oglądając dokładnie zęby, podniósł język i zajrzał do gardła, sprawdzając, czy nie jest chora. Popatrzył na jej twarz, która wydawała się słodka, niewinna i urocza. Wymiona i brzuch nie były wielkich rozmiarów. Obejrzał ją z każdej strony, znacząc pazurami jej plecy, a ona nawet nie pisnęła. Strużka krwi dotarła do pośladków.

Imponujące –  pomyślał książę.

– Tę chcę – powiedział pewnie, spoglądając na rodziców. Królowa zdawała się być rozczarowana. Ta osobniczka mogła mieć szesnaście, może siedemnaście lat. Była zwyczajnym chuchrem. W jaki sposób miałaby bronić jej synka?

– Jesteś pewny, Arnoldzie? Może chcesz się jeszcze zastanowić? Być może jakiś męski osobnik wpadnie ci w oczy, bardziej umięśniony, z ogonkiem? – zaproponowała z nadzieją w głosie.

– Matka ma rację. Przyjrzyj się jej uważnie. Czy naprawdę uważasz, że nada się dla księcia? – Wtórował jej ojciec.

– Ale ja chcę tę i żadną inną. Ma w sobie coś. Zobaczycie, że jeszcze się do niej przekonacie – powiedział stanowczym głosem młody książę. Rodzice bez przekonania zaakceptowali jego wybór. Handlarz otrzymał mieszek ze złotem, w zamian oddając smycz młodemu księciu.

– Nazwę cię Megan. Zobaczysz, spodoba ci się w moim pałacu – rzucił wesołym tonem książę do swojego zwierzątka.

 

2

 

Gdy dotarli do domu, młody książę wraz ze swoją nową zabawką udał się na spoczynek do jego komnaty. Zamykając za sobą drzwi, spojrzał na niewiastę i powiedział spokojnym tonem:

– Nie musisz się mnie obawiać. Nie należę do grona tych kotów, które mogłyby zrobić ci krzywdę. Chcę, byś została moją przyjaciółką.

Niewiasta prawdopodobnie go nie rozumiała. Ponadto gest z pazurami podczas wyboru, mógł świadczyć o czymś zupełnie innym.

– Masz ochotę na coś do picia? – Wyciągnął ze swojej skrytki niewielkie naczynie, w którym była woda, i postawił przed nią na ziemi. Z ciekawością obserwował, jak wypina  pośladki, nachylając się do miski. Chwyciła dłońmi naczynie i przystawiła je do ust, by łapczywie pociągnąć kilka łyków.

– Zdecydowanie byłaś spragniona – stwierdził z dumą w głosie. Zaraz też rzucił jej garść owoców, a ta momentalnie wpakowała je  do ust.

– Nie tak szybko! Krzywdę sobie zrobisz – powiedział z rozbawieniem i troską. Wtedy usłyszał coś niezwykłego.

– Dziękuję.

Myślał, że się przesłyszał, że to jego wybujała wyobraźnia płata mu figle. Ostrożnie zbliżył się do swojego zwierzaka i spokojnie zaczął.

– Co ty powiedziałaś?

Kobieta odskoczyła w bok, zasłaniając głowę ręką. Książę podszedł do niej i delikatnie pogładził po grzywie.

– Nie bój się. Powtórz to. Proszę. – Spojrzał na nią z nadzieją, a ta zrobiła to! Powtórzyła słowo “dziękuję”! To było niesamowite.

– Musisz pokazać to mamie i tacie. Inaczej mi nie uwierzą! – wykrzyczał. W odpowiedzi usłyszał „nie”, co odrobinę wybiło go z rytmu, bo tak rzadko słyszał to słowo.

– Jak to: nie? Musisz im powiedzieć. Jesteś wyjątkowa. Nauczę cię więcej. Będziemy wygrywać wszystkie pokazy, zostaniesz sławna! – Zachwycał się Arnold, odpływając w swoich dziecięcych marzeniach. Nie myślał jednak o tym, czego może chcieć jego pupilka.

Nie zważając na jej odpowiedź, chwycił  smycz i już po chwili prowadził ją do sali, w której znajdowali się rodzice. Król wraz z małżonką przyjmowali na audiencji starego maga.

– Mamo, tato, ona umie mówić! – krzyknął już od progu Arnold, a w jego głosie dało się słyszeć ekscytację.

– Arnoldzie, ludzie nie potrafią mówić. Warczą, wydają dziwaczne dźwięki, ale nie mówią. Czasem mogą one przypominać jakieś słowa, ale to przypadek, synku – powiedział spokojnie król, przyglądając się kotu i jego człowiekowi.

– Mówiłam ci, że tak będzie. Trzeba było poczekać jeszcze rok. To wszystko wina tego starego. Ciągle mu czyta jakieś niestworzone rzeczy o magii i chłopak uwierzył – rzuciła z dezaprobatą królowa.

– Ale naprawdę. Sami posłuchajcie. Megan, powiedz „dziękuję”. – Książę patrzył z nadzieją na swoje zwierzątko, które nie zrobiło nic. – Albo nie, powiedz „nie”. – Nie poddawał się. Już po chwili dotarło do niego, że trzeba spróbować podstępem. – Jak powiesz „dziękuję”, to dostaniesz tyle owoców, ile tylko zdołasz zjeść. Może jakąś rybkę ci skombinuję? To jak będzie? – kontynuował młodzieniec.

– Prędzej koty na księżycu wylądują w tych dziwacznych skafandrach, niż ludzie zaczną gadać – powiedział stary mag. Magia była potężna, ale nawet ona nie potrafiła dać głosu i rozumu istotom, które go nie posiadały.

– Masz się odezwać. Rozkazuję ci! – wrzasnął rozwścieczony kot. Kiedy cisza się przedłużała, sfrustrowany książę uderzył Megan smyczą, zdobiąc jej skórę kolejną krwawą raną.

– Przestań, Arnoldzie! – krzyknął ojciec.

– Jest beznadziejna, przy was nie chce gadać! Robi ze mnie głupka! – poskarżył się książę i zły jak osa ruszył z powrotem do swoich komnat, ciągnąc za sobą Megan – Nic nie dostaniesz! – dało się jeszcze słyszeć, kiedy wychodził.

– Spokojnie. Wyrośnie z tego. Potrzebuje tylko więcej czasu – powiedział starzec, rzucając podejrzliwe spojrzenie kobiecie. Czy aby na pewno była taka sama, jak reszta tych dzikich ludzi?

 

3

 

Książę rósł, a wraz z nim jego pupilka. Nie odezwała się do niego już nigdy więcej. Z biegiem czasu uznał jej mowę za wytwór swojej fantazji.

 Z początku poświęcał jej mnóstwo czasu, starając się nauczyć ją prostych wyrazów, ale równie dobrze zamiast niej mógł ćwiczyć szczura. Kiedy przestał, wysłał ją na rutynowe szkolenie. Megan szybko załapała podstawy. Potrafiła jeść z miski, która znajdowała się w konkretnym miejscu. Załatwiała się do kuwety. Nauczono ją, jak się zachować w sytuacji gdyby ktoś zaatakował jej pana. Potrafiła wykonywać dziwaczne akrobacje, które zawsze nagradzane były jakimś smakołykiem. Nigdy nie nosiła ubrania, bo zawsze było gorąco. Z biegiem lat jej fizjonomia się zmieniła. Urosły jej wymiona, co strasznie bawiło Arnolda. Zmienił się też świat. Pierwszy kot wylądował na księżycu, co uwieczniono na malunkach w piramidzie. Wybudowano ogromny posąg jego ojca oraz ludzką łapę pośrodku pustyni. Był to symbol przyjaźni między rasą kotów a ludzi. Rozwinęła się także dziedzina wojskowości. Pojawiły się karabiny, broń laserowa i prawdziwy cud techniki, jakim była bomba jądrowa. Nikomu nie przychodziło do głowy, żeby jej użyć, ale działała odstraszająco na sąsiadujące z ich państwem kraje.

Kiedy Arnold wraz ze swoim człowiekiem wszedł do gabinetu ojca, ten zamruczał i rozpoczął spokojnie.

– Dobrze, że jesteś, Arnoldzie. Niebawem pojawi się poseł z Cin. Zgodnie z planem weźmiesz sobie za kotkę ich księżniczkę. To bardzo ważne dla naszego państwa.

– Rozumiem, ojcze. Nie mogę jednak znaleźć sobie kogoś na miejscu? Cin jest daleko, a ja nawet nie widziałem tej kotki – powiedział z lekkim niezadowoleniem książę.

– Nie widziałeś? No co ty opowiadasz. Przecież wysłali zdjęcie. Czekaj, zaraz je znajdę. – Henryk zaczął grzebać w szufladzie biurka, by w końcu wyciągnąć kolorową fotografię. Podał ją synowi.

– Czy ty sobie ze mnie żarty stroisz? – zapytał ze złością i niedowierzaniem w głosie młody kot.

– Nie, a co? – zapytał niewinnie ojciec, choć doskonale wiedział, o co księciu chodzi i dlaczego nigdy wcześniej portretu ukochanej nie zobaczył.

– Toć jest okropna. Jakaś taka chuda, łysa jak ludzie. Co to właściwie ma być? Jakaś mieszanka kota z człowiekiem? Nie ma mowy – zarzekał się książę.

– Arnoldzie, nie zrozumiałeś mnie. Nie masz w tej kwestii nic do powiedzenia. Weźmiesz ją za żonę i spłodzisz z nią syna. Jak będziesz miał odrobinę szczęścia, to będzie podobny do ciebie. Wiesz, jak złe relacje łączą nasze państwa. Jesteśmy na granicy wojny, a to może wszystko zakończyć – tłumaczył stanowczym głosem ojciec, który doskonale zdawał sobie sprawę, że syn, niezależnie od upodobań, i tak będzie zmuszony podporządkować się jego woli.

– Nie wierzę, że matka się na to zgodziła. – Arnold uderzył ze złości łapą w stół. Chciał jeszcze coś dodać, ale na jego nieszczęście w pomieszczeniu pojawił się oczekiwany poseł.

– Witam waszą królewską mość i ciebie, mości książę! Jak dobrze, że jesteście razem. Rozumiem, że decyzja została podjęta. Pozostaje nam ustalić miejsce ceremonii. Zgodnie ze zwyczajem powinna się odbyć na ziemiach neutralnych, proponujemy zatem WuX. – Przybysz z Cin był równie urodziwy, jak ta cała księżniczka.

– Doskonale – powiedział król. – Daj ten papier i zakończmy tę szopkę.

Kiedy poseł zaczął grzebać w swoim plecaku, Megan zaczęła warczeć. Coś się jej nie spodobało.

– Spokój – rzucił Arnold. Wystarczająco miał zmartwień, by przejmować się jeszcze swoją podopieczną. Kiedy odwrócił się w jej stronę, usłyszał cichy strzał. Kątem oka dostrzegł, jak ojciec z impetem zwala się na ziemię. Nieznajomy wycelował z broni w księcia, jednak nim oddał strzał, Megan rzuciła się na niego.

– Po moim trupie – warknęła. Szybkim ruchem wyrwała pistolet z łapy przybysza i wystrzeliła mu prosto w głowę, posyłając go na inny świat. Arnold padł na kolana przy ojcu.

– Medyka! Medyka! Szybko!

Kobieta odrzuciła broń i zajęła miejsce tuż obok księcia nad królem.

– Nie wyjdzie z tego. Przykro mi.

Te słowa były ostatnimi, które usłyszał Henryk.

Zaskoczony książę spojrzał na Megan i wypalił:

– Jednak umiesz mówić? To mi się tylko zdaje!  

– Chciałbyś. Teraz mamy większe zmartwienia na głowie. Niemniej nie wspominaj nikomu o tym, co potrafię, bo znowu będę milczeć. Wiesz, że jak chcę, to potrafię – zagroziła kotu. Rozmowę przerwali wbiegający medycy.

– Co tu się stało?! – Uklękli nad ciałem króla i zajęli się badaniem. W międzyczasie słuchali opowieści księcia. Po krótkiej chwili stwierdzili zgon.

 

4

 

Kiedy zakończyły się uroczystości pogrzebowe, trzeba było przejść do koronacji. Państwo musiało mieć swojego władcę, a prawowitym następcą tronu był książę Arnold. W tym momencie siedział w swoim pokoju wraz z Megan, która drapała go po plecach.

– I co ja mam z tym wszystkim zrobić? – zadał to pytanie na głos ze sporym zdziwieniem. Nagle oczekiwał od swojego zwierzaka rady w tak poważnej sprawie.

– Naprawdę się zastanawiasz? Zabili ci ojca na twoich oczach. Rozumiem, że możesz mieć do niego żal, że chciał cię opchnąć takiej maszkarze, ale był twoim ojcem – powiedziała stanowczym głosem Megan.

– Mam wypowiedzieć wojnę Cin? Oni są od nas liczniejsi, mają też lepiej wyposażone wojsko. To głupota – powiedział z lekką frustracją w głosie, bo sytuacja nie była ciekawa.

– Nie głupota, a obowiązek. Masz swoich dowódców, za coś pobierają żołd. Oni będą się tym martwić. W najgorszym wypadku pozostaje twój as w rękawie – powiedziała spokojnie, dając do zrozumienia, że wie naprawdę sporo. Jakby się nad tym zastanowić, to zabierał ją wszędzie ze sobą. W moment ogon napuszył się mu ze złości.

– Broń jądrowa. Ona może zniszczyć cały świat – zaoponował książę.

– Przesadzasz. Tylko tak mówią. Pewnie nawet kraju nie zniszczy. Cin leży daleko, nie ucierpisz ani ty, ani twoi podwładni – skłamała gładko Megan.

– A co ty o tym możesz wiedzieć? – zapytał ze złością, bardziej, żeby jej dopiec.

– Więcej niż ci się wydaje, Arnoldzie – odpowiedziała tajemniczo, co wcale się mu nie podobało.

– Pora na mnie. Zostań tu. – Wolnym krokiem skierował się ku sali koronacyjnej. Gdy wchodził, wszystkie oczy były zwrócone tylko na niego. Przy tronie stał stary mag, który miał nietęgą minę. Wiedział, że niebawem wydarzy się coś strasznego. Trzeba było to powstrzymać, kiedy urodził się następca tronu.

– Uklęknij, Arnoldzie. – Mag odczekał, aż książę upadnie na kolana. – Z mocy, która została mi nadana przed wiekami, uroczyście oświadczam, że nowym królem zostaje książę Arnold. Od dziś do śmierci władać będzie naszą krainą. Każdy z nas winien jest mu posłuszeństwo i oddanie. Niech żyje król Arnold! – wykrzyczał starzec, a zaraz po nim zrobiło to dziesiątki kocich gardeł. Mag podszedł do klęczącego kota i wsunął na jego głowę złotą koronę. – Noś ją dumnie i pamiętaj o jej ciężarze. Na twoich barkach spoczywa los królestwa. – zrobił krótką przerwę, po czym zapytał. – Zechcesz, panie, poradzić się w kwestii załagodzenia sporu?

Arnold popatrzył na starca z niedowierzaniem. Wstał z kolan i spojrzał na poddanych.

– Załagodzenia sporu? – Zapytał maga, ale nie czekał na jego odpowiedź. – Cin odważyło się podnieść łapę na naszego króla! Nie da się tego zapomnieć! Nie da się tego wybaczyć! Tylko krew może zmyć ich niecny uczynek. Szykujcie się na wojnę! Chcę do końca tygodnia mieć armię w pełnej gotowości i sztab generalski u siebie. Obiecuję wam, że wygramy! – Rozejrzał się dookoła i z ulgą przyjął, że zebrani przytakują głowami. To właśnie trzeba było uczynić.

 

5

 

Gdy tylko zebrano całą kocią armię, od razu nakazano wyruszać. Zamiast świń używanych do parad czy przemieszczania się po mieście, sięgnięto po ciężarówki. Do każdej z nich można było załadować piętnastu żołnierzy uzbrojonych w najnowocześniejszy sprzęt. W sumie zebrano ponad pół miliona kotów. Wyruszały pogodzone z losem, że mogą już nigdy nie wrócić do ojczyzny. Plan zakładał szybką operację, przerzucenie znacznej ilości wojsk i ekspresowe zajęcie terenu. Nie było miejsca na postój, gdyż musieli zdobyć stolicę, nim ościenne kraje wyślą posiłki do Cin.

Gdy wyjechał ostatni transport, do króla przyszedł stary mag. Chciał po raz ostatni spróbować przekonać go do zmiany zdania. Jeszcze nie było za późno.  

– Królu, oni się ciebie spodziewają. Na pewno są gotowi. Zginie wiele kotów, czy naprawdę uważasz, że to musi się wydarzyć? – zapytał zaniepokojony.

– Sądzisz, że tego nie wiem? Zdaję sobie sprawę, że są gotowi. Wiem, że zginą tysiące, może nawet setki tysięcy, ale nie możemy pokazać naszym wrogom ani sojusznikom, że jesteśmy słabi, bo przepadniemy z kretesem. To byłby początek naszego końca – odpowiedział ze smutkiem król.

– Rozumiem. Planujesz użyć broni jądrowej. – Domyślił się czarodziej.

– Rozważam takie rozwiązanie. – Przyznał Arnold, patrząc z ciekawością na doradcę.

– Nie rób tego. Zniszczysz cały nasz świat. Wszystko, co kochasz, przestanie istnieć – przestrzegał starzec.

– Co ty właściwie możesz o tym wiedzieć? Może ta bomba wcale nie jest tak potężna, jak mówili.

– Ta broń niesie śmierć. O to się martw.

– I dobrze. Decyzje podjęte. Dziękuję za twoje rady, ale muszę odpocząć. Niebawem będą napływać raporty. Chcę być gotowy na każdą ewentualność – to powiedziawszy, udał się do swojej komnaty. Położył się na łóżku przy swojej Megan i zasnął.

Obudziło go walenie do drzwi. Spojrzał na zegar i momentalnie zerwał się z łóżka. Wyszedł ze swojego pokoju i zażądał:

– Raportujcie, ile terenu zdobytego.

– Zero, czekali na nas. Wzięli nas w krzyżowy ogień. Większość wojska poległa. Ci, którym udało się uciec, są w drodze do kraju – powiedział generał z żalem i smutkiem. Tak spektakularnej porażki nawet mag nie przewidział.

– To… to niemożliwe! Jak to nic? Skąd oni? – Król był w szoku, to nie mogło się tak skończyć. Pewnie jeszcze śnił, więc uszczypnął się w policzek.

– Wyjść! Megan do mnie! – wykrzyczał na całe gardło. W przypływie gniewu cisnął koroną o posadzkę. Z wściekłością w oczach przypatrywał się ludzkiej istocie.

– Wiedziałaś, że tak się to potoczy?!

– Owszem. Plan miał dziury jak ser szwajcarski – odpowiedziała spokojnie, bo teraz łatwo było jej krytykować doradców króla.

– Jak co?! Zresztą nieważne. Co robimy? – zapytał desperacko. Stracił wszelką nadzieję, mógł zrobić dosłownie wszystko, byle zachować życie. Niebawem lud spragniony krwi przyjdzie po jego głowę.

– Bomba jądrowa. Jedyne rozwiązanie – rzekła Megan spokojnie, już wtedy wiedziała, że ma go pod kontrolą.

– Dobrze. Zróbmy to. Chodź za mną. – Może w innych okolicznościach by się wahał, ale teraz liczyła się każda sekunda. Zeszli schodami do schronu. Następnie, przechodząc przez tajne przejście w ścianie, udali się korytarzem do gabinetu, w którym znajdował się słynny czerwony przycisk. Spojrzał na kobietę, by ostatni raz upewnić się w swojej decyzji.

– Zatem odpalamy. Rakiety dolecą do celu za dwie minuty – powiedział po uruchomieniu procedury. Wtedy zauważył, że Megan się uśmiecha, jakoś tak dziko. – Co się stało?

Niewiasta spojrzała na niego z wyższością. Dokładnie tak jak patrzyła na niego w dniu, kiedy wybierał ją na targu. Coś w tym wszystkim było nie tak.

– Doskonale. Zrobiłeś dokładnie to, co musiałeś. Tak samo jak ja.– zrobiła krótką pauzę patrząc mu prosto w oczy. – Pozwól, że wszystko ci wyjaśnię. Zostaniesz zapamiętany przez długie tysiąclecia. Od ciebie weźmie się powiedzenie, że gdy czarny kot przebiegnie komuś drogę, to przyniesie mu pecha. Po waszej cywilizacji zostaną nieliczne relikty, ale nikt nie będzie pamiętał, skąd się wzięły i jak CZŁOWIEK je wykonał. – Ponownie przerwała, by doszło do niego to, co do niego mówiła. – Nazywacie nas karaluchami i właściwie nimi jesteśmy. My przeżyjemy ten wybuch, a on obudzi w nas coś niesamowitego, coś, co sprawi, że przejmiemy władzę. – Zaśmiała się złowieszczo, obserwując na terminalu zmniejszające się cyfry.

– O czym ty mówisz! To niemożliwe! Zdradziłaś mnie! – Wykrzyczał kot, opadając na kolana. Nie miał już siły walczyć.

– Pozwolę ci zobaczyć, jak wygląda świat dzięki tobie. Ujrzysz to, o czym nie śnili w najgorszych koszmarach twoi rodacy. – Dotknęła jego głowy i wtedy poczuł ból. Impuls elektryczny rozszedł się po jego ciele, obezwładniając go. Kobieta spojrzała na swoje przedramię i przejechała nad nim dłonią. Jego oczom ukazał się dziwaczny przeźroczysty ekran ze znakami, których nigdy wcześniej nie widział. Megan wystukała kod i objęła go, a wtedy wszystko znikło.

 

6

 

Kiedy otworzył oczy, znajdował się w dziwnym miejscu. Wszędzie było pełno ludzi odzianych w skórzane ubrania z kocimi pistoletami w dłoniach. Nie rozumiał, jak to się działo, że cały czas on i Megan pozostawali niewykryci. Jednak zdecydowanie bardziej szokował go widok stłoczonych w klatkach kotów, na których dokonywano rzezi. Rozpoznawał w nich swoich przyjaciół. Na koniec dostrzegł maga, który zdawał się patrzeć na niego i niemo oskarżać o to, co się działo.  

– To… to nie jest prawda, to sen, tak? – zapytał z przerażeniem w głosie.

– W tym miejscu stał twój pałac. – Wskazała palcem na ogromne gruzowisko. – Ostanie się posąg twojego ojca i piramidy, choć zmienimy im nazwy. Jak widzisz, ludzie poradzą sobie z twoim gatunkiem, a to zaledwie kilka miesięcy po katastrofie. Z czasem będzie tylko gorzej.– Zrobiła krótką pauzę. – Dla mojego gatunku, przez wieki twoje bomby atomowe będą uznawane za wielki wybuch. Zinterpretujemy je jako zderzenie meteorytu z Ziemią. – Uśmiechnęła się po tych słowach, dodając: – Zagłada jednej cywilizacji stała się początkiem innej.

Arnold nie wierzył jej słowom. Był przekonany, że jego bracia i siostry poradzą sobie z ludźmi.

– Nie dajcie się stłamsić! Walczcie! – wykrzyczał, ale nikt poza Megan nie słyszał jego głosu.

–Zapraszam cię do mojego świata, królu – wypowiedziawszy te słowa, znowu wystukała na ekranie, tylko sobie znany, kod i wszystko się rozmyło. Gdy otworzył oczy, znajdowali się w niebieskim pomieszczeniu. Wszystko wykonane było z materiałów, których nie znał. Gdzieś w oddali dostrzegł czarnego kota, który niczym zwierzę chodził na czterech łapach. Zamiauczał w języku, którego Arnold nie znał i wskoczył na kolana Megan, łasząc się do niej. Dziewczyna podrapała go za uszami.

– Mam na imię Karen i od dziś jesteś moim zwierzątkiem. – Puściła mu oczko i roześmiała się na całe gardło.

Koniec

Komentarze

Lubię absurd, lubię groteskę, ale nie mogę napisać, że ten tekst był udany…

Fabuła ma takie dziury jak wspomniany szwajcarski ser (wspomniany na kilka tysięcy lat przed powstaniem Szwajcarii) – jak Megan mogła przewidzieć taki obrót spraw? Spisek ludzi obejmował cały świat? Skąd mieli na to środki? Gdzie rozwinęli swoją technologię? Dlaczego została ona zapomniana? Wreszcie skąd Megan wiedziała jakie przesądy będą funkcjonować w społeczeństwie kilkadziesiąt wieków później? Są opowiadania, w których na pewne kwestie można przymknąć oko, ale, moim zdaniem, nie w tym wypadku. 

Imiona bohaterów gryzły mi się z fabułą – skoro opisujesz kocią cywilizację na wzór egipskiej (piramidy) to skąd tam takie imiona jak Megan czy Arnold? 

Co do warsztatu: tekst wymaga dużo pracy. Przede wszystkim nad dialogami. Król nie mówi jak król, pozostali też nie wypowiadają się w sposób pasujący do ich ról i sytuacji – nie mówię tutaj nawet o braku stylizacji językowej, jednak król wypowiadajcy "Nie, a co?" w odpowiedzi na pytanie księcia to przesada. 

Unikałbym też zwrotów typu "jakiś kod" i w ogóle słówka "jakiś" używanego w ten sposób. Dużo rzeczy w tekście wykładasz łopatologicznie, lepiej byłoby to albo pokazać, albo pozwolić czytelnikowi wywnioskować z kontekstu.

 I dlaczego właściwie kot wpatrywał się w jej pośladki? 

Gekikara – po pierwsze dziękuję za komentarz i przeczytanie. 

 

Fabuła w moim odczuciu nie ma dziur, jest oparta na pewnym założeniu związanym z podróżami w czasie. Historia się zapętla, zatem już na starcie pokazana i wyróżniona jest kobieta, że to ona zostanie wybrana. Dalej mamy wzmiankę o tym, że mag zauważa, że Megan nie jest taka jak inni ludzie ;) Sama też się odzywa, co już powinno dać czytelnikowi, w moim odczuciu, że coś z nią jest nie tak. Na końcu wydawało mi się to wyjaśnienie proste i zrozumiałe. Historia zatacza koło, człowiek cofa się w przeszłość, by zniszczyć cywilizacje obecną i dać życie swojej ;) 

 

Imiona owszem, mogą Ci się gryźć, ale to nie jest nasza cywilizacja, tylko kocia. Cin jest na ten przykład chinami, są też informacje o locie w kosmos, czasy u kotów są jak mniej więcej nasze, zatem imiona nie muszą być pradawne, a mogą być światowe, pospolite, modne.

 

Co do dialogów, przyjmuję tę uwagę, ale mimo wszystko jest to rozmowa w rodzinie, nie oficjalna ceremonia, gdzie w każdej wypowiedzi ma być ę,ą. Nie wydaje mi się, by np. taka rozmowa nie mogła zaistnieć, między młodą królową Elżbietą a jej kilkuletnią córką czy synem. Jednak szanuję Twój punkt widzenia.

 

Słowo jakiś pełna zgoda, jutro pewnie do kasacji ;)

 

Dlaczego na pośladki? a Dlaczego nie? Akurat była tyłem ;p

Wywal kropkę z tytułu i chyba zamieściłeś nie tę wersję.

Przynoszę radość

Faktycznie, dziękuję za szybkie wyłapanie ;) Podmieniłem na modyfikowany. 

Wolałabym, żebyś jednak najpierw go jeszcze raz przejrzał i poprawił to, co trzeba.

Co z tego, że zlikwidowałeś jedno powtórzenie, skoro przy okazji generujesz inne i dodajesz niepotrzebną spację przed przecinkiem, którego nie powinno tam być? Co to jest jedna korekta? To jest nic.

Serio przemyśl sprawę tych podróży. Nie spiesz się. 

Przynoszę radość

Co miesiąc na trag zwożono specjalny towar.

Literówka.

Zwykle były to osoby starsze, kalekie, czy ułomne.

Skoro ludzi byli traktowani jako zwierzęta domowe, to te “osoby” mi się tu gryzą. Wg mnie lepiej by tu wyglądały “osobniki”.

W królestwie, ba na świecie (…)

Po “ba” brakuje przecinka.

Od razu wsadził ją do pyska i przeżuł zgodnie z etykietą cztery razy.

Tu nadmienię jedynie informacyjnie, że w rzeczywistości koty nie potrafią przeżuwać ;) Choć na to akurat można przymknąć oko, w końcu chodzić na dwóch łapach i mówić po naszemu też nie potrafią.

Gdy dotarli do domu, młody książę wraz ze swoją nową zabawką udali się na spoczynek do jego komnaty.

Wydaje mi się, że skoro książę “wraz” z zabawką, to chyba powinno być raczej “udał się na spoczynek”.

Powtórzyła słowo dziękuję!

Jedyny moment w tekście, gdzie wyłapałam brak cudzysłowu. Wszystkie inne “dziękuję”, “nie” itd. go posiadały.

Wiedział, że niebawem wydarzy się, coś strasznego.

Przecinek po “się” zupełnie niepotrzebny.

Wyruszały pogodzone z losem, że już nigdy mogą nie wrócić do ojczyzny.

Jeśli już, to “że mogą już nigdy” chyba brzmiałoby lepiej. Choć przyznam, że “pogodzony z losem, że może nie wrócić” dla mnie w ogóle brzmi trochę bezsensownie.

Dla mojej rasy przez wieki twoje bomby atomowe będą uznawane za wielki wybuch. Zinterpretujemy je jako zderzenie meteorytu z Ziemią.

Po pierwsze, człowiek to gatunek, nie rasa ;) Rasa może być np. biała.

Poza tym, w tym miejscu rodzi się pytanie: co za “wielki wybuch”? Bo mnie Wielki Wybuch kojarzy się z początkami wszechświata – i na pewno nie było to zderzenie meteorytu z Ziemią (w tym wypadku powinieneś użyć wielkich liter). Natomiast jeśli masz na myśli uderzenie planetoidy kojarzące się powszechnie z masowym wymieraniem gatunków, to z kolei żaden wybuch.

Konfundują mnie też te “bomby atomowe”. Generalnie bomby są raczej zrzucane z samolotów/statków, ewentualnie podkładane przez terrorystów. A u Ciebie to są rakiety, czyli wg internetu artyleria atomowa. Naprawdę przekopałam się przez masę źródeł, żeby spróbować rozstrzygnąć, czy te dwa pojęcia mogą być synonimiczne i wychodzi mi, że jednak nie do końca. Rakieta to nie bomba. Niemniej są to jedynie moje luźne dywagacje, bo nie znam się na tym temacie.

 

Dobra, kończę nudzić. Najmocniej przepraszam, że się tak czepiam. Ogólnie bardzo ciekawa koncepcja, ale popracowałabym jeszcze nad tym tekstem :)

Spodziewaj się niespodziewanego

Nana – jak każdemu dziękuję na wstępie za poświęcony czas i komentarz ;)

 Błędy poprawione, tu nie ma się nad czym rozwodzić przyjmuję. 

 

Chodziło mi konkretnie o teorię, że w naszą planetę uderzył meteoryt i dokonał zagłady dinozaurów. W ten sposób, pojawiła się możliwość na powstanie człowieka, bo świat stał się zdecydowanie bardziej przyjazny, choć dalej niebezpieczny, ofc dalej potrzeba do tego było lat ;) 

 

Pewnie zgodzę się z Tobą, jak i wcześniej z Anet, że tekst można byłoby podrasować, podnieść jego poziom, może trochę uprościć, by był mniej skomplikowany, ale z racji tego, że się uczę, wrzucam tutaj, chętnie przyjmuje wszelkie sugestie. 

 

Wiktor – Tobie również dziękuję, za przeczytanie ;) 

Koncept bardzo ciekawy, wjeżdża na mózg trochę. ;) Jednak… coś tam w wątkach nie gra. Może to przez fakt, że jest to opowiadanie i wszystkich szczegółów, motywacji nie da się zawrzeć? Nie wiem…

No chociażby dlaczego ta dziewczyna w młodym wieku postanowiła dać się cofnąć w czasie? Kto normalny zgodziłby się na wyprawę, gdzie jakieś mówiące koty mogą pociąć cię na kawałki? I jeszcze kwestia życia jak zwierzę, bez mówienia przez lata… Wszystko dla nikłej szansy, że zostanie wybrana, że wybuchnie wojna, że akurat inne królestwo będzie silniejsze, że nikt nie zdąży zrobić zamachu na księcia… Nie wiem, nie wiem. Bardziej prawdopodobne wydawałoby się wysłanie w przeszłość grupy profesjonalistów ze specjalistycznym sprzętem.

Wizytator – Dziękuję za przeczytanie i komentarz. Masz wiele racji w stwierdzeniu, że właśnie przez to, że to, opowiadanie, to ten tekst wydaje się być troszkę dziurawy. Brakło mi literek, by rozbudować poszczególne wątki. 

 

Co do zarysu, owszem można byłoby wprowadzić grupę uderzeniową, ale to już nie byłoby to samo ^^ Historia się powtarza, zatacza koło. 

Nowa Fantastyka