- Opowiadanie: Anelis - Morski Rubin

Morski Rubin

Opowiadanie miało z założenia być “lekkie” i przygodowe. Jest to mój debiut, jeśli chodzi o klimat piracki czy morski. Będę więc szczególnie wdzięczna za uwagi dotyczące właśnie kwestii żeglarskich i zbudowania klimatu, ale oczywiście z góry dziękuję za wszystkie komentarze ;)

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

Użytkownicy, Finkla

Oceny

Morski Rubin

– Przypłynął zaraz po sztormie, to musi być przeklęta łajba, mówię wam.

– Pewnie przeczekiwał sztorm gdzieś niedaleko i dopiero teraz mógł dopłynąć tutaj.

– Te czerwone żagle przyprawiają o dreszcze…

– Hej, mała, co tak stoisz? Przynieś więcej piwa!

Drgnęłam, gdy mężczyzna trzasnął ręką o stół tuż koło mnie. Pospiesznie zabrałam jego pusty kufel i zwinnie przemknęłam przez zatłoczoną salę do kontuaru, gdzie pracował Tommy, mój kuzyn starszy ode mnie o kilka lat. Oprócz stałych bywalców nie brakowało wielu marynarzy, których statki nie opuściły jeszcze bezpiecznego portu po niedawnym sztormie. Robiło się coraz bardziej duszno i głośno, ale przynajmniej oznaczało to większy zarobek dla naszej rodziny.

– Uważaj, Liz – ostrzegł Tommy, podając mi z powrotem napełniony kufel. – Lepiej nie obsługuj tamtych w rogu, zostaw ich Ricky'emu.

Obejrzałam się przez ramię w kierunku, który wskazał mi kuzyn. Zebrani tam marynarze wyglądali, jakby już wypili za dużo. U niektórych dało się dostrzec noże przy pasie oraz zarys pistoletu ukrytego pod koszulą. Piraci z reguły sprawiali największe problemy, lecz często zostawiali całkiem sporo srebra. Choć nie byłam już dziewczynką i całkiem nieźle potrafiłam o siebie zadbać, nie ryzykowałam bliższych kontaktów z uzbrojonymi mężczyznami w takim stanie.

– Wiadomo – rzuciłam tylko do Tommy'ego z uśmiechem.

Wróciłam do stołu, przy którym paru miejscowych rybaków w dalszym ciągu rozmawiało o statku, który o zmierzchu przybił do portu. Akurat dosiadł się do nich jeszcze jeden mężczyzna.

– To Morski Rubin – wtrącił się do rozmowy. – Jak mogliście wcześniej o nim nie słyszeć? To flagowa łajba Johna ”Pogromcy Burz” Storma. Lepiej z nim nie zadzierać. Nie zjawia się tutaj zbyt często, ale powiadają, że sieje postrach na wielu wyspach i wybrzeżach.

– Pogromca Burz? Słyszałem. Nosi się w czerwieni, prawda?

– Powiadają, że farbuje żagle krwią wrogów…

Wezwano mnie do innego stołu, a szum głosów szybko zagłuszył rozmowę, gdy się oddaliłam. Morski Rubin… Ktoś już wspominał tę nazwę parę razy. Kto? Kiedy? Nie miałam pojęcia. Wieczory spędzane na pracy w tawernie zlewały się w jedno. Nawet zanim mama i wuj pozwolili mi pracować, ukrywałam się czasem tuż przy wyjściu z zaplecza, by wychwycić choć urywki porywających opowieści snutych przez marynarzy. Gdy w końcu kładłam się do łóżka, zamykałam oczy i wyobrażałam sobie, że przeżywam niezwykłe przygody na statkach sunących po bezkresnych morzach lub na tajemniczych wyspach skrytych wśród mgieł – tak jak mój ojciec. Matka nigdy nie chciała o nim mówić. Raz tylko udało mi się podsłuchać, jak wuj podczas kłótni wspomniał o czerwonych żaglach i pirackiej krwi. Wątpiłam, by wiele więcej statków o czerwonych żaglach żeglowało na tych wodach. Mój ojciec mógł więc nadal służyć na Morskim Rubinie, a ja po prostu nie wybaczyłabym sobie, gdybym zaprzepaściła tę szansę na poznanie go.

Mama i wuj dalej nie pozwalali mi samej chodzić do portu, chociaż skończyłam już szesnaście lat. Twierdzili, że zarówno zwykli marynarze, jak i piraci są równie niebezpieczni dla takiej młodej dziewczyny jak ja. Jeżeli jeszcze usłyszeli o Morskim Rubinie cumującym w porcie, pewnie nie wypuszczą mnie z domu, póki statek o czerwonych żaglach wraz ze swoją podejrzaną załogą nie zniknie na horyzoncie. Nie zamierzałam na to pozwolić.

Chociaż próbowałam jak najczęściej przechodzić koło miejscowych rybaków, nie usłyszałam nic więcej o Morskim Rubinie. Z wielu rozmów coraz mniej dało się zrozumieć, gdy alkohol plątał ludziom języki. Z czasem ruch w tawernie zaczął się zmniejszać, aż wreszcie wuj zza kontuaru dał mi znak, że mogę skończyć pracę na dzisiaj. W kuchni zastałam jeszcze mamę i ciotkę zajmujące się ostatnimi porządkami. Gdy mama z uśmiechem życzyła mi dobrej nocy, poczułam bolesne wyrzuty sumienia. Całe życie marzyłam o poznaniu swojego ojca, a ona nigdy nie chciała o nim rozmawiać. Każde moje pytanie ucinała stwierdzeniem, że nie mam ojca. W pewnym wieku dowiedziałam się jednak, że każdy ma ojca i nie dałam się zbyć. Mama w końcu dała mi wisiorek z małą, rubinową kropelką. Powiedziała wtedy, że dostała go od mojego ojca. Poradziła mi, bym sprzedała tę błyskotkę, raz na zawsze zapomniała o ojcu, a za zdobyte pieniądze kupiła sobie suknię, która przyciągnie uwagę przystojnych kawalerów.

Potrafiłam zrozumieć, że mama z jakiegoś powodu nie chciała wspominać tamtych wydarzeń. Za to nikt z mojej rodziny nie potrafił zrozumieć, że ja potrzebowałam ojca. Nie chodziło nawet o to, by na stałe zagościł w moim życiu. Gdzieś w środku miałam pustkę w miejscu, gdzie powinny znajdować się jakiekolwiek wspomnienia o ojcu. Skoro mama odmawiała wypełnienia tej pustki swoją opowieścią, zamierzałam zająć się tym sama. A wisiorek mógł stać się kluczem do tej tajemnicy.

Nie wzbudzając podejrzeń, zamknęłam się w swoim malutkim pokoju. Przyniesiony kaganek odłożyłam na półkę. Drgający płomień wyłaniał z ciemności skromne posłanie, skrzynię oraz niewielkie lustro powieszone na ścianie. Odetchnęłam głęboko. Bywało, że wracałam do pokoju tak zmęczona, że właściwie już w półśnie wsuwałam się pod koc. Dzisiaj jednak przepełniała mnie energia, a serce biło szybkim, niecierpliwym rytmem. Spojrzałam w lustro. Długie, kasztanowe włosy splątały się podczas pracy w głównej sali. Rozczesałam je starannie przy migotliwym świetle, po czym zaplotłam w warkocz. Zależało mi na tym, żeby prezentować się jak najlepiej, jeśli jakimś cudem uda mi się odnaleźć ojca. Zmieniłam koszulę na nową i nerwowo wygładziłam materiał. Po chwili wyciągnęłam na wierzch wisiorek z rubinową kropelką, który zawsze nosiłam na szyi – z reguły tak, by mama go nie zauważyła. Raz jeszcze odetchnęłam głęboko. Byłam gotowa.

Nie pierwszy raz wymykałam się z pokoju, choć częściej robiłam to w ciągu dnia. Po skrzyni łatwo dało się dostać do położonego wyżej okna. Potem pozostawało przecisnąć się na drugą stronę, opuścić na beczkę, po czym przymknąć okiennice od zewnątrz. Poprawiłam spódnicę i ruszyłam w drogę do portu. Ciemne, opustoszałe ulice sprawiały dość niepokojące wrażenie, ale skupiałam się tylko na myśli o odnalezieniu ojca. Gdy delikatne pluskanie fal oraz skrzypienie drewnianych kadłubów stało się wyraźniejsze, wiedziałam, że znajdowałam się blisko celu.

– Czyżbyś zabłądziła… panienko? – usłyszałam nagle.

Pogrążona we własnych myślach, nie dostrzegłam dwóch mężczyzn opierających się o ścianę magazynu. Jeden z nich trzymał w połowie pełną butelkę rumu. Mężczyźni – pewnie piraci, ponieważ mieli przy pasach kordelasy – podeszli bliżej, zagradzając mi drogę w wąskiej uliczce. W ich ruchach dało się już dostrzec pewną ociężałość wynikającą z ilości wypitego trunku, ale nie dość, by stali się niegroźni.

– Nie zabłądziłam – odparłam z godnością.

Jakkolwiek chciałabym wyminąć któregoś z mężczyzn, znalazłabym się na wyciągnięcie jego rąk. To nic takiego. Po prostu wycofam się i znajdę inną drogę. Postąpiłam parę kroków do tyłu, a piraci ruszyli za mną.

– Gdzie uciekasz, przecież nie jesteśmy straszni – odezwał się jeden z nich zachrypniętym głosem i pociągnął duży łyk z butelki. – Brakuje nam takiego… ładnego towarzystwa. Ach, gdzie moje maniery. Proszę. – Wyciągnął butelkę w moją stronę.

– Nie, nie, dziękuję – wymamrotałam z mniejszą dozą pewności. – Muszę już iść.

Odwróciłam się na pięcie i ujrzałam kolejnego pirata wyłaniającego się zza zakrętu. Wiedziałam, że powinnam uciekać, ale rosnąca panika skrępowała moje ciało niewidzialnymi więzami. Trzeci z mężczyzn stanął tuż koło mnie. Czułam jego cuchnący oddech.

– Zostawić was na chwilę, a już znajdziecie jakąś panienkę – stwierdził z urazą do kolegów, po czym spojrzał na mój dekolt. – A cóż to dopiero za ślicznotka…

Zanim zdążyłam zareagować, zerwał mi z szyi rubinowy wisiorek. Oczy pirata zabłysły, gdy obejrzał zdobycz lśniącą w świetle księżyca. Panika w jednej chwili ustąpiła miejsca wściekłości. Z całej siły kopnęłam mężczyznę w krocze, wbiłam mu łokieć w twarz i odebrałam swoją własność. Zaciskając rubin w pięści, puściłam się biegiem przez ulice. Słyszałam przekleństwa obolałego pirata oraz tupot stóp goniących mnie dwóch pozostałych. Coś krzyczeli, ale wolałam nie skupiać się na ich zrozumieniu. Nagle poślizgnęłam się na mokrym bruku. Upadłam na ziemię, zdzierając sobie skórę. Wstałam pospiesznie, zerkając za siebie. Piraci byli tuż za mną. Pomknęłam za najbliższy zakręt… i wpadłam na kogoś. Zatoczyłam się na ścianę, a to opóźnienie wystarczyło, by prześladowcy mnie doścignęli. Zamiast mnie złapać, zatrzymali się jednak parę kroków dalej.

– Ta dziewczyna nie wygląda, jakby życzyła sobie waszego towarzystwa – oznajmił zdecydowanym głosem mężczyzna, który stanął mi na drodze. – Chyba powinniście już iść.

– Tak… Tak, już idziemy – wymamrotali i ku mojemu zdumieniu oddalili się pokornie.

Niepewnie podniosłam wzrok na mojego wybawiciela. Zarówno włosy, jak i brodę miał starannie przystrzyżone, co rzadko widywało się w tym porcie. Płaszcz w kolorze głębokiej czerwieni opinał szerokie barki, a przytroczony do pasa kordelas wydał mi się większy i ozdobniejszy niż większość, które widziałam.

– Kapitan… Kapitan Storm? – wydusiłam z siebie.

– We własnej osobie. – Uśmiechnął się nieznacznie.

– Ja… Mhm… Dziękuję.

– To chyba nie jest najlepsza pora na samotny spacer?

– Tak, ja… Ja… Chciałam się dostać na Morski Rubin – wyjąkałam.

Spojrzał na mnie z wyraźnie większym zainteresowaniem.

– A cóż takiego chciałabyś tam znaleźć? – zapytał.

– Ojca – wypaliłam, a pirat uniósł brwi.

W dłoni wciąż ściskałam swój wisiorek. Tamci trzej próbowali mi go ukraść… Czy mogłam bez obaw pokazać mały rubin kapitanowi? Wyglądał na osobę, która zawsze dostaje, czego chce… ale również na osobę, która nie zniża się do wyrywania drobnych błyskotek bezbronnym dziewczynom. Poza tym, musiał znać swoją załogę. Mógł być moją największą szansą na odnalezienie ojca.

– Wiem, że mój ojciec służył na Morskim Rubinie – podjęłam niepewnie. – Może nadal służy. Dał mojej matce ten wisiorek. – Powoli rozprostowałam palce, by odsłonić rubin leżący na dłoni. – To jedyny ślad, jaki mam. Proszę, pomożesz mi go odnaleźć?

Mężczyzna przyjrzał się wisiorkowi, po czym przesunął wzrokiem po całej mojej sylwetce.

– Proszę… – powtórzyłam żałośnie.

– Dlaczego chcesz go odnaleźć? – spytał.

– Chcę wiedzieć, kim był. Potrzebuję tego – wymamrotałam.

– Dobrze. Przyjdź na nabrzeże jutro w południe, a dowiesz się.

– Naprawdę? Dziękuję!

– Wracaj do domu. Port w środku nocy nie jest dobrym miejscem dla młodej dziewczyny.

– Oczywiście, dziękuję!

Spokojnym krokiem pokonałam najbliższy zakręt, a potem pobiegłam prosto do domu. W południe miałam dowiedzieć się, kim był mój ojciec. Ten dzień w końcu nadchodził! Nie miałam tylko pojęcia, jak zdołałam wymknąć się z domu w ciągu dnia…

 

 

Wszystko wskazywało na to, że mama nie usłyszała nic o Morskim Rubinie cumującym w porcie. Skoro tak bardzo nie chciała wspominać mojego ojca, pewnie byłaby spięta, gdyby wiedziała, że może być w mieście. Zamiast tego miała dobry humor i nie ganiła mnie, chociaż stłukłam dwie butelki. Nie mogłam się skupić, w głowie wciąż na nowo przeżywałam moją nocną przygodę.

Wuj wraz ze swoimi dwoma synami późnym rankiem pojechał wozem po zapas alkoholu, warzyw i owoców, a ja z mamą oraz ciotką przygotowywałam gar potrawki na wieczór. Cały czas próbowałam wymyślić powód, dla którego mogłabym opuścić tawernę. Kolejne godziny mijały. Nie mogłam przecież nie przyjść na spotkanie z kapitanem Stormem. Taka szansa już się nie powtórzy! Modliłam się gorliwie o cud i cud mnie uratował – tuż przed południem.

– Liz, skończyło się chili – odezwała się matka, oglądając pusty słoik. – Pójdź szybko na targ.

– Oczywiście, mamo, już idę – zgodziłam się ochoczo.

Zarówno mama, jak i ciotka spojrzały na mnie podejrzliwie, słysząc ten entuzjazm, ale nie mogły domyślić się powodu.

– Tylko idź prosto na targ i wracaj tutaj – nakazała mama, podając mi małą sakiewkę z paroma monetami. – Uważaj na siebie.

– Nic mi się nie stanie – zapewniłam. – Nie martw się.

Znowu dopadły mnie wyrzuty sumienia, lecz zdusiłam je w sobie. Gdy wyszłam z tawerny, udałam się jedną przecznicę w stronę targu, po czym okrężną drogą pobiegłam do portu. W nocy ulice były opustoszałe – teraz pełne ludzi i zwierząt. Przepychałam się, słysząc czasem kierowane w moją stronę przekleństwa. Musiało być już południe. Nie mogłam pozwolić, by moja jedyna szansa przeminęła!

Wypadłam na nabrzeże, gdzie statek o czerwonych żaglach od razu rzucał się w oczy. Wymijałam żeglarzy, lawirowałam między beczkami, aż wreszcie trafiłam na odpowiedni pomost. Morski Rubin zdawał się już gotowy do rejsu. Właśnie odwiązywano ostatnie cumy, ale Pogromca Burz stał jeszcze przed trapem. Zatrzymałam się przed nim, z trudem łapiąc oddech.

– Zdążyłaś w ostatniej chwili – stwierdził.

– Przepraszam… – wydyszałam. – Kim jest mój ojciec? Czy jest na tym statku?

Pirat objął wzrokiem Morski Rubin, a potem spojrzał w dół na swoje stopy.

– W tej chwili nie jest na statku – oznajmił lekko rozbawionym głosem.

Zmęczona po biegu, nie zrozumiałam, co mogły oznaczać te słowa.

– Ja jestem twoim ojcem – oświadczył spokojnie. – Pamiętam, jak dałem twojej matce ten rubin – dodał, patrząc na wisiorek, który znów bezpiecznie spoczywał na mojej szyi. – Chciałem poznać cię wcześniej, ale twoja matka mi na to nie pozwoliła.

Patrzyłam na niego oniemiała. Mój… ojciec… Dopiero teraz, przy świetle dnia dostrzegłam, że ma włosy w tym samym kolorze co ja. Więcej podobieństw jednak nie widziałam. To nieważne. Miałam ojca! I do tego sławnego kapitana! Wiedziałam, że był kimś niezwykłym, po prostu zawsze to czułam.

– Dlaczego nie powiedziałeś w nocy? – wybąkałam.

– Bo uznałem, że dzień jest odpowiedniejszą porą na takie rozmowy. I miałem też czas, by kupić coś specjalnie dla ciebie.

Nie zauważyłam wcześniej, że trzymał czerwony materiał przewieszony przez rękę. Teraz wyciągnął go w moją stronę i przekonałam się, że to płaszcz o odcieniu głębokiej czerwieni. Z wahaniem przyjęłam dar.

– No dalej, przymierz – poradził.

Niepewnie włożyłam nowy płaszcz. Pasował, jakby był dla mnie stworzony.

– Dziękuję – wyjąkałam.

Myślałam, że gdy znajdę ojca, będę miała mu wiele do powiedzenia, ale teraz z trudem znajdowałam jakiekolwiek słowa. Mężczyzna z aprobatą skinął głową, gdy przyjrzał mi się w nowym stroju.

– Kapitanie, musimy wypływać! – zawołał ktoś ze statku.

– Jeszcze chwila! – odkrzyknął Storm.

– Już odpływasz? – zapytałam cicho. – Kiedy wrócisz?

– Nie wiem, czy kiedykolwiek… Płyń ze mną. – Położył mi dłoń na ramieniu. – Zdobyłem wszystkie wskazówki do zdobycia najcenniejszego skarbu tych wód. Płyń ze mną, córko. Bądź tam ze mną.

– Co? – Myślenie przychodziło mi z trudem. – Ale ja nie mogę… Mama…

– Przecież jeszcze tu wrócisz. Chciałbym, aby moja córka była ze mną w chwili mojego triumfu. Zostanę królem tych wód, a ty zostaniesz księżniczką u mojego boku. Wiem, że nie było mnie przy tobie, lecz chcę to zmienić. Po to tu przypłynąłem. By cię odnaleźć.

Mówił z przekonaniem, a ciężar jego dłoni na moim ramieniu zdawał mi się zaskakująco przyjemny. Szukał mnie… Chciał mnie u swojego boku… Chciał, byśmy razem przeżywali przygody…

– Dołącz do mnie, córko – powtórzył. – My musimy już odpływać, więc ty musisz podjąć decyzję.

Zostaliśmy na kei sami. Mój ojciec wycofał się na trap, patrząc na mnie wyczekująco. Czerwone żagle łopotały na wietrze. Zawsze marzyłam o poznaniu ojca, a teraz… teraz miałam go na wyciągnięcie ręki. Marzyłam o takim życiu… Sama mogłabym stać się bohaterką historii, których uwielbiałam słuchać. A co z mamą? Chciała dla mnie jak najlepiej, więc nie zabraniałaby mi podążać za marzeniami, prawda? Przy wuju i ciotce nic jej nie groziło. Nie pożegnałyśmy się właściwie, ale… wrócę tu jeszcze. Pewnie będzie się martwić… Gdy nie zjawię się z powrotem w tawernie, zaczną mnie szukać. Podczas biegu do portu i w samym porcie potrąciłam tyle osób, że na pewno uda im się odkryć, gdzie trafiłam. Domyśli się, że jestem z ojcem. Może ona pragnęła o nim zapomnieć, ale to był mój ojciec… Miałam prawo spędzić z nim trochę czasu. I on chciał poznać mnie już wcześniej. A moja matka mu nie pozwoliła, mimo że wiedziała, jak bardzo o tym marzyłam!

– Płyniesz ze mną? – odezwał się znów kapitan, wyciągając do mnie rękę.

Poprawiłam poły czerwonego płaszczu, odetchnęłam, po czym chwyciłam dłoń ojca.

Chwilę później stałam przy burcie, patrząc, jak port zostaje za nami w tyle. Ojciec objął mnie ramieniem.

– Podjęłaś dobrą decyzję – oświadczył.

Uśmiechnęłam się słabo. Gdy mnie puścił, odwróciłam się w stronę pokładu. Piraci wyglądali jak zwykli marynarze, gdy po prostu zajmowali się statkiem. Zauważyłam, że popatrywali na mnie z mieszanymi uczuciami. U niektórych dostrzegłam tylko ciekawość, inni zdawali się nieco wrodzy. Zadarłam głowę, by spojrzeć na trzy wysokie maszty. Wiatr plątał mi włosy, niosąc ze sobą słony zapach morza – znałam ten zapach, ale tym razem był intensywniejszy niż kiedykolwiek. Opuściłam ląd… Jeszcze nigdy nie płynęłam statkiem – nawet małym kutrem rybackim. Z trudem mogłam uwierzyć, że to rzeczywistość, a nie sen.

– Chodź, musisz poznać parę osób – polecił mi ojciec, oddalając się na górny pokład rufowy.

Ruszyłam za nim i niemal natychmiast straciłam równowagę. Póki stałam, nie czułam, że przechyły są aż tak wyraźne. Z trudem stawiałam kroki, choć wszyscy pozostali poruszali się, jakby nie widzieli różnicy między lądem a statkiem. Na dodatek trochę mnie zemdliło. Dotarłam jakoś do schodów, a potem trzymałam się kurczowo poręczy podczas wchodzenia. Wreszcie dołączyłam do ojca, obok którego stało trzech mężczyzn – każdy całkiem inny od pozostałych.

– To moja córka… – zaczął kapitan i zawahał się, nie znając chyba mojego imienia.

– Liz – podpowiedziałam, na co uniósł brwi.

– Liz? Co to za imię?

– Elizabeth… – wymamrotałam zawstydzona jego dezaprobatą. – Ale wolę skrót.

– Niech będzie – zgodził się łaskawie. – To moja córka Liz. Liz, to jest mój pierwszy oficer, Charles Vale.

Pierwszym oficerem okazał się mężczyzna w podobnym wieku co mój ojciec. Na twarzy ogorzałej od słońca dało się już dostrzec zmarszczki, ale budowa ciała wskazywała, że nadal nie brakowało mu siły. Przesunął po mnie bystrym wzrokiem, gdy lekko skinął głową na powitanie.

– To drugi oficer, Edward Avery.

Edward wydawał się ledwie parę lat starszy ode mnie. Młody wiek i smuklejsza sylwetka sprawiały, że wyróżniał się na tle piratów. Uśmiechnął się do mnie pokrzepiająco.

– A to bosman, Thomas White.

Miał całkiem siwe włosy, chociaż nie wydawał się stary. Był szerszy w barkach niż mój ojciec – chyba szerszy niż ktokolwiek na tym statku. Miałam wrażenie, że mógłby połamać mnie jak patyk, gdyby chciał.

– Witamy na pokładzie – rzucił bosman gromkim głosem.

– Edwardzie, zaprowadź moją córkę do kajuty i dopilnuj, by przebrała się w coś odpowiedniejszego na rejs.

– Aye, kapitanie – przyjął drugi oficer, po czym skinął na mnie. – Chodźmy.

Gdy podążałam za nim do wnętrza dwupiętrowego kasztelu, udało mi się już odrobinę lepiej zachowywać równowagę. Dalej jednak lekko mnie mdliło. Wkrótce znalazłam się w malutkim pokoiku – mniejszym chyba nawet od mojej sypialni w tawernie. Na wspomnienie domu coś ścisnęło mnie w środku, ale szybko odepchnęłam te myśli.

Przez małe okienko wpadało światło, które rozpraszało panujący półmrok. Na koi leżał schludnie ułożony koc oraz zawiniątko z poskładanych ubrań. Obok w kąt wciśnięto stolik o niewielkim blacie. Wystroju wnętrza dopełniała zamknięta skrzynia.

– To są ubrania dla ciebie – oznajmił Edward, wskazując na zawiniątko. – Przebierz się w spodnie.

– Spodnie… – powtórzyłam, jednocześnie zaskoczona i trochę podekscytowana.

– Spódnica to nie jest najlepszy ubiór na statku, szczególnie na statku pirackim – wyjaśnił spokojnie mężczyzna, mylnie biorąc mój ton za niechętny. – Poczekam na ciebie na zewnątrz. I… rozgość się, spędzisz tu chyba najbliższe tygodnie. Byłbym wdzięczny, gdybyś tylko nie ruszała moich rzeczy w skrzyni.

Rzuciłam szybkie spojrzenie na skrzynię, a potem na Edwarda.

– To twoja kajuta?

– Owszem.

– Przepraszam, nie chciałam…

– W porządku. – Uśmiechnął się, by podkreślić swoje słowa. – To nic takiego. Kapitan powiedział, że to tylko tymczasowe rozwiązanie. Potem pewnie jakoś znajdziemy dla ciebie inne dobre miejsce.

– Gdzie ty będziesz spał?

– Razem z resztą załogi. Tam też jest całkiem wygodnie, naprawdę. To przebierz się, będę czekać przed drzwiami.

Gdy zostawił mnie samą, przejrzałam przygotowane dla mnie ubrania. Wyglądały na męskie, ale nawet pasowały na mój wzrost. Ojciec musiał je chyba kupić specjalnie dla mnie, bo nie sądziłam, by ktokolwiek jeszcze na tym statku potrzebował tak małego rozmiaru. Nie byłam jakoś szczególnie niska jak na dziewczynę, lecz nie mogłam równać się z krzepkimi mężczyznami stanowiącymi załogę Morskiego Rubinu.

Ściągnęłam stary strój i upchnęłam go w kącie razem z paroma zapasowymi ubraniami z zawiniątka. Włożyłam spodnie, ciemną koszulę oraz otrzymany od ojca płaszcz. Odetchnęłam głęboko. Słuchałam legend o piratkach noszących spodnie i walczących nie gorzej niż ich towarzysze. Mój wuj sprałby mi skórę, gdybym postanowiła pokazać się ludziom w spodniach. Mama także nie byłaby zachwycona. Znowu poczułam ucisk w gardle. Wcisnęłam starą spódnicę jeszcze bardziej w kąt, zakrywając ją innymi rzeczami – tak jakby to miało mi pomóc zepchnąć niechciane myśli gdzieś w głąb. Mama odmówiła mi poznania ojca. Gdy przybył już wcześniej, by się ze mną zobaczyć, uniemożliwiła nasze spotkanie. Dlatego teraz musiałam wyruszyć razem z nim. Mama chyba to zrozumie. Potrząsnęłam głową i zdecydowanie wyszłam na wąski korytarz.

– Całkiem nieźle – przyznał Edward, obejmując mnie wzrokiem. – Teraz wyglądasz już bardziej jak piratka.

– Nie mam broni – stwierdziłam, zerkając na kordelas przytroczony do pasa oficera. – Piraci zawsze mają broń… prawda?

– No… nie do końca „zawsze” – zaśmiał się. – Niewygodnie pracowałoby się na statku, gdybyśmy nosili przy sobie tyle żelastwa. A umiesz w ogóle posługiwać się jakimś ostrzem albo pistoletem?

– Nie. Ale umiem rozkwasić nos komuś, kto nie rozumie, że nie jestem zainteresowana – dodałam na swoją obronę.

– Przydatna umiejętność. – Pokiwał głową z rozbawieniem. – Jeśli ci na tym zależy, mogę później pokazać ci parę ciosów.

Wrócił do kajuty, pogrzebał chwilę w skrzyni, po czym podał mi kord w prostej, skórzanej pochwie.

– Proszę, weź go. Nie przydaje mi się już do niczego, a tobie może jeszcze posłużyć.

– Dziękuję!

Gdy wzięłam broń do ręki, miałam wrażenie, jakby spłynęła na mnie jakaś niewyjaśniona siła. Zamocowałam pochwę przy pasie i wyprostowałam się z dumą. Na razie nie umiałam zbyt sprawnie posługiwać się ostrzem, ale sama jego obecność przy moim pasie sprawiała, że poczułam się pewniej. Edward zaśmiał się tylko, kręcąc głową.

Wyszliśmy znów na pokład, gdzie wciąż przyciągałam spojrzenia załogi. Nie sprawiali wrażenia, jakby widywali kobiety na statku. Czyżby legendy o dzielnych piratkach były całkiem zmyślone? A może po prostu ci konkretni ludzie nie spotkali jeszcze za wiele kobiet parających się pirackim fachem? No to pokażę im, na co mnie stać.

Na chwiejnym pokładzie czułam się coraz lepiej, jednak i tak wolałam się skupić, by nie stracić równowagi na oczach tych wszystkich – w większości nieprzychylnych – mężczyzn. Dołączyłam do ojca, który stał nadal na górnym pokładzie. Dyskutował o czymś ze swoim pierwszym oficerem, ale zamilkł na mój widok. Właściwie sądziłam, że będzie zajmował się kołem sterowym, lecz ta praca spadła na marynarza, którego jeszcze nie poznałam.

Kapitan skinął głową, aprobując mój nowy wygląd, na co zrobiło mi się ciepło w środku. Uniósł jednak brwi, gdy dostrzegł kord u pasa.

– Nie mówiłem nic o broni – zwrócił się suchym tonem do Edwarda, który wyraźnie zbladł.

– Piraci noszą broń – wtrąciłam. – A ja jestem teraz piratką. I chcę się nauczyć walczyć.

– Dobrze, niech będzie – zgodził się, sprawiając wrażenie, jakby stracił zainteresowanie tym tematem.

Skinął na Charlesa i obaj zeszli do pod pokład – pewnie do kajuty kapitańskiej. Nie mogłam ukryć zawodu tym, że tak po prostu się oddalił. Jako kapitan pewnie miał do załatwienia wiele spraw niecierpiących zwłoki… Ale dopiero się odnaleźliśmy po tylu latach. Myślałam, że będzie chciał mnie poznać.

– To może czas na pierwszą lekcję? – spytałam Edwarda z nadzieją, że to odciągnie moje myśli od ojca.

– Nie, jeszcze zdecydowanie za wcześnie. Musisz się najpierw przyzwyczaić do morza.

Jakby na potwierdzenie tych słów, akurat zachwiałam się lekko. Udało mi się ustać, jednak i tak moje policzki poczerwieniały jak nowy płaszcz.

 

 

Początki na morzu nie okazały się tak łatwe jak sądziłam. Problemy zaczęły się, gdy zjadłam skromną kolację. Mój brzuch stwierdził, że nieustanne kołysanie nie sprzyja posiłkowi, więc oddałam go cały prosto w fale – ku uciesze większości piratów. Dopiero na trzeci dzień doszłam do siebie i mogłam zjeść normalne śniadanie. Gdy odzyskałam siły, przekonałam się, że znacznie pewniej poruszałam się już po statku. Co więcej, podobało mi się tutaj. Miałam wrażenie, jakbym urodziła się do tego. Spędziłam na Morskim Rubinie ledwie parę dni, a życie na lądzie zdawało się coraz odleglejszym wspomnieniem. Plusk fal, wiatr we włosach, zapach soli i drewna, skrzypienie desek, przyśpiewki żeglarzy podczas pracy… Niektórzy dalej patrzyli na mnie z niechęcią, ale większość chyba zaakceptowała moją obecność.

Z reguły towarzyszył mi Edward – kapitan chyba kazał mu mieć na mnie oko. Z ojcem wciąż nie widziałam się zbyt często. Jadaliśmy razem posiłki, odkąd mój brzuch przywykł do kołysania, lecz nie rozmawialiśmy wiele. Gdy próbowałam pytać ojca o jego plany, historię czy cokolwiek innego, z reguły dawał dość zdawkowe odpowiedzi lub prosił, bym pozwoliła mu zjeść w spokoju. Nie miał wcześniej córki, pewnie potrzebował czasu, by odnaleźć się w sytuacji.

Próbowałam dowiedzieć się więcej o żeglowaniu, więc podpytywałam marynarzy o zadania, które wykonywali i próbowałam na coś się przydać. Wybierałam tych, którzy wyglądali na miłych i starałam się nie zajmować im zbyt dużo czasu. Widziałam, że zbyt duża ilość pytań potrafiła ich zirytować. Gdy stałam przy jednym tylko chwilę, zdawał się wręcz zadowolony moim zainteresowaniem. Wkrótce zaczęłam pomagać przy wiązaniu oraz zwijaniu lin. Nie było to dużo, lecz czułam się spełniona poprzez choć tak mały związek ze statkiem, którym płynęłam.

Pierwszy oficer Charles Vale spędzał sporo czasu na wyznaczaniu kursu. Trochę obawiałam się tego mężczyzny. Nie dał mi ku temu żadnych konkretnych powodów, po prostu roztaczał taką aurę. Zauważyłam, że piraci czuli wyraźny respekt do nich dwóch – mojego ojca i jego zastępcy. Obaj mieli w sobie coś szczególnego.

Choć bałam się gniewu pierwszego oficera, ciekawość okazała się silniejsza i prowadziła mnie do jego kajuty, gdzie stał przy stole zapełnionym mapami. Grzecznie, cicho pytałam, czy mogę wejść. On tylko podnosił wzrok, kiwał głową, po czym przestawał zwracać na mnie uwagę. Stałam wtedy w milczeniu, próbując zrozumieć jego działania. Wodził po mapach dziwnymi urządzeniami, sprawdzał coś w księgach, czasem notował. Za którymś razem dał mi znak, bym podeszła bliżej.

– Umiesz czytać? – zapytał krótko.

– Tak.

Odwrócił jedną z map w moją stronę.

– Jak myślisz, gdzie jesteśmy?

Pochyliłam się, by lepiej odczytać drobne litery. Nie miałam dużej styczności z mapami, ale zdarzało mi się je już widzieć. Nie rozpoznawałam linii brzegowej, więc sukcesywnie przesuwałam wzrokiem po wszystkich miastach, aż znalazłam to, w którym spędziłam całe dotychczasowe życie. Czułam, że Charles bacznie mnie obserwuje. Wskazałam na kropkę.

– Stąd wypłynęliśmy – oznajmiłam. – Chyba skierowaliśmy się na zachód. – Z wahaniem przesunęłam palcem w lewo. – Nie jestem tylko pewna, w jakim kierunku teraz płyniemy.

Okazało się to wystarczająco dobrą odpowiedzią, bo mężczyzna wyjaśnił mi wtedy wiele podstawowych zasad związanych z nawigacją, a potem zaczął na bieżąco tłumaczyć pewne metody, gdy przychodziłam obserwować go przy pracy. Właściwie już nie tylko go obserwowałam, ale zaczęłam aktywnie się uczyć.

Nareszcie przyszła również pora na ćwiczenia szermierki. Edward wybrał miejsce, w którym najmniej przeszkadzaliśmy pracującym marynarzom. Stanęłam z kordem w dłoni, a pirat tylko zaśmiał się na widok mojej pozycji.

– Tak to ty byś długo nie ustała.

Na potwierdzenie swoich słów popchnął mnie lekko w ramię, a ja od razu straciłam równowagę. Skrzywiłam się z niezadowoleniem.

– Szerzej nogi, ugnij kolana – komenderował, samodzielnie poprawiając moją postawę. – Nie wypychaj bioder.

To było dość dziwne, gdy bez pytania mnie o zgodę dotykał moich nóg, bioder, brzucha. Nie robił nic niewłaściwego – jedynie odpowiednio mnie ustawiał – ale i tak poczułam się trochę nieswojo. W normalnym świecie takie działania nie uchodziły, lecz teraz żyłam według pirackich reguł. Gdy Edward skończył, omiótł mnie wzrokiem, sprawdzając, czy moja pozycja wyglądała wreszcie odpowiednio. Stanął następnie za mną, wręcz dotykając torsem moich pleców i ujął za prawą rękę. Na taką bliskość zupełnie nie byłam przygotowana. To wydawało się niepoprawne. Co by ludzie pomyśleli, gdyby zobaczyli porządną dziewczynę i chłopaka tak blisko… Nie byłam już grzeczną, porządną dziewczyną. Gdy weszłam na ten statek, poprzednie życie zostawiłam za sobą.

Edward kierował moją ręką, by pokazać mi, jak zadawać podstawowe ciosy oraz parować uderzenia. Mój kord był mniejszy niż kordelasy, ale młody pirat dowodził, że nawet małym ostrzem można skutecznie obronić się przed prostym atakiem – a to powinno mi na razie wystarczyć.

Niedługo później mężczyzna odsunął się, co przyjęłam z lekkim zawodem. Ciepło jego ciała za plecami mimo początkowej niepewności ostatecznie dawało mi kojące poczucie bezpieczeństwa. Oczywiście nie przyznałam się do tego, tylko skupiłam na ćwiczeniach. Edward obserwował mnie, gdy powtarzałam ruchy, które mi wcześniej zademonstrował. Kiwał głową z aprobatą, kiedy udało mi się zrobić coś wystarczająco płynnie, ale częściej musiał mnie poprawiać. Gdy przerwałam na chwilę, podniosłam wzrok na górny pokład. Dostrzegłam, że ojciec patrzył prosto w moją stronę, jednak szybko odwrócił się i podszedł do sternika. Zastanawiałam się, czy widziałam w jego oczach dumę. Pragnęłam tego tak bardzo, że byłam wręcz o tym przekonana.

– Idzie burza! – krzyknął ktoś.

Na pokładzie nagle zrobiło się poruszenie. Od zachodu nadciągały ciemne, burzowe chmury zwiastujące kłopoty. Zanim się spostrzegłam, na górnym pokładzie stał już nie tylko kapitan, ale również dwaj oficerowie oraz bosman. Podeszłam bliżej, by móc dosłyszeć ich rozmowę.

– Jeśli zmienimy kurs, mamy szansę ją ominąć – stwierdził rzeczowo Charles.

– Możemy stracić kilka dni – odparł mój ojciec niecierpliwie. – Nie mam w zwyczaju przejmować się byle burzami.

– Nie mamy już żadnych zapasowych niełatanych żagli – oznajmił pierwszy oficer z naciskiem. – Jeśli porwą nam się kolejne, będziemy pływać na łatanych żaglach, a to nas spowolni.

– To po prostu tym razem lepiej o nie zadbamy.

Kapitan wystąpił naprzód, by załoga lepiej go widziała.

– Bracia! – zawołał gromko. – Jesteśmy najlepszymi piratami tych mórz. Nie pozwolimy, by byle burza dyktowała nam warunki.

Odpowiedziały mu ochocze okrzyki.

– To my panujemy nad morzem, nie morze nad nami!

Piraci znowu głośno zgodzili się z kapitanem.

– Szykujcie się do bitwy, bracia. Ku zwycięstwu!

Marynarze wiwatowali, przepełnieni wolą walki, podczas gdy dwaj oficerowie oraz bosman nie wyglądali na równie przekonanych pomysłem kapitana Johna „Pogromcy Burz” Storma. Teraz nie mogli jednak głośno wyrazić sprzeciwu.

W krótkim czasie na pokładzie zrobił się spory ruch. Oficerowie wykrzykiwali rozkazy, a marynarze w pośpiechu je wykonywali. Jedni biegli do magazynów, by sprawdzić zabezpieczenie ładunku. Inni refowali żagle. Nie wszystkie działania byłam w stanie rozpoznać, ale na pewno miały na celu przygotowanie statku. Mój ojciec w tym czasie osobiście stanął przy sterze. O mnie chyba wszyscy zapomnieli. Schowawszy kord do pochwy, przycupnęłam więc z boku, obserwując marynarzy.

Wkrótce wyczułam znacznie silniejszy wiatr. Niezrefowany jeszcze żagiel wydął się gwałtownie. Jeden z piratów stracił równowagę, lecz zdołał utrzymać się na rei. Upadek mógłby nie skończyć się zbyt dobrze.

– Szybciej tam! – zawołał bosman z irytacją.

Napięcie wręcz unosiło się w powietrzu. Rzuciłam okiem na mojego ojca – uśmiechał się. Uśmiechał się z zadowoleniem, jakby znajdował się na właściwym miejscu.

Wiatr wzmagał się, a i kołysanie przybrało na sile. Przez ostatni tydzień przyzwyczaiłam się do ruchu statku na falach, ale teraz znów poczułam lekkie mdłości. Jakby tego było mało, o pokład uderzył gęsty deszcz zasłaniający pole widzenia. Zagrzmiało donośnie. Słyszałam głosy piratów, lecz nie potrafiłam już rozpoznać słów wśród huku ulewy, fal i wiatru. Trzymałam się kurczowo poręczy schodów przy wejściu na górny pokład. Nie widziałam teraz ojca zbyt wyraźnie, ale mogłam przysięgnąć, że wciąż się uśmiechał. Było w tym coś szalonego. Stał pewnie, jakby bujanie nie robiło mu różnicy. Trzymał mocno ster, nie pozwalając, by burza przejęła kontrolę nad jego statkiem. Czasem tylko krzyknął jakiś rozkaz. Pogromca Burz… Czyli tak powstał jego przydomek? Bo pakował się w burze takie jak ta? Nie sądziłabym wcześniej, że rzucanie wyzwania morzu jest roztropnym pomysłem… Dalej tak nie sądziłam, lecz robiło to niesamowite wrażenie. Uderzał we mnie deszcz i wiatr, tylko dzięki poręczy utrzymywałam się w miejscu, a mimo to jak urzeczona wpatrywałam się w kapitana. W wyobraźni widziałam siebie – równie pewną i silną.

Nagle czar prysł, a fascynacja ustąpiła miejscu przerażeniu. Fale przybierały coraz większe rozmiary, rzucając statkiem to w jedną, to w drugą stronę. Morski Rubin wydał mi się zaledwie małą łupinką zdaną na łaskę morza. Choć moment wcześniej podziwiałam ojca, teraz przeklinałam go w myślach. Jak mógł z pełną świadomością wpłynąć w burzę? Coś trzasnęło gdzieś w górze, a po chwili dało się usłyszeć rozkazy wydawane przez Edwarda. Moment później przebiegł chwiejnie w pobliżu.

Krople deszczu i odpryski fal zacinały w twarz. Puściłam się poręczy tylko na moment, by przetrzeć oczy. Dziób statku nagle zanurkował. Nim zdążyłam się czegoś złapać, potoczyłam się po pokładzie razem z beczką, którą ktoś zapomniał zabezpieczyć. Wrzasnęłam, lecz mój krzyk niknął w panującym chaosie. Gdy Morski Rubin podniósł się na falach, zatrzymałam się przy jednym z masztów. Dopadłam go panicznie. Przycisnęłam policzek do mokrego drewna, gorączkowo próbując jak najmocniej objąć maszt. Statek tańczył wciąż na wzburzonym morzu – raz w górę, raz w dół. Woda wdzierała się na pokład, jakby zła, że ktoś ośmiela się rozdzielać fale.

Gdy skończył się jeden z przechyłów, zdecydowałam się wyjrzeć poza maszt, kierowana rozpaczliwą nadzieją na ujrzenie kresu sztormu. Zamiast tego – mimo zacinającego deszczu – dostrzegłam piętrzącą się przed nami, niewyobrażalnie olbrzymią falę. Zrobiło mi się słabo.

Morski Rubin zatrzeszczał niecierpliwie, zmierzając na spotkanie wyzwaniu. Dziób podnosił się coraz mocniej. Maszt wyślizgnął mi się spomiędzy ramion, a ja przetoczyłam się znów w stronę rufy. Krzyknęłam rozpaczliwie, lecz jedynie nałykałam się wody. Uderzyłam barkiem o schody na wyższy pokład, kaszląc, by oczyścić płuca. Ledwie zdołałam odetchnąć, kiedy fala przetoczyła się przez cały statek i porwała mnie ze sobą, obijając o kolejne stopnie schodów. Żywioł szarpał mną, jakbym była szmacianą lalką. Wszystko działo się zbyt szybko, zbyt gwałtownie. Brakowało mi powietrza. Nagle coś zacisnęło się na moim przegubie i pociągnęło. Fala przeszła dalej, a ja upadłam na pokład. Gdy złapałam oddech, podniosłam głowę. Mój ojciec trzymał ster jedną ręką, a drugą dłoń wciąż zaciskał na moim przegubie. Był skupiony, mięśnie miał napięte, ale na jego ustach nadal błądził uśmiech. W oczach kapitana dało się dostrzec lekko niepokojący błysk.

– Zabierz ją stąd! – warknął do kogoś stojącego z jego drugiej strony.

Zbliżył się rosły marynarz, którego nie rozpoznałam w tych warunkach. Złapał mnie i postawił na nogi. Kapitan natychmiast chwycił ster obiema rękami, wyglądając jakby ujarzmiał dziką bestię.

Pirat pociągnął mnie po schodach w dół. Trzymał dość mocno, bym się po drodze nie przewróciła. Po chwili wepchnął mnie do znajomego korytarzyka i zatrzasnął drzwi. Huk zelżał trochę na sile. Chociaż wpadłam parę razy na ścianę, dotarłam do kajuty i skuliłam się w kącie. Fale wciąż szamotały statkiem, lecz w pomieszczeniu nic się nie poruszało – koja, skrzynia i malutki stoliczek blokowały się nawzajem tak, by nawet sztorm ich nie przesunął. Poczułam się odrobinę bezpieczniej.

Mdliło mnie od nieustannego, czasem gwałtownego bujania, ale strach przygłuszał wszystkie pozostałe odczucia. Przekonywałam się, że zarówno mój ojciec, jak i wszyscy członkowie jego załogi doskonale wiedzieli, co robić. Wyglądało na to, że nie pierwszy raz przebijali się przez sztorm, a choć wcześniej porwali żagle, chyba nic poważniejszego się nie stało.

Siedziałam skulona, aż wreszcie gwałtowne bujanie powoli zmieniło się w znajome, wręcz kojące kołysanie. Z wahaniem wyszłam na pokład. Większość załogi zniknęła – sądziłam, że poszli już odpocząć, a nie wypadli za burtę. Pozostali kręcili się po statku przy świetle latarni olejnych. Po burzy wcale nie zrobiło się jaśniej, ponieważ zdążył zapaść wieczór. Jakoś udało mi się odnaleźć Edwarda, który wyglądał na zewnętrzną część dziobu.

– Wszystko jest w porządku? – zapytałam.

– W większości tak – odparł. – Jedna reja się złamała, naprawimy ją na razie jakkolwiek, by przetrwała resztę rejsu. Na szczęście żagle chyba się nie porwały. Inaczej Charles byłby wściekły.

– Mój ojciec często wpływa w burze?

– To jedna z jego cech, które przyniosły mu sławę.

Młody oficer skończył sprawdzanie skutków burzy i spojrzał na mnie.

– A ty nie przestraszyłaś się zanadto? Wciąż pamiętam swój pierwszy sztorm. Byłem pewien, że pójdę na dno.

– No… miałam takie chwile – przyznałam.

Uśmiechnął się ze zrozumieniem.

– To normalne – pocieszył mnie. – Z czasem człowiek pojmuje, że z morzem można walczyć. Ta łajba jest mocniejsza niż się zdaje. – Ziewnął ukradkiem. – Muszę sprawdzić jeszcze parę rzeczy, a potem wreszcie zrzucę to mokre ubranie i się położę. Ty możesz skorzystać z tego przywileju szybciej.

Zrozumiałam aluzję, więc udałam się z powrotem do kajuty.

 

 

Gdy zbliżaliśmy się do celu tej podróży, na statku dało się wyczuć zniecierpliwienie i podniecenie. Jak się przekonałam, nikt nie wiedział, czym tak naprawdę był skarb, do którego zmierzaliśmy – ojciec zachował tę informację dla siebie. Miał uczynić go królem tych wód. W jaki sposób? Czy to niezmierzone bogactwa? Tak pewnie podejrzewała większość piratów. Skarby mierzyli głównie ich wartością w złocie.

Spędziłam na Morskim Rubinie dwa, może trzy tygodnie. Czasem traciłam rachubę. Myśli o domu udawało mi się trzymać schowane głęboko, ale tej nocy wypłynęły podczas snu. We śnie wróciłam do tawerny, pomagałam mamie… Obudziłam się z bolesnym uciskiem w piersi. Rozejrzałam się po ciemnym wnętrzu malutkiego pokoiku. Za bardzo przypominał mi w tym momencie moją własną sypialnię na lądzie. Wsunęłam buty i wyszłam cicho na pokład. Rozległa przestrzeń, szmer wody i morski wiatr koiły moje serce.

– Jakie masz wobec niej plany? – usłyszałam głos Edwarda dochodzący z górnego pokładu.

– Plany? To brzmi, jakbyś podejrzewał mnie o złe intencje – odparł mój ojciec lekceważąco.

Znieruchomiałam.

– Po co zabrałeś ją na statek? Akurat teraz.

– Nie możesz uwierzyć, że obudziły się we mnie ojcowskie uczucia i postanowiłem poznać własną córkę?

– Szczerze mówiąc, owszem, trudno mi w to uwierzyć. Nie robisz niczego, co nie przyniesienie ci zysku.

– A jednak uratowałem ci życie. Spodziewałbym się większej wdzięczności – stwierdził kapitan ostrzegawczym tonem. – Nie zapominaj, komu jesteś winny lojalność.

Usłyszałam, że Edward odchodzi, więc pospiesznie wsunęłam się z powrotem do środka, nim mnie dostrzegł. W swojej kajucie skuliłam się na koi. O co chodziło? Nie wątpiłam, że rozmawiali o mnie. To brzmiało, jakby Edward podejrzewał mojego ojca o nieczyste zamiary względem mnie… Nie, ojciec chciał w końcu spędzić czas z córką, to wszystko.

Po śnie o domu i podsłuchanej rozmowie nie było mi łatwo wyciszyć się i zasnąć, więc wstałam później niż zwykle. Gdy wyszłam na pokład, wśród załogi panowało poruszenie. Bez lunety dało się już dostrzec niewielką wyspę skrywającą skarb. Edward zdawał się zajęty, a poza tym i tak wolałabym nie ujawniać, że podsłuchałam jego dyskusję z kapitanem. Stanęłam więc przy burcie na dziobie, niecierpliwie obserwując zbliżający się ląd. Tak właśnie miała zacząć się moja pierwsza prawdziwa przygoda. Zanim dopłynęliśmy do celu, włożyłam swój czerwony płaszcz i przypasałam kord. Ta pierwsza przygoda musiała wypaść idealnie. Może później będą o niej opowiadać w tawernach i wspomną o dzielnej, młodej piratce w czerwonym płaszczu?

Pozostali piraci również się uzbroili, choć kapitan nie wspominał, że czeka nas walka o skarb. Lepiej było się jednak przygotować na każdą ewentualność. Mój ojciec stał przy sterze, wpatrując się w wyspę. Na jego twarzy gościł ten sam zadowolony, odrobinę szalony uśmiech, który dostrzegłam w czasie burzy.

Wyspa wznosiła się nieregularnie, pokryta przez bogatą roślinność. Gdy podpłynęliśmy bliżej, zauważyłam nadzwyczaj wysoką jaskinię otwierającą się na morze. Morski Rubin kierował się prosto ku niej, choć nie sądziłam, by zmieścił się w środku. Nie pomyliłam się. Rzucono kotwicę, a kapitan wydał rozkaz do spuszczenia szalup. Gestem wskazał, bym popłynęła razem z nim. Z dumą dołączyłam do ojca. Czułam się przepełniona energią jak nigdy przedtem. Miałam przemożną ochotę popłynąć wpław, choć tak naprawdę nigdy dobrze nie pływałam. Po prostu łodzie wydawały się takie powolne…

Szalupy niosące połowę pirackiej załogi wpłynęły do jaskini. Zrobiło się ciemniej i chłodniej. Plusk wody uderzanej przez wiosła niósł się niepokojącym echem. Na każdej łodzi zapalono lampę oliwną, by rozświetlić połykający nas mrok. Obejrzałam się. Dało się jeszcze dostrzec morze oraz Morski Rubin, choć wydawało się, jakby należały one do innego świata.

Drgnęłam przestraszona, gdy łodzie zaszurały o piach. Piraci wyskoczyli do płytkiej wody i przeszli na ciemny brzeg. Pospiesznie podążyłam za nimi. Mój entuzjazm przygasł lekko, zduszony przez strach. Nie wiedziałam, czy wpływa tak na mnie mrok, chłód i upiorne echo, czy w tej jaskini naprawdę panuje dziwna aura. Poszukałam wzrokiem Edwarda, a on posłał mi uśmiech pełen otuchy. Od razu poczułam się lepiej.

Mój ojciec stanął przed kamienną ścianą trochę zbyt regularną jak na dzieło natury. Piraci zebrali się w pewnym oddaleniu, a ja znalazłam sobie miejsce na ich przedzie. Paru mężczyzn podeszło bliżej, by służyć kapitanowi światłem z lamp. Ścianę pokrywały jakieś symbole, a mój ojciec zdawał się rozumieć ich sens. Wpatrywał się w kolejne znaki, poruszając bezgłośnie ustami. Wreszcie wyjął z kieszeni jakiś podłużny przedmiot i podszedł do niewielkiego wgłębienia w ścianie. Wsunął przedmiot niczym klucz, a potem zaczął powoli, w skupieniu przekręcać. Wyglądało na to, że liczył obroty. Gdy skończył, cofnął się o krok. Zapadła pełna napięcia cisza. Drgające płomienie w lampach rzucały ruchome cienie na ściany, więc nie mogłam wyzbyć się uczucia, że ktoś nas obserwuje. Czekaliśmy. Nagle kamienna ściana poruszyła się z ogłuszającym zgrzytem, otwierając przejście do jeszcze ciemniejszego tunelu.

Kapitan pierwszy ruszył naprzód, a jego załoga ochoczo do niego dołączyła. Zostałam z tyłu, gdy oniemiała wpatrywałam się w wielkie drzwi. Jakim cudem mogły się otworzyć? Zbliżyłam się wolniejszym krokiem. Światło lampy niesionej przez jednego z ostatnich piratów padło na coś błyszczącego w piasku. Podniosłam niewielki metalowy medalion z przezroczystym kryształem w środku. Wydawało mi się, że coś takiego było wcześniej częścią niezwykłego klucza, którym posłużył się mój ojciec. Najwyraźniej się odłamało. Schowałam znalezisko do kieszeni płaszcza i pospiesznie dołączyłam do pozostałych, by nie zostać sama w tym upiornym miejscu.

Korytarz po niedługim czasie rozszerzył się, przechodząc w rozległą komnatę. Naprzeciw wejścia znajdował się wielki posąg pięknej kobiety w zwiewnej szacie, kierującej wzrok na okrągły stół pośrodku. Ściany niknęły w ciemności, ale mogłam przysięgnąć, że dostrzegłam tam kości. Coraz mniej podobała mi się ta przygoda. Myślałam, że będzie… jaśniej. I mniej przerażająco.

– Nadszedł dzień naszego triumfu, bracia – odezwał się kapitan pewnym głosem.

Jego głos poniósł się echem – podobnie jak entuzjastyczne okrzyki piratów. Naprawdę wolałabym, aby nie zakłócali ciszy tego miejsca. Mrowiła mnie skóra, serce biło niespokojnie. Wolałabym już stąd wyjść.

– Tu spoczywa skarb, którego szukaliśmy. Jest na wyciągnięcie ręki. A dziś stanie się nasz! Zapamiętajcie ten dzień!

Piraci znów głośno zapewnili o swoim poparciu, niektórzy wznieśli pięści lub kordelasy. Ojciec rzucił mi szybkie spojrzenie, po czym samotnie ruszył poprzez salę. Zbliżył się do posągu kobiety i zrobił coś, czego dokładnie nie dostrzegłam. Następnie odsunął się i wypowiedział kilka obco brzmiących słów. W komnacie podniósł się wiatr.

– Poświęć na ołtarzu to, co jest dla ciebie najcenniejsze, a dostaniesz to, czego pragniesz – rozległ się bezcielesny głos.

Kapitan zbliżył się do okrągłego stołu, po czym dał znak swoim ludziom. Dwóch piratów złapało mnie nagle pod ramiona i pociągnęło bliżej niego. Usłyszałam odgłosy szamotaniny z tyłu. Trzech innych mężczyzn chwyciło Edwarda, który szarpał się teraz wściekle.

– Więc po to ci była? – zawołał gniewnie. – Żeby zabić na ołtarzu dla jakiegoś skarbu?

Mój umysł pracował wolniej niż zwykle. Ołtarz. Poświęcenie na ołtarzu. Nie, niemożliwe. Mój ojciec nie zrobiłby czegoś takiego. Dwóch piratów przyprowadziło mnie blisko stołu, a mój ojciec wyciągnął długi nóż. Oczy kapitana zdawały się błyszczeć.

– Poświęcam moją córkę – rzekł donośnym głosem, kierując go gdzieś w przestrzeń, do tajemnej mocy, która się przebudziła. – Krew z mojej krwi. Jej śmierć jest moją ofiarą.

Dopiero słowa padające z jego własnych ust zdołały mnie przebudzić. Kręciło mi się w głowie. Gdyby nie trzymali mnie dwaj piraci, prawdopodobnie osunęłabym się na posadzkę. To… nie mogło się wydarzyć, nie mogło! Mój ojciec mnie kochał. Chciał mnie uczynić swoją księżniczką… Nie mógł zbliżać się teraz do mnie z wyciągniętym nożem. To nie może być prawda!

– Liz, działaj! – doszedł do mnie krzyk Edwarda.

Moi strażnicy nie spodziewali się, że z omdlewającej dziewczyny zdołam nagle stać się dla nich zagrożeniem. Zebrałam się w sobie. Jednego kopnęłam w krocze, a drugiemu wbiłam łokieć w brzuch, po czym uderzyłam jeszcze pięścią w twarz. Odskoczyłam i wyszarpnęłam swój kord – marna broń, ale lepsza taka niż żadna.

– Elizabeth, to nie ma sensu – przemówił do mnie ojciec niemal łagodnie. – Nie utrudniaj tego. Tak musi być.

– Nie zbliżaj się do mnie! – wrzasnęłam.

Kapitan przewrócił oczami. Ten, którego trafiłam w krocze, zdołał się pozbierać. Ruszył na mnie ze złością. Wspomniałam nauki Edwarda i wyprowadziłam cios. Pirat zaklął, gdy rozcięłam mu rękę. Sama nie wierzyłam, że to zrobiłam. Nagle ktoś uderzył mnie w głowę od tyłu tak, że na chwilę pociemniało mi przed oczami. Pirat wykorzystał ten moment, by wytrącić kord z mojej dłoni. Następnie wykręcił mi ręce na plecy. Łącznie trzech mężczyzn położyło mnie na ołtarzu i przytrzymało. Ojciec stanął nade mną z nożem. Czułam, że powinnam mu coś powiedzieć, ale nie potrafiłam wydobyć z siebie głosu. Czysto praktycznym ruchem rozsunął mi części rozpiętego płaszcza, by mieć łatwy dostęp do piersi. Sam kupił mi ten płaszcz. Specjalnie dla mnie.

Kapitan przesunął spojrzenie po sali, jakby oczekiwał jakiegoś znaku. Gdy go nie dostrzegł, postanowił zacząć rytuał. To nie mogło się tak skończyć, nie mogło. Czas zwolnił. Widziałam opadający nóż. W ostatniej chwili szarpnęłam się raz jeszcze, a ostrze ześlizgnęło pod obojczykiem, pozostawiając podłużną ranę zamiast zatopić się w sercu. Krzyknęłam z bólu, a w tym samym momencie ziemia zadrżała.

– Ta ofiara nie jest dla ciebie cenna – przemówił znów bezcielesny głos. – Cenisz własne życie ponad jej. To będzie twoja ofiara.

Zdążyłam dostrzec wyraz szoku na twarzy ojca, zanim jego własny nóż uniósł się w powietrze i wbił w jego pierś. Mężczyźni puścili mnie nieświadomie, wpatrując się w ciało ich kapitana leżące na posadzce. Nie zdążyli jeszcze postanowić, co zrobić dalej, gdy wokół rozległy się zgrzyty i chrzęsty. Piraci wyciągnęli kordelasy, wpatrując się w ciemność. Ziemia znów zadrżała. Zsunęłam się z ołtarza, przyciskając dłoń do krwawiącej piersi. Gdy podniosłam wzrok, ujrzałam, jak z mroku wyłania się szkielet z prostym mieczem w dłoni. Obok kolejny. Zrobiło mi się jeszcze bardziej słabo. Szkielety. Poruszały się. Jeden z piratów nie wytrzymał i rzucił się na najbliższego kościotrupa. Ten sparował cios, po czym bezlitośnie wbił ostrze w brzuch śmiałka. Szkielety się nie ruszają. Nie ruszają się. Każdy to wie. Ziemia zadrżała po raz kolejny, a z góry posypały się pierwsze kamienie.

– Wstawaj, Liz – polecił mi Edward.

Nie zauważyłam, kiedy podszedł. Kamraci najwyraźniej przestali go trzymać, gdy dostrzegli, co się dzieje.

– Wstawaj! – polecił ostrzej.

Dźwignął mnie na nogi i choć musiałam trzymać się ramienia mężczyzny, zdołałam jakoś ustać w tej pozycji. Edward pociągnął mnie w stronę korytarza, którym tu przybyliśmy. Część piratów wdała się walkę ze szkieletami, część pobiegła już do wyjścia. Ziemia drżała coraz mocniej, a z sufitu odrywały się coraz większe kawałki skały. Pokonaliśmy prawie całą odległość od ołtarza, gdy nagle przed nami wyskoczył uzbrojony szkielet. Krzyknęłam słabo. Edward z całej siły kopnął stwora w nogę. Kości się połamały, a kościotrup stracił równowagę. To wystarczyło, byśmy przemknęli dalej. Gdy się obejrzałam, dostrzegłam, że szkielet czołga się po podłodze. Szybko odwróciłam wzrok.

W korytarzu z trudem uniknęliśmy zmiażdżenia przez głazy większe od nas, które spadały ze stropu. Za sobą słyszeliśmy odgłosy pogoni, więc nie zwalnialiśmy ani na moment. Gdy zostawałam w tyle, Edward ciągnął mnie tym mocniej. Prześcignęło nas paru uciekających piratów, choć część nieszczęśników została w głównej sali. Wreszcie wypadliśmy na brzeg, gdzie ocaleli panicznie wskakiwali na chwiejące się niebezpiecznie łodzie.

Chociaż ze wszystkich sił starałam się utrzymać na nogach, szok i utrata krwi mnie zmogły. Gdy osunęłam się na ziemię, Edward po prostu wziął mnie na ręce i wrzucił na pokład najbliższej, nieprzepełnionej jeszcze łodzi. Nikt nie zwracał uwagi na to, kto znajdował się obok. Ucieczka z tego przeklętego miejsca była teraz najważniejsza. Nasza łódź odbiła zaraz w kierunku pełnego morza. Ujrzałam jeszcze, jak przy wejściu do korytarza paru piratów toczyło beznadziejną walkę ze szkieletami, aż nagle strop całkiem się zawalił, grzebiąc i jednych, i drugich. Opadające kamienie goniły nas jeszcze przez całą jaskinię, ale wtedy właśnie na chwilę pogrążyłam się w ciemności.

Gdy się ocknęłam, dobiliśmy już do Morskiego Rubinu. Edward pomógł mi wdrapać się na pokład, gdzie zbierała się cała załoga – ta, która została wcześniej na statku i ocaleli z wyprawy na wyspę. Kolejne szalupy docierały pod burty. Roznosiła się wieść o śmierci kapitana.

– To ona go zabiła! – krzyknął nagle ktoś.

– To ta dziewczyna! – podchwycił ktoś inny. – Widziałem, odpowiada za śmierć kapitana!

– Śmierć za śmierć!

Edward popchnął mnie w stronę kasztelu, bym miała ścianę za plecami, a sam stanął przede mną. W dłoni ściskał kordelas.

– Nikogo nie zabiła – powiedział z naciskiem. – Kapitan sam siebie zgubił.

Nie wyglądało na to, by kogokolwiek przekonał. Pierwszy pirat wyszedł przed szereg i rzucił się na oficera. Edward sprawnie sparował cios, po czym podciął tamtemu nogi.

– Dosyć! – zawołał z mocą nowy głos.

Na pokład wskoczył właśnie Charles Vale, któremu najwyraźniej udało się wyjść z jaskini bez szwanku.

– Dziewczyna nie zawiniła – potwierdził mężczyzna tonem nieznoszącym sprzeciwu. – John Storm sam odpowiada za swoją śmierć. Mocować łodzie i odpływamy stąd – polecił.

Zapadła cisza. Edward wystąpił naprzód, chowając kordelas do pochwy.

– Aye, kapitanie Vale – powiedział donośnie. – Ruszać się! – krzyknął na pozostałych. – Wciągać łodzie!

Choć moment wcześniej miało dojść do walki, teraz wszyscy uwijali się już przy swoich zadaniach. Kapitan Vale. Był pierwszym oficerem, a po śmierci poprzedniego kapitana mógł awansować na to stanowisko, o ile nikt się nie sprzeciwił.

Jeszcze nawet pierwsza łódź nie została wciągnięta, gdy ciemność zdołała mnie wreszcie dopaść. Osunęłam się na pokład, tracąc przytomność.

 

 

Obudziłam się na swojej koi, tylko trochę obolała. Gdy spróbowałam wstać, zraniona pierś natychmiast dała o sobie znać. Odruchowo sięgnęłam do rany, pod palcami wyczuwając bandaż. Ktoś opatrzył mnie i przebrał w świeżą koszulę. Czerwony płaszcz leżał obok na skrzyni. Usiadłam ostrożnie, patrząc ponuro na ten dar od ojca. Pragnęłam jego bliskości tak bardzo, że wmówiłam ją sobie. Byłam małą, naiwną dziewczynką. Przecież gdyby mu na mnie zależało, spędzałby ze mną czas. Za każdym razem usprawiedliwiałam go w myślach kapitańskimi obowiązkami. Przybył po mnie tylko po to, by złożyć mnie w ofierze… Po co właściwie? Co próbował zdobyć?

Sięgnęłam do płaszcza i wyjęłam z kieszeni medalion znaleziony pod kamienną ścianą. W świetle dnia dostrzegłam, że ma wyryte symbole podobne do tych, które widziałam w jaskini. Nie przypominały mi jednak niczego, co znałam. Wcisnęłam medalion z powrotem do kieszeni. Może kiedyś uda mi się przynajmniej dowiedzieć, co dla mojego ojca było tak ważne, że postanowił zabić swoją córkę. Mimo wszystko może coś dla niego znaczyłam… Miał poświęcić coś, co jest dla niego najcenniejsze i wybrał mnie. Potrząsnęłam głową, co wywołało ból rany. To wszystko było grą. To wszystko, co powiedział mi w porcie, przekonując, bym wsiadła na pokład… Czerwony płaszcz, który mi dał… Wszystko zaplanował sobie, bym mu nie odmówiła. Roztoczył przede mną wizję nowego życia… po to, by mi je odebrać.

– Czas dorosnąć, Liz – mruknęłam do siebie.

Po ranie w piersi z pewnością zostanie blizna, a ona będzie mi przypominać, że ludziom nie można ufać.

Drgnęłam przestraszona, gdy otworzyły się drzwi. Do środka wszedł Edward i usiadł na skrzyni, odsuwając płaszcz.

– Jak się czujesz? – zapytał.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Czułam się paskudnie, ale nie wynikało to jedynie z fizycznych obrażeń.

– Cóż, siedzisz, więc chyba siły ci trochę wróciły – stwierdził, gdy moje milczenie się przeciągało. – Charles został nowym kapitanem i nie pozwoli cię skrzywdzić, więc możesz być spokojna. Chce z tobą porozmawiać. Jesteś gotowa?

– Dokąd teraz płyniemy? – wymamrotałam, odsuwając w czasie wyjście z kajuty.

– Trzeba zebrać całą flotę i przekazać wieści.

– Flotę?

– Twój ojciec był zwierzchnikiem jeszcze trzech statków. Trzeba przekazać im wieści i wymóc posłuszeństwo wobec nowego dowódcy.

Znów zamilkłam, wpatrując się w swoje kolana.

– Liz… – odezwał się Edward. – Przykro mi z powodu tego, co się stało. Wiedziałem, że twoja obecność na statku nie może być przypadkiem, ale nie sądziłem… Naprawdę nie sądziłem, że byłby w stanie zabić własną córkę.

– Nie utrudniłam mu tego – skomentowałam ponuro. – Radośnie weszłam na statek, sama poszłam za nim do tej przeklętej jaskini.

– Nie mogłaś przewidzieć jego planów.

– Mogłam zostać w domu. Tak jak zawsze chciała moja matka.

– Liz, posłuchaj… Twój ojciec nie był do końca dobrym człowiekiem. Tak, wykorzystał cię. Ale to nie jest powód, byś wyparła się wszystkiego, o czym do tej pory marzyłaś. Marzyłaś przecież o życiu na morzu. Byłaś szczęśliwa na tym statku, widziałem to. Teraz możesz stać się silniejsza. – Zerknął na mój dekolt, gdzie wciąż wisiał rubinowy wisiorek. – Kamienie stają się cenniejsze, gdy się je oszlifuje.

– Mhm – mruknęłam bez przekonania. – Dziękuję ci za wszystko – rzekłam poważnie. – Uratowałeś mi życie.

– Jestem piratem, ale mam pewne zasady.

– Dziękuję – powtórzyłam.

– Dobra, już nie ma sprawy. Chodź, nie powinnaś kazać kapitanowi czekać.

Pomógł mi wstać, lecz samodzielnie wyszłam na korytarz. Niespodziewanie usłyszałam za sobą parsknięcie ponurego śmiechu. Obejrzałam się na Edwarda z zaskoczeniem.

– Gdy mówił mi, bym przeniósł się do kwater załogi i użyczył ci mojej kajuty, wspomniał, że to tymczasowe rozwiązanie. Już wiem, co miał na myśli.

Po co przygotowywać specjalne miejsce do spania dla kogoś, kogo zamierzał wkrótce zabić? Patrzył mi w oczy podczas wspólnych posiłków. Jaki człowiek może tak robić, kryjąc plany poświęcenia własnej córki?

Kapitan Vale czekał na mnie na górnym pokładzie rufowym. Powoli wdrapałam się po schodach, obawiając się urazić świeżą ranę. Stanęłam przy burcie. Rześki wiatr plątał moje włosy. Statek skrzypiał lekko, pokonując fale, które z pluskiem rozbijały się o kadłub. Piraci przyśpiewywali sobie prostą piosenkę dla zachowania równego rytmu ciągnięcia liny podczas zwrotu. Otaczał nas spokojny bezkres morza. Odetchnęłam znajomym, słonym powietrzem. Pokład kołysał się łagodnie, jakby chciał ukoić mój smutek. Jak mogłabym wrócić na stały ląd i nigdy już tego nie poczuć?

– Liz, wiesz już pewnie, że zostałem kapitanem na miejsce twojego ojca – przemówił Charles, a ja skinęłam głową. – Mogę wysadzić cię na brzeg w pobliżu twojego domu. Mam tam pewne sprawy do załatwienia.

– Dziękuję – odparłam cicho.

Czyli tak to miało się skończyć. Koniec wielkiej przygody. Okazałam się głupią dziewczynką i czas wrócić do rzeczywistości. Ten świat nie był dla mnie. Znalazłam się tutaj tylko dlatego, że mój ojciec potrzebował ofiary.

– Możesz też zostać – podjął kapitan po chwili przerwy. – Możesz dołączyć do mojej załogi.

Z niedowierzaniem podniosłam na niego wzrok.

– To będzie ciężka praca – uprzedził. – Zaczniesz jak każdy z nas. Nie będziesz już gościem na pokładzie. Możesz wrócić do starego życia, Liz, albo możesz zacząć nowe. To twoja decyzja.

Zapatrzyłam się w morze. Musiałam przyznać sama przed sobą, że nie wyobrażałam sobie powrotu na stałe do domu. Każdego dnia tęskniłabym za tym, co tutaj przeżyłam. Nie wszystko odpowiadało dawnym marzeniom. Przeklęta jaskinia była upiorna, chodzące szkielety… Wolałam o nich nie myśleć. Ale następnym razem będę lepiej przygotowana. Edward miał rację. Nie mogłam pozwolić, by ojciec odebrał mi marzenia. Przesunęłam palcami po rubinowym wisiorku. To, co się stało, oszlifuje mnie, wzmocni.

Prawda była taka, że Liz umarła na tej wyspie. Ojciec ją zabił. Naiwna, wierząca tylko w dobro, przekonana, że ze wszystkim sobie poradzi… Ta Liz umarła. Narodziłam się ja.

– Czy to prawda, że piraci przyjmują nowe imiona, gdy wchodzą na piracką drogę? – zapytałam, wciąż patrząc na morze.

– Niektórzy owszem.

Raz jeszcze musnęłam palcami oszlifowany rubin. Musiałam stać się silna. Nauczę się, jak kierować własnym życiem. Nie stanę się łódeczką, którą miotają wielkie fale. I pozostanę tam, gdzie zawsze chciałam.

Odetchnęłam ostrożnie, by nie urazić rany, po czym spojrzałam na Charlesa.

– Chciałabym dołączyć do twojej załogi. Jako Ruby Storm.

W jego oczach dostrzegłam zadowolenie. Chyba spodziewał się takiej odpowiedzi.

– Witamy na Morskim Rubinie, Ruby Storm. A teraz ruchy do bosmana po przydział obowiązków!

Uśmiechnęłam się lekko.

– Aye, kapitanie!

Koniec

Komentarze

Przykro mi to pisać, Anelis, ale nie spodobało mi się Twoje opowiadanie. Może gdybym miała jakieś dwanaście, trzynaście lat, czytałabym je z wypiekami na twarzy, ale że mam znacznie więcej, w czasie lektury pozostało mi tylko przewracać oczami.

Twoja bohaterka wydała mi się szalenie irytująca i bezdennie głupia. Wszystkie jej poczynania są skutkiem tak niewiarygodnych decyzji, że nijak nie potrafię dopatrzeć się w nich choćby krzty zdrowego rozsądku i racjonalnego myślenia. Nie potrafię zrozumieć, że można na kiwnięcie palcem obcego mężczyzny ― bo przecież Liz nie ma żadnego dowodu, że to jej ojciec ― przekreślić i porzucić dotychczasowe życie i ot tak, w imię bliżej niesprecyzowanych chęci i dziecięcych wyobrażeń o piratach, w jednej sukience, z marszu wkroczyć na nieznany okręt.

Jednocześni usiłujesz mi wmówić, że Liz jest urocza, samodzielna, sprytna, mądra, rozgarnięta, sprawna fizycznie, zna podstawy samoobrony, szybko się wszystkiego uczy, cało wychodzi z każdej opresji i chyba jeszcze zawraca w głowie Edwardowi. Jak by na to nie patrzeć ― marysuizm w czystej postaci. A ja tego nie kupuję.

Szkoda, Anelis, że tylko opowiadasz, a niczego nie wyjaśniasz. A ja chciałabym wiedzieć, dlaczego Storm jest piratem, dlaczego matka Liz nie chciała go znać, jakiegoż to skarbu pożądał, czym była samozawalająca się jaskinia, skąd tam żywe kościotrupy, no i co tam się wydarzyło…

Wykonanie, co stwierdzam z ogromnym smutkiem, pozostawia bardzo wiele do życzenia. Mam wrażenie, Anelis, że od czasów swojego pierwszego opowiadania, chyba nie poczyniłaś znaczących postępów.

 

gdzie stał Tommy, mój kuzyn star­szy ode mnie o kilka lat. Oprócz sta­łych by­wal­ców… ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

po­da­jąc mi z po­wro­tem za­peł­nio­ny kufel. ―> …po­da­jąc mi z po­wro­tem na­peł­nio­ny/ pełny kufel.

 

Wró­ci­łam do sto­li­ka, przy któ­rym… ―> O ile mi wiadomo, w tawernach nie było stolików, bo trzeba by je wymieniać/ naprawiać po każdej bójce. W tawernach/ karczmach stawiano zazwyczaj

 duże i ciężkie stoły.

 

We­zwa­no mnie do in­ne­go sto­li­ka… ―> We­zwa­no mnie do in­ne­go sto­łu

 

po­zwo­li­li mi pra­co­wać, zda­rza­ło mi się… ―> Czy oba zaimki są konieczne?

 

kop­nę­łam męż­czy­znę w kro­czę… ―> Literówka.

 

– Prze­pra­szam… – Wy­dy­sza­łam. ―> – Prze­pra­szam… – wy­dy­sza­łam.

 

płaszcz o głę­bo­kim od­cie­niu czer­wie­ni. ―> Raczej: …płaszcz o od­cie­niu głębokiej czer­wie­ni.

 

– No dalej, ubierz – po­ra­dził. ―> W co miałaby ubrać płaszcz???

Płaszcza, jak każdą odzież, można włożyć, założyć, przywdziać, odziać się weń, ubrać się weń, ale płaszcza nie można ubrać!

Proponuję: – No, dalej, włóż/ przymierz – po­ra­dził.

 

Na­cią­gnę­łam poły czer­wo­ne­go płasz­czu… ―> W jaki sposób i po co naciągnęła poły?

Proponuję: Poprawiłam poły czer­wo­ne­go płasz­cza

Za SJP PWN: poła «dolny fragment jednej z dwóch części ubioru rozpinającego się z przodu»

 

– Cie­szę się, że pod­ję­łaś tę de­cy­zję – oświad­czył.

Uśmiech­nę­łam się słabo. Gdy mnie pu­ścił i od­su­nął się, od­wró­ci­łam się w stro­nę po­kła­du. Pi­ra­ci wy­glą­da­li jak zwy­kli ma­ry­na­rze, gdy po pro­stu zaj­mo­wa­li się stat­kiem. ―> Lekka siękoza.

 

słony za­pach morza – zna­łam ten za­pach… ―> Czy to celowe powtórzenie.

 

Cięż­ko pra­co­wa­ło­by się na stat­ku, no­sząc przy sobie tyle że­la­stwa. ―> – Trudno/ Niewygodnie  pracowałoby się na stat­ku, gdybyśmy nosili przy sobie tyle że­la­stwa.

 

Ka­pi­tan ski­nął głową z apro­ba­tą na mój nowy wy­gląd… ―> Ka­pi­tan ski­nął głową, aprobując mój nowy wy­gląd

 

moja cie­ka­wość oka­za­ła się sil­niej­sza i pro­wa­dzi­ła mnie do jego ka­ju­ty, gdzie stał przy stole za­peł­nio­nym ma­pa­mi. Grzecz­nie, cicho py­ta­łam, czy mogę wejść, by ob­ser­wo­wać jego pracę. On tylko pod­no­sił na mnie wzrok, kiwał głową, po czym prze­sta­wał zwra­cać na mnie uwagę. ―> Nadmiar zaimków.

 

Nie­pew­nie prze­su­nę­łam pal­cem w lewo. – Nie je­stem tylko pewna, w jakim kie­run­ku teraz pły­nie­my. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Nie­zre­fo­wa­ny jesz­cze ża­giel wy­piął się gwał­tow­nie. ―> Chyba miało być: Nie­zre­fo­wa­ny jesz­cze ża­giel wy­dął się gwał­tow­nie.

 

Czyli stąd po­wstał jego przy­do­mek? ―> Czyli tak po­wstał jego przy­do­mek? Lub: Czyli stąd się wziął jego przy­do­mek?

 

Dziób stat­ku nagle za­nur­ko­wał w dół. ―> Masło maślane ― czy można zanurkować w górę?

Wystarczy: Dziób stat­ku nagle za­nur­ko­wał.

 

po­cią­gnął mnie po scho­dach w dół. Trzy­mał mnie dość mocno, bym się po dro­dze nie prze­wró­ci­ła. Po chwi­li we­pchnął mnie do zna­jo­me­go ko­ry­ta­rzy­ka i za­trza­snął drzwi. Huk ze­lżał tro­chę na sile. Cho­ciaż za­rzu­ci­ło mnie… ―> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

by prze­trwa­ła resz­tę rejsu. Na szczę­ście żagle chyba to prze­trwa­ły. ―> Powtórzenie.

 

zrzu­cę te mokre ubra­nia i się po­ło­żę. ―> …zrzu­cę to mokre ubra­nie i się po­ło­żę.

Ubrania wiszą w szafie, leżą na półkach i w szufladach. Odzież, którą mamy na sobie to ubranie.

 

Skar­by mie­rzy­li głów­nie w ich war­to­ści w zło­cie. ―> Skar­by mie­rzy­li głów­nie ich war­to­ścią w zło­cie.

 

że obu­dzi­ły się moje oj­cow­skie uczu­cia… ―> Czy mogły obudzić się w nim cudze uczucia?

Proponuję: …że obu­dzi­ły się we mnie oj­cow­skie uczu­cia

 

ow­szem, cięż­ko mi w to uwie­rzyć. ―> …ow­szem, trudno mi w to uwie­rzyć.

 

Zanim do­pły­nę­li­śmy do celu, ubra­łam swój czer­wo­ny płaszcz i przy­pa­sa­łam korda. ―> W co ubrała płaszcz???

Zbędny zaimek ― czy wkładałaby cudzy płaszcz?

Zanim do­pły­nę­li­śmy do celu, włożyłam czer­wo­ny płaszcz i przy­pa­sa­łam kord.

 

Wyspa nie­re­gu­lar­nie wzno­si­ła się ku górze… ―> Masło maślane ― czy coś może wznosić się ku dołowi?

 

Za­pa­dła pełna na­pię­cia chwi­la. ―> Chwile nie zapadają, chyba że w pamięć.

Proponuję: Za­pa­dła pełna na­pię­cia cisza. Lub: Trwała pełna na­pię­cia chwi­la.

 

Ko­ry­tarz po nie­dłu­gim cza­sie roz­sze­rzył się na roz­le­głą kom­na­tę. ―> Ko­ry­tarz po nie­dłu­gim cza­sie roz­sze­rzył się, przechodząc w roz­le­głą kom­na­tę.

 

i zro­bił coś, czego nie do­strze­głam. ―> Skoro nie dostrzegła, co zrobił, to skąd wiedziała, że to zrobił?

 

Do­pie­ro słowa pa­da­ją­ce z jego wła­snych ust zdo­ła­ły mnie prze­bu­dzić. ―> Czy słowa kapitana mogły paść z cudzych ust?

 

by wy­trą­cić korda z mojej dłoni. ―> …by wy­trą­cić kord z mojej dłoni.

 

wy­krę­cił mi ręce na ple­cach. ―> Miała ręce na plecach???

Raczej: …wy­krę­cił mi ręce na ple­cy/ do tyłu.

 

Czy­sto prak­tycz­nym ru­chem roz­su­nął mi poły płasz­cza, by mieć łatwy do­stęp do pier­si. ―> Na czy polega czystość praktycznego ruchu?

Obawiam się, że rozsuwając poły, nie odsłonił piersi.

 

Ka­pi­tan prze­su­nął spoj­rze­niem po sali… ―> Ka­pi­tan prze­su­nął spoj­rze­nie po sali

 

ostrze ze­śli­zgnę­ło pod oboj­czy­kiem, po­zo­sta­wia­jąc krwa­wą szra­mę… ―> …ostrze ześlizgnęło się pod obojczykiem, pozostawiając krwawą ranę

Szrama to ślad po zagojonej ranie. Ostrzem nie można zrobić szramy.

 

Kości na łydce się po­ła­ma­ły, a ko­ścio­trup stra­cił rów­no­wa­gę. ―> Kościotrupy nie mają łydek, a na łydkach nie ma kości.

 

Prze­ści­gnę­ło nas parę ucie­ka­ją­cych pi­ra­tów… ―> Prze­ści­gnę­ło nas paru ucie­ka­ją­cych pi­ra­tów

 

Nie­dłu­go póź­niej nasza łódź od­bi­ła… ―> Nie­co/ Trochę póź­niej nasza łódź od­bi­ła

 

Opa­da­ją­ce ka­mie­nie go­ni­ły nas jesz­cze przez całą ja­ski­nię… ―> Skąd, płynąc już szalupą, dziewczyna wiedziała, że kamienie goniły ich przez całą jaskinię?

 

Gdzie teraz pły­nie­my? ―> Dokąd teraz pły­nie­my?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za komentarz! Bardzo doceniam, że wypisujesz te wszystkie błędy.

 

Jeśli chodzi o poprawność użycia słowa “ubrać” itp., to kajam się. Już od jakiegoś czasu staram się zwracać na to uwagę, a i tak coś się potrafi prześlizgnąć. Jeszcze tylko odniosę się do słowa “kord”. Specjalnie podczas pisania sprawdzałam go w słowniku i z tego, co rozumiem, odmiana “korda” jest poprawna.

kord (miecz) -rda, -rdzie; -rdy, -rdów

Szkoda, Anelis, że tylko opowiadasz, a niczego nie wyjaśniasz. A ja chciałabym wiedzieć, dlaczego Storm jest piratem, dlaczego matka Liz nie chciała go znać, jakiegoż to skarbu pożądał, czym była samozawalająca się jaskinia, skąd tam żywe kościotrupy, no i co tam się wydarzyło…

Nie chciałam wrzucać tak wiele w jedno opowiadanie. Chciałabym napisać kolejne, które to wyjaśnią. I jako, że Liz/Ruby nauczyła się już życia, nie będzie wtedy już tak bardzo irytująca (chyba) ;)

 

Jednocześni usiłujesz mi wmówić, że Liz jest urocza, samodzielna, sprytna, mądra, rozgarnięta, sprawna fizycznie, zna podstawy samoobrony, szybko się wszystkiego uczy, cało wychodzi z każdej opresji i chyba jeszcze zawraca w głowie Edwardowi.

Szczerze mówiąc, myślałam, że pokazuję, że Liz zdecydowanie nie jest rozgarnięta i zbyt sprytna – chociażby dlatego, że właśnie dała się na to wszystko namówić. Pisałam z pierwszej osoby, z głowy Liz, więc narracja odpowiadała jej naiwnemu sposobowi myślenia. No i Liz sama nie wyszła cało z prawie żadnej opresji – ratował ją albo ojciec (w porcie, w czasie sztormu), albo Edward (w jaskini i potem na statku). Nie jest więc chyba taka samodzielna i sprawna. Owszem, chciałam, by była chętna do nauki, w miarę szybko się uczyła i była pełna entuzjazmu. Dzięki za wskazanie, jak Ty ją odebrałaś.

 

Wiem, że masz inny gust. To trochę tak jak z komediami romantycznymi – można je lubić lub nienawidzić. Akurat to konkretne opowiadanie miało być proste, lekkie i przyjemne – bardziej do potraktowania jak bajka czy komedia romantyczna niż “porządny” film. A ciekawa jestem, jaką masz opinię o “Piratach z Karaibów” ;)

Jesz­cze tylko od­nio­sę się do słowa “kord”. Spe­cjal­nie pod­czas pi­sa­nia spraw­dza­łam go w słow­ni­ku i z tego, co ro­zu­miem, od­mia­na “korda” jest po­praw­na.

Niestety, nie jest – w powyższych zdaniach kord powinien być użyty w bierniku (przypasała co), a ty napisałaś go, nie wiem dlaczego, w dopełniaczu (przypasała czego).

Czy, gdyby dziewczyna zamiast korda miała miecz, napisałabyś: …wło­ży­łam czer­wo­ny płaszcz i przy­pa­sa­łam miecza? Czy raczej: …włożyłam czerwony płaszcz i przypasałam miecz. A w drugim zdaniu napisałabyś: …by wy­trą­cić miecza z mojej dłoni? Czy może …by wy­trą­cić miecz z mojej dłoni.

Kord odmienia się tak jak miecz, możesz to sprawdzić np. tu: miecz

 

Szcze­rze mó­wiąc, my­śla­łam, że po­ka­zu­ję, że Liz zde­cy­do­wa­nie nie jest roz­gar­nię­ta i zbyt spryt­na…

No cóż, prezentując Liz widzianą oczami Liz, sprawiłaś że zobaczyłam ją zgoła przeciwnie do tego, co chciałaś pokazać.

 

No i Liz sama nie wy­szła cało z pra­wie żad­nej opre­sji – ra­to­wał ją albo oj­ciec (w por­cie, w cza­sie sztor­mu), albo Edward (w ja­ski­ni i potem na stat­ku).

Dla mnie nie ma znaczenia, że Liz nie zawsze samodzielnie wychodzi z opresji, zdumiewa mnie, że z każdej opresji wychodzi cało i niemal bez szwanku.

 

A cie­ka­wa je­stem, jaką masz opi­nię o “Pi­ra­tach z Ka­ra­ibów” ;)

Nie mam opinii, bo nie znam filmu. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Będę więc szczególnie wdzięczna za uwagi dotyczące właśnie kwestii żeglarskich i zbudowania klimatu…

Uderz w stół, a nożyce się odezwą ;) Oto jestem, by służyć pomocą.

 

Chciałabym tylko uprzedzić z góry, że jeśli chodzi o “kwestie żeglarskie”, lubię czepiać się detali. Nie złośliwie, raczej mój mózg traktuje to jako przyjemne ćwiczenie umysłowe, także nie miej poczucia, że chcę udowodnić ci niekompetencję czy coś. Tak samo gnębię twórców zarówno “Piratów z Karaibów” jak i uznanych autorów marynistyki.

 

Jeśli chodzi o całość tekstu, moja opinia jest w zasadzie taka sama jak opinia regulatorzy. Plus może dodam od siebie, że czuję potencjał do dalszej pracy, bo tekst jest trochę naiwny, ale nie z gruntu zły. Wydaje mi się, że piszesz o tym, co cię akurat zajarało, a takie podejście wydaje mi się cenne. Doceniam również zrobienie podstawowego researchu (albo obejrzenie ze zrozumieniem właściwych filmów). Tak więc, do rzeczy, oto moje czepianie się detali żeglarskich:

 

U niektórych dało się dostrzec noże przy pasie oraz zarys pistoletu ukrytego pod koszulą. Piraci z reguły sprawiali największe problemy, lecz często zostawiali całkiem sporo srebra.

A to normalni marynarze czy kupcy nie noszą żadnej broni? Zostało to zaznaczone, jakby było uważane za atrybut, niewątpliwy znak rozpoznawczy piratów…

 

W ogóle gdzie się dzieje akcja opowiadania? Sądząc po licznych nawiązaniach, podejrzewam złotą erę piractwa na Karaibach. Co to więc za port, w którym można spotkać zarówno “dobrych” marynarzy jak i pełno nieukrywających się piratów? Wydaje mi się, że albo jedno albo drugie. No, chyba że to byli kaprowie, ale nie precyzujesz… Jeśli miejsce jest wzorowane na Port Royal to raczej Morski Rubin nie mógłby tak sobie korzystać z tego portu. Pewnie więc bardziej Tortuga, ale hmm… To nie brzmi jak piracki port, nie widzę tego klimatu. Obstawy Royal Navy niby faktycznie brak – nie ma jej, bo nie ma tu wpływu? Nie nie pokoi piratów w tak oczywistym miejscu?

 

To flagowa łajba Johna ”Pogromcy Burz” Storma.

Nie mówię nie, zdarzały się takie floty, ale większość piractwa na Karaibach to jednak mniejsze żaglowce, nie wypływające zbyt daleko od “baz”. 

 

Mama w końcu dała mi wisiorek z małą, rubinową kropelką. Powiedziała wtedy, że dostała go od mojego ojca.

Nawiązanie do ostatniej części “Piratów…”?

 

Właśnie odwiązywano ostatnie cumy, ale Pogromca Burz stał jeszcze przed trapem.

Raczej trap, element wyposażenia statku, w momencie odcumowywania powinien już dawno być schowany.

 

Zostaliśmy na pomoście sami. Mój ojciec wycofał się na trap, patrząc na mnie wyczekująco. Czerwone żagle łopotały na wietrze.

Nope. Jak się potem przekonamy, statek wygląda na dość sporawy. Po pierwsze, nie stanąłby przy “pomoście” (jak już to kei), tylko na kotwicowisku, na które dopłynąć trzeba z lądu szalupą. I takie monstrum nie byłoby w stanie samodzielnie wpłynąć na sam koniec czegoś, co prawdopodobnie jest osłoniętą zatoką czy czymś w tym rodzaju – po pierwsze z powodu braku miejsca do manewrów, po drugie przez słabszy i kręcący wiatr w osłoniętym miejscu. Podejrzewam raczej konieczność holowania. No albo stanięcie w miejscu, w którym jeszcze dało się manewrować na własnych żaglach. 

 

Gdy podążałam za nim do wnętrza dwupiętrowego kasztelu, udało mi się już odrobinę lepiej zachowywać równowagę.

No i po tym głównie wnoszę, że statek musiał być sporawy, chyba że inaczej rozumiemy te “piętra”… Jeśli ma to dla ciebie znaczenie, możesz podrzucić wizualizację, to podyskutujemy na temat rozmiarów, liczebności załogi i tak dalej (bo wydaje mi się, że dwaj oficerowie do pełnienia wacht to trochę mało… Kapitan raczej nie zawracał sobie tym głowy na większych jednostkach).

 

Skinął na Charlesa i obaj zeszli do kasztelu – pewnie do kajuty kapitańskiej.

Sformułowanie “zejść do kasztelu” jakoś mi zgrzyta. Spokojnie mogłoby być pod pokład czy coś w tym rodzaju.

 

Pierwszy oficer Charles Vale spędzał sporo czasu na wyznaczaniu kursu.

 A co, takie miał problemy? ;)

 

Odwrócił jedną z map w moją stronę.

– Jak myślisz, gdzie jesteśmy?

Pochyliłam się, by lepiej odczytać drobne litery.

Na tej mapie powinny być zaznaczone pozycje z każdego robionego pomiaru. Wystarczy, by Liz znalazła ostatnią kropkę.

A uczenie się nawigacji, zwłaszcza takiej pełnomorskiej, to nie takie hop siup. Panna powinna znać chociaż podstawy matematyki, żeby cokolwiek zrozumieć, że o trygonometrii i różnych specjalistycznych tabelach i przyrządach nie wspomnę.

 

– Idzie burza! – krzyknął ktoś.

Na pokładzie nagle zrobiło się poruszenie. Od zachodu nadciągały ciemne, burzowe chmury zwiastujące kłopoty.

Nic wcześniej nie zapowiadało burzy? Żadne zmiany pogody, kołysania morza, zachmurzenia, kierunku wiatru? A w ogóle, to jak się ma w zwyczaju żeglować po pełnym morzu, z reguły burzy nie da się uniknąć, więc nie rozumiem, skąd ten niepokój, wszyscy powinni być przyzwyczajeni. To czym faktycznie może popisać się kapitan, skoro już ustaliliśmy, że pływanie w burzy to nie taki wyczyn, to na przykład duża brawura – niechęć do refowania żagli, zmiany kierunku na bezpieczniejszy, te sprawy.

 

Jeden z piratów stracił równowagę, lecz zdołał utrzymać się na rei. Upadek mógłby nie skończyć się zbyt dobrze.

– Szybciej tam! – zawołał bosman z irytacją.

Maszty i żagle miały swoich dowódców, którzy pilnowali porządku. Przecież z dołu nie wszystko widać i słychać, nie ogarniał tego wszystkiego wyłącznie jeden oficer.

 

Mój ojciec trzymał ster jedną ręką, a drugą dłoń wciąż zaciskał na moim przegubie.

Raczej u steru byłby sternik, a nie kapitan, ale nie czepiam się, może lubił. Bardziej się zastanawiam, jak Liz tam dotarła. Ster powinien znajdować się na nadbudówce rufowej, a Liz turla się wyraźnie gdzieś po śródokręciu. Wturlała się po drabinie ;)

 

Fale wciąż szamotały statkiem, lecz w pomieszczeniu nic się nie poruszało – koja, skrzynia i malutki stoliczek blokowały się nawzajem tak, by nawet sztorm ich nie przesunął.

Niektóre przedmioty można było przyczepić na stałe. A poza tym, jednak polecam hamaki, zwłaszcza w kabinach niższych rangą niż kapitan. 

 

– W większości tak – odparł. – Połowa rei się złamała, naprawimy ją na razie jakkolwiek, by przetrwała resztę rejsu.

Połowa jednej rei? To trochę tak, jakby powiedzieć, że złamała się połowa zapałki, czy połowa nogi… Jakoś mi to nie pasuje, drzewce i tak do wymiany. Statki często woziły zapasowe reje, to często pierwsze co szło, zarówno w walce jak i sztormie.

 

Statek zacumowano w pobliżu, a kapitan wydał rozkaz do spuszczenia szalup.

Raczej rzucił kotwicę.

 

 

 

W ogóle widzę sporo nawiązań do “Piratów…”, co trochę odrywa od lektury, jest aż nazbyt oczywiste, momentami ma się wręcz wrażenie, że czyta się coś zaledwie odtwórczego. Lekko przekręcone tylko imiona prawdziwych piratów również drażnią. Czuję się tak, jakbyś próbowała pójść po najmniejszej linii oporu, licząc na to, że nie zauważę. A domyślam się, że nie było to twoim zamiarem.

 

Żeglarskiego klimatu trochę mi brakuje. Tekst mogłyby poprawić opisy codziennego życia, bardziej specjalistyczne słownictwo (nawet to najbardziej oczywiste, np. chyba nigdzie nie pada słowo “rufa”), jakieś smaczki historyczne może. W zasadzie równie dobrze ta wyprawa mogłaby się odbyć samolotem, większej różnicy w nastroju by nie było. Brakuje żeglarskich zwyczajów, morskich przesądów, w ogóle opisów i konkretów, tworzących klimat detali. Takie jest moje zdanie, ale może ktoś ma inne. Sądzę, że ciężko uchwycić morskie klimaty.

 

Zakończenie nawet mi się podoba, nie spodziewałam się go :)

 

Powodzenia i polecam się na przyszłość :) Jeśli chcesz dalej iść w gatunek, zapraszam na priv, może będę mogła coś doradzić, uwielbiam marynistykę i historię morską.

 

 

 

No, dziewczyna rzeczywiście trochę naiwna. Odmłodziłabym ją, dała jej jakieś piętnaście i pół. Siedemnastolatki w tych czasach często już wychodziły za mąż i rodziły dzieci. Zastanawia mnie, że piracki statek tak po prostu wpłynął sobie do portu, a jeszcze bardziej, że później wypłynął. Znawcą nie jestem, ale wydaje mi się, że to była przez pewien czas plaga i władze nie wypuściłyby ich tak po prostu.

Wydaje mi się, że opko skierowane jest raczej do młodzieży, a więc zdecydowanie nie jestem targetem. Muszę jednak powiedzieć, że czytała się całkiem fajnie.

Nie znam “Piratów z Karaibów”, więc nie jestem w stanie stwierdzić na ile Twój tekst jest odtwórczy. Jeśli chodzi o sam statek, też nie potrafię ocenić na ile poprawne jest to, co pisałaś.

Stosujesz narrację pierwszoosobową, a to dość trudna sztuka i ma swoje ograniczenia. Tym razem wypadło całkiem dobrze, ale też historia jest dość prosta, a jej główni bohaterowie przebywają stale w jednym miejscu. Pomyśl, co będzie, jeśli antagonista znajdzie się na innym statku, bezludnej wyspie. Będziesz się musiała nieźle nagimnastykować.

Generalnie całkiem nieźle napisane. Jeśli poprawisz błędy, wskazane Ci przez Reg, dam klika do Biblioteki.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Z opóźnieniem spowodowanym przeziębieniem naniosłam poprawki , które wypisały regulatorzy or Mer (z tym, że z uwag Mer poprawiłam na razie te bardziej “głupie” błędy ;) niektóre uwagi muszę jeszcze przemyśleć lub wymagałyby większej zmiany opowiadania).

 

Irka_Luz Dzięki za komentarz! Chyba faktycznie odmłodzę bohaterkę o rok czy dwa. Ogólnie tak, to miało być opowiadanie dla młodzieży lub osób starszych, które chciałyby przeczytać coś lekkiego. Cieszę się, że Tobie się spodobało. A co do pirackiego statku w porcie, nie napisałam tego wprost, ale to właśnie miało być takie miasto w “szarej strefie”, gdzie przypływają zarówno “normalne” statki, jak i pirackie.

Skoro babole poprawione, to daję kliczka. :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Ogólnie jest jakaś historia, chociaż początek i koniec wydają mi się przegadane. Tylko środek dobrze się czytał, akcja w jaskini była szybka, bez rozmyślań panienki.

Bohaterka trochę głupia, ale chyba można jej to wybaczyć.

W miarę podoba mi się motyw zaufania do ojca, który nijak na nie nie zasłużył. Ale matka głupia – gdyby nie robiła tajemnic, nie byłoby sprawy. I tu już nie widzę argumentów na jej obronę.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka