- Opowiadanie: Irka_Luz - Zbłąkany rycerz

Zbłąkany rycerz

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Zbłąkany rycerz

Jackowi, który właśnie zszedł z gondoli turbiny wiatrowej, nogi drżały trochę mocniej niż zwykle. Marian dyszał ciężko, mimo że tym razem nie wspinał się po metalowej drabince. Obaj kontemplowali w oszołomieniu rozciągający się przed nimi krajobraz: polna droga przecinająca łąkę pełną barwnych kwiatów. Nie byłoby w tym widoczku nic szczególnego, gdyby nie fakt, że zwykle w tym miejscu widzieli pole pszenicy, a w tle osiedle domków jednorodzinnych. I nie zgadzały się ani pogoda, ani pora dnia. W czwartkowy poranek nad głowami techników kłębiły się ciemne chmury, zaś łąkę oświetlało stojące wysoko słońce.

– Ja pierdolę, co to ma być? – odezwał się Jacek. – Coś się pochrzaniło i wiatraki otworzyły przejście do innego świata? – Zaproponował rozwiązanie, które właśnie przyszło mu do głowy.

– Pogięło cię? – zapytał Marian.

– A jak inaczej chcesz to, do cholery, wyjaśnić – zirytował się Jacek i wyjął smartfona. – Nagram to, wyślemy klientowi. Coś z tym muszą zrobić – oznajmił.

Marian nie odpowiedział, wpatrzony w rudego kocura, który wbiegł na polną drogę.

– Skubany, wlazł tam! – jęknął, kiedy zwierzak rozłożył się na głazie zapewne już nieźle rozgrzanym.

Jacek oderwał wzrok od komórki i też zapatrzył się na rudzielca, który nie tylko przeżył, ale wydawał się wręcz zadowolony z nasłonecznionego miejsca.

Obaj serwisanci byli tak zaaferowani obserwacją kota, że nie zwrócili uwagi na to, co działo się w głębi słonecznego pejzażu. Dopiero gdy zwierzak nagle czmychnął, dostrzegli pędzącego w ich stronę zakutego w żelazo człowieka na koniu. Jeździec bez problemu przejechał granicę dwóch światów i gnał prosto na nich. Marian niemal w ostatnim momencie zepchnął struchlałego Jacka z drogi szkapy. Komórka wyleciała chłopakowi z rąk i wpadła pod końskie kopyta.

 

*

 

Don Kichot kiwał się w rytm kroków Rosynanta. Siedział na grzbiecie szkapy ze zwieszoną głową, z trudem utrzymując kopię w pionie i starając się powstrzymać niegodną rycerza słabość. Południowe słońce rozgrzało jego zbroję tak, że czuł się jak rak wrzucony do wrzątku. Pot spływał mu po plecach i po twarzy, ale wojownik nie zamierzał się skarżyć. Koń miał się niewiele lepiej, człapał z wysiłkiem, opuściwszy nisko łeb.

– To sprawka czarnoksiężnika Fresto, przeklęte niech będzie imię jego. Boi się, bo wie, że przed mieczem moim ustąpić będzie musiał, więc słońce uczynił swoim sprzymierzeńcem – odezwał się rycerz. – Ale ja się jego sztuczek nie lękam i złamać się nie pozwolę, choćby wszystkie żywioły zwrócił przeciw mnie – perorował dalej.

Jego wierny giermek też z ledwością utrzymywał się na ośle i palące słońce miało w tym nijaki udział. Choć bowiem Sancho, z prostego ludu się wywodzący, był ubrany skromnie i przewiewnie, to cały czas pociągał wino z bukłaczka, co w połączeniu ze spiekotą i brakiem pożywienia (tłumoczek z jedzeniem stracił w niedawnej przygodzie), osłabiło go okrutnie. Miał ochotę zdrzemnąć się odrobinę.

– Powinniśmy się zatrzymać, panie – powiedział, spoglądając na Don Kichota. – Najlepiej gdzieś w cieniu, bo w tym żelastwie żywcem się ugotujecie, a obiecaliście mi przecie wyspę we władanie.

– Niestraszne mi żadne trudy – przerwał mu rycerz.

– Ale mnie straszne, panie. Żar taki ogromny się z nieba leje, że mi się w głowie kręci – namawiał dalej Sancho. – O, tam w oddali coś ciemnego widzę. Może zagajnik jaki, gdzie ten skwar przeczekamy – dodał.

– A jeśli tak, to możemy odpocząć. Nie będzie ujmą dla mego honoru, jeśli o twoją wygodę zadbam.

Obaj popędzili nieco swoje zwierzęta, by jak najszybciej znaleźć się w zbawczym cieniu. Ale im bardziej się zbliżali, tym mniej podobało się giermkowi to, co widzi. Wyglądało to, jakby w tym jednym miejscu pogoda była inna.

– Ani chybi to sprawka tego czarnoksiężnika, co o nim pan stale opowiada. Albo i samego diabła – mruknął do siebie.

Zaczął się martwić, co będzie, gdy i Don Kichot zauważy te dziwy. Zastanawiał się, co powiedzieć, by rycerz zawrócił. Obawiał się bowiem, że jego pan bez zastanowienia rzuci się w kolejną przygodę. Nic nie przychodziło mu do głowy. Nagle rycerz zatrzymał gwałtownie konia.

– Patrz, giermku! Znowu olbrzymi, jeszcze potężniejsi niż poprzednio. Tym razem mi nie umkną – zawołał.

– Ależ, panie – protestował Sancho. – Toż to żadni olbrzymi, tylko… – Tu zająknął się, bo sam nie wiedział, na co patrzy. Widział białe, wysmukłe wieże, tak wysokie, że nie mogło mu się to pomieścić w głowie, zakończone kręcącymi się łopatami.

– Ruszam! A ty, wierny Sancho, trzymaj się na uboczu. Po tej przygodzie na pewno będę miał dla ciebie jakąś wyspę – oświadczył Don Kichot i ruszył galopem, a przynajmniej tak szybko, jak zdołał biec Rosynant.

– Panie, zaczekaj, to nie olbrzymi – wołał za nim giermek. – Na wszystkich diabłów, czortów i biesów, przeklęty człek, co mnie spłodził, dureń ze mnie, że jeszcze do domu nie wróciłem – biadolił, usiłując dogonić rycerza.

Patrzył, jak Don Kichot wjeżdża w niepogodę i gwałtownie ściągnął cugle osła.

– A do milionset! – krzyknął zdumiony.

Niepogoda zniknęła, podobnie jak białe wieże. Przed sobą miał zwyczajny trakt. A co ważniejsze, zniknął także rycerz wraz z Rosynantem. Sancho zlazł z osła, postąpił kilka kroków, rozejrzał się dookoła. Ogarnął go ogromny strach, bo został samiusieńki, bez pana, bez obiecanej wyspy, a na dodatek nie wiedział, czy zdoła odnaleźć drogę do domu, a nawet jeśli, to jak zdoła wyjaśnić zniknięcie szlachcica. Zalał się łzami.

– Miau – rudy kocur otarł mu się o nogi.

 

*

 

– Tym razem was dopadnę, przebrzydły rodzie! Nie ujdziecie mi, tchórze bez honoru! – darł się Don Kichot, pędząc z opuszczoną kopią.

Broń spotkała się ze ścianą turbiny i zadziałały prawa fizyki. Rycerz wyleciał z siodła i brzękiem żelastwa walnął o ziemię, a miska, którą miał na głowie, potoczyła się po trawie.

– Ożeż… – wyrwało się Marianowi.

– O, kurwa – jęknął Jacek. – I co my teraz zrobimy?!

– Wrzucimy go z… – Marian zamilkł, z otwartymi ustami gapiąc się na pole pszenicy.

– Zamknęło się! Mamy przechlapane – lamentował Jacek, który na dodatek właśnie dostrzegł swoją komórkę, roztrzaskaną końskim kopytem.

Marian czuł, jak wali mu serce. Ciśnienie miał pewnie stanowczo za wysokie, drżał cały i oblewał go zimny pot. Pochylił się i oparł dłonie na kolanach, oddychał głęboko, starając się uspokoić. W końcu pozbierał się i ruszył w stronę wijącego się na ziemi nieszczęśnika.

– Trzeba wezwać policję i pogotowie – oświadczył.

Don Kichot wziął zbliżającego się Mariana za czarnoksiężnika Fresto, który schwytał go w pułapkę. Wzorem wszystkich rycerzy w opresji zaczął wzywać panią swego serca.

– O, gdzieżeś gwiazdo moich oczu, losów moich pani! Czy nie widzisz, co cierpię? Jak ginę w otchłani…*

Jako że darł się po hiszpańsku i to w języku nieco archaicznym, nie wzruszył serwisantów, bo go nie rozumieli.

– I co im powiesz? – zawołał Jacek, usiłując przekrzyczeć biadolenia rycerza.

Marian zbył go machnięciem ręki, już rozmawiał z dyżurnym policji.

– Nie wiem, czy coś mu dolega, ale spadł z konia… Nie mogę sprawdzić, bo facet ma na sobie zbroję i miecz pod ręką… Nie, to nie są żarty… Nie wiem, skąd się wziął, wyszliśmy z turbiny, a on grzał na koniu z opuszczoną kopią, czy jak się to tam nazywa… Nie żartuję… – Mocno zirytowany Marian przełączył komórkę na tryb głośnomówiący, żeby i jego rozmówca mógł usłyszeć te zawodzenia. To wreszcie poskutkowało.

Radiowóz i karetka przyjechały kwadrans później. Aspirant Konopka wysiadł z auta i westchnął, widząc miotającego się na ziemi faceta w zbroi.

– Że też wszyscy wariaci trafiają się akurat na naszej służbie – mruknął, a jego towarzysz pokiwał głową z kwaśnym uśmiechem.

– Mam tak samo – dorzucił lekarz, który właśnie podszedł.

Don Kichot widział całą armię pochylających się nad nim wrogów. Był pewien, że czeka go niełatwa śmierć. Chciał wstać, by godnie ją przyjąć, ale ciężka zbroja ograniczała jego ruchy. Więc tylko na przemian przeklinał swoich prześladowców, których mowy nie rozumiał, zapewniał o swoim męstwie i wzywał lubą Dulcyneę.

– Nic z tego nie będzie. Nie wiem, w jakim języku on mówi, ale raczej nas nie rozumie – stwierdził aspirant Konopka po kilku próbach dogadania się. – Mógłby mu pan dać coś na uspokojenie? – zapytał lekarza.

– Chętnie, ale najpierw muszę mieć się gdzie wkłuć – odpowiedział medyk, pokazując przygotowaną strzykawkę. – Ktoś wie, jak to z niego zdjąć, czy trzeba wezwać strażaków? – zapytał.

Nikt nie wiedział. Don Kichot cały czas usiłował wstać i miotał się jak szalony, ratownicy nie mieli więc szans zauważyć licznych tasiemek i sprzączek, trzymających całą konstrukcję w kupie. Wezwano strażaków, a przy okazji weterynarza dla Rosynanta, który już się pozbierał i pasł teraz w zagonie pszenicy.

Lekarz, który i tak nic w tej chwili nie mógł dla pacjenta zrobić, odszedł na bok, żeby zapalić. Policjanci zaczęli przepytywać serwisantów. Obaj mężczyźni zgodnie twierdzili, że nie mają pojęcia, skąd wziął się facet w zbroi. Aspirant Konopka miał wrażenie, że coś w ich wyjaśnieniach brzmi fałszywie, ale nie potrafił stwierdzić co. I nie miał czasu na zastanowienie, bo przyjechała straż.

Don Kichot był już zmęczony. Czuł, jak uchodzi z niego życie, ale widząc nadchodzących kolejnych wrogów, zebrał resztkę sił i jeszcze raz spróbował wstać.

– I co ja mam niby zrobić? – zapytał postawny strażak, kiedy zobaczył tarzającego się po ziemi rycerza.

– Podobno potraficie wszystko – odgryzł się lekarz.

– Jasne, ale z reguły ci, których ratujemy starają się nie ruszać. A ten… Mam wrażenie, że w tym żelastwie szaleje stado dzikich kotów.

– Potrzebuję tylko dojścia do żyły, potem będzie już spokojny – powiedział pojednawczo lekarz.

Policjanci, obsada karetki i serwisanci starali się wspólnie unieruchomić pacjenta, podczas gdy strażacy nożycami do metalu próbowali uwolnić go z pancerza. Przerażony i wycieńczony Don Kichot zemdlał wreszcie, a wtedy w ruch poszła szlifierka i po kwadransie było po sprawie.

Pół godziny później karetka z Don Kichotem zmierzała już w stronę najbliższego szpitala psychiatrycznego, gdzie rycerz miał pozostać do końca swoich dni, przekonany, że jest więźniem czarnoksiężnika Fresto. Rosynant jechał do małej stadniny, gdzie również spędził resztę swego życia, choć czuł się dużo szczęśliwszy niż jego pan. Serwisanci zostali sami.

– No i co teraz robimy? – zapytał Jacek.

– Zjeżdżamy do firmy – odparł Marian.

– No, ale to… – Jacek machnął ręką w stronę pola pszenicy. – Coś z tym trzeba zrobić. A jak coś tu znowu wlezie?

– Zgłupiałeś, chcesz skończyć w psychiatryku, jak ten biedak?! Masz jakieś dowody? – zdenerwował się Marian.

Jacek spojrzał na rozwalony telefon, wzruszył ramionami i wsiadł do auta.

 

*

 

Wśród kłosów pszenicy pojawiła się szpara, która powiększała się szybko, ukazując miejski park. Bezpański pies obszczekał najpierw to zjawisko, a potem przebiegł na drugą stronę. Szpara rozszerzała się nadal. Chwilę później wybiegł z niej mężczyzna w masce na twarzy, a dziura zaraz zniknęła. Doktor von Doom wybuchnął śmiechem. Znowu mu się udało.

Koniec

Komentarze

* Cytat za „Don Kichot z La Manchy” – Miguela de Cervantes Saavedra, w przekładzie Walentego Zakrzewskiego, https://wolnelektury.pl/

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

polna droga okolona łąkę

 

Tu chyba jest coś nieokej :) 

 

I nie zgadzały się ani pogoda, ani pora dnia. W czwartkowy poranek nad ich głowami kłębiły się

 

Tu jest taka niezamierzona dwuznaczność .

 

Pot spływał mu po plecach i po twarzy, ale nie zamierzał się skarżyć

 

Tu w sumie podobnie :) 

 

Ogólnie powiem, że raczej nie mój klimat. Jakkolwiek na swój sposób zabawna była scena, gdzie nasi dzielni patrolowcy musieli poradzić sobie z gościem w zbroi, to całokształt jak dla mnie stanowi zbyt duży misz-masz :) 

I po co to było?

Po przeczytaniu spalić monitor.

Czytało się dobrze, lekko. Rycerz i giermek są opisani tak plastycznie, że bez trudu ich sobie wyobraziłam. Podobała mi się scena interwencji, wyszła realistycznie i zajmująco. Jeśli chodzi o humor, uśmiechnęłam się kilka razy przy opisie i słowach giermka, a później przy akcji służb ratunkowych. Zgłaszam opowiadanie do biblioteki.

Hej, Syf,

 

Tu chyba jest coś nieokej :)

Dzięki, tyle razy to zdanie przerabiałam, że coś się w końcu pokićkało :)

 

Dwuznaczności chyba zostawię, obawiam się, że nie jestem już w stanie myśleć, co z nimi ewentualnie zrobić.

 

Jakkolwiek na swój sposób zabawna była scena, gdzie nasi dzielni patrolowcy musieli poradzić sobie z gościem w zbroi, to całokształt jak dla mnie stanowi zbyt duży misz-masz :)

Rany, proszę, tylko nie zabawna, bo mnie Maras zdyskwalifikuje ;)

Nie podeszło, szkoda, ale bywa :)

 

Marasie, mam nadzieję, że komentarz słowny też dostanę. Kurczę, w końcu głównie dla Twojego komentarza pisałam to opko ;)

 

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

ANDO, dziękuję za wizytę i za kliczka.

 

Jeśli chodzi o humor, uśmiechnęłam się kilka razy przy opisie i słowach giermka, a później przy akcji służb ratunkowych.

To znaczy, jednak śmieszne. Oj, niedobrze ;)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Może nie śmieszne, ale zabawne trochę tak, sorry. ;) Fabuła trochę mi nie podeszła, nie jest zła i wiadomo że przy takim limicie dużo się nie pokombinuje, ale no nie zaintrygowała mnie. Może tytuł w połączeniu z serwisantami wiatraków na samym początku, zdradza zbyt dużo? Fragment z błędnym rycerzem i jego giermkiem najlepiej mi się czytało. Ładny, stylizowany język, a od opisów upału aż zasychało w gardle. Przykro mi, że Don Kichot ostatecznie trafił do szpitala psychiatrycznego. Dobrze zagrało moim zdaniem to, że dyżur miało kilka postaci. Doktora von Dooma uznałem za taki Easter Egg, troszkę mocno oderwany od reszty. W moim odczuciu jednak humor jest największym atutem tekstu. Dzięki za opowiadanie i pozdrawiam.

Witaj, Filipie, dziękuję za przeczytanie mojego opka.

W moim odczuciu jednak humor jest największym atutem tekstu.

No, to w konkursie już nie mam szans ;)

 

Może faktycznie za dużo zdradzam zaraz na początku. Cieszę się, że stylizacja Ci się podobała. Trochę się bałam, jak to wyjdzie.

 

Doktora von Dooma uznałem za taki Easter Egg, troszkę mocno oderwany od reszty.

No, nie do końca, ale nic nie zdradzam ;)

 

 

 

 

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

A to też brałem pod uwagę z von Doomem. Że czegoś nie załapałem. Albo może jakaś kontynuacja? ;)

Zajrzyj w komentarze pod swoim opkiem ;)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Dwuznaczności chyba zostawię, obawiam się, że nie jestem już w stanie myśleć, co z nimi ewentualnie zrobić.

 

Chodzi mi o to, że podmioty mogą się pomieszać przy odrobinie złej woli :) 

I po co to było?

Irka_Luz widziałem tego Dooma. ;) Stąd właśnie pomyślałem, że to takie żartobliwie mrugnięcie okiem miało być. :)

O, don Kichot <3. Sympatyczne to było i miło się czytało. 

Jak można wykorzystać wątek don Kichota i wiatraków? Ano tak ;-)

Raczej zabawna historia mieszania postaci z różnych okresów czasowych, tylko błędny rycerz zawsze źle kończy. I jeszcze van Doom za tym stoi ;)

Lekkie sympatyczne opko.

Nie ujdziecie mi, tchórze bez honoru – darł się Don Kichot, pędząc z opuszczoną kopią.

Skoro się darł, to dlaczego nie pomożesz sobie wykrzyknikiem?

 

Jak powszechnie wiadomo, żaden porządny komentarz nie może się obejść bez wstępnego oświadczenia:

Oświadczam, iż jako nieoficjalny członek Stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków mam swoje obowiązki i zadania, z których, w ramach tej opinii, solennie się wywiązuję.

Koniec oświadczenia.

Znaczy, będę marudzić. ;-)

Ale nie przejmuj się tym zbyt mocno, bo ja ostatnio bez przerwy zrzędzę w komentarzach. Jeszcze kilka miesięcy i dołączę do elitarnego klubu: Kurła, kiedyś to było!

Dobra, ale nie przedłużając…

Widzisz, z tym tekstem to jest trochę tak, jak z takim polskim klientem w markecie przed “dziesiątym”: Niby oszczędza na wszystkim, bo w portfelu pustki, ale grabie za pół ceny na promocji weźmie! ;-)

Generalnie to Twoje biedne opowiadanie cierpi moim zdaniem na taką podłą chorobę jak zachwiana tożsamość. Urodziło się opowiadaniem humorystycznym, ale uparcie próbuje się prezentować jako poważne. A im bardziej przekonuje mnie, że jest poważne, tym bardziej widzę, że pasuje do humoru.

Potencjał humorystyczny tego opowiadania jest spory. I jeśli miało trafić do czytelnika, to według mnie właśnie w takiej konwencji. Bo tutaj jest tak, że ta historia wciska się w styl, do którego ewidentnie nie pasuje. Może to tylko moja ocena. Ale nawet opinie przepiśców niejako to potwierdzają. Opowiadanie jest lekkie, sympatyczne, zabawne… Widzisz, że to nie miało prawo w poważnej konwencji się udać, prawda? :-)

Gorzej, że ono przez ten swój “rodowód” jest strasznie nijakie. Śmieszne być nie chce, bo mu nie wolno. Poważne być nie może, bo się w tym nie odnajduje. Słowem, stoi sobie to opowiadanie w rozkroku na środku jezdni i czeka, aż je ktoś potrąci. Jeden czy drugi czytelnik je oszczędzi, ale w końcu wpadnie taki wredny CM i sunąc na rempał przed siebie przydzwoni bez litości i rozwagi. ;-)

Don Kichot w tym opowiadaniu jest bohaterem humorystycznym. I raz za razem aż się prosiło, żeby to wykorzystać. A że potrafisz, to wiemy. Jacek z Marianem jako uzupełnienie rycerza, mają potencjał humorystyczny jak ZUS i teściowa razem wzięci. Może byłby to humor trochę sztampowy, ale nadrobiłoby się charakterystycznym don Kichotem. Cały obraz i historia, które przedstawiasz, jakby żywcem są wyjęte spod przepisu na tekst humorystyczny. A sam don Kichot zdaje się być gwarantem całkiem udanego humoru. Ale tutaj humoru nie ma. Powagi do końca też nie. Jest coś pomiędzy. Na tyle niezdecydowane, że czytelnik nie do końca wie, jak właściwie patrzeć na to, co ma przed sobą.

Druga sprawa to nagromadzenie bohaterów. Czego ich tak dużo? Masz ledwie dziesięć tysięcy znaków, trzeba rozważnie gospodarować każdym słowem, a tutaj pojawia się nagle kilku bohaterów i tak na dobrą sprawę nie wiadomo, na którym się mocniej skoncentrować. Bo kto tu jest właściwie głównym bohaterem? Don Kichot, który najmocniej przyciąga uwagę? Czy jednak Jacek z Marianem, bo to oni pełnią dyżur? To nie jest tak, że ja oczekuję od Ciebie wyjaśnień. Zwyczajnie pokazuję Ci, jak niezdecydowany jest czytelnik podczas lektury. Narzuca mu się kilku bohaterów, każdy do niego macha, każdy dopomina się uwagi, znaków mało, więc i wszystko upchnięte w wielkim ścisku. Trochę trudno się w tym odnaleźć. Historia jest oczywiście czytelna i nie pozostawia jakichś większych wątpliwości. Chodzi mi bardziej o to, że czytelnik podąża zwykle za głównym bohaterem. A tutaj nie do końca tak naprawdę wiadomo, za którą osobą zmierzać i z czyjej perspektywy odbierać historię.

Pamiętasz swoje wcześniejsze teksty? Konkurs świąteczny, Lokomotywnik czy nawet Funtastyka. Dobra, głupie pytanie. Wiadomo, że pamiętasz. :-)

To chyba tylko ja nie pamiętam swoich tekstów dwa miesiące pod napisaniu. ;-)

Ty przecież doskonale wiesz, jak wkręcać czytelnika w historię. Jeden wyraźny, mocny bohater. Jedno zagadnienie, problem, postawa. I wokół tych dwóch elementów budujemy historię. Konkretną, dobrze nakreśloną. Skupmy się tylko na opowiadaniu świątecznym. Limit wcale nie był wiele większy. Tobie wystarczyło. Wyrazista bohaterka o dobrze przedstawionej charakterystyce, mocna poruszająca historia. Elementów tylko tyle, ile potrzeba. Każdy z nich wypełnia rolę, do jakiej jest przeznaczony. I tyle. Wystarczyło. ;-)

Ja tam sobie mogłem marudzić, że to nie do końca mój typ historii, ale jakości opowiadania nikt Ci nie odbiera. Ten sam schemat działał w Widarze. Działał i w “Gdzie Bulle…”. Tam, co prawda, była jeszcze Freja, ale jako odbiorca nie miałem problemów ze zdefiniowaniem właściwego spojrzenia na tekst. Jest wrednym gnom, mogę mu “kibicować, życząc wszystkiego, co najgorsze. Tutaj jest tak… letnio. Jakby trochę przy konstrukcji poniosła Cię brawura. Albo brakło czasu.

Generalnie brakuje w tym opowiadaniu takiego charakterystycznego dla Ciebie pazura. Pazura, który był w każdym z wymienionych wyżej opowiadań (i to, zwróć uwagę, niezależnie od konwencji i historii, które były różne). Tutaj tego nie ma. Zostały tylko wulgaryzmy! (nie liczyłaś chyba, że pominę ten wątek ;-)).

Pomarudził. Pozrzędził. To może jeszcze się usprawiedliwi. Czy to, co zaprezentowałem powyżej jest uczciwą oceną opowiadania. Nie! Zdecydowanie nie! Ani myślę to ukrywać.

Widzisz, Autorów piórkowych i potencjalnie piórkowych oceniam trochę ostrzej. Nie jest to uczciwe, pewnie nie powinienem tak robić, tylko widzisz…

Jeżeli ktoś się rozwija, jeżeli ktoś pnie się coraz wyżej, to naprawdę wolę nawet czasem nieuczciwie i przesadnie pomarudzić, ocenić coś niżej niż powinienem. I nie dlatego, że wymagam więcej, albo z jakichkolwiek innych, może i średnio uczciwych, ocierających się o zawiść pobudek. Ja zwyczajnie wychodzę z założenia, że jeśli gdzieś widzę rezerwy czy niedociągnięcia, to wolę je nawet przesadnie nakreślić. Bo dla każdego z takich autorów czy autorek jest to pewien materiał poglądowy. Szansa do poszukania rezerw w swoich pisaniu. Może i szansa rozwoju. O tym, co było dobre w tym opowiadaniu dowiesz się od innych. Zawsze łatwiej chwalić niż ganić. Krytyka, czy nawet zwykłe zrzędzenie wymaga odwagi. Czasem sporej. Nie tylko dlatego, że trzeba ją uzasadnić w oparciu o konkretne argumenty, ale i również dlatego, że nieraz jest to szczerość niewygodna, bo oparta na świadomości, że wcale nie lepszego bym przecież nie napisał. Przede wszystkim zaś krytyka wymaga odwagi, bo nie jest przyjemne czynienie komuś zarzutów, narzekanie, wytykanie błędów. I możesz sobie dopowiedzieć, jak czuję się pisząc taki komentarz. Przy “Gdzie Bulle…” pisałem, że jesteś tego piórka coraz bliżej. Ten tekst nie trzyma poziomu tamtego. Ale skoro jesteś tego piórka wcale nie daleko (jedną nominację to jeszcze można by nazwać przypadkiem, ale jeśli obok stoją dwa wygrane konkursy, to o przypadku mówić trudno), to naprawdę wolę pojęczeć aż do przesady, żeby gdzieś Ci rysować ten punkt, do którego trzeba (z mojej perspektywy) dążyć. Czy to jest uczciwe? Nie. Ale, że robię to w dobrej wierze, to chyba nie masz wątpliwości? Mnie naprawdę byłoby lepiej wpaść z lakonicznym: sympatyczne, byle tak dalej. Ale powiedz sama: chciałabyś, żebym wpadł z czymś takim? :-)

Dobra, to jeszcze o zaletach pod wniosek do klika. Bo tak, dla mnie to jest opowiadanie biblioteczne. A marudzenie potraktuj tylko jako potencjalny materiał do analiz. Ogromnie mi pomogłaś na becie, przeczytałaś większość moich tekstów, mam olbrzymi dług wdzięczności, więc chociaż w taki sposób próbuję się odwdzięczyć. Może i wredny, ale jak już dostaniesz kiedyś to piórko to mi podziękujesz. XD

Albo wcześniej zabijesz na becie. ;-)

Dobra, o tych zaletach:

– Bardzo fajny, wdzięczny pomysł wykorzystania don Kichota. Podobała mi się również jego prezentacja. Jest to, co prawda, trochę bohater trzymany w ryzach (byle nie bawił czytelników! :-)), ale do tekstu przyciąga od razu. I nawet żal, że nie ma go więcej. Wróć kiedyś do niego. :)

– Podobały mi się dialogi. Te bez wulgaryzmów. XD Tutaj chyba najbardziej żałowałem, że dałaś sobie szlaban na humor, bo zestawienie do Kichota z Jackiem i Marianem to chyba nawet w tej kwestii samograj.

– Fajna autentyczność w zachowaniu rycerza.

– I sumie całkiem dobrze się czytało. Właściwie jedyne, co przeszkadzało to brak pełnego humoru i trochę brak przestrzeni do zaprezentowania każdego z bohaterów. Albo może raczej do płynniejszego wprowadzenia czytelnika w interakcję między bohaterami (myślę o scenach zestawiających don Kichota oraz Jacka i Mariana). Słowem, nie najgorszy tekst, tylko zachwiany tożsamościowo. Może weź go do jakiegoś terapeuty? ;-)

Tyle.

Pozdrowił i pokłonił się nisko.

P.S. Cokolwiek myślisz o tym komentarzu, poświęciłem na niego prawie godzinę. ;-)

Naprawdę nie ma w nim złej woli…

P.S. 2

…poza tym przygotowałem Cię na komentarz jurorski Marasa. :-) Prawda, że jestem miły, dobry i życzliwy? :-)

P.S. 3 Szlaban na wykorzystywanie tego komentarza przeciwko mnie! XD

P.S. 4 Zabijesz mnie, prawda? :-)

Wpadniesz na betę, przebrniesz przez tekst po poprawkach i oskalpujesz? XD

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Don Kichot i wiatraki bardzo zgrabnie wpleceni w opowiadanie o ciężkim dyżurze. Bardzo dobrze mi się czytało. Na plus zarówno narracja jak i dialogi. Ładne plastyczne opisy i udana stylizacja językowa.

Czy tekst wydał mi się zabawny? Nie do końca, raczej przystępnie i lekko napisany :)

 

Powodzenia w konkursie, a ode mnie biblioteczny kliczek :)

 

Pomysł bombowy, ale znajomość realiów i logika niestety zawiodły. A już chciałem Cię pochwalić.

Bojowa zbroja dobrej klasy z połowy XVI wieku ważyła około 30 kilo i była prawie kuloodporna. W zbroi dało się biegać, przetaczać się i robić pompki. Podejrzewam, że Don Kichot miał jakąś staroć lub składaka z różnych elementów. 20 kg góra. Na pewno nie miał przeciążonej zbroi turniejowej, która faktycznie mogła ograniczać ruchy. 

Jako że bohater był do zbroi przyzwyczajony, mimo podeszłego wieku nie powinien mieć problemu ze wstaniem, jeśli nie dostał wstrząsu mózgu i nie złamał sobie czegoś. Gdyby był ogłuszony upadkiem, nie tarzałby się po ziemi przez cały kwadrans! Skoro był uzbrojony, dlaczego bez walki pozwolił się unieruchomić? Nawet z przeciętnymi umiejętnościami powinien obciąć napastnikom trochę kończyn. :)

Zapięcia zbroi są dobrze widoczne, pójdź do muzeum i się przyjrzyj. Poza tym zbroja jeździecka nie osłania tylnej części biodra i pośladków. Rozumiem, że miało być śmiesznie, ale wyszło głupio. Jestem rozczarowany. :(

Podobno trochę humoru może być, przynajmniej tak zrozumiałam z wątku konkursowego. Zgadzam się z Katią, dobrze napisany tekst, który lekko się czyta. Niedawno pod tekstem Finkli był podobny dylemat – czy tekst jest zabawny, czy przystępnie napisany. Myślę, że dużo zależy od czytelnika, indywidualnego odbioru.

Syf.,

Chodzi mi o to, że podmioty mogą się pomieszać przy odrobinie złej woli :)

cholera, patrzyłam na to w czwartek i ni cholery nie wiedziałam, o co chodzi. W piątek podobnie. Dopiero dziś, kiedy się wreszcie wyspałam, dotarło do mnie, co miałeś na myśli. Obawiam się, że pot, który nie zamierza się skarżyć i inne wpadki pozostaną do ogłoszenia wyników.

 

Filipie, właściwie mogę Ci powiedzieć to samo, co Syfowi. Dopiero zaczynam myśleć. Tak, miałeś rację :)

 

Arnubisie, witaj :)

 

Ninedin, dzięki :)

 

Matko Chrzestna, Tobie też dziękuję :)

 

CM,

Skoro się darł, to dlaczego nie pomożesz sobie wykrzyknikiem?

Dobre pytanie :)

 

Generalnie to Twoje biedne opowiadanie cierpi moim zdaniem na taką podłą chorobę jak zachwiana tożsamość. Urodziło się opowiadaniem humorystycznym, ale uparcie próbuje się prezentować jako poważne. A im bardziej przekonuje mnie, że jest poważne, tym bardziej widzę, że pasuje do humoru.

No, wiem. Choć przyznam, że trochę celowałam w taką konwencję: coś zabawnego, opisanego ze śmiertelną powagą. Najwyraźniej to nie działa ;)

 

Druga sprawa to nagromadzenie bohaterów.

A bo ja sobie założyłam, że to ma być ciężki dyżur kilku służb naraz. I potem trzeba było ciąć. Piszę ręcznie, więc nie mam pojęcia, ile mam już znaków. Kiedy zaczęłam przepisywać, okazało się, że stanowczo za dużo. Scenka ze służbami była nieco bardziej rozbudowana, a biedni Marian i Jacek trochę się pocili, podczas rozmowy z gliniarzem.

 

Cokolwiek myślisz o tym komentarzu, poświęciłem na niego prawie godzinę. ;-)

Naprawdę nie ma w nim złej woli…

No coś Ty, zła wola to ostatnia rzecz, o jaką bym Cię posądziła. A w komentarzu masz przecież rację. Wiem, że to nie jest najlepsza rzecz, jaką napisałam :)

 

Zabijesz mnie, prawda? :-)

A za co, kiedy przez pół komentarza twierdzisz, że jestem autorką potencjalnie piórkową i chwalisz, jak możesz :)

 

I dzięki za klika :)

 

Katiu, dziękuję za komentarz i klika :)

 

Nikolzollernie, przyznaję, że na zbrojach się kompletnie nie znam. Nawet myślałam, czy do Ciebie nie napisać na prv w tej sprawie, ale głupio mi strasznie było, pewnie wiesz czemu ;) Tak całkiem na żywioł jednak nie poszłam. Spytałam wujka Gugla, co ma w tej sprawie do powiedzenia i – oprócz Wikipedii – dał mi to. Brzmiało sensownie i pasowało mi. Jeśli masz jakieś ciekawe linki w tej kwestii, to chętnie skorzystam. Nigdy nie wiadomo, co się człowiekowi może przydać.

Jeśli chodzi o zapięcia zbroi, obejrzałam parę zdjęć (w muzeum też widziałam, ale jakoś nigdy nie byłam na tyle zainteresowana, żeby się zastanawiać, jak się to wkłada) i doszłam do wniosku, że w sumie ktoś, kto się nie zna, jest lekko wkurzony i potrzebuje właściwie dojścia do żyły na ręce, może tego nie zauważyć.

Jeśli chodzi o zachowanie rycerza, pamiętaj, że był on… eee… no… błędny. To zubożały szlachcic, któremu poprzewracało się w głowie po lekturze rycerskich romansów. Nigdy miecza w dłoni nie trzymał, przypuszczam, że miałby problemy go wyjąć, bo w pozycji leżącej wydaje mi się to samo w sobie niełatwe. Zbroję miał po przodkach, celowałam w średniowiecze. Wiem, że nikt przy zdrowych zmysłach nie paradował cały czas w pełnej zbroi, ale Don Kichot nie był przy zdrowych zmysłach i – według Cervantesa – stale tachał na sobie wszystko, co miał. W oryginale wielokrotnie lądował też na glebie i zawsze miał później problem ze wstaniem, do pionu musiał go stawiać Sancho ;)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Zobaczyłem ten artykulik i poza jednym głupim stwierdzeniem, że zbroja płytowa została wyeliminowana przez długie łuki, kusze i wczesną broń palną (którym właściwie zawdzięcza swój rozwój), jest w porządku. Linków ci nie podam, bo nie czerpię tej wiedzy z internetu. Mogę polecić “Broń w dawnej Polsce” Żygulskiego. Na Youtubie jest sporo filmików na temat poruszania się w zbroi i pewnie z wkładanie też (nie szukałem).

Don Kichot jest szlachcicem, więc musi umieć używać broni, w tym miecza, bo to nadal było częścią podstawowego wychowania. Rozumiem, że ma problem ze wstaniem, bo jest ogłuszony, ale jak na kontuzjowanego za bardzo się szamocze.

Zbroja się zapina na paski jak zegarek. Dwa paski i karwasz (osłona przedramienia) jest zdjęta. Mogliby natomiast mieć kłopot z unieruchomieniem delikwenta, gdyby wymachiwał mieczem na wszystkie strony.

W razie potrzeby służę pomocą.

ale głupio mi strasznie było, pewnie wiesz czemu ;)

Nie wiem.

Nie będę dyskutować nad zdjęciem zbroi, bo jak pisałam wcześniej, nie znam się na tym. Natomiast będę bronić zachowania Don Kichota. Jego przygody są satyrą na eposy rycerskie, które Cervantes uważał za szkodliwe i mieszające ludziom w głowach. Tekst, napisany w pozornie wzniosłym tonie, jest tak naprawdę kpiną z rycerskości. Sytuacje w nim opisane są wyolbrzymione do absurdu. Don Kichot atakuje wiatrak, wraz z koniem zostaje porwany przez łopatę wiatraka i odrzucony daleko w pole. Po czym, fakt z ogromną pomocą Sancho, zarówno rycerz jak i koń wstają i wędrują dalej.

 

Don Kichot nie mógł wstać nie dlatego, że był ogłuszony, tylko dlatego, że po prostu tak miał. Wzięłam go z powieści Cervantesa z całym dobrodziejstwem inwentarza. Próbowałam napisać to opko w podobnym tonie, pozornie poważnie, ale w istocie robiąc sobie jaja. Choć sądząc z komentarzy nie bardzo mi to wyszło.

 

Nie wiem.

Obiecałam, a wciąż nie dotarłam do Twoich tekstów, ale nadal obiecuję.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

ostatnie, czego się spodziewałam w tym konkursie to opowiadanie z Don Kichotem :D. No, Irko, zaskoczyłaś mnie, i to pozytywnie. Lekkie, przyjemne opowiadanie – śmiechłam pod nosem w kilku miejscach :)

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Próbowałam napisać to opko w podobnym tonie, pozornie poważnie, ale w istocie robiąc sobie jaja. Choć sądząc z komentarzy nie bardzo mi to wyszło.

Widocznie nawet w kpiarskim opowiadaniu trzeba dbać o szczegóły, bo zawsze się ktoś doczepi. ;)

A w ogóle koncept mi się podoba. Jestem za trochę inną interpretacją Don Kichota. Cervantesowi chodziło o coś więcej, niż wykpienie romansów rycerskich. Bohater jest oderwanym od życia adeptem idei, który w zaślepieniu sieje dookoła zniszczenie i nieszczęścia. Gdyby nie był stary i chory stanowiłby poważne niebezpieczeństwo. W naszych czasach byłby zapewne terrorystą.

Sy, cieszę się, że zaskoczyłam i fajnie, że się spodobało :)

 

Nikolzollernie, to dość daleko idąca interpretacja ;)

 

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Przeczytałem u kogoś mądrego.

Piszę ręcznie, więc nie mam pojęcia, ile mam już znaków.

Ja sobie kiedyś próbowałem liczyć, że strona zeszytu w linie to tak mniej więcej osiemset znaków. Nie jest to wyliczenie zbyt dokładne. Zresztą, to też zależy ile jest dialogów, ile narracji na danej stronie. Tym nie mniej przy pisaniu pod limit tego się trzymam i nawet się sprawdza. Zwykle mam lekki zapas po napisaniu. ;-)

A za co, kiedy przez pół komentarza twierdzisz, że jestem autorką potencjalnie piórkową i chwalisz, jak możesz :)

Bo widzisz, jakoś tak się dziwnie składa, że większość autorów i autorek dostrzega zwykle tylko drugie pół komentarza, gdzie leję czym popadnie. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Ja sobie kiedyś próbowałem liczyć, że strona zeszytu w linie to tak mniej więcej osiemset znaków. Nie jest to wyliczenie zbyt dokładne. Zresztą, to też zależy ile jest dialogów, ile narracji na danej stronie. Tym nie mniej przy pisaniu pod limit tego się trzymam i nawet się sprawdza. Zwykle mam lekki zapas po napisaniu. ;-)

He, he, musiałbyś zobaczyć te moje zapisane kartki. U mnie to nie będzie funkcjonować.

 

Bo widzisz, jakoś tak się dziwnie składa, że większość autorów i autorek dostrzega zwykle tylko drugie pół komentarza, gdzie leję czym popadnie. ;-)

Ja tam jestem optymistką, to znaczy, no szklanka w połowie pełna i więcej chwalenia niż marudzenia ;)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Motyw Don Kichota ze bardzo zgrabnym twistem, tak jednym słowem– podeszło. I to nawet bardzo. Aczkolwiek tekst z takim frapującym otwartym zakończeniem aż prosi się o jakąś kontynuację. Będzie?

Hej, Oidrin, fajnie że wpadłaś i że podeszło :)

 

Będzie?

Nie wiem, nie myślałam o tym, ale kto wie…

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

No cóż, nie podeszło. CM się rozpisał, nie będę się powtarzać, ale uważam, że ma sporo racji.

Przeczytałam większość Twoich tekstów, ale nie wszystkie, stąd moje pytanie: Czy napisałaś coś nie opierając się na mitologii lub innym dziele? Tylko mnie źle nie zrozum. Ja bym chciała przeczytać coś bardziej od Ciebie, bo piszesz nieźle, potrafisz rozbawić, ale tak właściwie to ciężko mi Cię rozgryźć jako pisarkę.

Witaj, Saro, szkoda, że nie podeszło, ale tak czasem bywa. Mimo wstystko dziękuję za wizytę i przeczytanie tekstu.

 

Czy napisałaś coś nie opierając się na mitologii lub innym dziele?

Zdarzyło się, na przykład na konkurs świąteczny :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Początek raczej nie zachęca do dalszej lektury, ponieważ serwisanci są przedstawieni raczej nijako, ale doczytałam do końca. Tak jak i inni to już zauważyli, najlepiej się czytało fragmenty ze stylizacją, spójne i lekkie. Sam mix scen i bohaterów nie za bardzo do mnie przemówił, bo nie wiem, czy jest jakaś puenta w tym wszystkim. Tak naprawdę żałuję, że całe opowiadanie nie było o rycerzu. Gdyby wyrzucić serwisantów, służby i łapiduchów na margines – wcale bym ich nie żałowała.

Dobrze mi się czytało :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Bardzo płynnie i dobrze się czytało. Wszystko jest fajnie opisane. Podobał mi się motyw z rycerzem wkraczającym w nasz świat i również to że był to Don Kichot walczący ze współczesnymi wiatrakami. Serwisanci dziwią się i zachowują realistycznie. Rozumiem easter egg w zakończeniu, ale chyba preferowałbym coś innego bardziej związanego z samą historią, chyba że czegoś nie zrozumiałem :)

Miałem też taką myśl gdy czytałem Twoje opowiadanie, że może fajnie byłoby gdyby Don Kichot nie trafił tam przypadkiem, tylko przemierzał Światy w poszukiwaniu wiatraków. Bo on wcale nie był błędnym rycerzem tylko Jedynym Który Widzi i wie, że wiatraki ze wszystkich światów to porozstawiane na całym świecie urządzenia czarnoksiężnika Fresto które niszczą porządek rzeczy:). Może zresztą tak jest tylko my go tak niewłaściwie postrzegamy :). 

Dzięki i pozdrawiam :)

 

 

Witam ostatniego jurka :)

 

Chalbarczyku (nie wiem, czy dobrze odmieniam ;)), fajnie, że chociaż stylizacja się spodobała :)

 

Anet, przynosisz radość :)

 

Edwardzie, cieszę się, że się spodobało. Twój pomysł na rycerza, który jedyny rozumie, że wiatraki to urządzenia czarnoksiężnika jest całkiem fajny. I jest Twój. Pisz, nie mam wyłączności na Don Kichota ;)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

No tak może to kiedyś wykorzystam w takiej czy innej formie :). Dzięki piękne za inspirację :).

Składna historia, ale za bardzo nie porwało, ale jak wiesz, ja niefantastyczna. Pomysł za to dobry jak diabli i do wyeksploatowania. Don Kichot wdarł się szturmem do naszej rzeczywistości, podobnie jak rudy kot i Dr von Doom 

Duży potencjał i abbbsolutnie niezabawny. 

Śmiechu tu Jurki, sorry, Jurorzy śladu nie znajdziecie:((( Za rudym kotem smyrgnął do czasów odleglejszych.

Dwie rzeczy ciut dla mnie były niejasne: granica pomiędzy światami – co jest gdzie, może warto byłoby silniej je zróżnicować, np. pole pszenicy i industrialniejszy krajobraz, przecież farmy wiatrakowe nie muszą stać w szczerym polu, złomowisko też by się nadało, albo przynajmniej coś charakterystycznego, nie tylko domki w oddali. 

Zmyliła mnie na początku ta gondola wiatrakowa, że zszedł z gondoli, bardziej wyszedł/wynurzył się, bądź inaczej), w każdym razie wyłonił z wieży. Kiedy stanął w wejściu, zobaczył bardziej niż on dyszącego kolegę. Wieża najpewniej nie kratownicowa, inaczej wiedziałby, że coś się dzieje, lecz z segmentów , blach walcowanych, może stalowych? Mógł zatrzymać się na ostatnim podeście i przyśpieszyć na ostatniej prostej.

Druga sprawa to ciut sztywny dialog pomiędzy rycerzem i jego wiernym giermkiem, można byłoby pewnie coś tam dopracować, ale i tak duże gratki, że zdążyłaś z opowieścią!:-)

 

Skarżę się o klika, bo konsekwentnie poprowadzona historia ze smaczkami, Twoja, oryginalna! xd

I do napisania:)

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Witaj, Asylum :)

 

Duży potencjał i abbbsolutnie niezabawny.

Dziękuję ;)

 

przecież farmy wiatrakowe nie muszą stać w szczerym polu, złomowisko też by się nadało, albo przynajmniej coś charakterystycznego, nie tylko domki w oddali.

Pewnie masz rację. Po prostu dałam widoczek, jaki mijam jadąc na zakupy ;)

 

Zmyliła mnie na początku ta gondola wiatrakowa, że zszedł z gondoli, bardziej wyszedł/wynurzył się, bądź inaczej), w każdym razie wyłonił z wieży.

Gondola wiatrakowa to fachowa nazwa małego pomieszczenia, które znajduje się na szczycie każdego wiatraka. Aby cokolwiek zrobić, na przykład naoliwić wszystkie elementy, trzeba się tam wspiąć po metalowej drabince, która znajduje się wewnątrz wiatraka. Jeden grzeje na górę, drugi ubezpiecza z dołu.

 

Druga sprawa to ciut sztywny dialog pomiędzy rycerzem i jego wiernym giermkiem, można byłoby pewnie coś tam dopracować, ale i tak duże gratki, że zdążyłaś z opowieścią!:-)

Zawsze można, ale już się trochę spieszyłam ;)

 

Dzięki za klika, może doczłapie do Biblioteki, wolniutko, jak Rosynant ;)

 

 

 

 

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Zawsze do przodu, Irko :), pewnie że się doczłapi. Pomysł przedni, powtórzę.To niesamomwyty był ten epos rycerski, a jak już sama wstawiłam “to” to, mi się przypomniało. Zwróć uwagę na używanie “to” w kolejnych tekstach.

Z gondolą wiem, tylko to nie takie hop, znaczy zejście xd

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Pomysł fajny, choć nie przemówiła do mnie zmiana czasoprzestrzeni przez turbiny wiatrowe. Ten mało wiarygodny szczegół ciągnął się przez resztę tekstu.

pozdrawiam

Hej, Neurologu, cieszy mnie, że pomysł się spodobał. Co do zmiany czasoprzestrzeni przez wiatraki, to tak to zinterpretował Jacek, czy tak jednak było faktycznie, któż to może wiedzieć ;)

 

Ktoś mi opko wysłał do Biblioteki. Nie wiem kto, ale dziękuję :D

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Sympatyczne opko. I zabawne. Mam nadzieję, że teraz już można to przyznać. :-)

Mnie ten don Kichot rozbawił. Fajny pomysł, żeby przenieść dziadka do współczesnych czasów. I problemy różnych służb też zabawne. Pewnie dlatego, że wiadomo – nie ma prawdziwego niebezpieczeństwa, błędny rycerz wije się w pyle, bo tak lubi. A te biedaki kombinują, jak mu zrobić zastrzyk. Przez zbroję płytową. Chi-chi-chi!

Nie skumałam puenty – nie znam tego gościa.

Babska logika rządzi!

Finklo, dzięki. No, dobra, przyznaję Don Kichot jest zabawny ;) Boję się, że powoli zaczynam mieć jak Ty, co napiszę, to zabawne ;)

A tego gościa z puenty znasz, jest tu z nami :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Tak jak obiecałem, przeczytałem i zostawiam komentarz :) W tekście fajne było to, że czekało się jak to wszystko się skończy… Dużo fajnego humoru, i podobało mi się połączenie dwóch światów, realnego i fantastycznego.

 

Pozdrowienia od Dawidka :)

Schizofrenia, ależ dziwna ta choroba... Czy tylko mnie śmieszą homilie??? Dziwny ten świat w około.

Dzięki, Dawidku :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Doktor von Doom jest tu z nami? Nie kumam. To jakiś względnie nowy użytkownik?

Babska logika rządzi!

Awatar Arnubisa :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Aha. Kojarzę Arnubisa, czytałam jego teksty, wiem, w jakiej branży pracuje… Ale awatar? Obrazek jak obrazek. ;-)

Babska logika rządzi!

A czy ja twierdzę, że to ma głęboki sens ;)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Wiesz, przed konkursem marsjańskim to Twojego awatara też nie znałam z imienia.

A mój znasz?

Babska logika rządzi!

Cholerka, już kiedyś szukałam i znalazłam, ale chyba zapomniałam ;)

Ale Arnubis pewnie się zorientował. To było oczko do jurków :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Konkursy poszerzają horyzonty. ;-)

Babska logika rządzi!

No. I fajne humorystyczne opowiadanie, podobne trochę do filmu “Goście, goście”. Ostatnio czytałem Twoje opowiadanie świąteczne. Tu jest wprawdzie lekka historia, ale podobne wykonanie w prostym i schludnym stylu. Taki też lubię, bo dzięki niemu szybko płynie się przez tekst i wszystko jest zrozumiałe. Zakończenie z Arnubisem to jest dobra puenta, bo chyba powszechnie wiadomo, że to diabeł jakiś.

“To learn which questions are unanswerable, and not to answer them: this skill is most needful in times of stress and darkness” ― Ursula K. Le Guin, The Left Hand of Darkness

Hej, Mersejku, dzięki za wizytę i fajnie, że się podobało :)

Akurat Goście, goście mi do głowy podczas pisania nie wpadli, ale coś w tym jest :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Rozbawiłaś mnie, Irko, ale czy to był ciężki dyżur? – powiedziałabym, że raczej osobliwy. ;)

Wykonanie mogłoby być lepsze, no i szkoda, że nie poprawiłaś wcześniej wskazanych usterek.

 

wspi­nał się po me­ta­lo­wej dra­bin­ce. Obaj wpa­try­wa­li się onie­mia­li w roz­cią­ga­ją­cy się przed nimi–> Lekka siękoza.

 

polna droga oko­lo­na łąką pełną barw­nych kwia­tów. ―> Łąka nie może okala drogi.

Proponuję: …polna droga przecinająca łąkę pełną barw­nych kwia­tów.

Za SJP PWN: okolić  1. «znaleźć się, rozciągnąć się dookoła czegoś» 2. «utworzyć obwódkę, otok wokół jakiegoś przedmiotu»

 

Po­gie­ło cię? – za­py­tał Ma­rian. ―> Literówka.

 

Po­łu­dnio­we słoń­ce roz­grz­ło jego zbro­ję… ―> Literówka.

 

Nie strasz­ne mi żadne trudy… ―> Niestrasz­ne mi żadne trudy

 

ko­mór­kę, roz­wa­lo­ną koń­skim ko­py­tem. Ma­rian czuł, jak wali mu serce. ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

– I co im po­wiesz? – za­wo­łał się Jacek… ―> A może wystarczy: – I co im po­wiesz? – za­wo­łał Jacek

 

facet ma na sie­bie zbro­ję i miecz pod ręką… ―> …facet ma na sobie zbro­ję i miecz pod ręką

 

Szpa­ra roz­sza­rza­ła się nadal. ―> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, cieszę się, że udało mi się Cię rozbawić :) Dyżur faktycznie był osobliwy, acz technicy, policjanci, lekarz i strażacy biorący w nim udział, pewnie uznaliby go za ciężki. No, może tylko już po fakcie mieliby o czym z humorem opowiadać :)

Poprawki już wprowadzone, zarówno te Twoje, jak i wcześniejsze. Biję się w piersi, zwyczajnie o tym zapomniałam, bo z reguły poprawki wprowadzam na bieżąco. Tylko proszę nie każ mi klęczeć na grochu. Nie mam siły ;)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Nie bój się, Irko. Karę klęczenia na grochu wyznaczam tylko tym, którzy ubierają ubrania. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Uff, ulżyło mi :D

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

To i ja odetchnęłam, że już Ci lżej. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

I takim to sposobem obie czujemy się lepiej ;D

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Bo tak jest najlepiej. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka