- Opowiadanie: Idaho - Sektor P66, zwany prosektorium

Sektor P66, zwany prosektorium

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

mr.maras, Darcon, ninedin

Oceny

Sektor P66, zwany prosektorium

– Naprawdę? Daliście mi dwóch nowych? – dopytał Silver, kierując swój skuter na piątą platformę.

Jakbyś nie odpalił destruktora na Rivierze, to dalej pracowałbyś z Gregiem – usłyszał w komie.

– Jesteś pieprzonym draniem, Mike. Nie odpalałem destruktora a Greg był moim przyjacielem.

– Ale przez ciebie zginął.

Automat potwierdził otwarcie zewnętrznej śluzy.

Silver przejął sterowanie, przyhamował tuż przed samym wlotem. Hermetyzująca bramka grawitacyjna wywróciła mu na chwilę wnętrzności.

– Nie zginął przeze mnie, tylko przez techników z trójki.

– Przez ciebie, Silver. Zasuwaj do dyżurki. – Ciche pstryknięcie zakomunikowało zakończenie połączenia.

– Co za debil – podsumował, siadając w swoim boksie.

Zabezpieczył swój prywatny statek i skierował się na główny poziom. Co jak co, ale istniały jeszcze nienaruszalne zasady, nawet jeśli nie były zapisane w regulaminie.

*

Komandor Jerry McKenzie dostał informację o odwiedzinach Kenta Strandera, znanego jako Silver, na minutę przed jego przyjściem. Algorytm analizujący treść ostatniej rozmowy Kenta i jego drogę przez cztery poziomy północnego skrzydła wyświetlił jednoznaczne ostrzeżenie.

– Cześć Jerry, wytłumacz mi to – zaczął Silver wchodząc do gabinetu.

McKenzie zerknął jeszcze na psychoskan, ale jak zawsze w przypadku Kenta, system nie był w stanie określić jakichkolwiek emocji.

– Cześć Kent – wskazał ręką stół konferencyjny.

Silver usiadł, oparł się ostentacyjnie, czekając na wyjaśnienia. Znali się wiele lat, nie musieli tracić czasu na etykietę.

– Po incydencie na Rivierze zostałeś przesunięty do Hadesa, a tam zaczynają nowi – powiedział McKenzie siadając naprzeciw. Tak właściwie w tym zdaniu przekazał wszystkie informacje i mógłby zakończyć rozmowę. Nie lubił Kenta za tę jego kamienną twarz i przymrużone oczy. I nieustanną chłodną analizę.

– Na jak długo? – zapytał Silver.

– Zrozum, takie są wytyczne centrali. Chcieli cię w ogóle odesłać na testy, bo stwarzasz zagrożenie. Obroniłem cię. Przysłali nowych, przydasz się do ich szkolenia.

Kent zamilkł na chwilę. Problemem były niższe zarobki w sekcji Hades, przez co będzie musiał mieć dłuższe dyżury. Mógł też stracić tę pracę.

– Pokaż tych moich – powiedział i nachylił się nad stołem.

McKenzie wyświetlił zdjęcia i podstawowe dane.

– Nie są najmłodsi – skomentował Silver, przeglądając skąpe informacje. – Skąd przylecieli, dokładnie? Nic tu właściwie nie ma. Byli gdzieś już razem?

– Na Czarnej Skale. I tak byś się dowiedział.

– Za co?

Znów zmierzyli się wzrokiem.

– Odsiedzieli swoje, stare się nie liczy.

– Liczy się, Jerry. Liczy. Nie było innych?

– Byli. Zaczynacie za sześć godzin. Prześpij się. – Komandor wstał i wyłączył stół. – Wybacz, ale mam robotę.

Kent pokiwał głową ze zrozumieniem, wstał powoli i machnął niedbale ręką na pożegnanie. Zatrzymał się jeszcze w drzwiach.

– Sprawdźcie ich w Interstarze. Te informacje są rozpaczliwie wręcz obcięte.

– Jasne, Kent – odparł McKenzie. Nie zabrzmiało to jednak przekonywująco, ot takie przytaknięcie na odczepnego.

*

Sześć godzin później dozbrojony mały transportowiec wyleciał ze Stacji Analizy Wraków w kierunku sektora P66, zwanego potocznie Prosektorium. Zgodnie z danymi Floty, w sektorze tym miał się pojawić uszkodzony krążownik Kandahar, ściągnięty autobackiem z konstelacji Aldebarana. Kandahar nadał trzy wiadomości o awarii głównych układów w odstępie kilku godzin, a następnie jego system Biocare zmroził Dowództwo informacją o śmierci wszystkich członków załogi.

– To za co siedzieliście w Czarnej Skale? – zapytał Silver wypatrując wraku przez okno sterówki.

– Za fizyczne uszkodzenie przełożonego – odparł z tylnego siedzenia Sasha Zacharow, napakowany brunet o brzydkim wyrazie twarzy.

– Zadawał głupie pytania – dodał Borys Yerema z fotelu drugiego pilota, dla odmiany chudy blondyn o jasnoszarych oczach mordercy.

– Przeżył?

Borys tylko się uśmiechnął i pokiwał przecząco głową.

– W porządku – powiedział Silver. – Będę po prostu mówił, co macie robić. Wiem, że przeszliście jakieś szkolenie, ale tu zasada jest prosta. Wydaję polecenia, wykonujecie je, meldujecie o wykonaniu. Każde działanie wykraczające poza moje polecenie ma być najpierw konsultowane.

– I wtedy będziesz zadawał głupie pytania? – zapytał Sasha.

 

Olbrzymi statek pojawił się znienacka, zasłaniając Mgławicę Czerwonego Pająka. System identyfikacji potwierdził na ich lewym ekranie: krążownik Kandahar, miejsce produkcji tam a tam, masa tyle a tyle milionów ton, uzbrojenie… Silver przesuwał litanię informacji nie znajdując nic niezwykłego. Po prostu kolejny uszkodzony krążownik dalekiego zasięgu.

– Najpierw skanery, czekamy na odczyty, potem cumujemy i wchodzimy – poinformował nowych partnerów.

– Wiemy, Kent.

– Nie wiem, co wiecie, mówię na wszelki wypadek.

Po piętnastu minutach odczyty potwierdziły przysłane wcześniej informacje. Eksplozja w sekcji akumulatorów, awaria lewego głównego silnika, i na zasadzie domina, kilku istotnych systemów. Nagła śmierć całej załogi. Wyłączona grawitacja. Procedura powrotu nadświetlną uruchomiona i zrealizowana systemem awaryjnym. Martwy statek.

– Dlaczego nikt nie przeżył? – zapytał Sasha, nie widząc wszystkich informacji z tyłu. – Temperatura była dobra, atmosfera też.

– Zrobią sekcje na stacji. Zbierzmy ich z szacunkiem – powiedział Silver. – Przypominam, że niczego nie włączacie, grodzie otwieramy ręcznie.

– Robisz się nudny – skomentował Borys, przechodząc do części ze skafandrami.

– Takim upierdliwym dyżurnym – dodał Sasha, ruszając za kolegą.

Przycumowali do dużej śluzy załadowczej z prawej strony krążownika.

Silver wpłynął pierwszy, oświetlając ładownię. Wielkie kontenery zajmowały jedną trzecią objętości pomieszczenia, część z nich była wciąż otwarta. Podleciał do grodzi dla załogi, otworzył ją ręcznie. Syknęło powietrze.

Na pierwsze ciało natknął się chwilę później, przesuwając się w kierunku mostka. Martwy pracownik obsługi z żółtymi pasami na uniformie dryfował pod sufitem szerokiego korytarza. Minęło sześć dni od zgłoszonego zdarzenia, co odcisnęło piętno na ciele: sina skóra, wystawiony czarny język, oczy zamglone jak u śniętej ryby. Nieważkość dołożyła się do koszmaru, ciało spuchło jak czarny balon na jarmarku w Earthtown, mimo że temperatura obniżyła się o dwadzieścia stopni.

„Nie pożyłeś długo, chłopcze” – pomyślał szukając jakiś śladów, wskazówek przyczyny śmierci. Teorii miał sporo, jak zawsze, gdy nie ma punktu zaczepienia. Nagły brak tlenu, lub jakaś toksyna. Albo wiązka gamma, dedykowana, lub też zwykły przypadek, jakieś bliskie źródło. Może nawet na statku. Czy może się powtórzyć? Jest bezpiecznie?

 – Wchodźcie – powiedział do mikrofonu. – Borys, ty zostajesz przy kontenerach, będziesz odczepiał ciała i upychał je w tym najbliższym śluzy. Oznacz punkt końcowy. Sasha idzie do mnie z sześcioma tragarzami, będziemy wysyłać Borysowi podpięte zwłoki.

Wiesz już, co się stało? – zachrypiał Sasha.

– Nie.

Przyczepili znalezionego chłopaka do pierwszego mikrorobota transportowego, zwanego tragarzem i odesłali do Borysa.

– Z grawitacją byłoby trudniej – stwierdził Zacharov podpinając drugie ciało.

*

Po dwóch godzinach Kent zarządził przerwę. Zostało im kilku członków załogi, według zapisów systemu sprzed powrotu, ale nie mogli ich znaleźć. Zdecydował tak, bo przetrząsanie jeszcze raz wszystkich pomieszczeń, to co najmniej kolejna godzina.

Sasha stwierdził, że się rozejrzy, bo jeszcze nigdy nie był na krążowniku i popłynął do sekcji dowodzenia.

Silver przypiął się gdzieś z boku i skorzystał z punktu doładowania tlenu. Oglądał mapę statku z rozlokowaniem znalezionych ludzi, próbując znaleźć jakąś regułę. Trójwymiarowa projekcja pokazywała ponad dwieście czerwonych punkcików rozsypanych nieregularnie w zielonej strukturze prostopadłościanów i ciągów komunikacyjnych.

Z zamyślenia wyrwał go sygnał szyfrowanego połączenia ze stacji.

Kent, jesteś sam? – Twarz wyraźnie zdenerwowanego komandora wyświetliła się na panelu lewego przedramienia.

– Mów Jerry.

Miałeś rację, coś tu nie gra z tymi nowymi. W całej grupie ponad trzydziestu jest… – dalsze słowa zagłuszyły jakieś trzaski. Twarz McKenziego odwróciła się od kamery i odchyliła nagle z grymasem do tyłu, znikając z kadru. Zerwało połączenie.

Na statku włączyło się oświetlenie, zadrgały ściany.

– Sasha, dlaczego włączyłeś system? – zapytał Kent, sprawdzając najbliższą drogę ewakuacji na planie statku.

Sprawdzam czy działa.

– Wyłącz go i wracaj na transporter – rozkazał.

– Nie rozkazuj mi. Już tutaj nie rządzisz.

– Nie wiemy co tu się stało.

– No i co. Poczekaj, widzę jakiś ruch. Co to…

Statek znowu drgnął. Silver czekał jeszcze chwilę, światła jak świeciły tak świeciły. Zaczął podejrzewać, co się w ogóle dzieje.

– Mike? Jesteście tam? – Wywołał oficera dyżurnego na Stacji. Ruszył w kierunku śluzy, gdzie zacumowali.

Statek drgał, jakby silniki miały jakieś kłopoty. Ponowił wywołanie, przyspieszył odpychając się gwałtownie od kolejnych ścian i przejść.

Nie teraz Kent, mamy tu mały bunt – usłyszał Mike’a po chwili, na tle jakiegoś hałasu.

– To nie bunt, tylko zaplanowany atak – powiedział Silver. – A na Kandaharze jest chyba coś gorszego.

– Jaki atak? Gdzie?

– Ci nowi chcą przejąć wasze kody do wszystkich okrętów wojskowych przy stacji. To zorganizowana grupa. Zastanów się, taki Kandahar ma pełne uzbrojenie.

– Bredzisz.

– Włącz autodestrukcję Kandahara, Mike, zanim go przejmą. Poza tym, coś chyba przyleciało tym statkiem.

Masz jakąś paranoję na punkcie autodestrukcji – Mike przekrzykiwał hałas. – Zresztą nie mogę z tobą teraz gadać. – Rozłączył się.

Kent dotarł w końcu do magazynu z kontenerami. Borys zajęty był majstrowaniem przy jakiejś znalezionej broni, zauważył go i rozpaczliwie próbował uzbroić karabin. Coś głucho jęknęło w ciemnym końcu ładowni. Borys wycelował w Silvera i nacisnął spust. Karabin plazmowy jednak, nie wiadomo czemu, nie strzelił. Silver odpalił silniczki w skafandrze, po prostu podleciał do niego i kopnął go z całej siły obiema nogami, wpychając do kontenera ze zwłokami. Zatrzasnął i zaryglował za nim drzwi. Głuchy odgłos z ciemności powtórzył się znacznie bliżej.

Sięgnął po karabin i wleciał przez śluzę do ich przycumowanego statku, zatrzasnął zdalnie gródź. Usiadł za sterami, uruchomił silniki, uszczelnił kadłub i wypiął transportowca z zaczepów.

Sprawdził na planie krążownika lokalizację magazynu z głowicami, podleciał tam i otworzył wrota załadunkowe, oznaczył je, jako cel w systemie.

Na interkomie pojawiło się najpierw wywołanie Saszy, potem Borysa. Odleciał na bezpieczną odległość ignorując ich natarczywe próby połączenia.

Odpalił wszystkie intrudery, którymi dysponował, w otwartą ładownię i ruszył z maksymalnym przyspieszeniem w stronę Stacji.

Ekrany zewnętrznych skanerów zamigały na czerwono, informując o skoku temperatury gdzieś z tyłu. Nie przejął się tym, myśli miał zajęte układaniem planu pomocy kolegom na Stacji.

„Co za dyżur” – pomyślał kręcąc głową, gdy już wiedział jak się do tego zabierze.

Koniec

Komentarze

“Prosektorium” w nazwie, no to cyk, jestem.

 

Wrażenia ogólne: Setting i atmosfera trochę jak w “Blade runnerze”, a trochę jak w “Obcym”, szczególnie pod koniec opowiadania. Ciekawy pomysł z nawiązaniem analizy stanu sprzętu do sekcji (w informatyce, z tego co się orientuję, podobnie nazywa się testowanie tego, co siadło, analizą post mortem). Wyhaczyłam parę błędów interpunkcyjnych i niezręczności językowych, na przyszłość pomogłoby wrzucenie tekstu na betalistę. Gdzieś pośrodku wyraźnie przyspieszyłeś, bojąc się limitu, opowiadanie stało się przez to nieco chaotyczne. Przeskok z pierwszej sceny do kolejnych wydał mi się także nieco przyspieszony, poszarpany.

Ale, hejże, na niedużej powierzchni zmieściłeś fajną historię okraszoną smacznym worldbuildingiem (Kandahar, Aldebaran, neologizmy – niezłe). Lepiej wyszłoby, gdyby tekst był dłuższy, a kwestia emocjonalnego związku z Gregiem została pogłębiona.

Powodzenia w konkursie!

Wiktor Orłowski – dzięki za odwiedziny i komentarz.

Na betalistę nie bylo już czasu, wiem, zawsze coś się przeoczy.

Najpierw napisałem a potem spojrzałem – 14k znaków. Wyobraź sobie te cięcia – jakbym sobie żyły podcinał. Stąd też pewnie błędy.

Było o Gregu, było o stacji, było o przyczynie powrotu Kandahara, wszystko musiałem wyciąć. To efekt braku doświadczenia – zbyt ambitny cel i zbyt rozbudowana historia. A co będzie – zobaczymy :-)

Pozdrawiam!

Znam ból, wyżyłowany limit to jakby pół rodziny nam wybili. Ale wyszło całkiem sympatycznie, trzymam kciuki za dalszą twórczość. ;)

Fajny klimat, dobry tekst. Przyjemnie się czytało.

Czytałoby się lepiej, gdyby było bardziej dopracowane językowo, np. do tej pory nie wiem, czy fizycznie uszkodzony przełożony przeżył, bo Borys pokiwał przecząco głową (?) albo

Zaczął podejrzewać, co się w ogóle dzieje.

nie do końca jasne w takim sformułowaniu, mogłoby być stylistycznie trafniejsze:

 

Zaczął domyślać się, co się dzieje.

Zaczął podejrzewać, że coś niedobrego się dzieje.

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Chalbarczyk – tak, masz rację, pewnie kilka zdań można by jeszcze wygładzić. Limit znaków zmusił do wycięcia słów, które rzucały więcej światła na niektóre szczątkowe informacje. W kwestii przełożonego Borysa jednak uważam, że to nie ma znaczenia. Teoretycznie mogli kłamać na temat przyczyny ich odsiadki.

Dziękuję za komentarz!

Fajny, spójny i stanowiący jednolitą, zamkniętą całość kawałek militarnej SF. Wątek fantastyczny sprawnie wpleciony w całość fabuły. Niezłe wykonanie. Bardzo dobrze się czytało. 

Hej, Idaho. To dobrze zbudowany świat, robi niezłe wrażenie, ale zamiast się powtarzać, podpinam się tym razem pod komentarz Wiktorii. To ciekawy kawałek fantastyki, dużo informacji, całkiem składnie podanych, ale za dużo w takim limicie. To dla mnie rozdział, a nawet wycinek, z powieści w klimatach space opery, w dobrym tego słowa znaczeniu. Zabrakło mi tu przyczyn, bo skutki mam, i wniosków.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

 

mr.maras, Arnubis, Blacktom – dzięki serdeczne!

 

ninedin, Darcon, chalbarczyk, AMD_KWiktor Orłowski – dziękuję za przeczytanie i pozytywny komentarz – to znaczy, że ruszyłem w dobrą stronę.

 

Chyba nie zrozumiałam i przyjrzałabym się przecinkom (przy wołaczach są obowiązkowe), ale nie czytało się źle ;)

Przynoszę radość

Na przykładzie tego tekstu można opisać problem, na który cierpi część konkursowych tekstów. To jest tak, mając do dyspozycji 10k znaków nie zaczyna się opowieści o zabijaniu smoka sceną skaptowania drużyny w karczmie, bo nie starczy znaków na finałową potyczkę. I tu tak jest. Zaczyna się zabawa, kończy się limit i klops. Warto pamiętać, że im mniej znaków, tym bardziej trzeba kombinować, jak opowiedzieć swoją historię.

Mimo to podobało mi się, jak gładko, drogi autorze, posługujesz się słownictwem budującym anturaż tej a’la space opery (czy jak to nazwać, bo się nie znam). Czuć, że to czujesz:) Ja jestem kompletna noga,jeśli idzie o sprawy techniczne i jak ktoś czuje ten specyficzny żargon to zawsze robi na mnie wrażenie. 

 

Sprawnie złożony klimat, ale fabuła troszkę tak jakby wycięta z większego kontekstu. Ale sympatyczna historia, nie powiem.

Czy to jest skończone opowiadanie? Bo mam wrażenie, że zostałam wrzucona w środek jakich działań, nie całkiem dla mnie jasnych, a skończywszy lekturę, nie bardzo wiem, co tam się wydarzyło.

 

po­my­ślał szu­ka­jąc jakiś śla­dów… ―> …po­my­ślał, szu­ka­jąc jakichś śla­dów

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka