- Opowiadanie: Rehell - Ostatnia warta Saszy

Ostatnia warta Saszy

Ilustracja w moim wykonaniu (Markery + Gimp)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Ostatnia warta Saszy

 

 

 

 

Sasza pociągnął ostatni łyk gorzały i cisnął pustą butelką w podrapaną ścianę bunkra. Zawiesił mętny wzrok na dziurze, którą wykuł w zmrożonej na kamień, radioaktywnej glebie. Tuż obok pustego grobu, zawinięty w szaroburą szmatę, leżał jego przyjaciel. Był to pospolity kundel, który towarzyszył mu przez ostatnie pięć lat samotności. Nie nadał mu nawet imienia; sądził bowiem, że to utrudni rozstanie. Teraz jednak pożałował tej decyzji, bo pies był dla niego kimś więcej.

Rosjanin pociągnął nosem, poprawił sfatygowaną maskę przeciwgazową, której podrapana szybka zaszła parą, po czym ukląkł i ostrożnie złożył swojego towarzysza na czarnym dnie. Kiedyś radosny i pełen życia, teraz zimny i martwy.

Zupełnie jak świat.

Chociaż nie dopuszczał do siebie tej myśli, w głębi siebie wiedział, że przyjacielski kundel był ostatnią żywą i przyjazną istotą w promieniu tysięcy kilometrów. Sasza był wściekły, chociaż wiedział, że pies niczemu nie zawinił, bo starość w końcu dopada każdego, nawet najlepszych przyjaciół. 

Nie tłumił łez, pozwalając im swobodnie płynąć, aż poczuł, że zbierają się w miejscu, w którym sparciała guma maski stykała się ze skórą.

 Nie było się przed kim kryć. Wszyscy już dawno umarli. 

Kiedy skończył pochówek, ruszył w kierunku bunkra, który sterczał niewzruszenie w ziemi niczym pradawny relikt zapomnianej cywilizacji, ostatni, wynędzniały bastion ludzkości. 

Przed otwarciem włazu obejrzał się jeszcze raz i omiatając wzrokiem poczerniałe niebo westchnął ciężko. Czerwonokrwista kula słońca kończyła swój leniwy rejs za postrzępionym łańcuchem szczytów górskich. Targane wiatrem, bezkresne połacie traw burzyły się, przywodząc na myśl fale oceanu. Sasza pamiętał ocean z telewizji, którą oglądał dawno temu, jeszcze jako dziecko. 

Potem odwrócił wzrok na swój dom. Betonowe monstrum, gmach bazy wojskowej, którego lewe skrzydło zapadło się pod ciężarem starości, pogrzebując setki komputerów oraz przyrządów pomiarowych, z których nikt już nigdy nie skorzysta. Sasza w poprzednim życiu pełnił tam funkcję oficera dyżurnego, ale przeniesiono go na prawe skrzydło. W sumie nie pamiętał nawet dlaczego. 

− Czas powrócić na wartę! − zabełkotał i pchnął wrota włazu. Przetoczył się przez próg, potknął się i wyrżnął o podłogę z głuchym trzaskiem. Pomimo zawrotów głowy zdołał wstać i ześlizgnąć się po schodach na minus trzecie piętro, w którym znajdowało się drugie, awaryjne centrum dowodzenia; jego sypialnia, kuchnia i salon.

 Tam padł na obdarty tapczan, który dwa lata temu przytargał z holu i odpłynął.

 

Obudził go piszczący dźwięk. Otwarł przekrwione oczy i wlepił wzrok w panel kontrolny, który migotał jak bożonarodzeniowa choinka. Kilka uderzeń serca zajęło mu zrozumienie potworności tych świateł. 

Natychmiast zerwał się na nogi i pospiesznie wdrapał po schodach. W biegu przeładował podrdzewiały karabin AK-47 i wciągnął na twarz maskę. Kiedy z trzepocącym sercem dotarł do wyjścia bunkra, stanął jak wryty. Do końca miał liczył, że to fałszywy alarm, teraz jednak wszelka nadzieja go opuściła.

Pokryte rdzą, ciężkie drzwi były rozwarte. Nie całkowicie, ale wystarczająco, aby coś się prześlizgnęło. Mężczyzna poczuł, jak dreszcz przebiega mu po plecach. 

Oprzytomniał i rzucił się przed siebie, napierając całą masą na właz. Rozległo się nieprzyjemne tąpnięcie, po którym nastała głucha martwota.

Sasza osunął się na ziemię, zipiąc ciężko i czując jak serce tłucze mu się o żebra.

W dłoniach kurczowo ściskał kolbę karabinu, jakby cokolwiek to teraz zmieniło. Popełnił karygodny błąd i nie było już odwrotu.

Wiedział, że nie jest już sam. Może to tylko jego pracująca na zwiększonych obrotach, podsycana strachem wyobraźnia, ale mógłby przysiąc, że słyszy chrobotanie. “To” zapewne zdążyło się już zaszyć w ciemnym kącie i będzie czekać i czekać, by uśpić jego czujność. 

Widział już raz to skurwysyństwo. Z daleka, co prawda, ale widział. 

I poprzysiągł sobie, że już nigdy więcej nie będzie tego oglądał. Jak widać, przysięga na niewiele się zdała… Na tę myśl wybuchł histerycznym śmiechem. Jednak kiedy tylko jego echo odbiło się od ścian bunkra i wróciło, zamilkł. 

Już kiedyś słyszał taki śmiech. 

Jego przyjaciel, Oleg, pewnego wieczoru tak właśnie się zaśmiał. Na drugi dzień, o świcie, wyszedł na powierzchnię bez maski i ekwipunku. Wtedy widzieli go po raz ostatni. W tamtym czasie było ich jeszcze ośmiu.

Gawriłow! Sprawujesz wartę do czasu aż wrócę. Nie zawiedź mnie, synu.

Sasza podniósł się, wciąż się trzęsąc. Nie może dać się zastraszyć. Pełnił wartę tak jak nakazał dowódca, a skoro wróg dostał się do bazy, Sasza zrobi wszystko, aby go zniszczyć. 

Wszystko.

 

Dwa dni później siedział w fotelu, resztkami siły woli próbując powstrzymać się od zaśnięcia. Nie zmrużył oka. W tym czasie, z duszą na ramieniu, modląc się do wszystkich świętych, jakich znał, przeczesał cały kompleks: od zbrojowni na najniższym poziomie bunkra aż po wieże wartownicze, które strzegły samotnie wszystkich stron spustoszonego świata.

 Nie znalazł go jednak. Wiedział, że To potrafi się doskonale maskować i tylko czeka, aż ofiara zmruży oczy. Wypełznie wtedy z jakiejś dziury, kąta czy szczeliny i zaatakuje. Na tę myśl dreszcz przebiegł po plecach mężczyzny, a pętla strachu jeszcze mocniej zacisnęła się na żołądku. Oddałby wiele, by kundel był teraz przy nim. Razem było jakoś raźniej. Na wspomnienie o zwierzęciu, łzy mimowolnie napłynęły mu do opuchniętych oczu. 

Potem Rosjanin wpadł na pomysł. Zgromadzi zapasy i zaspawa drzwi do jednego z pomieszczeń. To nie wejdzie, a on wyśpi się porządnie i potem palnikiem rozkuje drzwi, aby uzupełnić zapasy. Chwilę później zaczęły go jednak nachodzić wątpliwości. W końcu… po co to wszystko? Ile jeszcze tak pociągnie? Nie lepiej przyłożyć lufę do głowy i nacisnąć spust? 

Jak to zrobisz prawidłowo, to nawet nie usłyszysz huku i już będziesz na tamtym świecie. Kurwa, no dawaj, Sasza, ile mamy na ciebie czekać?

To był Aleksiej.

Sasza znalazł go w magazynie z bronią dzień po tym, jak przyszła wieść o zniszczeniu Moskwy. Miał tam dwie córki i żonę. 

Spocznij, żołnierzu!

Dowódca Wadim Sharow. 

Sasza poczuł, że nie zniesie tego dłużej. Przyłożył ręce do uszu i zacisnął zęby. Wiedział bowiem, że następna będzie ona, był pewien, że usłyszy jej głos i wtedy się podda.

Jednak nie usłyszał. Duchy zamilkły i zostawiły go w spokoju. Przynajmniej na tę chwilę. 

 

Następnego dnia, blady i skurczony jak trup, powlókł się do magazynu z żywnością. Coś mignęło mu kątem oka, kiedy mozolnie bebeszył kolejny karton konserw.

Stanął jak wryty z puszką fasoli w jednej ręce, w drugiej z nożem, który stał się nagle bardzo ciężki. Poczuł jak serce w klatce chce wyskoczyć, a zimny pot spływa mu po plecach. Odwrócił ostrożnie głowę, mrużąc oczy, jakby chciał przejrzeć ciemność.

Coś siedziało w kącie, jakby kryjąc się przed zgniłożółtym blaskiem żarówek. Nie miał wątpliwości, że czeka.

Prawą dłoń starał się sięgnąć kolby karabinu. Na próżno. Zmartwiałe i ociężałe z braku snu ciało nie chciało go słuchać. Poczuł jak kolejne strugi potu spływają mu po plecach. Jego odrętwiały umysł gorączkowo bił się z myślami. Głowa chciała eksplodować. Wreszcie sięgnął karabinu na tyle, aby wycelować. Nacisnął spust. 

Nic.

Skurwiel nie wypalił. Dlaczego? Nieważne. To koniec.

Z mroku wypłynął chrobocący odgłos, drażniący dźwięk drapania.

Sasza poczuł jak jądra kurczą mu się do rozmiarów orzeszków. Osunął się na zimną podłogę i zacisnął powieki, trzęsącymi się dłońmi szarpiąc za magazynek. 

Chrobot przybierał na sile. Coś wypełzało, powoli i ostrożnie, nie śpiesząc się wcale. Po co miałoby? W końcu ten nie miał gdzie uciec.

Zebrał w sobie wszystkie resztki siły woli i spojrzał. 

Szczur.

Zwykły szczur. Sasza przez chwilę gapił się na gryzonia, mrugając oczami. Po czym parsknął śmiechem, opluwając się śliną. Cisnął w futrzaste zwierzątko puszką chybiając. Szczur rzucił mu obrażone spojrzenie i zniknął między pudełkami.

Sasza podniósł się ciężko, starając się opanować się drżenie dłoni. Chwycił konserwy i suchary, po czym ruszył przed siebie, podpierając się bezużyteczną bronią niby laską. Gdyby się wtedy odwrócił, dostrzegłby swoją śmierć. Bulwiasty i zgarbiony kształt, który bezszelestnie popłynął w jego ślad, roztaczając odór ropiejących ran i głodu.

Ale Sasza się nie odwrócił. 

 

 

Koniec

Komentarze

Nawet , nawet postapo. Fabuła ok, czyta się nieźle, i najważniejsze – jest klimat. Moja rada: jeszcze raz Autorze, przeczytaj i wygładź dropy. Druga uwaga: nie ma czegoś takiego jak etatowy oficer dyżurny. W jednostkach pełnią ich rolę owszem, grupy konkretne, ale… Rada trzecia: jak świat światem, nic się nigdzie dotychczas pod ciężarem radioaktywnego pyłu nie zawaliło. Pod wulkanicznym i owszem… ;). I ostatnia rada: wręcz fatalnie , niezwykle pretensjonalnie, wygląda w Polsce angielski zapis słowiańskich słów. Po prostu: Wadim Szarow. A poza tym – całkiem nieźle. Czyta się!

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Podpisuję się pod powyższymi uwagami, ale też pod pochwałami. Jest nastrój, klimat, zakończenie niby z repertuaru gatunku, ale literacko fajnie ograne. Popraw babole, a z chęcią kliknę bibliotekę. 

 

PS. Zmieniłabym opis z “opowiadanie” na “szort”, jest poniżej 10 000 znaków, a dużo ludzi chętnie po szorty sięga. 

Niezłe. Całkiem niezłe. Nie wyjaśniasz za wiele, ale wystarczająco jak na taki tekst. A ten, jak zauważyli też inni, stoi głównie nastrojem i klimatem niepewności. Czyli tym, na czym postapo stać powinno. Według mnie. Końcówka zręcznie namalowana, choć osobiście finał widziałem inaczej. Myślałem, że ten szczur będzie takim ostatnim symbolem obłąkania i bohater strzeli sobie w łeb. Albo coś w tym stylu. Ale to takie moje dziwności… Dobry tekst!

Podoba mi się tekst nie ma co. Nie zmienia to faktu że ma kilka uwag:

 

poprawił sfatygowaną maskę gazową

Chyba jednak przeciw gazową.

 

Trzy dni później siedział w fotelu, resztkami siły woli próbując powstrzymać się od zaśnięcia. Nie zmrużył oka.

Słyszałem że żołnierze na froncie umierają z przemęczenia po 72h bez snu. Nie wiem jak miewa się to tutaj więc nie wytykam jako błąd a tylko polecam sprawdzić ile człowiek wytrzyma bez snu.

 

Coś mignęło mu kątem oka

Albo mignęło na granicy widzenia albo zauważył coś kontem. Nigdy wcześniej nie spotkałem sie z konstrukcją jak powyżej.

 

Skurwiel się zaciął. Kiedy ostatnio go czyścił? Nieważne. To koniec.

Niby wiem że postapo itd ale AK-47 jest popularny między innymi (a może głownie) dlatego że jest to karabin nie do zajechania. Utaplany w błocie, utytłany w piasku, przeciągnięty w żwirze i wrzucony do wody nadal działa bez zarzutu. (Wcale nie przesadzam z tym opisem). Więc proponuje zmianę że nie zaciał się przez nieczyszczenie tylko na przykład jakieś mechanizmy wewnętrzne pordzewiały. (Ta ostatnia uwaga wiem że może być na wyrost ale musiałem ją napisać)

 

To wszystko nie zmienia faktu że tekst mi się podoba ;)

Pisz to co chciałbyś czytać, czytaj to o czym chcesz pisać

Ak 47 nie zacina się głównie flatego, że komorę zamka zaprojektował mu Kałasznikow z luzami. Zaciąć mógłby się zardzewiały język spustowy, ew przyrdzewiały bezpiecznik. Ale w tym celu kałach musiałby chyba rok leżeć w wodzie ????

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Podobało mi się.

Dobrze budujesz nastrój i prowadzisz fabułę. Czyta się to z ciekawością.

Zakończenie także na plus, z rozluźnieniem napięcia i przykrą niespodzianką. Super!

 

A, zapomniałabym, ilustracja świetna. laugh

 

A teraz drobiazgi (żeby nie było za kolorowo).

Zwróć uwagę na powtórzenia i literówki. Przykłady:

Kiedy skończył pochówek, ruszył w kierunku bunkra, który sterczał niewzruszenie w ziemi niczym pradawny relikt zapomnianej cywilizacji, ostatni, wynędzniały bastion ludzkości.  

Przed otwarciem włazu obejrzał się jeszcze po raz ostatni i omiatając poczerniałe niebo westchnął ciężko.

Do końca miał nadzieję, że to fałszywy alarm, teraz jednak wszelka nadzieja go opuściła.

Oprzytomniał i rzucił się przed siebie, napierając całą masą na właz. Rozległo się głuche, nieprzyjemne tąpnięcie, po którym nastała głucha martwota.

Sasza osunął się na ziemię zipiąc ciężą ciężko i czując jak serce tłucze mu się o żebra.

W dłoniach kurczowo ściskał kolbę karabinu, jakby cokolwiek to teraz zmieniło. Popełnił karygodny błąd i teraz nie było już odwrotu.

Na drugi dzień,

o świcie, wyszedł ze na powierzchnieę, bez maski i ekwipunku.

Tu jeszcze formatowanie Ci się rozjechało.

 

Pełnił wartę; taki dostał rozkaz od dowódcy, a skoro wróg dostał się do bazy, Sasza zrobi wszystko, aby go zniszczyć.

“To” nie wejdzie, a on wyśpi się pożądanie porządnie

Następnego dnia, blady i skurczony jak trup, powłóczył powlókł się do magazynu z żywnością.

Tutaj bym dała czas dokonany.

 

Nie zasugerowałam synonimów czy przekształcenia zdań przy powtórzeniach, bo z tego, co już zaprezentowałeś, widać, że sobie spokojnie poradzisz. Wydaje mi się, że wymienione drobiazgi wynikają bardziej z potrzeby świeżego spojrzenia na tekst niż z braku umiejętności.

 

Chętnie przeczytam Twoje następne opowiadanie. laugh

Dziękuję Wam za czas poświęcony na przeczytanie i wychwycenie błędów :) Doceniam możliwość doskonalenia swoich umiejętności. Poprawiłem co trzeba. 

 Kolejny szort już w przyszłą sobotę. Stay Tuned ;)

 

Rehell

Całkiem sprawnie wybrnąłeś z powtórzeń. A że już teraz mogę, to dam Ci klika do biblioteki. :D

Szarow!

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Niezłe, udało Ci się stworzyć niepokojący klimat. Zakończenie też dobre. Na dodatek przyzwoicie napisane :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Nadużywasz przymiotników. Imiesłowy przysłówkowe oddziela się przecinkami. Zdarzają się jakieś niezgrabne konstrukcje, literówki. Zabieg z “to” w cudzysłowie – trochę razi, szczególnie powtarzany – sprawia wrażenie warsztatowej nieporadności.

Wykorzystujesz znane motywy, ale kompozycyjnie tekst jest dobrze pomyślany, wejście w historię pogrzebem psa uruchamia emocje i przybliża charakter i sytuację bohatera. Potem stopniowo pokazujesz szerszy kontekst, ale bohater cały czas jest osią historii – dowiadujemy się o kolejnych towarzyszach, którzy odeszli. Dodajesz do tego pogrążanie się w szaleństwie, na początku nie wiadomo, czy bohater wyobraża sobie czyhającego w ciemnościach potwora, czy on naprawdę istnieje. Końcówka ładnie zamyka całość.

Klik.

Dream big.

Dobry klimat, są budujące nastrój detale, czająca się groza. Podobało mi się. Kliknęłabym bibliotekę, ale już za późno.

Do końca miał liczył, że to fałszywy alarm, teraz jednak wszelka nadzieja go opuściła.

Coś się posypało.

Dobre zakończenie.

Fajne, podobało mi się :)

Przynoszę radość

Nowa Fantastyka