- Opowiadanie: JohnnyTrestle - Zapach Fenolu

Zapach Fenolu

Jakieś sześćdziesiąt jedwabnych, wymoczonych w fenolu podwiązek później krwawienie ustało prawie całkowicie. Młody lekarz wziął głęboki oddech. 

„No, nie wygląda to tak źle. Jeśli pacjent chce przeżyć, to faktycznie, medycyna bywa bezsilna” – przemknąło mu przez myśl.”(...) Geralt żył.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Zapach Fenolu

Łódź płynęła powoli, zostawiając za sobą leniwie pojawiające się zmarszczki wody w kształcie długiego klina.

Głośny oddech Geralta słabł z każdą chwilą.

„Ale gdzie się przenieść?” – nerwowo powtarzała w myślach Ciri, a głos odbijał się echem w jej głowie. Czuła narastającą panikę. Szyja i usta zaczęły pokrywać się nieprzyjemnym drętwieniem, zwiastującym napad lęku.

– Musi być jakiś ratunek, musi. Tylko gdzie? Tyle miejsc, tyle czasów. Chaos ogarnął myśli małej wiedźminki, a pytanie zapętliło się ślepo w jej głowie.

– Nie na oślep – wychrypiała ledwo żywa Yennefer. – Tylko nie na ślepo.

Zemdlała. Zemdlała, ale żyła, a przynajmniej tak się wydawało.

„Jestem sama, znowu sama z konającym ojcem na rękach”– pomyślała Ciri a uczucie panicznego lęku całkowicie ją zdominowało.

Oddech wiedźmina tężał z każdą chwilą. Wdech już chrapliwy, mocno przeponowy, dawał jasno do zrozumienia, że śmierć jest już blisko, bardzo blisko.

Geralt spróbował otworzyć oczy, bez skutku. Powieki niczym z ołowiu ani drgnęły.

– Mamo… – powiedział ledwo słyszalnym, agonalnym głosem. – Mamusiu… ratuj mnie.

Oczy Ciri otworzyły się szeroko i przybrały kształt koła. Ten oto nieznający granic możliwości wiedźmin, który po mutacjach miał utracić wszystko, co ludzkie, wszystkie emocje i całą empatię, teraz przywołuje swoją matkę. Dotychczas nawet nie znała jej imienia.

 

*

 

Atropos wstała, popatrzyła dookoła. Coś dziwnego czuła w powietrzu – zimno.

„Tu chłód?… Dziwne” – pomyślała.

Na stole na pięknych tacach stała ambrozja, obok w zdobionych glinianych amforach czekał rozlany nektar. Przygotowane jak po każdym mortis victim.

Chwyciła nożyce i powoli przyłożyła do nici, uniosła rękę w kierunku Klotho i Lachesis, a te spuściły wzrok bez gestu. „Jest zgoda” – pomyślała. Jak niezliczone ilości razy wcześniej z pełną rutyną zwarła ostrza nożyc na nici.

Rozległ się metaliczny trzask.

To odgłos pękającej stali. Nić nie ustąpiła. Trzy siostry przyodziane w peplosy popatrzyły się po sobie, nie kryjąc zdziwienia. U stóp Atropos leżały rozbryźnięte na miliony kawałków nożyce życia. Rozległ się szyderczy chichot. Rodzanice – słowiańskie boginie życia i śmierci, siedziały niedaleko. Aeve, Sulviea i Magalie przyodziane w borsucze kożuchy popatrzyły na siebie triumfalnie.

– Mówiłyśmy, żebyście nie brały się za naszych chłopców – wycedziła Sulviea.

Łyknęły przeźroczysty płyn z kryształowych karafek, mocno się krzywiąc, prychając z zadowoleniem i zagryzając kiszonym ogórkiem.

 

*

 

Myślała w panice.

“Dlaczego zawsze mnie to spotyka, właśnie akurat mnie? Szafowanie życiem i śmiercią. Co zrobić? Co teraz zrobić?”

Nagle silny ból głowy, mieniące się kolory tęczy, dziwne przeczucie.

„Jest…” – pomyślała. – “Jest ratunek”.

 

*

 

– Eh… – Około trzydziestoletni chłopak głośno westchnął.

– Dlaczego zawsze mnie to spotyka? – powiedział sam do siebie.

Młody lekarz, rezydent ostatniego roku chirurgii urazowo-ortopedycznej, zamknął książkę, którą trzymał w rękach.

Telefon dzwonił.

8468

– Znowu SOR, już nie pamiętam, kiedy ostatni raz miałem spokojny dyżur – powiedział do siebie, sondując przelotnie pamięć.

 

Założył książkę, po czym rzucił ją na tapczan w dyżurce nocnej. Przedmiot używany jako zakładka posiadał od wczesnego dzieciństwa, kiedy to znalazł go podczas buszowania po fortach pierwszowojennej C.K. Twierdzy Przemyśl. Był wykonany z wężowej skóry z fragmentem nieznanego bliżej kamienia okolonego srebrem, jakby fragmentem diademu.  

Lekarz dyżurny oddziału ortopedii zszedł na SOR. Wszedł do windy. Wpatrując się smutno w ścianę, pomyślał, że nawet nie odebrał tego telefonu.

„Może to i lepiej – pomyślał. – Czasami lepiej jest się za szybko nie denerwować”.

Winda zgrzytnęła, lekarz zjeżdżał z szóstego piętra na parter. Idąc korytarzem prowadzącym z holu głównego, natrafił na kobietę o rudych włosach, która mocno się w niego wpatrywała. Była dziwna, z typu tych kobiet, których wieku raczej nie daje się łatwo określić po wyglądzie, ale uwagę przykuwały bardziej jej oczy wypełnione szaleństwem. „Takie oczy miewają czasem ludzie nadużywający różnych psychostymulantów” – pomyślał. Nagle, mijając kobietę w małej odległości, poczuł, że ktoś do niego mówi. Poczuł, bo kobieta nie ruszała ustami, tylko patrzyła na niego zielonymi oczyma.

– Tak, to ty. Przeznaczenie się nie myliło. Nie poddawaj się. Nigdy. Hart ducha masz i zachowaj go do końca – powiedział głos.

Minął ją szybko. „Oho, niedobrze ze mną, za dużo pracy, za dużo”. – Potrząsnął głową. „Swoją drogą, hart ducha, eh… hart dupy by się przydał” – pomyślał. „Jak masz miękkie serce, to miej twardą dupę”. – Przypomniał sobie słowa pewnego kolegi z pracy, starego, dobrego charakteropaty cynika. Aż za banalne, ale jak prawdziwe stwierdzenie w dzisiejszych czasach.

Na SOR-ze  mimo późnej godziny jak zwykle było gwarno. Porozbijani pijaczkowie, którzy trafili tu po kłótni i rękoczynach z powodu przywłaszczenia butelki denaturatu patrzyli tylko, jak podwędzić trochę spirytusu. Paru ludzi z bolącymi brzuchami z przejedzenia. Starsza pani z pypciem na dupie, która zgłosiła się teraz, bo akurat zaczęło ją swędzieć. Ktoś kuleje, ktoś płacze, ktoś w ataku manii woła policję, a jeszcze inny księdza.

– Co tam słychać? – Ortopeda zagadnął starego chirurga ogólnego, pełniącego dyżur na SOR-ze.

– Cześć. Ranę ciętą ręki mamy. Pomógłbyś? – zapytał chirurg. – Ja przez ten czas ogarnę papiery, bo mamy tu niezły kocioł.

– Pewnie, nie ma problemu.

Młody lekarz rutynowo wziął jednorazowy czepek, fartuch zabiegowy, sterylne rękawiczki oraz maskę chirurgiczną. Udał się do gabinetu zabiegowego, w drodze podczas zakładania maski przyszła mu do głowy pewna myśl.

„Jakie to polskie. Z obcej literatury muszę się dowiadywać, że ta maska przez lata nazywana była maską Mikulicza, polskiego chirurga przełomu XIX i XX wieku, którego osiągnięcia bardziej są znane za granicą niż u nas. Jakie to polskie” – ponownie westchnął w duszy sam do siebie.

 

*

 

Poczuła źródło mocy, które mocno ją przywoływało. „Trzymaj się, Geralt”. Ciri zamknęła oczy. Książka z zakładką. Piętro szóste, parter. Hart ducha, hart dupy. Błysnęło. Ból głowy ustąpił, tęczowe kolory też.

Chalcedon okolony srebrem i wprawiony w wężową skórę błyszczał w środku książki.

 

*

 

Nagle poczuł krótki, ale intensywny ból głowy. Źródło światła mieniło się kolorami tęczy.

– Migrena? Aura? Nigdy nie miałem migreny. – lekarz dziwił się, potrząsając głową.

Przed oczami miał dziwne obrazy: parter, piętro szóste, tapczan, książka dwutomowa, „Stulecie chirurgów”, „Triumf chirurgów. Z zapisków mojego dziadka, H. St. Hartmanna”. Książka sama się otworzyła w założonym miejscu. Zakładka z kamieniem jasno świeciła.

 

*

 

Błysnęło, bez żadnych dźwięków. Ciri i Geralt wylądowali na środku gabinetu zabiegowego SOR-u.

*

 

– Kurwa! Co tu się odpierdala! – wyrzucił z siebie młody ortopeda. Patrzył na starego chirurga ogólnego, dyżurnego SOR-u. Jego oczy były szeroko otwarte i zdziwione, a niedużo rzeczy potrafi zdziwić starego chirurga. Wszyscy stanęli jak wryci. Na środku leżał blady mężczyzna z rozdętą klatką piersiową, wokół niego szybko rosła kałuża krwi. Ledwo oddychał, łapał powietrze jak ryba wyrzucona na brzeg. Młoda dziewczyna podtrzymywała chorego, patrzyła dookoła i krzyczała. Wołała pomocy. Nikt jej nie rozumiał, ale oczywiście to nie było potrzebne.

 

Młody doktor szybko podbiegł do białowłosego. Rzucił okiem na miejsce krwotoku: trzy rany kłute klatki piersiowej zadane od tyłoboku, rany brudne, obleczone jakimiś fekaliami. Lekarz uderzył parokrotnie palcami o klatkę piersiową po obu stronach. Wdech ciężki, z zaciąganiem przepony, wydech jakby niepełny.

– Odma prężna w skrajnej postaci zaawansowania – powiedział głośno. Jednym ruchem sięgnął po najgrubszy wenflon. Obracając w palcach, rozpakował go i przygotował do wkłucia. Badał mostek poszkodowanego: rękojeść, trzon. Palce płynnie przesuwały się po przedniej powierzchni klatki piersiowej niczym po klawiszach fortepianu. Szybkim ruchem wbił wenflon w drugą przestrzeń międzyżebrową. Syknięcie. „Głośne, bardzo głośne” – pomyślał.

Poszkodowany oddychał już nieco lżej, ale jego stan był nadal agonalny.

– Dawać od razu krew do transfuzji zero ujemny w trybie ratowania życia, ile się da. Krew na grupę i krzyżować też ile się da. Płyny, płyny, koloidy – dużo z opaski pneumatycznej. Chusty z kodanem i sól z betadyną do płukania. Od razu przemywaj rany, przemywaj. Wkłucia iv, podać wankomycynę i metronidazol. Szybko folia. Trzy kawałki. Klej, klej. Każdą ranę osobno, pod jeden brzeg podłóż palec – młody lekarz mówił spokojnie, nie krzyczał. Po chwili wiedźmin obwieszony dookoła różnymi specyfikami w kroplówkach przenoszony był na noszach transportowych.

Czuł, jak ogarniają go dzika euforia i motywacja, nie stres.

– Szybko na blok, na blok operacyjny! – wołał. – Do pilnej torakotomii.

W głowie przypominał sobie staż z torakochirurgii i zasady otwierania klatki piersiowej w stanach nagłych. Ratownik z pielęgniarką pchali nosze, butelki kroplówek dyndały wesoło, worki z krwią wtłaczały życie w wiedźmina.

Nagle głos starszego chirurga ogólnego:

– Nie możesz przecież sam otwierać klatki! Dla twojego dobra. Nie idź w to. Dzwoń po torakochirurga.

– Przecież nie mamy go w szpitalu, nawet jak się dodzwonię, to nim dojedzie, to minie lekko pół godziny – odpowiedział.

– Nie patrz tak na mnie, ja też tego nie zrobię. To jest robota dla torakochirurga. Odbarczyłeś odmę, zrobiłeś, co trzeba. To jest głos rozsądku.

“Głos rozsądku, będzie mi tu teraz pierdolił frazesy”– myśl przemknęła. 

– To co robimy?– krzyczał pytająco ratownik. Szybki wzrok po wszystkich dookoła. Zatrzymał się na białowłosej dziewczynie – w oczach miała lęk i wołanie o pomoc.

– Co robimy? – nie wiadomo kto pytał: dziewczyna w myślach, ratownik, krzycząc, czy jeszcze ktoś inny. Tak, ktoś inny – kobieta o rudych włosach, ale jej nie było nigdzie w zasięgu wzroku.

„Spierdalamy. Spierdalamy stąd jak najszybciej” – pomyślał młody lekarz.

Chalcedon zaświecił jeszcze jaśniej, a litery na stronach książki zajaśniały razem z nim. Opisywały Lwów przełomu XIX i XX wieku.

 

*

 

– Popatrz… popatrz, co to człowiek nie wymyśli – powiedział postawny starszy mężczyzna z bujną czarną brodą i obfitą czupryną. Za oknem widać było przejeżdżający tramwaj, tramwaj elektryczny.

– Ha! I co, teraz te żelazne holosy miast konnych tramwajów jeździć będą? – zapytał stojący obok młodszy z mężczyzn.

– Ano i może. Pierwej nam je tu sprawili niźli sobie w stolicy, w Wiedniu. Na próbę pewnikiem, cholerni okupanci. Chcą wiedzieć, czy na tym pozabijać się nie idzie.

– Hm… – zamyślił się głośno młodszy.

Ubrany był w biały niegdyś fartuch, teraz mocno zabrudzony zakrzepłą krwią. Woń stęchlizny przeplatana nikłym zapachem fenolu bardziej przypominała rzeźnię niż szpital.

– …może to i lepiej – kontynuował. – Jak ludom nogi pourywa albo ręce poszarpie, to robota będzie. A może i ten prąd skórę ludziom ponadtapia.

Starszy z mężczyzn popatrzył się na młodszego z politowaniem. Audytorium, w którym się znajdowali, zapełniało się powoli pozostałymi asystentami.

– Ciekawe, czy na Łyczaków tory poprowadzą… – zagadnął po chwili starszy.

– A czego pan profesor pyta? Przecie pan na Śródmieściu zawiaduje, tam gdzie pomnik z komytetem chcecie stawiać – dopytywał młodszy.

– Jakoś tak… mam wrażenie, że na tym Łyczakowie więcej czasu spędzę niźli na Śródmieściu. A co do pomnika, to nie pomnik, a kolumna będzie, tak podają. Podobno takie w modzie teraz. Chociaż mnie to już obojętnieje sprawa, bo ja za Słowackim głos swój oddałem, a inaczej wybrali.

Starszy profesor wziął głęboki wdech, zrobił efektowną pauzę i wyrzucił z siebie z nieukrywaną złością:

– Tej Litwy w inwokacji to mu nigdy nie wybaczę.

 

Błysk, bez dźwięków.

Nagle na środku audytorium pojawili się ledwo żyjący mężczyzna z igłą w klatce piersiowej, młoda dziewczyna i chłopak. Profesor z czarną bujną brodą ze zdziwieniem przyglądał się przybyszom. Popatrzył po swoich asystentach – nie dowierzał swoim oczom. Nagle wezbrała w nim gwałtowność charakterystyczna dla chirurgów XIX wieku. Szybko podbiegł do rannego, popatrzył ze zdziwieniem na nosze, plastikowe butelki z kroplówkami, worki z krwią transfuzyjną i igłę w klatce piersiowej. Zobaczył rany klatki piersiowej zaklejone folią. Podrapał się po brodzie, w pośpiechu sięgnął do kieszeni fartucha, fartucha lekko ubrudzonego zakrzepłą krwią. Wyjął skalpel.

„Ale co zrobić” – pomyślał.

Nigdy wcześniej ani nigdy później asystenci nie widzieli go tak bezradnego. Jednym ruchem obrócił skalpel w dłoni, włożył go do ust, przytrzymując trzonek zębami. Jedną ręką badał puls, drugą szukał trąbki akustycznej.

„Puls – zdziwił się – pięć uderzeń na trzydzieści sekund! Niemożliwe, żeby przeżył”.

A jednak białowłosy żył dalej, żył i oddychał.

Profesor chciał zbadać źrenice. Uniósł powieki i odrzucił rękę jak poparzony – oczy były dziwne, żółte, zmienione i nieludzkie. Złapał się za czoło.

„Co tu się dzieje, co zrobić?”. – Pewna myśl pojawiła się w jego głowie. „Nie!”. – Od razu ją odrzucił. „A jednak… co mówił Mikulicz o ranach klatki piersiowej? Nadciśnienie, podciśnienie…”. 

Mętlik myśli, chaos, brak koncepcji. Rozważał w myślach – nigdy nie przyznałby się do nich swoim asystentom. Nie wymyślił jednak nic, co sam mógłby zrobić.

Tymczasem ortopeda rozglądał się dookoła.

– Gdzie my jesteśmy? – powiedział na głos do siebie. Popatrzył na brodatego profesora.

Zobaczył sygnaturę audytorium „Collegium Medicum Universitat von Lemberg”.

„Ha! Prawie dobrze – pomyślał. – Prawie, ale nie tu. Nie tu”.

Patrzył na brodacza, a w oczach mieli bezradność – obaj.

– Mikulicz – wychrypiał profesor. – Mikulicz-Radecki.

Młody lekarz popatrzył na Ciri.

– Dalej, dalej, to nie to miejsce, a przynajmniej nie ten czas – krzyknął.

Błysnęło.

 

Trójka przybyszów zniknęła. Starszy profesor poczuł buzującą w nim krew.

– Każdy, kto tu był, może mówić o tym zdarzeniu, co chce i kiedy chce. Z jednym wyjątkiem – powiedział.

Wszyscy asystenci wiedzieli, co ma na myśli. Tak jak nigdy przed tym zajściem, tak też nigdy po nim nazwisko „Mikulicz-Radecki” nie zostało wymówione w obecności profesora.

Mniej więcej dwadzieścia pięć lat później asystent będący świadkiem tamtych zajść patrzył na nagrobek.

„Ludwik Rydygier – profesor medycyny Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Generał Wojska Polskiego”.

– Prawda – pomyślał “Jednak więcej czasu na Łyczakowie pan spędzi niźli na Śródmieściu. Eh… jakie to polskie, dwóch Polaków, dwóch wybitnych chirurgów i taka niechęć do siebie. Niezależnie, czy Polska istnieje na mapie, czy też nie”.

Wyszedł, zostawiając za sobą bramę cmentarza Łyczakowskiego we Lwowie. W nowej, odrodzonej Polsce roku 1920.

 

*

 

Błysnęło bezszelestnie.

Trójka podróżników w czasie i przestrzeni pojawiła się w środku czegoś przypominającego szklany klosz. W środku znajdowała się postać z brodą ukrytą pod maską operacyjną. Maską, mającą później nosić nazwę jej twórcy i propagatora. W powietrzu unosił się ostry zapach fenolu. Dostojna postać emanowała energią, pomimo niewielkiej postury na pierwszy rzut oka można było w niej poznać herosa. Na fartuchu operacyjnym szczelnie otulającym sylwetkę chirurga widniał napis „Johann von Mikulitsh-Radecki, Universitat von Breslau”. Młody lekarz, towarzysz Ciri i Geralta, rozglądał się dookoła. Z trudem opanował zdziwienie.

„To, to jest ta komora podciśnieniowa Mikulicza i Sauerbrucha” – pomyślał.

Profesor Mikulicz popatrzył na dziwaków ze zdziwieniem, ale i spokojem. Podczas operacji nic nie było w stanie wyprowadzić go z równowagi. Bo w tym momencie legendarny chirurg faktycznie był o centymetr od nacięcia skóry pacjenta.

– Mój Boże – przeraził się młody lekarz. Właśnie był świadkiem czegoś, czego nigdy wcześniej nie widział, co znał tylko z podań historycznych.

Widział jednego z asystentów poza kloszem, ogromnie przerażonego, ale ciągle wysysającego powietrze gumową rurą oraz obserwującego rtęciowy barometr – to ten podtrzymujący podciśnienie. Z drugiej strony inny z asystentów trzymający dziwny flakon i rozłożone gazy – ten podawał narkozę chloroformową.

Tylko komu? Pacjentem był królik.

– Banda rzeźników – pomyślał ortopeda.

Rozważania przerwał chrapliwy oddech Geralta.

– Trzy rany klatki piersiowej po jednej stronie, odma prężna zmieniona na otwartą i zaopatrzona opatrunkami zastawkowymi – rzucił szybko do profesora Mikulicza, pokazując ręką wenflon w klatce piersiowej i zaklejone rany na plecach i na bocznej ścianie klatki piersiowej.

Mikulicz popatrzył, wziął głęboki oddech i szybko sięgnął po rozpylacz jakieś substancji chemicznej. Wykręcił zawór i wylał całą zawartość na klatkę piersiową Geralta. Jego głowę szybko umieszczono w gumowym leju otwierającym się na zewnątrz klosza. Powietrze wypełnił ostry zapach fenolu. Niczym dyrygent smyczkiem, profesor z mistrzowską gracją ciął skalpelem – wycinając brzegi ran, połączył trzy rany w jedną, większą. Krew z jednej strony lała się z rany i tryskała z arterii. Z drugiej strony wtłaczana była natomiast z mnogich worków Polskiego Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa, oznaczonych „0 ujemny”. Życie z jednej strony wpływało w wiedźmina, z drugiej strony spływało na podłogę. Chirurg palcami rozwarł przestrzeń międzyżebrową, metalowymi rynienkami obłożył dolny brzeg widocznego żebra. Zamocował rozwierak. Patrzyli, patrzyli wszyscy – płuco się nie zapadło, przynajmniej nie całkowicie. Mikulicz włożył klemy hemostatyczne w ręce młodego lekarza.

– Chwytaj, a ja podwiązuję – profesor odezwał się po polsku.

Pozostali asystenci popatrzyli po sobie. Nikt się nie odzywał, ale wszyscy myśli mieli jednakowe: „Nie jest dobrze, jest źle, bardzo źle. Profesor mówi po polsku”.

Doktor Sauerbruch znał tylko jedno stwierdzenie po polsku. Jeśli je usłyszał, to wiedział, że trzeba zniknąć z pola widzenia profesora.

Na zewnątrz klosza przenikało głośne „kurwa mać”.

Mikulicz przerzucił między palcami skalpel, kciukiem wychwycił nożyczki chirurgiczne, tnąc prosto, ruchem krawieckim wyrównał postrzępioną opłucną. Skalpel i nożyczki odrzucił na bok, nie odrywając wzroku od przebitego płuca.

– Klemy! – krzyknął. Popatrzył na bok. – Terminale! – poprawił po niemiecku, a Sauerbruch podał drobne narzędzia zaciskowe.

– Łap naczynia, łap! – zwrócił się do przybysza, podając mu zestaw klem. – Sauerbruch knupfen, knupfen! Raus! – powtórzył.

Serce biło wolno, po wiedźmińsku, stwarzając dobre warunki do hemostazy.

I tak profesor, jego asystent i młody lekarz łapali, krzyczeli, przeklinali, osuszali gąbkami, wiązali arterie i nie dawali się przerwać tej ciągle biegnącej nici życia.

Jakieś sześćdziesiąt jedwabnych, wymoczonych w fenolu podwiązek później krwawienie ustało prawie całkowicie. Młody lekarz wziął głęboki oddech.

„No, nie wygląda to tak źle. Jeśli pacjent chce przeżyć, to faktycznie, medycyna bywa bezsilna” – przemknęło mu przez myśl.

No cóż, to typowe lekarskie poczucie humoru chyba pasuje do tego zawodu.

Popatrzył na Geralta. Wiedźmiński metabolizm pozwala na naprawdę dużo. Nie da się porównać regeneracji i wytrzymałości zwykłego człowieka i wiedźmina. Ponowny strzał mimowolnej myśli:

„Coen miał pecha, nie ten czas i nie to miejsce”.

Zaszyli ranę, pozostawiając dren opłucnowy i wtykając jego końcówkę do rury utrzymującej podciśnienie. Komora podciśnieniowa rozszczelniła się. Syknęło dookoła. Geralt oddychał, a jego oddech z chwili na chwilę wydawał się przybierać zdrową jakość.

Do Geralta podbiegła Ciri.

– Geralt, Geralt! Słyszysz mnie? – wykrzyknęła.

– Słyszę – wychrypiał wiedźmin. – Słyszę. Zaraz co tu się stało, gdzie ślimaki z masłem czosnkowym?

– Cicho, cicho, odpoczywaj. Mało nie umarłeś albo… umarłeś, ale ożyłeś.

Po rozszczelnieniu klosza dało się wyczuć w powietrzu dziwny zapach. Początkowo nikt nie zwrócił na niego uwagi, jednak gdy wszędobylski zapach fenolu zaczął ustępować opuncji, Ciri uniosła głowę z przerażeniem. Jej twarz wyrażała strach, zrezygnowanie i brak sił. Dziewczyna skuliła się, łkając jak małe dziecko.

– Dlaczego zawsze mi się to przydarza – szepnęła do siebie, przełykając łzy. Załkała jeszcze raz, ale już nie z żalu i uczucia bezbronności, tylko po to by, wyrzucić z siebie emocje, te powodujące słabość i brak wiary w siebie. Wytarła twarz rękawem, odchyliła głowę do tyłu, biorąc głęboki wdech. Wiedziała, kogo zobaczy, kiedy się obróci. Nie myliła się.

W pomieszczeniu przed karmazynowym zamykającym się portalem stał jeden z nawigatorów Dzikiego Gonu.

„Sam?” – zdziwiła się w myśli Ciri. Wstała z kolan, wyciągając powoli miecz zawieszony na plecach.

W pomieszczeniu rozbrzmiał głos Kha-Chumba-laha. W powietrzu przeszła lekko purpurowa mgła, która rozbiła w pył komorę podciśnieniową oraz wyrzuciła meble pod ścianę tworząc w ten sposób duże pole walki. Powietrze wypełnił zapach opuncji, fenolu i śmierci.

Elf o wejrzeniu kościotrupa, ubrany w kryty hełm i napierśnik, skoczył, zamachując się buławą i celując w twarz Ciri. Zgrzytnęła stal, prysnęły iskry. Zirrael zwarła się w bloku z kościanym orężem. Przeciwnik był silny.

„Za silny jak na nawigatora” – pomyślała Ciri.

Wiedźminka skoczyła w bok, cięła krótko, maksymalnie szybko, między hełm a napierśnik. Klinga przeszyła powietrze, napastnik uniknął ciosu szybkim odskokiem.

Ścinali się ostro raz za razem, wirowali w piruetach i półobrotach. Stal sypała pióropusze iskier, ściany, przyjmując cięcia przeznaczone dla przeciwnika, kruszyły się, a gruz ścielił się wśród drobin szkła po komorze podciśnieniowej.

Wysłannik Gonu przestrzelił pchnięcie lewą ręką zaostrzoną kościaną buławą. Ciri szybko oplotła ręką przedramię przeciwnika i założyła na nim dźwignię, wywierając nacisk całym ciałem. „Jest! Sukces! Stracił balans” – pomyślała i w ułamku sekundy cięła z jednej ręki prawą górną kwartą. Celowała po wiedźmińsku, precyzyjnie w szczelinę zbroi nad obojczyk, prosto w tętnicę szyjną.

Zdołał się pochylić. Cięcie przeszło cięciwą przez hełm strącając go z głowy przeciwnikowi.

To, że był za silny jak na nawigatora, już wiedziała, niestety był też za szybki, dużo za szybki. Mała wiedźminka cofnęła się, krocząc półkolem, w oczach miała strach, a przed oczami wspomnienie Bonharta.

– Las Celeveras selen – powiedział upiorny przybysz, patrząc na turlający się hełm w kształcie czaszki.

„Racja, czaszki wyjdą samotnie” – pomyślała Ciri, ciągle zataczając krąg.

Rozgniotła stopą duży kawałek szkła.

„Tylko zobaczymy czyje” – dodała w myśli po chwili.

Nad przeponą czuła ciągły ucisk, jak niegdyś w zamku Stygga. Walczyli dalej zaciekle, demolując już doszczętnie Theatrum Chirurgicum. Cięcia, bloki, odgłosy krzyżującej się stali – rozbrzmiewały i nie cichły nawet na chwilę.

Odskoczyli oboje od zwarcia. Ciri znowu zaczęła kroczyć miarowo półkolem. Z pozoru takimi samymi jak wcześniej krokami doszła do większego skupiska kruszonego szkła, w jednej sekundzie z całej siły kopnęła w kopiec, supinując stopę w stronę przeciwnika. Na wysłannika Dzikiego Gonu posypał się deszcz drobnych szklanych odłamków. Elf wystawił rękę, palce układając na wzór kaskady i tworząc wokół siebie płaszcz kinetyczny. Szklane odłamki zatrzymały się w półsferze. To wystarczyło – stracił koncentrację. Zdołał tylko zobaczyć, jak znad kryształowego płaszcza przedarła się postać drobnej dziewczyny. Ciri cięła na wpół ślepo, nie widząc dobrze celu. Cięła mocno, oburącz znad głowy, wkładając w uderzenie całą siłę. Przedzierając się przez szkło niczym przez taflę wody, klinga uderzyła, stal jęknęła, dając upust rozproszeniu energii przy wyszczerbieniu buławy. Elf zdołał się zasłonić, jednak stracił równowagę, a impet uderzenia i sylwetka kobiety przygniotły go do ziemi.

Mimo że z pleców bronił się zaciekle, parując ciosy Ciri raz za razem, przepuścił jedno pchnięcie. Ostrze klingi Zirrael przeszyło mu policzek, ale skróciło dystans. Chwycił wiedźminkę za włosy lewą ręką, prawą jej oplótł kark, stabilizując łokieć na środku potylicy. Zimna kościana buława momentalnie weszła pod ramię oprawcy, zamykając w środku szyję Ciri. Wyszczerbienie na orężu elfa przyciskało krtań, aż słychać było miażdżenie jej chrząstek.

Ciri upuściła miecz, chwyciła oburącz buławę, próbując odciągnąć ją od szyi.

„To już koniec… Nie ma ojca, który przyjdzie i pomoże, cały wysiłek w… – pomyślała, ale nie dokończyła.

Nagle usłyszała wrzask. Wrzask elfa. Puścił połyskującą broń, zwolnił ucisk. Poczuła rozprężenie uciśniętych wcześniej struktur krtani. Ciri złapała głęboki oddech. Złapała się za szyję. Uniosła wzrok. Twarz elfa zdawała się topić, oblana czymś żrącym. Dziewczyna usłyszała stłumiony jęk napastnika. Zobaczyła młodzieńca, z którym tu przybyła, trzymającego odwrócony flakon z napisem; „purum karbolum” oraz profesora Mikulicza ze skalpelem wbitym w kark elfa.

– Prosto między C1 a C2. Nie pytaj, skąd mam wprawę – stwierdził zimno i spokojnie profesor Mikulicz, patrząc na młodego lekarza. Wyjął skalpel z rany i wytarł go w chustę chirurgiczną. Ciało osunęło się na ziemię, dygocząc w konwulsjach. – Spokojnie, tego nie przeżyje żaden z naczelnych wyższych, czymkolwiek jest ten ktoś – powiedział profesor, nakrywając głowę elfa chustą.

Młody przypomniał sobie podania historyczne na temat badań uszkodzeń rdzenia kręgowego prowadzonych w XIX wieku na wyższych naczelnych.

“Banda rzeźników“ – pomyślał znowu, wzdrygając się z obrzydzeniem.

Ciri podbiegła do Geralta i mocno go przytuliła.

Mikulicz, ściągając bawełniane rękawiczki, patrzył z ukosa na młodego lekarza, a ten po chwili odparł, idąc w stronę wiedźmina i wiedźminki:

– Wystarczy szczelnie zaintubować do tchawicy aparat do narkozy i utrzymywać podwyższone ciśnienie w drogach oddechowych. Po prostu koncepcję podciśnienia zmienić w nadciśnienie, a klosz będzie niepotrzebny. W antyseptyce skóry lepiej użyć spirytusu niż fenolu.

Twarz Mikulicza pokryła się brzydkim grymasem. Widać było, jak buzuje w nim krew, a złość kipi z oczu. W jednej chwili złapał drewniany kufer leżący opodal i cisnął nim z całej siły w młodego lekarza.

Wszystko trwało nie więcej niż sekundę. Ciri uniosła swoje zielone oczy. Była zbyt zmęczona na kolejną ucieczkę. Nagle znikąd pojawiła się ruda kobieta, którą młody lekarz widział już w szpitalu. Obok niej stał średniego wzrostu mężczyzna o delikatnych rysach twarzy.

– Avallah? – szepnęła Ciri ze zdziwieniem.

Błysnęło, mignęły kolory w tunelu czasów i miejsc.

“No tak, jak mogłem pouczać pana profesora” – pomyślał młody, przecierając ręką oczy, zdziwiony swoją głupotą.

 

[tłumaczenie z języka niemieckiego fragmentu artykułu z gazety „Schlesische Zeitung” z 1903 r.]

Uprzejmie wyjaśniamy, że zajścia minionego tygodnia w Theatrum Chirurgicum Uniwersytetu we Wrocławiu spowodowane były tąpnięciem ziemi, które to wtórne było do wykopów sieci kanałów wodnych przebiegających w bezpośrednim sąsiedztwie Kliniki. Owe, jak pospólstwo niesie, czary, dymy, strzały i błyski były spowodowane wybuchem chemikaliów stosowanych w nowoczesnej medycynie. Korzystając z niniejszego artykułu, aby podeprzeć naszą wiarygodność, z przyjemnością informujemy, że odpowiedzialna za wybuch nitrogliceryna rokuje świetnie w zastosowaniu przy angina pectoris i innych chorobach serca”.

Z poważaniem, profesor Johann von Mikulitsch-Radecki, doctor Ferdinand Sauerbruch et consortes.

 

*

 

Niedługi czas później Geralt, leżąc, wsparł się na łokciach, odgiął głowę do tyłu i cichym głosem wychrypiał:

– Dziękuję, Vissenno, dziękuję, mamo.

Gdzieś w innym świecie chalcedon zajaśniał mocno w zakładce książki.

Ortopeda nagle wycedził:

– No tak, wygląda na to, że komuś dziękuje, pewnie jakiemuś bóstwu. Jak to zwykle bywa…

Po chwili przerwy kontynuował mówiąc po łacinie, tylko ostatnie słowo było po polsku:

– …jak przeżyje, to ręka Boga, jak umrze, to lekarz chuj.

Po czym ciężko westchnął.

– Takie życie.

Stojący obok niziołek drgnął jak oparzony, popatrzył bystrym wzrokiem, przyczłapał z gracją godną osobników jego rasy. Zajrzał głęboko w oczy młodego lekarza.

– Na cynizm i wyrachowanie można pozwolić sobie dopiero po dwudziestu latach praktyki chirurgii – wyrzekł po łacinie i zdzielił młodziana siarczystym kopniakiem w dupę.

– Rusty! Przestań, on jest ze mną – zawołał Geralt głosem, któremu niewiele już brakowało do normalności.

Wiedźmin odwrócił się do młodego lekarza, kiwnął głową w wyrazie podziękowania, po czym wyciągnął rękę i w specyficzny sposób ułożył palce w znak Somne.

 

Obudził go dzwoniący telefon. Numer na wyświetlaczu: 8468. Bolała go głowa.

W pierwszej chwili nie pamiętał prawie niczego. Odebrał telefon.

– Cześć, młody – powiedział głos w słuchawce.

– Dzień dobry, doktorze – odparł młody lekarz, udając normalny ton.

– Mamy ranę ręki na SOR-ze i niezły kocioł. Pomożesz?

Oczy otworzyły mu się szeroko, ledwo ukrywając zdziwienie, odparł ze spokojem: – Pewnie, zaraz będę.

*

 

Zmęczony po dyżurze wyszedł rano ze szpitala. Nie pamiętał prawie niczego.

– Co tu się stało? – pytał sam siebie, dalej nie mogąc wygrzebać z pamięci nic poza zamazanymi przebłyskami. – Muszę uważać na te imprezy z Misim. – Potrząsnął głową, rozcierając czoło dłonią.

Obejrzał się, zobaczył napis „Szpital im. Ludwika Rydygiera”. Zamyślił się, coś zaczęło mu świtać w głowie. Po przejściu około stu metrów, usłyszał odgłos powiadomienia na WhatsAppie. Była to wiadomość od kolegi, który zmienił go na niedzielny dyżur: „Coś zapomniałeś” i zdjęcie. Na ekranie telefonu zobaczył otwarty drewniany kufer z sygnaturą „Prof. f. Med. JvM-R, Polsnitz-Breslau”, w środku były historyczne narzędzia chirurgiczne. 

– O, by cię… – powiedział głośno. A wszystkie wspomnienia odblokowały się w głowie jak za pstryknięciem palcami. Nawet w nozdrzach czuł zapach fenolu.

 

 

Koniec

Komentarze

Oryginalny fanfick Wiedźmina w polskim szpitalu. ;) Tematykę lubię, częściowo jest mi bliska, ale nie mogę powiedzieć, że opowiadanie czytało się lekko. Moim zdaniem, za dużo opisów procedur medycznych, które w nadmiarze utrudniają lekturę.

Kiedy piszesz szczegółowo, wybierz jakiś fragment pracy lekarzy, jeśli realia będą się mniej więcej zgadzały, zbudujesz wiarygodność miejsca akcji. Skróciłabym to opowiadanie, żeby zwiększyć jego dynamikę. Nie zachęcam Cię jednak do przeróbek, ale do napisania kolejnego tekstu, już bez fanficków. Z chęcią go przeczytam.

 

Edit.

Zastanawiam się, skąd pomysł z SOR-em w XIX wieku? Przed 2006r. to fantastyka. ;)

@ANDO– Dzięki wielkie. Podziwiam za przetrwanie lektury :-)

Może jeszcze coś napiszę. Zależy od ciężkości dyżurów w najbliższym czasie.

Chyba wsiąknę sobie tu portalu na stałe, dobry klimat tu macie ;-)

JohnnyTrestle

Pisz, pisz, będziemy czytać. :) Nie zrozumiałam do końca, czy oni przenoszą się na chwilę do przeszłości, czy im się tylko wydaje?

Cześć, Johnny T:)

 

Łobowiązkowo przez czytaniem napiszę, że, nie pałam wielką namiętnością do fantasy i ciągów dalszych, lecz wiedźmina w nowych dekoracjach i fatałaszkach nawet jestem lekko ciekawa.

W więc…

Zaczęłam czytać…

No, no, chyba wciąga:D 

W trakcie czytania…

Iii, dobre… z pamiętnika młodego lekarza i jeszcze spór o pomniki we Lwowie. Chirurdzy wplątani! Ups, jest i Wrocek.

 

Już po przeczytaniu…

Dobre opko, może i fanfik, ale jaki!, wplątany w historię mędycyny. Oj, lubię takie. Dowcip i wyobraźnia to raz. Realizm to dwa, a na pierwsze, a nawet drugie oko, zdaje się wierny, co ważne. Piękna historia z zakładką z chalcedonem w tle.

Czytało mi się chybko, napisane zwięźle i polotem. 

Odnośnie błędów interpunkcyjnych – nie zuważyłam, ale wiedz, Johnny T., że nie są to moje klocki, lecz kiedy przyjdą inni, to pewnie coś znajdą.

 

Jedną literówkę zauważyłam:

Profesor mówi po Polsku”.

Literówka – małą literą

 

Uzasadniałam powyżej na raz, dwa…, aby zwrócić się o klika do biblioteki. Trochę się martwię, czy ktoś jeszcze przeczyta, ponieważ wstawiłeś opko w trakcie konkursowego maratonu. Obecny „Ciężki dyżur” jest czwartym od Świąt, a w międzyczasie dopadła nas jeszcze wirulencja walentynkowa. Mało kto nadąża z pisaniem, czytaniem i komentowaniem tekstów. Myślę jednak, że @Reg zajrzy do Ciebie, ona jest niezawodna jak Zawisza.

Bardzo lubię historię medycyny! 

 

pzd srd:)

piątkowa Asylum w sobotniej piżamie

 

PS. Witaj na forum NF i pisz^^ Zabawa uczy, uczenie bawi :D

Jeśli masz czas, spróbuj pokomentować opki innych, będzie łatwiej o komentarze:)

Podrzucam link do finklowego poradnika „Dekalog łowcy komentarzy”, zajrzyj do niego:)

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676

 

PS2 A ta „całość” w tytule jest potrzebna?

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Tak, to była dobra decyzja, żeby wrzucić całość yes.

 

Wciągnęło mnie, nawet pomimo tego, że czytałam wersję “wykastrowaną”. Tak, wykastrowaną, nie waham się użyć tego określenia, bo w dopiero w tej formie tekst ujawnia swoje zalety.

Wątków dalej jest, imho, zbyt wiele (bo jeszcze doszedł Rydygier!).

Podoba mi się zabieg powtarzania pewnych fraz (”banda rzeźników”, “dlaczego zawsze mnie to spotyka”).

Stylistycznie jest jeszcze trochę do poprawy (powtórzenia! Słowo “młody/młoda” pojawia się 41 razy, to za dużo, czasem nawet trzy razy w jednym akapicie) i przyszlifowania. Np.:

młody, nie­do­szły jesz­cze or­to­pe­da

szybko podbiegł do białowłosego

Jego oczy były sze­ro­ko otwar­te i zdzi­wio­ne, a nie­du­żo rze­czy po­tra­fi zdzi­wić sta­re­go chi­rur­ga.

Ob­ra­ca­jąc go w pal­cach, roz­pa­ko­wał go i przy­go­to­wał do wkłu­cia

 

Na ekranie telefonu zobaczył otwarty drewniany kufer z sygnaturą „Prof. JvM-R”, w środku były historyczne narzędzia chirurgiczne. Był to ten sam kufer, którym rzucił w niego legendarny profesor chirurgii.  

To ostatnie jest bardzo łopatologiczne.

 

I rzeczy, które wzbudziły moje wątpliwości (to są tylko wątpliwości, nie twierdzę, że jest źle):

”jakie to polskie” – twój bohater chyba nie był zbyt pilnym studentem: o maskach Mikulicza można przeczytać w Historii Medycyny (red. Brzeziński), która jest obowiązkową lekturą na pierwszym roku, nie trzeba sięgać do “obcych źródeł”.

Ścieżka specjalizacyjna młodego ortopedy jest trochę kręta: jest na ostatnim roku rezydentury, a już ma za sobą “staż z torakochirurgii”?

Czy w czasach Mikulicza fartuchy zaplamione krwią (czy “sztywne od ropy”devil) nie były już przeszłością?

No to pomarudziłam, ale ogólnie jestem urzeczona. Bardzo fajny pomysł na fanficka. I jeśli, jak piszesz, jest to Twój debiut ever, to bardzo udany. Pisz, pisz smiley

Też zwrócę się zaraz o klika.

 

Pozdrawiam smiley

 

EDIT, bo mi się przypomniało:

mortis victim?

Czy miało być mortis victima? I wtedy “po każdej mortis victima” ?

Albo morte victus?

@Facies_Hippocratica: Dzięki za dobre słowo :-) Teraz żałuję, że “kastrowałem” pod konkurs. Człowiek uczy się na błędach :-)

 

Bohater miał na 2gim roku Historię Medycyny i faktycznie jakoś bardzo pilnie w niej nie uczestniczył czego nie może przeżyć i nadrabia :-)

 

U nas przynajmniej Brzezińskiego nie wymagali i sprawdziłem dalej nie wymagają. https://khm.cm-uj.krakow.pl/polecane-pozycje-wydawnicze/

 

O Mikuliczu oczywiście było ale o maskach dowiedziałem się z Stulecia Chirurgów :-)

 

Staż z torakochirurgii robiłem na 5 roku spec.

 

Rydygier do końca swoich dni nie wierzył w antyseptykę i średnio ją stosował (raczej do niej przymuszany). Nawet na popiersiu w jego szpitalu jest uciurany krwią i kto wie jeszcze czym. U Mikulicza było raczej bardzo czysto :-)

JohnnyTrestle

Dzięki za wyjaśnieniaenlightened. Ulżyło mi.

Swoją drogą, brak studenckiej pilności Twojego bohatera czyni go tylko bardziej wiarygodnym wink. To takie ludzkie odkrywać po latach treść podręczników, na które niegdyś patrzyło się z obrzydzeniem…

“– Eh… – około trzydziestoletni chłopak głośno westchnął.

– Dlaczego zawsze mnie to spotyka? – powiedział sam do siebie.

Młody lekarz, rezydent ostatniego roku chirurgii urazowo-ortopedycznej, zamknął książkę, którą trzymał w rękach.” – Mi by wystarczyło, że jest młodym lekarzem i rezydentem ostatniego roku. Sam bym się wtedy mógł domyślić, że ma około trzydzieści lat.

 

“Odruchowo młody lekarz wziął jednorazowy czepek, fartuch zabiegowy, sterylne rękawiczki oraz maskę chirurgiczną.” – dużo tych rzeczy żeby tak odruchowo. 

 

Młody lekarz – dużo tego młodego lekarza

 

Wkłucia iv, podać wankomycynę i metronidazol. – Aż googlowałem te iv :) 

 

– Przecież nie mamy go w szpitalu, nawet jak się dodzwonię, to niczym dojedzie, to minie lekko pół godziny – odpowiedział młody. – niczym dojedzie?

 

– To co robimy? Co robimy? – krzyczał pytająco ratownik. – Ja bym chyba dodał wykrzykniki i usunął “pytająco”. 

 

– Ha! I co, teraz te żelaznowe holosy miast konnych tramwajów jeździć będą? – odezwał się stojący obok młodszy z mężczyzn. – I bach wpadam w zupełnie inne czasy i to jest fajne :) 

 

Podobał mi się świat przedstawiony z perspektywy lekarza. Do tego wstawki historyczne też były naprawdę ciekawe i chętnie poczytam, o dwóch panach profesorach :) 

@Patryk Mikulski Dzięki za rzeczowy komentarz :-) O ile coś jeszcze napiszę to będę myślał o tych wszystkich komentarzach.

 

Jeśli po lekturze tego przynajmniej jedna osoba przeczyta o Mikuliczu lub Rydygierze to już w jakimś sensie jest to sukces ;-)

 

JohnnyTrestle

Dobrze, muszę się wtrącić, bo czuję nadal ciężar obowiązku dyżurowania i choć zjada mi komentarze jak diabli, bo łącza w moim weekendowym miejscu brak to, z uporem maniaka, wstukuję jeszcze jeden komentarz, Johnny T. :) Nie obawiaj się, stalkingu nie budiet.

Jedną rzecz chciałabym podkreślić. Dla mnie Twój tekst „robią” medyczne szczegóły i detale oraz rezydentura. Bez nich byłby płaski jak deska. A że czasem trzeba sobie googlnąć, co z tego, w dodatku do zrozumienia nie jest to konieczne. Nie uciekaj od szczegółów, wyważaj, lecz opowiadania to nie instrukcje (tu przewraca oczami, bo zrozumiałe i zwięzłe trudno pośród nich znaleźć, ale jeśli oczekiwałaby symplifikacji to właśnie tam) i pisma do klientów pisane polszczyzną uproszczoną. No, ale to moje, ze wszech miar, subiektywne zdanie.

zakochana w stuleciu chirurgów i podobnych bardzo dobrze napisanych

a

Ps. A, te opowiadania koronersko-sędziowskie tego Niemca czytałeś, psiakostka, nazwisko mi uciekło:( 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

@Asylum dzięki wielkie jeszcze raz :) Dlugo się łamałem, żeby coś wrzucić. Może zagoszczę tu na dłużej ;) Powoli wdrożę się w życie na portalu i w tutejsze zasady współdziałania, punktów, ok-ów, tak-ów itp. itd.

JohnnyTrestle

A pierwszy raz, był chyba w myślach cool, nic dziwnego możesz się przenosić w czasie. XD

A za ile sprzedałbyś lub pożyczył czarodziejska zakładkę?  Też bym chętnie podpatrzyła co nieco i spotkała takie „fisze”. :-)

 

 

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

;) dzięki za 1pkt :) powolutku, powolutku coś sie zaczyna dziać.

JohnnyTrestle

„Ale gdzie się przenieść? Gdzie?” – pytała samą siebie Ciri, a głos odbijał się echem w jej głowie. Czuła narastającą panikę. Szyja i usta zaczęły pokrywać się nieprzyjemnym drętwieniem, zwiastującym napad lęku.

Czy ona pytała na głos, bo jeśli tak, to powinno to być zapisane jako dialog. A sądzę, że tak, skoro głos się odbijał echem w jej głowie. Następne zdanie, które już do zapisu dialogu nie należy, wrzuciłabym od nowego akapitu.

 

– Musi być jakiś ratunek, musi. Tylko gdzie? Tyle miejsc, tyle czasów. – Chaos ogarnął myśli małej wiedźminki, a pytanie zapętliło się ślepo w jej głowie.

Zdanie wyjaśniające: Chaos…, sugeruje, że jest to myśl, a zapisane masz jak dialog.

 

– Nie na oślep – wychrypiała ledwo żywa Yennefer. – Tylko nie na ślepo.

Zemdlała. Zemdlała, ale żyła, a przynajmniej tak się wydawało.

Uczucie panicznego lęku całkowicie ją zdominowało.

Z tego fragmentu wynika, że uczucie panicznego lęku zdominowało Yennefer, a mam wrażenie, że chodziło Ci o Ciri.

 

Ten o to nieznający granic wiedźmin, który po mutacjach miał utracić wszystko, co ludzkie, wszystkie emocje i całą empatię, teraz przywołuje swoją matkę.

Się oto rozlazło ;)

To nieznający granic… No, dobra, ale czego granic nie znał?

 

Uniosła nożyce i powoli przyłożyła do nici, uniosła rękę stroną dłoniową skierowaną do Klotho i Lachesis, a te spuściły wzrok bez gestu. „Jest zgoda” – pomyślała. Jak niezliczone ilości razy wcześniej z pełną rutyną zwarła ostrza nożyc na nici.

Uniosła rękę stroną dłoniową – eee… to znaczy jak? Co to znaczy? Jakaś karkołomna konstrukcja Ci wyszła. Myśl w nowym akapicie.

 

– Eh… – około trzydziestoletni chłopak głośno westchnął.

Około u dużej litery. Może Ci się przyda paradnik zapisu dialogów.

 

– Co tam słychać? – młody, niedoszły jeszcze ortopeda zagadnął starego chirurga ogólnego pełniącego dyżur na SOR-ze.

Młody z dużej litery.

Niedoszły za SJP PWN:

niedoszły

1. «taki, który nie doszedł do skutku»

2. «taki, który nie urzeczywistnił swoich zamierzeń»

Czy jesteś pewien, że o to Ci chodziło?

 

– Kurwa. Co tu się odpierdala – głośno pomyślał młody ortopeda.

Myśli mają to do siebie, że ich nie słychać, więc nie można głośno pomyśleć.

Po kurwie dałabym wykrzyknik, po drugim zdaniu też.

 

Jego oczy były szeroko otwarte i zdziwione

Hmm, jak wyglądają zdziwione oczy?

 

Nagle głos starszego chirurga ogólnego: – Nie możesz przecież sam otwierać klatki! Dla twojego dobra. Nie idź w to. Dzwoń po torakochirurga.

Od myślnika w nowym akapicie. A ten głos chirurga to się chyba rozległ, albo co. Coś Ci tam chyba zjadło.

 

– Przecież nie mamy go w szpitalu, nawet jak się dodzwonię, to niczym dojedzie, to minie lekko pół godziny – odpowiedział młody.

Nim dojedzie.

 

Starszy profesor wziął głęboki wdech, zrobił efektowną pauzę i wyrzucił z siebie z nieukrywaną złością: – Tej Litwy w inwokacji to mu nigdy nie wybaczę.

To od myślnika w nowym akapicie.

 

„Ale co zrobić” – pomyślał. Nigdy wcześniej ani nigdy później asystenci nie widzieli go tak bezradnego. Jednym ruchem obrócił skalpel w dłoni, włożył go do ust, przytrzymując trzonek zębami. Jedną ręką badał puls, drugą szukał trąbki akustycznej. „Puls – zdziwił się – 5 uderzeń na 30 sekund! Niemożliwe, żeby przeżył”. A jednak białowłosy żył dalej, żył i oddychał. Profesor chciał zbadać źrenice. Uniósł powieki i odrzucił rękę jak poparzony – oczy były dziwne, żółte, zmienione i nieludzkie. Złapał się za czoło. „Co tu się dzieje, co zrobić?”. – Pewna myśl pojawiła się w jego głowie. „Nie!”. – Od razu ją odrzucił. „A jednak… co mówił Mikulicz o ranach klatki piersiowej? Nadciśnienie, podciśnienie…”. – Mętlik myśli, chaos, brak koncepcji. Rozważał w myślach – nigdy nie przyznałby się do nich swoim asystentom. Nie wymyślił jednak nic, co sam mógłby zrobić.

Masz tu myśli, poprzeplatane z narracją. Piekielnie źle się to czyta w takim bloku. IMO tak będzie lepiej:

 

„Ale co zrobić” – pomyślał.

Nigdy wcześniej ani nigdy później asystenci nie widzieli go tak bezradnego. Jednym ruchem obrócił skalpel w dłoni, włożył go do ust, przytrzymując trzonek zębami. Jedną ręką badał puls, drugą szukał trąbki akustycznej.

„Puls – zdziwił się – 5 uderzeń na 30 sekund! Niemożliwe, żeby przeżył”.

A jednak białowłosy żył dalej, żył i oddychał.

Profesor chciał zbadać źrenice. Uniósł powieki i odrzucił rękę jak poparzony – oczy były dziwne, żółte, zmienione i nieludzkie. Złapał się za czoło.

„Co tu się dzieje, co zrobić?”. – Pewna myśl pojawiła się w jego głowie. „Nie!”. – Od razu ją odrzucił. „A jednak… co mówił Mikulicz o ranach klatki piersiowej? Nadciśnienie, podciśnienie…”. 

Mętlik myśli, chaos, brak koncepcji. Rozważał w myślach – nigdy nie przyznałby się do nich swoim asystentom. Nie wymyślił jednak nic, co sam mógłby zrobić.

 

Tymczasem młody lekarz rozglądał się dookoła. – Gdzie my jesteśmy? – powiedział na głos do siebie. Popatrzył na brodatego profesora. Popatrzył na sygnaturę audytorium „Collegium Medicum Universitat von Lemberg”.

I znowu, niepotrzebnie zbijasz wszystko w kupę

 

Tymczasem młody lekarz rozglądał się dookoła.

– Gdzie my jesteśmy? – powiedział na głos do siebie. Popatrzył na brodatego profesora.

Popatrzył na sygnaturę audytorium „Collegium Medicum Universitat von Lemberg”.

 

Młody lekarz popatrzył na Ciri. – Dalej, dalej, to nie to miejsce, a przynajmniej nie ten czas – krzyknął.

Młody lekarz popatrzył na Ciri.

– Dalej, dalej, to nie to miejsce, a przynajmniej nie ten czas – krzyknął.

 

Trójka przybyszów zniknęła. Starszy profesor poczuł buzującą w nim krew. Powiedział: – Każdy, kto tu był, może mówić o tym zdarzeniu, co chce i kiedy chce. Z jednym wyjątkiem. – Wszyscy asystenci wiedzieli, co ma na myśli. Tak jak nigdy przed tym zajściem, tak też nigdy po nim nazwisko „Mikulicz-Radecki” nie zostało wymówione w obecności profesora.

Trójka przybyszów zniknęła. Starszy profesor poczuł buzującą w nim krew.

– Każdy, kto tu był, może mówić o tym zdarzeniu, co chce i kiedy chce. Z jednym wyjątkiem – powiedział.

Wszyscy asystenci wiedzieli, co ma na myśli. Tak jak nigdy przed tym zajściem, tak też nigdy po nim nazwisko „Mikulicz-Radecki” nie zostało wymówione w obecności profesora.

 

– Prawda – pomyślał. – Jednak więcej czasu na Łyczakowie pan spędzi niźli na Śródmieściu. Eh… jakie to polskie, dwóch Polaków, dwóch wybitnych chirurgów i taka niechęć do siebie. Niezależnie, czy Polska istnieje na mapie, czy też nie.

Skoro to zapis myśli, to w cudzysłowiu, a nie od myślnika.

 

Trójka podróżników w czasie i miejscach pojawiła się w środku czegoś przypominającego szklany klosz.

Nie brzmi to dobrze, zamiast miajscach dałabym przestrzeni.

 

Młody lekarz, towarzysz Ciri i Geralta, rozglądał się dookoła. Z trudem opanował zdziwienie. „To, to jest ta komora podciśnieniowa Mikulicza i Sauerbrucha” – pomyślał.

Młody lekarz, towarzysz Ciri i Geralta, rozglądał się dookoła. Z trudem opanował zdziwienie.

„To, to jest ta komora podciśnieniowa Mikulicza i Sauerbrucha” – pomyślał.

 

Bo w tym momencie legendarny chirurg faktycznie był o centymetr od nacięcia skóry przy stole operacyjnym.

To znaczy ta skóra była gdzieś obok stołu operacyjnego? Dałabym: od nacięcia skóry pacjenta, egal, że to zwierzę. I zastanowiłabym się, czy on był o centymetr, czy o parę sekund.

 

Mikulicz włożył klemy hemostatyczne w ręce młodego lekarza: – Chwytaj, a ja podwiązuję – profesor odezwał się po polsku.

Mikulicz włożył klemy hemostatyczne w ręce młodego lekarza .

– Chwytaj, a ja podwiązuję – odezwał się po polsku profesor.

 

Doktor Sauerbruch znał tylko jedno stwierdzenie po polsku. Jeśli je usłyszał, to wiedział, że trzeba zniknąć z pola widzenia profesora.

Na zewnątrz klosza przenikało tylko „kurwa mać”.

Tu się potknęłam. Czy doktor S znał po polsku tylko kurwę? Czyli teraz powinien wiać? Kto klął, profesor, młody lekarz, wiedźmin, bo on chyba uśpiony nie był.

Jeszcze jedno, nie jestem lekarzem. I tu by się dla takich jak ja przydało wyjaśnienie tego klosza. Czy ten kloszy był tylko nad głową pacjenta, czy to było coś większego, w czym mieścił się operujący lekarz. Może to głupie pytanie, ale naprawdę nie umiem sobie tego wyobrazić.

 

Jakieś sześćdziesiąt jedwabnych, wymoczonych w fenolu podwiązek później krwawienie ustało prawie całkowicie. Młody lekarz wziął głęboki oddech: „No, nie wygląda to tak źle” – przez myśl przeszła mu wyświechtana głupia mantra. „Jeśli pacjent chce przeżyć, to faktycznie, medycyna bywa bezsilna”. – No cóż, to typowe lekarskie poczucie humoru chyba pasuje do tego zawodu.

Jakieś sześćdziesiąt jedwabnych, wymoczonych w fenolu podwiązek później krwawienie ustało prawie całkowicie. Młody lekarz wziął głęboki oddech.

„No, nie wygląda to tak źle. Jeśli pacjent chce przeżyć, to faktycznie, medycyna bywa bezsilna” – przemknąło mu przez myśl.

No cóż, to typowe lekarskie poczucie humoru chyba pasuje do tego zawodu.

 

Mantra (dewanagari मन्त्र; od rdzenia man– myśleć, z przyrostkiem -tra wznieść lub ochraniać) – w buddyzmie, hinduizmie i ezoteryce formuła, werset lub sylaba, która jest elementem praktyki duchowej.

 

Popatrzył na Geralta. Wiedźmiński metabolizm pozwala na naprawdę dużo. Nie da się porównać regeneracji i wytrzymałości zwykłego człowieka i wiedźmina. Ponowny strzał mimowolnej myśli: „Coen miał pecha, nie ten czas i nie to miejsce”.

Popatrzył na Geralta. Wiedźmiński metabolizm pozwala na naprawdę dużo. Nie da się porównać regeneracji i wytrzymałości zwykłego człowieka i wiedźmina. Ponowny strzał mimowolnej myśli:

„Coen miał pecha, nie ten czas i nie to miejsce”.

 

Do Geralta podbiegła Ciri. – Geralt, Geralt! Słyszysz mnie? – wykrzyknęła.

Do Geralta podbiegła Ciri.

– Geralt, Geralt! Słyszysz mnie? – wykrzyknęła.

 

Załkała jeszcze raz, ale już nie z żalu i uczucia bezbronności, tylko po to by, wyrzucić z siebie emocje – emocje powodujące słabość i brak wiary w siebie.

A po czorta to powtarzasz, nie lepiej po przecinku?

 

Elf o wejrzeniu kościotrupa, ubrany w kryty hełm i napierśnik, skoczył, zamachując się buławą i celując w twarz Ciri. Zgrzytnęła stal, prysnęły iskry. Zirrael zwarła się w bloku z kościanym orężem. Był silny. – „Za silny jak na nawigatora” – pomyślała Ciri. Wiedźminka skoczyła w bok, cięła krótko, maksymalnie szybko, między hełm a napierśnik. Klinga przeszyła powietrze, napastnik uniknął ciosu szybkim odskokiem.

Elf o wejrzeniu kościotrupa, ubrany w kryty hełm i napierśnik, skoczył, zamachując się buławą i celując w twarz Ciri. Zgrzytnęła stal, prysnęły iskry. Zirrael zwarła się w bloku z kościanym orężem. Był silny. 

„Za silny jak na nawigatora” – pomyślała Ciri.

Wiedźminka skoczyła w bok, cięła krótko, maksymalnie szybko, między hełm a napierśnik. Klinga przeszyła powietrze, napastnik uniknął ciosu szybkim odskokiem.

 

– Las Celeveras selen – powiedział upiorny przybysz, patrząc na turlający się hełm w kształcie czaszki. Ciri, ciągle zataczając krąg, pomyślała: „Racja, czaszki wyjdą samotnie”. Rozgniotła stopą duży kawałek szkła. „Tylko zobaczymy czyje” – dodała w myśli po chwili. Nad przeponą czuła ciągły ucisk, jak niegdyś w zamku Stygga. Walczyli dalej zaciekle, demolując już doszczętnie Theatrum Chirurgicum. Cięcia, bloki, odgłos stali – rozbrzmiewały i nie cichły nawet na chwilę.

 

– Las Celeveras selen – powiedział upiorny przybysz, patrząc na turlający się hełm w kształcie czaszki.

„Racja, czaszki wyjdą samotnie” – pomyślała Ciri, ciągle zataczając krąg.

Rozgniotła stopą duży kawałek szkła.

„Tylko zobaczymy czyje” – dodała w myśli po chwili.

Nad przeponą czuła ciągły ucisk, jak niegdyś w zamku Stygga. Walczyli dalej zaciekle, demolując już doszczętnie Theatrum Chirurgicum. Cięcia, bloki, odgłos stali – rozbrzmiewały i nie cichły nawet na chwilę.

 

Cięcia, bloki nie rozbrzmiewają, stal sama w sobie nie ma odgłosu. Proponuję: Cięcia, bloki, odgłos krzyżującej się stali nie cichł nawwet na chwilę.

 

Ciri upuściła miecz, chwyciła oburącz buławę, próbując odciągnąć ją od szyi. „To już koniec… Nie ma ojca, który przyjdzie i pomoże, cały wysiłek w… – pomyślała, ale nie dokończyła.

Ciri upuściła miecz, chwyciła oburącz buławę, próbując odciągnąć ją od szyi.

„To już koniec… Nie ma ojca, który przyjdzie i pomoże, cały wysiłek w…” – pomyślała, ale nie dokończyła.

 

Młody przypomniał sobie podania historyczne na temat badań uszkodzeń rdzenia kręgowego prowadzonych w XIX wieku na wyższych naczelnych. – Banda rzeźników – pomyślał znowu, wzdrygając się z obrzydzeniem.

Skoro pomyślał to w cudzysłowiu i od nowego akapitu.

 

Ciri ze zdziwieniem szepnęła: – Avallah? – Błysnęło, mignęły kolory w tunelu czasów i miejsc.

– No tak, jak mogłem pouczać pana profesora – pomyślał młody, przecierając ręką oczy, zdziwiony swoją głupotą.

– Avallah? – szepnęła Ciri ze zdziwieniem

Błysnęło, mignęły kolory w tunelu czasów i miejsc.

“No tak, jak mogłem pouczać pana profesora” – pomyślał młody, przecierając ręką oczy, zdziwiony swoją głupotą.

 

 

[tłumaczenie z języka niemieckiego fragmentu artykułu z gazety „Schlesische Zeitung” z 1905 r.]

„Uprzejmie wyjaśniamy, że zajścia minionego tygodnia w Theatrum Chirurgicum Uniwersytetu we Wrocławiu spowodowane były tąpnięciem ziemi, które to wtórne było do wykopów sieci kanałów wodnych przebiegających w bezpośrednim sąsiedztwie Kliniki. Owe, jak pospólstwo niesie, czary, dymy, strzały i błyski były spowodowane wybuchem chemikaliów stosowanych w nowoczesnej medycynie. Korzystając z niniejszego artykułu, aby podeprzeć naszą wiarygodność, z przyjemnością informujemy, że odpowiedzialna za wybuch nitrogliceryna rokuje świetnie w zastosowaniu przy angina pectoris i innych chorobach serca”.

Dałabym kursywą, żeby się wyróżniało i ewentualnie te informację, co to jest – wyboldowała.

 

Młody lekarz głośno pomyślał: – No tak, wygląda na to, że komuś dziękuje, pewnie jakiemuś bóstwu. Jak to zwykle bywa… – powiedział po łacinie, tylko ostatnie słowo było po polsku – …jak przeżyje, to ręka Boga, jak umrze, to lekarz chuj. Eh… – ciężko westchnął. – Takie życie.

Pogubiłam się, nie wiem, co on myśli, a co mówi. Kto gadał po łacinie Geralt czy lekarz. Coś tu trzeba rozjaśnić.

 

Stojący obok Niziołek drgnął jak oparzony, popatrzył bystrym wzrokiem, przyczłapał z gracją godną osobników jego rasy. Popatrzył głęboko w oczy młodego lekarza. – Na cynizm i wyrachowanie można pozwolić sobie dopiero po dwudziestu latach praktyki chirurgii – wyrzekł po łacinie i zdzielił młodziana siarczystym kopniakiem w dupę.

Stojący obok Niziołek drgnął jak oparzony, popatrzył bystrym wzrokiem, przyczłapał z gracją godną osobników jego rasy. Popatrzył głęboko w oczy młodego lekarza.

– Na cynizm i wyrachowanie można pozwolić sobie dopiero po dwudziestu latach praktyki chirurgii – wyrzekł po łacinie i zdzielił młodziana siarczystym kopniakiem w dupę.

 

Ogólnie: takie pisanie dialogów po dwukropku jest trochę archaiczne. Poza tym nadużywasz myślnika, najczęściej wystarczyłby przecinek. Tego już nie wypisywałam, za dużo by było.

 

Generalnie podobało mi się. Jak nie przepadam za fanfikami, to połączenie Wiedźmina, ostrego dyżuru i XIX-wiecznych chirurgów bardzo mi się spodobało. Jeśli to rzeczywiście Twój pierwszy tekst w życiu, to jest bardzo dobrze.

 

Czy mamy kolejnego lekarza na portalu? Bo wiesz, amputacje Ci średnio wychodzą. Ten wrzucony na konkurs kadłubek nie był najlepszy. Pełna wersja jest zdecydowanie lepsza;)

 

Witaj na portalu.

Mam nadzieję, że wprowadzisz poprawki, bo klikam na Bibliotekę.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Wow, wow, wow !

Chyba zwykłe dzięki to za mało. Zmiany już wprowadzam.

Tak, tak. Ostatnie coś co napisałem to wypracowanie na maturę.

 

Amputacje faktycznie średnio wychodzą ale to akurat cecha dobrego chirurga/ortopedy! Bo świadczy to o tym, że rzadko je stosuje. Co do pracy i kadłubka oczywiście się to tyczy. 

 

Ad 1. Klosz był bardzo duży i zajmował okołu połowę sali. Mieścił w środku operatora oraz asystę. Pacjent głowę miał na zewnątrz, gumowy kołnierz uszczelniał szyję, reszta w środku klosza.

 

Ad 2. Już parę osób pytało a inni może też się zastanawiali także napiszę zbiorczo tutaj żeby nie spamować :-)

W 1894 roku uruchomiono tramwaje elektryczne we Lwowie (pierwsze w Monarchii Austro-Węgierskiej).

Kolumna we Lwowie oczywiście Mickiewicza ale było parę osób, które chciało tam Słowackiego.

Rydygier faktycznie ma grób na Cmentarzu Łyczakowskim– zachęcam do odwiedzenia.

Od 1903 r. we Wrocławiu prowadzono na dużą skale prace w sprawie regulacji Odry i wykopów pod kanały wodne. Tąpnięć było wtedy bardzo dużo.

Cała sprawa z kloszem podciśnieniowym oczywiście historycznie autentyczna– pierwsze operacje klatki piersiowej wykonywane były w takim dużym słoiku z gumową dziurką. Jest to spowodowane fizjologicznie występującym ujemnym ciśnieniem w jamie opłucnej.

Schlesische Zeitung– to gazeta faktycznie wydawana w tamtych czasach w Wrocławiu.

 

No i na koniec :-) “zakładek z C.K. Twierdzy Przemyśl ci u mnie dostatek”.

 

 

 

JohnnyTrestle

Trzyma w napięciu. Imponująca baza wiedzy historycznej, o którą cię nawet nie posądzałem. :)

Dobre i ciekawe. Fajnie poskładałeś różne motywny w zgrabną całość :) Jak na pierwszy tekst rewelacja :) Zdecydownie na plus szczegóły medyczne, nadają one opowiadaniu odpowiedni klimat.

Ogólnie mi się podobało. Klikam bilbiotekę :)

@katia72: Dziękuję za dobre słowo i za bibliotekę! Jak już pisałem pozostanę tu na dłużej i od czasu do czasu coś napiszę ;-)

 

Całe szczęście, że najpierw nie trafiłaś na wersję “wykastrowaną” ;-) bo można się zrazić.

JohnnyTrestle

Pierwsze przeczytane opowiadanie i odrazu trafione :) Wielki plus za rzetelne przygotowanie tła historycznego. Czuję się jakbym łyknął co nieco z historii medycyny :D Dzięki JohnnyTrestle, czekam na kolejne historie, oby więcej takich ;)

Bardzo niecodzienne połączenie, z początku miałem wątpliwości, czy wypadnie dobrze, ale udało ci się obydwa światy zręcznie spleść we wciągającą opowieść. 

Dużo książkowej wiedzy – nawet źródło z którego czerpałes pojawia się w opowiadaniu – która stanowi chyba najmocniejszy element tekstu. Przyjemniej czytało się o chirurgach i tajnikach ich zawodu niż o samym wiedzminie i Ciri, ale i te fragmenty akcji świetnie się prezentują. 

Nie pasuje mi za to "mamusiu" w ustach Geralta. Taki duży wiedźmin, a jak przychodzi co do czego… ;) 

I nie za bardzo wychwycilem moment, w którym lekarz zorientował się kim oni są – albo mi to umknęło. 

 

Komentatorzy wyżej wypunktowali kilka detali, ja bym dodał jeszcze trzy do tej listy:

 

Szyja i usta zaczęły pokrywać się nieprzyjemnym drętwieniem, zwiastującym napad lęku. < coś mi w tym pokrywaniu się drętwieniem nie pasuje

U stóp Atropos leżały rozbryźnięte na miliony kawałków nożyce życia. < nożyce zmieniły się w ciecz?:) 

Podrapał się po brodzie, w pośpiechu sięgnął do kieszeni fartucha, fartucha lekko ubrudzonego zakrzepłą krwią <niepotrzebne powtórzenie 

Dzięki za dobre słowa.

 

@Gekikara: “I nie za bardzo wychwycilem moment, w którym lekarz zorientował się kim oni są – albo mi to umknęło. “– pewnie zrozumiał gdzieś w międzyczasie, nie było to dla niego ważne, miał zadanie do spełnienia i zeszło na dalszy plan. Chciałem ukazać, że w takich sytuacjach lekarz musi działać niezależnie od tego kto jest pacjentem i skąd się wziął. Oczywiście jak widać swoje zachowanie bohater podparł dobrymi profesorskimi autorytetami. Oh… takie to górnolotno-słodkopierdzące, że aż mi mdło i lekko wstyd ;-)

Co do reszty. Hm… no nie wiem czy wszystko musi być dosłownie rozumiane czy też można użyć takich określeń lekko swobodnie. Może masz rację, popytam jeszcze parę osób na ten temat. Dobrze, że zwróciłeś uwagę.

JohnnyTrestle

Przyjemne :)

Przynoszę radość

Szczegóły medyczne zdecydowanie dodają smaczku, ale momentami kradną trochę historię. Klimat i pomysł rozwinięty zdecdowanie lepiej w wersji nieskróconejsmiley

Dziękuję :-) wersja skrócona pożegnała się już z portalem ;-)

JohnnyTrestle

Ani wiedźmin, ani to, co z nim związane, nie jest tym, co Regulatorzy lubią najbardziej. Jednakowoż, Johnny, Twoje potraktowanie sprawy powiało nowością wręcz zaskakującą, bo przesiąkniętą wonią fenolu. Sprowadzenie konającego Geralta na dyżur SOR-u, a potem do dziewiętnastowiecznego szpitala, nad wyraz przypadło mi do gustu i chętnie postawiłabym opowiadanie na bibliotecznej półce, ale cóż… dopóki w tekście jest tak wiele błędów i usterek, niestety, nie mogę tego uczynić.

Sugeruję, abyś usunął z tytułu dopisek „całość”.

 

Trzy sio­stry przy­odzia­ne w togi po­pa­trzy­ły się po sobie… ―> Mojry to greckie boginie, czy na pewno miały na sobie rzymskie togi, czy może raczej greckie peplosy?

Trzy siostry przyodziane w peplosy popatrzyły po sobie

 

Ro­dza­ni­ce– sło­wiań­skie bo­gi­nie życia i śmier­ci… ―> Brak spacji przed półpauzą.

 

Mo­wi­ły­śmy, że­by­ście nie brały się za na­szych chłop­ców– wy­ce­dzi­ła Su­lviea. ―> Literówka. Brak spacji po wypowiedzi.

 

–Znowu SOR, już nie pa­mię­tam, kiedy ostat­ni raz mia­łem spo­koj­ny dyżur– po­wie­dział do sie­bie, son­du­jąc prze­lot­nie pa­mięć. ―> Brak spacji po pierwszej półpauzie, brak spacji przed drugą.

 

„Może to i le­piej” – po­my­ślał. – “Cza­sa­mi le­piej jest się za szyb­ko nie de­ner­wo­wać”. ―> Jeśli używasz cudzysłowu, to:  „Może to i le­piej” – po­my­ślał. “Cza­sa­mi le­piej jest się za szyb­ko nie de­ner­wo­wać”. Lub: „Może to i le­piej – po­my­ślał. – Cza­sa­mi le­piej jest się za szyb­ko nie de­ner­wo­wać”. Albo: „Może to i le­piej”, po­my­ślał. “Cza­sa­mi le­piej jest się za szyb­ko nie de­ner­wo­wać”.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać myśli: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

Parę ludzi z bo­lą­cy­mi brzu­cha­mi z prze­je­dze­nia. ―> Paru ludzi z brzu­cha­mi bolącymi z prze­je­dze­nia.

 

– Co tam sły­chać? – or­to­pe­da za­gad­nął sta­re­go chi­rur­ga ogól­ne­go peł­nią­ce­go dyżur na SOR-ze. ―> – Co tam sły­chać? – Or­to­pe­da za­gad­nął sta­re­go chi­rur­ga ogól­ne­go, peł­nią­ce­go dyżur na SOR-ze.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

– Cześć. Ranę ciętą ręki mamy. Po­mógł­byś? Ja ogar­nę pa­pie­ry za ten czas, bo mamy tu nie­zły ko­cioł – za­py­tał chi­rurg. ―> Raczej: – Cześć. Ranę ciętą ręki mamy. Po­mógł­byś? – za­py­tał chi­rurg. – Ja przez ten czas/ w tym czasie ogar­nę pa­pie­ry, bo mamy tu nie­zły ko­cioł.

 

Ob­ra­ca­jąc go w pal­cach, roz­pa­ko­wał go… ―> Czy oba zaimki są konieczne?

 

Palce płyn­nie prze­su­wa­ły się po przed­niej po­wierzch­ni klat­ki pier­sio­wej… ―> Czy klatka piersiowa ma również tylną powierzchnię?

 

Od­dech po­szko­do­wa­ne­go był już nieco lżej­szy, ale jego stan był nadal ago­nal­ny. ―> Nie brzmi to najlepiej.

Może: Poszkodowany oddychał już nieco lżej, ale jego stan był nadal agonalny.

 

– Dawać od razu krew do trans­fu­zji 0 ujem­ny… ―> – Dawać od razu krew do trans­fu­zji zero ujem­ny

Liczebniki zapisujemy słownie, zwłaszcza w dialogach.

 

Krew na grupę i krzy­żo­wać też ile się da. Płyny, płyny, ko­lo­idy – dużo z opa­ski pneu­ma­tycz­nej. ―> Unikaj dodatkowych półpauz w dialogach; sprawiają, że zapis staje się mniej czytelny.

 

Po chwi­li wiedź­min ob­wie­szo­ny do­oko­ła róż­ny­mi spe­cy­fi­ka­mi w kro­plów­kach prze­no­szo­ny był na no­szach trans­por­to­wych. ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

– Ha! I co, teraz te że­la­zne ho­lo­sy miast kon­nych tram­wa­jów jeź­dzić będą? – ode­zwał się sto­ją­cy obok młod­szy z męż­czyzn. ―> Skoro wypowiedź kończy pytajnik, to raczej: – zapytał sto­ją­cy obok młod­szy z męż­czyzn.

 

Star­szy z męż­czyzn po­pa­trzył się na młod­sze­go z po­ża­ło­wa­niem. ―> Star­szy z męż­czyzn po­pa­trzył na młod­sze­go z politowaniem.

Za SJP PWN: pożałować  1. «poczuć żal z powodu czegoś, co zaszło lub nie zaszło, co minęło lub minie niewykorzystane» 2. «okazać komuś współczucie» 3. «nie dać, nie użyczyć czegoś przez skąpstwo»

 

Po­pa­trzył po swo­ich asy­sten­tach – nie do­wie­rzał swoim oczom. ―> Drugi zaimek zbędny.

 

Nagle wez­bra­ła w nim gwał­tow­ność cha­rak­te­ry­stycz­na dla chi­rur­gów XIX wieku. ―> Skąd wiadomo, że gwałtowność była cechą charakterystyczną dziewiętnastowiecznych chirurgów?

 

„Puls – zdzi­wił się – 5 ude­rzeń na 30 se­kund! ―> „Puls – zdzi­wił się – pięć ude­rzeń na trzydzieści se­kund!

 

Zo­ba­czył sy­gna­tu­rę au­dy­to­rium „Col­le­gium Me­di­cum Uni­ver­si­tat von Lem­berg” ―> Brak kropki na końcu zdania.

 

Nie­za­leż­nie, czy Pol­ska ist­nie­je na mapie, czy też nie.” ―> Kropke stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

to ten pod­trzy­mu­ją­cy pod­ci­śnie­nie. Z dru­giej stro­ny inny z asy­sten­tów pod­trzy­mu­ją­cy dziw­ny fla­kon… ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

Życie z jed­nej stro­ny wpły­wa­ło w wiedź­mi­na, z dru­giej stro­ny upły­wa­ło na pod­ło­gę. ―> Raczej: Życie z jed­nej stro­ny wpły­wa­ło w wiedź­mi­na, z dru­giej stro­ny wypły­wa­ło/ spływało na pod­ło­gę.

Za SJP PWN: upłynąćupływać «w odniesieniu do czasu, wydarzeń trwających w czasie: minąć»

 

prze­mkną­ło mu przez myśl. ―> Literówka.

 

wy­rzu­cić z sie­bie emo­cje, te po­wo­du­ją­ce sła­bość i brak wiary w sie­bie. ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

Zir­ra­el zwar­ła się w bloku z ko­ścia­nym orę­żem. Był silny. ―> Oręż był silny?

 

wi­ro­wa­li w pi­ru­etach i pół­ob­ro­tach. ―> Jak można wirować w półobrocie?

 

kru­szy­ły się, a gruz ście­lił się wśród… ―> Nie brzmi to najlepiej.

Może: …kru­szy­ły się, a gruz zalegał wśród…

 

Wy­słan­nik Gonu prze­strze­lił pchnię­cie lewą ręką za­ostrzo­ną ko­ścia­ną bu­ła­wą. ―> Jak można przestrzelić pchnięcie?

 

Ciri znowu za­czę­ła kro­czyć mia­ro­wym pół­ko­lem. ―> Miarowe półkole to jakie? A może miało być: Ciri znowu za­czę­ła kro­czyć mia­ro­wo pół­ko­lem.

 

Ciri zła­pa­ła głę­bo­ki od­dech, ła­piąc się za szyję. ―> Brzmi to fatalnie.

 

„Banda rzeź­ni­ków “– po­my­ślał znowu… ―> Zbędna spacja przed zamknięciem cudzysłowu, brak spacji po jego zamknięciu.

 

Ciri pod­bie­gła do Ge­ral­ta, mocno go przy­tu­la­jąc. ―> Zdanie sugeruje, że Ciri jednocześnie podbiegała i przytulała Geralta.

Pewnie miało być: Ciri pod­bie­gła do Ge­ral­ta i mocno go przy­tu­liła.

 

Mi­ku­licz, ścią­ga­jąc ba­weł­nia­ne rę­ka­wicz­ki, pa­trzył się z ukosa… ―> Mi­ku­licz, ścią­ga­jąc ba­weł­nia­ne rę­ka­wicz­ki, pa­trzył z ukosa

 

-No tak, wy­glą­da na to, że komuś dzię­ku­je, pew­nie ja­kie­muś bó­stwu. ―> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

-…jak prze­ży­je, to ręka Boga, jak umrze, to le­karz chuj. ―> Jak wyżej.

 

Po­czym cięż­ko wes­tchnął. ―> Po ­czym cięż­ko wes­tchnął.

 

Sto­ją­cy obok Ni­zio­łek drgnął jak opa­rzo­ny… ―> Dlaczego wielka litera?

 

popatrzył bystrym wzrokiem, przyczłapał z gracją godną osobników jego rasy. Popatrzył głęboko… ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

kiw­nął głową w ge­ście po­dzię­ko­wa­nia… ―> Gesty wykonuje się rękami, nie głową.

Proponuję: …kiw­nął głową w wyrazie po­dzię­ko­wa­nia

 

usły­szał od­głos wia­do­mo­ści na What­sAp­pie. Była to wia­do­mość od ko­le­gi… ―> Czy to celowe powtórzenie?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję serdecznie za komentarz. Zmiany oczywiście już wprowadzone. Opowiadanie ma już ostateczną formę, czas brać się za coś nowego. 

JohnnyTrestle

W takim razie życzę, aby Pani Wena natchnęła Cię świetnym pomysłem na kolejne opowiadanie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka