- Opowiadanie: Łosiot - Jeździec Czwarty

Jeździec Czwarty

Cześć, opowiadanie napisałem kilka miesięcy temu, miało być opublikowane tutaj, ale rzutem na taśmę wysłałem je na konkurs Pigmalion Fantastyki, skąd wróciło smutne i nieco urażone, jak mi się zdaje. 
 

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Jeździec Czwarty

Przetrwałem apokalipsę, ale spadłem z tronu u szczytu łańcucha spasania. Jak karaluch pełzam w detrytusie, walcząc o resztki w skatowanym, upokorzonym świecie. Takich jak ja jest coraz mniej. Spotykam ich naprawdę rzadko, od pewnego czasu właściwie w ogóle. Może nawet jestem już tym ostatnim? Trochę jak Adam, tylko że w moim przypadku to ma chociaż jakiś sens. Bo ile było sensu w adamowym zaczynaniu tej historii, skoro okazała się być skazana na tak żałosny finał? On dał początek, ja niosę koniec. Zamknę tę głupią książkę.

Detrytus to szczątki. To gruz i zgnilizna zmieszane ze złomem i próchnem. Wyschnięte zwłoki, trupy drzew, budynków, maszyn, trupy wszystkiego. Jałowy torf, na którym nic już nie wyrośnie, chaotyczne rumowisko, w którym każdy porządek i regularność zwracają na siebie uwagę. Przynajmniej powinny.

 

Ścieżkę zauważyłem dopiero, gdy już nią szedłem, nawet nie wiem jak długo. Biegła między zawalającym świat śmieciem zwinnie lawirując, nitka porządku w totalnym bałaganie. Wszedłem na nią, bo ruiny świata to jeden wielki i nieskończony tor przeszkód. Po co iść na przełaj, mając do dyspozycji ścieżkę?

Ktoś ją wydeptał. Ktoś odwalił arkusze zwichrowanej, zardzewiałej stali, odsunął lub ominął bryły betonu i wraki, spróchniałe drewno, śmieci i kości, poprowadził ją przez to wszystko; przymocował łańcuchy i kable w trudniejszych miejscach i wypolerował częstym dotykiem dłoni ośniedziały metal.

Byłem na siebie zły. Nie powinienem przegapiać ścieżek, przecież nie powinienem przegapiać niczego, walka o przetrwanie w takim stylu była skazana na klęskę! Szepcząc sam do siebie, gestykulując i tłumacząc sobie wagę tak podstawowych błędów, ruszyłem dalej, już znacznie czujniejszy. Śladów było coraz więcej; coraz więcej porządku w chaosie. Miejsca ogołocone z drewna zbieranego zapewne na opał, wybebeszone i ograbione z akumulatorów wraki samochodów, sztaple wyciągniętych z gruzów cegieł, plastikowe zbiorniki na deszczówkę poustawiane w idealnych do jej zbierania miejscach. 

Ścieżka ciągnęła się równolegle do… No właśnie. Do tego, czego mimo upływu lat, wciąż jeszcze sobie nie nazwałem. Tej zawsze chłodnej, prostej jak południk obłej obcości, która spadła na świat z góry i opasała go ciasnym sznurem z czarnej, chropowatej i zmurszałej stali. Idę wzdłuż niej już wiele miesięcy i wiem, że gdybym ruszył na zachód, po wielu tygodniach spotkałbym taką samą. Myślę sobie, że te czarne pęta tworzą gigantyczną sieć, być może oplatają wszystko, całą planetę nawet. 

Ścieżka raz zbliżała się, raz oddalała od tej wysokiej na kilka pięter porowatej ściany, jakby szukając możliwości przejścia na drugą stronę. Im bardziej zachęcała do szybkiego marszu, tym mniej jej ufałem, szedłem więc powoli i ostrożnie.

Instynkt mnie nie zawiódł, po pewnym czasie natknąłem się na pierwsze ślady szczurów. Najpierw pojedyncze bobki, potem obficie rozsypane setki i tysiące małych, czarnych ziarenek gówna. Dobra i zła wiadomość zarazem. Jeden szczur to łakomy kąsek, a obecność tych zwierząt oznacza, że w pobliżu na pewno jest coś do jedzenia i źródło wody. Jeden szczur to zacny posiłek. Ale setki tych wygłodniałych i agresywnych gryzoni to śmiertelne niebezpieczeństwo.

Pojawiły się nagle, kilka przelewających się jak bure lawiny grup nadchodzących z różnych kierunków. Z pomocą przyszła ścieżka, bo uciekając nią mogłem się trochę rozpędzić. Pal licho ostrożność i czujność. Trzeba było biec, jeśli nie chciało się być ogryzionym żywcem do samej kości przez setki małych ząbków. Z początku wydawało mi się nawet, że dam radę, bo atakującą mnie hordę zostawiłem z tyłu. Jednak po kilkudziesięciu metrach usłyszałem przeraźliwe piski gdzieś z boku, zbyt blisko. Do ścigających mnie gryzoni dołączały kolejne. Moja ucieczka stawała się coraz bardziej rozpaczliwa, pełna potknięć, zderzeń z przeszkodami i coraz bardziej niezdarnych skoków. Upadek był kwestią czasu. I życia albo śmierci.

W końcu, ścieżka wyprowadziła mnie przed czarną paszczę wejścia. Dokąd? Nie miałem pojęcia. Szczury piszczały coraz bliżej, tuż za mną. Bez wahania wbiegłem w ciemność. 

– Na ziemię! – ryknął zachrypnięty głos. Zobaczyłem postać z bronią, z której lał się ogień. Zaskoczony, potknąłem się i runąłem jak długi, uderzając się bardzo mocno w głowę. Ostatnią rzeczą, którą zobaczyłem, było zionięcie ogniem, fala płomieni pędząca w moją stronę, wypełniająca tunel nade mną. 

 

*

 

Obudziłem się straszliwie obolały. I związany. Leżałem w ciemności na brudnej podłodze niewielkiego pomieszczenia. Właściwie celi, bo ręce skrępowane miałem kablem, a nogi związane ciasno jakąś szmatą. Skóra na plecach piekła niemiłosiernie. Pierwsze, co powinienem zrobić, to sprawdzić więzy, znaleźć drogę ucieczki, wydrapać się stamtąd pazurami, wygryźć zębami; byłem jeszcze jednak na to zbyt słaby. Potem znów przysnąłem, a może straciłem przytomność? 

Obudził mnie ból głowy i hałas. Ktoś odsunął ze zgrzytem arkusz blachy zastawiający wejście, wpuszczając trochę światła. Ciężkie buty, ciężki krok, masywna sylwetka i wycelowana we mnie broń, tym razem zwykły pistolet. Ostrożne ruchy, lufa paskudnej spluwy wymierzona w mój brzuch. Tylko amator celowałby w głowę. 

Rzucił coś na podłogę. Podczołgałem się do tych pachnących pieczenią, leżących w grubej warstwie kurzu dwóch nadpalonych szczurzych trucheł i zacząłem się w nie łapczywie wgryzać, pomagając sobie związanymi dłońmi. Wtedy mężczyzna schylił się i postawił na podłodze słoik z wodą. 

Później przynosił mi jeszcze jedzenie i wodę. W międzyczasie udało mi się wyplątać nogi z krępujących je szmat; za nic jednak nie dałem rady oswobodzić rąk, a on nie zamierzał mi w tym pomagać, wręcz przeciwnie, co jakiś czas sprawdzał, czy więzy trzymają. 

W końcu, rano, kiedy ostrza białego światła dźgały ciemność mojej celi przez szpary w ścianach, wparadował z koślawym krzesłem w ręku, postawił je, siadł na nim okrakiem, a przedramiona złożył na oparciu. W jednej z niedbale zwisających dłoni trzymał ciężki pistolet, tym razem już nie wycelowany we mnie, a w podłogę. Na dolną połowę jego twarzy padł snop światła. Pokrywała ją gęsta, lekko już posiwiała broda. Skołtuniona i brudna, jak moja. 

– Idziesz z północy, czy z południa? – mruknął.

– Z północy – zachrypiałem. 

– Długo?

– Bardzo. 

– Jak masz na imię? 

– Wypuść mnie – wycedziłem.

Ruch pistoletem. Nieznaczny, niedbały, od niechcenia. 

– Mów. 

– Pieprz się. Zabiłbyś mnie już dawno. Uratowałeś mnie i karmisz. Potrzebujesz mnie do czegoś.

Uśmiechnął się. Musiał mieć dostęp do witamin, bo jego zęby i dziąsła wyglądały tak zdrowo, że poczułem ukłucie zazdrości i odruchowo zacisnąłem usta.

– Bez przesady – odparł. – Nie uratowałem, po prostu cię nie zabiłem, to spora różnica. A czy cię potrzebuję? To się jeszcze okaże. 

Nie odezwałem się, wolałem żeby dalej rozdawał karty, bo dobrze mi szło. Potrzebował mnie, to ważna informacja.

– Chcę poznać twoje imię. Chcę żebyś odpowiadał na moje pytania – ciągnął. – A jeśli ty chcesz jeść i pić, jeśli chcesz żebym rozwiązał ci ręce i kiedyś stąd wypuścił – rozmawiaj.

– Nick. Mam na imię Nick.

– Dobrze, Nick. Pogadajmy.

 

Pytał skąd jestem i gdzie byłem, gdy to się stało; jak mi się udało przeżyć, czy spotykałem innych, którzy przetrwali; jak wygląda sytuacja tam, skąd przyszedłem. Odpowiadałem ostrożnie, jak najbezpieczniej. 

Nie opowiedziałem mu o trzech Jeźdźcach. O zbłąkanym Żołnierzu, który chciał ze mną wojny i ją przegrał. O Chorym, i tym, co mu zrobiłem. O tym, jak głodowaliśmy razem z Trzecim i on umarł, bym ja mógł żyć. Ciekawe, czy też ich spotkał? Jeśli tak, to na pewno też nigdy nikomu o tym nie opowie. 

Mówiłem mu o mieście przeciętym potężnym razem stalowego bicza. O ciosie, który nadszedł z nieba, nagle podzielił to miasto na pół, a potem dobił falą uderzeniową. O tym, jak ten bicz stalowy werżnął się w ziemię straszliwą szramą. Wspomniałem, jak bardzo chciałem się dostać na drugą stronę, bo zostali tam moi bliscy. Gdy mówiłem o mojej rodzinie, miałem wrażenie, że jego wycięta ostrym światłem z półmroku dolna część twarzy należy do kamiennego posągu. Opowiedziałem mu o mojej ucieczce. Bo jak każdy, kto przeżył, uciekałem. Byle dalej, byle gdzie indziej, w cholerę. 

Mówiłem o powolnej agonii wszystkiego dookoła. Bo po tym ciosie, nokaucie w pierwszej rundzie, świat już nie powstał. Po prostu padł na matę trawiony ogniem, spowity dymem, w obłokach pyłu, w kałuży własnej krwi i ekskrementów.

Bardzo niechętnie do tego wszystkiego wracałem. Nie, nie dlatego, że wspomnienia otwierały jakieś rany czy blizny. Po prostu, zostawiłem już to wszystko za sobą, tak samo jak świat sprzed zagłady. Musiałem się jednak zgodzić na grzebanie w przeszłości – absurd w czasie, gdy liczyło się tylko tu i teraz. Ale, tu i teraz – to on miał broń, a ja miałem związane ręce. Jedyne, co mogłem robić to uważać, żeby się zanadto nie otworzyć, w końcu gościowi zależało na informacjach i chyba tylko dzięki temu jeszcze żyłem. Nie mogłem oddać mu wszystkiego naraz.

Gdy skończyliśmy, wyszedł i zasunął za sobą wyjście stalową płytą. Z naszej pierwszej rozmowy on dowiedział się o mnie bardzo wiele. Ja o nim – nic. Ale czy na pewno? Bo z całej tej, pozornie chaotycznej serii pytań, wyłonił się pewien kształt. Obszar raczej, z ziejącą pustką w środku. Bo pytał o wszystko, oprócz tego co myślę o katastrofie i jej przyczynach. 

 

*

 

– Opowiedz mi o swojej ucieczce – wychrypiał podczas kolejnej rozmowy. Znów to samo krzesło, ten sam pistolet, twarz tym razem cała w cieniu. I sałata. Główka prawdziwej, soczystozielonej sałaty, której widok sprawił, że mój organizm, zoczywszy okazję do zaopatrzenia się w witaminy, oszalał. 

– Co chcesz wiedzieć? – odrzekłem, z trudem odrywając wzrok od wilgotnych liści.

– W jakim kierunku poszedłeś?

– Nie wiem, nie pamiętam – odparłem. 

Wtedy ten skurwiel, na moich oczach, wgryzł się w sałatę. Powoli, delektując się. Słyszałem, jak białymi zębami miażdży chrupkie liście, czułem, jak wysysa z nich sok i widziałem, jak połyka przeżutą, pełną życiodajnych elementów masę. 

– Spróbuj – zachęcał. – Może jednak coś ci się przypomni?

Poddałem się. Zaraz wyciągnie ze mnie wszystko. 

– No, na pewno przez długi czas szedłem na zachód.

– Jak długo?

– Pewnie z miesiąc.

– I co?

– Tak, tam też jest to coś. Takie samo. Za wysokie, by przez to przejść. Zbyt głęboko wryte w ziemię, żeby pójść dołem. Wtedy wróciłem na wschód. 

Spojrzałem na nadgryzioną główkę sałaty. 

– Jak jest po drodze? Między jednym, a drugim? 

– Źle. Bardzo źle. Trzęsienia ziemi zrobiły swoje. I powodzie. I choroby, głód. Ludzie… – ugryzłem się w język. Miałem się nie otwierać. – …niewielu ich tam. Ci co przeżyli, trzeba na nich uważać. 

– Wiem – westchnął. 

Wychodząc, zostawił mnie sam na sam z sałatą. Była niesamowita. 

 

*

 

Odkrył tak mało kart, że nie bardzo wiedziałem, jak go podejść. Na pewno chciał się ode mnie jak najwięcej dowiedzieć. Interesowało go co widziałem, gdzie byłem. Bardzo wiele ze mnie wyciągnął prostymi sztuczkami. Sprzedałem się za sałatę, za marchew, za ziemniaki, a nawet – za wszystko na raz, bo skubaniec zrobił na palenisku zupę! Z początku na nic zdały się moje prośby żeby mnie rozwiązał, żeby wypuścił choć na chwilę; zapewnienia, że przecież nic mu nie zrobię. Zagrałem więc nieco inaczej, bo wciąż była ta jedna, szara plama, ten jeden temat, o który nie pytał. 

 

– Jak myślisz, co się stało? – zadałem mu pytanie, zanim rozpoczął zadawać swoje. 

Cisza. Ale – wyprostował się na krześle. 

– No, wiesz, skąd ta cała katastrofa? Nie mów, że się nad tym nie zastanawiałeś.

– Zastanawiałem się nieraz. I ciągle się zastanawiam. A ty? – rzekł po namyśle. 

Gdy się wyprostował, padło na niego światło z którejś z dziur w ścianie. Pierwszy raz zobaczyłem jego oczy. Zimne, niebieskie, wpatrzone we mnie w ogromnym skupieniu. Mam cię.

– Ja też, nieustannie. Ale nie znam odpowiedzi – odparłem.

– Ale, masz jakieś podejrzenia, co? – zapytał. 

 Jego spojrzenie było tak intensywne, że trochę się przestraszyłem. Na pewno trafiłem w czuły punkt, ale stąpałem po grząskim gruncie. Poruszyłem jakąś strunę.

– Muszę wiedzieć, co się stało, muszę! – wykrzyknąłem, nieco zbyt dramatycznie. Przestraszyłem się, że przesadziłem i zabrzmiało to mało wiarygodnie. Zamilkłem na długie sekundy, zbierając się na odwagę. 

– Uwolnij mnie. Rozwiąż ręce, wypuść, nie wytrzymam tak dłużej – dodałem po chwili. 

 

Zrobił to. Chwiejąc się, wyszedłem z mojego więzienia. Minąwszy ciemne, zagracone pomieszczenia, skierowałem się prosto w oślepiający prostokąt w jednej ze ścian. Stałem na zewnątrz, najpierw z zamkniętymi oczyma, później już, wciąż mrużąc powieki, rozcierałem nadgarstki i oddychałem, ciesząc się promieniami słońca na twarzy. 

– Mów mi Ian – powiedział, wyciągając dłoń. W drugiej wciąż trzymał pistolet. Niepotrzebnie, kawał był z niego chłopa i nie ryzykowałbym bezpośredniego starcia. 

– Nick.

Uścisnąłem mu prawicę.  

– Spotkałeś już coś takiego na swej drodze? – zapytał, wskazując niedbale coś przed nami. 

Oczy wciąż przyzwyczajały się do ostrego światła, łzawiły jeszcze, ale szybko się zorientowałem o co chodzi. To było nowe. Stalowa przegroda dzieląca świat przestała w tym miejscu być linią prostą. Siedziba Iana znajdowała się w narożniku utworzonym przez linię, wzdłuż której przyszedłem z północy i łagodny łuk ciemnej, porowatej stali odchodzący na zachód. 

– Dalej, to się zakrzywia z powrotem, a potem znów jest prosta. Jeśli po drugiej stronie jest tak samo, to ma to średnicę ponad dwóch kilometrów – dodał Ian obserwując mnie uważnie. 

– To niesamowite, nie widziałem tego wcześniej, dotąd zawsze prosta jak południk – skomentowałem trochę na czuja, nie wiedząc jakiej reakcji oczekiwał. Chyba weszło.

– Tak, ale powiem ci, Nick, że jeszcze bardziej niesamowite jest coś innego. 

Spojrzałem na niego z zainteresowaniem, unosząc brwi.

– W środku coś jest – rzekł nieco konspiracyjnym głosem. – Czasem coś słyszę, tam gdzieś ze środka, czasem z góry. Tam jest coś, lub ktoś. A ja pracuję nad tym, żeby się tam dostać i przyda mi się pomoc. 

Teraz reakcja moja mogła być tylko jedna. 

– Wchodzę w to! – odrzekłem entuzjastycznie.

 

*

 

Wyszło tak, że Ian znalazł w końcu bratnią duszę. Nie, nie znalazł – uratował ją sobie. Nie zaufał tej bratniej duszy bezgranicznie. Wciąż trzymał się na baczności, nie rozstawał się z pistoletem, a gdy szedł do swej ukrytej plantacji po warzywa, bratnią duszę przywiązywał kablem do rury w jej starym więzieniu, żeby przypadkiem nie dowiedziała się, gdzie trzyma największy skarb. 

Ale, wreszcie miał z kim przedyskutować te wszystkie nagromadzone w głowie odpowiedzi na pytanie. Pytanie, które od lat trzymało go przy życiu. Bo Ian przeżył zakucie świata w kajdany, zbudował sobie bezpieczny dom w stosie kontenerów, zorganizował broń, zaczął hodować warzywa i łapać szczury. Wszystko po to, by znaleźć odpowiedź. 

– Co się, kurwa, stało ze światem? – pytał. – Nick, co się stało? 

– Nie wiem, Ian – rzekłem. – Ale ty masz jakiś pomysł, czuję to.

– Pewnie że mam, Nick. Powiem ci, ale obiecaj, że będziesz krytyczny. Że jeśli gadam bzdury, jeśli to jest bez sensu, to mi to powiesz. 

Mówił to, patrząc na mnie tym swoim wzrokiem tak skupionym, że jeszcze trochę, to pewnie by mnie podpalił. 

– Sam już nie wiem, czy nie zwariowałam, po prostu muszę to z kimś zderzyć – dodał.

– Jasne, wal śmiało Ian, mnie też to dręczy.

– No dobra, to tak – zaczął, poprawiając się na jednym z dwóch zdezelowanych leżaków na których grzaliśmy się w słońcu. – To kosmici.

Chciałem to przemilczeć, bo byłem trochę zawiedziony. Jeśli z nieba spadają dziwne stalowe konstrukcje i niszczą przy okazji całą ludzkość, to trudno to tłumaczyć czymś innym niż atak kosmitów właśnie. 

– Nick?

– No, powiem ci szczerze, wpadłem na to samo, to nadeszło z kosmosu, na bank.

– Dobra. To jak już wiemy kto, to następnie pytanie brzmi “dlaczego”, co nie?

– Nie wiem, Ian, ja nawet nie wiem, co oni właściwie tu zrobili. 

– Ha! – rzucił Ian unosząc dłoń z wyprostowanym w górę palcem wskazującym.

– Tylko odpowiadając na pytanie “dlaczego”, dojdziemy do odpowiedzi na pytanie “co”!

Nie byłem pewien, czy się z tym zgadzałem, ale to nie miało znaczenia, bo Ian coraz bardziej się rozkręcał. 

– Nick, mam plan. Chcę się tam wspiąć, zobaczyć co jest na górze. 

– To ciekawe, tylko jak? Ta ściana jest pionowa, nie mamy sprzętu.

– Dlatego jesteś mi potrzebny. Będziesz mnie asekurował z dołu. A co do sprzętu, to miałem sporo czasu i uzbierałem co nieco.

 

*

 

W nocy obudził mnie, szarpiąc za ramię. Ależ byłem na siebie zły! Spałem jak kłoda, poczułem się zbyt bezpiecznie. Właśnie tak ginie się w detrytusie. 

– Słyszysz to? – zapytał mnie.

– Ian, co jest, do…

– Cicho, słuchaj! 

Posłusznie zamilkłem. Nic. Cisza i ciemność. Później kazał mi iść za sobą. Chodziliśmy po wielkich metalowych pudłach, w których mieszkaliśmy, a potem wyszliśmy na zewnątrz. Ian wciąż upierał się, że coś słyszy. 

– Nick, to ze ściany, gdzieś ze środka. Tam coś siedzi, słyszysz to?

– Ian, sam nie wiem, może, trochę jakby coś…

– Dudni, co nie? I stuka, może nadają Morsem? 

– Kurczę, Ian, może masz rację?

Łaziliśmy tak, wzdłuż ściany, nasłuchując, aż nastał świt. Ian był bardzo podekscytowany, mówił, że to nie pierwszy raz, kiedy słychać coś zza stalowego muru. W końcu, zmarznięci i zmęczeni, poszliśmy spać. 

 

*

 

– Nick! Nick, wstawaj, robimy to.

Faktycznie, skompletował niezły zestaw sprzętu. Liny, bloczki i całą masę jakiegoś żelastwa, wszystko rzucił na podłogę głównego kontenera. 

– Zbierałem to od dłuższego czasu. Mamy do pokonania ze trzydzieści metrów. 

– Trzydzieści metrów stalowej ściany, Ian, jak ty to sobie…

– Potrzebujemy tylko dziesięciu, może piętnastu punktów, zamocujemy w nich linę. Będziesz mnie asekurował na dole. 

– Ian, ty tak na serio? Wspinałeś się kiedyś? Wiesz jak to robić?

– Wiem jak, to proste. Ważne, żeby się dobrze zabezpieczyć. 

Z wątpiącą miną przyjrzałem się zardzewiałym hakom, wielkim śrubom i stalowym prętom, które zaprezentował jako sprzęt wspinaczkowy. Spojrzałem na niego pytająco.

– To kosmiczne gówno jest tak porowate i podziurawione podróżą przez kosmos, że wbicie w nie czegoś nie jest trudne, próbowałem. Chodź.

Mówiąc to, odpiął mnie z łańcucha, który przypinał mi zawsze na noc, zgarnął część sprzętu i wyszedł na zewnątrz. Wziąłem pozostałe rzeczy i ruszyłem za nim. W jednym miejscu, w nieregularną ścianę cielska kosmicznego intruza powbijanych było kilka prętów. Były pogięte i nie wszystkie wyglądały na solidnie przymocowane. Widok ten mocno mnie jednak zaskoczył. Te obce konstrukcje wydawały się być niezniszczalne. A on wbijał w nie zardzewiałe żelastwo wyskrobane z żelbetu. 

– Widzisz? Da się! 

Pierwszego dnia wbiliśmy w ścianę dwa pręty. Wcześniej zagięliśmy je na jednym końcu w pętlę tak, aby można było przewlec przez nie linę. Udało nam się w ten sposób przygotować drogę wspinaczki na wysokość czterech metrów. Następne dwadzieścia parę metrów pokonaliśmy kolejnego dnia. Nie mogę powiedzieć, że się narobiliśmy, bo moim zadaniem było tylko trzymanie liny asekurującej Iana, gdy ten wspinał się i mocował kolejne uchwyty. Niewiele miałem roboty, bo od ściany odpadł raz, na wysokości pięciu metrów. Było nisko, lina była przywiązana do leżącego u stóp ściany kawałka betonu, a pręt asekuracyjny wytrzymał. Z góry dobiegł mnie stek bluzgów. 

Oddawałem mu po kawałku liny, wchodził wyżej, wsadzał jeden z naszych prowizorycznych uchwytów w szczelinę chropawego kosmicznego żelastwa i dobijał go młotkiem, przewlekał przezeń linę i szedł dalej. Gdy znalazł kolejne miejsce na uchwyt, spuszczał na dół koniec sznura, a ja przywiązywałem doń kolejny pręt lub hak, który po chwili lądował wbity w parchate żelastwo. Nie robił przerw, nic nie mówił. Piął się w górę, a ja nudziłem się na dole. Nie wierzyłem, że mu się uda. Czekałem aż się potknie, odpadnie od ściany, a cała ta prowizorka nie wytrzyma jego ciężaru. 

Pod wieczór, gdy słońce zaczęło się chować za szczerbatym horyzontem ruin, wszedł wreszcie na górę. Wtedy odwiązałem linę asekuracyjną. 

– Nick, tu coś jest! – krzyknął wychylając głowę znad krawędzi. 

– To zbiornik z wodą, jest ogromny, coś tu pływa! – dodał, po czym jego głowa schowała się za krawędzią kosmicznej ściany. 

Chyba chodził, gdzieś tam, u góry, bo musiałem oddać mu jeszcze kawałek liny, której już sam koniec tylko trzymałem teraz w ręku. Czekałem. Pojawił się, znów, stojąc na krawędzi blisko trzydziestometrowej przepaści. Jeszcze świeciło na niego słońce, ale po ścianie wspinał się ku niemu cień.

– Nick, to jest pełne jakichś stworzeń, nie widziałeś takich nigdy! Tysiące, chłopie! – krzyczał łamiącym się głosem. 

– Pośrodku jest jakaś machina, wciąga je i coś z nimi robi, to popieprzone!

Szarpnąłem linę z całej siły. Gdy Ian stracił równowagę i runął, puściłem jej koniec. Przelatując szybko w górę przez kolejne oczka w zardzewiałych prętach, sznur wydawał z siebie przeraźliwe wycie. Na ułamek sekundy zobaczyłem jeszcze te niebieskie oczy, zogniskowane na mnie, wypalające. Potem już tylko krew na skruszałym betonie rumowiska. I na moich rozpadających się butach. 

 

 

To miejsce stało się moje, ale nie zabawię tu długo, być może w detrytusie czają jeszcze jacyś pożeracze resztek, którzy w każdej chwili mogą się stać drapieżnikami. Na pewno wydeptał ścieżkę do ukrytej plantacji. Wykryję porządek w chaosie, znajdę ją i pożrę wszystko, razem z tą jego, a właściwie moją już, chrupiącą sałatą. 

Adam zaczął, ale ja to wszystko skończę, bo jestem Jeźdźcem Czwartym. I tak nie będzie komu nas wspominać. 

 

Koniec

Komentarze

Ciekawe opowiadanie. 

Pomysł na postapo nienowy, ale ładnie, zgrabnie przedstawiony. Nawiązania do Czterech Jeźdźców Apokalipsy bardzo mi się podobały. Początek zacny, później “akcja” nieco się ciągnie, ale nadrabiają opisy świata, dialogi i przede wszystkim więź, jaka tworzy się między bohaterami. Kilka zdań “wow”, kilka jakby stylistycznie odbiegające od reszty (nie chodzi o dialogi). 

Mimo że przedstawiony świat nie zrobił na mnie większego wrażenia, to haczykiem tego opowiadania, szpileczką jest właśnie ta relacja międzyludzka. Punkt kulminacyjny szybki i gwałtowny. Nie spodziewałam się takiego rozwiązania. 

Ostatni akapit bardzo ok.

 

Bibliotekuję. 

 

Dobre postapo. Solidnie wykreowana postać głównego bohatera. Co do świata, to niezbyt mnie zaciekawił. Niby coś nowego, ale jakoś mało mnie ten pomysł zainteresował. Może gdybym coś więcej się dowiedział byłoby lepiej, ale rozumiem, że sednem opowiadania miały być losy bohatera, a skoro on nic nie wie, to i czytelnik nie powinien. Warsztat dobry, tylko tu coś nie gra:

zoczywszy okazję

[SPOILERY] Dziwi mnie zachowanie Iana, który niby nie ufa w ogóle Nickowi, ale każe mu się asekurować. Raczej powinien zmusić Nica, żeby to on się wspinał. Choć wtedy zakończenie by nie wypaliło. A tak to jest dosyć przewidywalne, ale udane. Na plus zawartość muru, a zwłaszcza to, że głównego bohatera nawet nie specjalnie obeszło, co się w nim znajduje. On po prostu egoistycznie chce przetrwać, widać jego zezwierzęcenie i dobrze to wybrzmiało w ostatnim akapicie.

 

To drugie opowiadanie jakie przeczytałam dziś, należące do gatunku fantastyki, którego nie tyle nie lubię, co się go boję i unikam. I drugie, które przeczytałam „jednym haustem”. I które, niestety, również jest bardzo dobre. Zbyt dobre, zbyt sugestywne, a w końcówce zbyt logiczne. Z potworną precyzją zbudowałeś świat i bohatera, którego historia jest ostatnim przypisem do Biblii. Nie pozostawiłeś czytelnikowi żadnych złudzeń, bo i nie mogłeś. Bo tak zaplanowałeś. Bo twój bohater także jest detrytusem, którego człowieczeństwo zostało doszczętnie przemielone, a ocalała wyłącznie podstawowa potrzeba zaspokojenia głodu i namiastki bezpieczeństwa. Na dodatek jak obrzydliwie przemyślnie wyważyłeś proporcje pomiędzy tym, co chcesz czytelnikowi wyjawić a tym, co sam powinien sobie dopowiedzieć. Gdybyś chociaż narobił jakichś stylistycznych byków, użył określeń od czapy, bęcnął ortografem, zbłądził w tożsamości podmiotów, byłoby mi dużo lżej. Ale nie. Guzik. Dobrze, że za dwie godziny idę na jogę. Otrząsnę się trochę z wrażenia po kontakcie z twoją wyobraźnią i wyobraźnią Realuca. Jesteście przerażająco dobrzy w tym, co piszecie.

Pozdrawiam ostrożnie.

To opowiadanie jest dowodem, że można w postapo napisać coś nowego. Nawiązanie do jeźdźców apokalipsy bardzo przemyślane, sama historia świetnie poprowadzona, a moment kulminacyjny – zaskakujący. Pozostawilo mnie z lekkim poczuciem niedosytu, chciałbym wiedzieć co takiego Ian zobaczył, ale to dobrze. 

Wstęp jest napisany przepięknie, wręcz poetycko. Później wpadasz w ramy gatunku – tak mniej więcej od momencu, gdy pojawia się Ian – ale zakończenie to rekompensuje. 

Bardzo dobry tekst. 

Saro, dzięki bardzo. Ja sobie tak tu po cichu jesczcze wnoszę w tym tekście poprawki z doskoku, może te zdania odbiegające od reszty uda się przywołać do trzódki. 

 

herox002 fajnie Cię znów u mnie widzieć z komciem, i to pozytywnym. Z Ianem miało być tak, że jest trochę obsesyjny i BARDZO chciał wejść na górę, dowiedzieć się co tam jest. Opuścił gardę, zaufał, bo ta motywacja była silniejsza od rozsądku. No i Nick starał się jak mógł zbudować do niego zaufanie. Z tym “zoczywszy”, to aż tu parsknąłem herbatą – co to w ogóle za słowo jest, co ja pisze? :P

 

w_baskerville, toś mi tu nakomplemenciła, nie ma co. Bardzo miło i ciesze się, że tekst wywarł takie wrażenie. I lece czytać Realuca, lubie gościa czytać. 

 

Gekikara, ja tu pojechałem mało oryginalnie jeśli chodzi o setting, ale to tylko setting. Próbuję się nauczyć budować bohaterów i relacje. Wiem, trochę czasem wkurzam czytelników takimi nieodkrytymi kartami na koniec, walczę z tym, choć w sumie jest to jakieś tam narzędzie, co nie?

 

Wszyscy: Dzięki serdeczne za przeczytanie i miłe komentarze, bardzo się cieszę, że Wam to podeszło. 

 

 

Pięknie napisane, bardzo podoba mi się pomysł z Czterema Jeźdźcami Apokalipsy, wnosi nowy element do postapo i nadaje opowiadaniu jakiejś takiej “głębi” :) Kreacja bohetera i watrsztat też na plus.

Przeczytałam z przyjemnością i oczywiście klikam bibliotekę :)

Łosiocie, przybyłem!

Pomijając aspekt, że w tym samym czasie wstawiliśmy postapo z niemal identyczną ilością znaków, co pisałem już pod moim tekstem, to jeszcze zawarłeś w swoim opowiadaniu słowa:

w kałuży własnej krwi

Więc ogólnie nieźle się poskładało :D

Co do tekstu! Kurczę, no ja też lubię czytać tego gościa! Jak dla mnie piszesz niezwykle zgrabnie. Twoje zdania przyswaja się z wielką lekkością i przyjemnością. Końcówka dla mnie bombowa, udało Ci się mnie zaskoczyć i zakończyć bardzo dobre opowiadanie bardzo dobrym finałem. Choć chciałbym wiedzieć coś więcej o świecie, o konstrukcjach, po których wspinał się Ian, ale to tylko dlatego, że wessało mnie w wykreowany przez Ciebie świat.

No i ten fragment z sałatą! Świetnie napisany. Mimo, że jestem świeżo po śniadaniu, czułem tak jak i Twój bohater potrzebę wgryzienia się w wilgotne, zielone liście.

:)

Realuc, cieszy mi się japa, że tak Ci się spodobało. Dzięki bardzo.

 

W kwestii zbiegów okoliczności:

 

Może pogadajmy z berylem, niech sprawdzi, czy nie jesteśmy tą samą osobą która wrzuca teksty z dwóch kont…

Mam inną teorię. Coś tak ostatnio słyszałem w głowie dwa głosy… i już wszystko jasne! Użyłeś jakichś zaawansowanych technologii aby wczepić mi do mózgu czip? Posiadasz tajemne moce umysłu, pozwalające grzebać innym w czerepie? Wstawiłeś dzień wcześniej dla alibi, że niby to nie twoja sprawka? Mam Cię angry

katia! Przepraszam, przegapiłem Twój komentarz. A wazny, bo wspominasz 4 Jeźdźców, miałem trochę obawę, że wyjdzie pretensjonalnie, ale mi to pasowało do jego konstrukcji (karaluch z wybujałą ambicją ;)

Dziękuję za kliczka.

 

Realuc, ostatnio zaatakowałem psionicznie gupika, zbierałem się po tym trzy dni. Nie dałbym Ci rady. 

Temat postapo jest zawsze bliski mojemu sercu. Podobało mi się i to bardzo, do tego raczej świeży oddech jeśli chodzi o przedstawienie świata i bohatera. Czytało się hm… średnio chybko ale możliwe, że to kwestia mojej słabszej formy. Ogólnie bardzo na plus.

JohnnyTrestle

Hej Johnny, dzięki za przeczytanie i komentarz. Fajnie, że Ci się spodobało. Średnio chybko – bo się dłuży, czy jest językowo jakaś kaszanka?

Nie jestem jakimś wielkim fanem postapo. Może nie cierpię przy tym tak, jak przy cyberpunku, tym nie mniej jakoś ciężej przychodzi mi szukanie frajdy w lekturze. Diabli wiedzą, dlaczego?

Podchodziłem więc do tego tekstu z pewnymi obawami. Tak naprawdę przyciągnęły mnie przede wszystkim opinie innych czytelników, którzy wskazywali, że znalazłeś pewien element świeżości w postapo.

Nie kłamali.

Czytało mi się fajnie. Z kilku powodów. Po pierwsze dlatego, że nie zdradzasz na początku przyczyn apokalipsy. Ja lubię taką prezentację historii, gdzie zaczynam z pewnymi wątpliwościami i poprzez lekturę mogę sobie czekać na to, w jaki sposób Autor będzie mnie powoli “oświecał”. Słowem, zaczynasz tekst z pewną zagadką, co zazwyczaj działa stymulująco na zainteresowanie czytelnika.

Przynajmniej w przypadku, gdy tym czytelnikiem jest CM.

Dalej. Podobały mi się w tym opowiadaniu szczegóły. Te drobiazgi typu sałata. Może się zdawać, że to żaden istotny element opowiadania. A jednak w bardzo fajny sposób uwiarygadniasz nimi prezentowany obraz. Podobnie można pisać o relacji Nicka z Ianem. Są, zrozumiałe w tej sytuacji, niepewność, brak zaufania, nadmierna ostrożność. Jest pewna konieczność nawiązania relacji celem dalszej egzystencji. Drobiazgi, ale swoje znaczą.

Jest wreszcie nietypowe zakończenie. Ten element odświeżenia postapo. Fajny pomysł, nie powiem. A najbardziej mnie rozbroiło, że w ogóle się go nie domyślałem, chociaż tytuł w pewien sposób go spoileruje.

Słowem, jak na postapo, lektura przebiegła zaskakująco bezboleśnie.

Marudzenia tym razem nie będzie. W końcu: ileż można zrzędzić? ;-)

Naprawdę fajna lektura na początek weekendu. :)

Pozdrowił i poszedł.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

CM, mam powód do świętowania, boś mi, w końcu, dał dobrą recenzję bez ale. Serio, bardzo się cieszę i dzięki, że zajrzałeś. Do zobaczenia jutro pod Cmentarzem ;)

Fajne, podobało mi się :)

Przynoszę radość

Aneto, radość przepełnia me serce. 

Moje też ;)

Przynoszę radość

Jak zwykle dodam łyżkę dziegciu do tych achów i ochów.

Postapo może być intrygujące, pod warunkiem, że takie jest.

Jeźdźcy Apokalipsy…darujcie sobie to i inne biblijne opowiastki wyeksploatowane, niewiarygodne, mające uchodzić za sensacyjne.

No i pożyczka z Walking Dead.

Siema Neurologu jeden hasztag! Łyżka dziegciu zawsze się przyda, tym bardziej, że pewnie tutaj jest adekwatna. No bo, przecież, trudno o bardziej banalne zestawienie niż postapo – Jeźdźcy Apokalipsy. 

Darować, to sobie nie darujemy raczej i będziemy pisać dalej nasze opowiastki. Dodamy tylko, że nie rozumiemy, dlaczego miałyby one uchodzić za sensacyjne (raczej nie mają za takie uchodzić). Nie wiemy też, co pożyczyliśmy z Walking Dead. Nie oglądamy tego serialu, więc nawet jeśli coś pożyczyliśmy, to nie oddamy. 

Dzięki, pozdrawiamy!

Przyznaję, że przeczytałem opowiadanie dwa razy. Drugi raz ze względu na to, kto je napisał. Z dużym prawdopodobieństwem porzucił bym bowiem lekturę w czasie pierwszego podejścia. Mówię o tym, bo będzie to dobrym wstępem do mojego komentarza i wniosków. 

Odbiłem się od formy. Choć chciałbym zaznaczyć, że nie jest zła. Wręcz odwrotnie, jest bardzo obrazowa, taka jak lubię, kwestia tylko tego, czy najlepsza dla takiej koncepcji opowiadania?

Moim zdaniem, nie. I mam też duże wątpliwości, czy przemyślałeś sobie, co chcesz przekazać tym utworem, jakie struny poruszyć, jakie pytania i refleksje powinny towarzyszyć czytelnikowi?

 

Mam wrażenie, że opowiadanie stoi tylko formą, i ta forma była czymś, co napędzało Cię podczas pisania. I nie zgodzę się tu z poprzednikami, że to coś nowego. Wręcz przeciwnie, bardzo często spotykam się w postapo z takim modelem "samotnego człowieka i kamienia filozoficznego". To jedno z najbardziej popularnych podejść do tego tematu. A mówię o tym wszystkim, bo przez połowę opowiadania nie byłem pewny, czy zaraz wszystko nie okaże się jakimś snem, marą nocną, albo inną nierzeczywistą wizją, powstałą tylko w głowie głównego bohatera. To przeszkadzało w czytaniu, wiesz, gdy nie jestem do końca pewny, gdzie się znajduję, gdzie jest miejsce i przestrzeń akcji, gubię się, a to jest w pewnym stopniu irytujące. Nie to jest jednak największym problem, bo wspominałem przecież, że lubię taką formę, ale później nastąpiło zderzenie formy ze "zwykłymi dialogami" i normalną już akcją. Okazało się też, że obaj bohaterowie są normalnymi ludźmi, nie byłoby to nic złego, gdybyś wcześniej z Nicka nie zrobił wręcz filozofa, który rzuca metaforami na prawo i lewo, a myśli prawie wierszem. Jego strona mentalna w czasie podróży nijak nie pasuje do osoby, która prowadzi dialog z Ianem. I to jest mój główny zarzut do opowiadania. Poniżej fragmenty drugiej części, które najbardziej mi doskwierały:

Pierwsze, co powinienem zrobić, to sprawdzić więzy, znaleźć drogę ucieczki, wydrapać się stamtąd pazurami, wygryźć zębami; byłem jeszcze jednak na to zbyt słaby.

Dlaczego miałby to zrobić? Dlaczego z taką determinacją powinien się uwolnić?

 

Ostrożne ruchy, lufa paskudnej spluwy wymierzona w mój brzuch. Tylko amator celowałby w głowę.

Paskudne zdanie. ;)

 

– Wypuść mnie – wycedziłem.

Ruch pistoletem. Nieznaczny, niedbały, od niechcenia. 

– Mów. 

– Pieprz się. Zabiłbyś mnie już dawno. Uratowałeś mnie i karmisz. Potrzebujesz mnie do czegoś.

Skoro Nick wie, że jest Ianowi potrzebny, czy logiczne jest żądanie sekundę wcześniej, żeby go wypuścił?

 

Nie odezwałem się, wolałem żeby dalej rozdawał karty, bo dobrze mi szło. Potrzebował mnie, to ważna informacja.

Co Nickowi dobrze szło? Czy nie był pojmany? Czy nie stała przed nim groźba śmierci? Jego sytuacja w ciągu kilku godzin drastycznie się przecież pogorszyła.

 

– Chcę poznać twoje imię. Chcę żebyś odpowiadał na moje pytania – ciągnął.

A na co mu jego imię? Czy nie jest bez znaczenia? Zmyliłeś mnie, myślałem, że jest to jakoś powiązane z Jeźdźcami Apokalipsy i poszczególni bohaterowie nie są przypadkowi, ale mają jakieś określone znaczenie.

W ogóle dialog raczej mnie nie urzekł, w całości. Przykładami powyżej chciałem dać Ci jakiś konkret, w przeciwieństwie do Neurologa i takich zdań z dupy, które niewiele wnoszą, że miałem konkretne wątpliwości, że kolejne przeczytane zdanie nie rozjaśniało sytuacji, ale bardziej budziło moje wątpliwości.

 

Ciężko przychodzi mi to powiedzieć, ale sama akcja też nie jest bez wad.Najlepiej będzie, gdy zamiast opinii zadam Ci kilka pytań.

Czy spotkałeś się kiedyś ze zdarzeniem, gdzie szczury atakowały zupełnie zdrowego człowieka, podążając za nim, jak stado wilków?

Skąd wrogość Iana do Nicka? Jakie są jej podstawy i powody? 

Czy to nie kosmici są wspólnym wrogiem ludzkości?

Dlaczego Ian związał/ nie związał Nicka? Wydaje się, że Nick miał możliwość ucieczki, więc po co w ogóle go wiązać?

Skąd świeża i soczysta sałata, wiesz w ogóle, jak się ją hoduje?

Dlaczego Nick rzuca się na osmalone szczury jakby przez miesiąc nic nie jadł? 

Jaki związek z akcją i kosmitami ma nawiązanie do Czterech Jeźdźców Apokalipsy?

 

Podsumowując powtórzę się, nie mam nic przeciwko takiej formie. Postaram się odnaleźć tu, na forum, opowiadanie postapo, które też stało filozoficzną formą, ale autor nie połączył jej z przyziemną akcją. Mówiąc krótko, wolałbym albo albo, gdyż teraz druga część opowiadania nie sprostała wstępowi.

Ech, coś czuję, że nie będziesz już tak chętnie oczekiwał moich komentarzy. :)

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Darcon, prowokatorze Ty, żeby mnie zniechęcić do Twoich komentarzy, musiałbyś się dużo bardziej postarać. Bo wnikliwe czytanie moich opowiadań i poświęcanie jeszcze dodatkowo czasu na konkret krytykę to nie jest dobra droga :) Po raz kolejny bardzo Ci dziękuję za takie zaangażowanie. 

 

Zanim odniosę się do poszczególnych wątków, rzucę ogółem, bo on częściowo wyjaśni pewne sprawy. W ogóle, dalej będę pisał o moich zamiarach dotyczących tego tekstu. O tym, jak chciałem, żeby to wszystko wybrzmiało. 

 

Podstawowe założenie jest takie, że główny bohater jest szaleńcem. Gość walczy o przetrwanie w trudnym świecie i zaczał sobie dorabiać górnolotne tłumaczenia dla własnych, niecnych postępków.

Bo to typ ocalałego z zagłady, który wiedziony zwierzęcym wręcz instynktem przetrwania zrobi absolutnie wszystko. Nie liczy się nic innego. Nie liczą się inni. W opowiadaniu są delikatne wkazówki. (Żołnierz, Chory i Trzeci, który umarł, by nasz bohater mógł przeżyć. )

Zamiar był więc taki, żeby zestawić ze sobą pompatyczne tłumaczenia i chore poczucie misji tego szaleńca, z brudnym, przyziemnym, karaluszym życiem popaprańca. 

Stąd wzięły się dwie tonacje opowiadania. Nie bronię i nie upieram się, czy to dobrze, ale zamysł był właśnie taki. 

 

Teraz konkrety:

Pierwsze, co powinienem zrobić, to sprawdzić więzy, znaleźć drogę ucieczki, wydrapać się stamtąd pazurami, wygryźć zębami; byłem jeszcze jednak na to zbyt słaby.

Dlaczego miałby to zrobić? Dlaczego z taką determinacją powinien się uwolnić?

Poczuł się zagrożony, ocenił Iana swoją miarą. Instynkt. Przetrwać. 

 

Ostrożne ruchy, lufa paskudnej spluwy wymierzona w mój brzuch. Tylko amator celowałby w głowę.

Paskudne zdanie. ;)

Wiesz co, masz rację :P Ale miało pokazać, że bohater już bywał w podobnych sytuacjach, być może także po drugiej stronie pistoletu. 

 

– Wypuść mnie – wycedziłem.

Ruch pistoletem. Nieznaczny, niedbały, od niechcenia. 

– Mów. 

– Pieprz się. Zabiłbyś mnie już dawno. Uratowałeś mnie i karmisz. Potrzebujesz mnie do czegoś.

Skoro Nick wie, że jest Ianowi potrzebny, czy logiczne jest żądanie sekundę wcześniej, żeby go wypuścił?

Tak, bo później w końcu się to stało. Ian uwalnia Nicka, wypuszcza go z celi i rozwiązuje, a Nick nie ucieka i mu pomaga. “Wypuść” mógłbym zastąpić tutaj “Uwolnij”. Niuans, ale chyba istotny. 

 

Nie odezwałem się, wolałem żeby dalej rozdawał karty, bo dobrze mi szło. Potrzebował mnie, to ważna informacja.

Co Nickowi dobrze szło? Czy nie był pojmany? Czy nie stała przed nim groźba śmierci? Jego sytuacja w ciągu kilku godzin drastycznie się przecież pogorszyła.

To, że dostał się do niewoli faceta, który, jak się okazało, być może miał powód, by go nie zabić. Nick z początku był pewien, że zaraz będzie już po nim. Ale okazało się, że są szanse. Ta rozmowa i późniejsze, to zbieranie informacji, to budowa zaufania i obwąchiwanie sobie… no wiesz. 

 

– Chcę poznać twoje imię. Chcę żebyś odpowiadał na moje pytania – ciągnął.

A na co mu jego imię?

To kwestia kontroli, ustalenia zasad. Ian był górą i pokazał, że wymaga posłuszeństwa. Warunek – odpowiadaj na pytania. 

 

OK, to dalej, co do historii. 

– Szczury: totalna, wolna i radosna twórzczość rodem z kina klasy B. Po prostu :) Pewnie dlatego nie dałem tagu SCIFI.

– Wrogość Iana do Nicka pokazuje relacje międzyludzkie w tym świecie. Zresztą, to nie jest nawet wrogość, a nieufność. Jan jest samotnikiem, swoje przeżył. Jest na przykład taki fragment:

– Ci co przeżyli, trzeba na nich uważać. 

– Wiem – westchnął (Ian).

Czy to nie kosmici są wspólnym wrogiem ludzkości? – Ian jest tym pochłonięty, chce to zbadać i go to fascynuje. Nick, cóż. Dla niego ważniejsza jest sałata i własne przetrwanie. 

– Sałata: hoduję sałatę w domu, w skrzynce z ziemią, przy oknie. Nie ma wygórowanych wymagań. Trza podlewać. Ian hoduje sobie warzywka, tylko że Nick nie wie gdzie. Jeszcze.

Dlaczego Nick rzuca się na szczury jakby przez miesiąc nie jadł? – Bo był głodny. Wiem, nie ma wcześniej takiego sygnału. Tzn jest słabiutki – gdy mowa o szczurach i o tym, że ich obecnośc oznacza że w pobliżu może być żarcie. 

 

Tyle, Darconie. Tak miało być, o to chodziło. Strasznie jestem ciekaw, co tam się kryje pod intrygującym tytułem Warga, zaraz wbijam do Ciebie i będę czytał. Dzięki!

 

 

 

Twoje wyjaśnienie brzmi sensownie, chociaż bohater brzmiał dla mnie zupełnie normalnie, a to może oznaczać, że sam jestem nienormalny i traktuje innego wariata jak normalnego. :)

Gdybyś dodał dwa, trzy zdania, które w jasny sposób pokazałyby, że Nick wszędzie widzi wrogów, może jakieś powtórzenie, które świadczą o natręctwie, schizie, obłędzie, byłbym trochę bardziej usatysfakcjonowany.

“Uwolnij” rzeczywiście lepiej pasuje, z głodem mnie nie przekonałeś. :) Co do reszty, też brzmi sensownie przy Twoich wyjaśnieniach, tyle tylko, że wolałbym bardziej załapać to w tekście. Może na przyszłość pomyśl o jakiś wtrąceniach w didaskaliach? “Poczuł zagrożenie, spojrzał nieufanie, burczało mu w brzuchu, wszędzie słyszał skradające się kroki, itp.”

Szaleniec, mówisz? :0

Pozdrawiam. :)

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Ech, Łosiocie, pozostawiłeś mnie z nierozwiązaną zagadką nagłego zaistnienia stalowej bariery, a już miałam nadzieję, że Ian rzuci nieco światła na sprawę, jednak, no cóż, nie było mu to dane…

Może i Nick był czubkiem, ale jak by na to nie patrzeć, trafił swój na swego i jeden z nich okazał się lepszy w te klocki.

Opowiadanie zaciekawiło mnie od początki i mimo kilku potknięć, czytało się naprawdę nieźle. ;)

 

po wielu ty­go­dniach spo­tkał bym taką samą. ―> …po wielu ty­go­dniach spo­tkałbym taką samą.

 

Naj­pierw po­je­dyn­cze bobki, potem szczo­drze roz­sy­pa­ne setki i ty­sią­ce ma­łych, czar­nych zia­re­nek gówna. ―> Czy ktoś rozsypywał szczurze gówienka, czy może raczej: Naj­pierw po­je­dyn­cze bobki, potem szczo­drze/ obficie zostawiane setki i ty­sią­ce ma­łych, czar­nych zia­re­nek gówna.

 

Po­ja­wi­ły się nagle, kilka prze­le­wa­ją­cych się jak bure la­wi­ny grup zbli­ża­ją­cych się z róż­nych kie­run­ków. ―> Lekka siękoza.

Może: Po­ja­wi­ły się nagle –  kilka grup jak bure la­wi­ny, nadchodziły z róż­nych kie­run­ków.

 

wpa­ra­do­wał z ko­śla­wym krze­słem w ręku i usta­wił je opar­ciem do przo­du. Przed­ra­mio­na zło­żył na opar­ciu. ―> Czy to celowe powtórzenie?

Może: …wpa­ra­do­wał z ko­śla­wym krze­słem w ręku, posta­wił je, siadł na nim okrakiem, a przed­ra­mio­na zło­żył na opar­ciu.

 

Nie mo­głem oddać mu wszyst­kie­go na raz. ―> Nie mo­głem oddać mu wszyst­kie­go naraz.

 

Sprze­da­łem się za sa­ła­tę, za mar­chew, za ziem­nia­ki, a nawet – za wszyst­ko na raz… ―> Sprze­da­łem się za sa­ła­tę, za mar­chew, za ziem­nia­ki, a nawet – za wszyst­ko naraz

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hejo reg, dzięki za odwiedziny i łapankę, poprawki naniosę jak tylko będę miał ku temu odpowiednie okoliczności. Tak, wiem, zostawiam czytelnika z nierozwiązaną zagadką, to chyba nie jest fajne. Serdecznie dziękuję!

Bardzo proszę, Łosiocie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmmm. Pokazujesz zagadkę i jej nie wyjaśniasz. Finkle tak nie lubią.

Nie bardzo mi się podoba, że mieszasz różne bajki. Tu przegrody, wyglądają na pochodzenia kosmicznego, a tu nagle czwarty jeździec… Czy on bałby się szczurów, byłby głodny? Chyba nie, to twardy gość.

No, trochę ten jeździec wyskakuje jak czołg znienacka. OK, jest zapowiedziany w tytule, ale nie widać motywów religijnych wcześniej.

Piszesz w komentarzach, że bohater jest szaleńcem. Być może, ale nie widziałam tego w tekście. Tak, zrobił coś złego innym ludziom i nie chce się do tego przyznać. Ale ja nie wiem, co to było ani jaki miał wybór – za mało wiem o świecie, żeby ferować wyroki.

Mam wrażenie, że przy opisie wspinaczki strasznie ściemniasz. Widziałeś kiedyś, jak ludzie wspinają się po skale?

Babska logika rządzi!

Finklo! Jesteś niezawodna. Zagadka, tak, może irytować. Wciąż się uczę, testuję, sprawdzam. Parę miechów temu tak mi się jakoś wymyśliło: zrobię se takie właśnie tło, ale historia będzie o czym innym. Dość słabe założenie, teraz tak sobie do tego dochodzę. 

 

Wątek Jeźdźca/religijny jest tu wkręcany od początku. Pisze o Adamie, o tym, że bohater chce zamknąc historię ludzkości. Potem jest wzmianka o pozostałych Jeźdźcach (żołnierz, Chory, Głodny).

 

Szaleństwo bohatera – kumię Twoje wątpliwości. 

 

Odnośnie wspinaczki – pewnie, kurde, że ściemniam! Nie oznacza to, że nie widziałem/nie wspinałem się po skałach. Łosioty robiły w życiu bardzo wiele dziwnych rzeczy.

No dobra, nie wspinałem się po skałach. Ale mam kolegę, którego kuzyn zna gościa, który oglądął kiedyś taki film… ;)

 

Dziękuję Ci, po raz enty już, Finklo. Uwielbiam zarówno Twoje “misię”, których juz parę od Ciebie dostałem, jak i takie kubełki zimnej wody. 

Serdeczności!

Aaaa, z tymi innymi jeźdźcami to sprytne. Ale jeśli zrobił IM kuku, to chyba apokalipsa odwołana?

Ale z Twoją koncepcją wspinaczki to raczej zabiłbyś gościa parę razy, zanim dotarłby na szczyt. ;-)

Pierwsze, co mi się rzuciło w oczy – liny nie przekłada się przez oczka w tym, co umocowałeś w ścianie, bo potrzebujesz do tego wolnego końca. A jak się odwiążesz, to wisisz siłą woli (OK, można sobie założyć autoasekurację, ale to wyższa szkoła jazdy i robi się to tylko w razie konieczności). Jest coś zwane ekspresem – dwa karabinki połączone taśmą. Jeden karabinek wpinasz w pętelkę w tym, co jest w ścianie, drugi w linę.

Nie spuszczasz liny po potrzebny sprzęt, tylko zabierasz go ze sobą, przypięty do uprzęży wspinaczkowej.

Babska logika rządzi!

Z tą wspinaczką, to sobie pomyślałem tak: gość nie ma pojęcia, jak to zrobić, ale ma straszny drive, żeby wejść na górę i w końcu znalazł kogoś, kto mu pomógł. Również – pare miesięcy temu pisząc, improwizowałem znacznie bardziej, niż teraz ;)

 

 

Na mojego czuja, jeśli facet ma tak strasznie ryzykować, przymocowując linę do zabezpieczeń, to już lepiej, gdyby poszedł na rympał, bez asekuracji, byłby bezpieczniejszy.

Są ludzie, którzy znają temat, są filmiki o wspinaniu, podręczniki chyba też. Podstawowe węzły chyba są narysowane na instrukcji do każdej uprzęży sprzedawanej w sklepach turystycznych. Nie wiem, jak bardzo został zniszczony Twój świat, skoro bohater nie może dotrzeć do tych informacji.

A z drugiej strony – nie mógł usypać rampy z piasku? Wziąć drabiny? Skombinować drabiny strażackiej?

Babska logika rządzi!

Ostatnią rzeczą, którą zobaczyłem, było zionięcie ogniem, fala płomieni pędząca w moją stronę, wypełniająca tunel nade mną. 

Może tylko dla mnie, ale słowo "zionięcie" brzmi wyjątkowo zabawnie i powoduje zabawne skojarzenia. Trzeba się nieźle nagimnastykować, by użyć go w poważnym zdaniu i nie wywołać uśmiechu. Zwłaszcza mając w kontekście miotacz ognia, nie smoka, czy Thargona na kacu. Wyciąłbym je, zostawiając:

"Ostatnią rzeczą, którą zobaczyłem, był ogień, fala płomieni pędząca w moją stronę, wypełniająca tunel nade mną."

 

– Pieprz się. Zabiłbyś mnie już dawno. Uratowałeś mnie i karmisz. Potrzebujesz mnie do czegoś.

Mam alergię na "pieprz się". Oczywiście to żadna sugestia, bo wrażenie jest raczej subiektywne, ale mam owo "pieprz się" za nienajlepszy przekład "fuck You", który, pojęcia nie mam dlaczego, się przyjął. U Ciebie ma to jakiś sens, gdyż bohaterowie zapewne mówią po angielsku, ale… Czy ktoś naprawdę mówi "pieprz się" w prawdziwym życiu, w ekstremalnej (również emocjonalnie) sytuacji? Czy jeden twardy ocaleniec powiedziałby tak do drugiego? Czy w ogóle tak się mówi? 

Ale bardziej czepiać się nie będę, bo nie ma czego. Podkreślałem już nie raz, że bardzo lubię Twój styl, gdzie precyzja, lekkość i (pozorna) prostota spotyka celną i oszczędną, acz piękną i nieledwie poetycką metaforę. Taki styl lubię najbardziej, taki do mnie trafia, taki uważam za dowód pisarskiej dojrzałości. I tudzież się nie zawiodłem – opowiadanie jest napisane po łosiocku znakomicie. 

Więcej – to, co Darcon uważał za wadę – zderzenie obrazowej, pięknej formy z obskurwiałością realiów i prymitywnością dialogów mam za zaletę. Lubię nienachalnie kontrasty. 

No i klimat świetny – pierwsze akapity doskonale wprowadzają czytelnika w nastrój postapo, głównie dzięki budowaniu specyficznej atmosfery i wymownym detalom, niż nudnym opisom. Brawo, kapitalna robota. 

A teraz możesz już przestać czytać i włączyć sobie jakąś telenowelę. Bo przyjemniej spędzisz w ten sposób czas :-) 

Mamy bowiem do czynienia z Syndromem Łosiockim – znakomity początek, świetne, interesujące rozwinięcie i połebkowa, pośpieszna końcówka, sprawiająca wrażenie, że w połowie tekstu Ci się odechciało. Jesteś jak ten Trzeci Jeździec, Głód. Nie tylko pozostawiasz niedosyt, ale dajesz czytelnikowi posmakować czegoś naprawdę dobrego, a potem odbierasz strawę i pozwalasz mu mrzeć z głodu. 

Po co było wymyślać oryginalny sposób na globalną katastrofę, podkręcać go do granic absurdu, jeśli nie miałeś zamiaru go wyjaśniać? Co się stało? Kto zabił świat? (gdzieś już padło to pytanie…) Po co? Czy pierdyknięcie w Ziemię stalową siatką geograficzną mogło spowodować takie zniszczenia, zabić niemal wszystkich? 

Nie, nie chcę słyszeć wyjaśnień, że tekst jest nie o katastrofie, tylko o relacji między dwoma bohaterami, więc natura kataklizmu nie ma znaczenia. Gdyby nie miała, przepraszam, żeby nie miała, to trzeba było pozostać przy jakiejś oklepanej asteroidzie albo globalnej wojnie nuklearnej, połączonej z ociepleniem klimatu, pandemią wirusa abstynencji i atakami bojówek zbrojnego ramienia LGBT, czy czymś równie oczywistym. A nie wymyślać coś tak odjechanego. I jeszcze dowalać opisem tego, co widział Ian. Ech… 

Miałem też pewne nadzieje na jakiś mistyczny zwrot – te biblijno-apokaliptyczne nawiązania, ale to się okazało rojeniami szaleńca. I tego też nie kupuję, bo, jak ktoś już zwrócił uwagę, owego szaleństwa w ogóle nie widać. A ze wszech miar powinno być widać, tym bardziej, że to pierwszoosobowa narracja. 

Okej, żeby nie przedłużać i nie mędzić za bardzo (bo może jednak to czytasz, a nie pogrążyłeś się w bezpieczej telenoweli) napiszę tylko: Wiem, że cały tekst jest przemyślany i wygląda tak, jak sobie to zamierzyłeś. Ale moje wrażenie jest takie, jakbyś rozkręcił coś niesamowitego, a potem nie miał pojęcia jak to rozwinąć i zakończyć godnie. Albo Ci się znudziło. 

Syndrom Łosiocki, jak nic. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Hej Mister T!

Tak jakoś to wychodzi. To znaczy najpierw wydawało mi się, że w ogóle pisanie samo w sobie jest jakimś kosmosem niewyobrażalnym. Następnie okazało się, że jeszcze trzeba układać historie i je kończyć! Miałem teraz miniseryjkę opowiadań, na których się sporo nauczyłem i, być może, w powietrzu wisi skok rozwojowy :)

 

Takie jest, to pisanie. Im dalej w las, tym więcej drzew, a ostatnio i ludzi, bo bidulki się boją chodzić po sklepach, a przecież chodzić gdzieś muszą. Przechadzają się wzdłuż ścieżek, oglądają patyki, zbierają szyszki, żołędzie, a potem ustawiają w kolejkach do drzew, a nawet próbują im płacić.

- Pierwszy raz w lesie? – zapytuję tego i owego.

– Tak – rzecze ten.

– To własnie jest las? – odpowiada zszokowany ów. 

***

O! Widzisz? Znowu. Rozkręciłem się, coś się zaczyna dziać, a ja nie wiem, co dalej :P

 

Thargone, oczywiście, już na serio, bo się należy: jest mi BARDZO miło, że czytasz moje teksty i wracasz z komentarzami. Za każdym razem dopisuję sobie coś do listy rzeczy, które należy uwzględniać pisząc. Jak widzisz, nie poddaję się. I, kurczę, zwalczę ten syndrom, przepracuję to i w końcu Ci wynagrodzę czas włożony w recenzowanie moich prac. I dzięki za dobre słowo o stylu pisania. 

serdeczności

 

Czyli człowiek, który chce przetrwać za wszelką cenę jest gorszy niż wojna, choroba i głód razem więte ;)

Nieźle szurniętego bohatera udało Ci się stworzyć. On już dawno pogrążył się w paranoi. Normalnie potrzebujemy kontaktów z innymi ludźmi i właściwie chyba w każdej książce postapo, w której bohater pozostał sam, stara się znaleźć kogoś. Ten Twój wręcz przeciwnie.

Potknęłam się w dwóch miejscach. Pierwszy raz przy akaku szczurów. Nie dość, że go goniły, to jeszcze w którymś momencie zaszły z flanki. Przez moment wręcz myślałam, że to właśnie gryzonie jakoś wyewoluowały intelektualnie i to one są odpowiedzialne za stworzenie ścieżki ;) Szkoda, że były realne, gdyby bohater po prostu dostał dechą w łeb, bez tego miotacza ognia, a szczury były jedynie tworem jego wyobraźni, bardziej podreśliłoby to jego szaleństwo.

Drugi raz potknęłam się przy wspinaczce. Niezupełnie tak to wygląda ;)

 

Szkoda, że nie dowiedziałam się, co się właściwie stało. Wymyśliłeś niesamowitą wizję apokalipsy, zaostrzyłeś mój apetyt, kiedy Ian, po wyjściu na mur opisywał, co widzi, a potem nie zamknąłeś wątku. To po co było wymyślać coś tak ską skomplikowanego? Nie wystarczyłaby zwykła atomówka? ;)

 

Generalnie bardzo lubię Twoje opka, jakiś taki niesamowity klimat potrafisz w nich stworzyć. To też mi się podobało, ale przez niewyjaśniony wątek apokalispy pozostaję z uczuciem niedosytu.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Jak widzisz, nie poddaję się. I, kurczę, zwalczę ten syndrom

Ja widzę przede wszystkim, że tylko niektórzy marudzą, że opko jakby niedokończone i niedosyt pozostawia. A piórko dostałeś chyba za ten tekst o zagubionej Skodzie, który określiłem jako "urwany w połowie". 

Tak więc Syndrom Łosiocki może istnieć tylko w mojej głowie :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Hej Irko, dzięki! Niesamowicie mi miło czytać, że lubisz moje opowiadania i ich klimat. Dziękuję za ten komentarz i dobre słowo. Już się teraz będę starał nie robić takich numerów i będę wyjasnial takie wątki odgrywające ważniejsza rolę. Bo fakt, w tym opowiadaniu apokalipsą mogłoby być cokolwiek,po co więc drażnić czytelnika?

Nowa Fantastyka