- Opowiadanie: P.J.Otter - Łokieć

Łokieć

Taka moja propozycja. Nie jestem dobra w pisaniu krótkich tekstów (może nawet kiepska), tym bardziej, gdy goni mnie czas i muszę trzymać się narzuconego tematu. Co wyszło z pisanego w wolnych chwilach tekstu i ile trzeba by w tym wszystkim napoprawiać? Sami oceńcie.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Łokieć

– Biegiem Zwolski! – krzyczał ogolony na łyso mężczyzna, przecinając w pełnym pędzie niemal pusty parking. Granatowa torba w żółtą jodełkę obijała mu się boleśnie o udo, pobrzękując swoją zawartością w rytm szybkich kroków. – Przebieraj tymi krótkimi girami, do kurwy nędzy!

 

Biegnący za nim grubas pochłonięty kontrolą nad utrzymaniem równowagi i okularów uporczywie zsuwających mu się z nosa, ledwo słyszał krzepkiego towarzysza, dobiegającego już prawie do uliczki, w której ukryli samochód. Miał wrażenie, że głośny, świszczący oddech wydobywający się spomiędzy jego spierzchniętych warg, zagłuszał wszystkie inne dźwięki, także te niepokojące, co akurat wpływało nań pozytywnie. Zupełnie jak szum spuszczanej w kiblu wody, inicjowany dla pozornej intymności podczas załatwiania potrzeby w miejscu publicznym. Spaślak z trudem łapał powietrze w palące go żywym ogniem płuca, a jego nogi zdawały się przekształcać w dwa rozpalone pogrzebacze wetknięte proporcjonalnie po obu stronach falującego pod spodniami tyłka. Przez ciężki plecak wpijający się w ramiona i w wyniku wrodzonego braku koordynacji, skręcając za róg budynku z czerwonej cegły, wyłożył się całym sobą na brukową kostkę. Odnotowując alarmujący, rozlewający się promieniście od lewej skroni ból, zerknął na przekrzywiony szyld Poczty Polskiej. W zamroczeniu pomacał opuszkami palców po policzku, powlekając je lepką krwią. Bluzgnął na nieczynną filię, tak jakby winna była niefortunnemu zajściu.

– Zwolski! – zawołał na niego łysy, w pośpiechu otwierając bagażnik.

 

Nie było czasu na użalanie się nad sobą. Musieli w tej chwili ruszać. Zza pleców niósł się tupot wielu stóp. Zwolski chciał czy nie chciał, zmuszony był wziąć się w garść. Spiąć poślady, zacisnąć zęby, a przede wszystkim zapomnieć o mroczkach przed oczami i rwaniu w łokciu. Podciągnął się więc niezgrabnie na kolana i z łoskotem zrzucił plecak na ziemię. Chwiejnie, podtrzymując się dłońmi podłoża, złapał niepewny pion. Nie tracąc czasu, pociągnął za sobą tobół, celując wzrokiem w otwarty bagażnik. Materiał na granicy rozdarcia szurał o bruk. Kolega ponaglił go nerwowym machnięciem ręki. Wsiadał właśnie za kierownicę, jednocześnie wydobywając zza paska kradziony pistolet. Odłożył broń do szufladki przy skrzyni biegów i odpalił silnik. Sekundę później w bagażniku łupnęła druga część łupu, przygniatając pozostawioną luzem gaśnicę. Czarna klapa opadła z trzaskiem, domykając się tylko dzięki milimetrom pustej przestrzeni, dzielącej metal od ładunku. Mało brakowało, a straciliby kolejne, cenne sekundy.

– Jestem – wydyszał Zwolski, wdzierając się na siedzenie pasażera.

Nie zdążył dobrze zamknąć drzwi, gdy samochód ruszył, wzniecając spod kół tumany kurzu. Drobne kamyczki obsypały przednią szybę zaparkowanego obok forda fiesty, kiedyś białego, teraz barwy chłodnego popiołu.

– Człowieku! Przez ciebie prawie nas dorwali! Tyle razy ci mówiłem…

– Jak rany, Sławek. Robiłem, co mogłem.

Zwolski nadal walczył z oddechem. Głos mu się załamywał. Próbował zapiąć pas, lecz coś blokowało go pod fotelem. Pewnie zadzierzgnął się na szynie, dociśnięty ciężarem mężczyzny. Dał sobie z nim spokój.

– Poza tym, to był twój pomysł. Napaliłeś się na tę miejscówkę jak szczerbaty na suchary. – Spojrzał przez okno, z pełnym skargi grymasem. Sławek się nie odzywał.

– A powtarzałem. Tyle razy powtarzałem, że to głupi pomysł. Żebyśmy dali sobie spokój. Ale ty: Nie! Nachapiemy się jak nigdy! – mówił, nie odrywając wzroku od mijanych samochodów. – Mógłbyś mnie do diabła nieraz posłuchać! Kto niby zadecydował, że to ty tutaj rządzisz? Co? Jakoś sobie nie przypominam…

– Skończyłeś?

Zwolski prawie zachłysnął się własną śliną. Nie lubił, gdy mu przerywano, a już zwłaszcza tak spokojnym, bezkonfliktowym tonem. Jak do smarkacza z burzą hormonów. Otarł pot z czoła, zwracając się rozeźlony twarzą ku kierowcy.

– Nie, kurwa! Nie skończyłem! – Prawie opluł Sławka. Nie miał co prawda nic więcej do powiedzenia, chciał się tylko trochę wyładować i ostatnie słowo musiało należeć do niego.

Sławek niewzruszenie obserwował drogę. Nie raczył nawet zerknąć w bok. Huberta Zwolskiego znał dobre dziesięć lat. Facet, choć nie wyglądał na pieniacza, nerwy miał kruche jak chińska porcelana. Niejeden naciął się już na wybuchowy temperament pozornie sympatycznego, ciapowatego informatyka. Zwolski przypominał wielką, rozlewającą się kluchę o poczciwej, szerokiej twarzy prezentowanej światu na głowie wystającej z kołnierzyka polówki z logiem Star Wars, tudzież innej superprodukcji science fiction. W gruncie rzeczy było to nawet komiczne, bo sama ta głowa wyglądała jak mały, różowy Jabba. Na Sławku, wybuchy kolegi nie robiły większego wrażenia. Przywykł. Dalej, jechali więc we względnej ciszy. Gdzieniegdzie migała im jakaś postać, przelotnie podnosząca na nich wzrok. Poza tym, w centrum i na okolicznych osiedlach było praktycznie pusto. Zupełnie, jakby tego dnia cała społeczność postanowiła spędzić czas pod dachem, zaszyta w trzewiach labiryntu budynków, robiąc nie wiadomo co.

Podwozie zakołysało się gładko, gdy przejechali przez garb na Moście Lecha. Silnik wątle rzęził pod maską. Lata swojej świetności miał dawno za sobą. Na domiar złego wskaźnik paliwa opadał równym tempem na czerwonej tęczy, zwiastującej rychły, niezamierzony postój.

– Weź no sprawdź, czy mamy gdzieś tam z tyłu trochę benzyny?

Sławek mgliście kojarzył, że o świcie, przezornie zapakował do auta pełen kanister. Tak mu się przynajmniej wydawało. Poranki znosił zwykle dość ciężko. Nie wysypiał się, przez co pobudki rozciągały się w jego przypadku do granic absurdu. Okres od uniesienia powiek, do osiągnięcia stuprocentowej świadomości, pamiętał szczątkowo. Jego ojciec, stojąc u schyłku życia, nim przestał mówić i stał się całkowicie bezwolną marionetką w rękach lekarzy oraz wiecznie nachmurzonych pielęgniarek relatywnie dobrego hospicjum, zapominał nawet własnego imienia. Ba, zachowywał się jak człowiek, który utknął w pętli czasu dnia jednego. Alzheimer to potworna choroba.

Zerknął w lusterko wsteczne na jedenastoletniego chłopca, próbującego przekopać się przez pomiętą plandekę maskującą, napierającą na niego po sam czubek blond czupryny. Plandekę wozili na tylnym siedzeniu głównie po to, żeby w razie potrzeby zakamuflować gdzieś swój transport. Obserwując cherlawego chłopaczka, zwiniętego może ze dwa tygodnie temu spod ogrodzenia w ich dziupli, żywił nadzieję, że on sam nigdy nie zachoruje na to pieroństwo. Choć może lepiej to niż co innego.

– I jak, młody? Znalazłeś?

Chłopak wychylił się spod plastikowej plecionki w moro, niczym żółw ze skorupy.

– Jest tu jakiś kanister. Za pana siedzeniem. Chyba pięć litrów.

Dzieciak był grzeczny. Nie przez wzgląd na wychowanie, ale z prostego strachu.

– Dobrze. – Pokiwał głową. Poczuł się spokojniej z myślą, że nie zapomniał, że jednak mu się nie pomieszało.

– Zwolski? Ej! Ocknij się. – Zwolski przysnął w pozycji rozpływającej się w słońcu gałki loda o smaku gumy balonowej z truskawkową polewą. Oparł się wygodnie na zagłówku, pochrapując pod nosem. Do kącika ust przykleiła mu się kropla śliny jak obleśny, czerwonawy slime, zabarwiony krwią z rozciętej twarzy. Rana już nie krwawiła, ale pewnie zostawi mu małą bliznę, na pamiątkę tego owocnego wypadu.

– Zwolski! – Szturchnął go w ramię.

– Weź, spierdalaj – wybełkotał, próbując przekręcić swoje gabaryty na za małym dla niego siedzeniu.

– Jedziemy na rezerwie.

– To stań i zatankuj – niewyraźnie wyartykułował oczywistość. – Sam sobie kontynuuj, ten swój genialny, jakże przemyślany plan. Ja swoje zrobiłem.

– Sam nie dam rady. Sporo się ich tutaj przewija.

– W mieście było lepiej. Tutaj mają lepszy widok i w ogóle – dodał niespodziewanie chłopak, stając najwyraźniej po stronie Sławka.

– Przecież jesteśmy na jakimś wypiździejewie. – Zwolski wyjrzał na zewnątrz. Jechali przez zalesiony teren, ledwo okraszony pojedynczymi gospodarstwami. – Ja tam nikogo nie widzę. Zmęczony jestem. Weź dzieciaka. – Mówiąc to, wrócił do drzemki.

 

Ujechali dobre dziesięć kilometrów. Sławek zlustrował najbliższy teren, pochylając się nad kierownicą. Nie podobały mu się tutejsze świerki, zawężające widoczność do kilku, może kilkunastu metrów, ale auto toczyło się tylko siłą rozpędu. Nie mieli wyjścia. Zjechał na pobocze w miejscu, gdzie chojaki wydawały się rosnąć najrzadziej.

 

– Zwolski…

– Nie.

– A jak tam sobie kurwa chcesz. – Sławek wysiadł na szosę, z przyzwyczajenia uprzedzając tę czynność sprawdzeniem, czy nic aby nie nadjeżdża zza pleców. Za pasek wsadził broń. – Mały, zostań w środku. – Dzieciak skinął, że rozumie.

Otworzył tylne drzwi. Spod plandeki wydobył zadziwiająco ciężki kanister. Widać ręce nadal nie odpoczęły po niedawnym wysiłku. Obszedł samochód i odkręcił wlew. Nie miał lejka. Paliwo nalewać musiał wprost z szerokiej szyjki. Część płynu spłynęła po karoserii. Opróżniwszy baniak do jednej czwartej, obrócił się nagle na pięcie. Usłyszał niepokojący szelest. Suche gałęzie trzasnęły parokrotnie, opadłe z niskich dębów zeszłoroczne liście chrzęściły pod dziurawymi podeszwami dwóch wiotkich postaci w poszarpanych łachmanach. Na łysej głowie Sławka odbiło się mrugające zza ciężkich obłoków słońce. Przypominał niemego koguta na dachu pojazdu uprzywilejowanego. Załomotał w szybę od strony pasażera. Zwolski łypnął na niego wrogo. Chłopak na tylnym siedzeniu wtulił się w maskujący materiał. Podciągnął kolana pod brodę, kuląc się na podobieństwo ubranego w starte dżinsy i zielony T-shirt płodu. Sławek jednocześnie wyciągał i odbezpieczał pistolet. Wystrzelił jedną kulę wprost między oczy sunącej ku niemu młodej kobiety. Nie znał się na broni, ale trafił na cholernie dobry egzemplarz, bo potylica nieboszczki rozprysła się w twarz ciągnącego się za nią młodziana, jak gdyby zrobili ją z cienkiego plastra zastygłego cukru. Mózg, o konsystencji ciepłego budyniu rozbryznął się po ściółce i pokrytych igłami gałęziach. Bezwładne ciało upadło na ziemię. Młodzian z na wpół wyrwaną szczęką obszedł truchło, gubiąc zdezelowany trampek. W zapadniętym oczodole, na strzępach jakichś tkanek, majtała mu się rozciapciana, niewidząca gałka. Sławek wypalił. Nie trafił jednak potrącony drzwiami pasażera. Kula poszła w tors. Zwolski wypadł przez próg z głuchym plaśnięciem. Siedząc na pasie zieleni, gorączkowo próbował dosięgnąć do łydki, gdzie pod nogawką przypiętą miał spluwę. W tym czasie w powietrzu poniósł się kolejny wystrzał. Drugie ciało upadło na ściółkę.

– Kurwa! Skąd ich tyle?! – wydzierał się Sławek. Z lasu wychodzili kolejni. Płynęli przeklętym strumieniem. – Jebani harcerze. – Splunął, rozłupując czaszkę nieżywemu-żywemu zuchowi w brudnym mundurku. – Zatrzymaliśmy się akurat koło pierdolonego obozu!

Zwolski sapiąc uniósł się na nogi. Rozstawił je szeroko, jakby zamierzał srać na stojąco. Nadal nie dosięgnął giwery. Zawadzał mu brzuch zwisający między udami. Zgiął kolana i… Miał ją. Rozentuzjazmowany osiągnięciem nacisnął spust. Zapomniał odblokować cholerny dzyndzel. Sławek strzelił za niego, rozwalając nastolatka w okularach Harrego Pottera. Znikąd wyrosło kolejnych dwóch. Znacznie bardziej sfatygowanych od pozostałych. Skóra wraz z mięsem odłaziła im od kości całymi płatami. Sławek zastanowił się nawet przez ułamek sekundy, jak mogło do tego dojść, a potem odstrzelił obydwu.

– Jestem pusty – obwieścił, nerwowo tłukąc kolbą we wnętrze dłoni.

Zwolski widział pełznącą w ich kierunku dziewczynę. Nim zdążył zareagować, ta wgryzła się w kostkę Sławka, powalając go na ziemię. Na nią rzucił się jeszcze jeden amator świeżego mięsa. On także starał się dostać do ciepłych, pulsujących krwią mięśni.

Grubas zatoczył się do tyłu, upuszczając pistolet. Wpadł na maskę, rysując lakier guzikiem wszytym przy tylnej kieszeni.

– Zastrzel mnie durny skurwysynu! – wydzierał się były księgowy, szamocząc się z trupem. – Zwolski! Niech cię szlag trafi! Słyszysz mnie?!

Zwolski obrócił się. Zęby szczękały mu o siebie i nie potrafił nad tym zapanować. Chyba się osmarkał. Uciekał środkiem szosy. Nie obejrzałby się i nie zatrzymał, gdyby nie usłyszał wystrzałów. Dwóch, jednego po drugim. Sławek spoczywał nieruchomo pod truchłem dziewczyny. Znad jej koka unosiła się chyba smużka dymu, a w pogruchotanej głowie jej przyjaciela tkwiła wbita konserwa.

– Franek? – zwrócił się do jedenastolatka silnie ściskającego jego broń.

Dzieciak stał przed autem sztywno jak kołek. Bagażnik był otwarty. Niepewnie zrobił krok w stronę samochodu. Widział, jak w rowie utknęło kilka postaci. Lada moment mogły się uwolnić i ruszyć prosto na nich. W tej jednak chwili zapętlili się, pozbawionymi czucia kończynami.

– Spierdalaj stamtąd! – nakazał młodemu.

Franek przepraszająco spojrzał Zwolskiemu prosto w oczy, a potem Zwolski spojrzał wprost w lufę pistoletu. Nie zanotował wystrzału.

 

***

 

Z plecakiem do połowy zapełnionym puszkami i suchymi produktami spożywczymi. Plecakiem, który opróżniał w pośpiechu, zostawiając tyle, ile mógł unieść. Oddalał się prędko od volkswagena. Jego słomkowe włosy zlepiły się bordowymi skrzepami, gdy nieroztropnie poprawił je umazaną krwią ręką. Zostały mu trzy kule. Wolał nie marnować ich na harcerzy. Żal było mu tylko całego jedzenia, jakie zostało w bagażniku. Dał krok nad bezwładną nogą Zwolskiego. Informatyk, w poplamionej koszulce z wizerunkiem księżniczki Lei, schowanym pomiędzy asfaltem a jego brzuszyskiem, leżał martwy w prawie że artystycznej kałuży, wyciekających z niego płynów. Na jego łokciu, otoczony okrągłym siniakiem i zepsutą tkanką odznaczał się ślad po ugryzieniu.

Koniec

Komentarze

Przeczytane ;)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Melduję, że bilet został skasowany.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Uniwersum Walking Dead? Lubię ten serial. Ten odcinek też. Opisy są plastyczne, jest dynamika, napięcie akcji. Jedno mnie nie przekonuje: w świecie zombie, spaślak nie leniuchowałby w samochodzie? a wylazł osłaniać kolegę podczas tankowania. Bez łaski, we własnym interesie.

kamyczki obsypały przednią szybę, zaparkowanego obok Forda

– zbędny przecinek

Bardzo przyjemna lektura!

Pozwolę sobie najpierw na kilka uwag szczegółowych:

…przez pomiętą plandekę maskującą, napierającą na niego po sam czubek blond czupryny. Wozili na tylnym siedzeniu…”

Wychodzi na to, że wozili czuprynę.

 Zęby szczekały mu o siebie”

Wiadomo, że o siebie. Zęby mu szczękały i tyle (bo zakładam, że z tym szczekaniem to literówka).

Mam wątpliwość związaną z opisem wnętrza samochodu:

Odłożył broń do szufladki przy skrzyni biegów…”

Czy chodzi o schowek? Może o schowek w podłokietniku? Piszesz, że to volkswagen (chyba dość leciwy) – czy tam były jakieś szufladki? Nieczytelne to dla mnie. Nawiasem mówiąc, volkswagen, ford – małymi literami. Fiesta chyba też ;)

I jeszcze jedno: ten fragment o Alzheimerze:

Nie wysypiał się, (…) Jego ojciec, stojąc u schyłku życia, nim przestał mówić i stał się całkowicie bezwolną marionetką w rękach lekarzy oraz wiecznie nachmurzonych pielęgniarek relatywnie dobrego hospicjum, zapominał nawet własnego imienia. Ba, zachowywał się jak człowiek, który utknął w pętli czasu dnia jednego. Alzheimer to potworna choroba.”

 Rozumiem, że ojciec teraz jest w hospicjum, a w czasie, gdy dzieje się opowiadana historia, był jeszcze pod opieką Zwolskiego i dlatego ten był wiecznie niewyspany. Po pierwsze, to następstwo czasowe nie jest dla mnie widoczne w narracji, po drugie, jeśli nawet rzecz dzieje się w czasie, kiedy bohater opiekuje się ojcem, to powstaje pytanie, kto opiekuje się ojcem podczas skoku (bo nie można takiego pacjenta samego zostawić) – ale w drugim przypadku, może nadmiernie się czepiam. Niemniej jednak, w takim kształcie fragment o Alzheimerze (włączając także fragment w następnym akapicie, o nadziei, że “on sam nie zachoruje na to pieroństwo) można by bez szkody dla całości pominąć.

A poza tym, jak wspomniałam, czytało się przednio. Naturalne dialogi między bohaterami. Ciekawość mnie żre, co to był za skok w wykonaniu informatyka, byłego księgowego i grzecznego Franka, ale rozumiem, że to nie jest istotne.

Pozdrawiam smiley

Poprawiłam wskazane błędy (przecinek i literówkę). Stwierdziłam, że Forda zostawię tak, jak jest, bo wskazuję tu na konkretną markę/model. Volkswagena natomiast dałam małą literą, choć trochę mi się to teraz gryzie przez brak konsekwencji? 

 

Nikolzollern: Pomysł raczej na podstawie mojego starego tekstu, który zaczęłam pisać na długo przed TWD. Z samym serialem pożegnałam się dawno temu. Irytowało mnie powielanie scenariusza. Taki brak pomysłu na kolejne sezony. Nie wiem nawet, na którym sezonie poprzestali… Choć może serial nadal trwa? Tak mi się wydaje.

Jedno mnie nie przekonuje: w świecie zombie, spaślak nie leniuchowałby w samochodzie?

Owszem, prawda. Bierność Zwolskiego nie wynikała jednak z lenistwa/ignorancji. Działo się z nim coś niedobrego i bardzo, ale to bardzo subtelnie wskazywałam na to od samego początku. Z jednej strony chciałam, żeby odebrany został właśnie jako leniwy ignorant, z drugiej, w tekście znajduje się wytłumaczenie na zachowanie mężczyzny. 

 

Facies_Hippocratica: Pisząc “szufladka” miałam na myśli właśnie taki schowek obok skrzyni biegów (przed lub za nią). W Starym Golfie mieliśmy taki przed dźwignią i mówiliśmy na to szufladka (choć nie miała zamknięcia). Mówimy tak na wszystko pomiędzy siedzeniami, do czego w aucie wrzuca się różne duperele. Schowek to dla mnie przestrzeń przed nogami pasażera. Wydawało mi się to naturalne. :)

 

Rozumiem, że ojciec teraz jest w hospicjum, a w czasie, gdy dzieje się opowiadana historia, był jeszcze pod opieką Zwolskiego

Chodzi o ojca Sławka. W tekście zaznaczyłam, że ojciec był u schyłku życia, gdy zapominał imion i ogólnie jego stan był zły. Tak więc wynika z tego, że ojciec już nie żyje. W tym fragmencie nie chodziło z resztą o kreślenie tego, czy ojciec żyje, czy nie. Chciałam wskazać na dodatkowe rozterki/problemy bohaterów (w tym przypadku Sławka), żeby nie byli takimi wydmuszkami, mieli choćby szczątkową historię i rozterki/wątpliwości (Zwolski dostał fragment o swoim charakterze/sposobie bycia). Sławek, choć przyszło mu żyć w czasach zombiaków, nadal, gdzies tam z tyłu głowy obawiał się choroby. Z drugiej strony, do głosu dochodziły też obawy o to, że zamieni się w jedną z takich kreatur. I co byłoby gorsze? Co ważniejsze? Oj nie łatwo zmieścić taki zamysł w paru zdaniach i zdaję sobie z tego sprawę. Fragment ten miał też powoli wskazywać na tematykę opowiadania. Nie wiem, czy od początku była dla niektórych jasna, ale w zamyśle, osadzenie akcji w świecie opanowanym przez zombie, miało być stopniowo wskazywane. 

 

Ciekawość mnie żre, co to był za skok w wykonaniu informatyka, byłego księgowego i grzecznego Franka, ale rozumiem, że to nie jest istotne.

Skok po zapasy. Na samym końcu dzieciak zabiera ich część ze sobą. :) 

 

 

Dziękuję wszystkim za chwilę uwagi dla mojego tekstu i komentarze. Bardzo pomocne przy tym, jak i mam nadzieję kolejnych opowiadaniach. :) 

Domyślam się, że Sławek i Zwolski zdobyli skądś znaczne zapasy jedzenia, a treścią opowiadania jest ucieczka bohaterów. I może byłaby to niezła historia, gdyby nie zombie. Było już tak wiele opowieści o żywych trupach, że ta nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia.

Ponadto nie mogę pozbyć się odczucia, że nie przeczytałam całej historii, że to tylko drobny fragment czegoś większego.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

Gra­na­to­wa torba w żółtą jo­deł­kę obi­ja­ła mu się bo­le­śnie o udo, po­brzę­ku­jąc swoją za­war­to­ścią… ―> Zbędny zaimek ― czy torba mogła pobrzękiwać inną zawartością?

 

za­par­ko­wa­ne­go obok Forda Fie­sty… ―> …za­par­ko­wa­ne­go obok forda fie­sty

Nazwy pojazdów piszemy małymi literami: http://www.rjp.pan.pl/index.php?view=article&id=745

 

– Jak rany, Sławek. Robiłem, co mogłem. – Zwolski nadal walczył z oddechem. Głos mu się załamywał. Próbował zapiąć pas, lecz coś blokowało go pod fotelem. Pewnie zadzierzgnął się na szynie, dociśnięty ciężarem mężczyzny. Dał sobie z nim spokój. – Poza tym, to był twój pomysł. Napaliłeś się na miejscówkę jak szczerbaty na suchary. – Spojrzał za okno, z pełnym skargi grymasem. Sławek się nie odzywał. – A powtarzałem. Tyle razy powtarzałem, że to głupi pomysł. Żebyśmy dali sobie spokój. Ale ty: Nie! Nachapiemy się jak nigdy! – mówił, nie odrywając wzroku od mijanych samochodów. – Mógłbyś mnie do diabła nieraz posłuchać! Kto niby zadecydował, że to ty tutaj rządzisz? Co? Jakoś sobie nie przypominam… ―> Nie należy zapisywać narracji razem z didaskaliami. Winno być:

– Jak rany, Sławek. Robiłem, co mogłem.

 Zwolski nadal walczył z oddechem. Głos mu się załamywał. Próbował zapiąć pas, lecz coś blokowało go pod fotelem. Pewnie zadzierzgnął się na szynie, dociśnięty ciężarem mężczyzny. Dał sobie z nim spokój.

– Poza tym to był twój pomysł. Napaliłeś się na miejscówkę jak szczerbaty na suchary. – Spojrzał przez okno z pełnym skargi grymasem. Sławek się nie odzywał.

– A powtarzałem. Tyle razy powtarzałem, że to głupi pomysł. Żebyśmy dali sobie spokój. Ale ty: Nie! Nachapiemy się jak nigdy! – mówił, nie odrywając wzroku od mijanych samochodów. – Mógłbyś mnie do diabła nieraz posłuchać! Kto niby zadecydował, że to ty tutaj rządzisz? Co? Jakoś sobie nie przypominam

Ten błąd pojawia się kilkakrotnie.

By móc spojrzeć za okno, trzeba je najpierw otworzyć, a potem wychylić się zeń.

 

Po­ran­ki zno­sił zwy­kle dość cięż­ko. ―> Po­ran­ki zno­sił zwy­kle z trudem.

 

Jego oj­ciec, sto­jąc u schył­ku życia, nim prze­stał mówi i stał się cał­ko­wi­cie bez­wol­ną ma­rio­net­ką w rę­kach le­ka­rzy… ―> Czy chory ojciec był na pewno marionetką w rękach lekarzy? W jaki sposób lekarze go wykorzystywali?

 

Choć może lepiej to niż co innego. – I jak, młody? Znalazłeś? ―> Wypowiedź dialogową zaczynamy od nowego wiersza. Winno być:

Choć może lepiej to niż co innego.

– I jak, młody? Znalazłeś?

 

– Jest tu jakiś ka­ni­ster. Za pana sie­dze­niem. Chyba 5 li­trów. ―> – Jest tu jakiś ka­ni­ster. Za pana sie­dze­niem. Chyba pięć li­trów.

Liczebniki zapisujemy słownie, zwłaszcza w dialogach.

 

Część płynu spły­nę­ła po ka­ro­se­rii. ―> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Część paliwa spły­nę­ła po ka­ro­se­rii.

 

ubra­ne­go w star­te je­an­sy… ―> …ubra­ne­go w star­te dżinsy

Używamy pisowni spolszczonej.

 

ob­szedł tru­chło, gu­biąc zde­ze­lo­wa­ne­go tramp­ka. ―> …ob­szedł tru­chło, gu­biąc zde­ze­lo­wa­ny tramp­ek.

 

nie­ży­we­mu-ży­we­mu Zu­cho­wi w brud­nym mun­dur­ku. ―> Dlaczego wielka litera?

 

Roz­en­tu­zja­zmo­wa­ny osią­gnię­ciem na­ci­snął na spust. ―> Roz­en­tu­zja­zmo­wa­ny osią­gnię­ciem na­ci­snął spust.

 

Za­po­mniał od­blo­ko­wać cho­ler­ne­go dzyndz­la. ―> Za­po­mniał od­blo­ko­wać cho­ler­ny dzyndz­el.

 

Skóra odła­zi­ła im od kości ca­ły­mi pła­tami. ―> Czy to znaczy, że między kośćmi a skórą nie było nic?

 

Nie obej­rzał­by się za sie­bie i nie za­trzy­mał… ―> Masło maślane – czy można obejrzeć się przed siebie?

Proponuję: Nie obej­rzał­by się i nie za­trzy­mał… Lub: Nie spojrzałby za sie­bie i nie za­trzy­mał

 

– Franek? – Zwrócił się do jedenastolatka silnie ściskającego jego broń ―> – Franek? – zwrócił się do jedenastolatka, silnie ściskającego jego broń.

 

gdy nie­roz­trop­nie po­pra­wił je uma­za­ną od krwi ręką. ―> …gdy nie­roz­trop­nie po­pra­wił je uma­za­ną krwią ręką.

 

Dał kroka nad bez­wład­ną nogą Zwol­skie­go. ―> Dał krok nad bez­wład­ną nogą Zwol­skie­go.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Szczerze mówiąc nie przepadam za żywymi trupami. Podobał mi się opis ucieczki, ale dalej już nieco mniej.

regulatorzy:

Dziękuje za wskazanie błędów. Poprawiłam na szybko tekst. Część wynikała z charakteru, jaki chciałam nadać narratorowi, ale skoro aż tak raziły, usunęłam je.

 

Dla mnie każde krótkie opowiadanie jest fragmentem większej historii. :) Tutaj, myślę, przekazałam ile chciałam.

 

regulatorzy, Irka_Luz:

Ja temat żywych trupów raczej lubię, choć nigdy nie miałam okazji o nich czytać. Swoje pierwsze opowiadania o zombie zaczęłam pisać na długo przed nagłym boomem na zombiaki i nieraz sobie wracam do tej sympatycznej tematyki.

Czemu akurat zombie? Bo jako jedyne pasowały mi do koncepcji tej historyjki. Zombie wydały mi się mało oczywistym wyborem do tematu o środkach lokomocji. :)

 

Bardzo wszystkim dziękuję za przebrnięcie przez tekst, opinie i wszelkie spostrzeżenia.

P.J.Otter, jestem na tej stronie ósmy rok i wierz mi, przeczytałam tu dziesiątki opowiadań o zombie. Pewnie dlatego kolejne nie robią na mnie pożądanego wrażenia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy: To ja mam podobnie z wampirami i wilkołakami. :)

Nie znoszę do tego stopnia, że nawet nie zerkam na tego typu teksty.

 

Póki co, na portalu czytałam niewiele, ale mam nadzieję, że znajdę czas, aby zapoznać się chociaż z ułamkiem tutejszych publikacji. :)

 

Wszyscy na to liczymy, a nawet na więcej – że nie tylko poznasz więcej niż ułamek, ale i skomentujesz to, co przeczytasz. Czytając i komentując opowiadania innych użytkowników sprawisz, że i oni poczują chęć poznania Twojej twórczości. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmmm…

No nie wciągnęło. To raczej fragment większej całości, urywek. Napisany nieźle, choc mógłby lepiej. Na początku się nie zorientowałem o co chodzi, a powinienem (szalona ucieczka, a nikt nie goni?). No tak. Trochę Ci ten chłopak wyskakuje jak diabełek z pudełka – byłem trochę zdezorientowany, gdy się pojawił.

Kilka uwag:

– “podczas oddawania potrzeby” – potrzebę się załatwia, oddać można mocz na coś;

– “wyłożył się całym sobą na brukową kostkę” – a można się wyłożyć połową siebie ;)?;

– “chciał, czy nie chciał” – tu na pewno bez przecinka;

– “Mógłbyś mnie do diabła nieraz posłuchać!” – raczej “raz posłuchać”;

– “zachłysną się własną śliną” – brak polskiej spółgłoski;

– “Nie, kurwa! Nie skoczyłem!” – i tu;

– “choć nie wyglądał na pieniacza” – ten pieniacz mnie zdezorientował; słownikowo możesz mieć rację, ale dla mnie pieniacz to wszczynacz procesów sądowych;

– “sience fiction” – nooo, błąd w takim wyrażeniu???;

– “czerwonej tęczy” – od kiedy tęcza jest jednobarwna?

 

Nieźle, ale mogłoby być zdecydowanie lepiej!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Także miałem wrażenie, ze jest to część urywka. Do tego zombie okazali się trochę nudni. Na szczęście pozostałe postaci dostarczyły rozrywki, więc czytało się nawet-nawet :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nie porwało mnie, ale czytało się nieźle ;)

Przynoszę radość :)

Staruch, NoWhereMan, Anet: Przede wszystkim dziękuję za przeczytanie i ocenę. :)

Wiem, że tekst może sprawiać wrażenie fragmentu, ale taki był plan na tę historyjkę, nic mniej, nic więcej.

 

Staruch: Dziękuję za wyłapanie błędów. Większość poprawiłam. “Całym sobą” zostawiam jak jest. Równie dobrze mógł upaść na kolana, na bok… Zdanie podkreśla, że padł całym ciałem na ziemię. Zostawiłam też “nieraz posłuchać”. Nieraz w znaczeniu – niekiedy/czasem/od czasu do czasu. “Czerwona tęcza” również zostaje. “Tęcza” sugerować ma bardziej kształt, aniżeli barwę (Choć sama czerwona tęcza jest jak najbardziej realnym zjawiskiem).

 

Bardzo dobrze, że nie zorientowałeś się o co chodzi na samym początku. Taki był zamysł. :)

 

 

Ok, Twoje opko, Twoje słowa :).

Ale – https://sjp.pwn.pl/sjp/tecza;2529633.html . Czerwoną tęcza nie jest już tęczą. I tyle! Czyli o jakim realnym zjawisku mówisz?

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Czerwona tęcza to zjawisko, które można zaobserwować o wschodzie i zachodzie słońca. Nie jest co prawda zbyt częste, ale za to bardzo ładne. :) 

Fabuła: Niestety mnie nie usatysfakcjonowała, tekst jawi się jako fragment wyrwany z większej całości – na początku jesteśmy od wrzucani w wir akcji, a na końcu nie dzieje się nic definitywnego, brakuje zamknięcia, ktoś ginie, komuś udaje się przeżyć i w zasadzie tyle. Brakuje szerzej zarysowanego tła, brakuje poczucia celu, które przywiązałoby czytelnika do akcji.

Oryginalność: Niestety nie ma jej tutaj zbyt wiele, motyw podróży samochodem przez pogrążony w apokalipsie świat jest już bardzo dobrze znany, podobnie jak apokalipsa zombie. Ich sztampowość w zasadzie nie pełni żadnej funkcji, trudno orzec, czy mieli być komiczni, czy poważni.

Język: Najmocniejszy punkt utworu, większość opisów było dość wyszukana i przyjemna w czytaniu, dialogi również w porządku. Nieco zgrzytały długie bloki tekstu, przydałoby się częściej dzielić je na akapity. No i momentami mocno szwankowała interpunkcja.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Spełnienie podstawowego założenia – fantastyczny środek transportu – nie ma.

Pomijając powyższą kwestię formalną, do tekstu można mieć wiele innych zastrzeżeń. Po pierwsze wykonanie – chyba każda możliwa usterka, jaka mogła się pojawić, pojawiła się przynajmniej raz (nie będę listować, bo zanim mój komentarz się pojawi, to z pewnością inni czytelnicy wskażą wszystkie błędy i jest nadzieja, że Autorka nawet zdąży je poprawić). Pomijając czyste technikalia jako takie, tekst roi się od niedociągnięć logicznych i kompozycyjnych. Odniosłam wrażenie, że nie wszystko zostało dobrze przemyślane – np. dzieciak wyskakuje nagle jak diabeł z pudełka, dopiero w momencie, w którym był potrzebny. A lepiej by było wprowadzić go wcześniej, bo zaskoczeniem była obecność jeszcze kogoś w teoretycznie pustym samochodzie.

Nie przypadł mi do gustu styl, momentami zbyt wulgarny (jak dla mnie bez uzasadnienia) i potoczny. Gdyby narracja była pierwszoosobowa, to byłoby to dla mnie bardziej do przyjęcia. W zaprezentowanej formie mnie to raziło.

Sam pomysł średni i nie odkrywczy, chociaż akcja poprowadzona została tak, że pewien element zaskoczenia był.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nowa Fantastyka