- Opowiadanie: thomasward - Wybraniec

Wybraniec

Prosty tytuł bez fajerwerków może nie zachęca, ale moim zdaniem warto przeczytać tego szorta. Jak zwykle wdzięczny będę za opinie!

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Wybraniec

– On nie jest wybrańcem! – krzyknęła matka.

Ale dziesiętnik nie słuchał. Każdy chłopiec urodzony podczas pełni księżyca miał umrzeć. Takie było prawo, które przynieśli zza rzeki czerwoni żołnierze. Zrezygnowany ojciec zamknął oczy, a ponury dziesiętnik założył pętlę na szyję chłopca.

– Przykro mi. 

Mówił szczerze, a mimo to kopnął skrzynkę, na której stał chłopiec. Malec nie umierał długo – ciasno zawiązany powróz złamał jego kark. Dziesiętnik odczekał minutę, raz jeszcze wymamrotał pod nosem przeprosiny, po czym wraz z oddziałem opuścił stajnię. Śmierć dziecka zapewne poszłaby na marne, gdyby nie poczucie humoru losu i pewna dziewczyna, która obserwowała egzekucję zza sterty siana.

Tamtego dnia patrzyłam na ponure twarze żołnierzy, którzy mieli dosyć wykonywania bezsensownych rozkazów. Patrzyłam na podstarzałego dowódcę, doświadczonego wiarusa, który wstydził się czynów dokonanych z lojalności wobec armii. Spojrzałam na moment na rodziców, ale nie byłam w stanie zawiesić na nich wzroku. Tego dnia stracili nie jednego, a dwoje dzieci – zostawiłam ich bez słowa pożegnania. Los chciał, że już nigdy nie wróciłam w rodzinne strony.

Przepowiednia. Cholerna przepowiednia. Każdy wie, że kapłani to zgrzybiali zboczeńcy, którzy zarabiają na niedoli kobiecych wyroczni. Zawsze biorą młode i najpiękniejsze. Odurzają je narkotykami, każą recytować niejasne inkantacje, a potem gwałcą. Pewnego razu zakradłam się na wzgórze świątynne i widziałam to na własne oczy. Chciałam zobaczyć dziewczynę, której słowa doprowadziły do śmierci mojego brata. Była młoda, ale jej cerę zniszczyły otumaniające opary, które wydobywają się ze świątynnych kadzideł. Dwa lata po tym, jak ją zobaczyłam, kapłani wzięli nową. Stara się zużyła, mówili. Tamtego wieczoru oszczędziłam cierpień biednej dziewczynie, a potem wpakowałam nóż w jednego ze starców, tego, który ułożył tekst wykrzyczany przez wyrocznię. Zemsta za mojego brata dokonała się. W połowie.

W tamtych czasach każdy znał treść przepowiedni. Gdy czerń nieba rozgoni pełen księżyc, na początek nowej drogi wstąpi chłopak, który zniszczy tron czerwony. To fascynujące jak wielką moc nadają ludzie słowom. Ten, który zasiadał na czerwonym tronie okazał się być paranoicznym głupcem. Wydał rozkaz: zamordować wszystkich chłopców urodzonych w pełnię księżyca. Niedorzeczność. Rozkazu nie dało się wykonać, wszak zabicie wszystkich męskich noworodków urodzonych w pełnię księżyca było karkołomnym zadaniem. A jednak próbowano. Zbiurokratyzowana armia zawsze stara się wykonać każdy, nawet najgłupszy rozkaz.

Postanowiłam zabić imperatora w pochmurną noc. Kotara ciemnych obłoków zasłoniła niebo. Nienawidziłam księżyca prawie tak bardzo, jak nienawidziłam gwiazd. Cieszyłam się, że w ostatnią noc mojego życia nie będę musiała patrzeć na rozświetlony firmament. Zresztą ciemności ułatwiły przeniknięcie do pałacu.

Wspięłam się po murze, który otaczał dystrykt stołeczny. Musiałam po drodze zabić śpiącego strażnika. Przez chwilę było mi go szkoda, ale gdyby nie zasnął na służbie, mógłby mnie zauważyć i zastrzelić. Cierpliwie, krok za krokiem, przekradałam się przez ogród. Zdobyłam wcześniej plan pałacu, więc wiedziałam, w których komnatach przebywa mój cel. Wspięłam się na dach altanki, z której roztaczał się dobry widok na okna budynku. Nie spał. Podobno nigdy nie mógł zasnąć. Siedział przy otwartym oknie i czytał manuskrypt. Rządzenie ogromnym państwem wymagało wiedzy. Był złym władcą… Ale kiedyś rządzili jeszcze gorsi.

Zdjęłam plecak i wyjęłam z niego kilka przedmiotów. To, co chciałam zrobić, nie było łatwe. Szczególnie po ciemku. Po kilku minutach mocowania się z częściami zmontowałam karabin snajperski. Jego zdobycie wymagało poświęceń… Ale było warto. Zdjęłam zaślepkę z lunety i wycelowałam. Wiedziałam, że mam tylko jedną szansę. Za wszelką cenę musiałam trafić. Odbezpieczyłam broń. Ustawiłam się wygodnie. Wycelowałam. Cel wciąż siedział nieruchomo, pochłonięty w lekturze. Wstrzymałam oddech. Wystrzeliłam. Chybiłam.

Kula świsnęła o kawałek muru. Huk wystrzału był głośny, cholernie głośny. Zabolały mnie uszy. Zaklęłam, nie wiem nawet jak głośno. Przeładowanie broni zajmowało mi średnio jedenaście sekund. Moje palce drżały, straciły przyczepność od potu. Upuściłam nabój, który stoczył się z daszku i upadł na trawę. Kurwa – przeklęłam. Wyjęłam z plecaka kolejny pocisk, znów rozpoczęłam przeładowywanie. Po kilkunastu sekundach wycelowałam w okno, ale w pomieszczeniu nikogo już nie było.

Wtedy właśnie padło na mnie pierwsze światło latarki. Odruchowo upuściłam karabin, który z hukiem uderzył w daszek, po czym upadł na rosnący obok altanki krzak. Chciałam podnieść ręce do góry i się poddać. Myślałam, że jestem gotowa na śmierć, ale gdzieś głęboko w sercu bałam się końca, tak jak każdy. Przede wszystkim jednak bałam się, że nie zostanie już nikt, kto pomści mojego brata i tysiące innych, zamordowanych przez paranoję władcy. To wtedy właśnie zostałam postrzelona.

Energia pocisku zwaliła mnie na trawę. Upadek nie był zanadto bolesny, znacznie większą udręką okazała się być rana klatki piersiowej. Przycisnęłam ją lewą ręką, ale nie udało mi się zahamować upływu krwi. Kaszlnęłam raz, a potem drugi. Wiedziałam, że umieram. Ostatnią rzeczą, którą zobaczyłam, był zamaskowany gwardzista pałacowy, który pochylał się nade mną. Ostatnią rzeczą, o której pomyślałam, było ciało mojego małego braciszka. Tak bardzo go kochałam… Umarłam.

Moja śmierć zapewne poszłaby na marne, gdyby nie mój zabójca, młody chłopak, który ledwie trzy tygodnie temu otrzymał przydział do straży pałacu. To właśnie on zauważył błysk wystrzału i oślepił mnie zanim zdążyłam oddać drugi strzał. To właśnie on w podziękowaniu za sukces otrzymał medal i nagrodę, która pozwoliła mu wreszcie ożenić się z ukochaną.

To właśnie on dwa lata później, kiedy żołnierze przyszli zabić jego nowo narodzonego syna, przypomniał sobie o dzielnej kobiecie, która odważyła się dokonać zamachu na samego władcę. To właśnie on zastrzelił imperatora. To właśnie on, mimo że urodził się gdy księżyc był w nowiu, okazał się być prawdziwym wybrańcem.

Koniec

Komentarze

thomasward, hej! :)

Ogólnie podobało się :) Piszesz lekko i przyjemnie, dobrze się czyta. Zakończenie ukazujące skutki każdej decyzji i domino, jakie później powstaje, bardzo fajne. No i ostatnie zdanie też satysfakcjonujące. Ale mam trochę uwag:

Dostałem lekkiego szoku, gdy dziewczynka zdjęła plecak a potem wyjęła karabin snajperski. Dlaczego? Ano dlatego, że początek tekstu mówi o kapłanach i wyroczniach rodem ze starożytnej Grecji, wieszaniu ludzi z powodu tychże wyroczni i sprawach, które nijak pasują mi do świata, w którym są już karabiny snajperskie. Myślisz, że ludzie mogliby być aż tak głupi w dzisiejszych czasach, żeby wierzyć w coś takiego?

Po drugie narratorem (swoją drogą dobrze by było oddzielić jakoś przejście z pierwszego narratora do dziewczynki) okazuje się dziewczynka, która zginęła. Rozumiem, że opowiada z zaświatów? Warto by było jakoś to opisać, bo tak to trochę dziwnie wygląda.

I ostatnia uwaga:

Upuściłam nabój, który stoczył się z daszku i upadł na trawę. Kurwa.

Opowiadasz historię w czasie przeszłym więc takie suche wtrącenie jest co najmniej dziwne. Wystarczy coś dodać typu : Kurwa – pomyślałam/zaklęłam.

Pozdrawiam!

Mam trochę wrażenie, że czytałem streszczenie historii. Upchnąłeś sporo wydarzeń w małej ilości znaków. Wyszło nieźle, chociaż za mało się dowiedziałem o głównej bohaterce, żeby wczuć się w to, co przeżywała. Ale czytało się płynnie i błędów nie wyłapałem.

[UWAGA SPOILERY] Również mam wątpliwości, co do przeskoku z karabinem snajperskim, bo w pierwszej chwili umieściłem akcję w średniowieczu. Poza tym, ile w ogóle ma lat główna bohaterka? Na początku jest to “mała dziewczynka”, po dwóch latach zabija ona kapłana, a po nieokreślonym czasie jest już na tyle wyszkolona, żeby przekraść się do pałacu, zabijając po drodze strażnika (tak, zauważyłem, że spał, ale zawsze to morderstwo z zimną krwią), a następnie po ciemku złożyć karabin snajperski. Dalej jest w prawdzie, że gwardzista wspomina dzielną kobietę, którą zastrzelił, ale i tak lekko jestem zagubiony po przeczytaniu całości. Może jakieś podzielenie tekstu na wyraźniejsze części by pomogło? Albo parę zdań o tym, co się działo pomiędzy?

 

Myślę, że ludzie nie byliby na tyle głupi – ale autorytarne/totalitarne systemy odzierają ich z myślenia. Chciałem podkreślić, że system działa, pomimo że pionki (żołnierze, ich przełożeni, mieszkańcy) mają go dość. A co do narracji, cóż… Może i mówi z zaświatów. A może nie. Nieistotne jest skąd opowiada bohaterka – ważne jest to, co opowiada. Do uwagi technicznej się zastosowałem.

 

Streszczeniowy styl tej historii jest koniecznością, bowiem jest to opowieść i w takiej formie ją chciałem napisać. Przepraszam za to, bo wiem, że wielu czytelników to nie podpasuje. Co do spoilera – nie wiem czemu napisało mi się, że to mała dziewczynka, miałem na myśli dziewczynę. Poprawiłem. To, co stało się pomiędzy nie jest istotne dla historii (moim zdaniem), toteż nie powinno się znaleźć w opowiadaniu. 

 

Za opinie bardzo dziękuję!

 

Frytki.

Hmmm.

Pomysł jest. Sekwencja wydarzeń i troje “wybrańców” – małe dziecko, które niewinnie umiera, siostra, która próbuje go pomścić, jej zabójca, który w końcu zabija imperatora – to jest całkiem dobry punkt wyjścia.

Narracja też jest dobrze pomyślana. Wolałabym całość z punktu widzenia ducha-dziewczyny, ale tak jak jest, też jest OK – choć podobnie jak Realuc uważam, że przydałoby się oddzielić zmianę perspektywy np. przy pomocy gwiazdek.

Co kuleje? IMHO realia. Ten świat, w wersji, jaką opisujesz, nie ma sensu, nawet w powiastce/alegorii. Serio, nie ma. Wyjaśnienie “autorytarne/totalitarne systemy odzierają ich [ludzi] z myślenia” nie działa, jest za słabe. Zerknijmy. W świecie, w którym są fachowe karabiny snajperskie, ludzie powszechnie wierzą w przepowiednie (to by uszło), nie buntują się, gdy morduje się ich dzieci i porywa/gwałci, a w efekcie również zabija córki-wieszczki, wykonując do tego karę śmierci przez powieszenie (to już wszystko razem jest nieco mniej prawdopodobne – przy tak daleko idącym postępie technicznym nie pojawiły się absolutnie żadne wątpliwości co do natury rzeczywistości, sensowności przepowiedni itd.? Greccy intelektualiści zaczęli wątpić w nieomylność wyroczni w okolicy późnego okresu klasycznego, IV w. p.n.e., a tym tu nie przyszło to do głowy po dodatkowych co najmniej dwóch tysiącach lat?). No i skoro masz karabiny snajperskie, czemu nie masz kamer przy pałacu imperatora? Innych nowoczesnych sposobów zabezpieczenia?

Powiedzmy sobie szczerze: w realiach fantasy, stylizowanych na taki niby-średniowieczny, post-grecki, mocno wierzący w bogów i wyrocznie świat to by wszystko uszło. W zasadzie po co ci ten karabin snajperski? Ona nie mogłaby po prostu z, bo ja wiem, dmuchawki z zatrutą strzałką do tego imperatora strzelać? Wyszłoby na to samo, a prawdopodobieństwo by ci się mocno zwiększyło.

 

W tekście jest konsekwencja, idziesz od punktu A do B – wszystko ma sens, no dobra, prawie. O co chodzi ze snajperskim karabinem? Miałoby to sens, gdybyś pokazał nieco więcej ze świata przedstawionego i to tak, żeby nie być zaskoczonym, że główna bohaterka wyciąga karabin. Da się, ale na przestrzeni tak krótkiego tekstu trzeba się trochę nagimnastykować. W czymś dłuższym byłoby większe pole do popisu. 

Karabin snajperski mnie również zdziwił, bo początek sugerował dużo wcześniejsze realia. Podobnie narratorka kontynuująca opowiadanie po swej śmierci. Pomijając to, sama historia przyzwoita.

Podobało mi się do momentu, w którym dziewczyna wyciągła karabin snajperski. Potem niestety było już gorzej, koniec historii zwyczajnie streściłeś. No i jak bohaterka może opowiadać tę historię, skoro nie żyje.

Pomysł był, ale niestety nie wyszedł :(

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

No cóż, historia została przedstawiona w sposób niepozwalający mi uwierzyć, że opisane wypadki mogły się zdarzyć współcześnie, o czym świadczy użycie karabinka snajperskiego. Co innego, gdybyś pozwolił mi trwać w przekonaniu, że rzecz dzieje się przed wiekami, a dziewczyna posługuje się np. „snajperską” kuszą.

 

Tego dnia stra­ci­li nie jed­ne­go, a dwoje dzie­ci… ―> Tego dnia stra­ci­li nie jed­no, a dwoje dzie­ci

 

Cel wciąż sie­dział nie­ru­cho­mo, po­chło­nię­ty w lek­tu­rze. ―> Cel wciąż sie­dział nie­ru­cho­mo, po­chło­nię­ty lek­tu­rą. Lub: Cel wciąż sie­dział nie­ru­cho­mo, zatopiony w lek­tu­rze.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka