- Opowiadanie: Jagiellon - Ostatnie pragnienia

Ostatnie pragnienia

.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Ostatnie pragnienia

Parter

 

Wchodziliśmy, nie będąc pewni, czego się spodziewać. Wnętrze budynku tonęło w mroku, a jedyne źródło światła stanowiły nasze latarki. Licznik Geigera trzeszczał cichutko, zwiastując obecność skażonych. Zwróciłem wzrok ku braciom. Ich skafandry, podobnie jak mój, były stare i sfatygowane, ale na lepszy sprzęt nie mieliśmy co liczyć. Rada Przystani wydawała dobrej jakości ekwipunek tylko niezarażonym, przy okazji oficjalnych misji. My musieliśmy sami sobie radzić.

Sprawdzaliśmy ostrożnie kolejne pomieszczenia, nie opuszczając luf karabinów nawet na moment. Kręgi światła ukazywały pełne zacieków i pleśni ściany oraz sufit, a także połamane krzesła, spróchniałe biurka czy pobite monitory. Pozostałości po normalnym życiu.

 

I piętro

 

Natknęliśmy się na szkielet człowieka. Porozrzucane kości bielały w blasku latarki, czaszka szczerzyła upiornie wybrakowane uzębienie. Ścisnąłem mocniej karabin – przedmiot, który w tamtej chwili był dla mnie niczym krzyż w rękach egzorcysty. Licznik Geigera trzeszczał coraz głośniej. Wzmogliśmy czujność.

 

II piętro

 

Raven wrzasnął i wystrzelił salwę pocisków w stronę mknącego cienia. Nie czekając, poszliśmy z Pierre’ em w jego ślady. Huk serii dudnił w uszach. Skażony w końcu został trafiony. Padł na podłogę, po czym natychmiast wstał. Kuśtykał jednak niezgrabnie, ciągnąc za sobą ciemną smugę krwi. Raven oddał ostatni strzał. Przez okna wpełzał pierwszy blask świtu.

 

III Piętro

 

Strzelaliśmy na oślep, otoczeni przez watahę potworów wyjących opętańczo. Kurz z dziurawionych ścian wirował w snopach światła. Raven rzucił granat błyskowy, który, eksplodując, oślepił nadciągające maszkary. Pierre przerwał serię. Kątem oka obserwowałem go, jak drżącymi dłońmi próbuje wymienić magazynek. Po chwili jeden ze skażonych przemknął obok mnie i skoczył. Poczułem bryzg gorącej krwi uderzającej w kombinezon. Odwróciłem się i rozstrzelałem mutanta, wrzeszcząc przy tym z całych sił. Z mojego brata pozostał jedynie mokry strzęp, a kolejne potwory już parły ku nam, nie miałem czasu na płacz. Wydawało się jednak, że za każdego zabitego pojawiają się trzy następne. Zupełnie jak łby hydry, pomyślałem.

Powyginane nieruchome cielska zalegały na podłodze, deptane wciąż pazurzastymi łapami. Wiedziałem, że amunicja mi się kończy. Nagle poczułem zupełne zobojętnienie. Przecież i tak już od dłuższego czasu czekaliśmy na nadejście śmierci. Tylko Marii było mi szkoda.

– Schowaj się za stolikiem! – Usłyszałem w słuchawce.

Rozejrzałem się i dostrzegłem mebel. Natychmiast pobiegłem i skryłem się za tą lichą barykadą. Zrozumiałem, że mój brat miał broń, o której nam nie powiedział.

Odruchowo spojrzałem na licznik Geigera, który przestał trzeszczeć już wcześniej, wychodząc poza skalę promieniowania. Wystawiłem głowę, obserwując Ravena zza zakrwawionej szybki hełmu. Ten ruszył na potwory, rycząc wściekle. Skażeni obskoczyli go, szarpiąc kombinezon, rozrywając ciało. Kotłowanina zdeformowanych cielsk pochłonęła drugiego z moich braci, nic już nie mogłem zrobić. Po chwili między ciemnymi sylwetkami rozbłysło światło. Padłem skulony na ziemię. Huknęło potężnie. Wstrząs targnął murami, tynk posypał się z sufitu. Usłyszałem trzask, podłoga zaczęła się zapadać. Pozostało mieć jedynie nadzieję, że nie skończę pochowany w gruzach.

Kiedy odważyłem się wstać, w miejscu większej części podłogi ziała dziura sięgająca parteru. W dole unosił się pył, przysłaniając bezkształtną masę gruzowiska. Podniosłem wzrok na schody, które szczęśliwie pozostały nienaruszone, mogłem więc dotrzeć na ostatnie piętro.

 

Osada 625X/37 – "Przystań"

 

Wpatrywałem się w uradowaną twarz Marii. Przyciskała zdjęcie do piersi, jakby próbowała poczuć swego synka przez zimne szkło ramki. W tej jednej chwili wyglądała jak dawniej, nawet pomimo faktu, że burza loków ustąpiła miejsca łysinie.

– Nie wiem, jak wam się odwdzięczyć – zaszlochała. Jednak w szlochu tym wyczułem radość z namiastki obecności syna. – Nie spodziewałam się, że zdołacie je znaleźć. Tak w ogóle, gdzie są Raven i Pierre? Im też chciałabym podziękować.

– Mieli wartę, a przecież wiesz, że dezynfekcja musi potrwać. Ja jestem po służbie, więc mogłem przyjść wcześniej – odparłem, chowając oczy za grzywką w nadziei, że siostra nie dostrzeże mojego zakłopotania i przygnębienia.

Pochłaniał ją jednak widok synka, toteż nie zwróciła już na mnie uwagi. Poczułem ulgę, że była do pewnego stopnia świadoma, co ostatnio zdarzało się coraz rzadziej. Choroba wykańczała ją w zastraszającym tempie, ale przynajmniej mogła znowu spojrzeć na roześmianą buzię swego dziecka. W świecie, gdzie życie nie ma sensu, warto nadać go chociaż śmierci, prawda? Bo trudno mówić o celu egzystencji, gdy trwa się w zbiorowej "dogorywalni", czekając na nadejście nieuniknionego.

Przytulała zdjęcie, gdy kilka dni później zamykałem jej powieki. Poczułem ukłucie zazdrości, że nie była samotna w ostatnich chwilach, bowiem ja nie mogłem na to liczyć.

Podczas pogrzebu niejednokrotnie pytano mnie, czy było warto poświęcić życie dwóch ludzi za fanaberię umierającej kobiety. U jednych wybrzmiewał wyrzut, u drugich troska. Każdego zbywałem milczeniem. Skoro musieli pytać i tak by nie zrozumieli.

 

Rubieże Kontynentu Północnego

 

Brnąłem w śniegu, otoczony strzelistymi szczytami. Czułem się coraz słabszy, straciłem nadzieję, że dotrę na samą górę. Fizyczna zapaść zirytowała mnie. Jeszcze dwa tygodnie temu taka wędrówka nie stanowiłaby dla mnie wyzwania. Musiałem się jednak z tym pogodzić.

Usiadłem na oblodzonej skale i zdjąłem hełm. Zapach mroźnego powietrza spowodował zawrót głowy, był zupełnie różny od śmierdzącej duchoty podziemnej osady. Wpatrywałem się w ciemne zbocza gór pokryte białymi łatami, na zasnute szarymi obłokami niebo i na ptaki szybujące pomiędzy jednym a drugim. Poczułem namiastkę wolności, której tak bardzo pragnąłem, do której tęskniłem, odkąd zostaliśmy zepchnięci na margines świata.

Wiatr połaskotał mnie po twarzy i bezwłosej głowie, przeszył skafander zimnem. Cudownym zimnem. Zamknąłem oczy i nabrałem w płuca wspaniałe, orzeźwiające powietrze. Po chwili rozległ się charakterystyczny trzask licznika Geigera.

Koniec

Komentarze

Jagiellonie, opisałeś zaledwie dwie scenki, a to, moim daniem, zdecydowanie za mało, aby tekst nazwać opowiadaniem. Byłoby miło z Twojej strony, gdybyś zmienił oznaczenie na SZORT.

Rozumiem, że bracia z narażeniem życia starali się sprawić radość chorej siostrze, ale nie rozumiem, jak do tego wszystkiego ma się ostatnia scena i obecność bohatera wśród ośnieżonych gór.

W tekście nie dostrzegłam nic, o czym można powiedzieć, że to SF.

 

po­szli­śmy z Pier­rem w jego ślady… ―> …po­szli­śmy z Pier­re’em w jego ślady

 

Pył i kurz z dziu­ra­wio­nych ścian wi­ro­wał w sno­pach świa­tła. ―> Kurz też jest pyłem.

 

– Scho­waj się za sto­li­kiem! – usły­sza­łem w słu­chaw­ce. ―> – Scho­waj się za sto­li­kiem! – Usły­sza­łem w słu­chaw­ce.

 

W dole uno­sił się pył, roz­my­wa­jąc gru­zo­wi­sko w bez­kształt­ną masę. ―> Pył jest pylisty i niczego nie może rozmyć.

Proponuję: W dole uno­sił się pył, przysłaniając bez­kształt­ną masę gruzowiska.

 

czy było warto po­świę­cić życia dwóch ludzi… ―> …czy było warto po­świę­cić życie dwóch ludzi

Życie nie ma liczby mnogiej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki za jak zawsze cenne poprawki. Masz niesamowitą umiejętność wychwytywania błędów. Ja biedziłem się nad sprawdzaniem tekstu tyle czasu, a tu po jednym przeczytaniu tyle uwag ;).

Co do ostatniej sceny, to napisałem ją, aby pokazać, że główny bohater również swojej śmierci chciał nadać jakikolwiek sens, mianowicie poczuć namiastkę wolności, za którą tak bardzo tęsknił.

Myślisz, że jednak nie jest to potrzebne? Może zbyt słabo zaakcentowane?

Nie, Jagiellonie, nie uważam, że ta scena jest niepotrzebna. Po prostu nie dostrzegłam intencji bohatera.

No i cieszę się, że uznałeś uwagi za przydatne. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wchodziliśmy[+,] nie będąc pewni, czego się spodziewać.

Poczułem namiastkę wolności, której tak bardzo pragnąłem, do której tęskniłem[+,] odkąd zostaliśmy zepchnięci na margines świata.

 

Rada Przystani wydawała dobrej jakości ekwipunek tylko niezarażonym, przy okazji oficjalnych misji. My musieliśmy sami sobie radzić. – ten fragment z początku sugeruje, że ci, co wybrali się na misję też staną się potworami. I w sumie nie wiem, czy dobrze to rozumiem?

 

Natknęliśmy się na szkielet człowieka. Porozrzucane kości – taka wątpliwość, czy rozrzucone kości można nazwać szkieletem?

 

Strzelaliśmy na oślep, otoczeni przez watahę potworów wyjących potępieńczo – nie chodziło przypadkiem o opętańczo? bo żeby mogły wyć potępieńczo, musiałyby mieć świadomość, a z opisu wynika, że raczej atakowały bezmyślnie

 

Rozejrzałem się i dostrzegłem mebel. Natychmiast pobiegłem i skryłem się za tą lichą barykadą. Zrozumiałem, że mój brat miał broń, o której nam nie powiedział. tego nie zrozumiałam, o jaką broń chodzi? Przecież towarzysz bohatera rzucił się na potwory.

 

Nie do końca przekonał mnie ten tekst. Powód misji – zrozumiałabym, gdyby bohater sam się wybrał po zdjęcie i np. jego towarzysze ruszyli mu na pomoc. A tak mamy trzech mężczyzn walczących ze zgrają zombie dla siostry jednego z nich. W dodatku jest ona umierająca. Gdybyś np. zarysował powiązania między Marią, Pierrem i Ravenem – dał im jakiś powód, do wybrania się z bohaterem na prawdopodobnie samobójczą misję, uprawdopodobnił jakoś tę wyprawę. Jest informacja, że są zarażeni, ale właściwie nie wiadomo, co ich dokładnie czeka i ile czasu im zostało. Masz tekst o dogorywalni – ale są to przemyślenia bohatera – informacja o tym, w jaki sposób on nie chce umierać. W tle jest naszkicowany świat, ale też bardzo pobieżnie. Tak samo dramat Marii. Najwięcej miejsca poświęcasz walce z zombie…

Podsumowując – jest tutaj jakaś historia, potencjał na coś przekonującego i poruszającego, tylko niewykorzystany – ograniczasz się do zarysu.

 

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Ja w ogóle niewiele z tego zrozumiałem, jakbym zaczął oglądać jakiś horror o zombie od środka. Niby nie ma w takim filmie jakiejś filozofii, ale… Po prostu brakuje emocji, jakich powinien doświadczać czytelnik, widząc dramat i perypetie bohaterów. A może sceny zostały ułożone w złej kolejności, może najpierw powinna być ta z Marią przytulającą synka.

dogsdumpling już odnoszę się do zarzutów.

Po kolei: ci, którzy są określeni mianem “zarażonych”, w założeniu nie mają stać się potworami, tylko w niedługim czasie umrzeć, tak jak to stało się z głównym bohaterem.

Co do broni, to była to bomba, która została użyta przez Ravena w samobójczej szarży. Myślę, że ukrycie tego typu planu (czyli poświęcenia się), było jak najsłuszniejsze z punktu widzenia bohatera.

Co do powiązań bohaterów, wszyscy są spokrewnieni, o czym wielokrotnie nadmieniam w tekście.

Jeśli chodzi o pozostałe informacje, których brak wytykasz, nie uznałem ich za warte opisania. Tekst w zamierzeniu miał być krótki i przekazać konkretną treść, za bezsensowne uważam budowanie w tej sytuacji skomplikowanej konstrukcji świata, ponieważ niczemu to nie służy, przynajmniej tak mi się wydaje.

Agroeling, szkoda, że opowiadanie nie przypadło ci do gustu. Co do kolejności, przemyślę sugestię ;).

Tak czy siak dziękuję wam za przeczytanie i podzielenie się przemyśleniami na temat mojej historii :).

Chętnie przeczytam więcej wskazówek, jak wycisnąć z tego tekstu więcej emocji, choć chyba nie jest to łatwo definiowalne.

Powiem uczciwie, ściągnął mnie tu nick autora. Przeczytać przeczytałem, nie czepiam się klimatów postapo ale jest kilka błędów logicznych. 

 

  1. Czort z promieniowaniem które powinno być mniej więcej równomierne, niech ci będzie, że skażeni są źródłami promieniowania. Tylko skoro skażeni/mutanci byli na górze, to powinni widzieć wchodząca trójkę już wcześniej, czemu więc nie zeszli na parter?
  2. Szarża na trzech gości z bronią maszynową. Czemu nie próbowali podejść ich z tyłu, kryć się w mieszkaniach, szafach, atakować z zaskoczenia?
  3.  Jak rozumiem Raven użył jakiegoś większego ładunku wybuchowego, tylko że w takim przypadku stolik to żadna osłona. Skoro eksplozja wywaliła dziurę w betonowej podłodze, to sorry Winnetou, ale gościu za stolika skończyłby jako miazga. 

Co do powiązań bohaterów, wszyscy są spokrewnieni, o czym wielokrotnie nadmieniam w tekście.

A widzisz, ja akurat słowo brat uznałam za synonim towarzysza/ towarzysza broni, a nie stopień pokrewieństwa między bohaterami.

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

MPJ 78, uwagi w punkt, przyjmuję jak ubogi w torbę, dzięki za sugestie.

dogsdumpling, chyba nie nazwałem pozostałych inaczej niż imieniem, albo bratem, aczkolwiek może faktycznie powinienem to bardziej zaakcentować.

Nie przejmuj się za bardzo, ja po prostu jakoś nie łapię klimatów postapo, a i horrorami też często mam dziwne problemy. Jako smarkacz miałem wątpliwą przyjemność pić płyn Lugola, po tym jak wywaliło Czarnobyl. Nie wiem czy ten specyfik wpłynął na tarczycę/jakieś inne moje podroby, ale mocno podważył wiarę w konflikt na niuki. Wojny toczy się o to by zdobyć, zasoby, surowce, kobiety kozy, kto co lubi. Wojna atomowa nie da nikomu łupów. Co innego gdyby zamiast niuków użyć, hipersonicznych głowic kinetycznych zrzuconych z orbity okołoziemskiej. Tak z 10 ton rozpędzonej stali może rozwalić miasto tak samo jak mniejsza atomica, za to bez efektów ubocznych typu promieniowanie. Ale to akurat pomysł na inne opowiadanie ;)

Co do horrorów to wiesz jak mam tak że np przy “Teksańskiej masakrze piła mechaniczną” zamiast zwracać uwagi na flaki czy krew, to zastanawiam się skąd gostek wytrzasnął tak dobry łańcuch do piły spalinowej? Przy Obcym zastanawiałem się jak on tak robi, że non stop się ślini, a nic nie pije? Wszelkiej maści zombi to pytanie, jak się ruszają, skoro im mięśnie zgniły? itd itp

 

Przeczytałam z przyjemnością. Opowiadanie ma dość prostą akcję, ale wiele dzieje się “poza sceną”, w warstwie emocji i niedopowiedzeń. Według mnie, czytelna jest sytuacja rodzeństwa, poświęcenie dla umierającej siostry i ostatnia odsłona w górach, którą odczytałam jako zbliżającą się śmierć bohatera. Nad powodem misji można dyskutować, ale mam wrażenie, że celowo wybrałeś właśnie zdjęcie, a nie np. uratowanie dziecka, bo takie rozwiązanie dodało głębi całej historii. Podobały mi się opisy: plastyczne, ze szczegółami, podzielenie akcji na piętra domu. Wykreowałeś bardzo smutny świat. Najbardziej emocjonalna jest druga część tekstu, a nie sama walka i śmierć żołnierzy. To, jak bohater zataja prawdę przed siostrą o poległych, opis postępującego wyniszczenia organizmu chorej, zdjęcie prawdopodobnie zmarłego dziecka i myśl bohatera, że w chwili śmierci będzie samotny. Podsumowując, zdecydowanie dobry tekst. Ode mnie klik.

Króciak napisany całkiem sprawnie warsztatowo, a scena rozpierduchy, stanowiąca trzon tekstu, obrazowa i dynamiczna. Fabuła wydaje się być pretekstowa i pozbawiona większego sensu, ale w sumie jakiego sensu oczekiwać po postapo. Grunt, że dobrze się czytało. 

I na tym w zasadzie można poprzestać, ale… Ale gdy do czytelnika dotrze informacja PO CO oni poszli na samobójczą misję, i że chodziło tylko (aż) o to, by umierająca kobieta mogła popatrzeć na zdjęcie dziecka, to w umyśle odpala się proces, odpowiedzialny za coś więcej, niż tylko radochę z czytania o rozwalaniu mutantów. 

Gdzieś świeci tu może dylemat z "Szeregowca Ryana" – czy warto poświęcić życie kilku żołnierzy by ocalić jednego i osiągnąć spory efekt propagandowy… A może nie tylko, może chodzi przede wszystkim o to, by nadać odrobinę znaczenia, godności i sensu śmierci, w świecie, gdzie nie ma nadziei i tylko śmierć została… 

Tak czy owak scenka zmusza do zastanowienia i powoduje chwilę zadumy, co przy nienajgorszym wykonaniu powinno zapewnić jej miejsce w bibliotece. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

MPJ 78, to nie chodzi o to, czy ja się przyjmuję, czy nie. To o czym piszesz faktycznie może wzbudzać wątpliwości. Na przyszłość muszę zwracać większą uwagę na tego typu kwestie, nawet jeśli nie uważam ich za szalenie istotne w kontekście historii.

W obecnym kształcie nie będę już tego zmieniał (musiałbym przekonstruować całą pierwszą część), ale na pewno wezmę sobie do serca twoje sugestie, zresztą tak samo jak wszystkie. Nie mam nikogo w swoim otoczeniu, kto mógłby mi udzielić porad z punktu widzenia osoby piszącej, tak więc jest to dla mnie naprawdę cenna nauka. Jeżeli zarzuty są jakkolwiek umotywowane, to warto się nad tym pochylić, prawda?

Tak więc dziękuję ci raz jeszcze za uwagi, a tym bardziej za chęć poprawienia mi nastroju. Szczerze doceniam ;).

ANDO, thargone, dziękuję wam za ciepłe słowa. Bardzo mi miło, że dostrzegliście zamysł i uznaliście lekturę za satysfakcjonującą.

Dobra historia, choć IMO zbyt pośpiesznie opowiedziana. I przytrafiło Ci się kilka niezbyt fortunnie użytych słów, które zaciemniają obraz. Piszesz na przykład:

 

Rada Przystani wydawała dobrej jakości ekwipunek tylko niezarażonym, przy okazji oficjalnych misji.

Wygląda to tak, jakby bohaterowie zostali zarażeni jakimś wirusem. Tymczasem z dalszej części opowieści wyłonił mi się świat po jakiejś katastrofie nuklearnej, a objawy, które przypisałeś bohaterom wskazują na chorobę popromienną. A nią nie można się zarazić. Dalej piszesz o zarażonych potworach. I tu rodzi się pytanie, czy bohaterowie też zmienią się w takie bestie, co ich właściwie różni od potworów, które ich atakują. I jedni i drudzy są zarażeni. Przez moment myślałam, że może bestie to po prostu jakieś zmutowane zwierzęta, ale to:

 

Skażony w końcu został trafiony. Padł na podłogę, po czym natychmiast wstał. Kuśtykał jednak niezgrabnie, ciągnąc za sobą ciemną smugę krwi.

za bardzo przypomina opis człowieka. Pozy tym czasowo nie pasuje. Wydaje mi się, że sceny, które opisujesz wydarzyły się niedługo po katakliźmie, a więc mimęło zbyt mało czasu, żeby takie zwierzaki mogły się urodzić i dorosnąć.

 

W braciach też się pogubiłam, kiedy pierwszy raz użyłeś tego słowa, skojarzyłam prawidłowo, ale już za drugim razem miałam podobne skojarzenia jak Dog.

 

No, i ta narracja pierwszoosobowa… Bohater używa czasu przeszłego, co oznacza, że opowiada tę historię z perspektywy czasu. Tymczasem rozstajemy się z nim na górze, na którą wybrał się, by umrzeć, tak przynajmniej to zrozumiałam. Siłą rzeczy nie ma żadnej przyszłości, w której mógłby tę historię opowiedzieć.

 

Poza tym IMO za bardzo skupiłeś się na rozpierdusze i przez to, to co w tym opku najważniejsze jakoś ucieka. Za bardzo te sceny walki przyciągają uwagę.

 

Nie zgadzam się z Thargone, że to dylemat z szeregowca Ryana. Tu mamy inną sytuację. Ludzie, którzy wyruszają na misję już są skazani. To poświęcenie zupełnie innego gatunku i najwięcej oddał chyba ten bohater, który pozostał przy życiu. To przejmujący obraz świata po apokalipsie, w którym jedynym wyborem ludzi jest już tylko to, jak umrzeć.

 

Przyznam, że mam dylemat, z jednej strony, z uwagi na temat i jego ujęcie, opko zasługuje na Bibliotekę, z drugiej – wszystko to, co napisałam wcześniej mówi mi, że na Bibliotekę trochę za wcześnie.

Jeśli chodzi o analogię do choroby popromiennej, w mojej głowie (bo nie uznałem za potrzebne, aby dodawać to w tekście) to wirus, który zmutował przez kontakt z radioaktywnością. Ale to tylko luźne założenie, nie zastanawiałem się nad tym głębiej (nie mam pojęcia, czy coś takiego jest w ogóle możliwe). Wypadające włosy kojarzą się z chorobą popromienną, czy rakiem, ale w tekście ten objaw pełni konkretną funkcję, mianowicie chciałem ukazać chorobę bohatera w ostatniej scenie. Wcześniej wspominam, że chowa się za grzywką, później wiatr muska go po łysej głowie. Ponadto potwory zwane są skażonymi i są pewnego rodzaju nowym gatunkiem o cechach anatomicznych zbliżonych do człowieka.

W przypadku braci, to nie wiem skąd inne skojarzenia niż rodzeństwo. Naprawdę byłbym wdzięczny za sugestię, jak to zmienić, bo problem najwyraźniej jest ;).

Co do narracji, zauważ, że bohater jeszcze nie umarł, więc mógł to wspominać, opowiedzieć, spisać, nagrać później. Ale faktycznie, może warto byłoby się pochylić nad tym, czy nie byłoby lepiej, gdyby w ostatniej scenie np. kończył pisać pamiętnik, czy coś i zrobić narrację trzecio lub pierwszoosobową.

To wszystko o czym piszę jest niejako wytłumaczeniem, usprawiedliwieniem się, że jednak miałem to do pewnego stopnia przemyślane. Nie wspomniałem o tym w tekście, albowiem uznałem, że wciskanie tych informacji w tak wąskie ramy nie miałoby sensu. Zresztą postapo to tylko dekoracja pasująca mi do historii, którą chciałem opowiedzieć. Nie jestem fanem tego nurtu, nie czytałem zbyt wielu opowiadań tego typu. Nie miałem zamiaru również budować świata, po prostu wymyśliłem fabułę i wykonałem ją w takiej formie.

To o czym piszę nie zmienia natomiast faktu, że oczywiście twoje zastrzeżenia są jak najbardziej trafne i muszę pomyśleć, jak w przyszłości unikać podobnych wątpliwości. Szkoda tylko, że zaburzyło ci to odbiór opowieści.

Rozpisałem się, dość ;). Dzięki za garść uwag!

nie będąc pewni

Źle to brzmi. Strona bierna, zwłaszcza strona bierna od "być", zwykle bywa niezgrabna. Dałabym raczej "nie wiedząc".

 Wnętrze budynku tonęło w mroku, a jedyne źródło światła stanowiły nasze latarki.

"A" jest, moim zdaniem, zbędne, a wręcz sugeruje pewną nadmiarowość.

 Licznik Geigera trzeszczał cichutko, zwiastując obecność skażonych.

Albo bananów. Geiger wykrywa wszystko.

 Zwróciłem wzrok ku braciom.

To brzmi jak high fantasy, ale wyraźnie jesteśmy w postapokalipsie. To jak jest?

 pełne zacieków i pleśni ściany

Pełne – czy pokryte zaciekami? Mało obrazowy ten opis.

 pobite monitory

Potłuczone.

 Pozostałości po normalnym życiu.

Nie wal mnie tym po głowie. Opisałeś, dość skrótowo, ale wystarczająco, ogólny wystrój wnętrza. Ja za bystra nie jestem, ale sama się połapałam, skąd te krzesła.

 czaszka szczerzyła upiornie wybrakowane uzębienie

Poplątane. Do czego odnosi się "upiornie"?

 przedmiot, który w tamtej chwili był dla mnie niczym krzyż w rękach egzorcysty.

Dear God.

 Wzmogliśmy czujność.

Pokaż to.

 salwę pocisków

Dosłowna salwa może być tylko pocisków, metaforyczna może być czegoś innego.

 Nie czekając, poszliśmy z Pierre’ em w jego ślady. Huk serii dudnił w uszach.

Strasznie to powolne, chociaż takie skrótowe.

 Kuśtykał jednak niezgrabnie

Utykał.

 Przez okna wpełzał pierwszy blask świtu.

To sugeruje, że świt jest czymś niedobrym. Hmm?

 otoczeni przez watahę potworów wyjących opętańczo

Dziwny szyk, rozmazana akcja – i po co oni tam leźli? Wiedzą, że w budynku są zombiaki, ale idą na górę, skąd trudniej będzie uciec? Czemu?

 Raven rzucił granat błyskowy, który, eksplodując, oślepił nadciągające maszkary.

A ich nie? Ponadto – pokaż mi to. Niech to zobaczę.

 Po chwili jeden ze skażonych przemknął obok mnie i skoczył.

Opisujesz to jak przejście przez jezdnię.

 Odwróciłem się i rozstrzelałem mutanta, wrzeszcząc przy tym z całych sił.

Tak, ot?

 Nagle poczułem zupełne zobojętnienie.

Ja też. To niedobrze.

 Usłyszałem trzask, podłoga zaczęła się zapadać.

A potem przestała? Jakoś w to nie wierzę.

 pomimo faktu

To źle brzmi.

 Jednak w szlochu tym wyczułem radość z namiastki obecności syna.

Nienaturalne, to raz. Ale przede wszystkim – jestem ostatnią, która by Ci powiedziała, że symbole nie mają znaczenia, zwłaszcza w ciężkich czasach. A mimo to wątpię w trzech twardych gości, którzy włażą do leża zombie tylko po fotografię…

 Tak w ogóle, gdzie są Raven i Pierre? Im też chciałabym podziękować.

Wychodzi na mocno naiwną.

 że siostra nie dostrzeże mojego zakłopotania i przygnębienia.

… i tak musi jej powiedzieć. Ponadto – dziwnie wygląda nadawanie rodzeństwu imion (ksywek?) w trzech różnych językach. W dłuższym tekście mógłbyś to uzasadnić, ale tak?

 Pochłaniał ją jednak widok synka, toteż nie zwróciła już na mnie uwagi.

Mało naturalne.

 Poczułem ulgę, że była do pewnego stopnia świadoma

Jest świadoma (consecutio temporum).

 Bo trudno mówić o celu egzystencji, gdy trwa się w zbiorowej "dogorywalni", czekając na nadejście nieuniknionego.

Można. Ale to temat na dłuższą dyskusję (lub opowiadanie).

 Skoro musieli pytać i tak by nie zrozumieli.

Skoro musieli pytać, i tak by nie zrozumieli.

 Fizyczna zapaść

Słowo "zapaść" coś znaczy w medycynie.

 

No, to tak. Masz coś do powiedzenia (dyskutowałabym z Twoją koncepcją, ale niewątpliwie ją masz) – ale nie za bardzo Ci wyszło opowiedzenie tego. Pisanie nie jest łatwe. Ten tekst stanowi raczej notatkę, szkic. Dobry mógłby być, gdybyś się nie spieszył, więcej namalował, dał nam czas, żeby się przywiązać i przejąć losami bohaterów.

 ponieważ niczemu to nie służy, przynajmniej tak mi się wydaje

Ależ to właśnie jest literatura! Sam to czujesz. Inaczej powiedziałbyś swoje po prostu, jednym zdaniem.

 

ETA: wyjaśnienie w langłydżu. Jak znajdę po naszemu, to wrzucę.

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Tarnina, dziękuję za pokazanie niedociągnięć, sam w życiu nie zwróciłbym na to uwagi ;). Nie, żebym zgadzał się ze wszystkimi zarzutami, ale na pewno ze zdecydowaną większością. Postaram się zapamiętać twoje wskazówki i następnym razem popełnię inne błędy. :)

Postaram się zapamiętać twoje wskazówki i następnym razem popełnię inne błędy. :)

Takie jest życie, nie? :)

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Można by nawet rzec, że w tym przypadku taka jest proza życia ;).

Logika i motywacja trójki braci rzeczywiście trochę kuleje, ale przecież z drugiej strony nie może dziwić fakt, że w świecie beznadziei, bohaterowie próbują nadać jakiś sens swojej śmierci, gdy na życie nie ma już sił i chęci. Mnie też ci "bracia" wydali się umowni i odnoszący do braterstwa wspólnoty, nie więzi rodzinnych.

Ja również nieco się gubiłem w tych “skażonych, zarażonych, napromieniowanych” itd. Lekki miszmasz i pomieszanie nieułatwiające lektury na poziomie szukania sensu i logiki świata przedstawionego.

Ale jako migawka ze świata postapo, przepełniona beznadzieją, napakowana akcją i prostymi emocjami opowiastka tekst sprawdza się dobrze. I jest nawet dobrze napisany. Zdania płyną wartko, słowa układają się płynnie i bez większych zgrzytów. Podział na piętra wydaje się ciekawym zabiegiem. Finał odpowiednio gorzki (chociaż na ten brak włosów nie zwróciłem uwagi).

Ok. Nie ma tutaj niczego nowego, wszystko to już było, tekst jest właściwie zbiorem kalk. Ale co z tego? Najważniejsze, że dobrze się czytało, dlatego ode mnie klik do biblioteki.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Mr.maras, cieszę się, że dobrze ci się czytało moje wypociny. Uwagi przyjmuję oczywiście, jak poprzednie, dobrze wiedzieć nad czym należy popracować ;).

Dzięki za komentarz.

Obrazek na temat.

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

MOŻLIWE SPOJLERY (chociaż po co ja to piszę, z komentarzy wyżej wszystko już wiadomo;)).

Powiem szczerze, że nie za bardzo rozumiem zarzuty dotyczące braku logiki w zachowaniu bohaterów. Przecież oni wszyscy umierają, dni wszystkich są policzone, chodzi tylko o to, by tej resztce życia nadać jakikolwiek sens (popraw mnie, Jagiellonie, jeśli nie mam racji, wszystkich komentarzy nie czytałam). To nie są żołnierze na wojnie, którzy mają duże szanse na powrót do domu, więc ryzykowanie życia dla zdjęcia i sprawienia komuś kilku chwil szczęścia byłoby rzeczywiście trudne do zrozumienia. To umierający ludzie w pozbawionych nadziei okolicznościach.

Mnie się bardzo podobało. Mam nadzieję, że ktoś dokliknie do biblioteki.

Zgoda, ocho, ale. Ludzie zasadniczo postępują zgodnie ze swoim charakterem (nigdy w stu procentach! ale zwykle owszem), który to charakter wyrabiają sobie przez całe życie, nie w ciągu jego ostatnich minut. Trudno przełamać stare nawyki, takie jak instynkt samozachowawczy.

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Przecież oni wszyscy umierają, dni wszystkich są policzone, chodzi tylko o to, by tej resztce życia nadać jakikolwiek sens (popraw mnie, Jagiellonie, jeśli nie mam racji, wszystkich komentarzy nie czytałam).

Ocha, oczywiście masz rację, taki był zamysł ;). Dziękuję za pochlebne słowa i klika :).

 

Tarnina, co do twojego zarzutu, to wydaje mi się, że ja, stawiając się na miejscu bohaterów, postąpiłbym jednak podobnie i poszukał jakiegoś celu w końcówce egzystencji ;). Choć po prawdzie, to tylko gdybanie i wolałbym nigdy się o tym nie przekonać :).

po prawdzie, to tylko gdybanie i wolałbym nigdy się o tym nie przekonać :).

Że tak polecę truizmem – to zawsze jest gdybanie i nikt nie wie, jak by się zachował w sytuacji ekstremalnej, dopóki ta sytuacja nie nastąpi. I zachowanie Twoich bohaterów uważam za równie prawdopodobne, jak wiele innych alternatywnych.

To ja mogę się tylko uśmiechnąć z pewną dozą satysfakcji :).

Choć po prawdzie, to tylko gdybanie i wolałbym nigdy się o tym nie przekonać :).

Ano, prawda.

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Tekst językowo/fabularnie nieskomplikowany i napisany dość prostym (w sensie pozbawionym różnego rodzaju zawijasów, metafor i ogólnego popisu) językiem. Trochę klisz ze skażonymi, promieniowaniem itd. (świat nie jest w żaden sposób nowy, interesujący czy oryginalny). Niemniej tekst spodobał mi się właśnie przez tę prostotę wykonania, nie silenie się na sztuczne rozbudowanie tekstu, czy szarżę literacką – dobrze dobrana narracja do bohatera (mamy wszak narrację pierwszoosobową). Udany pomysł z podziałem na piętra.

Bardzo przypadł mi do gustu smutny klimat tekstu skontrastowany z narastającą obojętnością bohatera, no i to, że chodziło “tylko” o zdjęcie.

Tylko Marii było mi szkoda.

Przyciskała zdjęcie do piersi, jakby próbowała poczuć swego synka przez zimne szkło ramki. W tej jednej chwili wyglądała jak dawniej, nawet pomimo faktu, że burza loków ustąpiła miejsca łysinie.

Przytulała zdjęcie, gdy kilka dni później zamykałem jej powieki.

Skoro musieli pytać i tak by nie zrozumieli.

Wszystko to, co powyżej bardzo mi się spodobało; trafne i zwięzłe. Ładna klamra kompozycyjna w ostatnim zdaniu tekstu.

Gdybym jeszcze mogła, kliknęłabym bibliotekę.

Pozdrawiam!

Dziękuję za taki miły komentarz, niezmiernie się cieszę, że uznałaś lekturę za udaną :). Również pozdrawiam!

Nowa Fantastyka