- Opowiadanie: John_q - Łowczy

Łowczy

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Łowczy

Unoszący się srebrny dym z fajki dławił i tak już duszne powietrze w kajucie. Obłoki spalonego tytoniu unosiły się tańczyły i wiły w świetle lampki niczym egzotyczne tancerki z dalekich krajów piachu oraz przypraw.

Pośrodku za potężnym, zdobionym biurkiem siedział wielki łowczy. Nie wyglądał na takowego choć czapka i herb na piersi wskazywał na weterana branży. Mała czerwona blaszka w niebieskie paski przysłaniająca lewą pierś miała na sobie przynitowane trzy złote trójzęby przecinające się pośrodku. Mężczyzna siedział nieruchomo pykał z fajki i wpatrywał się w stronę wejścia a raczej w stronę dwóch trofeów po obu stronach drzwi. Po prawej była duża płetwa ogonowa mieniąca się w wielu kolorach mimo słabego oświetlenia. Po lewej stronie głowa ryby z dziwną naroślą przypominającą stożek lub jakiegoś rodzaju kapelusz. Wpatrywanie się i powolne upalanie fajki przerwało mu pukanie do drzwi.

– Wejść! – ozwał się palacz głosem lekko ospałym jednak wciąż potężnym.

Do kajuty weszła kobieta w jasno różowej sukni w słomianym kapeluszu w ręku trzymała biały parasol. Dumnym krokiem podeszła do biurka i zasiadła na przeciw mężczyzny, który przeszywał wzrokiem damę próbując rozgryźć co taka osoba jak ona chce od łowcy morskich stworzeń. Nie musiał jednak długo rozmyślać nad jej zamiarami, gdyż sama zainteresowana przerwała ciszę.

– Chodzi o syrenę… – powiedziała odwracają wzrok od rozmówcy jakby w strachu przed ripostą – potrzebuję całej żywej, najlepiej młodego okazu.

– Dobrze, na cele medyczne, spożywcze, inne? – zapytał próbując spojrzeć w kobiece oczy.

– Inne! – wyrwało się jej z ust.

Mężczyzna wyprostował się na krześle. Jego twarz z obojętnej przybrała wyraz zdziwienia pomieszanego z lekkim obrzydzeniem. Spuścił wzrok z kobiety próbując zebrać myśli. Po chwili jednak przemówił.

– Ciekawe… Doprawdy… – mówił zamyślony – Myślałem że już nic mnie nie zdziwi… A tu proszę…

– O czym pan mówi?! – przerwała mu kobieta. W jej tonie głosu czuć było zaniepokojenie.

– Ależ nie ma się czego wstydzić… – odpowiedział zestresowanej kobiecie z uśmiechem – Gorszym dostarczałem syreny, szejkom, znudzonym życiem lordom. Ba! – uśmiechnął się – Agitatorzy tej zarazy trybiku i listka, którzy od mordowanych panów usłyszeli tylko o tym, to odrazy defraudowali pieniądze swych ludowych rodzin i marnotrawili je na: mięso, medykamenty i właśnie, inne… – zakończył a wyrazem tego było schowanie wypalonej już fajki do kieszeni.

– Jak pan śmie! – krzyknęła – Mnie, Lady Castlerune z Moonbay do tych… tych potworów! Ja chce mieć córkę! – wypaliła w stronę mężczyzny ze łzami w oczach cała czerwona – Więc panie… panie…

– Jonaszu – pomógł kobiecie.

– Jonaszu! Prosiłabym nie zadawać pytań tylko zająć się tym za co panu płacę!

– Proszę wybaczyć – odpowiedział próbując załagodzić sytuację – Po prostu nikt nigdy wcześniej nie miał podobnych zamiarów co do syren – spojrzał chwilę w jej oczy i dodał – proszę wybaczyć mi ciekawość, jednak muszę zapytać. Dlaczego akurat syrena? Nie lepiej otrzymać dziecko w normalny sposób, lub je adoptować? -zapytał uważając na słowa.

– Nie… Dziecko zniszczyłoby mnie. – odpowiedziała zimnym głosem – Próbowałam traktować swoje zwierzęta, jak moje dzieci, bo ktoś mi powiedział, że pies kocha zawsze. To jednak okazało się kłamstwem. Nie dość, że zdychały szybko to łasiły się tylko jak coś chciały.

– Rozumiem. Syren rozwiązuje pierwszy problem one żyją średnio po dwieście do trzystu lat, zależy od gatunku. Nie spotkałem się jednak z żadnymi badaniami, które potwierdzałyby, iż syreny przywiązuję się do swoich panów…

– Spróbować nie zaszkodzi! – przerwała Jonaszowi gwałtownie.

Mężczyzna kiwnął głową na znak zrozumienia i przytaknął. Następnie z biurka wyciągnął sporej wielkości kartkę papieru, na której marginesach widniały zapisane zaklęcia w środku byłą spisana umowa. Potem z szuflady wyciągnął pióro i kałamarz i nakreślił kilka znaków, po czym podał kobiecie i wskazał na małe pole pod umową.

– Proszę tu podpisać.

– Co to jest? – zapytała zaciekawiona.

– Umowa. Na jej mocy ja rozpoczynam łowy w pańskim imieniu a złapany dla pani okaz staje się dożywotnią własnością. Tylko jest jeden warunek spisania tej umowy, kontrahent musi spisać to krwią. Tylko wtedy mój dyżur na tym statku nie skończy się dopóki, dopóty nie zdobędę dla ciebie pani tej syreny.

– Niech tak będzie. – powiedziała lekko osłabiona na myśl specjalnego skaleczenia się, jednak determinacja przemogła ją i wyciągnęła rękę w stronę łowczego.

– Proszę… Tylko szybko, nie przywykłam do przelewania krwi. – dodała zakrywając oczy drugą ręką.

– Każda zachcianka wymaga odrobimy poświęcenia. – to mówiąc wyciągnął z szuflady sztylet, którego ostrze było wielkim szpikulcem na prawie całej jego długości za wyjątkiem samego czubka wyryte były postacie syren, wodników, rybich biskupów.

Jonasz chwycił rękę lady Castlerune i przebił jej skórę na kciuku a krew wypływającą z rany wlał do pióra, które natychmiast z białego całe zabarwiło się kr wiście czerwonym kolorem.

– Proszę szybko zapisać swoje imię. Pióro harpi też lubi pić krew. – szybko wypowiedział w stronę kobiety ocierającej łzy ze swojej twarzy – tak, tak tutaj… – wskazywał.

Kobieta zapisała swoje imię na kartce a runy w okół umowy zaczęły mienić się różnymi kolorami, niektóre czerwienią, inne bielą, jeszcze inne złotem i zielenią.

– Dobrze Lady… Wando. Dziękuję i mam nadzieję, że to poświęcenie przekuje się w pani sukces. – powiedział w jej stronę z uśmiechem a następnie wstał – Teraz proszę za mną. Przekaże panią majtkowi, który opatrzy ranę i zaprowadzi panią do kajuty dla gości. – mówiąc to otworzył drzwi i puścił lady Wandę przodem. Gdy wyszli na zewnątrz Jonasz zabił dzwonkiem obok wejścia do jego kajuty.

– Mnie zabierze pański podwładny a pan co w tym czasie będzie robił? – zapytała kobieta trzymając się za poranioną rękę.

– By upolować istotę wysokiego gatunku należy najpierw znaleźć jej mroczny odpowiednik, w tym przypadku mroczną syrenę. Tylko ona może wskazać syrenę, która będzie pasować do pani. – odpowiedział patrząc kobiecie w oczy.

– W takim razie to jest dość plugawa istota – stwierdziła Wanda.

– Najbliższa w czynach niektórym z nas – oddał wpatrzony w drzwi, z których po chwili wyleciał na złamanie karku nastoletni majtek o dość dziecięcych rysach twarzy. Stanął przed Jonaszem i zameldował się.

– Majtek Manolin, do usług panie! – wykrzyczał z uśmiechem na ustach.

– Dobrze, że cię widzę Santiago! – rzekł z uśmiechem i pogłaskał go po głowie – Lady Wanda potrzebuje opatrzenia rany i wygodnej kajuty. Załatwisz to? – zapytał się Jonasz.

– Oczywiście, panie wielki łowczy! – odpowiedział energicznie po czym poprosił by Wanda poszła z nim. Kobieta spełniła prośbę i po chwili zniknęli za drzwiami prowadzącymi na wyższe pokłady

– Teraz mniej przyjemna część… – wymamrotał do siebie mężczyzna.

Skierował się na dziób statku’ przy którym znajdowały trzy głazy. Jeden był położony i przypominał rodzaj ołtarza, dwa pozostałe stały przyległe do boków pierwszego. Jonasz podszedł do nich.

W kamiennych kolumnach przyległych do ołtarza dostrzegł wystające kryształy po jednym na każdy głaz. Wyciągnął je i w ich miejsce wbił dwa inne, czarne. Następnie wyszedł na środek naprzeciw kamiennego ołtarza, po czym złożył na nim dokument wyjęty z kieszeni. Stanął wyprostowany głowę opuścił i wpatrując się w umowę szeptał zaklęcia. Z każdym słowem światło słoneczne jakie okalało statek zaczynało blednąc i tracić na jasności. Jonasz nie przerywał a na pokładzie w szczególności przy portalu było ciemno jak w najmroczniejszą noc. Nagle do szeptanych zaklęci wypowiadanych przez mężczyznę dołączy się jeszcze jeden głos jakby z pod wody, jednak z każdą chwilą stawał się coraz bardziej doniosły. W pewnym momencie Jonasz czuł, jakby ktoś stał nad nim, czuł ciężki oddech, czuł zapach przypominający na myśl najbardziej plugawe, zgniłe stworzenie jakie tylko mogło istnieć. Podniósł głowę. Nie mylił się mroczna syrena z normalną przedstawicielką swojego gatunku dzieliła jedynie wspólną nazwę. W miejscu ogona smukłego i pełnego żywych barw, było ogromne czarne ciało kraba o szerokości prawie trzech arszyn. W miejscu głowy wrastało grube ciało. Kolor skóry zamiast jasnobłękitnego, czy bladoczerwonego miał barwę topielca będącego dłuższy czas już w wodzie. Zwieńczeniem tego koszmaru Gaii stała się głowa pełna wrzodów, podkrążone małe czarne oczy tak puste jak dno morskiej otchłani, w której to żyło. Włosy pozbijane w kilka dredów opadały na plecy i między obwisłe piersi. Potwór spojrzał się na moment w stronę Jonasza i uśmiechną się odsłaniając zęby wyglądające jak ruiny antycznych miast i zaczął.

– Jonasz Hublot! Wielki łowczy na Pokutniku ostatni taki mąż w tej części świata. – zaskrzeczała.

– Melidith! Starsza siostra meduzy, demon dawnych wieków, kochanka samego Krakena. – odpowiedział jej mężczyzna utrzymując pokerową twarz.

– Darujmy sobie te uprzejmości. Dobrze wiemy, po co tu jestem. – przestała się uśmiechać i spojrzała na ziemię pomiędzy odnóżami dostrzegła umowę Wandy – O tu jest! Mógłbyś mi ją podać z łaski swojej?

Jonasz nie odpowiedział, schylił się tylko i podniósł dokument. Wręczył go syrenie.

– A tak… Popatrzmy… Mam taką jedną będzie pasować w sam raz – wyciągnęła rękę za siebie w ciemność z której po chwili wyłoniło się syrenie dziecko. Nieprzytomne lewitowało i ułożyło się na ręce Melidith.– Na wasze lata ma około osiem, dziesięć wiosen. – wymamrotała zwracając dłoń z dzieckiem w stronę mężczyzny – Odzyska przytomność już w jej domu. Do tego czasu nawet się nie ruszy.

– A co z jej rodzicami? – zapytał Jonasz zatroskany.

– Co?! Hahaha! – roześmiała się iście demonicznym śmiechem – Od kiedy, ty morderca aquapolii stałeś się tak przejęty tym co z taką z namiętnością tępiłeś? – zapytała wyniośle.

– Nie wiem… – speszył się – Może się starzeję. Człowiek nie przywykł żyć trzysta lat…

– Dla mnie było to jakby wczoraj… – zamyśliła się. – Aleś ją zbałamucił. A gdy dała ci krew sprzedałeś ją jakiemuś koneserowi egzotycznych przysmaków.Haha! – zaśmiała się mrocznie i szyderczo.

Oczy Jonasza zaszły łzami. Małe krople opadały na płaszcz i na odznakę. Po chwili szlochania w rytm śmiechu syreny upadł na kolana, po czym zaczął rzewnie płakać. Gdy Melidith tylko to zobaczyła przestała chichotać tylko patrząc szyderczo wyszeptała zaklęcie powrotne. Nagle na twarz mężczyzny zaczęły padać ciepłe promienie słońca. Jonasz wstał jak poparzony, otarł łzy i poprawił płaszcz. Na ołtarzu zauważył leżące syrenie dziecko. Spojrzał na nie z troską i współczuciem, ale po chwili dreszcz przeszył go całego. W milczeniu wymienił kryształy w filarach na wcześniejsze. Następnie udał się do dzwonka przed swoją kajutą, zabił nim kilka razy. Niedługo po tym z drzwi na wyższy pokład wyłoniła się Wanda i Santiago. Kobieta była dziwnie podniecona na widok syreny przy portalu. Jej twarz obrazowała jednocześnie radość i niepokój. Gdy doszli do Jonasza, kazał Manolinowi, aby ten ustawił wyjście portalu na miejsce, z którego teleportowała się kobieta. W międzyczasie Wanda zapytała mężczyzny:

– To wszystko?

– Tak. Ten dyżur był nader szybki. – odpowiedział przez grzeczność. Naprawdę czuł się podle chciał już skończyć.

– Dziękuję panu bardzo! Ratuje mi pan życie! – dodała niepokojąco wesoła – A czy ona mnie polubi? – zapytała po chwili.

– Oczywiście, gdy tylko ocknie się w pani domu uzna panią za swoją matkę… – odpowiedział czując się coraz to bardziej słaby.

Po chwili stali już przy portalu.Wanda rzuciła na ołtarz sporej wielkości szkatułkę złotych monet. Jonasz położył na rękach kobiety dziecko i pożegnał się. W ostatniej chwili gdy kobieta wchodziła do portalu odezwała się do niego.

– Ratuje mi pan życie! – to mówiąc wyciągnęła z fałd sukni nóż i zamachnęła się nim.

– Nie! – wrzasnął, jednak było za późno w momencie zamachu portal zamknął się pozostawiając po sobie jedynie pojedynczą kroplę krwi rozmiarów łzy.

– Co się stało? – zapytał zdezorientowany majtek, który cały ten czas stał przy jednym z kryształów.

– Ona… Chciała żyć wiecznie kosztem tego dziecka… – odpowiedział mu będąc w szoku.

– Ale to tak nie działa. Sam pan mówił. Tak? – zapytał zdziwiony Santiago.

– Tak. Mówiłem tak nie można wydrzeć tego przeklętego daru siłą. Można go dostać jedynie w darze – powiedział próbując trzęsącymi rękoma zapalić fajkę.

– Wezmę to. – zaproponował pokazują na szkatułkę.

– Co…? A tak, tak. – przytaknął wytrącony z zadumy – Weź sobie jedną zasłużyłeś… – to mówiąc wyciągnął monetę z skrzyneczki i dał ją majtkowi.

Chłopak po chwili zniknął w drzwiach na wyższy pokład. Jonasz w tym czasie udał się do swojego pokoju.

Dopiero tam udało mu się zapalić fajkę. Dym jej dławił powietrze w kajucie. Mężczyzna już dawno stracił rachubę czasu. Patrzy tylko na trofea między drzwiami. Nagle ciszę przerywa pukanie do drzwi…

Koniec

Komentarze

Johnie_q, czy przeczytałeś regulamin konkursu? Czy zapoznałeś się także z tym punktem:

Objętość tekstów:

– od 4 do 10 tysięcy znaków. Nie tolerujemy żadnych przekroczeń limitu poza jednym przypadkiem: wszystkie teksty konkursowe wrzucane w czwartki (kolejno 06.02, 13.02, 20.02) mogą przekroczyć limit góra o 10%, czyli max. 1000 znaków (wszystko liczone według licznika strony fantastyka.pl).

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zapoznałem się z tym punktem, jednak nie mogłem znaleźć tego przelicznika. Przepraszam za zamieszanie.

 

Licznik strony NF jest tutaj:

John_q męż­czy­zna, Kiel­ce | 20.02.20, g. 18:54 | znaki: 12954

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dobrze dziękuję. Naprawione.

Jak dla mnie jest trochę błędów technicznych. 

 

“Unoszący się srebrny dym z fajki dławił i tak już duszne powietrze w kajucie.” – w sensie te powietrze się dławiło i było duszne? Można dławić powietrze poprzez “zastosowanie urządzeń zmieniających w danym miejscu prześwit przewodu»” Ale nie wiem, czy to tu pasuje. Do tego w kajucie może być duszno, ale czy powietrze może być duszne? Nie wiem. 

 

“Nie dość, że zdychały szybko[,+] to łasiły się tylko jak coś chciały.” – popatrzyłbym na przecinki tu np. raczej powinien być. Nie robię szczegółowej łapanki, bo się nie znam :)

 

– Umowa. Na jej mocy ja rozpoczynam łowy w pańskim imieniu a złapany dla pani okaz staje się dożywotnią własnością. 

 

“pański … :przymiotnik dzierżawczy(1.1) należący do mężczyznydo którego zwracamy się per pan“ Rozumiem, że chodziło o próbę ukrycia powtórzenia. 

 

“Tylko wtedy mój dyżur na tym statku nie skończy się dopóki, dopóty nie zdobędę dla ciebie pani tej syreny.” – Ogólnie tekst był początkowo na konkurs, ale w sumie dla mnie nie ma potrzeby używać słowa “dyżur”. Można to po prostu pokazać w tekście. Trochę to jak z tymi komediami romantycznymi, w których musi paść tytuł filmu :) 

 

“Przekaże panią majtkowi, który opatrzy ranę i zaprowadzi panią do kajuty dla gości. – mówiąc to otworzył drzwi i puścił lady Wandę przodem.” – tutaj np. mówiąc jest początkiem zdania, więc powinno być z dużej jak dla mnie. 

 

“Stanął wyprostowany[+,?] głowę opuścił i wpatrując się w umowę szeptał zaklęcia.” – Ja bym tu dodał przecinki i zamienił miejscami głowę i opuścił. 

 

“Z każdym słowem światło słoneczne[+,?] jakie okalało statek[+,?] zaczynało blednąc i tracić na jasności.” – też bym tu dodał przecinki. Ogólnie zerknąłbym na nie w całym tekście. 

 

“Gdy Melidith tylko to zobaczyła przestała chichotać tylko patrząc szyderczo wyszeptała zaklęcie powrotne.” – Ja bym usunął tylko 

 

Po chwili stali już przy portalu.Wanda rzuciła na ołtarz sporej wielkości szkatułkę złotych monet.

 

“Dopiero tam udało mu się zapalić fajkę. Dym jej dławił powietrze w kajucie. Mężczyzna już dawno stracił rachubę czasu. Patrzy tylko na trofea między drzwiami. Nagle ciszę przerywa pukanie do drzwi” – Hm, liczyłem raczej, że siądzie załamie się, czy coś w tym rodzaju. Wydaje mi się, że to pukanie miało pokazać, że przyszła kolejna niecna osoba, ale jakoś tak liczyłem na smutnego gościa w kajucie i kurtyna. 

 

Nie jest dobrze. Fabuła akurat na krótką formę, w sumie sztampowa i dosyć prosta, niestety słabo poprowadzona. Zaplanowane przez Autora "zaskoczenie" zachowaniem kobiety zabijającej syrenie dziecko nie tyle zaskakuje co wyskakuje z kapelusza i nie zostaje doprowadzone do końca (bo niby co się z nią stało?).

Postacie jak wycięte z szablonu. Kapitan mało domyślny jak na "sławnego Wielkiego Łowczego", lady kiepsko udająca i mało przekonująca (czytelnika), a jej "twist" jest w sumie nijaki. Nie wiem czemu łowczy kupuje bajkę o adopcji syreniego dziecka, nie wiem, po co komu dziecko z rybim ogonem zamiast nóg, a gdy dowiadujemy się po co, nie robi to wrażenia, bo brakuje wprowadzenia, dramaturgi i suspensu.

Nie przekonuje mnie ołtarz z głazów na statku ani prostota, z jaką łowczy wypełnia zadanie, nie przekonuje mnie zachowanie postaci, logika opowieści i logika narracji – ona mówi że mu płaci, a nie płaci, dziwi się na widok umowy jak dziecko, ręką jest "poraniona" od zacięcia na palcu, facet odprawia swoje obrzędy na pokładzie i mamy wrażenie, że akcja dzieje się na morzu, a do jego kabiny wchodzą klienci jak z ulicy do sklepiku itd. Wielu rzeczy w tej historii nie kupuję.

W tekście jest mnóstwo źle użytych sformułowań, błędnie zastosowanych konstrukcji słownych, źle zbudowanych opisów itd.

Całość niekorzystnego obrazu dopełnia fatalna interpunkcja i zły zapis dialogów oraz nadmiar "wypełniaczy/didaskaliów". Gwoździem do trumny jest zaś niechlujstwo Autora – pauza w środku wyrazu, literówki, obcięte słowa itp.

Zachwiana jest również kompozycja tekstu. Długi wstęp pełen niepotrzebnych opisów ruchów, gestów, zachowań postaci. Czytamy, że ktoś wstał, szedł, sięgnął, wykrzywił twarz, wyciągnął coś z biurka, za chwilę z szuflady, potem znów z szuflady itd. Poznajemy te detale zazwyczaj zupełnie bez powodu. Po wstępie mamy zaś spore przyspieszenie akcji właściwej i finał.

Szkoda. Mogła to być ciekawa opowiastka i widać fragmentami, że gdy Autorowi się chce, to potrafi pisać lepiej.

Poniżej kilka przykładowych baboli (wiele innych wskazali poprzednicy):

 

 

Ba! – uśmiech­nął się – Agi­ta­to­rzy tej za­ra­zy try­bi­ku i list­ka, któ­rzy od mor­do­wa­nych panów usły­sze­li tylko o tym, to od­ra­zy de­frau­do­wa­li pie­nią­dze swych lu­do­wych ro­dzin i mar­no­tra­wi­li je na: mięso, me­dy­ka­men­ty i wła­śnie, inne… – za­koń­czył a wy­ra­zem tego było scho­wa­nie wy­pa­lo­nej już fajki do kie­sze­ni.

 

– niczego z powyższego nie zrozumiałem.

 

 

wy­pa­li­ła w stro­nę męż­czy­zny ze łzami w oczach cała czer­wo­na – Więc panie… panie…

 

 – kiepska konstrukcja, kiepska interpunkcja.

 

 

– Każda za­chcian­ka wy­ma­ga od­ro­bi­my po­świę­ce­nia. – to mó­wiąc wy­cią­gnął z szu­fla­dy szty­let, któ­re­go ostrze było wiel­kim szpi­kul­cem na pra­wie całej jego dłu­go­ści za wy­jąt­kiem sa­me­go czub­ka wy­ry­te były po­sta­cie syren, wod­ni­ków, ry­bich bi­sku­pów.

 

– zły zapis dialogów, całe zdanie się posypało.

 

 

 

ko­bie­ty ocie­ra­ją­cej łzy ze swo­jej twa­rzy

 

 

– a z czyjej miała wycierać.

 

 

mó­wiąc to otwo­rzył drzwi i pu­ścił lady Wandę przo­dem. Gdy wy­szli na ze­wnątrz Jo­nasz zabił dzwon­kiem obok wej­ścia do jego ka­ju­ty.

 

– wyszło śmiesznie. Jakby zabił kobietę dzwonkiem.

 

 

Jo­nasz wstał jak po­pa­rzo­ny, otarł łzy i po­pra­wił płaszcz. 

 

 

– jak poparzony?

 

 

Mó­wi­łem tak nie można wy­drzeć tego prze­klę­te­go daru siłą. Można go do­stać je­dy­nie w darze.

 

– dostać dar w darze?

 

 

Syren roz­wią­zu­je

 

– chyba syrena?

 

 

Męż­czy­zna kiw­nął głową na znak zro­zu­mie­nia i przy­tak­nął. 

 

 

Kiwnął i przytaknął? I jeszcze pokiwał? I przyznał rację i się zgodził?

 

 

Na­stęp­nie z biur­ka wy­cią­gnął spo­rej wiel­ko­ści kart­kę pa­pie­ru, na któ­rej mar­gi­ne­sach wid­nia­ły za­pi­sa­ne za­klę­cia w środ­ku byłą spi­sa­na umowa

 

– zdanie się zupełnie sypie. Była nie byłą.

 

 

Na­stęp­nie z biur­ka wy­cią­gnął spo­rej wiel­ko­ści kart­kę pa­pie­ru, na któ­rej mar­gi­ne­sach wid­nia­ły za­pi­sa­ne za­klę­cia w środ­ku byłą spi­sa­na umowa. Potem z szu­fla­dy wy­cią­gnął pióro i ka­ła­marz i na­kre­ślił 

 

 

– z biurka, z szuflady, potem z szafki, a na końcu z przegródki?

 

 

Tylko wtedy mój dyżur na tym stat­ku nie skoń­czy się do­pó­ki, do­pó­ty nie zdo­bę­dę dla cie­bie pani tej sy­re­ny.

 

– zdanie bez sensu.

 

 

– Niech tak bę­dzie. – po­wie­dzia­ła lekko osła­bio­na na myśl spe­cjal­ne­go ska­le­cze­nia się

 

– to nie po polskiemu.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Nowa Fantastyka