- Opowiadanie: Patryk Mikulski - Mroźne szaleństwo

Mroźne szaleństwo

Chciałbym bardzo podziękować betującym, którzy pomogli mi dopracować ten tekst. 

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

Finkla, Użytkownicy II

Oceny

Mroźne szaleństwo

Pułkownik wpatrywał się w przenikliwe, zielone oczy kobiety, która właśnie ograbiła go ze sporej części zapasów.

– Czy moglibyśmy jeszcze jakoś pomóc? – zapytał, prezentując jeden ze swoich promiennych uśmiechów.

– Nie ma takiej potrzeby, wyprawa jest bardzo dobrze zorganizowana – odpowiedziała stanowczo. 

– Czy to aby na pewno dobry pomysł? – dodał z nutą sceptycyzmu w głosie.

Kobieta znacząco uniosła brwi. 

– Mówisz o tych waszych legendach? Ktoś w ogóle kiedykolwiek widział te stwory – zapytała z powątpiewaniem. 

Mężczyzna wlepił wzrok w leżący na ziemi kamień. 

– Nikt nie zachodzi w tamte okolice. Ludzie się boją, pani. 

– Co za brednie. Przecież Starewyje stoją tam od lat.

Uciekł wzrokiem od jej czujnego spojrzenia.

– Ci ludzie… – zaczął z wahaniem. 

– No racja, pamiętam. Kłaniają się drzewom i ptaszkom, dzięki czemu ichnie bóstwa pozwalają im tam żyć. Myślałam, że chociaż pan tu jest normalny, pułkowniku – rzuciła z pogardą.

Mężczyzna milczał, w dalszym ciągu wpatrując się w ziemię. 

– Czy wieśniacy szanują prawo królestwa? – zapytała, zarzucając skórzaną torbę na ramię.

– Powinni – odpowiedział niepewnie. 

Kobieta poprawiła eleganckie futro, zasłaniając się przed mroźnymi podmuchami wiatru.

– I te ich pogańskie zwyczaje. – Pokręciła głową w dezaprobacie. – Dziwię się, że pan na to pozwala.

Zostawiła dowódcę i ruszyła w stronę pakujących się mężczyzn. Kilkudziesięciu uzbrojonych po zęby wojskowych poganiało właśnie zaciągniętych do wyprawy mieszkańców miasta. 

Do pułkownika podszedł krępy, siwy mężczyzna, cuchnący alkoholem. 

– Przychodzi taka prosto ze stolicy i myśli, że wszystko jej wolno. 

– Zamknij się idioto. Usłyszy nas – warknął dowódca.

– A nie mam racji? – zapytał już ciszej mężczyzna.

– Szkarłatna skorpionica. Tak je kiedyś nazywano – powiedział pułkownik, patrząc na wymarsz karawany.

– Chyba skorpiątko – zaśmiał się siwy żołnierz. – Ileż ona może mieć wiosen? Dwadzieścia?

Dowódca spojrzał na przyjaciela karcącym wzrokiem.

– Możliwe, ale jeśli choć trochę przypomina te, które pamiętam z młodości, to lepiej siedź cicho i się uśmiechaj. 

– Czego tu w ogóle szuka?

– Wiem tylko tyle, że planuje kopać w lodowcu. A co chce tam znaleźć? Pojęcia nie mam.

– Swoją drogą, spójrz na jej ludzi. Żebyśmy mieli chociaż jednego takiego. 

– Doborowe oddziały króla. Nie chciałbyś mieć z nimi do czynienia. To ja już wolę dowodzić tą hałastrą i pilnować naszego uroczego zadupia. 

– Myślę – stwierdził siwy żołnierz – że ta paniusia sprowadzi jeszcze na nas nieszczęście. 

Karawana opuściwszy miasto, zagłębiła się w gęstwinie kniei. 

– Będą z tego kłopoty – podsumował krępy mężczyzna, po czym splunął siarczyście na ziemię. 

 

 

Dowódca twierdzy siedział przy biurku, przeglądając dokumenty. Przekładał kolejne kartki z jednego stosu na drugi, pobieżnie przelatując je wzrokiem. Marszczył brwi i nerwowo postukiwał palcami o drewniany blat. 

Wick stał na baczność, zachodząc w głowę, czemu został wezwany. Jego oddział nie miał może świetnych wyników, jednak w ostatnich tygodniach nie zanotowali też żadnej spektakularnej wtopy. Co prawda kilku chłopaków schlało się ostatniej nocy w gospodzie pod miastem, ganiając następnie stadko dzikich kóz, ale ostatecznie nikomu nic się nie stało.

– Twoi chłopcy mieli wczoraj używanie – powiedział dowódca, nie odrywając wzroku od przeglądanych papierów. 

– Tak jest, pułkowniku – odpowiedział Wick, przeklinając w duszy swój oddział. 

Weteran podniósł wzrok i posłał podwładnemu oschłe spojrzenie. 

– Spocznij żołnierzu – zakomenderował. 

Porucznik rozluźnił się lekko, ale w dalszym ciągu stał wyprostowany, wlepiając wzrok w kamienną ścianę, znajdującą się za biurkiem pułkownika.

– Jak na mój gust, to wam się po prostu nudzi – stwierdził dowódca, przeglądając kolejny dokument. 

– Tak jest! – odkrzyknął mocno już zdenerwowany porucznik.

Pułkownik skupił uwagę na młodym oficerze. 

– Kilka tygodni temu, w kierunku Starychwyj ruszyła karawana. Chciałbym, żebyś sprawdził, czy wszystko z nią w porządku. Nie ufam tej kobiecie, a nie chcę, żeby zaraz zaroiło mi się tutaj od innych, ważnych osobistości. Powiem wprost. Żaden z moich oficerów nie ma najmniejszej ochoty ruszyć tyłka w tę pizgawicę, więc zostałeś mi tylko ty.

– Ja też jestem pana oficerem, pułkowniku! – wypalił bezmyślnie Wick.

Dowódca parsknął śmiechem.

– A myślałem, że gospodarzem na hodowli. 

Porucznik skrzywił się na wspomnienie wczorajszego wieczora.

– Twoi ludzie latają za kozami, panie oficerze – kontynuował dowódca. – Żeby za babami chociaż. Toż to kpina.

Mimo chłodu, Wick poczuł kroplę potu, spływającą mu po plecach. 

– Zbierzesz swoją wesołą gromadkę i może kilka dni marszu naleje wam trochę rozumu do pustych łbów. Pójdziecie do tej cholernej wioski i sprawdzicie, co knuje ta kobieta. Zrozumiano?

– Tak jest, pułkowniku. Kiedy wyruszamy?

– Najlepiej od razu.

Porucznik zasalutował, odwrócił się na pięcie i opuścił zimny gabinet dowódcy. 

 

 

Wymarsz zajął im sporo czasu, ponieważ większa część oddziału nie była w stanie sformułować prostego zdania, a co dopiero przywdziać zbroję i udźwignąć miecz. Podczas wspinaczki chłopcy jednak szybko otrzeźwieli i mimo pojękiwań, już od kilku dni maszerowali ośnieżonymi lasami, podążając coraz głębiej na południe.

– Poruczniku? – zapytał gruby żołdak niepewnym głosem.

– O co chodzi? Niedługo zrobimy przerwę, jeszcze trochę.

– Właściwie… to ja nie o tym – powiedział mężczyzna i drżącą ręką wskazał przed siebie.

Porucznik podążył wzrokiem za gestem podwładnego. Chciał coś powiedzieć, ale zamarł, wstrząśnięty. Na środku szlaku leżały zmasakrowane zwłoki młodej kobiety. Podeszli bliżej. Z brzucha dziewczyny wystawał trzonek kuchennego noża, a na całym ciele widać było liczne rany po uderzeniach.

– Bez kozery nikt nie zapuszcza się w te strony, szefie. Lepiej stąd spieprzajmy – stwierdził jeden z żołnierzy, rozglądając się niespokojnie. 

– Dość! – zakomenderował porucznik stanowczym tonem. – Dostaliśmy zadanie, a ja nie zamierzam dać plamy, bo moi żołnierze przestraszyli się jednej martwej kobiety.

Mężczyźni wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Porucznik był młody i dowodził nimi dopiero od trzech miesięcy, przez co nie do końca byli skorzy traktować go poważnie.

– Maszerujemy już od kilku dni. W wiosce czeka nas jedzenie i dach nad głową. Przypominam, że mamy robotę do wykonania, a każde odstępstwo to zdrada wobec króla.

– Może sam by trochę pozapitalał w tej śnieżycy – zaklął jeden z żołnierzy, rozcierając ręce.

– Spokój! – warknął porucznik. – Jeszcze jedno słowo, a wylądujesz w dybach.

Mężczyźni stali nad ciałem młodej kobiety, którą ktoś kilkanaście razy dźgnął w brzuch. Ich dłonie zacisnęły się na rękojeściach mieczy, a niespokojny wzrok wodził po okolicy. 

– No, jeszcze trochę marszu i zrobimy przerwę, potem pójdziemy do tej wsi, ogrzejemy się, zjemy coś, spędzimy noc w przytulnych łóżkach i wrócimy zameldować, że tu wszystko w porządku. Zgoda?

Żołnierze wydawali się nieprzekonani.

– Pewnie mają tam dobre piwo. W końcu warzą na wodzie z lodowca – powiedział Wick, mając nadzieję, że ta informacja ich przekona.

 Popatrzyli po sobie żywo potakując.

– No dobrze, niedługo zrobimy przerwę, a za kilka godzin dotrzemy do celu. – Porucznik spojrzał na zwłoki zamordowanej kobiety. – I wykopcie jakiś dół.

– Ziemia jest zmarznięta, będzie ciężko, poruczniku. Może po prostu ją podpalimy?

– Tym bardziej nie dacie rady – stwierdził, wyciągając z plecaka kawałek suszonej wołowiny. Odciągnijcie ją ze szlaku i przykryjcie gałęziami.

 

 

Po kilku godzinach wytężonego marszu dotarli na przełęcz, z której było już niedaleko do wioski. 

– Matko, jakie to wielkie! – krzyknął jeden z żołnierzy, podziwiając piętrzący się ponad osadą lodowiec. Przypominał olbrzymi, szarobłękitny rozpostarty dywan, który ciągnął się od wysokich szczytów pobliskich gór. 

– No widzisz, potraktujcie to jak wycieczkę krajoznawczą – stwierdził Wick.

– Krajo… co? – zapytał chudy mężczyzna z pokaźną szramą na twarzy.

Porucznik jedynie machnął ręką, ruszając do przodu.

Schodzili wąską ścieżką, która prowadziła ich przez gęsty las. Częściowo wydeptały ją zwierzęta, jednak mimo to brnęli, zapadając się w śniegu. 

– Poruczniku? – zapytał gruby żołdak załamującym się głosem. Wick odwrócił się ku niemu z paskudnym przeczuciem.

Nie mylił się. Zagryzł wargi i opanował emocje. Nie mógł pokazać słabości, zwłaszcza, że morale jego ludzi było mizerne.

– Widzę – odparł, patrząc na zwłoki czterech mężczyzn i dwóch kobiet. Jeden z żołnierzy odwrócił wzrok, zgiął się wpół i zwymiotował. Martwi mężczyźni musieli ze sobą walczyć, ponieważ leżeli na ziemi, spleceni w nienaturalnych uściskach z połamanymi rękoma i podrapanymi twarzami.

– Idziemy do wioski! – powiedział Wick z całą stanowczością na jaką było go stać.

 

 

Starewyje przypominało pole bitwy. Niewielka warstwa śniegu przykrywała zmasakrowane ciała mieszkańców. Część chat doszczętnie spłonęła, a w innych obito deskami wszystkie możliwe wejścia, włącznie z niewielkimi otworami okiennymi.

– Zupełnie jakby powybijali się nawzajem – stwierdził gruby żołdak, przestępując z nogi na nogę. 

– Sprawdźcie, czy jest tu jakaś żywa dusza – zarządził Wick. 

– A może po prostu stąd spieprzajmy? – zapytał żołnierz ze szramą na twarzy.

– Zanim stwory nas zabiją – wyszeptał inny. 

– Stwory nie istnieją – powiedział porucznik z wahaniem, które nie umknęło jego podwładnym. – Jeśli ktoś przeżył może nam powie co tu zaszło. Do roboty!

Żołnierze niechętnie rozpoczęli rekonesans. Wick postanowił sprawdzić jedną z pobliskich chat. Siekierką, którą zazwyczaj ciął drewno na opał, wyrąbał dziurę w obitych drzwiach i przecisnął się do środka. Zanim przyzwyczaił wzrok do panującej w izbie ciemności, poczuł, jak coś wbija mu zęby w szyję. Krzyknął, odpychając od siebie napastnika. Dostrzegł starszą kobietę o siwych potarganych włosach i nieobecnym spojrzeniu.

– Zabiję! – krzyczała machając rękoma na wszystkie strony. – Zabiję!

Wick kopnął ją w brzuch, zyskując trochę czasu.

Wrzeszczała, tocząc pianę z ust. Wyciągnęła ręce w kierunku jego twarzy. Wysunął miecz z pochwy, robiąc w tym samym czasie krok do przodu, a następnie wyprowadził szybkie, pewne cięcie, wbijając ostrze w jej prawy bok. Kobieta osunęła się na ziemię.

– Matko. Jęknął, rozmasowując ugryzione miejsce. Czuł, że zaczynają mu drżeć ręce.

„Nie wiem co to za magia, ale do cholery mają rację, trzeba stąd spieprzać” – pomyślał wzburzony.

Chciał wyjść na zewnątrz, ale kątem oka zauważył masywną klapę. Miała na sobie ślady zadrapań, tak jakby ktoś nie miał wystarczającej siły, by ją otworzyć i jedynie w złości drapał wierzch pazurami. Wiedziony dziwnym przeczuciem podniósł ją i niepewnie zajrzał do środka. Na dole znajdował się ciemny korytarz, na którego końcu dostrzegł małe pomieszczenie. Delikatne światło świecy padało na mebel, który przypominał łóżko. Postanowił zaryzykować i powoli zszedł na dół, po drewnianej drabinie. Wyciągnął miecz i ruszył w kierunku pomieszczenia. Na prowizorycznym posłaniu leżał stary, siwy mężczyzna, wlepiając w oficera pełen napięcia wzrok. 

– Porucznik Wick, południowy kontyngent. Rozumie mnie pan?

Starzec odetchnął z ulgą. 

– Możesz być spokojny, młodzieńcze. W przeciwieństwie do reszty zachowałem trzeźwość umysłu – odpowiedział. 

– Co tu się stało? – zapytał porucznik. 

– To ta wyniosła kobieta i jej ludzie…

– Karawana! – ożywił się Wick – Wiesz gdzie jest?! 

– Zaciągnęli naszych do pracy – kontynuował mężczyzna – tylu zginęło…

– Ale ty nadal żyjesz – uciął porucznik. 

Starzec roześmiał się gorzko. 

– Żyję? Jak długo sobie tutaj… pożyję?

– Zabierzemy cię do miasta, będzie niełatwo, ale moi ludzie poradzą sobie z noszami.

– Twoi ludzie, mówisz – zamyślił się starzec. – Na twoim miejscu sprawdziłbym, co u nich słychać, przyjacielu.

Mężczyzna ponownie się roześmiał, wywołując w Wicku uczucie niepokoju.

– Gdzie poszła ta kobieta! – Porucznik ponowił pytanie.

– W stronę lodowca. Zabrali wszystkie kilofy i poszli bezcześcić… – Starszy człowiek zaniósł się kaszlem. 

Wick schował miecz do pochwy i ruszył w stronę wyjścia.

– Wrócę po ciebie, nigdzie nie idź! – krzyknął, pokonując kolejne stopnie drabiny.

Na zewnątrz dostrzegł swoich ludzi, którzy darli się na siebie mocno przy tym gestykulując.

– Co tu się dzieje?! – zapytał władczym tonem.

– O proszę, nasz kochany dowódca, przez którego wylądowaliśmy na tym cholernym zadupiu, pełnym trupów!! – wycedził żołnierz ze szramą na twarzy.

– Aresztować go! – wrzasnął Wick i dwóch rosłych podkomendnych wykręciło tamtemu ręce.

– Jesteście na służbie, do cholery! Idziemy pod lodowiec, tam poszła karawana.

– Ja nie idę – wybełkotał gruby żołdak.

– Nie interesuje mnie twoje zdanie, żołnierzu! – warknął rozwścieczony Wick.

Członkowie oddziału stali nieruchomo, spoglądając po sobie z niepewnością.

– Nie słyszał porucznik o legendach?

Dowódca wybuchnął histerycznym śmiechem.

– A nawet jeśli?! Wyrżniemy wszystkie i po sprawie. – Spojrzał na grubego z pogardą. – Jeśli tchórzysz, to zostań i przypilnuj tego idiotę. – Wskazał na skrępowanego mężczyznę ze szramą, który rzucał się wściekle na ziemi. A, i zanim ruszymy, trzeba wyciągnąć kogoś z tamtej chaty.

 

 

 Wick czuł narastającą złość. Jego żołnierze także wydawali się poddenerwowani. Szli, łypiąc na siebie spode łba i posyłając sobie nawzajem wściekłe spojrzenia. Ostatecznie dotarli do wydrążonego w lodzie tunelu. Przed wejściem piętrzyły się ciała martwych członków ekspedycji.

– Wchodzimy – zakomenderował, ale żaden z żołnierzy się nie poruszył. – Czekacie na specjalne zaproszenie!? – warknął kopiąc jednego ze swoich podwładnych.

– Spieprzaj! – krzyknął tamten i runął na Wicka.

– Porucznik wbił pięść w jego wątrobę. Przewrócił mężczyznę, a następnie wymierzył mu kilka silnych kopnięć w brzuch.

– Stójcie tu sobie jak kłody! Sam pójdę! – krzyknął, pozostawiając zszokowanych mężczyzn za sobą.

Wbiegł do ciemnego tunelu, wydrążonego w lodowcu.

– Gdzie są te pieprzone stwory! – warczał przez zaciśnięte zęby, coraz mocniej zaciskając rękę na rękojeści miecza.

– Kurwa! – przeklął potykając się o jedno z leżących w tunelu ciał. Wyciągnął miecz z pochwy i zaczął nim wymachiwać. 

– Chodźcie! Tu jestem! – krzyczał z całych sił. 

Ruszył przed siebie. Korytarz skręcił i Wick dostrzegł nikłe światło pochodni. Zaczął biec. Na końcu tunelu, owinięta zakrwawionym futrem, siedziała młoda kobieta. Rękoma przyciągnęła kolana, bujając się w przód i w tył. 

– Gdzie są potwory?! – wrzasnął – Kto was zaatakował?!

Spojrzała na niego mętnym wzrokiem. Oddychała miarowo. 

– Ja, nie mogę… – wybełkotała. – Moja głowa…

– Gdzie oni są!? – darł się, wymachując mieczem.

– To my – powiedziała drżącym głosem. – Drążyliśmy tunel. Ludzie zaczęli rzucać się na siebie… 

Coś trysnęło mu prosto w oczy. Otarł ręką twarz, a jego wzrok spoczął na mieczu, który trzymał w dłoniach. Klinga ociekała krwią. Spojrzał na martwe ciało kobiety, z którą przed chwilą rozmawiał, po czym przerażony upuścił miecz i rzucił się do ucieczki.

 Wybiegł na zewnątrz. Jego żołnierze okładali się pięściami. W głowie miał gonitwę myśli, czuł strach, wściekłość i poczucie obowiązku. Ruszył, by ich powstrzymać, ale zanim zrobił choć jeden krok, poczuł przeszywający ból. Upadł łamiąc nos o twarde, lodowe podłoże. Nie czuł nóg i ciemniało mu w oczach. Ktoś ułożył go na plecach, a ostatnią rzeczą, którą zobaczył w swoim życiu, był szyderczy uśmiech widniejący na twarzy grubego żołdaka.

 

 

Dziewczynka turlała przed sobą sporą kulę śnieżną, która miała stanowić podstawę pod jej kolejnego bałwana. Jej chatę zbudowano na obrzeżach miasta, przez co praktycznie graniczyła z mrocznym i przerażającym lasem, w którym żyły złe stwory. W lato, jej tata ustawiał na polu pokaźnego stracha na wróble, który przeganiał wszystkie paskudne ptaszyska. Pomyślała więc, że bałwan mógłby z kolei odstraszyć wszelkie zło, czyhające w lesie. Musiał być tylko naprawdę duży. Reszta rodziny ogrzewała się przy cieple paleniska, ale ona była dzielną dziewczynką i gdzieś w głębi duszy wiedziała, że musi o nich zadbać.

Miasto w którym mieszkała, było dość niewielkie. Położone na rubieżach królestwa, stanowiło raczej jego zaścianek. Nie działo się tutaj zbyt wiele. Wymarsz karawany, kilka tygodni temu, do tej pory stanowił najczęstszy temat do rozmów. Chociaż dla dziewczynki, było to raczej przerażające wydarzenie. 

Pierwsza kula była już praktycznie gotowa i dziewczynka postanowiła chwilę odsapnąć. Spojrzała w stronę lasu, na olbrzymie drzewa, których igły przykrywał śnieg. Zadrżała na wspomnienie wszystkich historii o kniei, które opowiadał jej wujek Rob. Dostrzegła ruch. Szlakiem podążał poturbowany mężczyzna, w obszarpanym i brudnym mundurze. Ledwo przebierał nogami, a z jego ręki ciekła cienka strużka krwi. 

– Mamo!! – pisnęła przerażona. – Tu jest jakiś pan!! 

– Kochanie, dość tych żartów. – Dobiegł ją dźwięk z wnętrza lichej chaty. – Wracaj do środka, bo się przeziębisz. 

Dziewczynka posłała mężczyźnie ostatnie lękliwe spojrzenie i czmychnęła do izby, skryć się w ramionach rodziców. 

 

Pułkownik siedział przy biurku, przeglądając dokumenty. Raportom nie było końca, a w nim z każdą chwilą narastała frustracja. Przypomniał sobie czasy najazdu barbarzyńców ze wschodu. Był jeszcze przed awansem i nie musiał ślęczeć nad papierkową robotą. Do tego był młodszy i miał w sobie krzepę. Dziś, po całym dniu ślęczenia w cholernym, ciasnym gabinecie, pod koniec dnia, ledwo wstawał z krzesła.

– Wyglądasz jakbyś spadł z konia, prosto w świńskie łajno – powiedział siwy, krępy mężczyzna, w skórzanej zbroi.

– Wyrażaj się, Ir. Czego tu? Wszystkie beczki wina się skończyły, że raczyłeś mnie odwiedzić?

– Czy muszę mieć powód, żeby wpaść do starego druha? 

Pułkownik spojrzał na przyjaciela przenikliwym wzrokiem.

– Właściwie – zaczął Irvin – to mamy mały problem.

Dowódca zmarszczył brwi. 

– Pamiętasz jak mówiłem, że ta kobieta sprowadzi na nas nieszczęście?

– Wysłałem szczeniaka na mały rekonesans. Powinien już wrócić – odparł z zaniepokojeniem dowódca. 

– Kilka godzin temu dotarł do nas członek jego oddziału. 

Pułkownik zerwał się z krzesła, posyłając przyjacielowi wściekle spojrzenie. 

– I przychodzisz dopiero teraz?! 

– Chłopcy wzięli go za dezertera. Miał ślady po pętach. Kiedy go ocucili, rzucił się na jednego z medyków. Dali mu w łeb, no i… 

– No i teraz nie żyje – podsumował pułkownik ze złością. – Tylko tego mi brakowało. – Walnął pięścią w drewniany blat. 

– Wiesz, to nie wszystko…

Dowódca patrzył na przyjaciela z wyczekiwaniem. 

– No wyduś to z siebie! – powiedział zirytowany. 

– Medycy stali się agresywni. 

– O czym ty bredzisz? 

– Właściwie, to nie tylko oni. Każdy kto miał z nim kontakt. A potem, to już… – Irvin rozmasował skronie. – Po prostu chodź ze mną. Coś ci pokażę.

Wyszli z gabinetu i ruszyli wąskimi korytarzami. Na ścianach swego czasu wisiały obrazy. Teraz w twierdzy można było podziwiać co najwyżej wychudzonego szczura, szukającego kryjówki przed zimnem. Na dziedzińcu pułkownik odruchowo splótł ręce na piersi, próbując się rozgrzać. Potężne szpiczaste wieże górowały nad kasztelem, choć niektóre z nich miały mocno uszkodzone dachy. Na murach można było zauważyć pokaźne pęknięcia i wyszczerbienia. 

Irvin ciągnął dowódcę przez opustoszałe, zaśnieżone ulice miasta.

– Gdzie są wszyscy? – zapytał pułkownik, ale przyjaciel nie odpowiedział. Z rynku dobiegał gwar i krzyki. Skręcili w jedną z głównych ulic i ich oczom ukazał się przedziwny widok. Mieszkańcy wrzeszczeli na siebie wymachując przy tym rękoma. W niektórych przypadkach dochodziło do rękoczynów. Szczupły mężczyzna okładał pięściami korpulentną kobietę, która nie pozostając mu dłużna, kopnęła go w krocze. Kiedy osunął się na kolana, złapała go za głowę i wbiła mu palce w oczodoły. Podbiegło dwóch żołnierzy i próbowało ją obezwładnić. 

– Ej! – wrzasnął rosły wojskowy z toporem w ręku.

Mężczyźni spojrzeli w jego kierunku, po czym w głowie jednego z nich utkwiło żelazne ostrze.

– Trochę szacunku do kobiet! 

Pułkownik stał, wpatrując się w scenę z osłupieniem.

– Ir, co to za szaleństwo? – zapytał drżącym głosem. 

– Nie wiem, przyjacielu. Naprawdę nie wiem. 

Koniec

Komentarze

W pierwszej scenie dowódca granicznego garnizonu zachowuje się jak baba. Sądziłem, że to po to, by na jego tle zbudować tego szkarłatnego skorpiona, ale nawet nie.

W drugiej scenie ukazany porucznik jako chłoptaś.

W kolejnej żołdak z niepewnym głosem i drżącą ręką, a później rzyganie na widok trupa.

Autorze, z wojska robisz cipy.

A nie lepiej chociażby tak, by w drugiej scenie porucznik mniej drżał, że dowódca go skarci, a dowódca wspominając o kozach (skoro już musi), powiedział na przykład tak:

– Za kozami ganiali.

– Tak jakoś wyszło.

– Żadnej nie dorwali. Kondycja leży.

Porucznik wyprężył się.

– Następnym razem żadnej nie przepuszczą! – zapewnił.

Autorze, dla konstrukcji twego opowiadania to, czy wojsko to cipy, czy twardziele nie ma znaczenia, jednakże cipy są żałosne, a to w przedstawionej sytuacji cokolwiek trąci surrealizmem.

 

Przekładał kolejne kartki z jednego stosu na drugi, jedynie pobieżnie przelatując je wzrokiem.

jedynie nie jest potrzebne, nic tu nie dodaje.

 

Wick czuł narastającą w nim złość.

w nim niepotrzebne, wiadomo czyja to złość.

 

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

Jastek Telica, dziękuję za komentarz i lekturę. W pierwszej scenie dowódca zachowuje się jak człowiek, który mając trochę doświadczenia w życiu wie, że takim osobom po prostu się nie pyskuje i jest się miłym. Do tego może po prostu ma taki charakter. Co do porucznika, to on chłoptasiem jest. Co do żołdaków, to co innego ćwiczenia i poranna musztra, a co innego widok martwego człowieka w miejscu o którym krążą pewne legendy i nikt się w te rejony nie zapędza. Nigdzie nie jest powiedziane, że to są doświadczeni weterani. Ludzie to po prostu ludzie i nie wszyscy wojskowi to twardziele i silne jednostki. To wojsko może być zbieraniną chłopów siłą zaciągniętych w obowiązkowym poborze i może właśnie taką kpiną są. Nie każda historia, w której jest wojsko, musi przedstawiać je jako twardych bohaterskich i ostrych siłaczy. 

Prosiłbym także o bardziej taktowne formułowanie swoich myśli. Użyte przez Ciebie epitety są w moim mniemaniu obraźliwe i dyskryminujące. 

Błędy oczywiście poprawię. 

Ostatnie zdania Mroźnego szaleństwa oddają odczucia, których doznałam skończywszy lekturę. Przeczytałam opowiadanie i wpatrywałam się w tekst z osłupieniem, pytając siebie: Co to za szaleństwo? A jedyna odpowiedź, która przyszła mi do głowy, brzmiała: Nie wiem, na­praw­dę nie wiem.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia. :(

 

Ko­bie­ta po­pra­wi­ła ele­gan­cie futro… ―> Literówka.

 

Nie bez ko­ze­ry nikt nie za­pusz­cza się w te stro­ny, sze­fie. ―> Bez ko­ze­ry/ Bez przyczyny/ Bez powodu nikt nie za­pusz­cza się w te stro­ny, sze­fie.

 

Ich dło­nie za­ci­snę­ły się na rę­ko­je­ści mie­czy… ―> Ich dło­nie za­ci­snę­ły się na rę­ko­je­ściach mie­czy

Chyba że miecze miały jedną, wspólną rękojeść.

 

Od­cią­gnij­cie ją ze szla­ku i przy­syp­cie ga­łę­zia­mi. ―> Raczej: Od­cią­gnij­cie ją ze szla­ku i przykryjcie ga­łę­zia­mi.

 

Przy­po­mi­nał ol­brzy­mi, sza­ro-błę­kit­ny roz­po­star­ty dywan… ―> Przy­po­mi­nał ol­brzy­mi, sza­robłę­kit­ny roz­po­star­ty dywan

 

zgiął się w pół i zwy­mio­to­wał. ―> …zgiął się wpół i zwy­mio­to­wał.

 

Zanim przy­zwy­cza­ił wzrok do pa­nu­ją­cych w izbie ciem­no­ści… ―> Zanim przy­zwy­cza­ił wzrok do pa­nu­ją­cej w izbie ciem­no­ści

Chyba że w izbie panowało kilka ciemności.

 

Wrzesz­cza­ła, to­cząc piane z ust. ―> Literówka.

 

De­li­kat­ne świa­tło świe­cy rzu­ca­ło cień na nie­wy­raź­ny kształt. ―> Światło nie rzuca cienia, cień mógł rzucać oświetlony kształt/ przedmiot.

 

bę­dzie cięż­ko, ale moi lu­dzie po­ra­dzą sobie z no­sza­mi. ―> …bę­dzie niełatwo, ale moi lu­dzie po­ra­dzą sobie z no­sza­mi.

 

Wy­cią­gnął miecz z po­chwy, wy­ma­chu­jąc nim przed sobą. ―> Czy dobrze rozumiem, że wyciągał miecz wymachując nim?

Proponuję: Wyciągnął miecz z pochwy i zaczął nim wymachiwać.

 

Na końcu tu­ne­lu, sie­dzia­ła owi­nię­ta w za­krwa­wio­ne futro młoda ko­bie­ta. ―> Raczej: Na końcu tu­ne­lu, owi­nię­ta za­krwa­wio­nym futrem, sie­dzia­ła młoda kobieta.

 

Gdzie oni są! ―>To jest pytanie, więc: Gdzie oni są!?

 

po­czuł prze­szy­wa­ją­cy go ból. ―> …po­czuł prze­szy­wa­ją­cy ból.

Skoro poczuł ból, to nie mógł on przeszywać kogoś innego.

 

Spoj­rza­ła w stro­nę lasu, na po­tęż­ne, ol­brzy­mie drze­wa… ―> Potężneolbrzymie to synonimy, znaczą to samo.

 

a z jego ręki cie­kła cien­ka stróż­ka krwi. ―> Czy z ręki na pewno ciekła chuda kobieta pilnująca krwi:

Poznaj znaczenie słów stróżkastrużka.

 

Wy­szli z ga­bi­ne­tu, po­dą­ża­jąc wą­ski­mi ko­ry­ta­rza­mi miej­skiej twier­dzy. ―> Czy dobrze rozumiem, że aby wyjść z gabinetu, musieli podążać korytarzami?

Proponuję: Wy­szli z ga­bi­ne­tu i ruszyli wą­ski­mi ko­ry­ta­rza­mi miej­skiej twier­dzy.

 

Na ścia­nach swego czasu wi­sia­ły ob­ra­zy, ale teraz można tu było po­dzi­wiać co naj­wy­żej wy­chu­dzo­ne­go szczu­ra, szu­ka­ją­ce­go kry­jów­ki przed zim­nem. ―> Szczur szukał kryjówki na ścianach?

 

Irvin cią­gnął do­wód­ce przez opu­sto­sza­łe… ―> Literówka.

 

Dwóch żoł­nie­rzy pod­bie­gło, pró­bu­jąc ją spa­cy­fi­ko­wać. ―> Czy dobrze rozumiem, że żołnierze w czasie podbiegania, próbowało unieszkodliwić kobietę?

Proponuję: Podbiegło dwóch żołnierzy i próbowali ja obezwładnić.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, dziękuję za lekturę i komentarz. Zabieram się za wszystkie wskazane błędy. Czy to oznacza, że historia się nie spodobała? 

Prosiłbym także o bardziej taktowne formułowanie swoich myśli. Użyte przez Ciebie epitety są w moim mniemaniu obraźliwe i dyskryminujące. 

 

O Boże, Autorze, wrzuć na luz.

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

Czy to oznacza, że historia się nie spodobała? 

Patryku, nie mogę powiedzieć, że Twoja historia nie spodobała mi się, tak jak nie mogę powiedzieć, że się spodobała, bo – jak napisałam w poprzednim komentarzu – nie wiem, o co tu chodzi. Być może czegoś nie dostrzegłam, może coś przeoczyłam, nie wykluczam też, że coś mi umknęło, ale naprawdę nie wiem, co tam się wydarzyło – nie wiem kim jest kobieta w futrze, nie wiem kim dowodzi, nie wiem, co jest celem tych którzy wyruszyli z miasta, nie wiem, czego ma się dowiedzieć wysłany za nimi oddział, niezrozumiałe są przypadki, z którymi na swej drodze stykają się żołnierze, nie wiem, kim jest dziewczynka lepiąca bałwana, niejasne jest dla mnie zakończenie. W dodatku nie wiem gdzie i kiedy rzecz się dzieje. Nie wiem nic. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, bardzo dziękuję za ten komentarz. Pomoże mi w przyszłości pisać lepiej :) Spróbuję trochę wytłumaczyć:

 

……………Spoilery………………….

 

Kobieta w futrze jest kimś ważnym wysłanym ze stolicy w ważnej misji, której szczegóły nie są znane głównym bohaterom. Wyrusza w stronę lodowca, prawdopodobnie w poszukiwaniu jakiegoś artefaktu, ale wydawało mi się, że nasi bohaterowie nie muszą o tym wiedzieć :). Wypowiedź pułkownika sugeruje, że lepiej jej nie podskakiwać, bo takie jak one na wojnie są bardzo niebezpieczne. Może np. jest to jakaś czarodziejka. 

Wysłany oddział ma się dowiedzieć, co się z nią stało, bo długo nie ma od niej wieści. Pułkownik denerwuje się, że jeśli tam zaginęła, to zwali mu się na głowę więcej “ważnych” osób, a na to nie ma ochoty. Przynajmniej tak to sobie wyobraziłem. 

Przypadki po drodze są niezrozumiałe i tak mają reagować na nie żołnierze. 

Dziewczynka lepiąca bałwana jest po prostu mieszkańcem. Po części ta scena miała służyć mi jako lekki oddech po tej w której umiera główny bohater. Po części miała pokazać taką normalność miasta, po scenie w której nic nie jest normalne. A do tego zasugerować, że za chwilę i w mieście normalnie nie będzie. 

Ogólnie cała historia opiera się na tym, że szkarłatny skorpion odkopała w lodowcu jakiegoś wirusa, który sprawia, że ludzie stają się agresywni i do tego jest strasznie zaraźliwy. A jak nie wirusa to może jakąś klątwę. Dla mnie osobiście jest to wirus, którego bohaterowie nie mają prawa rozumieć. 

Co do miejsca gdzie się to dzieje, to dzieje się na prowincji jakiegoś królestwa. Tuż pod wielkim lodowcem. 

 

PS Błędy poprawione 

Patryku, dziękuję za wyjaśnienia, ale nie ukrywam, że wolałabym wszystkiego dowiedzieć się z treści opowiadania. Pamiętaj, że czytelnicy nie mają dostępu do Twoich myśli/ zamierzeń. To, co dla Ciebie jest jasne i logiczne, wcale nie musi być takie dla czytających. Nie mówię, abyś od razu wykładał całą kawę na ławę, ale daj jakieś tropy, po których będzie można zrozumieć sedno Twojego zamysłu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, dodałem trochę informacji, ale nie wiem, czy to pomoże. Poniżej zmienione/dodane fragmenty: 

 

– Czego tu w ogóle szuka?

– Wiem tylko tyle, że planuje kopać w lodowcu. A co chce tam znaleźć? Pojęcia nie mam.

– Swoją drogą, spójrz na jej ludzi. Żebyśmy mieli chociaż jednego takiego. 

– Doborowe oddziały króla. Nie chciałbyś mieć z nimi do czynienia. To ja już wolę dowodzić tą hałastrą i pilnować naszego uroczego zadupia. 

 

– Kilka tygodni temu, w kierunku Starychwyj ruszyła karawana. Chciałbym, żebyś sprawdził, czy wszystko z nią w porządku. Nie ufam tej kobiecie, a nie chcę, żeby zaraz zaroiło mi się tutaj od innych, ważnych osobistości.

 

Pójdziecie do tej cholernej wioski, sprawdzicie co knuje ta kobieta i wrócicie zdać raport. Zrozumiano?

 

Miasto w którym mieszkała, było dość niewielkie. Położone na rubieżach królestwa, stanowiło raczej jego zaścianek. Nie działo się tutaj zbyt wiele. Wymarsz karawany, kilka tygodni temu, do tej pory stanowił najczęstszy temat do rozmów. Chociaż dla dziewczynki, było to raczej przerażające wydarzenie. 

 

– Właściwie, to nie tylko oni. Każdy kto miał z nim kontakt. A potem, to już… – Irvin rozmasował skronie. – Po prostu chodź ze mną. Coś ci pokażę.

…dodałem trochę informacji, ale nie wiem, czy to pomoże.

Moim zdaniem pomoże. Gdyby te informacje były w tekście wcześniej, opowiadanie byłoby bardziej czytelne.

Patryku, poczekaj jeszcze na komentarze innych czytelników, bo zdaje mi się, że ich opinie okażą się bardziej miarodajne. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Właściwie to czytało się całkiem nieźle. Choć jako pełne opowiadanie faktycznie słabo się broni, całość wydaje się wyjęta z kontekstu, zwłaszcza przez zakończenie, które ewidentnie jest urwane. Sprawia to wrażenie, że czyta się fragment. Patrząc na to jak na taki szkic, wprawkę, to dla mnie jest okej – potencjał jest. Gdyby to wszystko rozbudować, byłoby lepiej – dotyczy to zwłaszcza wątku szkarłatnych skorpionów (skorpionic?), który prezentował się zdecydowanie najciekawiej, a zostało powiedziane na jego temat najmniej. Innym słabym punktem jest właściwie sam pomysł, na którym opiera się całość. Tak naprawdę to kolejna inwazja zombie, tylko z żywymi zamiast nieumarłych. Niezbyt to porywające.

Co do kwestii przedstawienia wojska – no, ja myślałam, że ten oddział był właśnie takimi świeżakami nie nadającymi się do niczego (koniec końców któryś z nich puścił pawia na widok trupa), więc nie raziło mnie to tak, jak jednego z przedmówców. Nie od dziś wiadomo, że często na wysokich stanowiskach znajdują się ludzie, którzy się do tego totalnie nie nadają, więc na pułkownika i porucznika też przymknęłabym oko. Krótko mówiąc, profesjonalistów i weteranów się nie spodziewałam, więc się nie rozczarowałam.

Nie bawiłam się w łapankę, ale trochę rzeczy do poprawy było. Najbardziej z rzeczy językowych raziło nazwanie mnie zwłok kobiety, dźgniętej kilka razy nożem, jako “zmasakrowanych”. No, byłyby zmasakrowane, gdyby były rozprute i rozczłonkowane, ale kilka dźgnięć nie uzasadnia, w mojej opinii, tak mocnego określenia.

Życzę powodzenia przy kolejnych tekstach :)

Silva, cieszę się, że czytało się nieźle :). Coś za mną chodzą te fragmenty, przy “Zamkowej robocie“ było podobnie. Co do wątku Skorpionic (zmieniłem na “Szkarłatna skorpionica”, bo w mojej głowie to jest organizacja zrzeszająca kobiety), to wydaje mi się, że mogłem popełnić błąd i stworzyć ciekawą bohaterkę, którą szybko porzuciłem, na rzecz tych mniej interesujących.

Ciężko by mi było to rozwinąć. Wydaje mi się, że wyszłoby z tego zupełnie inne opowiadanie. Tutaj główną osią jest właśnie ten pomysł na zombi. Chciałem trochę oddać w tym tekście klimat takiego narastającego napięcia/szaleństwa i poczucia, że dzieją się rzeczy dziwne i dla tych ludzi niezrozumiałe. 

Co do słowa zmasakrować. Nie zgadzam się: 

 

zmasakrować

1. «ciężko pokaleczyć lub zabić, bijąc ze szczególnym okrucieństwem»

 

Z brzucha dziewczyny wystawał trzonek kuchennego noża, a na całym ciele widać było liczne rany po uderzeniach.

Jak dla mnie mieści się w definicji. 

 

Życzę powodzenia przy kolejnych tekstach :)

Dziękuję :) 

Tak właśnie myślałam, że to organizacja złożona z samych kobiet. Tym bardziej więc wzbudziła moje zainteresowanie.

Oczywiście, moje uwagi to tylko sugestie :)

A mnie się nawet podobało. Być może to kwestia wszystkich zmian w międzyczasie.

Motyw “miejscowi wiedzą, żeby nie ruszać, ale przychodzą ludzie z daleka i rozpętują piekło” nie jest nowy, ale niech będzie. Wizja niekontrolowanej agresji do mnie przemawia.

Czy to mógł być wirus? Hmmm. Czy wirusy tak błyskawicznie zarażają, że w kilka godzin całe miasteczko? Przecież toto musi znaleźć sobie jakąś komórkę, naprodukować kopii, rozprzestrzenić je po organizmie i dopiero wtedy rozgląda się za następnym żywicielem. To już prędzej klątwa.

Babska logika rządzi!

Finkla, dziękuję za lekturę i klika. Cieszę się, że się podobało. Pomysł na opowiadanie zrodził mi się po części po lekturze pewnego artykułu, w którym informowano, że naukowcy odnaleźli w rdzeniach lodowych 33 rodzaje wirusów, w tym wiele nieznanych. Artykuł sugerował, że topniejące lodowce mogą część z nich uwolnić. Pomyślałem sobie, co by było gdyby jakiś wirus wywoływał w ludziach niepohamowaną agresję, tak, żeby nie bardzo nawet rozumieli dlaczego są wściekli i agresywni i czemu nie panują nad swoimi odruchami. W tym przypadku co silniejsze, bardziej świadome jednostki starałyby się z tym walczyć – Szkarłatna skorpionica. Aczkolwiek faktycznie słabym punktem jest tutaj czas zarażenia. Faktycznie jest go zbyt mało i jak na wirusa za szybko się wszyscy zarażają. Tutaj klątwa pasowałaby idealnie. Do tego kto wie, może właśnie została rzucona poniekąd jako swoisty czar obronny. Co by się nikt nie dokopał do tego, co ukryte w lodowcu. 

Hejka! 

Obiecałem i jestem. 

Może zacznę od tego, że nie miałem jakiś większych trudności z interpretacją tekstu – wydawał mi się on dosyć jednoznaczny. Więc albo poszedłem Twoją ścieżką myślową (bo u góry zamieściłeś wyjaśnienie, które również przeczytałem) albo to kwestia poprawek – nieistotne. Dla mnie było jasno. 

Podoba mi się ten motyw z wirusem, który powoduje agresję, a nie np. zamienia ich w zombiaki. To bardzo fajny motyw. 

Czytało się płynnie, nie gubiłem się, nie zacinałem – więc tu też plus. 

Może od tej dziewczynki turlającą kulę śnieżną, poczułem lekką dezorientację, ale czytając Twój zamysł wyżej również rozumiem jej wykorzystanie. 

Takie tajemnicze opowiadanie Ci wyszło, powiedziałbym nawet, że poniekąd w moich klimatach. 

Ja jestem na tak. Poproszę o bibliotecznego klika, więc niedługo pewnie doleci! ;p

Do góry głowa, co by się nie działo, wiedz, że każdą walkę możesz wygrać tu przez K.O

Ogólnie nie czytało się źle. Tekst nie zrobił na mnie co prawda dużego wrażenia, ale widać tutaj konkretny pomysł, opisany bez przekombinowania i udziwnień. W sam raz na szlifowanie warsztatu.

W aktualnej formie bez problemów zrozumiałem opowiadanie tak jak to opisałeś w komentarzu. Brak wyjaśnień mi nie przeszkadzał – rozumiem, że wolałeś skupić się na konkretnej historii i prowadzeniu akcji.

Trochę mniej podobali mi się bohaterowie. Żaden z nich nie wzbudził sympatii, większość z nich jest irytująca. Szkoda, może następnym razem postaraj się bardziej zróżnicować bohaterów?

Jeszcze taka uwaga – według mnie zbyt często opisujesz emocje dosłownie (odkrzyknął zdenerwowany, zamarł wstrząśnięty, spojrzał z pogardą, zaczął z wahaniem, zapytała z powątpiewaniem, czuł złość, wydawali się poddenerwowani, pozostawiając zszokowanych, czuł strach, wściekłość, krzyknęła przerażona, powiedział zirytowany). Nie mówię, że to jest błąd, ale dobrze byłoby ograniczyć takie opisy. Część z nich warto zastąpić jakimiś gestami/ruchami, które pośrednio wskazują na emocje.

Sam temat tajemniczego źródła szaleństwa nie jest co prawda nowy, ale sztampą też nie wieje. Osobiście ten motyw uważam za ciekawy i warto go podjąć – sam napisałem kilka lat temu tekst na podobny temat („Misja Trargo”), tyle że w kosmosie ;)

Podsumowując – widać kilka wad, ale opowiadanie jest całkiem niezłe.

Dziękuję NearDeath :) 

 

Cieszę się, że opowiadanie jest zrozumiałe. Co do tajemniczości – jest to jak dla mnie mój najcięższy tekst, jak do tej pory. Docelowo, lepiej się chyba czuję w czymś w rodzaju “Zamkowej roboty”, chociaż nie powiem, korci trochę, żeby się sprawdzić w horrorze. 

 

Dziękuję, Perrux 

 

Nie napisałem jeszcze za wielu tekstów, więc na ten moment szlifowanie jest dla mnie najważniejsze. Faktycznie bohaterowie wyszli mi mizernie. Ewidentnie zabrakło kogoś ciekawego, komu czytelnik by kibicował, kogo by polubił. Wydaje mi się, że zalążkiem takiej postaci mogła być Szkarłatna skorpionica, ale ją dość szybko porzuciłem na rzecz Wicka. Co do opisywania emocji: ciekawe spostrzeżenie, muszę nad tym popracować. 

“Misja Trargo” dodana do kolejki, chętnie przeczytam :) 

– Zbierzesz swoją wesołą gromadkę i może kilka dni marszu naleje wam trochę rozumu, do tych pustych łbów. Pójdziecie do tej cholernej wioski, sprawdzicie co knuje ta kobieta i wrócicie zdać raport.

Do korekty. ;)

W tekście było jeszcze parę drobnych niezręczności, niestety średnio mam czas, żeby je wypisać, tym nie mniej czyta się nieźle.

W sumie pomysł na tekst całkiem fajny. Masz tu motywy, na których stosunkowo łatwo zbudować zainteresowanie czytelnika.

Prezentacja wojska dla mnie osobiście całkiem przyjemna. Jasne, momentami wręcz robisz z nich debili, ale dla mnie to był taki powiew lekkości uprzyjemniający poważny tekst, więc jestem zadowolony. Nie wiem, czy taki planowałeś odbiór tych gości, ale nawet jeśli nie… to Ci się pofarciło.

Choć odnoszę wrażenie, że to raczej kreacja celowa i zamierzona.

Historia, jak pisałem, oparta na pewnej tajemnicy, więc wciąga. Brakło mi tu jednak pewnej konsekwencji, bo z jednej strony budujesz zainteresowanie czytelnika, z drugiej, na końcu oddajesz je walkowerem, nie wyjaśniając właściwie najciekawszego elementu w opowiadaniu. Unikałbym podobnych zabiegów w przyszłości, bo to bardzo zraża czytelnika. Jeśli budujesz jakąś tajemnicę w tekście, całe zainteresowanie czytelnika opiera się właśnie na dążeniu do wyjaśnienia.

I kiedy tego wyjaśnienia nie ma, czytelnik, delikatnie rzecz ujmując, zachwycony nie jest.

To trochę tak, jakbyś dostał robotę, przepracował cały miesiąc i… nie otrzymał wypłaty. Średnio przyjemne, prawda? ;-)

Warto dodać, że owe uwagi podrzuca Ci człowiek, który co najmniej dwukrotnie wrzucał tekst bez wyjaśnień, z tego ostatni… miesiąc temu. ;)

Nie upieram się, że to była dobra decyzja. ;-)

Przynajmniej w pierwszym przypadku, bo drugi to trochę inna historia. Mniejsza zresztą z tym.

Tyle.

Pozdrowił i poszedł.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Dziękuję CM,

 

faktycznie pewną osią jest tutaj tajemnica i wokoło niej budowane jest napięcie. Tutaj miałem zamysł, żeby pozostawić rozwiązanie zagadki w sferze domyślań, dając jedynie delikatne wskazówki. Wydaję mi się, że faktycznie nie była to dobra decyzja. Myślę, że przy następnych tekstach możliwe, że będę zostawiał pojedyncze kwestie bez jednoznacznej odpowiedzi, ale raczej nie mogę robić tego z głównym wątkiem. Dobre porównanie z wypłatą. Ja to widzę teraz tak, jakbym pisał kryminał z morderstwem w tle i nie powiedział na końcu kto zabił, a jedynie, że ten którego budowałem na głównego podejrzanego (w tym przypadku mityczne stwory o których krążą legendy), nie. Niemniej, bardzo dziękuję za komentarz, dał mi do myślenia :). 

To opowiadanie ma potencjał, bo główny motyw szaleństwa i miejsca, którego miejscowi nie chcieli dotykać jest rozwinięty całkiem przyjemnie. Problem, że zakończenie wyskakuje trochę jak królik z kapelusza, bo nie chcę, żeby puenta trzasnęła mnie z przyuważonego wcześniej łokcia w nos, ale nie widzę do końca ciągu przyczynowo-skutkowego. Szkoda, bo wcześniej czuje się to napięcie, które tworzysz poprzez opisy i dialogi. Pewien poziom niedookreślenia mógłby oczywiście pomóc fabule, ale punkty przejścia od jednego do drugiego wątku też są ważne, żeby się czytelnik nie pogubił.

I mimo tych słów krytyki, co do warstwy językowej, to coraz bardziej się rozkręcasz i podoba mi się ten kierunek.smiley Pozdrawiam. 

Oidrin, dziękuję za lekturę i komentarz :). Cieszę się na tę opinię, zwłaszcza, że z tego co widzę, byłaś świeżo po “Zamkowej robocie” i widzisz progres. Zgadzam się, że w tekście szwankowało zakończenie i brakuje jasnego rozwiązania co się właściwie stało – mam nauczkę na przyszłość. Zależało mi jednak właśnie na tym napięciu i ogólnie szlifowaniu warsztatu, a to się chyba udało :). 

Czytało się całkiem przyjemnie :)

Przynoszę radość :)

Nowa Fantastyka