- Opowiadanie: tfurca - Eliksir

Eliksir

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Eliksir

Wiem, że nie jestem przystojny. Mam w domu lustro (czemuż go jeszcze nie rozbiłem!), które nie jest dobrze wychowane i wali prawdę prosto z mostu. Mówi, że moje rysy twarzy nie należą do szlachetnych, a zakola nie dodają uroku. Nos jest zbyt mięsisty, a oczy zbyt małe i wodniste. O włosy mógłbym zadbać bardziej, ale ani nie potrafię, ani mi się nie chce (bardziej to drugie). Z nadwagą nic nie da się zrobić bez dużego wysiłku, na który mnie nie stać. To lustro nie ma krzty szacunku dla ludzkiej wrażliwości. 

Jestem wciąż młody i podobno wszystko przede mną, ale po co mi to wszystko bez kobiety! Słyszałem, że dla płci pięknej uroda mężczyzn nie ma tak wielkiego znaczenia, że wystarczy, by chłop był choć trochę ładniejszy od diabła. Tak mówiła moja babcia. Czy ja, do czorta, jestem szpetniejszy niż diabeł?! A może po prostu czasy się zmieniły. Babcia zawsze mawiała: “za moich czasów…” Czyli chyba coś jest na rzeczy.

A może chodzi o charakter? Jestem nieśmiały, to prawda. Być może dlatego, że mam świadomość swojej brzydoty i nie potrafię rozmawiać z kobietami. Zacinam się w sobie, robię się czerwony na twarzy, gadam głupoty, jeśli już coś w końcu wydukam. Udaję kogoś, kim nie jestem, ale nie wiem, kim powinienem być, bo sobą na pewno nie. To znaczy próbowałem być sobą, ale z tego też wychodziła katastrofa. Koniec końców, jestem samotny.

– E tam, niech nie dramatyzuje – powiedziała wiedźma lekko zniecierpliwionym tonem, podając mi zawiniątko. – Zrobi z tego napar, jak powiedziałam i poda komu trzeba. Można zmieszać z innymi płynami, nawet z alkoholem. I będzie dobrze.

– Ale tyle wystarczy? – zapytałem niepewnie, ważąc w dłoniach malutki mieszek z tajemniczymi ziołami. Wiedźma machnęła tylko ręką, jakby odganiała naprzykrzającą się muchę, co miało chyba znaczyć, że wystarczy.

– Chyba że chce mieć cały harem! – zarechotała po chwili, ukazując niekompletne i nieleczone uzębienie. A potem wyciągnęła szponiaste palce po pieniądze. Zabolało! Żebym miał chociaż pewność, że nie wyrzucam forsy w błoto…

Mandragora? Równie dobrze mogła zetrzeć korzeń pietruszki, i tak bym nie rozpoznał. Lubczyk? Też mi zioło-cud! Sam go dodaję do zupy. Głóg, kminek, jakaś koziadupka, czy jak to się zwało? I ja za to dałem tyle szmalu?! Proszę państwa, oficjalnie oświadczam, że jestem skończonym idiotą. Wzorcem naiwności prosto z Sevres.

Po powrocie do domu wrzuciłem woreczek do szafki z przyprawami, których tak rzadko używam, że nie muszą stać pod ręką w zgrabnych słoiczkach. W dodatku wepchnąłem go w sam kąt, w najciemniejszy zakątek, by nawet przez przypadek nie wpadł mi w oko i swoją bytnością nie przypomniał o mojej głupocie. Chłodne powietrze otrzeźwiło umysł, a lekki wiatr wywiał z głowy nadzieję, zabobonną wiarę w nadprzyrodzone moce zwyczajnych ziół i starych bab. Dlaczego więc go po prostu nie wyrzuciłem do kosza na śmieci? Chyba powstrzymała mnie świadomość sumy, którą zapłaciłem. W końcu to najcenniejszy bezwartościowy produkt, jaki nabyłem. Prawdziwy biały kruk!

 

I tak woreczek przeleżał w szafce około pół roku, niestarannie zamknięty, przez co kurz pokrył szarą kołderką zioła. Czy gdyby był to prawdziwie magiczny eliksir, to czy zmieszany z kurzem i tłuszczem zachowałby jeszcze swą moc? Tak zastanawiałem się, gdy niechcący wpadł mi w ręce (choć nie powinien!), kiedy to starałem się odszukać jakąś sporadycznie używaną przeze mnie przyprawę.

Odwiedził mnie Kloc. Kloc był niezwykle wysoki i przeraźliwie chudy. Kiedy stał w swej naturalnej, czyli zgarbionej pozycji, wyglądał jak ścięta i postawiona na sztorc gałąź drzewa. Jego ręce były niczym mniejsze gałązki zakończone liściastymi dłońmi, a jasne włosy sprawiały wrażenie białego kwiecia wiśni. Istny drzewiec! Kloc był starym dobrym druhem, z którym spędziłem wiele godzin na piciu, dyskusjach o życiu, grach planszowych i znów piciu. Teraz zanosiło się na podobną sesję, tyle że on tym razem przywlókł ze sobą kuzynkę, której dotąd nie miałem okazji poznać. Nim zdążyli się dobrze rozebrać, Kloc szeptem w tajemnicy przekazał mi najważniejsze jego zdaniem informacje. Kuzynka miała na imię Monika, ale powszechnie nazywana była Bulwą. Niedawno zostawił ją chłopak, co strasznie przeżyła, więc “no wiesz, możesz się zakręcić…”

Żachnąłem się na te słowa. Może i jestem w potrzebie, ale swój honor mam. Honor i szacunek dla kobiet, choć one mnie nie lubią. Ale z drugiej strony… Kiedy krzątałem się w kuchni przygotowując kolację, naszła mnie nieodparta ochota, by jednak spróbować.

Dziwne, ale nie mogłem przypomnieć sobie jej wyglądu, jakby była zjawą ze snu, która rozmywa się zaraz po otwarciu oczu, jak dym z papierosa. Może była tak brzydka, że wyparłem ją ze świadomości? Nonsens! Pewnie była przeciętna, a ja zirytowany, bo potraktowałem ją jak intruza. Zresztą, czy to ważne? Przecież to ona ma się zakochać. Jak mi się nie spodoba, to będzie jej problem. Wredny typ ze mnie!

Mogłem wrócić do salonu i dokładnie przyjrzeć się jej, lecz nagle stałem się niecierpliwy. “Przecież nic nie ryzykuję, a poza tym to nie może zadziałać” – przekonywałem sam siebie, rozchylając szeroko woreczek i przytykając doń nozdrza. Wyraźnie czuć było anyż, imbir, wanilię, kminek… Szalona, intensywna mieszanka zapachów, od których zakręciło mi się w nosie. Kichnąłem, jakbym zażył tabaki, a umysł stał się nagle świeży i bystry. Wyciągnąłem z szuflady sitko do zaparzania i przesypałem do niego składniki eliksiru.

– Co ty się tak guzdrzesz! – To Kloc wpadł do kuchni. – Wszystko przygotowane, czekamy tylko na ciebie. Czekamy i czekamy…

– Dobra, dobra. Zaraz kolacja będzie gotowa. O, przyniosłeś mi piwo! – Jak mówiłem, Kloc to dobry kumpel, zawsze wie, czego mi trzeba. – A to herbata dla Bulwy.

Kloc pociągnął swoim długim nosem, aż zaświstało, jakby odezwał się staromodny czajnik.

– Co to? Jakaś aromatyczna? Ona nie…

– Będzie jej smakować. Idź już, bo mi przeszkadzasz.

Kloc wyszedł, a ja pociągnąłem łyk piwa. Tfu! Korzenne?

 

Nasze spojrzenia skrzyżowały się jak wiązki mieczy Jedi. Ugięły się pode mną nogi, ręce stały się wiotkie i tak słabe, że niemal upuściłem talerze ze spaghetti. Wszechświat skurczył się do rozmiaru, jaki miał w pierwszej nanosekundzie po wybuchu. A w tym świecie była tylko Ona. Jej doskonałe piękno było tak nieprawdopodobne, nieludzkie wręcz, że musiała być boginią, która zstąpiła z Olimpu. Długie czarne włosy okalały kształtną twarz z lekko wystającymi kośćmi policzkowymi. Pełne usta stworzone do całowania skrywały równe perłowe zęby. Wielkie ciemne oczy wpatrywały się we mnie z ciekawością, co z jednej strony nieco mnie peszyło, z drugiej napawało dumą. Zachwycająco zgrabne dłonie o długich palcach chwytały przedmioty z taką gracją, jakby wykonywały w powietrzu balet. Gdy wyobrażałem sobie, że mnie dotykają, moje ciało porażał prąd. 

Nie wiem jak upłynął nam czas, być może umysł zdołał odrzucić złudzenie jego istnienia. Pamiętam za to ból rozstania. Męki Piekarskiego i Williama Wallace’a razem wzięte być może oddawały to cierpienie. Pocieszeniem była za to świadomość, że i ona przeżywała katusze. Byłżeby to efekt eliksiru, czy tylko zbieg okoliczności? Odnalazłem drugą połówkę, czy ofiarę? Nie warto roztrząsać – i tak nigdy się nie dowiem.

 

Potem zdarzenia potoczyły się szybko. Zostałem uderzony szczęściem z mocą młota pneumatycznego. Jednego dnia wspólna kawa. Następnego kawa i obiad. Potem obiad, kolacja… śniadanie.

 

Śniadanie przyniosłem do łóżka, z którego od kilku dni rzadko się wygrzebywaliśmy.

– Co to? Wygląda bardzo apetycznie! – powiedziała pełnym zachwytu głosem.

– Ach, to taka zwykła sałatka – odpowiedziałem skromnie, ale w głębi duszy bardzo z siebie zadowolony. – Ojej, nie jedz! – krzyknąłem nagle przerażony.

Zamarła z widelcem tuż przy ustach.

– Co się stało?

– Tu jest kurczak…

Zdziwiona spojrzała na widelec, na który nadziana była sałata, kapar i kawałek mięsa.

– Ale nie jest żywy? – zachichotała. Kiedy rozbrzmiewał jej uroczy śmiech, czułem się, jakbym słyszał zaczarowaną muzykę i nikt by mnie nie przekonał, że czarne jest czarne. Wszystko stawało się różowe.

– Jesteś wegetarianką – przypomniałem jej.

Zamyśliła się przez chwilę.

– No tak – przyznała. – Ale niepraktykującą – dodała zaraz i bez skrupułów zaczęła ze smakiem pałaszować sałatkę.

– A czy katoliczką jesteś praktykującą? – rzuciłem znienacka. Pytanie najwyraźniej nieco ją zaniepokoiło, bo spojrzała na mnie podejrzliwie i z lekkim przestrachem.

– A to jakiś problem? – zapytała ostrożnie, jakby badała grubość lodu na jeziorze.

Uśmiechnąłem się i pogłaskałem ją po twarzy, dając do zrozumienia, że nie mam złych zamiarów.

– Dla mnie żaden, ale dla ciebie może to być kłopotliwe…

– Bycie katoliczką? – zdumiała się.

– Praktykującą. Jako taka, zapewne będziesz chciała wziąć ślub kościelny…

– Czy to są oświadczyny???

– Mówię hipotetycznie…

– Czyli nie oświadczyny – burknęła zawiedziona i odstawiła sałatkę z taką miną, jakby naraz przestała jej smakować.

Z głupawego żartu, który miałem w zamyśle, zrobił się problem. Trochę musiałem się nagimnastykować, żeby ją udobruchać, wytłumaczyć, że wszystko w swoim czasie i w odpowiedniej atmosferze, bo przecież rzecz cała w precjozach i imponderabiliach (tak właśnie się wyraziłem, co zrobiło na niej spore wrażenie i ostatecznie załagodziło spięcie).

– To o co chodziło z tym ślubem? – Zapytała w końcu, powracając do sałatki.

Zacząłem odpowiadać ostrożnie, by znów nie wdepnąć na niepewny grunt. A z drugiej strony, czy rzeczywiście niepewny? Czy to, że po ledwie miesiącu znajomości napomykam, choć mimochodem, o ślubie, to coś zdrożnego? Przecież uświadomienie sobie, że chcę z nią spędzić resztę życia, dało mi niespotykaną dotąd radość. Kiedy dodałem przekonanie że i ona darzy mnie tym samym uczuciem, stałem się najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, i byłem w takim nastroju, że, cytując słowa piosenki, “gdybym miał teraz umrzeć, to na ch… się rodziłem”*.

– Jako osoba praktykująca, chcąc wziąć ślub kościelny, będziesz musiała się wyspowiadać…

– I co z tego?

– Będziesz musiała wyznać, jak bardzo ze mną grzeszyłaś…

Parsknęła śmiechem.

– A za grzechy trzeba żałować!

Spojrzała na mnie oczami, w których błyskały kurwiki.

– Niech cię o to głowa nie boli…

 

Słońce stało już wysoko, na tyle wysoko, że nie dałoby się dorzucić kamieniem, kiedy wreszcie się obudziłem. Coś niepokojącego tkwiło mi w umyśle, jak drzazga drażniło podświadomość. Nie wiedziałem, czy to jakieś wspomnienia senne, czy lęk przed realnym. Niczym speleolog zacząłem zagłębiać się w zakamarki własnej jaźni, by wreszcie odkryć źródło niepokoju – kończy mi się urlop!

Czułem się jednak nasycony wolnością i radością. Czym prędzej otworzyłem oczy, by popatrzeć na ukochaną. I wtedy ślina uwięzła mi w gardle…

Kobieta, która leżała obok mnie, zupełnie naga i prawie nie okryta kołdrą, nie była moją Moniką. Zamiast falujących czarnych włosów, miała przetłuszczone, wyblakłe strąki. Pulchne policzki nakrapiane czerwonymi plamkami drgały w rytm pochrapywań. Otwarte usta ukazywały krzywe zęby. Masywne ciało mocno zagłębiało się w materac. Byłem tak oszołomiony, że wpatrywałem się w nią przez dłuższy czas z otwartą gębą, nie wiedząc, co robić, co mówić, co myśleć. A ona, chrapnąwszy donośniej i gwałtowniej, obudziła się nagle.

To, co zobaczyła, przeraziło ją równie mocno. Usiadła raptownie i szarpnęła kołdrę, by się przykryć, jednocześnie kompletnie obnażając mnie. Mocowaliśmy się tak przez chwilę, przeciągając tę kołdrę każde na swoją stronę, choć jeszcze w nocy nagość nie stanowiła dla nas problemu. 

Nie odzywaliśmy się przez długi czas. Każde z nas próbowało najpierw zrozumieć, co się wydarzyło. Nie wiem, co ona zobaczyła po przebudzeniu, jakiego mężczyznę, jak bardzo różniącego się od tego, w którym się zakochała, ale z pewnością była co najmniej tak samo zdegustowana jak ja.

Wreszcie dotarło do mnie, że prysł czar. Przez miesiąc naiwnie łudziłem się, że ktoś może mnie pokochać prawdziwą miłością. By doznać odrobiny szczęścia musiałem oszukiwać, wspierać się podłymi sztuczkami. Zrobiło mi się wstyd. Spuściłem głowę.

– Przepraszam – powiedziałem ze skruchą.

– Przepraszam – odpowiedziała. 

Ty bestio, więc ty też byłaś taka cwana! – olśniło mnie.

– Eliksir?

– W piwie… – przyznała.

Nie mogłem się gniewać, a wręcz zacząłem jej współczuć. Była przecież tak samo nieszczęśliwą, samotną osobą, jak ja. Doskonale wiedziałem, ile musiała wycierpieć, skoro zdecydowała się na tak desperacki krok. Właściwie była mi bratnią duszą. Patrzyła teraz na mnie smutnymi oczami, nawet ładnymi, błyszczącymi od łez.

– W herbacie – szepnąłem.

Uśmiechnęła się lekko. Otarła wilgotne policzki. Delikatnie przyciągnąłem ją ku sobie, niepewny, czy nie zechce się wyrwać. Przytuliła się, kładąc mi głowę na piersi. Poczułem ciepłe i miękkie ciało, bardzo przyjemne. 

Wciąż była moją Moniką.

 

* Leningrad, “No Future”.

 

Koniec

Komentarze

No, trafił swój na swego :) Spodziewałem się, że eliksir zmienił wizerunek Moniki więc zakończenie nie zaskoczyło ale z drugiej strony ta akceptacja wbrew temu, co się okazało i to ostatnie zdanie… urzekło mnie. Niby nic szczególnego ale bardzo dobrze i ciekawie napisane, no i to ostatnie zdanie. Jestem na tak ;) Pozdrawiam, niedzielny dyżurny :)

Trudno mi określić czas w którym dzieje się historia. Wiedźma kojarzy mi się z wiekami średnimi natomiast później zaczynasz opowiadać historię jakby była ona nie aż tak odległa. Wprowadziło mnie to w takie zakłopotanie/zdezoriętowanie.

Mimo to tekst czytało się przyjemnie a jego przesłanie było ciekawe.

Pozdrawiam.

Pisz to co chciałbyś czytać, czytaj to o czym chcesz pisać

Podobało mi się.

Tekst czyta się płynnie, historia jest ciekawa, a zakończenie dobrze domyka całość. Dodatkowy plus za szczęśliwe zakończenie bez popadania w banały. Myślałem w pewnym momencie, że bohater sam siebie odurzył ziołami, wąchając je, ale zakończenie wszystko wytłumaczyło.

 

I tak woreczek przeleżał w szafce około pół roku, niestarannie zamknięty, przez co kurz pokrył szarą kołderką zioła.

Tutaj może zamieniłbym szyk na koniec. Brzmi to jak “szara kołderka zioła” (jaka kołderka zioła?). Proponuję: “przez co kurz pokrył zioła szarą kołderką”. Ale to już jak uważasz. :)

 

Przemyślenia bohatera nadają ciekawej dynamiki opowiadaniu. Ogólnie rzecz biorąc przyjemna lektura. :)

 

Czytało się płynnie, dobry warsztat. Historyjka niezbyt mnie wciągnęła, ale całość ratuje końcówka. Niby dużego zaskoczenia nie było, choć też myślałem, że nawciągał się własnych ziółek, ale tak jakoś wszystko się dobrze zgrało.

Jednego dnia wspólna kawa. Następnego kawa i obiad. Potem obiad, kolacja… śniadanie.

 

Śniadanie przyniosłem do łóżka, z którego od kilku dni rzadko się wygrzebywaliśmy.

Przez miesiąc naiwnie łudziłem się, że ktoś może mnie pokochać prawdziwą miłością.

Fajny taki urlop, nie za krótki :) Chyba, że nie do końca zrozumiałem coś i nie miał wolnego przez cały czas trwania akcji. Ale to szczegół, mógł przecież mieć.

Kiedy dodałem przekonanie[+], że i ona

Ty bestio, więc ty też byłaś taka cwana!

Drobne powtórzenie.

Uwaga! Spoilery w komentarzach! Czytasz na własną odpowiedzialność

Dzięki za komentarze. Cieszę się, że się podobało :)

Ot, taka sobie opowiastka o gwałtownym wybuchu uczucia, której finał nie zaskoczył, albowiem był łatwy było przewidzenia. Zastanawiam się tylko gdzie, w dzisiejszych czasach, bohater znalazł wiedźmę, która sprzedała mu magiczne zioła…

Czytało się nieźle. ;)

 

do szaf­ki z przy­pra­wa­mi, które tak rzad­ko uży­wam… ―> …do szaf­ki z przy­pra­wa­mi, których tak rzad­ko uży­wam

 

W końcu to naj­cen­niej­szy bez­war­to­ścio­wy pro­dukt, jaki na­by­łem. ―> Jeśli coś jest cenne, nie może być bezwartościowe.

Proponuję: W końcu to najdroższy bez­war­to­ścio­wy pro­dukt, jaki na­by­łem.

 

Czy gdyby był to praw­dzi­wie ma­gicz­ny elik­sir, to czy zmie­sza­ny z ku­rzem… ―> Eliksir ma konsystencję płynną, a to co bohater kupił, to mieszanka rozdrobnionych ziół.

 

Wy­cią­gną­łem z szu­fla­dy sitko do za­pa­rza­nia i prze­sy­pa­łem do niego skład­ni­ki elik­si­ru. ―> Wy­cią­gną­łem z szu­fla­dy sitko do za­pa­rza­nia i prze­sy­pa­łem do niego magiczne zioła.

 

Gdy wy­obra­ża­łem sobie, że mnie do­ty­ka­ją, moje ciało po­ra­żał prąd. ―> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

– To o co cho­dzi­ło z tym ślu­bem? – Za­py­ta­ła w końcu, po­wra­ca­jąc do sa­łat­ki. ―> – To o co cho­dzi­ło z tym ślu­bem? – za­py­ta­ła w końcu, po­wra­ca­jąc do sa­łat­ki.

 

że i ona darzy mnie tym samym uczu­ciem… ―> …że i ona darzy mnie takim samym uczu­ciem

 

„gdy­bym miał teraz umrzeć, to na ch… się ro­dzi­łem” ―> Zbędna autocenzura.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No tak, człowiek myślał, że uważnie doszlifował tekst, po czym przyszli regulatorzy i sprowadzili go na ziemię :)

Widzę, że to jednak problem z tą wiedźmą współcześnie. Ja wiem, że nie ma dziś wiedźm, tak jak nie ma magicznych eliksirów. Nie przywiązywałem do tego wagi – w końcu to opowiadanie fantastyczne. Licentia poetica.

Tfurco, a gdyby zamiast wiedźmy bohater spotkał, np. podczas wycieczki za miasto, jakąś mieszkającą w lesie babkę-zielarkę i od niej nabył magiczne zioła?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mógł spotkać babkę-zielarkę, mógł nabyć zioła w szemranej internetowej aptece, albo u kolegi dilera (np. Kloca). Rzeczywiście alternatyw jest wiele. Tylko czy tak kupi się magiczne zioła? A czy zielarka sprzedająca takie magiczne rzeczy nie staje się właśnie wiedźmą? I czy to ma jakiekolwiek znaczenie dla opowiadania?

Dla jasności, skoro publikuję coś na portalu, to znaczy, że piszę nie tylko dla siebie i chcę, żeby też innym się podobało. Dlatego bardzo sobie cenię wszystkie uwagi i nie traktuję ich jako ataku. A zatem moja odpowiedź nie jest obroną, tylko rozważaniem, czy faktycznie w opowiadaniu fantastycznym wszystko musi być takie racjonalne, czy odrobina “szaleństwa” nie jest uprawniona.

 

Tfurco, moja propozycja to tylko sugestia. Opowiadanie jest Twoje i wyłącznie od Ciebie zależy, jak będzie napisane. A pewna doza szaleństwa nie tylko jest uprawniona, ale w pewnych sytuacjach wręcz pożądana. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czytało się dobrze, tylko że ten tekst to nieszczególnie moja bajka. Cała ta atrakcyjność i nieatrakcyjność oparta na wyglądzie mocno akcentowana właściwie przez cały tekst połączona z użalaniem się bohatera nad sobą, wymieszana z mądrościami babci i filozofowaniem do mnie nie trafia. Nie polubiłam bohatera i trudno było mi się zaangażować w historię.

Konstrukcyjnie tekst fajnie pomyślany :-)

Dream big.

Dobrze się czytało, przyzwoicie napisane, zakończenie przewidywalne, choć fakt, że pannica też się pofatygowała do wiedźmy trochę mnie zaskoczył. Dobrze, że ślubu nie zdążyli wziąć :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Minus za taką przewidywalność, że aż głowa boli. A piszę to ja, czyli ktoś, komu przewidywalność rzadko przeszkadza. ;)

Dobrze napisane, czytało się całkiem przyjemnie.

Dzięki za komentarze. Cieszę się, że czytało się dobrze/nieźle/płynnie :)

Czas popracować nad czymś mniej przewidywalnym.

Tfurca, po takim wstępie byłam przekonana, że bohater zaparzy te ziółka dla siebie, żeby wyprzystojnieć, a nie dla niej, a tu niespodzianka:-) takiego zakończenia się nie spodziewałam. Byłam pewna, że któreś z nich ostatecznie trzaśnie drzwiami:-) coś nie przekonują mnie szczęśliwe zakończenia. Czytało się bardzo dobrze! Masz poczucie humoru, które lubię, ale to już chyba gdzieś pisałam:-) Pozdrawiam

A to niespodzianka! Ktoś jeszcze dokopał się do Eliksiru i w dodatku jest zaskoczony zakończeniem. Bardzo mi miło.

Fajne, podobało mi się :)

Przynoszę radość :)

A to ci sympatyczne opowiadanie! Lubię, jak postaci (tudzież sam tekst) mają taki zdrowy i solidny dystans do samych siebie, jak twój bohater. I do tego urocze zakończenie. Ewentualna przewidywalność fabuły mi nie przeszkadzała, bo była to wesoła i milutka lektura, w sam raz na leniwe niedzielne popołudnie :)

Dzięki, miło widzieć, że ktoś tu zagląda i nawet mu się podoba :)

Nowa Fantastyka