- Opowiadanie: Neurolog1# - Jedni z ostatnich

Jedni z ostatnich

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

wilk-zimowy, zygfryd89, Użytkownicy

Oceny

Jedni z ostatnich

 

 Po wielodniowej wędrówce, wedle wskazówek, które otrzymałem, dotarłem w końcu do osady, w której funkcjonował jeszcze zapuszczony szpitalik. Wokół niego koczowała garstka ludzi. Zdrowi, sprawni, zaradni już dawno wyjechali. Ludzie drugiej kategorii nie załapali się na pierwszą falę ewakuacji ani na kolejną. Wyselekcjonowana grupa ludzi na podstawie elektronicznej bazy danych pacjenta nie została dopuszczona do transportu. A następnego już miało nie być.

Selekcję nadzorowali urzędnicy, nie zawsze kompetentni, w popłochu. Już samo zaistnienie w tej bazie było analizowane. Nierokująca dobrze diagnoza, czasem pospieszna adnotacja lekarza, nie zawsze trafna, wstępna, ale budząca obawy. Niechlujny, subiektywny wpis wyolbrzymiający problem, duża objętość kartoteki, niekorzystna ocena stanu zdrowia. Zdarzały się podkoloryzowane dokumentacje na usilne prośby pacjentów, by mogli skorzystać z przywilejów socjalnych. A teraz wykluczały ich z ewakuacji.

Wgląd do systemu, póki działał, pozwolił urzędnikom na podejmowanie pospiesznych, naprędce orzekanych decyzji kogo zabrać, a kogo nie warto. Obłożnie chorzy, przykuci do łóżek leżeli w tym skromnym szpitaliku. Opiekowała się nimi jedna pielęgniarka zdecydowana by zostać do końca. Ale wokół tego zaniedbanego budynku kręcili się ludzie mniej chorzy, siedzieli w grupkach na ziemi przestraszeni, zrezygnowani, opuszczeni. Byli jeszcze tubylcy, o szarobrązowej karnacji, nieufni, mieszkający w kilku rozpadających się chatach. Od pokoleń wycofani, nieintegrujący się z przyjezdnymi. Oni w żadnych bazach informacji nie figurowali.

Otrzymałem niewdzięczną rolę selekcjonera, który miał wybrać na tyle sprawnych ludzi, żeby ich poprowadzić na marsz życia do punktu wybawienia. Sto kilometrów pustkowia przez góry. Przez gołoborza i wiatrołomy, bo lasu już nie było. Moja wspólnota nie zgadzała się ze stanowiskiem rządzących, że materia ludzka nie była ważna poza wybranymi. Dobrze wybranymi.

Ja, byłem tu już ostatni. Po mnie zostanie ginąca osada, bez środków do życia, zdana na zbliżające się żywioły. Obecnie liczyła około setki ludzi. Wyłączając tych ze szpitala, a także zatwardziałych w swym postanowieniu o pozostaniu tubylczych twardzieli i straceńców, pozostało mi do selekcji blisko pięćdziesięciu. Ludzi chorych mniej lub bardziej, starych, kalekich, ułomnych. Musiałem wybrać spośród nich takich, którzy podołają trudom marszu w palącym słońcu, później w zimnie przez góry. Sto kilometrów. Część na tej drodze pozostanie na zawsze, ale części się uda. Wierzyłem w to.

 Ustawiłem prowizoryczny stolik na placu. Nie byłem już od dawna praktykującym lekarzem. Teraz raczej przewodnikiem i ratownikiem. Ustawiła się kolejka. Przeszedłem się wolno obok nich. Wykluczyłem nadmiernie otyłych z trudem utrzymujących się na obrzękniętych nogach, genetycznie zdeformowanych, psychicznie zaburzonych, zbyt kalekich, sędziwych.

– Pieprzony nazista! – Usłyszałem. Niedobrze się z tym czułem. Ale nie mogło być inaczej. Ci, których wykluczyłem stanowiliby pokarm dla kruków i gryzoni po kilku kilometrach i nikt nie mógłby im pomóc. Dla ludzi połamanych bólem kręgosłupa, ledwo poruszających się z grymasem cierpienia na twarzy miałem opium i trochę domowym sposobem robione, zapomniane laudanum. Morfiny i całej gamy dostępnych kiedyś środków przeciwbólowych, a także antybiotyków już dawno nie było. Połamańców poruszających się o kulach, czy w ortezach, brałem po uprzednim sprawdzeniu i poprawieniu usztywnienia i stabilizacji kończyn. W ciemno kwalifikowałem młodych rencistów górniczych i wojskowych nawet z opasłymi kartotekami. Byli roszczeniowi i wściekli, że zostali. Ale tak działał system. Jeśli chodzi o pacjentów kardiologicznych – tu trzeba było ponieść ryzyko, niedowidzący tak, jeśli znaleźli przewodnika, innych chorych poruszających się samodzielnie też. Nawet rakowców w znośnym stadium zaawansowania. Kto wie, mogli być najwartościowsi w tej wędrówce. Ci właśnie, zaprawieni w walce z bólem i własną psychiką, choć ich ziemska wędrówka i tak dobiegała końca. Były też dzieci, niektórym zbyt słabym i chorym musiałem odmówić, choć zgłaszali się chętni i gotowi je nieść. Problem miałem z ludźmi siedemdziesiąt plus. Niektórzy byli dziarscy, jaśni umysłowo. Inni zbyt słabi, schorowani, poddani. Choć oczekiwali ratunku i nie brakowało im chęci do życia, musiałem odmówić. Najstarszy zakwalifikowany miał osiemdziesiąt lat. Ale to były miejscowy przewodnik górski, hardy starzec.

Inny problem stanowiły osoby całkiem sprawne, ale nienawykłe do wędrówek, wykłócające się o każdą zbędną, moim zdaniem rzecz, która lądowała na poboczu natychmiast szabrowana przez pozostałych w osadzie tubylców. Nie wiedzieli biedni, że ich czas trwania w tym miejscu szybko się skończy. Licho, niekompletnie zazwyczaj ubrani wybrańcy zaopatrywali się w koce, owijali prześcieradłami dla osłony przed smagającym wiatrem, gonili za resztkami jedzenia i wody. Ze szpitala przykuśtykał nagle młodzieniec z raną postrzałową klatki piersiowej. Był bardzo zdeterminowany, w zakrwawionym opatrunku, z temblakiem i kulą pachową. Dołączył do grupy z moją milczącą zgodą.

 Było nas trzydziestu czterech. Według mego spisu byli wśród nas ludzie wykształceni, ale też ledwie piśmienni. Byli tacy, z jakimś doświadczeniem wojskowym, ale także karani, wyniszczeni przez nałogi, miejscowe lumpy. W tej naszej zbieraninie najbardziej obawiałem się cwaniaków z lewymi papierami na chorobę. Na nich musiałem mieć baczenie.

Opuszczaliśmy tym dziwnym, smutnym korowodem ginące miasteczko dźwigając powiązane sznurkami pakunki z prowiantem i kocami, które udało się zdobyć. Za nami lamenty pozostałych, smutne, bez wyrazu twarze odprowadzające nas w milczeniu nieruchomym wzrokiem. Spojrzałem za siebie tylko raz, dostrzegając osamotnioną pielęgniarkę za oknem szpitala. Była chyba jedyną, tak naprawdę świadomą nadchodzącego kataklizmu.

Przed nami około trzech, czterech dni marszu do miejsca, w którym będziemy bezpieczni. Lewym rencistom kazałem pomagać słabszym, mimo ich protestów. Na czoło wysforował się sędziwy przewodnik, który budził mój szacunek i podziw. Ja byłem na końcu pomagając postrzelonemu chłopakowi. Tylko ja miałem broń palną i miałem nadzieję z niej nie korzystać.

Dzień pierwszy. Straciliśmy dwóch kardiologicznych, mimo, że wlekliśmy się niemiłosiernie wolno wśród przekleństw, utyskiwań, jęków. Nie zrobiliśmy dziennej normy, choć teren nie był trudny. Tylko piętnaście kilometrów, a czekają nas góry. Ale o te piętnaście kilometrów oddaliliśmy się od miasteczka, które niebawem zniknie z powierzchni ziemi. Ranny chłopak był w kiepskim stanie. Gorączkował. Nie wiem jak długo będę mógł mu pomóc. Zapasy opium kurczyły się. Wszyscy byli wykończeni i padli pokotem bez rozpalania ogniska. W dzień paliło słońce, ale w nocy będzie mroźnie. Nikomu nie ufałem, więc sam trzymałem straż pilnując glocka, opium i butelki laudanum.

Nad ranem jednak na chwilę przysnąłem. Ocknąłem się wkrótce, zziębnięty, z przerażeniem stwierdzając brak pistoletu i opium. Poczułem gniew. Budząc wszystkich nieco zbyt brutalnie, ogłosiłem zbiórkę. Było nas dwadzieścioro ośmioro. Zniknęło dwóch z astmą i zapuszczony pięćdziesięciolatek z marskością wątroby. Kobietę z chłoniakiem, która nie doczekała poranka pochowaliśmy w milczeniu w płytkim grobie. Po skromnym posiłku ruszyliśmy w drogę. Od razu zauważyłem, że moja mapa wskazuje inny szlak, niż widoczne w szronie ślady złodziei odbijające w bok.

Posuwaliśmy się w górę stopniowo, wolno, krok po kroku, odczuwając spadek temperatury. Ośnieżona przełęcz, goła i podatna na wichry była na wysokości 1620 metrów n.p.m. Po niej już z górki. Pocieszałem jak mogłem, mobilizowałem. Ale przecież ci ludzie nie byli zdrowi i sprawni. Po dwóch godzinach marszu było nas dwadzieścioro dziewięcioro. Dogonił nas i dołączył jeden z tubylców z charakterystyczną miedziano-zaśniedziałą barwą skóry. Pomimo drobnych anatomicznych wad, jako że u nich panował chów wsobny, był całkiem sprawny, ochoczy i śmiesznie kaleczył naszą mowę. Jego obecność poprawiła mi humor.

W miarę upływu czasu nasza kolumna rozrywała się, niektórzy zostawali z tyłu, więc wciągałem, pchałem mniej sprawnych i wydolnych. Cofnąłem się na koniec i zbierałem z ogona tej procesji najsłabszych onkologicznych, którzy zresztą mojej pomocy najczęściej odmawiali. I tak mieli świadomość, że kroczą naprzód wbrew wszystkiemu ku swemu końcowi. Grupie ortopedycznych z kulami pomagali solidarnie wszyscy, choć dużo ich to kosztowało, bo teren stawał coraz trudniejszy. Chłopaka z dziurą po postrzale niósł rosły niewidomy, kierowany przez dyskopatę po laudanum. Grupka sprawniejszych rencistów trzymała się razem i wysforowała się do przodu, mimo moich protestów. Sędziwy przewodnik nie narzekał, ale zwolnił.

Łańcuch ludzi zaczął się nieubłaganie rwać. Niedostatek żywności i spadek temperatury był mocno odczuwalny. Wspięliśmy się na 1240 metrów. Było chłodno i wietrznie, lecz przy ognisku siedział już tubylec oskórowując złapaną skarłowaciałą sarnę. Ludzie dochodzili jeszcze przez kilka godzin skrajnie zmęczeni. Nie dotarło trzech. Zbiegłem w dół i najpierw napotkałem martwego, ale nadal dystyngowanego starszego pana w marynarce opartego sztywno o skałę. Poniżej natknąłem się na parę przytulonych. Kobietę i mężczyznę. Pamiętałem, że ona była cukrzykiem, on dobiegał siedemdziesiątki i był po udarze. Było mi smutno, ale jednocześnie podziwiałem ich, że dotarli tak daleko bez słowa skargi. Wróciłem do obozu wyczerpany. Ludzie kulili się przy lichym z braku opału ognisku, skubiąc półsurowe, żylaste mięso sarny. Jedynie tubylec uśmiechał się. Za sobą mamy trzydzieści pięć kilometrów. Zostało nas dwadzieścioro sześcioro. Nie licząc uciekinierów-złodziei. Jutro połowa drogi i przełęcz.

Nad ranem zerwali się byli górnicy i mundurowi nie czekając na innych. Tubylec imieniem Irk pomógł mi wszystkich zebrać i powlekliśmy się ścieżką do góry. Niestety nie obudził się wychudzony mężczyzna z rakiem żołądka. Przykryliśmy go kamieniami i zostało nas dwadzieścioro pięcioro.

 Zimno coraz bardziej dawało się we znaki. Pojawiały się głosy niezadowolenia na narzucone tempo, niechęci, wręcz sprzeciwu. Postanowiłem nie reagować, tylko pomagać najbardziej niesprawnym. Pojawiający się śnieg nie ułatwiał marszu. Coraz bardziej pozostawali z tyłu ludzie starsi, chorujący przewlekle, a także kilku byłych ćpunów, zaniedbanych, zazwyczaj bezdomnych.

Gdy towarzyszyłem jednemu z nich przy odchodzeniu, powiedział :

– Warto było, dla tej wycieczki. Rozkasłał się i zgasł. Na przełęcz dotarło dwudziestu, niektórzy wręcz wciągnięci.

Renciści, jak ich zwałem, czekali przy mizernym płomyku w prowizorycznym szałasie chroniącym od wiatru. Wturlaliśmy tam chłopaka z postrzałem. Według moich notatek zabrakło wśród nas narkomana, dwóch onkologicznych, człowieka z ulicy bez kartoteki i kobiety z nadwagą zbywającą wszelkie sugestie zmiany ubioru. Jeden z byłych mundurowych kręcąc się po okolicy szukając opału, znalazł na przeciwległym zboczu zamarznięte ciała zbiegłych złodziei. Odzyskał pistolet i resztkę opium, które zaraz się rozeszło wśród ortopedycznych. Część tego remedium zatrzymali sobie renciści jako znaleźne. Byłem zły, ale zbyt zmęczony, żeby zareagować. Odczuwałem niedostatek snu. Prawie już spałem, kiedy Irk szturchnął mnie gestykulując i pokazując coś w dali. Dostrzegłem ciemny, prawie czarny wał pyłu i chmur tam, gdzie powinna być osada.

 Nie mogliśmy na przełęczy dłużej zabawić. Skończyło się jedzenie, brakowało wody, marzliśmy. Po krótkim odpoczynku, z trudem zbierając pozostałych przy życiu ludzi ruszyliśmy w drogę. Dalej było łatwiej, ale zmęczenie, nadmierne eksploatowanie niesprawnych organizmów, przenoszenie, podpieranie stawało się coraz trudniejsze. Do pomocy wreszcie włączyli się renciści. Przez chwilę szło wszystko sprawniej, lecz nagle górnik, wielki chłop padł bez życia. Próbowałem masażu serca, ale bez efektu. Pewnie migotanie komór. W tych warunkach nie do uratowania.

Po krótkim postoju i wymamrotaniu paru słów powlekliśmy się dalej. Kiedy ścieżka zaczęła biec w dół zrobiło się wszystkim raźniej. Założyliśmy obóz trzy godziny w dół od przełęczy. Nie było wiatru. Nie było też nic do jedzenia. Irk poszedł bez słowa do tego, co zostało z lasu. Facet z ortezą na nodze poszedł się wysikać na skraj jaru, którego dnem płynął potok. Odłożywszy kulę stracił równowagę i spadł. Zostało nas dziewiętnaścioro.

Irk wrócił w nocy z jakimś gryzoniem. Każdy dostał po małym kawałku i jeszcze w mroku, zanim nastał świt zerwałem wszystkich na nogi, by jak najszybciej dotrzeć do celu. Ludzie budzili się niechętnie. Byli głodni, mieli odciski, odmrożenia. W końcu wstali. Policzyłem ich. Brakowało mi jednego. Mundurowy powiedział, że stary, uparty przewodnik został na przełęczy z własnej woli, bo jak stwierdził, tam jest jego miejsce. Zrobiło mi się przykro, ale szanowałem jego decyzję. Ruszyliśmy w dół. Potok w jarze groźnie tłukł się o skały. Trzech rencistów i Irk szli z przodu, potem ortopedyczni po resztkach opium i laudanum wzajemnie się wspierając, ja w środku, a za mną kawalkada pozostałych, wycieńczonych rakowców, niewidomy podtrzymujący chłopaka i reszta. Wylesione zbocza sprawiały ponure wrażenie.

Przed nami około dwadzieścia wyboistych kilometrów. Czułem, że idziemy za wolno. Bałem się, że to, co działo się za nami może nas dogonić. Wysłałem przodem rencistów, Irka, niezłomnego niewidomego z chłopakiem i jednego z nowotworem tarczycy. Pokuśtykał za nimi siedemdziesięciolatek po zespoleniu złamania kości udowej. Chapeaus bas. Ja zostałem z najsłabszymi. Wziąłem na ręce słaniającą się dziewczynkę słysząc z tyłu słabe – dziękuję. Dziewczynka się do mnie przytuliła i chyba usnęła. Ważyła coraz więcej i więcej i nie myślałem nic, byle iść. I dopiero po pewnym czasie zorientowałem się, że nie słyszę za sobą kroków ani głosów. Nikogo.

 Jeszcze dziesięć kilometrów. Przyspieszyłem i wkrótce natknąłem się na Irka. Leżał bezwładnie w kałuży krwi. Obok siedział na kamieniu pan starszy z zespoleniem.

– To jeden z tych emerytów ze służb. Powiedział, że on nie jest z naszych. Że obcy. – Nie panował nad oburzeniem. – Nie wiem, gdzie nas pan zabierasz.

 Pochyliłem się nad tubylcem. Żył, ale mocno krwawił, bo dostał nożem w brzuch. Miałem teraz dylemat. On czy dziewczynka. Na szczęście dziewczynka, której imienia nawet nie znałem, ożyła i stanęła pewnie na własnych nóżkach. Chwyciłem Irka i zarzuciłem go sobie na ramię. Nie był ciężki, ale nogi aż mi się ugięły. Oby dotrwał do celu. Oby mój wysiłek był tego warty. Tam jest prowizoryczna sala operacyjna. Może uda się go uratować. Ale dziewczynka musi dojść o własnych siłach.

– Możesz iść? – zapytałem starszego pana. Gniew mnie rozsadzał. – Idź za mną i pilnuj małej. – poleciłem. W przypływie adrenaliny ruszyłem energicznie w dół. Krew Irka ściekała mi po kurtce. Po chwili minąłem niewidomego z rannym chłopakiem. Odpoczywali na kamiennej ścieżce.

 Czekali na mnie pod drewnianą, rozpadającą się ze starości wiatą. Położyłem Irka i wyjąłem pistolet.

– Który z was! – Krzyknąłem.– Nie daruję! Mierzę w pierwszego. Mówić!

– Bez tego będzie ci trudno… – Drugi wyciągnął rękę pełną naboi z mojego pistoletu. – Prowadzisz? Daleko jeszcze do gniazdka?

Upuściłem glocka, wyszarpnąłem z pochwy nóż i rzuciłem. Trafił prosto i głęboko w pierś drugiego.

– No kurwa, co ty! – zerwał się pierwszy, ale niespodziewanie powstrzymał go siedzący obok górnik. Jak zapamiętałem, ścianowy. Pięćdziesiąt pięć lat. Rozpoznana pylica. Pierwszy, o nieznanych umiejętnościach bojowych miotał się wściekle, ale były górnik żelaznym uchwytem obejmował mu szyję i ściskał. Aż do skutku.

– Nie brałem w tym udziału. – Usprawiedliwiał się. – To byli bandyci ze służb. Emerytowani, z papierami na zabijanie.

 Pozbierałem z mokrej ziemi naboje, pistolet i z trudem podniosłem tubylca upewniając się wcześniej, że jeszcze żyje. Ruszyłem w dalszą drogę nie czekając na górnika. Czas gonił. Gdzieś z tyłu, niedaleko za mną słyszałem groźny pomruk i dudnienie. Przyspieszyłem.

Wreszcie dojrzałem wejście do tunelu. Po rannego wyciągnęły się ręce przyjaciół, a ja popędziłem z powrotem. Czas nam się kończy! Minąłem górnika z ponurą miną zbliżającego się do tunelu. Pobiegłem dalej. Człapał niewidomy, kierowany przez chłopaka zarzuconego na barki, jeszcze trochę dalej starszy pan z zespoleniem, ściskający mocno rękę dziewczynki. Odetchnąłem lekko. Za chwilę minęło mnie trzech ortopedycznych nerwowo zbiegających przy pomocy kul. Dalej nic. A niepokojący pomruk narastał. Mimo to, biegłem w jego kierunku. Zobaczyłem zataczającą się, półprzytomną kobietę. – Biegnij! – Wrzeszczę. Tarczycowy siedzi na kamieniu zrezygnowany, pozbawiony sił. Podnoszę go i pcham w dół, w stronę tunelu. Dopinguję go krzykiem. Czy ktoś jeszcze? Już miałem się odwrócić. Bezimienna trwoga brała górę, gdy usłyszałem jakiś stukot. Zatrzymałem się w pół kroku. Nasłuchiwałem. Tak! Tak! To ta nastolatka z protezą nogi. Podbiegłem, brutalnie zarzuciłem ją sobie na plecy i biegłem i biegłem, proteza boleśnie obijała mi kolano, a za mną zbliżające się, ogłuszające grzmienie.

I wreszcie wyciągnięte ręce po dziewczynę, wciągające nas do tunelu w huku i wyciu natury. Wtem po syku hermetycznych drzwi wszystko ucichło i na chwilę krótką odpłynąłem. Leżałem zbierając siły i myśli. Początkowo zrozpaczony, że z trzydziestu czterech dotarło do celu jedenastu. Ale zaraz przyszła myśl, że to i tak trochę więcej ludzi pośród nas. Wytrzebionych jak te lasy. Uratowanych cudem przed gniewem i potęgą natury. W bezpiecznym miejscu doświadczając z lękiem jej furii. Przyjazne ręce pomogły mi wstać, a oczy z wolna oswajały się z półmrokiem.

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Neurologu1#, ponad siedemnaście tysięcy znaków to już nie szort. Bądź uprzejmy zmienić oznaczenie na OPOWIADANIE.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

"Nie rokująca"

-> Nierokująca

 

„ Warto było

-> „Warto było

 

Błędów jest więcej, ale te na szybko rzuciły się w oczy. To jednak drobiazgi, dużo większym problemem są kolosalne akapity. Dziel je na krótsze, bo takie jak teraz nie tylko utrudniają czytanie, ale też mogą wiele osób wręcz odrzucić od prób czytania.

 

Co na plus w tekście? Przede wszystkim klimat. Jest wyraźne poczucie zagrożenia, beznadziei, jakieś takiej przegranej. To wyszło. Podobnie jak wyszło to, jak ludzie na różne sposoby dziczeją i budzą się w nich złe instynkty.

Niejasne jest natomiast dlaczego osoby chcące dostać się do pochodu przez góry nie próbowały iść za tym pochodem, nawet gdyby miały szybko odpaść – zrobił to w zasadzie tylko jeden człowiek. Niejasne jest też skąd “tubylec” z jakiejś małej populacji.

Mogło tez być więcej “brudu”, ludzkich emocji budzacych się (lub znikających bez śladu).

 

Językowo jest co do poprawiania, ale idzie w stronę mocnego klimatu.

 

A, reaguj na komentarze forumowiczów, nawet jeśli ostre. Z tego co widzę, zwykle reagujesz tylko na pierwszy – a ludzie poświęcający czas na napisanie uwag, biorą pod uwagę brak choćby sygnału przeczytania tych uwag, gdy komentują następne teksty. Chętniej też komentują teksty osób, które same starają się wnieść coś pod tekstami innych.

 

Dzięki za uwagi. Postaram się poprawić to, co potrafię

A następnego już nie miało być

Moim zdaniem lepiej brzmi: “A następnego miało już nie być”.

 

Wspięliśmy się na 1240

Wiem o co ci chodzi natomiast uważam że powinieneś dodać że na wysokość 1240m.

 

To tylko tle z uwag. Podoba mi się zakończenie jak jeszcze wraca po tych ludzi i jak cały czas relacjonuje odpadające osoby.

Klimat i sam pomysł mi się spodobał, liczyłem na trochę więcej relacji miedzy bohaterem a chorymi w formie np. indywidualnych rozmów ale jest dobrze. Całkiem przyjemnie się czytało.

Pisz to co chciałbyś czytać, czytaj to o czym chcesz pisać

Dobry tekst, czytało się przyjemnie. Po dłuższym zastanowieniu jednak relatywnie mało wiarygodny. Bazując na doświadczeniach własnych i rodziny mogę powiedzieć tylko, że tak łatwo się nie umiera. Sam kiedyś z połamanymi żebrami robiłem po 10-15 km dziennie z około dziesięciokilogramowym plecakiem. Siedemdziesięcioprawieletni wujek po zawale chodzi dwa razy dłuższe dystanse, bo takie zalecenia dostał od lekarza. Tymczasem tutaj połowa ludzi odpada w połowie. I to odpada że skutkiem śmiertelnym. Ja wiem, że takie są prawa literatury, że się czasem koloryzuje, ale logicznie rzecz biorąc to tak nie wygląda

Bilmemek değil, öğrenmemek ayıptır

Ok. to prawda. Ale ja przyjąłem, że tamci zostali opuszczeni, zaniedbani medycznie, bez leków. No i narzucono im tempo, które w górach nawet tych średnich bywa bezlitosne dla słabszych.

Jeśli chodzi o relacje, rzeczywiście mogły być, ale założyłem, że jak się jest zmęczony, to nie bardzo chce się gadać. Stąd tylko surowe komunikaty. Ponadto stres i presja czasu…

Dzięki, pozdrawiam

Zgadzam się, opisana sytuacja nie sprzyja pogaduszkom. Generalnie tekst jest przekonujący, dobrze się czyta. Jest nastrój rozpaczliwej walki. Tylko nie bardzo rozumiem, po co komu było mordować przewodnika. Co im z tego przyszło? Czy miał coś na nich? Pokłócili się? No i sama końcówka wydaje się trochę stłamszona, ten ostatni akapit, po dramatycznym wyścigu.

Stary przewodnik został na przełęczy z własnej woli. Może powinienem był jaśniej to przekazać.

Dzięki.

Zgadzam się z wcześniej komentującymi, że wyczuwa się dominujący w opowiadaniu klimat morderczej wędrówki w nader niesprzyjających warunkach, czuje się zmęczenie maszerujących, ale też ich determinacje w dojściu do celu.

Szkoda, że z powodu licznych błędów i usterek nie mogę powiedzieć, że to była satysfakcjonująca lektura.

 

tu­byl­cy, o sza­ro-brą­zo­wej kar­na­cji skóry… ―> Masło maślane – karnacja to koloryt skóry.

Wystarczy: …tu­byl­cy, o sza­robrą­zo­wej kar­na­cji

 

tro­chę do­mo­wym spo­so­bem ro­bio­ny, za­po­mnia­ny lau­da­num. ―> O ile mi wiadomo, laudanum jest rodzaju nijakiego, więc: …tro­chę do­mo­wym spo­so­bem ro­bio­ne, za­po­mnia­ne lau­da­num.

 

Było nas dwu­dzie­stu ośmiu. ―> Nieco dalej piszesz: Po­ni­żej na­tkną­łem się na parę przy­tu­lo­nych. Ko­bie­tę i męż­czy­znę. ―> Skoro była z nimi kobieta, w pierwszym zdaniu winno być: Było nas dwadzie­ścioro ośmioro.

 

Po dwóch go­dzi­n mar­sz było nas 29… ―> Po dwóch go­dzi­n mar­sz było nas dwadzieścioro dziewięcioro

 

pil­nu­jąc gloc­ka, opium i bu­tel­kę lau­da­num. ―> …pil­nu­jąc gloc­ka, opium i bu­tel­ki lau­da­num.

 

ona była cu­krzy­kiem, on do­bie­gał sie­dem­dzie­siąt­ki i był po uda­rze. Było mi smut­no i jed­no­cze­śnie byłem z nich dumny… ―> Byłoza.

 

Coraz bar­dziej po­zo­sta­wa­li z tyłu lu­dzie star­si, bar­dziej cho­rzy… ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

Zo­sta­ło nas 26. ―> Zo­sta­ło nas dwadzieścioro sześcioro.

Z dalszej treści wynika, że to grupa mężczyzn i kobiet.

 

Przy­kry­li­śmy go ka­mie­nia­mi i zo­sta­ło nas 25. ―> Przy­kry­li­śmy go ka­mie­nia­mi i zo­sta­ło nas dwadzieścioro pięcioro.

 

Gdy to­wa­rzy­szy­łem jed­ne­mu z nich przy od­cho­dze­niu, po­wie­dział – „ Warto było, dla tej wy­ciecz­ki”. ―> Wypowiedź dialogowa zapisujemy w nowym wierszu. Cudzysłów jest zbędny:

Gdy to­wa­rzy­szy­łem jed­ne­mu z nich przy od­cho­dze­niu, po­wie­dział:

– Warto było, dla tej wy­ciecz­ki.

 

Od­zy­skał pi­sto­let i reszt­kę opium, który zaraz się roz­szedł wśród or­to­pe­dycz­nych. ―> Opium jest rodzaju nijakiego, więc: Od­zy­skał pi­sto­let i reszt­kę opium, które zaraz się roz­eszło wśród or­to­pe­dycz­nych.

 

Część tego re­me­dium za­fun­do­wa­li sobie ren­ci­ści jako zna­leź­ne. ―> Raczej: Część tego re­me­dium zarekwirowali sobie ren­ci­ści, jako zna­leź­ne.

 

Irk szturch­nął mnie ge­sty­ku­lu­jąc i po­ka­zu­jąc mi coś w dali. ―> Czy oba zaimki są konieczne?

 

ru­szy­li­śmy dalej. Dalej było ła­twiej… ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

Kiedy ścież­ka za­czę­ła biec w dół zro­bi­ło się wszyst­kim raź­niej. Zro­bi­li­śmy obóz… ―>

Nie brzmi to najlepiej.

 

Zo­sta­ło nas 19. ―> Zostało nas dziewiętnaścioro.

 

Ru­szy­li­śmy w dół. Potok w dole groź­nie tłukł się o skały. ―> Brzmi to nie najlepiej.

 

Wy­sła­łem przo­dem ren­ci­stów, Irk`a… ―> Wy­sła­łem przo­dem ren­ci­stów, Irka

Ten błąd pojawia się kilkakrotnie w dalszej części opowiadania.

 

– Możesz iść? – Zapytałem starszego pana. Gniew mnie rozsadzał. – Idź za mną i pilnuj małej.Poleciłem. ―> – Możesz iść? – zapytałem starszego pana. Gniew mnie rozsadzał. – Idź za mną i pilnuj małej – poleciłem.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

Gdzieś z tyłu za mną sły­sza­łem groź­ny po­mruk… ―> Masło maślane – czy, skoro usłyszał pomruk za sobą, mogło to być przed nim?

 

Za­trzy­ma­łem się wpół kroku. ―> Za­trzy­ma­łem się w pół kroku.

 

I wresz­cie wy­cią­gnię­te ręce po dziew­czy­nę, wcią­ga­ją­ce mnie… ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

W bez­piecz­nym miej­scu do­świad­cza­jąc z lę­kiem jej furię. ―> W bez­piecz­nym miej­scu, do­świad­cza­jąc z lę­kiem jej furii.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za analizę tekstu.

Wygładzę tekst zgodnie z zaleceniami.

Przyjąłem, że imię Irk w języku tubylczym nie odmienia się w odróżnieniu od naszego Irka.

Bardzo proszę, Neurologu, cieszę się, że uznałeś uwagi za przydatne. ;)

Imię Irk potraktowałam tak jak imiona Kirk czy Mark, a te odmieniamy: Kirka Douglasa czy Marka Twaina.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wybrałeś klimat ciężki, mroczy i trudny. Tylko niestety, znużyłam się podczas czytania i miałam wrażenie, że idę z chorymi. Przyznam, że omal nie przestałam czytać.

Monstrualne akapity nie zachęcają do czytania fabuły. Jestem całkowicie za wrzucaniem czytelnika w świat przedstawiony, ale tutaj miałam za małą informacji, abym poczuła jakikolwiek związek z bohaterami. Rozumiem, że chciałeś przedstawić dramat tych ludzi i wszystko byłoby świetnie gdybyś postarał się o więcej dynamiki. Przewodnik jest lekarzem i podoba mi się medyczny język jaki wprowadza. Daje ten cień indywidualizmu i mogłoby mnie, jako czytelniczkę, zaangażować. 

Pomysł jest, ale warto by było wypracować inne sposoby przedstawienia historii. 

Dziękuję za odwiedziny.

Nie wiem, co powiedzieć. Na pewno tą historię można byłoby przedstawić lepiej, inaczej.Ale tu już done.

Bardzo ciekawy pomysł. Opowiadanie przeczytałem z przyjemnością, choć idealne nie jest. Podobało mi się, jak w krótkim tekście i oszczędnymi środkami naszkicowałeś wielu bohaterów, którzy są jacyś. Niewiele o nich wiemy, ale jednak obchodzą czytelnika. Klimat i relacje w grupie też na plus. Zakończenie – przyznam, że liczyłem na jakieś mocniejsze uderzenie, coś co odwróci opowiadanie do góry nogami albo jeszcze bardziej zdruzgocze czytelnika (np. bohaterowie nie zostają wpuszczeni). Zakończenie “przeżyło x z y” jest poprawne, ale lekko rozczarowujące. Jest też trochę błędów w przecinkach, zapisie dialogów i podobnych technikaliach.

Dzięki za dobre słowo. 

U mnie zazwyczaj wszystko kończy się źle, więc tym razem postanowiłem inaczej. No i rzeczywiście zabrakło “bomby” na końcu. No, ale przynajmniej kilku uratowałem :)

Neurologu, historia tak się napisała teraz, ale to nie znaczy, że kiedyś jednak nie przerobisz. Czemu nie? ;)

Mam mieć na sumieniu tych biedaków? Dla efektu?

Żarty oczywiście. Wszystkie sugestie są dla mnie ważne i dziękuję za nie.

Im bardziej zerkam na zakończenie, tym bardziej go nie widzę :)

U mnie zazwyczaj wszystko kończy się źle, więc tym razem postanowiłem inaczej.

Masz dziwną definicję dobrego zakończenia :P

 

Tylko żartowałem wilku-zimowy. I sarkazm mnie nie opuszcza :)

Mnie tekst nie do końca przekonał, ale to chyba po prostu nie moje klimaty. Na początku, moim zdaniem, trochę za dużo infodumpu, za mało wydarzeń. Zgadzam się z poprzednikami, że klimat mordęgi bardzo dobrze Ci wyszedł oraz z Zygfrydem, że udało Ci się uchwycić bohaterów pomimo oszczędności słów i niemal całkowitej nieobecności dialogów. Mi jednak dość mocno przeszkadzały błędy techniczne: mocno niepoprawnej interpunkcji zwykle się nie czepiam, bo sama mam z nią problemy, ale tutaj było naprawdę stosunkowo źle. W jednym miejscu używasz czasu teraźniejszego, chociaż całe opowiadanie jest w czasie przeszłym. Podsumowując, widać, że masz wyobraźnię i talent, ale warsztat trzeba jeszcze szlifować. Jesteś w dobrym miejscu do tego ;)

Przykro mi rosebelle, że tekst Cię nie przekonał. Ale w końcu nie każdemu musi się podobać. Jeśli chodzi o technikalia, większość z nich poprawiłem zgodnie z zaleceniami p.regulatorzy.

A propos infodumpu, pozwoliłem sobie zamieścić króciutki tekścik w poczekalni. 

Dziękuję za życzliwe słowa.

No, Reg jest niezastąpiona, ale też nie wyłapała chyba wszystkiego. Jeśli chodzi o te zmianę czasu narracji, to jest to widoczne w tym fragmencie:

“Ranny chłopak był w kiepskim stanie. Gorączkował. Nie wiem jak długo będę mógł mu pomóc.”

No, Reg jest niezastąpiona, ale też nie wyłapała chyba wszystkiego.

Rosebelle, ależ jestem jak najbardziej do zastąpienia. I dodam jeszcze, że przy jednokrotnym czytaniu nie sposób dostrzec wszystkie błędy, usterki i inne potknięcia. Być może prawdziwym korektorom to się udaje, ale ja jestem prostą amatorką. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Był nawet taki horror: Fantastyczna Masakra Korektą Regulatorską.

Słyszałam też o Masakrze fantastyki regulowanej korektą. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

I o regulowanej masakrze fantastyczną korektą :D

 

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie bardzo łapię, o co chodzi z tą zmianą czasu narracji.

Chłopak był już w złym stanie gdy wybiegł ze szpitala. A więc był w złym stanie także w czasie teraźniejszym.

Tak, ale całe opowiadanie masz napisane w narracji pierwszoosobowej w czasie przeszłym, czyli Twój narrator opowiada co już zrobił – a więc nie może teraz wiedzieć jak długo może mu pomóc, tylko nie wiedział jak długo mógł mu pomóc w przeszłości. 

 

“Ranny chłopak był w kiepskim stanie. Gorączkował. Nie wiem jak długo będę mógł mu pomóc.”

“Ranny chłopak był w kiepskim stanie. Gorączkował. Nie wiedziałem, jak długo będę mógł mu pomóc.”

;)

Dzięki za wyjaśnienie. Dotarło :)

Najpierw uwagi techniczne.

Ludzie drugiej kategorii nie załapali się na pierwszą falę ewakuacji ani na kolejną. Wyselekcjonowana grupa ludzi na podstawie elektronicznej bazy danych pacjenta nie została dopuszczona do transportu.

Wkradło się powtórzenie. Skreśliłabym początek drugiego zdania i napisała:

Na podstawie elektronicznej bazy danych pacjenta nie zostali dopuszczeni do transportu.

Z poprzedniego zdania wiemy, że chodzi o ludzi drugiej kategorii.

 

Ja [,] byłem tu już ostatni. → zbędny przecinek

Wiele razy pojawia się czasownik “był”, warto pomyśleć nad zamianą go na inne.

 

Na plus: budujesz ciekawy klimat opowieści, czytelnik wczuwa się w położenie bohaterów. Opisujesz emocje towarzyszące selekcjonerowi i konsekwentnie prowadzisz opowieść.

Dodałabym na początku wyraźną informację, gdzie oni idą, jak nazywa się to miejsce.

Uczestnicy marszu za szybko umierają, nawet zakładając ich wycieńczenie i choroby. Ale klimat mnie przekonał. Daję klika na zachętę.

Dzięki za uwagi. Na pewno je uwzględnię, jak tylko chwilę czasu wygospodaruję.

No i dziękuję za klika na zachętę. Zdecydowanie się przyda :)

Nowa Fantastyka