- Opowiadanie: Verus - Historia dla nastolatków

Historia dla nastolatków

Zanim zaczniecie czytać przypomnijcie sobie te wszystkie książki, filmy i bajki z gatunku “dzieci ratują świat”. To o tym samym. ;)

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Historia dla nastolatków

Znacie te wszystkie historie dla nastolatków o dzieciakach, które dostają magiczne moce lub super gadżety i od tej pory muszą bronić świata przed wszelkim złem i występkiem? Z pewnością tak. Przyjaźń to magia i największa siła na ziemi, której nikt ani nic nie pokona – to najczęstsza puenta płynąca z nich wszystkich. Nie widuje się jednak historii o tychże samych nastolatkach po pięciu, dziesięciu czy piętnastu latach. Dlaczego? Tracą magiczne moce i już nie przydarza im się nic ciekawego? Pokonują Całe Zło Tego Świata i żyją spokojnie do późnej starości? Kiedy dorastają, zastępuje ich nowe pokolenie? Być może. Sądzę jednak, że to, co stało się u nas jest bardziej prawdopodobne i to właśnie realnie miało miejsce w większości tych historii.

Mianowicie ktoś w tamtych wszechświatach, kto wpadł na genialny pomysł robienia z dzieci wojowników, w końcu wali się ręką w czoło i przychodzi do niego olśnienie. Mówi sobie wtedy:

– No tak, przecież zrzucanie na dzieci odpowiedzialności za bezpieczeństwo miliardów ludzi jest zupełnie idiotycznym pomysłem! Nie tylko jest cholernie niebezpieczne dla świata, ale również dla ich zdrowia fizycznego i psychicznego!

I wtedy projekt się wygasza. Widma przeszłości lubią jednak wracać, dlatego piętnaście lat później, na miesiąc przed tym jak skończyłam trzydziestkę i wracałam spokojnie z pracy, dostałam strumieniem mocy i uderzyłam w samochód stojący obok na parkingu na tyle mocno, że straciłam przytomność.

– Gdzie jestem? – szepnęłam, otwierając oczy. Minęła chwila, zanim przyzwyczaiły się do światła. Pokój był niezwykle jasny, sterylny, z ręki sterczała mi rurka, urządzenie obok pikało cyklicznie. Szpital. Wzdrygnęłam się. Reakcja ta towarzyszyła mi od czasów, kiedy bywałam w takich miejscach średnio raz w tygodniu.

W pomieszczeniu nie było nikogo poza mną. Uniosłam się na łokciu, ignorując potężny ból głowy i tylko trochę dokuczliwy obitych pleców, żeby sięgnąć do przycisku wezwania pielęgniarki. Weszła niemal od razu, a przez ułamek sekundy, kiedy drzwi były otwarte, zobaczyłam dwóch postawnych facetów w garniturach.

– Co się stało? – zapytałam pielęgniarkę, która od razu zaczęła przeglądać wskazania monitorów obok.

– Ma pani zanik pamięci?

– Straciłam przytomność po tym, jak uderzyłam w coś w drodze do pracy, a potem obudziłam się tutaj.

– To szpital przy Otwockiej. Jeśli wszystkie badania będą w normie, prawdopodobnie jeszcze dziś wypuścimy panią do domu. Czy powinniśmy kogoś powiadomić?

– Nie, sama zadzwonię, jeśli oddacie mi moje rzeczy. Ale co właściwie się stało? Wiadomo, kto mnie zaatakował?

– To opowiedzą pani goście, którzy czekają aż lekarz pozwoli im się z panią zobaczyć – odparła, zaglądając do szafy. Po chwili podała mi zwitek moich ciuchów oraz torebkę. – Proszę dużo pić. Teraz pewnie nie będzie już wymówki, aby ich nie wpuszczać… – Skinęła głową w stronę drzwi, westchnęła i wyszła. Nie zdążyłam skończyć pisać SMS-a, nim drzwi ponownie się otworzyły, a do środka wszedł siwy, pomarszczony starzec o nienaturalnie żółtym kolorze skóry, ubrany jedynie w biały, szeroki płaszcz, maskujący wszystkie pozostałe odchylenia od normy w jego wyglądzie. Dzięki temu skuteczniej ukrywał swoją tożsamość i ludzie brali go za zwykłego dziadka wiecznie powłóczącego zmęczonymi życiem nogami. Ja jednak wiedziałam, że jest zdecydowanie sprawniejszy niż na to wygląda i że to nie stopy powodują dźwięk tarcia o podłoże.

– Modliłam się, żeby to nie miało żadnego związku z wami – mruknęłam, wysyłając wiadomość i unosząc wzrok na gościa.

– Ma. Ktoś zabił naszych agentów, a potem wziął się za tropienie pozostałych przy życiu osób, które są w stanie posługiwać się artefaktami. Was, gwoli ścisłości. Tylko wy zostaliście do tego genetycznie przystosowani. – Odruchowo uniosłam dłoń do szyi, do miejsca, gdzie dało się wyczuć cienką bliznę po operacji, która odbyła się piętnaście lat temu. – Kinga i Alan nie żyją.

Zamknęłam oczy i spróbowałam się obudzić. Nic z tego. A więc jednak tym razem to nie koszmar, lecz rzeczywistość. Uniosłam powieki.

– Co z Miriam? I ilu agentów straciliście?

– To ty nie wiesz? Miriam została w agencji na stażu po rozwiązaniu waszej grupy. Pracuje u nas do dzisiaj w centrum dowodzenia. Ma się dobrze, jest zaangażowana w sprawę. Straciliśmy pięciu.

– I to wszyscy, którym wszczepiliście geny Fryxelian? – zapytałam, marszcząc brwi.

– Owszem. Projekt zakończył się na dziesięciu osobach. Wasza piątka i piątka, która was zastąpiła. Wypiszemy cię ze szpitala, poczekamy na Kubę i pojedziemy do agencji.

Nie zapytałam, skąd wiedział, że to do Kuby pisałam, i że był już w drodze tutaj. Przyzwyczaiłam się do życia z myślą, że jesteśmy śledzeni cały czas od trzynastego roku życia.

– Wyjdź, ubiorę się – rzuciłam, odrzucając kołdrę na bok. Wyjęłam z ręki kroplówkę, zaczęłam odpinać przyrządy. Pielęgniarka wpadła do pomieszczenia, gdy regularne pikanie zamieniło się w ciągły sygnał. Skarciła mnie spojrzeniem i wyszła. A więc w tym momencie zostałam zaklasyfikowana do „nich”. Do tych w garniturach. Tych z agencji. Przez piętnaście lat starałam się robić wszystko, żeby być po drugiej stronie, a kiedy przyszło co do czego i zobaczyłam Achleona…

Zmieniłam szpitalne ubrania na moje własne i już wkrótce czekałam w agencyjnym samochodzie aż przyjedzie Kuba. Nie powiedział słowa, gdy zajmował miejsce naprzeciwko mnie, obok jednego z ochroniarzy.

Samochód uniósł się nad drogę, silniki zaszumiały i ruszyliśmy. Dotarcie do agencji, mimo że wciąż trwały godziny szczytu – jak się dowiedziałam, pozostawałam nieprzytomna ledwie godzinę, a w tym czasie wykonano mi wszystkie niezbędne badania – zajęło nam piętnaście minut. Kuba chwycił mnie za rękę, kiedy wchodziliśmy do przeszklonego wieżowca ozdobionego na szczycie napisem Agencja Fryxelius.

W środku było głośno i tłoczno. Gdyby nie fakt, że towarzyszył nam Achleon, szef całej tej imprezy, musielibyśmy uważać, żeby nie potykać się o ludzi i różnej maści roboty. Wjechaliśmy windą na siedemnaste piętro, a ja osobiście czułam się znowu jak dziecko, któremu kiedyś kazano bronić planety AX-371 przed wrogami, co zresztą na początku było świetną zabawą, szybko jednak stało się moim największym koszmarem i traumą.

– To dla was. – Kiedy tylko drzwi się otworzyły, wysoka blondynka w eleganckim uniformie wepchnęła Kubie i mi do rąk po pudełku. Nie zorientowałabym się, że to Miriam, gdyby nie miała na lewym przedramieniu jednego z artefaktów, metalowej obręczy, która w rękach sprawnego użytkownika stawała się zabójczą bronią. Kiedyś nosił ją Alan, najlepszy strzelec wśród naszej piątki. Zanim zdążyliśmy powiedzieć choć słowo, ruszyła w głąb pomieszczenia, do stołu umieszczonego pod ekranem znajdującym się naprzeciwko windy. Na nim z kolei wyświetlała się ogromna mapa stolicy i dziesięć portretów. Siedem było przekreślonych, na pozostałych widziałam Kubę, Miriam i siebie.

Otworzyłam pudełko, zamiast pójść za nią. Nie byłam zaskoczona tym, co zobaczyłam.

– Pamiętacie, jak się tym posługiwać? – Achleon nie zaczekał na odpowiedź. Wyminął nas i ruszył wzdłuż stołów. Ludzie siedzący przy komputerach nawet na niego nie spojrzeli.

– Gotowa? – rzucił Kuba, mając już na głowie ten idiotycznie wyglądający hełm, oczywiście chromowany, jak wszystko co pozostawiła sobie rasa Fryxelius. Skinęłam głową wyciągając ze swojego kartonu naszyjnik wielkości pięści. Założyłam go. Ruszyliśmy w ślad za Achleonem i Miriam do stołu na końcu pomieszczenia, tuż pod ekranem. Leżały tam rozłożone kolejne artefakty. W magazynach znajdowało się ich znacznie więcej, ale niewielka domieszka genów Fryxelian nie była wystarczająca, abyśmy mogli się nimi posługiwać. Po planecie chodziła więc tylko jedna osoba zdolna je uruchomić.

– Ściągnęliście nas tu, żebyśmy walczyli? – spytałam.

– Tak. Nie mamy czasu na przeprowadzanie kolejnej operacji, która pozwoliłaby komuś używać sprzętu – odparła Miriam, dalej na nas nie patrząc i wklepując jakieś dane na hologramowej klawiaturze. – Nie znaleźliśmy jeszcze winowajców, nagrania z ataku na ciebie też niewiele dały, nie widać napastnika. Prawdopodobnie przygotujemy więc zasadzkę. Weźcie, co tam chcecie ze sprzętu.

Powoli zaczęliśmy się uzbrajać. Swobody w wyborze broni nie mieliśmy nigdy, zawsze dostawaliśmy gotowe zestawy, skrzętnie dopasowane przez algorytm tak, aby współgrały z naszymi zdolnościami i predyspozycjami. Najwidoczniej uznali, że skoro mamy już po niemal trzydzieści lat, możemy sami się obsłużyć.

– Pracujesz tu teraz, tak? – spytał Kuba, nie odrywając wzroku od wybranej ze stołu pary butów, którym za pomocą pokrętła ustawiał odpowiedni rozmiar.

– Zostałam na stażu do osiemnastki, wtedy wysłali mnie na studia. Wróciłam po pięciu latach i dostałam posadę w centrum dowodzenia jako spec od wyposażenia i technologii Fryxelian. – Miriam wyłączyła klawiaturę i w końcu spojrzała na nas. – Żałowałam, że wy nie zdecydowaliście się zostać. – Jej słowa mnie zaskoczyły, chociaż starałam się nie dać tego po sobie poznać. Jako piętnastolatka, Miriam była niesamowicie arogancka, ale też najbardziej utalentowana z nas wszystkich. Tylko ona naprawdę kochała to, co robiliśmy, nie uważała, że jesteśmy na to wszystko zbyt młodzi. Tylko ona naprawdę była sobie w stanie poradzić z odpowiedzialnością, która na nas spadła.

Kuba i ja trzymaliśmy się razem także po zakończeniu programu, a wkrótce potem zostaliśmy parą. Teraz byliśmy już kilka lat po ślubie. Nikt z dawnego zespołu nie został zaproszony. Nie mieliśmy pojęcia, co działo się z Alanem czy Kingą, jednak mimo że nie widzieliśmy ich od lat, zasmuciło mnie to, że zginęli.

– Jaki jest plan? – spytałam, żeby przerwać ten ciąg ponurych myśli.

– Miałam nadzieję, że wymyślimy go razem – rzuciła Miriam. Znowu uśmiechnęła się niepewnie. Pokiwałam głową. A więc jednak przez lata zrozumiała, czym jest praca zespołowa.

– Uwzględnijcie mnie – rzucił Achleon, ku naszemu zdziwieniu biorąc ze stołu jeden z artefaktów. Jedyny, którego miał prawo używać. Założył obręcz na szyję i wcisnął kilka przycisków. Po chwili jego skóra nabrała zwykłego koloru, a my wiedzieliśmy, że zniknął również ogon, u stóp pokazały się brakujące palce. Fryxelianie całkiem dobrze zdążyli zaprogramować obroże maskujące na nasz wygląd.

Planowanie zajęło nam parę godzin, które spędziliśmy w niewielkiej salce przylegającej do centrum dowodzenia. Dokładnie jak za dawnych lat. Ze zdziwieniem pojęłam jednak, że nie czuję się już tak niepewna, tak przerażona kolejną akcją, tym, że mogłabym kogoś zawieść albo ktoś mógłby przeze mnie zginąć. Zamiast tego, gdzieś bardzo głęboko, budziła się we mnie ekscytacja.

Każde z nas zabrało ze sobą po trzy artefakty, z doświadczenia wiedzieliśmy, że większej ilości i tak nie damy rady ogarnąć. Kuba musiał zrezygnować z hełmu, którego używał za dzieciaka, bo ten za bardzo rzucał się w oczy, a kluczowe pozostawało, żebyśmy my dwoje nie wyglądali na uzbrojonych. Dlatego też przykryliśmy pozostałe artefakty ubraniami lub, jak w przypadku butów, przeprogramowaliśmy je tak, aby wyglądały na zwykły tandetny gadżet, jakich pełno można było dostać w sklepach.  

Agenci odwieźli nas do mieszkania w centrum. Weszliśmy na chwilę udawać, że się ogarniamy, w razie gdybyśmy już teraz byli pod obserwacją, a potem podjechaliśmy do klubowej dzielnicy.

Knajpy dookoła placu migały feerią barw, hologramy za szybami obiecywały przeżycia, jakie nikomu się nie śniły, a panujący wszędzie tłok zdawał się potwierdzać, że to dobre miejsce na porządną imprezę. Muzyka dudniła ze wszystkich klubów na raz i mieszała się ze sobą, ale tłumowi, składającemu się głównie ze studentów, zdawało się to zupełnie nie przeszkadzać.

Nie widziałam Miriam i Achleona piętnaście lat, ale ponowne zaufanie im nie zajęło mi dużo czasu. Wiedziałam, że obserwują. Mieliśmy za zadanie chwilę poimprezować, odstawić szopkę z upijaniem się, a potem wracać na pieszo do domu. Ciemnymi uliczkami, tak żebyśmy stanowili cel idealny, którego żaden szanujący się morderca by nie przepuścił.

Zataczając się i śmiejąc głośno, w końcu ruszyliśmy w drogę. Trzymaliśmy się pod ręce, czasami przystawaliśmy, żeby się pocałować, byliśmy już jednak niemal przy mieszkaniu, gdy za pośrednictwem schowanego pod moimi ubraniami naszyjnika poczułam drganie. Służył do wyczuwania nienaturalnych zachowań energii i był w stanie ją magazynować. Za naszych agencyjnych czasów nikt jeszcze nie wiedział, jak działał, nie miałam pojęcia, czy odkryli to do tej pory. Nie tylko chronił mnie przed atakami różnymi formami energii, ale po pochłonięciu mocy mógł zasilić różnorakie urządzenia oraz służyć za broń generującą energetyczne pchnięcia. Ścisnęłam mocniej rękę Kuby, nie przerywając scenki. Wtedy to się stało. Ściana budynku po naszej prawej stronie zaczęła się zawalać, potworny rumor wypełnił przejście.

Kuba chwycił mnie błyskawicznie, stuknięciem w pięty uruchomił buty i tylko dzięki nim zdążyliśmy odskoczyć, zanim spadły na nas fragmenty muru i deszcz szkła. Kliknęłam przełącznik na okularach i zaczęłam rozglądać się po dachach. Nie znaliśmy innej broni niż artefakty, która mogłaby bez uprzedniego wybuchu przewrócić ścianę. Wróg posługiwał się czymś wcześniej niespotykanym czy też Miriam została pojmana? Jej bransoleta z pewnością była w stanie spowodować takie uszkodzenia.

W końcu zlokalizowałam w podczerwieni tylko jedno źródło ciepła na szczycie budynku obok nas. Na dole ze wszystkich stron zbiegali się ludzie, w oddali słychać już było sygnały służb ratunkowych, nie przejmowaliśmy się tym jednak. Główne zadanie to złapanie zamachowca.

Nie byliśmy już dziećmi i szybciej podejmowaliśmy decyzje. Wskazałam Kubie miejsce, w którym dostrzegłam postać, a on użył pasa, aby wystrzelić na dach linę. Zanim wciągnęła nas na górę, ktoś rzucił w naszą stronę skondensowanym strumieniem energii – na szczęście nie tak dużym jak ten wykorzystany do zburzenia ściany – i tylko w ostatniej chwili udało mi się wychylić przed Kubę, żeby naszyjnik mógł wchłonąć moc.

Kiedy tylko stanęliśmy na dachu, rzuciliśmy się do pierwszej widocznej osłony – paneli słonecznych. Strzeliłam w stronę postaci kilka razy, aby odwrócić uwagę od Kuby, który zaczął przekradać się za napastnika. Na tej wysokości było ciemno, co działało na naszą korzyść, jednak nie widzieliśmy również twarzy atakującego.

Myśli kotłowały mi się w głowie, odpychałam wszelkie pytania o Miriam i Achleona, żeby skupić się na najważniejszym – czy tamten był sam? Znowu strzeliłam kilka razy, Kuba już prawie do niego dotarł. Machnął ręką, wiedząc, że go zobaczę dzięki okularom. Wyskoczyliśmy z ukrycia równocześnie, on rzucił się na napastnika od tyłu, próbując powalić, ja cały czas trzymałam go w zasięgu strzału za pomocą naszyjnika.

Nagle Kuba odkleił się od pleców atakującego i poleciał w tył jak szmaciana lalka. Druga z bransolet Miriam uruchamiała pole siłowe, które go odepchnęło.

Na szczęście nie wypadł poza obręb dachu, ale z impetem uderzył w okalający go murek. Nie mogłam mieć pewności, że jest przytomny, nie ruszał się. Uruchomiłam trzeci z posiadanych artefaktów, chowając się znów za najbliższym panelem słonecznym. Z opaski na moim udzie wydostała się chmara nanobotów, które uformowały drony, a te zaczęły okrążać napastnika. Kiedy wszystkie naraz zapaliły światła i w końcu mogłam zobaczyć twarz naszego wroga, krzyknęłam.

– Achleon?!

Był w swojej prawdziwej postaci, w czarnym stroju bojowym, który ewidentnie został wykonany na bardziej umięśnionego członka jego rasy. Nie zdążyłam się przyjrzeć, w moją stronę znowu poleciał strumień energii. Odskoczyłam i od razu rzuciłam się w stronę Achleona, wiedząc, że aby strzelić musiał dezaktywować pole siłowe, a to potrzebowało czasu, żeby się naładować.

Zareagowałam zbyt szybko. Zapomniałam o trzecim artefakcie, który miała ze sobą Miriam. Sieć trafiła i zacisnęła się wokół mnie. Poleciałam na ziemię. Achleon uśmiechnął się, ukazując zęby o dziwnym kształcie. Podszedł do Kuby, żeby jego również unieruchomić, a potem przyciągnął go do mnie.

– Dlaczego? – warknęłam, gdy nie siląc się na delikatność, zdejmował z nas po kolei wszystkie artefakty.

– Dla wolności, Ala, a myślałaś, że dlaczego? – odpowiedział. – Przylecieliście tu. Pokonaliście nas bronią, której nie znaliśmy. Byliśmy pokojową rasą, nigdy nie pomyślelibyśmy, żeby was skrzywdzić, kiedy wylądowaliście. Ale wy woleliście nas wytruć zarazkami. Przedtem nie chorowaliśmy. Medycyna to jedyny dział nauki, w którym nas przerastaliście.

– Wiesz dobrze, że to kłamstwo! Nic nie chcieliśmy wam zrobić! Nie mieliśmy pojęcia, że zaszkodzimy wam, przylatując tutaj. Byliście pierwszą obcą rasą, którą poznaliśmy. – Nie miałam prawa pamiętać tego wszystkiego, bo gdy tu przybyliśmy miałam może rok, ale o katastrofie, którą spowodował nasz gatunek mówiło się już w szkołach. Traktowano to jako przestrogę, uczono o tym, aby historia nigdy się nie powtórzyła. Fryxelianom stawiano pamiątkowe pomniki i szeroko ogłaszano, że jeżeli przeżył jakiś przedstawiciel tej rasy, rząd zapewni mu ochronę. – Wiesz o tym – powtórzyłam. – Powstawały ruchy, które twierdziły, że chcieliśmy was pozabijać. Ale to były mniejszości, bandy…

– …oszołomów? – dokończył za mnie, unosząc brwi. – To chciałaś powiedzieć, prawda? To wszystko kłamstwa, ponieważ nie żyje już nikt, kto byłby na tyle znaczący, aby wasz rząd chciał go posłuchać. Zostałem ja i garstka mi podobnych, którzy muszą się ukrywać.

– A to nie tak, że ty wmówiłeś im, że powinni się chować? 

– Zajęliście naszą infrastrukturę, naszą broń, naszą agencję. – Podjął wątek, zupełnie ignorując moje pytanie i tylko przyspieszające ruchy ogona pokazywały, że go zdenerwowało. – Długo myślałem, że jestem jedynym, który przeżył, zgodziłem się więc z funkcji prostego szarego naukowca przejść na szefa od technologii. Miałem się poczuć ważny, aby się nie buntować. Ale wasz rząd zabronił mi używania artefaktów, wynoszenia ich z agencji, poruszania się bez nadzoru. – Wyprostował się. Ogon wciąż miarowo uderzał o dach, podczas gdy zakładał zabrany nam sprzęt. Wiedziałam, że miał taki zakaz, wiedziałam też, że wziął się on stąd, że kiedyś był członkiem jednego z ruchów, które twierdziły, że dokonaliśmy celowej eksterminacji. Przez te wszystkie lata jednak sądziłam, że przestał tak myśleć, zrozumiał swój błąd, że naprawdę nas cenił i lubił. – A potem okazało się, że są inni, ukrywają się i szukają okazji. Czas więc byście oddali nam świat. Byliście łatwiejszym celem niż nowi agenci, dawno nie ćwiczyliście, nie działaliście. – Uporał się ze wszystkimi urządzeniami i ponownie uruchomił bransoletę Miriam, a potem wycelował mi w głowę.

– Więc ich zabiłeś z zaskoczenia, a nas wykorzystałeś, żebyśmy wynieśli artefakty z agencji i wyprowadzili z niej ciebie?

– Dokładnie. Może jednak nie jesteś taka durna. Miriam chyba nawet zaczęła coś podejrzewać, ale i tak gówno mogła zrobić.

– Nie żyje? – Czułam, że oczy mi wilgotnieją. Ale to nie była pora na rozklejanie się, zostało nam mało czasu. – Jak?

– To – postukał palcem w obrożę na swojej szyi – nie tylko nakłada wysokiej jakości iluzje na mnie. Może nałożyć je też na wszystko inne. A przygotowałem sobie trochę programów, aby móc generować takie jednym kliknięciem palca. Wystarczyło znaleźć cokolwiek podobnej wielkości. Miriam pogubiła się jak dziecko. Teraz leży na podwórku jednego z klubów. Ktoś ją pewnie znajdzie i pochowa. Pora na was.

– Czekaj! – krzyknęłam, zanim zdążył strzelić. – Pozwól nam się pożegnać. Jeśli cokolwiek dla ciebie znaczyliśmy…

Parsknął tym dziwnym fryxeliańskim odpowiednikiem śmiechu, ale wzruszył ramionami. Potrząsnął Kubą kilka razy i postukał go w twarz. Ten w końcu otworzył oczy i od razu zaczął się rozglądać, zdezorientowany. Pojął szybko.

– Jak mogłeś?! Zdrajco!

– Kuba… Kuba, cicho. Mamy tylko chwilę na… – Głos mi się łamał. – Na pożegnanie. Daj nam trochę prywatności – rzuciłam do Achleona. Znowu się zaśmiał, ale odszedł kilka kroków i ostentacyjnie nawet odwrócił się tyłem. Nie możecie mi już zagrozić, mówił tym samym.

Mylił się.

Wiedzieliśmy coś, o czym on nie miał pojęcia, a my odkryliśmy to przypadkiem. Wiele lat temu, na początku naszej przygody, gdy byliśmy bodajże na trzeciej akcji i jeszcze uczyliśmy się sprzętu, popełniłam błąd, który niemal kosztował życie mnie i Alana. Skierowałam moc naszyjnika do wnętrza zamiast na zewnątrz. Spędziłam potem wiele godzin nad próbami zrozumienia, co zrobiłam nie tak, żeby nigdy tego nie powtórzyć i w końcu do tego doszłam. Poświęciłam tyle czasu, bo gdyby nie to, że zaczął parzyć, przez co natychmiast go zrzuciłam, wysadziłby nas, a tak wybuchł kilka metrów dalej, oczywiście nie uszkadzając się nawet odrobinę.

Tyle że Fryxelianie nie odczuwali temperatury tak jak my. Dla Achleona to było jak dla człowieka dotyk innej osoby.

Wybuch odrzucił nas na najbliższe panele słoneczne i oboje porządnie poparzył, ale po nim zostały tylko odporne na wszystko artefakty i mnóstwo okrwawionych strzępów.

Sieć też się przepaliła. Gdy tylko się z niej wyplątałam, zaczęłam gwałtownie rzygać. Kuba podtrzymał mnie. A potem po prostu się rozryczałam.

Tak zastały nas w końcu służby ratunkowe, którym udało się dostać na dach po częściowo zawalonych schodach.

Pochowaliśmy Miriam z pełnymi honorami państwowymi, a potem rząd zapytał, czy nie chcielibyśmy przejąć działu technologicznego w agencji. Do dziś nie wiem, dlaczego się zgodziłam, po tym, co się stało i po tym jaką traumą była nasza działalność za dzieciaka. Teraz, po upływie kolejnych pięciu lat, cieszę się jednak. Na twarzy dalej mam widoczne blizny od poparzeń po wybuchu, ale noszę je raczej jak wojenne znamię niż jak coś, czego trzeba się bać czy wstydzić.

Po wszystkim przeszukaliśmy gabinet Achleona i odkryliśmy, gdzie ukrywali się pozostali przy życiu Fryxelianie. Agencja objęła ich ochroną, zostali zaszczepieni na nasze choroby, otrzymali mieszkania i pracę w swoich specjalnościach. Byli oporni, zawrócił im w głowie przedstawiając nas jako potwory. Lata pracowaliśmy nad tym, żeby znów nam zaufali. Chyba stało się to, kiedy pierwszy nowy Fryxalianin przyszedł na świat, co świętowała cała planeta.

Wygraliśmy więc. Kolejny raz.  

Koniec

Komentarze

Na nim z kolei wyświetlała się ogromna mapą stolicy i dziesięć portretów. – Literówka.

 

Fryxelianie całkiem dobrze zdążyli zaprogramować obroże maskujące na nasz wygląd. – Tutaj czegoś za dużo.

 

Nie tylko chronił mnie przed atakami różnymi formami energii – Różnych form?

 

…w oddali słychać już było sygnały służb ratunkowych – To samo denerwuje mnie w filmach. Ledwo coś się wydarzy, a dosłownie chwileczkę później pędzą już wszelkie służby ratunkowe. Gdyby w rzeczywistości tak to działało…

 

Nie byliśmy już dziećmi i szybciej podejmowaliśmy decyzjęTu chyba bez ogonka, gdyż chodzi o wiele decyzji.

 

Zapomniałam, o trzecim artefakcie, który miała ze sobą Miriam. – Chyba zbędny ten przecinek.

 

Byli oporni, zawrócił im w głowie przedstawiając nas jako potworów. – Jako potwory.

 

Hej!

Technicznie napisane całkiem dobrze, czyta się płynnie i bez zgrzytów. Co do treści…

Dla mnie to taki średniej klasy film. Czyli można obejrzeć, ale w pamięci na dłużej nie zostanie. Grasz na wielce ogranych motywach. Ten dobry okazuje się na końcu tym złym (czułem to już gdy tylko wszedł do szpitalnego pokoju), więc nie było żadnego zaskoczenia. Złoczyńca stoi triumfalnie nad teoretycznie przegranymi a ktoś musi wypowiedzieć kwestię: Dlaczego!? No oklepane to niemiłosiernie. Bohaterowie, ich siedziba, szykowanie uzbrojenia, intryga (jak pisałem łatwa do przewidzenia), ostateczne starcie i koniec już zupełnie rodem z filmu, czyli dwójka wtulonych kochanków i przyjazd służb ratunkowych.

W całość wplotłaś obcą rasę, podobną do jaszczurów, i artefakty dzięki którym bohaterowie władali super mocami. Niby fajne, jednak to również trąci schematem.

Po wstępie, który napisałaś, myślałem, że tekst będzie przeciwieństwem standardowych opowieści o dzieciach ratujących świat. Że z nich zadrwisz, przeobrazisz, obrócisz w żart. Okazało się jednak, przynajmniej według mnie, że zrobiłaś wszystko to samo jeno dodałaś bohaterom piętnaście lat. Może taki był zamysł i tak miało to wyglądać a ja nastawiając się na coś innego poczułem lekki zawód…

Reasumując. Dobrze napisane, do przeczytania, ale wielkiego wrażenia na mnie nie wywarło.

Pozdrawiam!

Cześć, Realuc, widzę, że nie tylko ja latam po forum o tej niemiłosiernie wczesnej porze. :)

 

Poprawki zaraz naniosę, a co do reszty, to przyznam, że z początku też tak myślałam – że to będzie raczej drwina z tych wszystkich opowieści. To podczas pisania jakoś tak wyszło, że drwina stała się grą na ogranych motywach – bo przecież wiem, że wymienione takie są. Najwidoczniej jednak nie poszło mi zbyt dobrze pokazanie tego, że to właściwie o to chodziło. Żeby w atmosferze tej słynnej “dorosłości” pokazać ludzi po – jakby nie patrzyć – traumatycznych przejściach, którzy raz jeszcze wracają uratować (swój) świat, tylko dlatego, że nie ma nikogo innego, kto mógłby to zrobić. I że niewiele się w tej kwestii zmienia. Może to drwina z tego, że nie potrafimy wierzyć, że historie dla nastolatków byłyby możliwe? :p

Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że ponoć wszystko już wymyślono i nikt już nigdy nie napisze nic nowego. ;)

I muszę przyznać, że mimo tych oklepanych motywów, pisanie tego tekstu sprawiło mi mnóstwo frajdy!

 

W każdym razie dziękuję za opinię!

Zostaw ten żyrandol.

Cześć, Realuc, widzę, że nie tylko ja latam po forum o tej niemiłosiernie wczesnej porze. :)

Ja dziś wstałem o 4:45 więc dla mnie to już środek dnia :D Ale zgadzam się, nie jest to normalne :P

 

Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że ponoć wszystko już wymyślono i nikt już nigdy nie napisze nic nowego. ;)

Ach, nie przesadzajmy. Kiedyś zastanawiałem się, czy łatwiej było wynaleźć przysłowiowe koło w warunkach, kiedy nie było prawie niczego, czy dziś łatwiej wynaleźć jest coś, czego jeszcze nie ma, gdy tak wiele już jest. Owszem, działamy na schematach, często bezwarunkowo i nieświadomie, ale myślę, że jeszcze trochę nowych, uniwersalnych rzeczy będzie nam dane przeczytać :) Oczywiście, że nikt nigdy nie będzie w stanie napisać książki, w której każde słowo będzie innowacyjne. Ale zawrzeć w niej takie elementy jest jak najbardziej możliwe :)

 

I muszę przyznać, że mimo tych oklepanych motywów, pisanie tego tekstu sprawiło mi mnóstwo frajdy!

I to jest najważniejsze!

Pozdrawiam raz jeszcze :)

 

Napisałam ponoć, bo jako inżynier średnio wierzę w to, że rzeczywiście nic nowego stworzyć już nie można. Myślę jednak, że rzeczywiście jest to coraz trudniejsze, szczególnie jeśli o pracę "twórczą" chodzi i na to chciałam zwrócić uwagę. ;) 4.45! Potworność!

Zostaw ten żyrandol.

Hmmm. Całkiem przyzwoity akcyjniak. Ale coś mi się widzi, że stoi na fundamentach z piasku. No, jak można nie pomyśleć, że bakterie, wirusy, pierwotniaki, grzyby i inne cholerstwa mogą zaszkodzić innej rasie? Czy gdybyś była astronautką i napotkała żywą planetę z 20% tlenu w atmosferze, wyszłabyś z rakiety bez kasku?

Nie kupuję argumentu, że nikt o tym nie pomyślał. Wystarczy jako tako znać historię Ameryk i Australii. Sama czytałam jakieś SF, w którym o tym pomyślano, więc ludzie przygotowujący wyprawę kosmiczną też powinni o tym wiedzieć.

Coś takiego od biedy ujdzie w powieściach dla nastolatków, ale piętnaście lat później będzie wyglądać naiwnie.

Dlaczego Achelon musi się maskować na własnej planecie?

Czy w pokojach szpitalnych są szafy z cywilnymi ubraniami? Szafki jak w biurku – owszem, ale nie przypominam sobie nic większego do użytku pacjentów. Tym bardziej, że ciuchy przywożonych tam ludzi pewnie często bywają ubłocone lub zapaprane płynami ustrojowymi.

Ale technicznie całkiem przyzwoicie. Tylko styl jeszcze niewyrobiony, trochę jakby sztywnawy.

Babska logika rządzi!

Nie no, zdejmowanie kasku od ręki to raczej średni pomysł – co pokazuje tak nauka, jak i wszelkie możliwe filmy czy książki, w których bohaterowie ochoczo to robią. Jednak tu nie pada też stwierdzenie, że zrobili to od razu. Sprawa, jak doszło do zakażenia, nie jest tu szczegółowo opisana i przyznam, że zwyczajnie niezbyt ją przemyślałam. Niekoniecznie też bakterie i tak dalej musiały pochodzić “spod zdjętych kasków”. Na częściach zewnętrznych, wyposażeniu czy sprzęcie z pewnością też trochę tego było. Może pomyślano, ale niezbyt dokładnie? A może właśnie ta sprawa była przyczyną wątpliwości grup Fryxelian co do zamiarów Ziemian? Mogłam pewnie poświęcić tej kwestii trochę więcej słów i w ogóle więcej myśli.

Co do maskowania, to wcale nie tak, że musi to robić, szpital na samym początku odwiedza zresztą w swojej prawdziwej formie. Jednak często było to zdecydowanie wygodniejsze, ponieważ sądzono, że to jedyny przedstawiciel swojej rasy – wzbudzał dużo zainteresowania, które nie zawsze było pożądane.

Jeśli chodzi o szpital, to przyznam, że nie wiem. Uchowałam się, na szczęście, nigdy w żadnym nie leżąc (a przynajmniej nie w wieku, w którym mogłabym to zapamiętać), jednak oczywiste wydało mi się, że rzeczy pacjenta są przechowywane gdzieś w jego pokoju. Mój błąd, jeśli tak nie jest!

 

Dzięki za poświęcony czas. Nad stylem wciąż pracuję. ;)

Zostaw ten żyrandol.

No, ja raczej starałabym się izolować od obcego powietrza. Przynajmniej dopóki nie sprawdzę na myszach czy innych zwierzątkach, jak zareagują. I nie dopuszczałabym do mieszania się atmosfery planety z mieszanką na statku. Śluza, czyszczenie skafandrów, te rzeczy… Żeby coś się dostało na częściach zewnętrznych, to musiałoby przetrwać start, próżnię i lądowanie. Cholera, to byłby prawdziwy potwór… Niesporczak?

OK, jeśli coś takiego miało miejsce, to w porządku – o tym można było nie pomyśleć.

Babska logika rządzi!

Podzielam zastrzeżenia Finkli, wszystko, co wysyłają w kosmos, a na obcą planetę w szczególności montowane jest w maksymalnie sterylnych warunkach. No, oprócz tesli Muska. ;)

Czytało się dobrze, trochę naiwne, ale z drugiej strony wszystkie historie o superbohaterach tak mają. Z tą obcą planetą zaskoczyłaś. Myślałam, że to obcy pojawili się u nas. :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Ano wyszło trochę naiwnie ;) Dzięki za odwiedziny!

Zostaw ten żyrandol.

Jak na taką tematykę – to czytało mi się nieźle. Wciągające. Przyczepiłbym się kompozycji – coś, co zwykle jest wprowadzeniem do historii (poznanie bohaterów, nakreślenie konfliktu) trwa tu większość opowiadania, a właściwa akcja to sama końcówka.

zygdryd89, muszę się zgodzić odnośnie kompozycji, zastanawiałam się, czy coś z tym robić, bo zauważyłam od razu. Nie byłam jedynie pewna, czy to realnie problem – z jakiegoś powodu bardzo mi to tutaj pasowało.

Dzięki za komentarz, cieszę się, że mimo tematyki nie czytało się tragicznie. ;)

Zostaw ten żyrandol.

No cóż, tytuł sugeruje wiele, więc niewiele spodziewałam się po tekście – nic mnie w nim nie zaciekawiło ani nie zaskoczyło, bo wszystko, co napisałaś, zostało skrojone na miarę małoletnich odbiorców.

W jednym z komentarzy wyznałaś: …pisanie tego tekstu sprawiło mi mnóstwo frajdy! – a ja wolałabym, aby autor tworzył w mękach, ale żeby jego ukończone dzieło wzbudzało powszechny zachwyt.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

– Gdzie jestem? – szepnęłam, otwierając oczy. Minęła chwila, zanim przyzwyczaiły się do światła. Pokój był niezwykle jasny, sterylny, z ręki sterczała mi rurka, urządzenie obok pikało cyklicznie. Szpital. Wzdrygnęłam się. Reakcja ta towarzyszyła mi od czasów, kiedy bywałam w takich miejscach średnio raz w tygodniu. ―> Unikaj zapisywania narracji razem z didaskaliami. Winno być:

– Gdzie jestem? – szepnęłam, otwierając oczy.

Minęła chwila, zanim przyzwyczaiły się do światła. Pokój był niezwykle jasny, sterylny, z ręki sterczała mi rurka, urządzenie obok pikało cyklicznie. Szpital. Wzdrygnęłam się. Reakcja ta towarzyszyła mi od czasów, kiedy bywałam w takich miejscach średnio raz w tygodniu.

 

Nie zdą­ży­łam skoń­czyć pisać SMS-a, nim drzwi po­now­nie się otwo­rzy­ły… ―> Nie zdą­ży­łam skoń­czyć pisać SMS-a, a drzwi po­now­nie się otwo­rzy­ły

 

Ktoś zabił na­szych agen­tów, a potem wziął się za tro­pie­nie po­zo­sta­łych… ―> Ktoś zabił na­szych agen­tów, a potem zabrał się do tro­pie­nia po­zo­sta­łych

 

Zmie­ni­łam szpi­tal­ne ubra­nia na moje wła­sne… ―> Zmie­ni­łam szpi­tal­ne ubra­nia na moje wła­sne

Ubrania wiszą w szafie, leżą na pólkach i w szufladach. Odzież, którą mamy na sobie to ubranie.

 

we­pchnę­ła Kubie i mi do rąk po pu­deł­ku. ―> …we­pchnę­ła do rąk, Kubie i mnie, po pu­deł­ku. Lub: …we­pchnę­ła nam do rąk po pu­deł­ku.

 

wy­cią­ga­jąc ze swo­je­go kar­to­nu na­szyj­nik wiel­ko­ści pię­ści. ―> Co to znaczy, że naszyjnik był wielkości pięści?

 

Mu­zy­ka dud­ni­ła ze wszyst­kich klu­bów na raz i mie­sza­ła się ze sobą… ―> Mu­zy­ka dud­ni­ła ze wszyst­kich klu­bów naraz i mie­sza­ła się ze sobą

 

a potem wra­cać na pie­szo do domu. ―> Wystarczy: …a potem wra­cać pie­szo do domu.

 

scho­wa­ne­go pod moimi ubra­nia­mi na­szyj­ni­ka… ―> …scho­wa­ne­go pod moim ubra­niem na­szyj­ni­ka

 

w moją stro­nę znowu po­le­ciał stru­mień ener­gii. Od­sko­czy­łam i od razu rzu­ci­łam się w stro­nę Achle­ona… ―> Powtórzenie.

 

Po­le­cia­łam na zie­mię. ―> A nie na dach?

 

Zo­sta­łem ja i garst­ka mi po­dob­nych… ―> Zo­sta­łem ja i garst­ka mnie po­dob­nych

 

Nie mo­że­cie mi już za­gro­zić, mówił tym samym. ―> Co to znaczy, że mówił tym samym?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, że (jak zawsze) znalazłaś chwilę, żeby przeczytać i rzucić obszernym komentarzem. Poprawki naniosę w wolnej chwili, ale w międzyczasie muszę się czepić tego pisania w mękach. To, co powiedziałaś z perspektywy czytelnika jest jak najbardziej zrozumiałe, ale myślę, że jednak na portalu, gdzie znaczna część ludzi to amatorzy, chyba frajda też się liczy.

Choć zapewne i tak wszyscy mamy wielką nadzieję, że da się tę frajdę i dobre pisanie jakoś połączyć. ;)

Zostaw ten żyrandol.

…na portalu, gdzie znaczna część ludzi to amatorzy, chyba frajda też się liczy.

Nie wiem, nigdy nie pisałam. :(

 

Verus, tu wszyscy są amatorami, tu nie ma zawodowców. I owszem, wypowiedziałam się jako czytelniczka, ale jednocześnie amatorka dobrych opowiadań. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

To teraz jestem zszokowana, bo faktycznie nie wyłapałam, że nie masz tu żadnego opowiadania!

 

A co do amatorów, to miałam na myśli, że poza takowymi, mamy też jakichś ludzi publikujących, co niekoniecznie znaczy zawodowców. :)

Zostaw ten żyrandol.

Werus, napij się zimnej wody, szok minie, ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka