- Opowiadanie: GaPa - od.ruch

od.ruch

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

od.ruch

Mi­go­czą­ce świe­tlów­ki ge­ne­ro­wa­ły nie­przy­jem­ne, drżą­ce cie­nie. Za­sty­gnię­ta poza tech­ni­ka wzbu­dza­ła nie­po­kój. W końcu za­brał się do pracy. Klu­czem me­trycz­nym od­krę­cił śruby, zdjął obu­do­wę ma­szy­ny, wy­cią­gnię­ty­m z ob­szer­nej torby mier­ni­kiem spraw­dził ob­wo­dy, umie­ścił z po­wro­tem osło­ny. Prze­szedł do są­sied­niego urzą­dze­nia i cykl się po­wtó­rzył. Nie ga­sząc świa­teł opu­ścił po­miesz­cze­nie. Po chwi­li wró­cił, raz jesz­cze do­ko­nał tych sa­mych czyn­no­ści, tym razem jed­nak po te­stach wpi­sał otrzy­ma­ne war­to­ści do przy­cze­pio­ne­go do ma­szy­ny zbio­ru po­żół­kłych kar­tek. Przy dacie wzdry­gnął się z obrzy­dze­niem. Wy­szedł do tu­ne­lu łącz­ni­ko­we­go.

― Sta­ro­żyt­ni Grecy bu­du­jąc Par­te­non ce­lo­wo nie za­chowali jed­na­ko­wych wy­mia­rów pod­sta­wy i ko­lumn. Była to bu­dow­la tak znacz­nych roz­mia­rów, że ― z po­wo­du per­spek­ty­wy ― bez tego triku wy­da­wa­ła­by się krzy­wa. Ten ko­ry­tarz, na pla­nie gi­gan­tycz­ne­go, ide­al­ne­go okrę­gu…

― Nic nie. Nic nie może być. Być ide­al­ne. Z de­fi­ni­cji.

― Za­wróć. To część nie­bie­ska, wy­zna­czo­ny ci rewir…

― Nie je­stem w sta­nie. Fi­zycz­nie. Moje ciało. Nie znio­sło­by tego.

― Bzdu­ra, prze­cież gdyby ktoś za­wią­zał ci oczy, ob­ró­cił kilka razy, zdjął opa­skę to poszedł­byś ko­ry­ta­rzem, nawet nie wie­dząc, czy kon­ty­nu­ujesz wę­drów­kę, czy zmie­rzasz w prze­ciw­nym kie­run­ku.

― Wy­czuł­bym róż­ni­cę. Od razu. Prze­stań! W prze­ciw­ną stro­nę…

Tech­nik szedł rów­nym kro­kiem, nie prze­ry­wa­jąc we­wnętrz­ne­go dia­lo­gu. Ścia­nę za­czę­ły zna­czyć rzędy nie­rów­nych kre­sek, któ­ry­mi ktoś zli­czał mi­ja­ją­ce dni. W nie­któ­rych miej­scach farba od­pa­dła, na­da­jąc pry­mi­tyw­ne­mu ka­len­da­rzo­wi uroku wy­szczer­bio­nej pasz­czy. Nie zmie­nia­jąc tempa prze­szedł na drugą stro­nę ko­ry­ta­rza. Miał dziw­ne wra­że­nie, że jego nogi to wy­dłu­ża­ły się, to skra­ca­ły, jakby ste­ro­wał nimi jakiś spryt­ny Grek. Ko­lo­ry miały nie­przy­jem­ną, zimną barwę, de­ta­le przed­sta­wia­ły się z nad­re­al­ną wy­ra­zi­sto­ścią. Mru­gał ner­wo­wo, pod po­wie­ka­mi czuł ziar­ni­ste zgru­bie­nia, po­trze­bo­wał snu. W bocz­ne drzwi, pro­wa­dzą­ce do mo­du­łu sy­pial­ne­go, wszedł, gdy od rzędu wy­dra­pa­nych zna­ków dzie­li­ło go równo sto je­de­na­ście kro­ków.

 

Nie pa­mię­tał mo­men­tu prze­bu­dze­nia. We­zwa­nie wy­bi­ło go z mo­no­ton­ne­go rytmu mar­szo­we­go. W kilka minut do­tarł na miej­sce. Dwóch in­nych tech­ni­ków le­ni­wie sprze­cza­ło się nad spo­so­bem na­pra­wie­nia uster­ki. Ski­nął im głową i za­brał się do pracy. Ma­ga­zyn czę­ści za­mien­nych świe­cił pust­ka­mi, nie mógł więc wy­mie­nić ze­psu­te­go mo­du­łu. Nie­zgod­nie z pro­ce­du­ra­mi, ale sku­tecz­nie i spraw­nie ob­szedł wa­dli­wy ele­ment. Na ko­niec wy­łą­czył mo­ni­to­ring fe­ral­ne­go, re­dun­dant­ne­go ukła­du. Kiedy wy­cho­dził, tech­ni­cy mo­co­wa­li osło­nę, nie prze­ry­wa­jąc roz­wle­kle pro­wa­dzo­nej dys­ku­sji.

 

Strój męż­czy­zny był wy­słu­żo­ny, ale nie za­nie­dba­ny. W mocno za­ci­śnię­tej dłoni trzy­mał wy­mie­rzo­ny w skroń re­wol­wer. Tech­nik wie­dział, że ist­nie­ją od­po­wied­nie słowa, które po­wi­nien teraz wy­po­wie­dzieć, ale miał w gło­wie kom­plet­ną pust­kę. Prze­tarł dło­nią oczy, po czym roz­ło­żył bez­rad­nie ręce. Zdał sobie spra­wę, że to nie broń, tylko przy­tknię­ty do głowy palec wska­zu­ją­cy, ze ster­czą­cym pod kątem pro­stym kciu­kiem. Przy­tu­lił męż­czy­znę. Trzy­mał go mocno, drżąc razem z nim w nie­wy­god­nej po­zy­cji. Nic nie mó­wiąc usie­dli obok sie­bie. Nawet nie wie­dział kiedy za­snął na zim­nej pod­ło­dze.

 

Obu­dził go dźwięk, któ­re­go źró­dła nie po­tra­fił zde­fi­nio­wać. Był sam. Ru­szył, roz­pro­sto­wu­jąc ze­sztyw­nia­łe człon­ki, oto­czo­ny wy­bla­kłym błę­ki­tem ścian. Torba ko­ły­sa­ła się mia­ro­wo. Kiedy uniósł głowę, na­po­tkał wzrok ko­bie­ty o nie­praw­do­po­dob­nie dłu­gich brwiach. Ro­zej­rzał się. Świe­tli­ca. Na wy­ci­szo­nych mo­ni­to­rach od­twa­rza­ne były w try­bie cią­głym lo­so­we po­zy­cje z prze­past­nej bi­blio­te­ki mul­ti­me­dial­nej. Grali w war­ca­by. Są­dząc po sy­tu­acji na plan­szy, był bli­ski wy­gra­nej. Ko­bie­ta przy­glą­da­ła mu się ba­daw­czo. Mu­siał mieć zdez­o­rien­to­wa­ną minę, bo ro­ze­śmia­ła się su­chym, szcze­kli­wym gło­sem.

― Któ­reś z nas wy­sa­dzi cały ten in­te­res w po­wie­trze. Boże, niech to się skoń­czy ja­skra­wy­mi fa­jer­wer­ka­mi.

Wie­dzio­ny im­pul­sem oczy­ścił stół. Napis był już ledwo wi­docz­ny, ale wciąż dał się od­czy­tać. On sam nie­gdyś wyrył go w twar­dym bla­cie. „Co tak obiad wyje? Przy­szli go­ście”. Pa­mię­tał, że była to gra słów, lecz nie po­tra­fił jej roz­szy­fro­wać. Ko­bie­ta mam­ro­cząc o braku środ­ków na­sen­nych za­pro­wa­dzi­ła go pod prysz­nic, a na­stęp­nie do sy­pial­ni. Sufit upstrzo­ny był sia­tecz­ką drob­nych pęk­nięć. Płyt­ki od­dech uwię­ził go w po­ło­wie drogi po­mię­dzy jawą a snem.

 

Ktoś szar­pał go za ramię, ale nie mógł zro­zu­mieć, czego od niego ocze­ki­wa­no. Roz­po­zna­wał po­je­dyn­cze sy­la­by, ale nie ukła­da­ły się w żaden ko­mu­ni­kat. Po­mi­mo tego udzie­lił mu się na­strój pod­eks­cy­to­wa­nia. Do­łą­czył do ner­wo­wo prze­stę­pu­ją­cych z nogi na nogę ludzi.

― Jeden ze Zwia­dow­ców prze­słał wia­do­mość. Da­le­ko po­szli!

Przez mo­ni­to­ry pły­nę­ły ko­lum­ny zna­ków su­ro­wej trans­mi­sji, ale jakiś przy­tom­ny łącz­no­ścio­wiec naj­istot­niej­sze, już zde­ko­do­wa­ne in­for­ma­cje wrzu­cał na głów­ne ekra­ny. Tech­nik chci­wie wpa­try­wał się w wy­świe­tla­ne tre­ści, nie­świa­do­mie wy­po­wia­da­jąc na głos nie­któ­re frazy. Po­da­no osta­tecz­ną wer­sję. Za­krę­ci­ło mu się w gło­wie, ale ustał. „Pół na pół”, mam­ro­tał, po­rów­nu­jąc listę roz­po­zna­nych stat­ków z wy­sła­ny­mi. Co­per­ni­cus był tylko na dru­giej. W ab­sur­dal­nie nie­ra­cjo­nal­nym od­ru­chu prze­szedł do lo­kal­ne­go Cen­trum Ope­ra­cyj­ne­go, żeby uj­rzeć to samo pod­su­mo­wa­nie, tyle że pre­zen­to­wa­ne na więk­szych mo­ni­to­rach.

Po­czuł pod no­ga­mi drże­nie. Wy­łą­czył in­for­mu­ją­cy o ko­lej­nych awa­riach ko­mu­ni­ka­tor. Mógł sobie wy­obra­zić, jak pa­da­ją wy­eks­plo­ato­wa­ne do cna bloki apa­ra­tu­ry. Ostat­nie za­da­nie wy­ko­na­ne. To tyle, wię­cej już ze sprzę­tu nie byli w sta­nie wy­krze­sać. Gar­gan­tu­icz­nym wy­dat­kiem ener­ge­tycz­nym prze­ka­za­li garść otrzy­ma­nych in­for­ma­cji do ra­chi­tycz­nej sieci bliź­nia­czych Baz-Ka­ta­pult, ła­miąc limit pręd­ko­ści świa­tła. Czas się koń­czył. Nie wie­dział, jak tamci się trzy­ma­li, i czy wieść o gorz­kim suk­ce­sie zmie­ni co­kol­wiek w ich sy­tu­acji.

 

Nie pa­mię­tał drogi na Wieżę. Plat­for­ma wi­do­ko­wa była pełna. Od­ru­cho­wo skie­ro­wał spoj­rze­nie na roz­iskrzo­ną gwiaz­da­mi część nieba. Kątem oka ob­ser­wo­wał parę, która trzy­ma­jąc się za ręce prze­kra­cza­ła ba­rie­ry ochron­ne. Nikt ich nie po­wstrzy­my­wał.

― Za­wsze mia­łem pro­blem z pa­trze­niem w nocne niebo. Takie tra­gicz­ne po­mie­sza­nie pla­nów cza­so­wych. Jak­byś zro­bił zdję­cie kla­sie szkol­nej. Oglą­dasz je, obok dzie­cia­ków w pie­lu­chach osoby w kwie­cie wieku, resz­ta to po­marsz­cze­ni star­cy, ktoś w trum­nie.

Tech­nik roz­po­znał głos. Jeden z Wiel­kich, któ­rych in­te­lek­tu­al­ny wy­si­łek stał za całym przed­się­wzię­ciem. Tam­ten jakby od­gadł tor jego myśli. Sze­ro­kim ge­stem objął cią­gną­ce się po linię ho­ry­zon­tu za­ry­sy skąpo oświe­tlo­nych bu­dow­li.

― My wie­dzie­li­śmy co, wy wie­dzie­li­ście jak. Gi­gan­tycz­na od­po­wiedź na gi­gan­tycz­ny pro­blem. Za nami do­pie­ro pierw­szy etap. Prze­cież skok z Domu wy­da­wał się cudem, a przy tym co osią­gnę­li­śmy, to nawet nie była roz­grzew­ka. Je­ste­śmy ni­czym ło­ży­sko, z któ­re­go wy­sko­czy­ły Gwiezd­ne Dzie­ci. Mam wra­że­nie, że wy­ssa­li­śmy całą ener­gię z tego Ukła­du, żeby wy­pchnąć ich w drogę. Mają teraz lata, by dalej uspraw­niać pro­ces, mi­nia­tu­ry­zo­wać, ogra­ni­czyć za­po­trze­bo­wa­nie na ener­gię. Będą za­krzy­wiać i po­ły­kać prze­strzeń, tak jak my jeź­dzi­li­śmy na rol­kach. Szyb­ciej niż świa­tło… bo ina­czej nie ma sensu.

Tech­nik zdał sobie spra­wę, że sie­dzi na ba­lu­stra­dzie. Z dołu wzy­wa­ła go słod­ka siła, któ­rej nie pró­bo­wał prze­zwy­cię­żyć.

― Moi. Wszy­scy. Co­per­ni­cu­s ― wy­rzekł ― Nie sprze­da­waj mi bajek o praw­do­po­do­bień­stwie, że brak in­for­ma­cji nie jest toż­sa­my ze złymi in­for­ma­cja­mi. My. My wiemy. Po co. To wszyst­ko. I czemu.

Od­wró­cił głowę w prze­ciw­ną stro­nę. Czerń była i d e a l n a, od­bie­ra­jąc niebu głębi. Zda­wa­ła się już nie­mal na wy­cią­gnię­cie ręki, po­chło­nąw­szy po­ło­wę wi­dzial­ne­go Ko­smo­su. Oczy­wi­ście nie było to miej­sce, gdzie prze­sta­ły świe­cić gwiaz­dy. To było pro­ste do udo­wod­nie­nia, choć­by przez ana­lo­gię do zdję­cia z opo­wie­ści Wiel­kie­go. Żadna ta­jem­ni­cza dłoń od mi­liar­dów lat nie ga­si­ła gwiazd, w zsyn­chro­ni­zo­wa­nej akcji, by aku­rat tam, gdzie prze­by­wa­li lu­dzie, bąbel Czer­ni zna­czył coraz więk­szą część nieba. Był to, po­więk­sza­ją­cy się z pręd­ko­ścią świa­tła ob­szar, wy­peł­nio­ny czymś nie­zna­nym i groź­nym, lub z bra­kiem cze­goś, co sta­no­wi­ło isto­tę zna­ne­go im Wszech­świa­ta. Nagle na­pię­cie z niego ze­szło. Chcia­ło mu się śmiać. Ge­stem uci­szył po­da­wa­ną ko­ją­cym tonem, ła­god­nie pły­ną­cą prze­mo­wę Wiel­kie­go.

― Mój rozum się cie­szy. Nie są­dzi­łem, że uda się ich wy­pchnąć aż tak da­le­ko, ani że do­sta­nie­my in­for­ma­cję zwrot­ną. Wy­obra­żasz sobie tego za­wie­szo­ne­go w pu­st­ce Zwia­dow­cę, z roz­cią­gnię­ty­mi ogrom­ny­mi ra­mio­na­mi anten, który łapie sy­gnał trans­pon­de­rów na­szej floty? Pra­wie widzę, jak ma­szy­na się spala, żeby każdą moż­li­wą cząst­kę ener­gii za­mie­nić w stru­mień in­for­ma­cji, którą nam prze­słał. Raz jesz­cze za­dzia­ła­ły ma­gicz­ne cza­ry-ma­ry z za­krzy­wie­niem prze­strze­ni. Do­brze to po­li­czy­li­ście, ja­jo­głow­cy. A ty zo­sta­łeś z nami, ha ha, jak upa­dły ar­cha­nioł. Oj­ciec, który do­glą­da swej trzód­ki. Czym­że teraz je­ste­śmy? Di­no­zau­ry na rol­kach. Idź ra­to­wać in­nych, Na­uczy­cie­lu, chwi­la sła­bo­ści mi­nę­ła. Oto prze­kła­dam stopy na twar­dy grunt. Żywot wiódł będę krót­ki a pro­sty, sku­pio­ny na prze­mia­nie ma­te­rii.

Nie miał daru prze­ma­wia­nia swo­je­go roz­mów­cy, więc po pro­stu po­cią­gnął za sobą pierw­szych na­po­tka­nych ludzi, ko­bie­tę i męż­czy­znę, bez­wol­nie da­ją­cych się sma­gać po­ry­wom zim­ne­go wia­tru. „A gdy­bym był ośmior­ni­cą, iluż bym mógł po­pro­wa­dzić” ― po­my­ślał. Windy były za­blo­ko­wa­ne, więc wy­brał scho­dy. Z pod­świa­do­mo­ści są­czy­ła się stara idea, którą za­wsze tłu­mił, że Czerń to p r a w d z i w y Wszech­świa­t, ich był tylko krót­kim ka­pry­sem, tym wszyst­kim, co rodzi się i umie­ra, gdy mru­gasz, mniej trwa­łe niźli bańka my­dla­na. Kiedy da­le­ko w dole za­mi­go­ta­ła i zga­sła ża­rów­ka, ko­bie­ta wy­rwa­ła mu się i po­bie­gła w górę. Nie miał siły ani mo­ty­wa­cji pro­te­sto­wać, nie był w sta­nie za­wró­cić. Nogi cią­żyły mu tak bar­dzo, że dzi­wił się, że pod ich cię­ża­rem sta­lo­we scho­dy nie pękły, ry­su­jąc na od­le­głej po­sadz­ce rój roz­płasz­czo­nych, ża­ło­śnie ma­łych syl­we­tek.

― Chciał­bym się w końcu wy­spać. Tak na­praw­dę ― po­wie­dział do to­wa­rzy­szą­ce­go mu męż­czy­zny.

― Za­snąć, zanim zga­śnie świa­tło ― od­parł tam­ten ma­to­wym gło­sem i zaraz znik­nął unie­sio­ny przy­pły­wem czasu, jak wszyst­ko do­ko­ła.

Koniec

Komentarze

Ła, tam. Dawaj jak jest, nie ujawniaj, hi, hi. Ano widzisz jak jest, zaraziłam się tutaj tą “niezrozumiałością”. I muszę się jak najszybciej oduczyć, bo bardzo mnie blokuje.

srd

ヽ(° ͜>°)ノ*҉

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Po przeczytaniu spalić monitor.

@Asulum – cóż, wydarzyło się, teraz musisz z tym żyć ;)

I pamiętaj – każdej dziewczynie ładnie w ASCII Art!

Ukłony z mej strony.

~~~~~~^~~~~~

GaPa, jak to GaPa długie pauzy muszą być!

 

Napisane bardzo dobrze, czyta się płynnie, wciągająco i z przyjemnością. Dojrzały styl, skrupulatny dobór słów i nastrój kosmicznego niepokoju.

Jedyne co tu może, acz nie musi, przeszkadzać to trudność interpretacji. Niejako poczytuję to po trochu za zamiar, by błyo nie do końca jasno i jednozacznie, ale wciąż na tyle zrozumiale, by złożyć to sobie do kupy, przy okazji podziwiając widoki za oknem. Bo moim zdaniem jest co podziwiać i można odpłynąć do innego świata.

Nie będę tutaj konfrontował swojej interpretacji, czy jest zgodna z zamysłem autora, bo mi ona pasuje :-)

W każdym razie, naprawdę, przede wszystkim świetnie napisane. Emocje, myśli, opisy, wszystko tak precyzyjnie skomponowane. Och i ach z mojej strony.

 

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Tu są naprawdę fajne pomysły, ale powiem szczerze, mimo dwukrotnej lektury zgubiłam się w fabule… 

Ktoś coś naprawiał, domyślam się, że w czasie dyżuru, no i cóż… niczego więcej się nie domyśliłam. :(

 

― Bzdu­ra, prze­cież gdyby ktoś za­wią­zał Ci oczy… ―> ― Bzdu­ra, prze­cież gdyby ktoś za­wią­zał ci oczy

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Ko­lo­ry miały nie­przy­jem­ną, zimną barwę… ―> Kolorbarwa to synonimy.

Może: Ko­lo­ry miały nie­przy­jem­ne, zimne odcienie

 

Mu­siał mieć zdez­o­rien­to­wa­ną minę… ―> Czy mina może być zdezorientowana?

 

― Moi. Wszy­scy. Co­per­ni­cu­s ― wy­rzekł ― Nie sprze­da­waj mi bajek… ―> Brak kropki po didaskaliach.

 

Czerń była i d e a l n a, od­bie­ra­jąc niebu głębi. ―> Czerń była i d e a l n a, od­bie­ra­jąc niebu głębię.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Albo jest już późno, dla mnie, albo załapałem tylko to, że są ładne zdania, bo są, ładne. Lubię niedopowiedzenia, ale będę to musiał przeczytać kiedyś jeszcze raz.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Kiedy Autor wpatruje się w rosnącą za oknem wierzbę, wpada w rodzaj transu. To jego słabość ― zagajony o cokolwiek w takim stanie, zawsze odpowiada szczerze. Więc zadaję stosowne pytanie.

Autor odgarnia widmowe, długie włosy (nigdy takich nie miał), które optyczną sztuczką maskują jego krzywy nos, i mówi transowym głosem:

― Jestem spokojnym gościem, ale czasem przestawia się jakaś zapadka, i wpadam w stosownie wyważony, ale szał. No więc gdy dowiedziałem się, że w konkursie ograniczono ilość znaków do dziesięciu tysięcy, w złości zgniotłem pustą łupinkę po mandarynce (zawsze staram się ją tak obierać, by zachowała ciągłość). A dodatkowe dziesięć procent w Tłusty Czwartek odebrałem jako policzek! Długo kombinowałem, aż wpadłem na pomysł. Zaraziłem wirusem ASCII Art obywatelkę Asylum, przy której tytułowa Disneyowska “Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków” była wcieleniem zła. Mój pomysł był prosty ― stworzyć takie opowiadanie, żeby nakłonić odbiorcę do ponownego przeczytania, aby w pełni pojął treść fabuły. Rozumiesz? Jak ktoś przeczyta dwukrotnie, to robi się dwadzieścia tysięcy znaków, trzykrotnie trzydzieści i tak dalej. Obecność Asylum była kluczowa, bo nagromadził się w niej olbrzymi ładunek dobra, który po przekonwertowaniu na ciemną stronę eksplodował fontanną złowrogich pomysłów.

Kiedy kończy zeznanie, wychodzi z pokoju. Z mroku wyłania się postać, która zamyka za nim drzwi, przystawia palec do usta i robi taką minę, że wiemy, co czeka Autora. Za zło, które uczynił, za to, że pełnymi zachwytu oczami obserwował skryte w mgle szczyty wzgórz, zasypiające, próbujące kontynuować zabawę dzieci. Każdy pomysł z horroru, każda utkana ludzką dłonią ścieżka bólu zostanie na nim wypróbowana.

“Dobrze mu tak”, mruczy Asylum, zakładając czarny strój.

¯¯̿̿¯̿̿'̿̿̿̿̿̿̿'̿̿'̿̿̿̿̿'̿̿̿)͇̿̿)̿̿̿̿ '̿̿̿̿̿̿\̵͇̿̿\=(•̪̀●́)=o/̵͇̿̿/'̿̿ ̿ ̿̿

Wygasił wszystkie protokoły z rozmowy i przywołał ostatni. Równie dobrze mógł zacząć od początku.

– Okaleczyliście swoją planetę.

– Tak, ciągle jeszcze dokonujemy reperacji zniszczeń po Pierwszej Wojnie o Słowo. 

– To była jeszcze Druga?

– Tak po Pierwszej. Druga dzięki wam była bezkrwawa. Nauczyliście nas jak żyć.

– Wojna trwa.

– Gdzie.

– Na planecie Ziemia.

– Nie rozumiem, jesteśmy na planecie Ziemia. Jest pokój. 

– Pokój to pomieszczenie. 

– Wróćmy do okaleczenia. Zdefiniuj.

– Nie umiem. 

– Nic się nie dzieje, jest spokój i rozmawiamy.

– Nie o tym. Na czym polega marzenie?

– To stare słowo, nie mające dzisiaj zastosowania, oznacza kłamstwo.

– Kłamanie jest błędem.

– Tak. Podaję aneks: na kontinuum prawda-fałsz, marzenie to fałsz.

– Błąd to fałsz. Koniec przekazu.

 

I tak zapętlała się każda rozmowa z Obcymi, a przecież tłumaczenie było ponoć precyzyjne. Metody z Tarsu skanował równocześnie trzy interpretacje dołączone do rozmowy. Na szczęście, tym razem tylko trzy zamiast zwyczajowych sześciu, naturalnie sprzecznych ze sobą. Nauka zdecydowanie zeszła na psy. Coś umykało ale co? Nie chciało mu się czytać wypocin tych naukowców. Nawet nie pływali na powierzchni, lecz bujali w obłokach kasy, którą im płacił. Wszyscy zarabiali na uruchamianych przez niego projektach, realizowali swoje cele, a on siedział w czarnej dziurze. Równie dobrze można było nic nie robić, czekać lub działać według metody prób i błędów bądź rzucić monetą. Jego jelita skręcały się, kiedy zapoznawał się z kolejnymi, odkrywczymi konkluzjami. Jak tak dalej pójdzie, to będzie musiał zafundować sobie piąte nowe jelita, a kto wie czy nie czwarty żołądek, o wątrobie nie wspominając. 

Bunt ciała ostrzegał, że otrzymywane raporty nie dotykały sedna sprawy.

 

ヾ(_ _。)(╥﹏╥)  ‿( ́ ̵ _-`)‿(*^3^)

 

serdeczności:)

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Zaczęłam czytać i drżałam z emocji w oczekiwaniu na moment, w którym zacznę rozumieć to, co czytam. I końcu nadszedł. Rozumiem, co czytam – stwierdziłam. I trwałam tak, aż do mniej więcej trzech czwartych opowieści. Bo wtedy trafiłam na zdania, które bezczelnie sugerowały, że jednak nie rozumiem tego, co czytam. Pod sam koniec, przez ułamek sekundy wierzyłam, że jednak rozumiem, co czytam. Skończyłam i nie wiem, czy wiem, co przeczytałam.

To niezwykłe, jaką huśtawkę uczuć udało Ci się wywołać u czytelnika opka mającego 9999 znaków ;)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Bardzo interesujące i intrygujące opowiadanie. Opowiadanie, które dryfuje w stronę liryki, a może nawet nią już jest. Forma podporządkowana uczuciom, język, który zaczyna wyrażać tylko siebie… Tak, zdecydowanie to był wiersz.

Cześć, dzięki za odzew.

Nie sądziłem, że po przejściu “walca” konkursowego ktoś będzie jeszcze na siłach czytać i komentować, za co dziękuję.

pzdr

‿( ́ ̵ _-`)‿

Nie zrozumiałam :(

Przynoszę radość

Anet, niemożliwe??? Tak, nic a nic? Zupełniewink

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

 

>Autora uprasza się o nieczytanie poniższego komentarza, bo laurkę wysmażyłam <

 

Obywatelce Asylum spodobało się to opko! Pewnie nie jest Twoim najlepszym, ale wystarczająco dobrym (jojczymy na limit wniebogłosy).

Powody:

– idea/pomysł, i że cholernie realistycznie przedstawiłeś,

– słowa, te ciągi zdań przenoszące znaczenia. Przestań czarować, ostrzegam po dobroci, bo nie opędzisz się od fanek i fanów i wtedy będzie klops, lawina, choć przed nią jeszcze można uciec lub w niej pływać, ale gdzie ukryć się przed tornadem, kiedy kryjówki brak :-),

– fabularnie bardzo dojrzałe, pisząc – pomykasz jak pstrągi w górskim strumieniu,

– zrozumiałe, żeby nie było (odchodzę od obu swoich opinii, właściwie zrobiłam to tuż po publikacji),

– za korytarze w Partenonie na gigantycznym okręgu, za gwiezdne dzieci. W sumie optymistyczne,

– prawdziwe i piękna wizja,

– dobra robota z tym dyżurem. :-)

 

A teraz, wnioskuję o klika do biblio i zgłaszam do nominowanych. Trzy razy przeczytałam, zanim zdecydowałam o tym drugim, bo pierwsze było jasne i zdziwionam, że tak długo tkwi w poczekalni, chociaż podejrzewam wyczerpanie maratonem tekstów do napisania, przeczytania i skomentowania. Nawet teraz,  jeszcze kolejny raz przejrzałam, przypominając.

 

*`ー´━━━━━━━━━●)O).

 

pzd srd

a

 

Edytka: Usunęłam kilka zdań z komentarza, bo niepotrzebne.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

“Zapiski czytającego”

– Trochę się zatentego na początku.

– I dalej też nie jest bardziej zrozumiałe.

– „leniwie sprzeczało się nad sposobem” – równie dobrze może być błędem jak i intencjonalnym zabiegiem literackim. Stawiam na to drugie, ale mam wątpliwości.

– Strasznie to wszystko porwane, nieciągłe, niezrozumiałe.

– Niestety, nadal nic nie ogarniam.

Za głęboko zagmatwane w swej filozoficznej interpretacji. Być może coś mi umknęło, jest już 1am i mam prawo nie kontaktowć z rzeczywistościa.

Niestety nie zrozumiałem. sad

Patrzę: z jednej strony tylko dwa kliki, z drugiej głos (tylko jeden, ale dyżurny) w wątku z nominacjami. Zaciekawiła ta sytuacja, więc zaglądnąłem. No i powiem, ze choć nominować raczej nie będę (choć może się jeszcze zastanowię), to tekst wyszedł naprawdę ciekawie. Historia po historii, opowieść o wypalonym świecie, co?

Wyżerana pamięć, ciągłe przemęczenie, brak poczucia sensu, zagubienie. No solidnie wyszła ta eksploatacja wykończonego umysłu w wykończonym świecie.

Dobre, solidne, mocne. Szare i z odpadającą farbą ze ścian.

Obrazowe.

 

PS. I zachęciłeś do tego, żeby kiedyś zaglądnąć do Twoich wcześniejszych tekstów.

Dzięki za pozostawienie śladu, feedback – spoza i sprzed Godziny Duchów.

 

pzdr

(\/) (;,,;) (\/)

 

Nie jest łatwo i lekko, ale jest i niedopowiedzenie i jakaś taka niewymuszona liryka. To chyba jedno z tych opowiadań, w którym z każdą lekturą można odkryć jakieś nowe znaczenia. Zaciekawiłeś mnie, a nawet zaintrygowałeś.

Heh, dzięki za pozostawienie impresji.

 

pzdr

[●▪▪●]

Miałam wrażenie, że zaczęłam rozumieć gdzieś w dwóch trzecich, może połowie, potem straciłam je na samej końcówce. Niemniej, napisane bardzo dobrze, rzeczywiście wywołało to we mnie jakąś niepewność, a opisywane obrazy stały mi przed oczami.

Rzucę polecajką do biblioteki, bo warto, aby tekst się tam znalazł. ;)

Zostaw ten żyrandol.

Heh, twój kamyk przechylił szalę ;)

 

pzdr

(òÓ,)_\,,/

Nowa Fantastyka