- Opowiadanie: kasjopejatales - I że cię nie opuszczę

I że cię nie opuszczę

Podobno konkursy to najlepsza arena ćwiczebna, więc pomyślałam: czemu nie :)

Wybrałam wartę przy grobie. Życzę, miłego czytania!

 

Drobne poprawki 6.03.2020

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

Finkla

Oceny

I że cię nie opuszczę

– Obiecaj, że to zrobisz – szepnął Korin. Twarz miał bladą, oczy przekrwione, usta wyschnięte, a skórę tak cienką, że było pod nią widać niebieskie żyły. I do tego te wrzody oraz smród, wymieszany z zapachem ziół.  – Obiecaj, że przypilnujesz mojego grobowca.

– Obiecuję – powtórzył Noel, mimo że już raz składał tę obietnicę. Wtedy gdy dawno temu przygarnął chłopca pod swoje skrzydła, najpierw czyniąc go uczniem, a potem przyjacielem. Kimś, kto oddał mu życie, ufając, że się nim zaopiekuje.

Ale Noel zawiódł, dlatego przez ostatnie miesiące Korin powoli umierał. I nieważne ile Noel by się nie modlił, jak głośno by nie błagał swojego Boga – ten pozostawał głuchy. A Korinowi kończył się czas. Przynajmniej tak twierdzili ci, którzy się nim opiekowali. Tylko, że Noel nie potrzebował ich ekspertyzy. On wiedział, że jego przyjaciel dziś umrze.

***

Korin został pochowany na niewielkim cmentarzu, z jednej strony otoczonym polami, a z pozostałych gęstym lasem. Tym, w którym zginęli jego rodzice gdy był jeszcze dzieckiem. A jako, że ich ciał nigdy nie odnaleziono, mężczyzna spoczął sam w skromnym, wolno stojącym grobowcu z szarego kamienia. W jego wnętrzu znajdowała się kamienna trumna, teraz mieszcząca ciało Korina. Płyta nie była jeszcze zasunięta, dokładnie tak, jak sobie życzył. Noel zrobi to po północy, gdy przyjdzie się pożegnać. I może dla kogoś innego prośba mogła wydawać się dziwna, to on wiedział, że przyjaciel też chciał się pożegnać.

Słońce już powoli zachodziło, gdy Noel przybył na cmentarz. Idąc rzadko uczęszczanymi alejkami w stronę grobowca, myślał o domu. Z okien świątyni, w której mieściło się jego mieszkanie, także miał piękny widok, ale było to nic w porównaniu z tym, na co teraz patrzył. I wprost nie wierzył ile czasu tam spędzał: pracując, odpoczywając, przygotowując wykłady, opisując i badając stare zaklęcia oraz tworząc nowe. Ale przecież był wybrańcem Boga. Tym, który pod koniec roku miał zostać najwyższym kapłanem. Świętym łącznikiem pomiędzy ludźmi a Bogiem. Już teraz ten rozmawiał tylko z Noelem, przekazując mu swoją wolę oraz moc. Choć ostatnio coś podejrzanie długo milczał.

Tak czy inaczej, przyjęcie funkcji najwyższego kapłana było zaszczytem i ukoronowaniem życia Noela. Tylko że to wszystko było niczym w obliczu tragedii, której właśnie doświadczał. I podobnie jak zachodzące słońce, także i on powoli gasł. A przecież miał coś do zrobienia – nie mógł sobie pozwolić na wątpliwości czy żal. Dlatego uklęknął na kamiennej posadzce, tuż przed wejściem do grobowca. Blisko, ale nie na tyle, by objąć go czarami. Następnie położył dłonie na kolanach i zamykając oczy, zaczął się modlić. Wiedział, że musi chronić siebie i wejście, ale nie chciał urządzać tu rzeźni. Dlatego poza standardowymi zaklęciami ochrony przed złem czy światłem dnia, nie zamierzał robić nic więcej.

A gdy od strony lasu usłyszał pierwsze niezbyt pewne kroki, otworzył oczy. I nie zdziwił się widząc powykręcane, ciemnoszare sylwetki ghuli sunące wolno w jego stronę. Zachęcone zapachem świeżego ciała wyległy z kryjówek by się pożywić. Jednak widząc niespodziewaną przeszkodę na swojej drodze, zatrzymały się. Zniekształconymi oczami wpatrywały się w mężczyznę, sapiąc cicho. A Noel, nawet mimo dzielącej ich odległości, czuł smród rozkładających się ciał. I gdyby ghule miały trochę więcej rozsądku, odeszłyby. Ale ich pragnienia czy chęci nie miały tu żadnego znaczenia. One podążały ślepo za zapachem świeżego trupa.

Właśnie dlatego, po chwili wahania, ponownie ruszyły w stronę kapłana. Jednak Noel nie zamierzał na to pozwolić. Cicho wymamrotał słowa zaklęcia odpędzającego nieumarłych, a fala skrzącego, błękitnego świtała, pomknęła wzdłuż jego wyprostowanych ramion. Niektóre ghule cicho zawyły, inne zaś głośno zaprotestowały na takie traktowanie, ale wszystkie zawróciły. Niechętnie ruszyły do lasu, poszukać ofiary która nie będzie się broniła. Jednak Noel wiedział, że to nie koniec. Do północy zostało kilka godzin, podczas których będzie musiał stać na straży. Wątpił bowiem, aby tak głupie stworzenia nie spróbowały ponownie. I ponownie…

***

Minęła północ, Noel mógł więc skończyć modlitwę i wejść do grobowca. Jednak tuż przed drzwiami zachwiał się mocno i dosłownie w ostatniej chwili złapał równowagę. Oddychając ciężko, oparł rozpalone czoło o zimną ścianę. Nie miał już siły. Zbyt dużo zaklęć i ghuli, w zbyt krótkim czasie. A przecież czekało go jeszcze jedno, ostatnie zadanie. Dlatego, biorąc głęboki wdech, zdecydowanym ruchem otworzył drzwi i wszedł do grobowca. Jasny blask księżyca wlał się do małego wnętrza, oświetlając kamienną trumnę, z odsuniętą płytą.

Mrużąc zmęczone oczy, Noel przestąpił dwa kroki, tylko po to, by przekonać się, że jest ona pusta. Potem był już tylko cichy szelest za plecami, ból w wygiętej ręce i trudności z wzięciem oddechu, gdy wąska dłoń jego przyjaciela zacisnęła mu się na szyi.

– Wiedziałem, że będziesz dobrym przyjacielem – wysyczał Korin, jednocześnie uśmiechając się i obnażając białe kły. – Naprawdę miło z twojej strony, że broniąc mnie, tak się osłabiłeś. Tylko spójrz na siebie! – roześmiał się głośno wampir. – Ledwo możesz ustać na nogach. Najwyższy kapłan, wybraniec Boga, cudowne dziecko o niesamowitej mocy. I jakie to ma teraz znaczenie?

– Żadne – przyznał cicho Noel, nawet nie próbując się bronić. Korin miał rację. Był bezsilny, ale z zupełnie innego powodu niż się mężczyźnie wydawało.

– Właśnie! – wrzasnął, a ból i żal wybuchły w nim z podwójną siłą. – To wszystko twoja wina! Czy ty wiesz, jak cierpiałem? Jaki ból znosiłem? Każdego dnia czułem, jak kolejna część mnie gnije od środka, jak rozpadam się na kawałki. Czułem smród własnych pękających wrzodów, zatrutej krwi. Nawet nie wiesz… jak to bolało.

– Przepraszam. – Tylko tyle był w stanie powiedzieć, zanim Korin ponownie ścisnął mu gardło. Pazury wbiły się w skórę, a niewielkie nacięcia zaczęły krwawić.

– Milcz! – warknął wampir, zlizując krew z jego szyi. – Ty! – wysyczał wściekle – obiecałeś znaleźć sposób by mnie uleczyć. I zobacz, co się ze mną stało! Czym się stałem! – Noel słyszał ból w głosie przyjaciela, ale nie mógł mu pomóc. Już nie. Musiał to zrobić sam. I nawet jeżeli z całego serca nienawidził nieumarłych, to musiał nauczyć się być jednym z nich. W końcu tylko tak mógł go uratować przed klątwą, którą na niego rzucono. – To wszystko przez ciebie! Gdyby nie ty… Gdybyś nie był wybrańcem! Co ja MU niby zrobiłem? – jęknął słabo.

– Istniałeś… – szepnął kapłan, a z oczu popłynęły mu łzy.

W następnej chwili Korin gwałtownie odchylił głowę mężczyzny i wbił mu kły w szyję, zachłannie ssąc krew. „Zabawne” – pomyślał Noel, szybko tracąc siły. „Myślałem, że będzie bardziej bolało”.

***

– Niedługo będzie po wszystkim – mruknął młody wampir, siadając przy stole. Niósł na sobie silny zapach gnijącego ciała i ziół.

– Wiem. – Noel pokiwał głową, ale nie otworzył oczu.

– A wiesz, dlaczego poprosi cię, żebyś go pilnował? Poza tym, że chce pożegnać się z rodzicami.

– Wiem.

– Przecież nie masz gwarancji, że cię po prostu nie zabije. Nie będzie wtedy myślał jasno. Teraz już nie myśli – zauważył wampir, obserwując mężczyznę uważnie.

– Wiem, ale jestem gotów podjąć takie ryzyko.

– Dlaczego? Nie lepiej dać mu umrzeć w spokoju?

– W spokoju? – parsknął Noel, ale w jego głosie nie było słychać rozbawienia, tylko ból i żal. A gdy mężczyzna otworzył oczy, oprócz łez była w nich też wściekłość. – Mój Bóg, chcąc sprawdzić, czy jestem godzien być najwyższym kapłanem, zsyła na mojego przyjaciela klątwę, która go powoli i boleśnie zabija. Taką, której nie da się zdjąć czy odczynić. Nie można mu nawet ulżyć w cierpieniu. Klątwę, przez którą jego ciało gnije od środka, sprawiając, że nikt nie chce się nim opiekować. Od miesięcy cierpi, błagając mnie, bym mu pomógł. A ja nie mogę nic zrobić. I dlaczego? – warknął. – Bo Bóg, któremu poświęciłem wszystko: życie, ciało, umysł, miłość i przyszłość, uznał, że to nadal za mało. Że odbierze swojemu wybrańcowi jedyną rzecz, która mu pozostała: dziecko, które przygarnąłem i wychowałem jak swoje. Syna, którego nigdy nie powinienem mieć. Bo przecież miałem być cały JEGO. W pełni oddany – szepnął, a młody wampir zadrżał, widząc okrutny uśmiech na twarzy kapłana. – To dlatego Korin cierpi. Bo JA miałem zostać sprawdzony. Moja wola miała być. Więc gratuluję – warknął, kierując wzrok na sufit – udało ci się.

– Ale dlaczego nie powiesz mu, że znalazłeś sposób by go uratować?

– Uratować?! – żachnął się. – Ja go zabijam, nie ratuję. A przecież obiecałem, że znajdę sposób by mu pomóc. Żeby Bóg mi go nie odebrał. I wiesz co? On mi uwierzył.

– Przecież znalazłeś.

– Tak – mruknął. – Jedynym sposobem, aby zakończyć klątwę, jest jego śmierć. Więc mu ją daje. Jednak wybierając tę drogę zaprzeczam wszystkiemu, w co wierzyłem i czym jestem, więc może faktycznie nie powinienem być najwyższym kapłanem. – Uśmiechnął się smutno. – Ale z tego samego powodu nie mogę mu powiedzieć, że to przeze mnie zostanie wampirem. Chcę zwrócić mu życie… a przynajmniej jakąś jego część. I mogę się tylko modlić, że kiedyś mi wybaczy. W końcu – zaśmiał się wpatrzony w czerwone oczy swojego rozmówcy. – Bycie wampirem nie jest takie złe. – Wątpił jednak, aby jego przyjaciel mógł się z nim zgodzić. Nie po tym, jak cała jego rodzina zginęła z rąk nieumarłych.

– Ale jeżeli mu nie powiesz, on…

– Może mnie zabić? Wiem. Kiedy się obudzi, w pobliżu nie będzie nikogo żywego. Będę jego jedyną opcją, ale to mój wybór. Ja, poprzez ciebie, go takim uczyniłem. Zadecydowałem za niego, więc niech on zrobi to samo ze mną. Łatwiej będzie mi zaakceptować jego decyzję, niż podjąć własną. – A gdy wampir pokręcił głową z niedowierzaniem, Noel uśmiechnął się smutno. – Korin jest moim synem i przyjacielem. Tylko tak mogę go uratować. On… nie zasłużył, aby za mnie umrzeć – szepnął jakby do siebie.

– A ty za niego? – zapytał, ale odpowiedziała mu cisza. A po chwili kapłan wyszedł z pokoju, aby ostatni raz porozmawiać z synem.

Koniec

Komentarze

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dzięki za przeczytanie :}

Fajny tekst. Mroczny dyżur, dużo fantastyki. Dałbym klika gdybym mógł.

O,  bardzo fajne opowiadanie, dość zaskakujące i w zasadzie… smutne. Podobało mi się zakończenie. Ii mroczny klimat, który sprawiał, ż chciało się poznać finał opowieści. Fajnie to wszystko opisujesz, można poczuć emocje bohatera, wczuć się w jego role. Chyba już kiedyś Ci to pisałem, ale podoba mi się Twój styl pisania.

Czytało się lekko i przyjemnie.

Pozdrawiam serdecznie ;)

BlackSnow

Dziękuje za miłe słowa i cieszę się, że się podobało.

Arnubis

Dzięki, za odwiedziny :)

dovio

Bardzo mi miło! Starałam się, by klimat narastał i był coraz cięższy… i cięższy. W końcu miał być to ciężki dyżur :)

A co do mojego stylu pisania: dzięki! Zawsze chcę, by opowieść płynęła i to jest dla mnie najważniejsze. Mam nadzieje, że z czasem wyzbędę się technicznych błędów i teksty będą jeszcze lepsze.

Również pozdrawiam!

Sympatyczne :)

Przynoszę radość :)

Anet

Dziękuje :)

Sympatyczny tekst, chociaż w tym przypadku (wampiry, ghule) to określenie brzmi nieco dziwnie. Opisałaś naprawdę ciężki dyżur. Szkoda, że nie rozwinęłaś sceny walki z ghulami. Rozmowę bohaterów przy grobie ja bym trochę skrociła. Najbardziej podobał mi się klimat tego opowiadania. Ogólnie – ciekawa historia.

ANDO

Dziękuje za opinię :)

Sympatyczny tekst, chociaż w tym przypadku (wampiry, ghule) to określenie brzmi nieco dziwnie.

Dlaczego dziwnie? Typowe postaci z D&D (przynajmniej w moim mniemaniu).

 

A co do sceny walki, to z punktu widzenia opowieści nie była istotna i uznałam, że nie potrzebnie wydłuża by tekst. Chciałam się skupić na relacji między dwoma postaciami, dlatego rozmowa przy grobie była dłuższa. Musiała być (według mnie), żeby zakończenie nie było jednoznaczne: albo go zabił, albo zmienił.  Poza tym nie była to do końca walka, a raczej odpędzanie (on nie chciał żadnego zabić).

Fajne, dużo fantastyki jak na krótki tekst. Wampir nie wiem czemu przywiódł mi na myśl Regisa z Sapkowskiego :). 

Jedyna uwaga jest taka, że momentami miałem wrażenie info dumpów , ale może nie dało się inaczej ze względu na limit znaków :)

Edward Pitowski

Dzięki za przeczytanie i cieszę się, że się trochę spodobało! Chciałam, żeby było fantastycznie, pod bardzo wieloma względami ;) A co do wampira to moim zamiarem nie było skojarzenie z Regisem, ale ono też nie szkodzi jakoś opowieści.

[…] miałem wrażenie info dumpów […]

Czego to się człowiek nie nauczy – cudowne określenie :) I tak, ze względu na limit znaków natężenie informacji musiało być większe (żeby dobrze nakreślić sytuację i bohaterów). Ale chyba wyszło mi to na dobre, bo mam tendencje do niepotrzebnego rozwlekania tekstów (było więc to przyjemne wyzwanie).

Pomysł bardzo fajny i twórczy, podobało mi się postawienie w centrum tekstu etyczno-religijnego w sumie dylematu bohatera, który jest, mutatis mutandis, takim trochę Hiobem twojego świata. Wykonanie – płynność narracji i dialogów, barwność opisów – można byłoby trochę podkręcić, bo chwilami tekst czyta się nieco jak streszczenie (wiem, limit), ale wiele nadrabiasz naprawdę ciekawym pomysłem i niezłym rozumieniem psychologii postaci. 

ninedin

Jestem wdzięczna za przeczytanie i opinię :) Skojarzenie z Hiobem jak najbardziej trafne, choć ostatecznie Noel odrzucił (przynajmniej częściowo) swojego Boga.

I tak: limit, limit i jeszcze raz limit. Dobre ćwiczenie, ale chciałoby się trochę ubarwić tekst opisami miejsc, ludzi i uczuć.

 

Blacktom

Dziękuje za odwiedziny :)

Klimat należycie fantastyczny i bardzo mroczny, jak na trudny dyżur przystało. Czytało się całkiem nieźle, ale mam wrażenie, że gdyby nie limit, opowiadanie mogłoby być jeszcze lepsze.

 

przy­gar­nął chłop­ca pod swoje skrzy­dła, naj­pierw czy­niąc go swoim uczniem, a potem przy­ja­cie­lem. Kimś, kto oddał mu swoje życie, ufa­jąc, że za­opie­ku­je się nim. ―> Nadmiar zaimków.

 

wpa­try­wa­ły się w męż­czy­znę, sa­piąc cicho i wil­got­no. ―> Na czym polega wilgotność sapania?

 

Jasne świa­tło księ­ży­ca wlało się do ma­łe­go wnę­trza, oświe­tla­jąc ka­mien­ną trum­nę… ―> Nie brzmi to najlepiej.

Może: Jasny blask księ­ży­ca wlał się do ma­łe­go wnę­trza, oświe­tla­jąc ka­mien­ną trum­nę

 

Tylko spójrz na sie­bie! – ro­ze­śmiał się gło­śno wam­pir – Ledwo mo­żesz ustać na no­gach. ―> Brak kropki po didaskaliach.

 

– Ty! – wy­sy­czał… ―> Skoro wysyczał, to raczej niezbyt głośno, więc wykrzyknik jest zbędny.

 

Mu­siał to zro­bić sam. I nawet je­że­li z ca­łe­go serca nie­na­wi­dził nie­umar­łych, to mu­siał na­uczyć się… ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

„My­śla­łem, że bę­dzie bar­dziej bo­la­ło.” ―> „My­śla­łem, że bę­dzie bar­dziej bo­la­ło”.

Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy

Bardzo dziękuje za odwiedziny i zwrócenie uwagi na błędy (poprawię je, najszybciej jak się da ― według zasad teraz mi chyba nie wolno).

Najbardziej zależało mi na klimacie oraz na tym, co przezywają bohaterzy ― głównie ich bólu. Limit był ciekawym wyzwaniem, choć z żalem ucinałam oryginalne opisy (w moim przypadku tysiąc dodatkowych znaków chyba nie załatwiłoby sprawy). Stąd też można mieć pewnie wrażenie, że informacje są ściśnięte (ale miło było się ograniczyć i skupić na tym, co ważne).

wpatrywały się w mężczyznę, sapiąc cicho i wilgotno. ―> Na czym polega wilgotność sapania?

Chodziło mi o dźwięk, gdy stworzenie ma płuca zalane wodą.

Może: Jasny blask księżyca wlał się do małego wnętrza, oświetlając kamienną trumnę

Tak, jest to zdecydowanie lepsza opcja :) Dziękuje.

– Ty! – wysyczał… ―> Skoro wysyczał, to raczej niezbyt głośno, więc wykrzyknik jest zbędny.

Z tekstu wynika, że mężczyzna jest wściekły ― więc nawet jego szept będzie głośny i agresywny. Może dodać “wysyczał wściekle” i zostawić wykrzyknik, lub zamienić na “warknął”?

Musiał to zrobić sam. I nawet jeżeli z całego serca nienawidził nieumarłych, to musiał nauczyć się… ―> Czy to celowe powtórzenie?

Tak, dla podkreślenia braku możliwości wyboru przez młodego wampira.

 

Kasjopejotales, dziękuję za wyjaśnienia. Bardzo mi miło, jeśli w czymkolwiek pomogłam. ;)

 

Chodziło mi o dźwięk, gdy stworzenie ma płuca zalane wodą.

Nigdy nie słyszałam, jaki dźwięk przy oddychaniu wydaje ktoś, kto ma zalane płuca, ale wydaje mi się, że będzie raczej rzęził/ charczał, ale chyba nie sapał wilgotno.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nigdy nie słyszałam, jaki dźwięk przy oddychaniu wydaje ktoś, kto ma zalane płuca, ale wydaje mi się, że będzie raczej rzęził/ charczał, ale chyba nie sapał wilgotno.

No właśnie wilgotny ;) Trudno to wyjaśnić, więc może dla lepszego efektu późnej zmienię to słowo. Jeszcze raz dziękuje za pomoc.

Bardzo proszę. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Brakowało mi jak do tej pory wampirów w tym konkursie, a tu proszę! I zbudowanie całego tekstu wokół dylematów moralnych Noela to zdecydowanie świetna oś rozwoju dla tej historii, taka nie do końca spodziewana.

 

Jedyne czego się uczepię, to kursywa w ostatniej części. Właścwie, to nie będę sie czepiać tylko chcę potwierdzić, czy ją interpretuję tak, jak autor by tego chciał. Chodziło o to, że to wspomnienie, a nie senna wizja, prawda? Bo w każdym z dwóch wypadków można to zakończenie trochę inaczej rozumieć.

oidrin

Dziękuje za przeczytanie i komentarz!

Jeżeli chodzi o kursywę to tak, dobrze rozumiesz, co autor miał na myśli :) Jest to wspomnienie, przedstawiające scenę tuż przed rozmową Korina i Noela. Chciałam, aby była ona na samym końcu i odróżniała się od pozostałego tekstu (stąd kursywa). Chodziło o dodanie kilku informacji: dlaczego Korin umiera, dlaczego prosi o pilnowanie grobu (i pozostawienie go otwartego), dlaczego twierdzi, że to z winy Noela umiera.

Ale co ważniejsze ta scena miała jeszcze jeden cel – wprowadzić odrobinę chaosu i dodać szczyptę domysłów co do zakończenia (i to mi się chyba udało): bo czy po tej scenie możemy być pewni, że wampir zabija Noela? A może jednak go zmienia? ;)

Ha, czyli jednak dobrze zgadywałam. Tak między nami– ja liczę, że go zmienił smiley

oidrin

Nie chciałabym nikomu odbierać możliwości dojścia do własnego rozwiązania,…

.

.

.

.

…ale właśnie tak to sobie obmyśliłam. Koin był jeszcze bardzo młody, gdy Noel go uratował. Wychował się więc przy mężczyźnie, nauczył się mu ufać, polegać na nim. Kochał go jak ojca i przyjaciela. Właśnie dlatego, nawet gdy Korin dowiedział się, że Bóg sprawdza jego przybranego ojca – nadal wierzył, że Noel go uratuje. Wydaje mi się więc naturalne, że pomimo nagłego przebudzenia jako wampir, zagubienia, wściekłości, żalu i głodu Koin będzie się w stanie opamiętać i zmienić Noela (zamiast go zabić). Co samo w sobie jest tragiczne – szczególnie dla kapłana, który całe życie poświęcił walce ze złem. A teraz, podobnie jak młodszy mężczyzna, stał się czymś, czego nienawidzi. Ale jestem pewna, że sobie poradzą ;)

Interesujący pomysł na dylemat moralny, podobał mi się.

Trochę gubiłam się w końcówce – z kim właściwie rozmawia Noel?

Z okien katedry, w której mieściło się jego mieszkanie,

To w katedrze ktokolwiek mieszka? Oprócz gargulców? ;-)

Babska logika rządzi!

A dziękuję bardzo :) i cieszę się, że dylemat moralny się podobał. Zakładam, że Noel nie podziela tego zdania, ale no cóż… Nie ma wiele do gadania.

Trochę gubiłam się w końcówce – z kim właściwie rozmawia Noel?

Gada z jakimś wampirem, którego poprosił o pomoc w „uratowaniu” Korina (czyli de facto zabicia chłopaka). Noel sam go zmienić w wampira nie może, więc znalazł kogoś, kto może. Ale nawet biedaczynie imienia nie wymyśliłam – tak nieznaczący był. Ot, zwykłe narzędzie.

Z okien katedry, w której mieściło się jego mieszkanie,

 

To w katedrze ktokolwiek mieszka? Oprócz gargulców? ;-)

Ok, chyba znowu coś poplątałam – prawda? Chodzi o samą katedrę czy o to, że powinno być raczej „Z okien katedry, w której mieściło się mieszkanie Noela…”?

No, Noel pewnie sądzi inaczej… Dajmy facetowi chociaż prawo do własnego zdania. ;-)

Katedra. Nie wiem, co to za religia, ale katedra kojarzy mi się z chrześcijaństwem. A w tych kościołach nikt nie mieszka – to Domy Boże. Proboszcz ma plebanię, ale to odrębny budynek, biskup pewnie też ma odpowiedni pałacyk. Do katedry przychodzi się na msze (albo zwiedzać). Ewentualnie można kogoś pochować w podziemiach czy pod posadzką, ale to nie to samo.

A okna katedry to już w ogóle insza inszość. Nie przypominam sobie, żebym widziała tam kiedykolwiek okno nie będące witrażem. Ani nisko położone, żeby można było wyjrzeć przez jaką jasną szybkę. ;-)

Babska logika rządzi!

Katedra. Nie wiem, co to za religia, ale katedra kojarzy mi się z chrześcijaństwem. A w tych kościołach nikt nie mieszka – to Domy Boże. Proboszcz ma plebanię, ale to odrębny budynek, biskup pewnie też ma odpowiedni pałacyk. Do katedry przychodzi się na msze (albo zwiedzać). Ewentualnie można kogoś pochować w podziemiach czy pod posadzką, ale to nie to samo.

Hm, w sumie coś w tym jest. W moim zamyśle było to raczej takie bardziej fantasy ze świata D&D, stąd ghule, wampiry i zaklęcia typowo kapłańskie z systemów gier fabularnych (takie, które można znaleźć w podręcznikach do gry). W tych światach mamy tam zestaw przeróżnych bogów, dlatego też nie pomyślałam, że katera może bardziej kojarzyć się z chrześcijaństwem. Powinnam dać tag „rpg" i może to nakreśliłoby trochę świat, w którym toczy się historia.

Choć pewnie i tak katedra nie jest najszczęśliwszym miejscem do mieszkania. Zakładam, że cytadela lub zamek byłyby lepsze.

A może bardziej uniwersalna “świątynia”? Czy tam główna świątynia, żeby podkreślić arcykapłaństwo Noela.

Babska logika rządzi!

Hmm… niech się więc stanie Świątynia! Już bez główna, bo Noel miał dopiero zostać najwyższym kapłanem. Zakładam, że wtedy przeprowadziłby się gdzieś, może właśnie do głównej świątyni :) Dzięki za zwrócenie mi na to uwagi.

Komentarzyk :)

Nie jestem przekonany do tego opowiadania. Tematyka jest już tak ograna, że trudno tutaj mówić o jakimkolwiek wrażeniu na czytelniku, z „nieśmiertelnym” motywem krwiopijców na czele. Poza tym mam poczucie, że nastąpiło tutaj nieliche marnotrawstwo znaków. Temat był tak prowadzony pod względem treści, że na dobrą sprawę opisowo rozbudowane sceny jedynie wypłaszczyły całość – forma nie przystaje do treści. Zakończenie – retrospekcja bierze na siebie zadanie wyjaśnienia i muszę przyznać, że w tej roli sprawdza się słabo.

 W związku z powyższym wymowa tekstu upchana w deklaracje ustne bohaterów sprawia wrażenie nieprzyswajalnej. Takie przemowy rzadko kiedy się sprawdzają. Czytelnik dostaje patetycznym obuchem prosto w łeb, ma wrażenie, że przeczytał definicję ze słownika, bo to, co mogło być stopniowo ujawniane – atrakcyjność tematyki opowiadania, rozmyło się w formie.

Po prostu akcenty są w złych miejscach.

No i na zakończenie. Motywy postaci. Tłumaczenia co i dlaczego w tym tekście są dla mnie mało przejrzyste. Widzę tu trochę biblijnego Izaaka, zarys dylematów, może kryzys wiary, ale przede wszystkim przewrotność logiki Noela – zrobię coś dla syna (zamienię go w wampira), czego on sam nie chce abym zrobi (zostać zamienionym w wampira, wszak wytłukli mu rodzinę), bo chodzi mi o to, abym miał wrażenie, że robię coś dla niego (ratuję mu życie), chociaż tak naprawdę chcę tego dla siebie (dotrzymuję obietnicy uratowania życia)… Ups wylało się dziecko z kąpielą.

 Z kolei patrząc na Korina. To czego tak naprawdę oczekiwał od swojego mistrza, skoro ten próbował wszystkiego? Może zarzuty w jego pośmiertnej przemowie odnoszą bardziej do Boga, który nie ulżył mu w cierpieniu, pozwolił na klątwę swojego kapłana, ale od Noela? Trochę to niedojrzałe, a jak coś jest niedojrzałe, to trudno traktować to poważnie. Efekt? Klimat się sypie…

Temat dyżuru jest, ale nie tak, jakbym tego oczekiwał.

 

Czwartkowy Juror :)

Blacktom dzięki za przeczytanie i opinię szkoda, że się nie spodobało, ale rozumiem. To był mój pierwszy konkurs kiedykolwiek i jeszcze się tego uczę. W przyszłości będzie lepiej ;)

A jeżeli chodzi o uwagi – to, co do:

– zbędnych znaków jak najbardziej się zgadzam i zaczęłam na no zwracać większą uwagę

– oklepanej tematyki trochę też, a trochę nie – wiem, że wyszło Hiobowo (ale taki był zamiar) z trochę inną decyzją bohatera na koniec, a wampiry, mimo że oklepane to i tak uwielbiam, szczególne, że tu nie do końca chodziło o niego a o znalezienie rozwiązania, by uratować Noela.

Z kolei patrząc na Korina. To czego tak naprawdę oczekiwał od swojego mistrza, skoro ten próbował wszystkiego?Może zarzuty w jego pośmiertnej przemowie odnoszą bardziej do Boga, który nie ulżył mu w cierpieniu, pozwolił na klątwę swojego kapłana, ale od Noela? Trochę to niedojrzałe, a jak coś jest niedojrzałe, to trudno traktować to poważnie.

Krótko mówiąc: oczekiwał niemożliwego. Przecież pod koniec on już nie myślał racjonalnie. Więc czego mogliśmy się po nim spodziewać? Racjonalnych, przemyślanych decyzji, przepełnionych zrozumieniem dla swojego mistrza, przez którego tak cierpiał? Może, ale tylko na początku jego choroby. Potem przeszedł, żal, ból, niezrozumienie i sprzeciw, które znalazły ujście po tym, jak Noel uczynił go nieumarłym.

Poza tym nie wszyscy bohaterowie muszą zachowywać się dojrzale, zależy to od sytuacji i tutaj takie zachowanie było jak najbardziej uzasadnione – Noel zachował się dojrzale i racjonalnie, do momentu, gdy ból go nie pokonał. Przecież każdy ma jakąś granicę wytrzymałości, po której jego zachowanie przestaje być racjonalne, a nawet odpowiednie do wieku. Wszystko zależy od okoliczności. 

Edit: Trochę żalu do Boga Korin miał (w końcu był narzędziem sprawdzenia Noela), ale na Bogu zemścić się nie mógł – a Noel był pod ręką, na nim mógł wyładować żal.

Nowa Fantastyka