- Opowiadanie: Lason Bukaj - Inwazja

Inwazja

Jest rok 2034. Minęło 11 lat od zakończenia działań wojennych w Azji oraz 13 lat od ataku Kalifatu Europejskiego na grupę wyszehradzką. W wyniku użycia broni atomowej oraz brudnej doszło do znacznego zniszczenia środowiska naturalnego. Sytuacja jest na tyle poważna, iż Rząd Międzymorza z współpracy z krajami Ameryki Południowej postanawiają przeprowadzić masową ewakuację z ziemi. W tym celu powstała trzyosobowa grupa badaczy mających za zadanie badać odnalezione planety pot kątem czy dałoby radę na nich żyć. Po wielu miesiącach bez owocnych poszukiwań drugiej Ziemi zlokalizowano położoną w układzie Vortex planetę Funtotron.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Inwazja

Szesnasty lipca 2034 roku. Minęło szesnaście miesięcy od rozpoczęcia operacji 10.4. Jak ten czas szybko zleciał? Jakby zaledwie w wczoraj statek badawczy TU-154S wystartował. Mieliśmy za zadanie z analizować nie dawno odkrytą planetę Funtotron w układzie Vortex. Oczywiście jak powszednie i ta praca badawcza została zorganizowana pod kątem znalezienia planetki nadającej się do kolonizacji. Z powodu znacznego skażenia gleb uprawnych oraz uszkodzonej powłoki ozonowej jesteśmy zmuszeni „wyprowadzić się”.

Ludzie jak to ludzie jedyną rzeczą, która im najlepiej wychodzi to niszczenie wszystkiego, co napotkają na swojej drodze.

Podczas tych wszystkich misji, w których brałem udział odkrywałem tyle pozaziemskich cywilizacji, że głowa mała. Wszystkie te gwiezdne plemiona mocno się różniły od siebie między innymi: wyglądem, budową ciała i zmysłami. Za każdym razem, gdy nawiązywałem kontakty z przedstawicielami danych nacji czułem przeogromną przyjemność z tego. Długimi godzinami wymienialiśmy się informacjami na temat sztuki muzyki i technologii.  Zawsze, gdy dopytywałem się na temat danego pozaziemskiego społeczeństwa stawałem się dzieckiem wypluwającym pytania jak z karabinu. Oczywiście tylko z czystej ciekawości.  Trochę szkoda mi było, że z ludźmi nie mam tak dobrego kontaktu, ale po prostu ich nie znosiłem. Wyjątkiem od tej reguły byli moi współpracownicy, których traktowałem jak siostry. My wszyscy podczas tej wojny kogoś bliskiego straciliśmy. Z tego powodu gardziliśmy i odcinaliśmy się od pozostałych. Po prostu mieliśmy do nich wstręt za to wszystko. Z tego powodu stworzyłem wraz z nimi niezależny od nikogo oddział badawczy zajmujący się odległymi układami. To i fakt, że w wielu kręgach byłem szanowany, jako ekspert od inżynierii wstecznej pozwalał mi w ciszy i w spokoju skupić się na moich eksploracjach. Po wielotygodniowej wyprawie do "najbliższej" położonej czarnej dziury. Gdy upewniwszy się, że znajdujemy się już poza naszym układem poprosiłem Ule by aktywowała gwiezdny klucz. Za jego pośrednictwem na krótki moment dwa odległe od siebie punkty zbliżyły się do siebie a przejście między nimi otworzyło się. Mając już Ścieszkę wystarczy dać krok na przód, więc poprosiłem Darię o uruchomienie silników neutronowych. W lecieliśmy naszym międzygwiezdnym Tupolewem w głąb ciemnego korytarza. W czasie, gdy penetrowaliśmy „lisią norę" modliliśmy się by nie doszło do powtórki z historii. Udało się – wylecieliśmy z tej międzygalaktycznej "autostrady" znaleźliśmy się na Vorteksie. Po uldze, którą odczuliśmy z faktu, że mieliśmy dużo szczęścia poprosiłem Ule żeby wyłączyła gwiezdny klucz. Po krótkiej chwili komputer pokładowy S.N.R 1000 na swoim ciekło krystalicznym ekranie wyświetlił komunikat. Informacja ta brzmiała następująco " UWAGA S.N.R 1000 STWIERDZIŁ ZNACZNE ZUŻYCIE ENERGII NEUTRONOWEJ.". Nie zdziwiłem się tym bilansem. Gwiezdny klucz do działania wymaga dużo energii. Zawsze po jego użyciu potrzebne było ładowanie akumulatorów neutronowych, dzięki, którym silniki mogły działać. Na całe szczęście napęd ten mógł pobierać energie z gwiazd. Zazwyczaj czynność ta trwała godzinę i tym razem rotor na uzupełnienie utraconej energii potrzebował tyle czasu. Żeby zając chwile albo dwie podłączyłem do ekraniku PlayStation 2. Z mojej kolekcji gier wybrałem Atari Anthology. Włożyłem płytę do napędu i odpaliłem "czarnulkę". Po dwudziestu sekundach na ekranie pojawiło się menu gry. Nacisnąłem przycisk start. Na jednej płycie było: osiemnaście gier z automatów i sześćdziesiąt siedem z starej konsoli Atari 2600. Były podzielone na 9 działów. Wszystkie te klasyki pochodzą z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Za każdym razem odgrywając je mój umysł wędrował do przeszłości. Proste cudowne czasy, w których: każdy człowiek znał swoje miejsce i miał jasno nakreśloną rolę. A elementarne prawa jeszcze nie były rozmontowane przez schizofreniczny absurd. Niestety wszystko, co dobre musi się zakończyć. Tym momentem, który doprowadził do końca był rok 2010. W tym czasie doszło do wielgachnego bałaganu, który w dalszej perspektywie doprowadził do światowego mordu. Tak bardzo walczyli o multikulti tak bardzo chcieli zbudować świat gdzie wszyscy byliby równi a stworzyli piekło na ziemi. Cholera znowu się zamyśliłem wybacz ja po prostu tak mam. Wróćmy do teraźniejszości. Wybrałem dział "Arcade Original". W grze wszystkie kategorie były przedstawione, jako konstelacje niezwykle podobał mi się ten design. Po naciśnięciu guzika x wyświetliła się lista gier. Bez namysłu wybrałem "Major Havor". Uwielbiałem w to grać za młodu. Sama gra podzielona była na dwie sekcje. W pierwszej sekcji latało się myśliwcem i strzelało się do innych pojazdów. W drugiej sekcji naszym zadaniem było uwalnianie niewolników we środka statku matki. Dzięki niej zacząłem się hobbistycznie interesować się kosmosem. Nawet wyobrażałem sobie, że w przyszłość będzie latał po kosmosie i strzelał do obcych. W pewnym sensie moje marzenie się spełniło. Oczywiście z tą różnicą, że zamiast ich unicestwiać dyskutowałem z nimi. Gdy rozpocząłem drugi poziom do pokoju weszła Ula.

Tylko ja jak to ja skupiony na grze nie zauważyłem otwartych drzwi.

Po minucie domyśliłem się, że stoi koło mnie, więc spauzowałem.

-Część Kamil. – Powiedziała ciepłym głosem Ula.

-Część.

 Odpowiedziałem i po chwili dodałem.

-Napijesz się herbaty?

-Bardzo chętnie. – Odpowiedziała.

-W, co tam grasz? – Zapytała się badawczo.

-W "Mayor Havor".– Zająknąłem się.

W momencie, gdy spojrzała na ekran. Na jej przepięknej zadbanej twarzy pojawił się szeroki uśmiech.

-Pamiętam tą grę.-Powiedziała.

-Grałam w to kiedyś. Lubiłam w to się zagrywać. Tylko nie znałam jej nazwy.-Kontynuowała.

-Mogę z tobą zagrać?– Spytała się patrząc się na mnie błagalnym wzrokiem.

-Pewnie.– Odpowiedziałem.

Od razu po usłyszeniu odpowiedzi Ula wtuliła się we mnie jakbym był pluszowych misiem i pocałowała mnie w policzek. Ten cudowny ślad jej ust chciałbym zachować do końca moich dni. Podpięła drugiego pada do konsoli i zaczęliśmy wspólne granie. Najbliższą godzinę spędziłem w miłym towarzystwie. Trosze szkoda, że ta chwila nie mogła trwać dłużej, ale wszystko, co dobre musi się kończyć. S.N.R 1000 ponownie na swoim ciekłokrystalicznym ekranie wyświetlił komunikat. Jego treść brzmiała następująco "Wszystkie akumulatory zostały naładowane.". Ula odłożyła kontroler i wyszła. Zasmucony trosze tym faktem wyjąłem grę z konsoli i odłączyłem od telewizora. Za każdym razem, gdy spoglądam na jej smukłe opalone ciało, zadbaną twarz z błyszczącymi zielonymi oczami i burzą długich blond włosów. Natychmiast moja twarz zalewa się czerwienią a ciało dostaje nagłego paraliżu jakby przeze mnie prąd przepływał. Tak samo mam jak słucham jej ciepłego głosu z lekkim chorwackim akcentem, który zawsze podnosi na duchu w ciężkich chwilach. Uroku jej dodaje charakter, który jest odmienny od mojego i Darii. Pomimo tego, że tak samo jak my bez utraciła rodzinę w czasie tego światowego piekła i tak nie straciła wiary w ludzkość. Cały czas wierzy w to, że ziemianie wreszcie przestaną robić wszystko tylko dla siebie. A w końcu zaczną czynić wszystko by zbudować prawdziwą krainę spokoju i szczęścia. Ta jej dziecinna wiara w ludzi do niej pasuje. Wracajmy do rzeczywistość. Po tym jak schowałem konsole do pudełka a gry po układałem w kolejności alfabetycznej na półce. Uruchomiłem komputer pokładowy wkładając kciuk do czytnika linii papilarnych. Pewnie pomyślisz, że taki skaner odcisków jest niewystarczającym zabezpieczeniem. W końcu, co to za problem podrobić taki ślad prawda? Owszem to jest prawda a przynajmniej była by to prawda. Ja do takich detali mam dobrą pamięć. Dlatego do tego sensora w budowałem pewną przydatną ochronę. Oprócz pobierania odcisku palca dodatkowo pobiera próbkę D.N.A z krwi i porównuje. Jeżeli baza danych nie rozpozna D.N.A natychmiast system wykona rzezimieszkowi zastrzyk, po którym już nigdy nie poczuje żadnego bólu. Po uruchomieniu S.N.R 1000 włączyłem silniki wraz z moją ekipą rozpocząłem zwiedzanie. Układ ten oprócz celu naszej misji posiada dwie dodatkowe planety. Rozmiarem i budową przypominającego Jowisza i Saturna. Znaleźliśmy się w pobliżu planetki jednakże przed wylądowaniem odpaliłem Analizator Planetarny. Służy do zbierania podstawowych informacji o planecie takie jak: przyciąganie grawitacyjne, skład atmosfery, albedo, temperatura powierzchni i okres obrotowy. Jest to najważniejsza część każdej misji, ponieważ bez tych danych ciężkie by było przeżycie na tych planetach. Proces ten zajmuję maksymalnie 10 minut. Po upływie tego czasu na ekranie S.N.R 1000 zostały wyświetlone dane.

"Planeta: Funtotron

Układ: Vortex

Skład atmosfery:

Tlen– 50%.

Azot-25%.

Argon-20%.

Inne-5% (para wodna, dwutlenek węgla i hel).

Okres obrotowy (podawany w dniach ziemskich): 360 d 12 g 38 m.

Albedo: 1.684.

Temperatura powierzchni (podawana w Celsjuszach): 22,9.C.

Przyciąganie grawitacyjne (podawana w : 4,29112."

Po uzyskaniu pomiarów za pomocą U.S.B podłączyliśmy nasze kombinezony do komputera pokładowego w celu wgrania tych danych. Odzienie to ma w sobie micro komputer wielkości jednego pojedynczego chipu, który umiejscowiony jest na wysokość piersi. Dzięki niemu nasze uniformy mają możliwość idealnie dopasować nas do każdych warunków. Moduł ten w żartach przez nas został ochrzczony "tryb kameleon".  Mózg elektronowy oprócz obsługiwania tej opcji ma wbudowany komunikator wraz z translatorem. Po przebraniu się w odzież badawczą poleciłem Uli uruchomić silniki hamujące tylko je. Rozpoczęliśmy manewr hamujący, który na początku przebiegał poprawnie, ale coś się popsuło. Nagle Funtotron jak pięciotonowy magnes zaczął przyciągać do siebie nasz statek i za "chiny ludowe" nie chciał go puścić. Na dodatek ta tajemnicza siła unieruchamiała komputer pokładowy i silniki hamujące. Byliśmy tym faktem zdziwieni i przerażeni.  Zdziwieni, dlatego że nigdy wcześnie nam się to nie przydarzyło. A przestraszeni tym, że mogliśmy zginąć. Zwłaszcza Ula w tej sytuacji była zrozpaczona. Widząc ją tak przerażoną musiałem jakoś się uspokoić. Po ty jak wszyscy uspokoili się nakazałem Darii by spróbowała ręcznie uruchomić rotor. Szkoda tylko, że nie chciał się włączyć. Próbowała jeszcze kilka razy, ale za każdym razem działo się to samo, czyli nic.  Pomyślałem: to nie możliwe to musi działać. Mając w swojej głowie tą myśl przewodnią przejąłem stery i sam desperacko próbowałem zmusić statek do posłuszeństwa. Współbadacze widząc, że nic to nie daje zaczęli się godzić z swoim losem. Nagle niespodziewanie jak za pociągnięciem magicznej różdżki S.N.R 1000 wraz z hamulcami zadziałały. Odzyskaliśmy kontrole nad pojazdem. Jednakże radość z tego nie trwała długo. Pomimo rozwiązanego problemu z napędem i tak nasz statek nie wyszedł z tej niekomfortowej sytuacji w jednym kawałku. Dobrze, chociaż, że silniki hamujące działały. One bardzo złagodziły skutki rozbicia, bez nich byśmy zginęli. Uderzyliśmy w jakiś niezidentyfikowany obiekt, który zatrzymał nasz rozpędzony statek. Wygląda na to, że podłoże jest sprężyste niczym trampolina. Podczas odbijania się od niej przyśpieszaliśmy. Byliśmy jak w zamkniętym kole. Oczywiście do czasu, kiedy uderzyliśmy z impetem. Kiedy otworzyliśmy nasze oczy, które podczas tych "wrażeń" z czystego strachu zamknęliśmy? Odkryliśmy, że przeżyliśmy i wtedy ogarnęła nas niewyobrażalna radość. Z tego szczęścia wszyscy wtuliliśmy się do siebie tak samo jakbyśmy się od wielu lat nie widzieli. Po około pięciu sześciu minutach wyszliśmy na zewnątrz by się przyjrzeć poniesionym stratom. Na całe szczęście nic złego nie przydarzyło się gwiezdnemu kluczowi, akumulatorom neutronowym i głównym silnikom. Jednakże komputer pokładowy oraz silniki hamujące mocno oberwały. Po obadaniu obrażeń, jakie poniósł nasz ścigacz poddaliśmy analizie dumnie stojące w jednym kawałku krzew. Wyszło na to, że zderzyliśmy się z "pancernym drzewem". Sama ów sztacheta rozmiarami przypominała dorodną brzozę jednakże wyglądem bliżej jej było do sosny. Od tej pory hybrydę tą określam, jako "brzosna". Po ustaleniu wszystkich okoliczność postanowiliśmy poszukać jakiegoś miasta, jakieś wioski. Uzbrojeni w stare dobre AK-47 z noktowizyjną lunetą i pistolet laserowy. Rozpoczęliśmy eksploracje niebezpiecznie wyglądającego obszaru wypełnionego podobno wyglądającymi "żelaznymi" sztachetami. Pomimo tego, że z Kałasznikowa oraz spluwy laserowej tylko kilka razy okazywały się przydatne to i tak zawsze warto być uzbrojonym. W końcu nie wiadomo, co nas może spotkać. Nie każda planeta od początku okazywała się przyjazna. Nie, kiedy trzeba było pokazać obcym swoją siłę by traktowali nas jak równych sobie. Jednakże częściej kosmici podchodzili do nas nieufnie, ale po długich godzinach rozmowy zaczynali nas uważać za swoich naturalnych sojuszników. W dalszym ciągu w poszukiwaniu jakiś żywych rozumnych istot wałęsamy się po tym labiryncie. Co chwila podziwiając tutejszą faunę? Tamte zwierzęta zaskakująco przypominały te zamieszkującą na Ziemi. Co prawda nie były kopią, 1: 1 ale tak do nich były podobne, że bez problemu po kształcie można było domyślać się, czym może być? Co chwila widzieliśmy jak nie leniwce z ptasimi dziobami śpiącymi na drzewach to jelenio-podobnie żyjątka bez poroży popijającą wodę z strumyczka? W pewnym momencie jeden z nich stanął na naszej drodze. Na początku byliśmy ostrożni, ponieważ nie wiadomo było czy na nas się nie rzuci. Jednakże istotka bardziej się nas bała nisz my jej. Próbowałem zachęcić by do nas bliżej podeszła. Wyczuła, że my tak powiem "przybywamy w pokoju" i zaczęła łasić się do nas. Co do niego były dziwne dwie rzeczy? Po pierwsze pomimo bycia dzikim zwierzęciem zachowywał się jak domowy pupil. Jak rzuciliśmy patykiem to poleciał po niego i go przyniósł? Tak jak pies kładł się na plecy by go głaskać po brzuchu. Natomiast drugi powód ujawnił się, kiedy po obowiązkowej przerwie kontynuowaliśmy wędrówkę. Wraz z nowym "członkiem", który okazał się naszym przewodnikiem kontynuowaliśmy wycieczkę po tym obcym terenie. I tak to trwało aż do pewnego momentu. Od tak sobie zacząłem zastanawiać się nad tym czy na pewno idziemy w dobrym kierunku a może zgubiliśmy się. Gdy tak rozmyślałem nagle Daria wytrąciła mnie z nich. Właśnie w tym momencie my wszyscy zauważyliśmy jak tą stworzenie stanęło jak wryte z nosem przy ziemi. Po chwili nadal nie podnosząc swojej głowy ruszył marszobiegiem w kierunku południowego zachodu. W tym samym kierunku, co on i my poszliśmy z czystej ciekawości gdzie nas doprowadzi. Podążając za jego śladami ujrzeliśmy zapierający wdech w piersiach budynek umiejscowiony na malowniczym wzgórzu. Konstrukcja ta była dla nas niczym "latarnia morska, która swoim światłem skazuje drogę do portu". Po początkowej uldze, jaką odczułem zacząłem zastanawiać się czy jest zamieszkiwany. W końcu teoria, że zamieszkujący tutaj osadnicy mogli się po prostu wybić a to, co podziwiam własnymi oczami jest tylko pozostałością może być wysoce prawdopodobna. Samej historii ludzkości były państwa cesarstwa będące potęgami a jednocześnie doprowadzały się do samo zaorania. Skoro jak na ziemi dochodziło do takich zdarzeń to można założyć, że takie zjawisko występuję w kosmosie. Wychodząc z lasu znaleźliśmy się na polanie wypełnionej po brzegi zielenią na środku, której stało miasto. Na pierwszy rzut oka wydawała się wielgachną metropolią jednakże zajmowała zaskakująco mało miejsca. W tym wszystkim fakt pomieszczenia dużego miasta na mikroskopowym obszarze nie budził aż tak wielkiego podziwu. Większą uwagę wywołuje sposób, w jaki są one postawione przy użyciu tej metody możliwe jest zaoszczędzenie wielu hektarów przestrzeni. Wszystkie będące w okolicy kamienice są ułożone jeden na drugi. Jednocześnie wszystkie obiekty mieszkalne i biurowe będące w tym ustawieniu przypominały "piętra wysokich wież" są połączone drogami kojarzącymi się z jedno szynowymi torami, na jakich poruszają się pociągi magnetyczne. Wszystkie deptaki prowadziły do gmachu zlokalizowanego na środku każdej kondygnacji. Fascynując się tym przybytkiem próbowałem w swoim umyśle odgadnąć, w jaki sposób coś takiego było możliwie. Kończąc ten nie zbyt złożony opis osady pomne, że wszystkie domy zbudowane są z materiału, który z wyglądu przypomina szkło. Wokół tej konurbacji rosła niczym nieskrępowana roślinność. Posiadająca w sobie ogromną różnorodność wszelkich rodzajów drzew krzewów i kwiatów. Wystarczy jeden rzut oka na ten niebiański pejzaż, żeby zrobiło się ciepło na sercu. Po dłuższym czasie oglądając to wszystko trochę ubolewam, że Ziemia będąc tak samo piękną malowniczą przestrzenią została tak okaleczona, iż dopiero za setki lat może zostanie wyleczona z tych ran. Po prostu cudownie odwdzięczyliśmy się za jej ciszą zgodę na okradanie siebie z surowców mineralnych z pomocą ich tworzyliśmy bazy wypadowe potocznie nazywanymi cywilizacjami. Będące niczym innym jak tylko siedliskami pasożytów żywiące się żywicielem. Dla mnie niczym się nie różną. No dobrze prawie niczym. Żadna nawet najbardziej zjadliwa i mordercza bakteria nigdy aż tak bestialsko nie wyniszczyła swego karmiciela jak my. Moim zdaniem najlepiej dla tej umęczonej planety było by gdyby ludzkość podzieliła los dinozaurów. Pewnie po tej wypowiedzi zastanawiasz się czy nie przesadzam z tym stwierdzeniem. Otóż nie przesadzam ani trochę. Już wcześnie, kiedy nikomu nawet nie śniła się ta istna nawałnica nie darzyłem ludzi zbytnią sympatią. O ile w tedy od czasu do czasu z tyłu głowy miałem pewne przebłyski, że są dobrzy ludzie, co prawda mało ich było, ale jacyś jeszcze istnieli. O tyle po tym wszystkim całkowicie wyzbyłem się jakichkolwiek pozytywnego podejścia do nich oraz żalu i współczucia.

Pierwsze miesiące nie zapowiadały światowego kataklizmu. Wszelkie powiadomienia w programach telewizyjnych opisywały trwające walki na granicy Rosyjsko-Chińskiej, jako wojenka lokalna. W ciągu zaledwie pięciu lat malutkie potyczki rozrosły się do nie, bo tycznych rozmiarów. Cała ta impreza skończyła się nuklearnym holocaustem Cesarstwa Chińskiego i Federacji Rosyjskiej oraz przeprowadzeniem na Stanach Zjednoczonych Scenariuszu Zacharowa. W tym samym czasie, gdy trwała inwazja na Rosję my Europejczycy też mieliśmy płomienne wręcz gorące chwile. Za sprawą wielce pokrzywdzonych uchodźców, których ogłupione społeczeństwa państw zachodnich przyjmowały stadami. Cała fala składała się z 648755 osób mniejsza część tej hordy faktycznie to byli ludzie uciekający z piekła, jednakże ci zostali skutecznie zakryci większością. Znaczna część tej zbieraniny składała się z ludzi przybywających do "ziemi obiecanej". Po nowe życie na rachunek tutejszych obywateli i bojowników na usługach Państwa Islamskiego. Dokonujących różnego rodzaju zamachów terrorystycznych w celu uświadomienia tubylców o końcu ich cywilizacji i stworzeniu podwalin pod państwa, w których najwyższym prawem będzie wyłącznie prawo szarii latu i żadne inne. Wszystkie wydarzenia dziejące się wtedy zostały wpisane do historii, jako "Islamski Exodus" lub "Arabski Potop" oba określenia są zamienne. Ocaleni za każdym razem swoimi myślami cofając się do tych ciemnych czasów. Przypominając słowa krótko znośnych polityków o "cudownym ubogaceniu kulturowym i wzmocnieniu gospodarek". Myśleli, jakim cudem uwierzyli w takie śmieci zastanawiali się wytężali całe pokłosia szarych komórek i pomimo tego nie podtrawili wy myśleć jakiegokolwiek logicznego powodu zaistnienia tych incydentów. Niby istnieje powiedzenie "lepiej późno nich wcale”, ale zbytnio nie jest to pocieszające w tej sytuacji. W krajach niegdyś bogatego i szczęśliwego zachodu zaczęło dochodzić do wszelakich zamachów i przestępstw. Wykroczenia tę były wielokrotnie przez krajowe media określanymi incydentami albo całkowicie pomijane w głównych wydaniach wiadomość przynajmniej do póki ktoś nie zaczął nagłaśniać. Znanymi w kulturze masowej wydarzeniami z tego okresu są chociażby: Sylwester w Kolonii, zamarz w Paryżu (13.11.2015) I atak na synagogę. Przez niemiecki sąd nie została uznana za oczywisty przykład antysemityzmu a za cywilizowany sposób wyrażenia swojej opinii. Wobec tego ostatniego wydarzenia jedyne stwierdzenie, jakie ci śnie się na usta to, że "austriacki malarz" widząc to byłby dumny. W tych stronach częstotliwość aktów zła była tak ogromna, że w pewnym momencie wszyscy przyzwyczaili się do tego. Dla nich fakt bycia w ciągłym niebezpieczeństwie stała się banalnością niczym fakt, że o 700 trzeba do roboty wyjść. W między czas zaczęły powstawać strefy "no go" będące niczym innym jak eksterytorialnymi województwami bezpośrednio rządzonymi przez przybyłych. Głównie w tych twierdzach szkolono przyszłych żołnierzy i planowano kolejne posunięcia, które miały przybliżyć ich do celu. Szybko postawały nowe jednakże z większą prędkością powiększały się już istniejące. Z początku strefy te zajmowały pojedyncze kamienice, później rozrastały się do całych dzielnic, aż do miast pokroju Malmo całkowicie były niedostępne dla białych. W czasie tym wszystkich incydentów Europa podobnie jak niegdyś cesarstwo rzymskie podzieliła się na 2 części. Na wschodnie i zachodnie ziemie. Zachód niegdyś bogaty wypełniony po brzegi neonami i ciepłymi barwami jednakże popadający w marazm. Wschód będący mniej zamożny i doświadczony odległymi nie sprawiedliwymi wyrokami. Mający ogromny potencjał na to by przerwać swoją niedolę. Okazja ta była przez nich w pełni wykorzystana. Już wcześnie zanim rozpoczął się "Islamski Exodus" istniały pomiędzy nimi majątkowe i moralne różnice. W czasach światowego pokoju udawali ich sojuszników. Pobudowali w tych krajach swoje firmy skutecznie wszelkie zyski kierowali do swoich macierzystych państw. Sprzedawali po ostro zawyżonych cenach niedziałający często wymagający ogromnych napraw sprzęt wojskowy. Biedni Słowianie na serio wierzyli w ich dobroduszną sylwetkę a tak naprawdę traktowali ich jak bydło, które ma siedzieć ciszo i dawać mleko. Po pierwszej fali zachodnia Europa przyjęła ich wszystkich do siebie. Otumanione Multikulti niczym twardym narkotykiem nie zwrócili uwagi na to, iż, ocaleni prosto z mostu zapowiedzieli swoje plany wobec nich. Pomimo tego nadal upierali się o zapraszanie ich. W celu równego rozdzielenia próbowali wymusić, żeby wszystkie trzynaście państw wschodniej Unii przyjęło ich. Jeszcze niezainfekowani tą zjadliwą chorobą odbierającą wszelkie logiczne myślenie ludzie mieli świadomość, czym to może się z kończyć. Dlatego wszyscy jednym zdecydowanym głosem powiedzieli "nie dla imigrantów". W tędy zaczęło się bez przerwy były oskarżane o bycie nazistami, faszystami, ksenofobami i ogólnie obwiniane o całe zło. Najbardziej z nich wszystkich oberwała grupa wyszehradzka, ponieważ najgłośniej mówiła i stawała okoniem i tak przez rok. Trochę czasu musiało upłynąć by wszyscy ludzie przejrzeli na oczy. Ocknęli się ujrzeli, w jakie gówno siebie i swoich obywateli wepchnęli, jednakże na wszelkie próby powstrzymania ich było zdecydowanie za późno. 19.12.2019 Bojownicy ISIS ulokowani we Francji w odwecie za wtargnięcie wojsk na dzielnice muzułmańskie za inicjał owali rzeź w samej stolicy. W ciągu kilku minut po rozpoczęciu walk w Paryżu wybuchły zamieszki w pozostałych miastach. W jednej dłoni trzymali karabin lub strzelbę. W drugiej ręce w tej podniesionej do góry nieśli Koran będący w ich mniemaniu cegłą, na, której powstanie nowy świat.

Na sobie mieli założony pas szahida z ogromną ilością ładunków brudnej bomby. Tak uzbrojeni dokonywali licznych wystąpień, które w podręcznikach są opisywane, jako ludobójstwa rdzennych mieszkańców. Z całych wielkich miast pozostały kamienie na ulicach zalegały zwęglone osuszone z każdej pojedynczej kropli krwi szczątki mężczyzn, kobiet i dzieci w takich ilościach, że sprzątnięcie ich było niemożliwe. Z całych zabytków niegdyś będących symbolami potęgi kultury Francuskiej pozostały zgliszcza i mgliste wspomnienia. Pół biedy gdyby to piekło działo się w obrębie jednego państwa. Niestety wszystko, co wydarzyło się do tej pory było zaledwie wstępem. Inspirując się walkami w Francuskich miastach. Uchodźcy z innych krajów zachodu utworzyli bojówki mordujące tutejszych liderów i obejmujące władze po nich. Po bez problemowym ich podbiciu rozpoczęli ofensywę na wschód. Na całe szczęście armie arabskie były osłabione po zużyciu swym brudnych bomb podczas oblężenia zachodnich metropolii. Po mimo sprzyjającej okoliczności byli niebezpieczni. 30.11.2020 ISIS przez Niemcy i Austrię wtargnęli na ziemie Polskie i Czeskie będące w Układzie Państw Wschodu w skrócie U.P.W w ten sposób wybuchła wojna pomiędzy Kalifatem Europejskim a grupą wyszehradzką. Muzułmańska armia podzielona na dwie odziały wyruszyła. Pierwsza kolumna ruszyła w stronę Republiki Czeskiej a druga nacierała na Polskę. Pierwsza kolumna szeregowa przeprowadzającą ofensywę na czeskie ziemie mogła pochwalić się wojennymi sukcesami, z czego największym jest zajęcie Pragi. O tyle na froncie Polskim małymi krokami parli naprzód. Z powodu silnej determinacji i jeszcze silniejszej miłości do niezależność, o którą w przeszłości przelewali hektolitry krwi. I tym razem pięćset tysięcy mężczyzn i kobiet podjęły walkę z napastnikiem. Wszystkie siły zostały skierowane na granice Polsko-Niemiecką. Nie obawiali się ataku Rosjan mających pełne ręce roboty za sprawą Chińczyków. 14.12.2020 W tym dniu wojska agresora ostatecznie poległy w bitwie pod Jelenią Górą nazywaną również "cudem nad Bobrem". To właśnie w trakcie obrony miasta polegli moi świętej pamięci rodzice, do których czuję ogromny szacunek za nich odwagę. W trakcie tych zdarzeń zacząłem pa wadź do nich najgorsze uczucia. Do tego zacząłem wyobrażać jak ich wykańczam dokładnie w taki sam sposób, co moich najbliższych. Po zwycięskiej bitwie gonili wycofujących się arabów przy okazji odbijając przejęte ziemie. Dopadli ich dopiero w ruinach Zgorzelca gdzie upewnili się, że nie powrócą żywi. W tym samym czasie Słowacy i Węgrzy wysłali swoich na pomoc Czechom, którzy okazali się przydatni w trakcie obrony Brna 29.12.2020 Będąca sukcesem połączonych sił państw środkowych. W czasie oblężenia Brna Polski odział z mechanizowany zaczął wyganiać bojowników z ziem południowego sąsiada. Ich przywódca po otrzymaniu raportu o utworzeniu frontu północnego natychmiast rozkazał skierować znaczne siły atakujące miasto by pomogły w obronie zajętych terenów. Po przegranej bitwie wiedzieli, że nie mają już szans na nic, dlatego zaczęli wycofywać się w celu z pomagania obrony. Czesi Słowacy oraz Węgrzy wyruszyli za nimi w celu całkowitego pozbycia się agresorów przy okazji przejmowali z powrotem ziemie zagarnięte. Po dwóch miesiącach ciągłej nieprzerwanej pogoni za nimi dotarli do mocno zniszczonego miasta Czeskie Budziejowice, w którym raz na zawsze rozwiązali kwestie islamu w Czechach i w całym U.P.W. Podczas oblężenia. Pojedyncze kompanie będące za ledwie cieniem dawnej armii poległy z ośmiokrotnie liczniejszymi siłami trzech państw. Z tej bójki nie wyszedł ani jeden żywy każdy, co do ostatniego został wybity w ten sposób upewniając się, że już nigdy ponownie nie zaatakują. I tak oto 27.02.2021 Zakończyły się walki w Europie zwycięstwem Koalicji państw wschodnich, jednakże wojna sama w sobie toczyła się 2 lata. U.P.W zajęło się odbudową Czeskich aglomeracji. Poszerzaniem koalicji o kolejnych sojuszników takich jak: Białoruś, Ukraina, Rumunia, Bułgaria, Mołdawia, Litwa, Łotwa, Estonia i wszystkie kraje byłej Jugosławii. Radowaniu się z końca walk.  W przeciwieństwie do zachodu, który w tym czasie opłakiwał zaschniętym niczym bydło obywateli. Sytuacja wybitnie nie do pozazdroszczenia zginęło tak dużo: mężczyzn kobiet i dzieci, że w wielu państewek ocalonych było od 5 do 10 %. W tych obszarach gdzie uchronionych było 15% dziękowali bogu za oszczędzenie ich. Tylko sześć państw mogły pochwalić się takim wynikiem między innymi: Hiszpania, Dania, Szwecja, Finlandia, Norwegia oraz Włochy. Najbardziej zrujnowanymi krajami były: Niemcy (2,7% ocalonych), Francja(2,9% ocalonych), Austria (3,0% ocalonych), Wielka Brytania (4,4% ocalonych) oraz Belgia (2,4% ocalonych). Jakiekolwiek nawet najmniejsze wspomnienia z tych periodów wywołują: gorycz i rezygnacje. Pomimo upłynięcia od nich szesnastu lat nadaj pozostają silne i będą aż do samego końca mojego lub ludzkości, co przyjdzie pierwsze.

Wracając z tej niezbyt pozytywnej retrospekcji do nowo poznanej planety. W dalszym zachwycaniu się okolicznościami tutejszej przyrody przeszkodziła nam dziesięcioosobowa brygada. Każdy członek tego zespoły odziany był w strój swoim wyglądem przypominające zbroje średniowiecznych rycerzy jednakże umożliwiająca swobodne poruszanie się. W swoich rękach trzymali wymierzone w nas mini karabiny. Pomimo lekkiego zdumienia wymieszanego z strachem aktywowaliśmy w swoich uniformach moduł tłumaczący i zaczęliśmy tłumaczyć sytuację.

 – Stać nie ruszać się.– Wykrzyknął lider korpusu.

­ – Kim wy jesteście?– Kontynuował. Jeszcze mocniej zaciskając w swojej ręce pistolet.

 – Jak super, że przyszliście.– Powiedziałem z silnie wyczuwalną radością w głosie.

 – Potrzebujemy pomocy.– Wcięła się Daria.

 -, Co się stało?– Spytał lider.

 – W trakcie lądowania nasz statek uległ uszkodzeniu.– Kontynuowałem.

 – Ciekawe wręcz urzekające.– Zamyślił się.

 – Otóż otrzymaliśmy informacje, że w pobliżu rozbił się tajemniczy obiekt.– Powiedział jeden z żołnierzy.

– Przybyliśmy by to sprawdzić.– Kontynuował.

– Chodźcie z nami opowiecie swoją historię naszemu królowi. Na pewno wam pomoże.– Zaproponował lider.

 – Serdecznie dziękujemy?– Podziękowałem w imieniu mojej grupy.

 – Nie ma, za co? A tak przy okazji nazywam się Tytuliusz.– Przedstawił się.

 – Kamil.– Przedstawiłem się.

Wraz z nimi wyruszyliśmy. Cały ten spacer upływał w przyjaznej atmosferze. Wszelkim śmiechom i rozmową nie było końca. Pytali nas skąd przybyliśmy i po co. Opowiedzieliśmy, co nie, co o sobie przeistaczając powód naszej wizyty. Powiedzieliśmy, że jesteśmy ambasadorami a naszym zadaniem było nawiązanie kontaktu z nimi w celach czysto handlowych. Na poczekaniu to wymyśliliśmy nie mogliśmy powiedzieć prawdy. Obawialiśmy się przyznać, że tak na prawdę zjawiliśmy na tej planecie w celu jej osiedlenia. Mówiąc to od razu by nas uznali za najeźdźców. Za pewne wszystko skończyłoby się strąceniem nas do więzienia i skierowaniu swoich dywizjonów na ziemie. Po około piętnasto minutowej wędrówce dotarliśmy do Xenobi. Tytuliusz nam wyjaśnił, iż to miasto jest stolicą całego Funtotronu i to właśnie w nim podejmowane są najważniejsze decyzje. Zaprowadzili nas do konstrukcji umiejscowionej w centrum tej miejscowości będącej w kształcie kwadratu. W trakcie podążania za nimi wszyscy jej mieszkańcy zapewnię wcześnie zajętym radowaniem się z pięknego dnia. Z powodu ciekawości podchodzili do nas i dogłębnie przyglądali się nam. Kosmici ci zaskakująco swoim wyglądem oraz budową ciała przypominali ludzi jednakże różnili się następującymi cechami. Nie posiadali połączeń między członkami oraz na ich twarzach nie było pewnych części twarzy, czyli oczu i nosa. Co za tym idzie nie mieli rozwiniętych zmysłów wzroku i węchu? Po mimo tych braków ich zdolność do wyłapywania dźwięków była na wysokim poziomie. Do takiego stopnia, iż za pomocą samych fal dźwiękowych podtrawili z ogromną dokładnością określać położenie przedmiotów. Nawet, gdy były oddalone wiele kilometrów w trzech wymiarach. Weszliśmy do środka rezydencji monarchy. Posiadłość ta sposobem udekorowania budziła konsolidację z świątyniami z czasów świetności starożytnej Grecji. W wewnątrz było zaskakująco dużo miejsca na tyle, że na środku całego pokoju ulokowany jest osobne pomieszczenie odgrodzone ścianami. Do owej komnaty prowadziły cztery drogi, z czego tylko ta, którą weszliśmy zawierała drzwi. W pozostałych korytarzach na końcu stały święcące się podesty. Na razie były widoczne tylko dwa piedestały. Jak ktoś z pierwszej platformy znikał to następny pojawiał się z drugiej strony? Pewnie służyły do przemieszczania się po piętrach. Po lewej i po prawej stronie każdej ścieżki stały kolumny jońskie ułożone równo wzdłuż przejścia i nigdzie indziej. Stanęliśmy w pobliżu kolejnych wrót ozdobionych różnymi płaskorzeźbami przedstawiającymi fragmenty historii tego ludu. Nad nimi stoi lewitujący tympanon z wyrytym napisem "Siedziba Władzy" słowo to było zapisane tymi samymi literami, jakimi posługiwali się Grecy. Przejścia blokował strażnik, który bierze swoją pracę na poważnie.

 – Stać nie przejdziesz.– Powiedział strażnik.

 – Spokojnie Syliusz.– Powiedział Tytuliusz.

 -, O co chodzi?– Spytał.

 – O nic tylko…– Przerwał Syliusz swoją wypowiedź. Na chwile zamyślając się.

 – Znowu pokłóciłem się z dziewczyną.– Kontynuował po chwilowej pauzie.

 -, O co tym razem poszło?– Zapytał się. Po jego głosie można było stwierdzić, że nie był tym faktem zdziwionym.

– O to samo, co zwykle.– Powiedział Syliusz. Z lekkim zrezygnowaniem.

– Szkoda ryja strzępić.– Kontynuował z lekkim uśmiechem.

Po chwili spytał, dlaczego chce spotkać się z królem. Jednocześnie spoglądając na nas tak samo jak pozostali. Tytuliusz wyjaśnił mu, iż musi się z nim spotkać w sprawie tego obiektu.

 – A kim oni są?– Spytał Syliusz.

 – Oni są właścicielami tego statku, który rozbił się.– Odpowiedział.

– Na całe szczęście poza małymi ranami nic im nie jest.– Kontynuował.

 – A skąd tak właściwie przybyli?– Zapytał Syliusz.

 – Z planety Ziemi.– Odpowiedział.

 Po usłyszeniu odpowiedzi strażnik popadł w zadumę zupełnie tak jakby miał przeczucie, iż ktoś kiedyś mu opowiadał o niej, ale nie mógł nic więcej sobie przypomnieć. Niczym nieskrępowana cisza wywołana desperacką próbą Syliusza pozbieraniu sobie wszelkich zakamarków wspomnień związanych z tą historią trwała trzy cztery minuty. Strażnik ocknął się z tych myśli i w tym samym momencie z zbliżył się do nas. Byliśmy tym zdziwieni zastanowiliśmy się, o co mu chodzi nawet Tytuliusz był zdziwiony zachowaniem swojego przyjaciela. Syliusz zwrócił się do nas z następującym pytaniem.

 – A ta wasza Ziemia przypadkiem nie jest ulokowana w Układzie Słonecznym?– Zapytał.

 – Owszem.– Odpowiedziałem.

Po udzieleniu odpowiedzi twierdzącej zszokowałem się, iż on wie o istnieniu układu słonecznego. W mojej głowie głowiło się pytanie skąd wie o mojej rodzinnej planecie nawet Tytuliusz nie wiedział, o co mu chodzi.

 – A jednak wszystkie te opowiadania, teorie były prawdziwe.– Wymamrotał Syliusz sam do siebie.

 – Czy coś mówiłeś?– Dopytał się Tytuliusz.

 – Nic nie mówiłem.

Odpowiedział i po chwili dodał.

 – Chcieliście się spotkać z władcą?

 – Tak.– Odpowiedzieliśmy jednym głosem.

 – Dobrze. Zobaczę, co da się zrobić.– Powiedział Syliusz. Z wyczuwalną radością w głosie.

 – Serdecznie dziękujemy.– Podziękowaliśmy.

 – Nie ma, za co.– Odpowiedział.

Syliusz wszedł do sali przywódcy. Po pięciu minutach wyszedł z niej i powiedział, iż Wódz chce z nimi się zobaczyć. Wchodząc do środka ujrzeliśmy króla siedzącego na swym tronie. Tytuliusz i jego ludzie uklękli przed nim. Z czystej tylko grzeczność wraz z nimi uklękliśmy. Władca ruchem głowy dał znak by wszyscy stanęli po tym on sam podniósł się ze swojego siedziska i zaczął przemawiać.

 – Jestem Zeuliusz czterdziesty władca Funtotronu oraz potomek Zeuliusza pierwszego.

 Przedstawił się z odczuwalną dumą w swoim starczym głosie.

– Wasza wysoka mość. Potrzebujemy pomocy– zacząłem pochlebiać.

 – Syliusz już opowiedział mi o waszym wypadku. Przykra sprawa.

W czasie wypowiadania tych słów można było wyczuć troskę po mimo faktu, że wcześnie nas nie znał.

 – Wydarzyło się to wszystko w czasie wchodzenia w atmosferę. Pewna siła zaczęła nas wciągać do środka prze okazji unieruchamiając cały statek. Niedługo po odzyskaniu kontroli uderzyliśmy w pancerne drzewo.– Kontynuowałem.

 – Rozumiem.

Odpowiedział i po chwili wyjaśniał, czym jest ta energia. Po króćce mówiąc anomalia ta jest niczym innym jak zwykłym polem elektromagnetycznym utworzonym sztucznie z tak zwanego S.O.P(System Obrony Planetarnej). Komputer obsługujący ją jest podłączony do jądra i na poziomie cząsteczkowym modyfikuje je w taki sposób by ją wytwarzał. Zeuliusz wspomina, iż ta swoista tarcza ma za zadanie odpychać wszelkie asteroidy od planety, dlatego swoim zasięgiem obejmuję ją całą. Zapytał nas gdzie myśmy się rozbili. W tym samym momencie od otrzymania odpowiedzi rozkazał Tytuliuszowi i jego ekipie pójść po wraki pojazdu i je tu przyprowadzić. A nas zaprosił na kolacje usiedliśmy wraz z nim do stołu. W ciągu zaledwie kilku sekund wszedł kerner z tacami wypełnionymi różnymi rodzajami mięs, sałatek oraz ciast. W czasie swojej pracy zaprezentował kolejną zadziwiającą umiejętność, jaką opanowali, czyli telekineza za pomocą, której przenosił ogromną ilość tac z Dobrociami. Na naszych twarzach pojawiło się ciężkie zdziwienie. W końcu dla większość ziemskiej populacji telekineza jak i pozostałe techniki (PSI) były traktowane, jako spiskowe teorie dziejów. Nie licznym, do, których przemawiała ta idea przypisywano do narkomanów albo świrów obie te etykietki odbierały im racjonalność. Władca spoglądając na nasze twarze zaśmiał się cichym elokwentnym śmiechem. W chwili, gdy wreszcie złapał trochę oddechu zaczął mówić.

 – Macie miny jakbyście zobaczyli ducha.– Powiedział Zeuliusz. Nakładając na swój talerz kawałek schabu w sosie pieczeniowym.

 – To, dlatego, że…– Mówiła ula częstując się sałatką.

 – Nie mówcie tylko, że to was zdziwiło.– Kontynuował w trakcie zajadania się mięsem.

– Owszem.– Odpowiedziała Daria.

– Zapewnię cywilizacja, jaką reprezentujecie jest stosunkowo młoda.– Zaczął tłumaczyć.

Otóż we wszechświecie istnieją elementarne zasady dotyczące wszelkiego życia. Na podstawie ich wszystkie gwiezdne plemiona zostały zbudowane i zaprogramowane. Wszelkie ślady złotego kreacjonizmu ukrytego są głęboko wewnątrz organizmów. Z czasem, gdy ewolucyjnie zaczniecie wykorzystywać, co raz większe części podświadomości uaktywnią się wcześniej niedostępne psychiczne umiejętności. Zawsze wtedy dochodzi do gigantycznego rozwoju duchowego. Optymalizacja ta trwa aż do tak zwanego ostatecznego oświecenia. Żeby do niego dojść należy doprowadzić do osiągnięcia możliwość korzystania z całego potencjału oraz nieśmiertelności. W trakcie słuchania tego wszystkiego dotarło do nas, iż my, jako nacja tak naprawdę nie wiemy nic.

A cała ta wiedza, jaką w tej chwili posiadamy jest zaledwie malutkim Ziarkiem piasku w niekończącej się plaży. Mój mózg układał pytania, którymi chciałem go zalać. Zwłaszcza chciałem posiąść wiedzie o tej tajemniczej sile oraz o tym, co się dzieje po dojściu do oświecenia. Zeuliusz przewidując mój zamiar sam zaczął mówić.

 Pewnie po tym, co usłyszeliście macie masę pytań. Niestety nie jestem wstanie na nie odpowiedzieć. Nikt nie jest stanie tego objąć rozumem. Energia ta będąca odpowiedzialną za powstanie elementarnych reguł swoim istnieniem jest niewyobrażalna. Teoretycznie jakby wszystkie istniejące rasy kosmiczne połączyłyby się ze sobą i tak w jednej setnej nie bylibyśmy wstanie jej zrozumieć. Natomiast jak chodzi o ostateczne oświecenie żadna cywilizacja ani istniejąca obecnie ani wcześnie nie była i nie jest wstanie jej osiągnąć. Każda pojedyncza nacja w trakcie drogi z różnych powodów doprowadzała się do samo destrukcji. Nawet te, które posiadły nieśmiertelność nie mogły dojść do ostatecznego punktu.  Sam Funtotron był bliski podzielenia losów tych milionów poległych ludów. A to wszystko przez tą parszywą wojnę konceptualną. Same nieszczęścia nam przyniosła. W trakcie niej doszło do: całkowitej polaryzacji społeczeństwa oraz do regresu technologicznego. I pomyśleć, że to wszystko wybuchło z powodu nieśmiertelności. Otóż dawniej nasza cywilizacja do takiego stopnia była zaawansowana, iż od wejścia na wyższy plan egzystencji dzielił nas jeden krok. Jedna z zasad złotego kreacjonizmu mówiła, iż na osiągnięcie nieśmiertelności istnieją dwa sposoby. Pierwsza metoda polegała na oderwaniu swojej jaźni od ciała. Druga metoda polegała na zintegrowaniu się z maszynami. Dyskutowali między sobą, jaką wybrać wizje oczywiście wszystko to odbywało się w przyjaznej spokojnej atmosferze, aż do pewnego dnia. W pewnym momencie pojawiło się dwóch radykałów, którzy utworzyli przeciwległe sobie obozy. P.O.M (Partie Oświeconych Mistyków) liderem, którego był Kwaśnieliusz oraz U.M.M (Ugrupowanie Mechanicznych Mędrców) w nim władzę objął Wałesliusz. Ludzie otumanieni ich płomiennymi przemowami przyłączali się do poszczególnych partii. Zaczęły się regularne potyczki, które po podpaleniu głównego budynku P.O.M przez bojowników U.M.M przerodziła się w regularną wojnę trwającą dwieście lat. Ludzie mający już serdecznie dosyć tej rzeźni rozpoczęli powstanie przeciwko nim. Przywódcą tego zrywu był Zeuliusz pierwszy, który po objęciu władzy rozpoczął budowę cywilizacji szklanych domów. Przy okazji zapoczątkował długą, bo trwającą dwa tysiące lat dynastię. W trakcie ich rządów doszło do odrodzenia się dawnego piękna i szczęścia. Stworzenia pozbawionego wszelkich wad populacji zgodnie żyjącej z przyrodą. Symbolem potęgi naszego społeczeństwa są właśnie te szklane konstrukcje lewitujące nad waszymi głowami za pośrednictwem opracowanym przez nas silników anty grawitacyjnych.

Napędy te podobnie jak wszelkie inne urządzenia napędzane są energią punktu zerowego. Ciąg próżni wytwarzany jest w elektrowniach umiejscowionych na środku każdej dzielnicy. Dawniej głównym źródłem prądu była energia słoneczna. Szklane domy były budowane na zasadzie agregatów solarnych w ten sposób były energetycznie niezależne. Wszelka nadwyżka prądu była przechowywana w tak zwanych nadprzewodzących magazynach energii. Rozwiązanie to miało jedną wadę, gdy czerwony olbrzym chował się za horyzontem gasły całe miasta. Posługiwaliśmy się nią aż do momentu okiełznania i opracowania sposobu wytwarzania i dystrybucji ciągu próżni przez Tyliusza. Pomimo iż o mocy punktu zerowego wiedziano już za czasów Zeuliusza siódmego. Dopiero za rządów Zeuliusza dwudziestego piątego nauczyliśmy się obchodzić z nią. Dzięki niej doszło do olbrzymiego rozwoju technologicznego. Na wszelki wypadek pomimo całkowitego zrezygnowania z energii słonecznej nie likwidowaliśmy już nieco przestarzałych agregatów S-2000. Żeby wszelkie możliwe do występowania problemy z wytwarzaniem i dystrybucją nie przerodziły się w kryzysy energetyczne. A żeby one natomiast nie przerodziły się w kolejną wojnę domową. W trakcie wsłuchiwania się w jego opowieść można było zauważyć na jego twarzy ogromny smutek z przytaczania tych nie zbyt wesołych wydarzeń. W końcu żaden normalny człowiek nie cieszyłby się z upadku własnego państwa lub miasta * niepotrzebne skreślić. Zeuliusz kończąc swój monolog o przeszłych zdarzeniach, których cofnąć się nie da nałożył na swój talerz kawałek ciasta oraz nalał do swojej filiżanki kawy. W celu zmiany tematu zaczęliśmy opowiadać o swojej planecie. Zeuliusz też dopytywał o nasze dzieje w końcu sam chciał nie, co bliżej poznać swoich gości. Przed rozpoczęciem przytaczania tej nie, co długiej anegdoty o całej naszej historii postanowiliśmy nie opowiadać o wszelkich wojnach zarazach i upadkach wielkich królestw. Zdecydowaliśmy się na to z dwóch powodów:

1. Od czasu do czasu powinno się odpocząć od tych ciągłych pesymistycznych i czarnych jak "dupa voldemorta" myśli.

2. By ludzkość, chociaż raz nie wyszła na stado bezrozumnego bydła.

Streszczając całe sześć tysięcy lat trwania tego całego pierdolnika zacząłem od czasów starożytnych cywilizacji: Egipt, Mezopotamia, Grecja, Rzym, Imperium Majów i tak dalej. Zeuliusz w trakcie słuchania o naszych odkryciach w dziedzinach: medycyny, techniki, astronomii oraz filozofii tak samo jak wcześnie Syliusz popadł w zadumę. Nie umiejętnie próbował to ukryć przywdziewając się na swojej twarzy uśmiech.

Kontynuowałem wspominanie odległych dziejów w trakcie, których wszelki nasz rozwój zarówno naukowy jak i duchowo-obyczajowy szedł w dobrym kierunku aż do 467 roku. W tedy wszystko to, co zarówno ówcześnie żyjący ludzie jak i ci żyjący nie, co wcześnie zbudowali runęło w głęboką otchłań, z której przez niemalże tysiąc lat nie podtrawili wyjść.

Jedyną pamiątką po tym wszystkim było silne cesarstwo wschodnie, które nie dość, iż poradziło sobie podczas rozpadu to sama z siebie przetrwała wiele setek lat. W tym samym czasie dawne ziemie zachodniej części imperium były okupowane przez te same ludy z północy, które wcześnie zaatakowały Rzym.

Główną doktryną polityczno-duchową było chrześcijaństwo, które skutecznie blokowało wszelki postęp w imię władzy a wszelkie księgi, które jakimś cudem przetrwały do tych czasów albo niszczyła albo zamykała na klucz w tych wszech obecnych klasztorach. Fakt, iż znaczna część populacji Europy nie podtrawiła ani czytać ani pisać też wpływał na ogólny obraz tej poranionej epoki. Cały ten bałagan trwał aż do 1492 roku, kiedy to został odkryty dotychczas nieznany kontynent. W tedy ludzie zaczęli otwieracz oczy z trwającego wiele setek lat snu. Na nowo wszelka nauka rozkwitła a antyczny świat przeżywał drugą młodość. W trakcie zanurzania się w tych wspomnienia niespodziewanie do pokoju wszedł Tytuliusz wraz z całą ekipą. Znowu wysunięty na przód swojej drużyny lider poinformował króla o wykonaniu zadania oraz o rozpoczętych oględzinach wraku przez tutejszych inżynierów i naukowców. Tytuliusz wspominał o ogromnej konsternacji zgromadzonych w hangarze konstruktorów na widok naszego wehikułu. Ich konstruktorzy nigdy wcześnie nie mieli do czynienia ani z silnikami neutronowymi ani z gwiezdnym kluczem. Po przekazaniu Zeuliuszowi informacji z uprzejmością zapytałem o nurtującą mnie zagwozdkę.

 – Ile czasu tak nie więcej może potrwać ta naprawa?

 – Trudno powiedzieć.– Odpowiedział.

 – Pojazd ten oparty jest na technologii, jakiej wcześnie nie widzieliśmy.-

Dodał po chwili.

 -, Co prawda dopilnuję by wszyscy konstruktorzy oraz technicy pracowali dniami i nocami, ale mnóstwo czasu upłynie.– Kontynuował.

Zaoferowałem swoją kooperację przy odbudowie TU-154S. Uznałem, iż w ten sposób szybciej powrócimy do Układu Słonecznego. Trzy miesiące upłynęły w tym ciągłym nieprzerwanym rytmie. Wraz z moimi wiernymi towarzyszami broni wspomagałem funtotrańskich projektantów w otworzeniu pierwotnych funkcji akumulatorów i napędów neutronowych oraz systemu pokładowego S.N.R 1000. W czasie trwania wszelkich napraw sukcesywnie wymienialiśmy się swoją wiedzą techniczną. Wyjaśnialiśmy jak działały rotory neutronowe a oni opowiadali o silnikach próżniowych. Szybciutko weszliśmy na szersze tematy i tak z każdym następnym słowem zbliżaliśmy się ku sobie. Tak samo jak w pozostałymi nacjami i z tą nawiązaliśmy przyjacielskie stosunki. Cały ten czas spędzony na Funtotronie był dla mnie szczególnie ważny z jednego powodu. Mianowicie wyznałem swoje najszczersze uczucia do niej będące w pełni odwzajemnione przez drugą połowę. Wszystko szło w dobrym kierunku aż do dnia 26.10.2034, W którym wszelkie moje koszmary oraz obawy stały się rzeczywistością. O godzinie 11:42 na niebie pojawił się statek matka swoją wielkością budzący wszelki popłoch. Wyposażony w ogromną ilość dział wulkanicznych i laserowych dumnie lewitował na przeciw Xenobii. Spoglądając na ten czarny omen miałem pewnie nieprzyjemne podejrzenia, co do jego właściciela. Choć z całej siły chciałem by wszelkie moje obawy okazały niepotrzebne. Chciałem się oszukać, choć było to daremne wszelkie moje wątpliwość zanikły wraz z ciszą, która została przerwana słowami generała wydobywającego się z tego unoszącego się niszczyciela.

Cała jego tyrada w skrócie polegała na jednym stwierdzeniu "Poddajcie się albo was wyniszczymy." Nawet nie próbował tego ubrać w bardziej przyjazne słowa. Zeuliusz wraz z całym wiernym mu ludem pomimo lekkiego strachu sprzeciwił się siłą agresora. Kończąc swoją długą przemowę wrócił się do mnie następującymi słowami. "Na pewno mnie teraz słuchasz, więc mam ci do powiedzenia tylko jedno. Z wielką radością tobie oraz twoim przeklętych towarzyszą poucinał głowy i zrobię z ich ozdoby na Halloween." Po wypowiedzeniu tych durnych i pustych gróźb jednym naciśnięciem przycisku otworzył tylne wrota, z których wyleciały niezliczone szwadrony myśliwców TU-50S, TU-100S( wyposażenie: aktywny stealth, działko elektryczne model TG-45 i wyrzutnie rakiet model BFR-100) oraz bombowców TU-200S(wyposażenie: aktywny stealth, wyrzutnia ładunków brudnych bomb model BFB-50 i działka laserowe model GL-40). Tak wyposażone siły powietrzne planety ziemi będące pierwszą linią ataku ruszyły na stolice. Zaatakowane zostały również Ginza, Shibuja, Grans, Golons i wiele innych miast w ten sposób rozpoczynając wojnę między Ziemią a Funtotronem. Wraz z pozostałymi wojakami zasiadając za funtotrańskimi działami plazmowymi stanęliśmy w obronie mieszkańców stolicy.  Ramię w ramię z Tytuliuszem, Syliuszem i z pozostałymi partyzantami desperacko walczyliśmy o obronę Xenobii. Nas wszystkich było 5000. Szczególnie koncentrowaliśmy się na szybkim odnajdywaniu i niszczeniu bombowców mogących swoimi brudnymi ładunkami na setki lat wyłączyć wszelkie życie na dużych obszarach. O brana przez z nas taktyka pozwoliła zmniejszyć straty. Pomimo przewagi liczebnej sił agresora funtotrańscy piloci nad zwyczajnie dobrze poradzili sobie z powietrznymi atakami. Głównym czynnikiem, który tak wpłynął na wynik tej batalii była ich pycha. Dowodzący tą wyprawą wojenną Dawid Zając na siły powietrze Funtotronu liczące 10 tys. pilotów wysłał trzykrotnie większą flotę. Plan ten mógłby się udać gdyby tylko generał Zajączek wykazał się większą ostrożnością. Gdyby, chociaż no nie wiem na przykład kazał ochraniać bombowce TU-200S mogące odwrócić przebieg walk na jego korzyść. Ten błąd wraz z wieloma innymi sprawiły, iż z 10 tys. naszych asów przestworzy przetrwało aż 90%. Po drugiej stronie z 30 tys. lotników przetrwało tylko 25%. Pomimo wszelkich naszych strat w postaci całkowitego zrujnowania dwóch miast Junos i Golons oraz znacznych zniszczeń w Grans, Ginzie i Sibuku warto było zobaczyć jak Dawid dostaje mocno po dupie. Wszyscy ci, którzy mieli więcej szczęścia skierowali się z powrotem do fortecy. Chociaż na chwilę mogliśmy odetchnąć i zebrać myśli, co do dalszej obrony. Niestety wszelki spokój nie trwał długo w nocy z dwudziestego ósmego na dwudziestego dziesiątego października doszło do kolejnych walk. Tym razem Zając skorzystał z usług piechoty liczącej 80 tys. żołnierzy posługujących się: AK-47, pistoletami laserowymi GLM-20, miotaczami ognia oraz granatami odłamkowymi i biologicznymi. Tak uzbrojona horda podzielona na cztery kolumny po 20 tys. psychopatów ruszyła w stronę Shibuji, Pirgosu, Torkenusu oraz Xenobii. W obliczu tego wszystkiego fakt, iż Armia dowodzona przez Zeuliusza liczyła 60 tys. oddanych wojowników ugrupowanych po 3 kompanie nie napawała optymizmem. Główną ich bronią były stacjonarne działa plazmowe PG-40 i ich przenośne wersje w postaci karabinów PGM-40 mogące zamrozić każdy wybrany cel. Wyposażeni byli w AK-47 z noktowizyjną lunetą, maczetę do walki wręcz oraz miotacze ognia i granaty odłamkowe pozyskane z ciał poległych.  Tak uzbrojone odziały z całej siły odpierały zaciekłe ataki najeźdźców. We wszystkich obszarach ogarniętych regularnymi bitwami były tak wysokie temperatury, iż można było w jedną minutę porządnie się opalić. Właściwie gdyby nie PG-40 i PGM-40 ciała niczym lody topniałyby od ognia maszynowego tak bardzo te chwilę były ogniste. Pomimo kilku wygranych potyczek i tak widać było, iż Zając odrobił lekcje i porządnie przygotował się. W każdej kolumnie doszło do wymordowania ponad 50% szeregowców zaproponowałem, więc Zeuliuszowi i Tytuliuszowi by przenieść wojnę do okopów. Tak samo jak to zrobili Chińczycy w trakcie walk o Czelabińsk szesnaście lat temu. Dzięki telekinetycznym umiejętnością funtotrań szybko powstały awaryjne palisady z wielkich kamieni. Największy z nich ochraniające Stolice został prze zemnie okrzykniętą Warszawą. Taktyka ta przyniosła wiele utrudnień wrogim siłom w oblężeniu szklanych domów. Pomimo zmniejszenia strat oraz zwiększenia morale wśród funtotrańskich szeregowców doszło do największego rozlewu krwi w całej historii tej batalii. Stan ten w najlepsze utrzymywał się przez wiele miesięcy. W dzień i w nocy ziemskie siły przeprowadzały jak nie ataki piechoty na ufortyfikowane bariery to naloty myśliwców i bombowców na szklane aglomeracje. Zarówno dla mnie jak i dla wszystkich przybywających w bunkrze wojów wszelkie wystrzały stały się chlebem powszechnym.  

Znaczna część armii z Zeuliuszem, Tytuliuszem i Syliuszem na czele uważali nas za równych sobie sojuszników o tyle pozostali towarzysze broni takiego dobrego zdania o nas nie mieli.

W sumie trudno mieć do nich jakiekolwiek pretensje, że nas obwiniali o wyburz wojny w końcu "gdyby nie my to by wrogowie nie przylecieli". Pomimo iż zdajemy sobie sprawę, że my nie mamy nic z wspólnego z ich przybyciem. Pomimo wszelkich słów otuchy oraz obrony i tak z tyłu głowy mamy pewne wyrzuty sumienia z powodu zaistniałej sytuacji. W czasach kolejnych ciężkich bitew, gdy częstowaliśmy TU-50S, TU-100S i TU-200S strzałami z ulokowanych na południu dział BG-40. Z niemałym zdumieniem zauważyłem, iż materiał, z których budowali swoje rezydencje był mocniejszy nich na początku mi się wydawało. Bez najmniejszego problemu radziły sobie z amunicją AK-47, z pistoletami laserowymi, z działkami elektrycznymi oraz z miotaczami ognia. Dopiero granatniki przeciwpancerne oraz rakiety były wstanie taką konstrukcję połamać na tysiące małych kawałków. Po krótkiej przerwie wróciłem do szybkiego odnajdywania i zamrażania bombowców i innych szturmowców. Bez przerwy martwiąc się o Darię i Ule będące pielęgniarkami w szpitalu polowym położonym w zachodnio-południowej części skupisk mieszkalnych. Pomimo moich obaw uparły się zwłaszcza Ula chciała im nieść pomoc. Na pierwszy rzut oka można było ją uważać za typową straszliwą potrzebującą silnego oparcia dziewczynę. Przypadku jej pozory mocno podtrawiły zmylić pod tą niewinną twarzyczką kryła się pewna siebie oraz swoich umiejętność badaczka. Mogąca swoim oddaniem i odwagą zawstydzić szeregowca Ryana. Zapewniała, iż nic jej ani Darii się niestanie oraz obiecała, że będą ze mną komunikować się na wszelkie sposoby i faktycznie porozumiewały się ze mną. Wszelkie te pogaduszki były dla mnie małym przyjemnym przerywnikiem, który pomimo wszechobecnych batalii podtrawił, choć na krótką chwilę podnieść na duchu. Wielokrotnie wspominały o przepełnionych po brzegi pokojach poważnie rannymi i o kończących się zapasach podstawowych leków i opatrunków. Słuchając ich komunikatów oraz obserwując toczące się naloty i uderzenia, co raz bardziej utwierdzałem się w tym, że Zając ani myśli o zakończeniu tej imprezy. Chodź z całych naszych serc pragnęliśmy ciszy i spokoju nie zapowiadało się, iż miało dojść do szczęśliwego końca. Pomimo porzucenia wszelkiej nadziei niespodziewanie nadszedł dzień, na który wszyscy czekaliśmy. Trzynasty listopad po niemalże dwu letniej burzy miało wreszcie zaświecić tak długo upragnione słońce. Wiele metropolii zostało całkowicie zdewastowane między innymi Ginza, Pirgos, Torkenus, Alius, Polius, Shibuja, Shibuku, Junos oraz Golons. Pomimo tych niewyobrażalnych zniszczeń oraz śmierci wielu żołnierzy duży procent mieszkańców aglomeracji przeżyła te wszystkie nieszczęścia, które na nich spadły.

Podobnie jak poprzednie wiadomości i tę pozyskałem od Tytuliusza, który miał za zadanie komunikować się z oficerami walczącymi w danych obszarach w celu wydawania rozkazów.

Tytuliusz w obecności mojej, Zeuliusza i Syliusza wspominał o zbliżających do Xenobii falach ocalałych chcących wraz z nimi walczyć o obronę ostatniego mrowiska. W trakcie tego nadzwyczajnego spotkania można było wyczuć w jego głosie niedowierzanie, radość oraz wzruszenie na raz. Przekazaliśmy najświeższe wiadomości będącym w okopach wojom. Podejrzewaliśmy ich, że ucieszą się podanymi informacjami, ale nie spodziewaliśmy aż tak wielkiej radości. Wszyscy pozytywnie oszaleli, zaczęli wieszać na dachach i ścianach flagi Funtotronu oraz witać przybyłych do miasta imigrantów. Sami uchodźcy od razu po przekroczenia progu miasta stadami zapędzali się do wojska. Po krótkim treningu posługiwania się ziemskim uzbrojeniem wściekli na siły okupacyjne ruszyli na front. Pruli do napastników z dział plazmowych oraz z AK-47. Można było u nich wyczuć chęć przeprowadzenia odwetu. W trakcie tych zaciekłych starć niespodziewanie Tytuliusz poinformował mnie o ataku na szpital polowy. Z wszelkich meldunków wynikało, iż zamachowcy posłużyli się dużą ilością granatów biologicznych. Spadł na mnie nielichy strach moje oczy niczym projektor w kinie wyświetlał wszystkie moje wypełnione autentycznym niepokojem myśli. Nie chcąc marnować ani jednej mikrosekundy zacząłem biec do epicentrum skażenia biologicznego. Obawa, jaką w tych chwilach odczuwałem zmieniła mnie w "perpetuum mobile". Umykały mi wszelkie odgłosy dogorywania przedostatnich nieszczęśników oraz TU-100S i TU-150S wystrzeliwujące rakiety jedna z nich była bliska zderzenia się ze mną. Po prostu w obecnej sytuacji były dla mnie tak samo istotne jak dźwięk pierdnięcia chłopa orającego pole. W ciągu tych wszystkich minut mózg mój generował kolejne czarne wizje ich ilość spokojnie przekraczała liczbę trzy cyfrową. Przeglądając je niczym katalogi ze zdjęciami całkowicie moja podświadomość ignorowała cały ten burdel. Po niemal dwudziestu minutach dobiegłem do celu. Nad przybytkiem unosił się czarny duszący dym. Widząc to ze strachu aż złapałem się za głowę. Nie byłem wstanie uspokoić się wystarczyło jedno spojrzenie na tą mgłę by potwierdziły się wszelkie moje obawy. Otóż niemalże na sto procent zamachowcy do przeprowadzenia tego natarcia użyli granatów z ładunkiem dżumy typu A20.2. W środku pojemnika odpornego na wysokie temperatury znajduję się zależnie od siły rażenia poszczególnej choroby zmodyfikowany lub naturalny szczep bakteryjny. Żeby doprowadzić do skażenia wybranego obszaru należy rozbić pojemnik z choróbskiem w środku. W tym przypadku mam do czynienia z niebędącym sztucznie przekształconym zlepkiem bakterii. Dżuma sama w sobie była doskonałą bronią biologiczną o ogromnej sile rażenia. Naukowcy badający ją twierdzili, iż nie ma najmniejszej potrzeby jej w jakikolwiek sposób ulepszać. Najgroźniejszą odmianą tej czarnej śmierci jest "płucna". Wynaleziona w 1890 roku szczepionka na nią była stanie zwalczyć wszystkie je odmiany od A20.0 Do A20.9 Smutnym wyjątkiem była odmiana płucna ulokowana w indeksie w pozycji A20.2. Pomimo iż od lat 90-tych XIX-tego upłynęło 146 lat wciąż ludzkość nie była wstanie całkowicie jej zwalczyć. Jedynym sposobem na uniknięcie epidemii jest całkowita kwarantanna zarażonej osoby by nie rozprzestrzeniała choroby dalej. Wprowadziłem najistotniejsze informacje do mojego nieocenionego mózgu elektronowego. Poprzez moduł kamuflażowy przeprogramował mój skafander by mnie chronił przed mogiłą. Po chwili mój strój przeobraził się w nieco nowocześniejszą podróbkę uniformu z czasów wielkiej zarazy, jednakże pozbawiona była tego charakterystycznego ptasiego dzioba. Po upewnieniu, iż zabezpieczyłem się lewą ręką chwyciłem klamkę i otworzyłem drzwi. Po przekroczeniu progu natychmiast z powrotem je zamknąłem uruchomiłem latarkę i rozpocząłem eksploracje epicentrum skażenia biologicznego.

Spacerując wzdłuż przyciemnionego korytarza czułem się nieswojo, co chwila oglądałem się za siebie. Cała sceneria swoim klimatem przypominała obóz koncentracyjny w czasach największej prosperity. W trakcie poszukiwania przyjaciółek zaglądałem do każdego pokoju. Niestety w większości szpitalnych pomieszczeń odnajdywałem wyłącznie pokryte czarnymi gruczołami zwłoki. Trupy te mogłyby stanowić pokaźny zapas zasobów gdyby zamiast dżumy użyli starego "dobrego" cyklonu B. A tak wszystkie te ciała nie nadają się do niczego. Z każdym następnym przeszukanym lokalem proporcjonalnie rosła obawa, strach oraz bezradność. Wychodząc z kolejnej wypełnionymi denatami sali pomimo wszelkich głębiących się fantazji zacząłem porzucać nadzieje. Już miałem skierować się do wyjścia, gdy niespodziewanie do moich uszów dotarło wołanie o pomoc. Sam ten dźwięk był na tyle słaby, iż za pierwszym razem uznałem go za wytwór wyobraźni. Stanąłem w miejscu by ten worek tłuszczu i kości zwanych inaczej ciałem nie wytwarzał dodatkowego hałasu i zacząłem dogłębnie nadsłuchiwać tego błagania. Zaledwie po stu dwudziestu sekundach łowienia uchem wychwyciłem oraz zlokalizowałem miejsce, z którego dobiegała wypełniona gorączkowym lękiem nuta. Wszelkie niepokojące szmery dobiegały z pomieszczenia ulokowanego na końcu nie zbyt długiego przedsionka. Szybkim stanowczym krokiem powędrowałem tam całkowicie lekceważąc pozostałe gabinety. Zapewnię były niczym innym jak tylko kostnicami takimi samymi jak poprzednie. Pod pływem ekscytacji i z pełnym zapałem pociągnąłem za rączkę. Po chwili, gdy wrota otworzyły się przede mną jak przed strudzonym wędrowcem ukazał się ten obrazek. Jak mogłem się spodziewać i w tym lokalu miałem nieprzyjemność oglądać kolejne truchła z tymi samymi obrzydliwymi plamami? Po chwili "podziwiania i zachwycania" się nimi skupiłem wzrok na stojący po lewej strony przy wejściu do klitki stół a właściwie na to, co było pod nim i aż podskoczyłem. Nie byłem wstanie przetrawić widoku jej ciała pokrytego tymi parszywymi śladami będące niczym innym jak tylko wizytówką zarazy oraz wydobywających się z jej ust krwi. Nie chcąc się pogodzić z takim obrotem sytuacji objąłem jej ciało niczym zrozpaczone dziecko swoją matkę. Wtulając się w nią mimo wolnej łzy napływały do oczu im mocniej przyciskałem ją do siebie tym więcej kropli spadało na plamę krwi zmywając ją trochę. Gdy wreszcie odkleiłem się od niej położyłem jej szczątki dokładnie w tym samym miejscu. Wziąłem leżącą na podłodze poszewkę i za pomocą jej zakryłem ciało Darii. Po tym wszystkim z ciekawości spojrzałem na zegarek nie byłem wstanie uwierzyć, iż od dokonania makabrycznego odkrycia do teraz minęły zaledwie 30 minut. Ostatni raz rzuciłem okiem na otulone białą bawełnianą poszeweczką padło i odwracając od niego głowę ruszyłem w głąb sali. Chcąc ją odnaleźć wytężyłem wszystkie znane mi zmysły. Wzrokiem przeczesywałem każdy pojedynczy kąt a słuchem wyłapywałem choćby najmniejsze skrzypnięcia lub szmery. Penetrując lokum przyglądałem się meblościankom, które swoją zawartością przypominały półki sklepowe za czasów PRL-u. W większość były całkowicie puste tylko na niektórych półeczkach stały pojedyncze pojemniki niezbędnych lekarstw oraz kończące się rolki jałowego opatrunku. Na stołach oprócz zdjęć rentgenowskich leżały pocięte na pasy koce zapewne były stosowane, jako bandaże. Widząc tą wszechobecną biedę poczułem się nie swoją. Co prawda mówiły mi o mocno kurczących się rezerwach medycznych, ale nie pomyślałbym o tak wielkiej skali? Z czystej ciekawości zabrałem jedno z leżących zdjęć przedstawiające obrażenia żołnierzy. Na tym konkretnym było widać wbitą w brzuch maczetę, która o centymetry ominęła serce. W trakcie przyglądania się kolejnym medycznym fotografiom niespodziewanie usłyszałem.

 Kamil?– Wydała z siebie cichy niewyraźny dźwięk.

 Jej głos był na tyle cichusieńki, że ledwo było cokolwiek wychwycić.  Pomimo tego byłem niemalże pewny, co do posiadacza, więc podszedłem bliżej i faktycznie moje domysły okazały się prawdą. Widząc mnie Ula z odczuwalną ulgą krzyknęła najmocniej jak mogła. Po chwili wtuliła się we mnie. Obejmując ją miałem przeciwstawne emocje. Z jednej strony widząc ją żywą byłem uradowany, jednakże obserwując, w jakim była wstanie ogarnęła mnie gorączkowa histeria. Podobnie jak wszyscy uwięzieni była nimi ozdobiona, jednakże w jej przypadku były one najmniejszym zmartwieniem. Dużo bardziej uciążliwe były: silny duszący kaszel mogący wręcz paraliżować cały układ oddechowy utrudniający jakąkolwiek dłuższą rozmowę. Występujący po każdym kaszlnięciu obfite krwioplucie ozdabiające uniform śladami ludzkiego oleju napędowego. Większość spotkanych przez mnie ludzi przebywających w tym łagrze była wolna od wszelkiego bólu i nędzy. Dzięki niestrudzonemu w swoim fachu ponuremu żniwiarzowi nie musieli się użerać ani z dławiącym wręcz unieruchamiającym organiczne pojemniki powietrzne ani z wlewającą się do gardła fontanną posoki. Biedna pozbawiona szybkiego humanitarnego zejścia musiała od czekać swoje zanim i do niej przybędzie śmierć ze własnej posępnej osobie z lekarstwem. W tej dosyć nie wyjściowej sytuacji poza dotrzymaniem towarzystwa w jej ostatnich chwilach nie byłem wstanie nic więcej zrobić. Pomimo wszelkich moich bezwartościowych protestów było za późno na ocalenie. Wykorzystując tą daną nam chwile ostatni raz wymieniliśmy się naszymi uczuciami.

 -, Co ja najlepszego zrobiłem. Gdybym tylko…– Obwiniałem się o zaistniałą sytuację.

 – Nie mów tak.– Rzekła Ula.

 – Ja sam pozwoliłem wam pracować w tym przeklętym pogotowiu. Gdybym tylko był uparty to wtedy Daria by nadal żyła oraz ty byś była cała.– Mając ogromne wyrzuty sumienia kontynuowałem tyradę.

 – To nie twoja wina.– Widząc mnie przybitego zaczęła pocieszać.

 – Po za tym i tak byśmy tam poszły.– Wyjaśniła.

Z każdym wypowiedzianym słowem jej narząd wymiany gazowej był rozrywany nieustającym dławieniem. Z każdym zdaniem z jej gardła wypływała obwita jucha. Z każdą ciągnącą się minutą w jej smukłym ciele gasło życie. Małymi krokami zbliżała się ostatnia godzina. Sam fakt uległość, co do tej kwestii budziła we mnie ogromną "burzę", której nie mam ani możliwości ani chęci rozdzielać na czynniki pierwsze i katalogować. Wszystkie najważniejsze organy za pośrednictwem zainfekowanego układu krwionośnego stawały się pomalutku z najmniejszą dokładnością rozmontowywane, aż do całkowitej nieodwracalnej dekapitacji. Towarzyszący temu procesowi ból był na tyle silny, że bez większych problemów przygwoździł ją do zimnej podłogi nie pozwalając oderwać się. Próbowała resztkami sił stanąć na nogi, jednak z każdej walki wychodziła przegrana. Chcąc usłyszeć ostatnie słowa ukląkłem przed nią i przylgnąłem do niej. Zmysły ulegały stopniowemu dezaktywowaniu. Wszelki obraz widziany przez jej matowe oczy rozmywał się. Na dodatek zaczęła słyszeć pojedyncze oddalone kroki. Chciała z siebie wydusić choćby jedno słowo. Zaczynała układać litery w pojedyncze sylaby, jednak za pośrednictwem przeplatającym się bajońskim chrząknięciem i ogromnej perturbacji wewnętrznych narządów nie zdołała skończyć zdania. Proporcjonalnie do upływającego czasu rosła siła, z którą przylgnąłem do jej marniejącej sylwetki. W tych całym kramie wydusiła z siebie bezszumnie "kocham cię”, po czym zamarła. Otulona wiecznym snem była bezpieczna od wszelkiego rodzaju udręk. Tak bardzo mój mózg odmawiał przejęcia tej informacji do siebie a serce nie chciało pogodzić się z tym. Jeszcze mocniej przyciskałem ją do siebie mówiąc oklepane frazesy pokroju "nie opuszczaj mnie" oraz "obudź się". Nie mam najmniejszego pojęcia, na co liczyłem bajdurząc te slogany, że słysząc je w martwych wstanie? Było na cokolwiek za późno, zdając sobie z tego sprawę uwolniłem ją z uścisku, położyłem jej szczątki na lodowatą posadzkę i przykryłem ją leżącym w pobliżu kocem. Zerkając na tą improwizowaną konfesję miałem swoiste dejavu. Tak samo jak czternasty grudnia i trzynasty listopad stał się dniem żałoby. O ile szesnaście lat temu podczas chowania rodzicieli byłem w czarnej rozpaczy o tyle teraz żal ustąpił miejsca furii. Ukląkłem przed jej ciałem i niczym rycerz przysiągłem swojej danie pomszczenia jej. Po czym wstałem i najszybciej jak to możliwe ruszyłem w stronę wyjścia. Idąc wzdłuż korytarza, co chwila mój umysł podsuwał kolejne mające w sobie choćby najmniejsze szanse przeprowadzenia udanej wendetty opcje. Wśród tych wszystkich pomysłów jeden był bliski mojemu sercu a mianowicie ten polegający na zaatakowaniu czarnego omenu. Wychodząc z tej prowizorycznej ubojni spoglądałem na wszechobecne starcie. Sam widok Funtotrań częstujących mrożącą krew żyłach plazmą wywołał chwilowy uśmieszek. Zarówno mieszkańcy centrum jak i uchodźcy z innych aglomeracji chcieli serdecznie podziękować ziemianom za wizytę. Oczywiście ich wdzięczność była wyrażana ogniem i ołowiem. Z każdym zabitym lub ciężko okaleczonym agresorem rosło serce. Obserwując ich powolne dogorywanie korciło mnie by do nich z całej siły w płucach krzyknąć "szach-mat". W pełni zasłużyli sobie na tak gorzką agonie za to wszystko, co ich i mnie spotkało.  Po drodze do ratusza, co rusz widziałem jak pozostałości po wielkich oddziałach najeźdźców były zmuszane do wycofywania się poza metropolie. Dzięki przybyłych do stolicy uciekinierom wojska obrony Xenobii rozrosły się siedmiokrotnie. Cudownie jest patrzeć jak mocno przetrącona rasa z takim oddaniem i profesjonalizmem wycina najeźdźców w pień niczym chwasty. Trudno jest się dziwić takiemu rozwojowi sytuacji. W końcu znaczna część tego mięsa armatniego poległa w trakcie przeprowadzania oblężeń na skupiska mieszkalne. Co prawda celująco wywiązali się z tego zadania? Większość funtotrańskich aglomeracji obrócili w proch. Po mimo tego niebyli wstanie dorwać się do ukrytych w podziemiach cywili. Oni natomiast cierpliwie czekali na odpowiedni moment, po czym uciekając z tych pobojowisk ruszyli w kierunku ostatniego bastionu. Zbliżając się do ratusza spostrzegłem Zeuliusza i Tytuliusza. Nie musieli marnować tlenu na wszelkie pytania. Od razu pojęli ogrom tragedii. Przez dłuższą chwilę nie wydaliśmy z siebie ani słowa. Gdyby nie wszem obecne odgłosy wojennej pożogi to utonęlibyśmy w tej ciszy. Zeuliusz nie, co zakłopotany tą sytuacją nieśmiało zaczął wyłamywać się.

 – I jak co z nimi?

W trakcie zadawania pytania zarówno on jak i Tytuliusz byli niezwykle spięci.

 – Nie żyją.– Odpowiedziałem z ponurą powagą w głosie.

Spojrzeli po sobie, po czym próbowali wyciągnąć ze mnie więcej doprowadzających do czarnej rozpaczy szczegółów.

 -, Ale jak to nie żyją?

Rzucił Tytuliusz, po czym dodał.

 – Jak to się stało?

 – Zamachowcy użyli bomb biologicznych z szczepem dżumy typu A20.2.– Odpowiedziałem.

 – Dżuma? Czy to jest poważne?– Spytał Zeuliusz.

 – Na tyle, że była stanie wszystkich przybywających w szpitalu z dziesiątkować włączając to moich najbliższych.

Nie, co melancholijnie odrzekłem, po czym dodałem.

 – Każdy pacjent odchodził w niewyobrażalnych mękach.

Po tym zdaniu towarzysząca mi apatia ucichła ustępując miejsca rozpaczy i wściekłości. Z całych sił próbowałem ukryć przed nimi utratę stabilności emocjonalnej. Szkoda tylko, iż wszelkie moje starania spaliły na panewce. Z całych sił próbowali wyciągnąć z dołka. Choć wszelkie ich wysiłki nie raz okazywały się chybione i tak niezrezygnowani podnosili mnie na duchu. Za te wszystkie słowa otuchy byłem im niebywale wdzięczny. W końcu nie musieli tego robić. Mogli po prostu mieć wszelkie moje smutki gdzieś. Choć nadal byłem emocjonalnym trupem a wszelkie myśli gromadziły się wokół chęci cofnięcia się do tej jednej chwili to nabrałem pewnej nadziei. Będąc nieznacznie rozweselony zacząłem ich wypytywać o stan naszych sił. W trakcie rozprawiania o wszelkich postępach i planowaniu kolejnych taktyk niespodziewanie do naszych uszów doszedł wałęsający się po eterze zburzony głos imperatora. Słuchać było wielki wręcz monstrualny ból odbytnicy – tej gehennie towarzyszyło niedowierzanie. W końcu pomimo ogromnej liczebności oraz faktu, iż za jego sprawą wiele metropolii pod względem zniszczeń przypominały Warszawę z 44-tego nie był wstanie ich podporządkować. Wręcz przeciwnie obudził w nich chęć walki. W tej wybuchowej mieszance szoku i wkurwienia wydawał z siebie głośne jęknięcia i stęknięcia, którymi bez najmniejszych problemów zagłuszyłby Tuwima i tą jego lokomotywę. Nie wiedział jak ocknąć się z tak poważnej porażki. Samo słuchanie bezradnego Zająca z denerwowanego nieustającymi klęskami przynosiło mi szczerą radość. Na każdy pogłos płaczu reagowałem cichym śmiechem. Już wtedy zarówno ja jak i wszyscy dzielnie stawiający opór szeregowcy zdawali sobie z sprawę, iż ta impreza szybko dojdzie do końca. Będąc świadomy zaciskającej się pętli pod wpływem desperacji podjął ostatnią decyzję. Cytując jego słowa. "Nie mam najmniejszego zamiaru przegrać z kimś takim jak wy. Wykończę was choćby miał sam ponieść najwyższą cenę." Po tej przepełnionym patosem przemowie ponownie zwrócił się do mnie. "A jak chodzi o ciebie chciałbym ci powiedzieć jedno. Nienawidzę cię nigdy ciebie nienawidziłem. Zawsze miałeś cielność udawać wiecznie pokrzywdzonego. Zawsze robiłeś ze mnie sadystę, który nic innego nie miał do roboty, jak tylko cię niszczyć. Tym samym byłeś doskonałym chłopcem do bicia, któremu specjalnie chciało się dowalać i patrzeć jak szybko ulega załamcie. Tak samo jak je i ciebie z wielką radością wykończę." Uruchomcie cały arsenał. "Najwyższy czas by raz a porządnie zaorać cały ten pomniejszy gatunek i odebrać im planetę." Wszystkie możliwe z nim wspomnienia będące głęboko zakopane ponownie stały się żywe. Cała moja misternie budowana przez 21 lat pewność siebie mocno zachwiała się w posadach. Jeżeli pozwolisz chciałbym w tym momencie przerwać wspominki. Po prostu nie mam ochoty opowiadać jak to ten skurwiel wraz ze swoimi tak samo inteligentnymi kolegami zamykał mnie w lodówce na weekend. Jak ćpali barszcz czerwony w proszku udając, że biorą kokainę? Wróćmy to tego, co jest tu i teraz a mianowicie do momentu, w którym Zając po uruchomieniu dział sam ochoczo zaczął oddawać strzały. Będąc bardziej dokładny napierdalał na oślep. Tym "precyzyjnym strzelaniem" zawstydziłby szturmowców imperium. Kompletnie nie baliśmy się zamontowanych w tym latającym ostrosłupie karabinów laserowych. Zdawaliśmy sobie sprawę z ich bezsilności wobec szklano-podobnych konstrukcji. O tyle obsługiwane przez niego i jego przydupasów wyrzutnie min wulkanicznych bez problemu uszkadzały szkielety. Będąc świadomy, ich od wyniku tej bitwy zależy przeżycie lub całkowita eksterminacja całej populacji Zeuliusz pogrążył się w rozważaniach. Po kilku minutach sumiennego dobierania i odrzucania idei wspartych moją asystą obmyślił plan będący najbardziej optymalny. W tym pomyśle pierwsze skrzypce gra lotnictwo wsparte przez ogień dział PG-40. Wszyscy będący przy życiu piloci dostali rozkaz przeprowadzenia powietrznego desantu. Artyleria natomiast miała za zadanie niwelować wystrzeliwane miny. Posunięcie to na początku może wydawać się nie, co śmiałe i ryzykowne, ale z kilku, jak że ważnych powodów plan ten być przemyślany oraz logiczny. Po pierwsze znaczna większość o ile nie wszystkie myśliwce i bombowce zostały zniszczone. Jedynym unoszącym się obiektem jest nasz główny cel czarny omen. Po drugie podległa mu armia uległa zdecydowanemu zdziesiątkowaniu a wręcz unicestwieniu. Tysiące mężczyzn i kobiet będących tak różni od siebie. Pomimo nieoczekiwanego połączenia się w jedną spójną rasę utknęli tu aż do końca wszechświata. Pewnie do twojej głowy wpadnie następująca myśl. "A nie mógłby złożyć zamówienia na nową porcje mięsa armatniego." Owszem mógłby, ale istniał jeden czynnik, który sprawiał, iż tak oczywista czynność była niewykonalna a mianowicie odległość. Zanim posiłki przybyły by na Vortex to już stałyby się bezużyteczne. W tak rysującej się sytuacji sensowną opcją jest siedzieć na kupie i szybkimi i celnymi strzałami niszczyć je. Chociaż z tym szybkim i celnym trafianiem zagalopowałem się a przynajmniej jak jest mowa o dziale wulkanicznym. Nie minęło wiele czasu od wystartowania tych, że Asów przetworzy może 15-20 minut. Gdy niespodziewanie do sali wszedł posłaniec. Po obowiązkowym ukłonie przekazał władcy wiadomość o ukończeniu naprawy TU-154S. "Bez imienny" kontynuując swoją wypowiedź zaczął przebąkiwać o tym, że odpowiedzialny za renowację skład nie ograniczył się wyłącznie do odratowania pojazdu. Po skończonej robocie postanowili nie, co go ulepszyć. Dokonane przez nich poprawki polegały na wyposażeniu TU-154S w plazmowe magnum oraz zainstalowaniu stealth. Dzięki tym wszystkim korektom pojazd typowo badawczy przemienił się w pełni bojowy myśliwiec. Kończąc ten nie, co obszerny raport wspomniał o udanym skopiowaniu specyfikacji technicznych międzygwiezdnego Tupolewa. Po jego wyrazie twarzy widać było, iż tej jednej informacji nie powinien podawać. Zeuliusz słysząc to wkurzył się na biedaka. Chcąc złagodzić tę napiętą sytuację zacząłem zapewniać, iż nie mam do nich pretensji. Szybko ta sprawa rozeszła się po kościach. Przed opuszczeniem pomieszczenia podał lokalizacje pojazdu, po czym skierował się do wyjścia. Po obowiązkowych podziękowaniach skierowałem się w kierunku windy, która miała mnie zabrać na najwyższy punkt Xenobii gdzie czekał na mnie TU-154S. W połowie

 

drogi do położonych po lewej stronie wrót Tytuliusz zatrzymał mnie. Chciał mnie odprowadzić gdyż zdał sobie sprawę, że może to być nasze ostatnie spotkanie. Z tak jasno nakreśloną motywacją ruszył za mną w stronę elewatora. Przechodząc przez korytarz przybywający w środku budynku mieszkańcy kłonili się nam natomiast mi odpowiadaliśmy takim samym ruchem. Po przedostaniu się przez rozciągającą drogę weszliśmy na świetlistą platformę. Zanim zdołałem uporządkować wszelkie myśli zalał mnie oślepiający blask białego światła. Wciąż nie mogąc niczego ujrzeć zacząłem poruszać z niepojętą prędkością. Biała intensywna poświata zanikała ustępując miejsca krajobrazowi. Nie zdążyłem się ocknąć a już byłem na najwyższym punkcie Xenobii. Na tym poziomie nie było ani jednego budynku tylko platforma, na której stał międzygwiezdny Tupolew świeżo po naprawie. Życzyliśmy sobie powodzenia i niczym bracia objęliśmy się, po czym Tytuliusz obrócił się. Tak szybko jak my znaleźliśmy się na górze tak on zjechał na sam dół. Pozostawiony samemu sobie zacząłem przyglądać się mojemu wehikułowi. Dzięki tym wszystkim konstruktorom przeżywał swoją drugą młodość. Tak samo zjawiskowo się prezentuje jak czternaście lat temu, kiedy z pewnego wraku chińskiego statku bojowego powstał ten owoc ziemskiej myśli technologicznej. Pomimo tylu lat na karku wciąż wiernie mi służył oczywiście do momentu kraksy. Oglądając go z każdej strony pod każdym kątem moim oczom rzucił się z lądowiska obraz. Pejzaż ten był połączeniem bujnej roślinności i całkowicie wyniszczonych państw-miast. Widocznych z samego szczytu stolicy krajobraz był konsekwencją wszystkiego, co się działo. Skutkiem rozległych działań wojennych i charakterystycznej dla nas próżności, samo uwielbienia, oraz niesłabnąca miłość do wojennego ognia. Sama myśl o poległych budziła we mnie najczarniejsze myśli z pod ciemnej gwiazdy. Gdyby nie ten zgrzyt cała przestrzeń wokół mnie byłaby urokliwsza wręcz pozbawiona wszelkich niedoskonałości. Nie chcąc się dołować pozostałościami po stojących niegdyś majestatycznych metropoliach wszedłem do pojazdu. Będąc pod ogromnym wrażeniem wykonanej roboty skierowałem się do sterowni. Droga do pomieszczenia kontrolnego nie była zawiła składała się z jednego prostego przedsionka. Przechodząc przez niego rzuciłem okiem na ulokowane po bokach pojedyncze drzwi. Lewe prowadziły do pokoju Uli, prawe do pokoju Darii. Nie chcąc na nie zarówno patrzeć jak i otwierać ich uruchomiłem drugi bieg. Stanąłem przy wejściu do upragnionego pomieszczenia minęła chwila jak wrota otworzyły się przed strudzonym wędrowcem. Zarówno cała komórka w 1: 1 była wiernie odtworzona jak i cały statek wyglądał tak jak by do zderzenia nigdy nie doszło. Uruchomiłem silniki i niczym orzeł zniosłem się do góry. Wszystko działało lepiej niż wcześnie. Zadowolony z tego faktu ruszyłem w stronę czarnego omenu. Lecąc do celu znalazłem moduł uruchamiający aktywny stealth i go uruchomiłem. Dzięki temu trybowi wykrycie mnie było mocno utrudnione, ale wciąż było możliwe. Wszelkie radary będące zbudowane w statek-matkę będą wstanie poinformować o zbliżającym się obiekcie, ale nie będą potrafiły podać jego współrzędnych. Wiedząc o tym pewnie leciałem ku polowi bitwy. Kilometr po kilometrze zbliżałem się do osiągnięcia odpowiedniej odległości, z której w całej okazałości zobaczę jego minę. Minuta po minucie Funtotranie z Zeuliuszem czterdziestym na czele zmierzając do pomyślnego rozwiązania kwestii ziemskiej inwazji starannie szykują się do tego natarcia. Będąc, co raz bliżej unoszącej się fortecy spostrzegłem cały powietrzny szwadron składający się z 9 tys. świetnie wyszkolonych oraz gotowych na wszystko pilotów. Zgodnie z jego rozkazami wszyscy lotnicy jak jeden mąż przypuszczali zmasowany atak. Oczywiście cały system namierzający zamontowany w tej unoszącej się puszce ostrzegł ich przed skorygowanym atakiem lotniczym z czterech kierunków naraz. Wszystkie karabiny laserowe i wyrzutnie min vulcano skierowane na wszystkie strony świata pracowały na pełnych nieprzerwanych obrotach. Zasiadający za nimi operatorzy nie ustępliwie wykorzystywali cały potencjał ze swojego arsenału. Podobnie jak funtotrańskie odziały i ostatni przybywający tutaj Ziemianie będący pod kontrolą Dawida odczuwali na swoich plecach powagę tego starcia. Pomimo tych wszystkich potyczek i szeroko zakrojonych batalii był remis. Co prawda dwa lata ciągłej nieprzerwanej nawałnicy znacznie osłabiła obie nacje, ale nie była wstanie zmusić żadnej strony zatargu do zawieszenia broni? Zarówno Nachodce jak i Tubylcy mieli świadomość, iż to wszystko doszło do tego ostatecznego punktu. Żadna walcząca nacja nawet jak by chciała nie mogła się wycofać. "Albo my albo oni" z tak nakreślonym obrazem rzeczywistości nie wahali się do siebie strzelać. W najlepsze trwała draka lotnicy śmiało lecą z nim na cztery baty.

Ulokowana na powierzchni plazmowa balistyka ochraniała ich przed minami typu vulcano posiadająca ogromną siłę rażenia jednakże na nasze szczęście były niezwykle powolne. Pomimo tego ograniczenia i tak były na tyle niebezpieczne, że wszyscy obsługujący PG‑40 mocno skupiali się na ich unieruchamianiu. Kilkunastoma strzałami z lotniczego działa w biłem się w tak uporządkowany plac boju. Z wielką skrupulatnością prułem w tą latającą beczkę zamrażającymi strzałami. Tym śmiałym, niespodziewanym atakiem odwróciłem uwagę od będącego pod obserwacją pilota. Wykorzystując daną mu okazję wymknął się spod celownika. Oczywiście Zając nie był pocieszony tym faktem a mówiąc, że "nie był tym pocieszony" to jakby nic nie powiedzieć. Następne kilkanaście, kilkadziesiąt minut upływały na ciągłej nieprzerwanej kanonadzie.

Co chwila do moich uszów docierały kierowane do systemu ostrzegawczego okrzyki wymieszane z dorodną porcją niecenzurowanych słów? Mocno i dobrze bluzgał, wręcz wyładowywał wszelkie swoje złości na te bogu ducha winne radary. Za cholerę nie były wstanie podać mojej lokalizacji w trzech osiach przestrzeni. Bez przerwy odstrzeliwując tenże pancerny ostrosłup nie posiadałem się z radości słuchając jego ryku. Kiedy wraz z innymi towarzyszami broni niczym komary nie miłosiernie kąsaliśmy ich, kiedy widziałem jak współwalczący padają jeden po drugim jak muchy zdałem sobie sprawę z jednej rzeczy? Zorientowałem się, iż najwyższym moim priorytetem jest zemsta. Była ona tak samo a nawet ważniejsza od chęci do dalszego istnienia. Było to jedyne wyjście zeszczą za wiele opcji mi nie pozostało. Wszyscy ci, których darzyłem ciepłym serdecznym uczuciem odeszli. Rodziców straciłem w trakcie obrony miasta, najdroższa mi przyjaciółka od czasów gimbazy oraz moja druga połówka poległy w bestialskim ataku na szpital polowy. Poza nimi nie mam nikogo więcej. Tracąc ich utraciłem sensowny powód do dalszego podtrzymywania egzystencji. W ciągu całego mojego jestestwa podejmowałem tysiące decyzji. Jedne uważałem za raczej pewne drugie były porzucane, jednakże nigdy wcześnie aż tak wierny mojemu głosowi jak teraz nie byłem. Wyleciałem z tej całej szarady i skierowałem się na wschodnią część tego ostrosłupa gdzie Zając siedział i obserwował przebieg boju. Oddaliłem się na odpowiednią odległość. Jednocześnie byłem na tyle blisko by mógł "podziwiać" jego odrażającą mordę w całej "okazałości" i na tyle daleko bym mógł się rozpędzić do odpowiedniej prędkości. Powoli szykując się do tego, co chciałem zrobić nie byłem wstanie uwierzyć, że zdobyłem się na coś takiego. Wciąż to do mnie nie docierało pomimo tego zdałem sobie sprawę, iż na odwrót było stanowczo za późno. Odpowiednim przyciskiem wyłączyłem aktywny stealth. Nie minęło nawet kilka minut jak na jego japie pojawiło się zdumienie wymieszane ze wzburzeniem. Wziąłem ostatni wdech i wydech, po czym odpaliłem silniki na najwyższą moc i z gracją Osamy bin Ladena ruszyłem w stronę czarnego omenu. Będąca na jego mordzie konsternacja przemieniła się w nie lichy strach. Rozkazał skierować wszystkie działające działa na mnie. "W końcu, chociaż raz byłem w centrum uwagi". Co raz bliżej do uderzenia a humor nadal mnie nie opuszcza? Oczywiście z całej siły starałem się nie odwracać wzroku chciałem na własne oczy zobaczyć moment uderzenia. Zając ze swoją ekipą pruli na mnie z tego, co im pozostało próbowali mnie zestrzelić, ale nie mogli trafić. Cały mój plan mógłby spalić na panewce gdyby grupka licząca 3 tys. pilotów nie odwracała ich uwagi. Coraz bliżej, jeszcze odrobinę i stało się TU-154S zanurzył się w czarny omen niczym Boeingi 767 w południową wieżę. Trzynasty listopad 2036 roku godzina 20:07 dzień ten zapiszę się w ich historii, jako koniec wojny dwuletniej z planetą Ziemią. Bój ten zakończył się bez apelacyjnie wygraną Funtotrań. Z mojego niezastąpionego myśliwca pozostały zgliszcza a ze mnie mocno nadpalona wręcz zwęglona sztuka mięsa. Pomimo tego wciąż docierały do mnie wszelkie odgłosy. Z jednej strony były to agonalne krzyki wielu agresorów. Ich nieludzki ból i cierpienie były dla mnie niczym innym jak ostatecznym opatrunkiem przynoszącym wieczną ulgę. Natomiast z drugiej strony słychać było lament z powodu znacznego wyniszczenia szklanych miast. Kolejne tysiące lat spędzą na ich odbudowie i to wszystko przez te pieprzone płody wyhodowane w słoikach po majonezie. Pomimo tych wszystkich okropieństw, jakich zaznali Funtotranie radowali się wygraną wojną. Za pomocą zgromadzonych zapasów energii słonecznej rozpoczęli odbudowę tych niegdyś majestatycznych metropolii. Tego, co zrobiłem ani trochę nie żałuje a wręcz cieszę się, iż mój zgon na coś się przydał.  

 

 

 

 

 

 

 

 

4F706F77696164616E696520646564796B756AC499206D6F6A656A206D616D69652C206B74C3B372656A20706F6D696D6F20636F647A69656E6E656A206369C499C5BC6B69656A207072616379206D6961C58261207369C58279206D6E69652077737069657261C4872E204B6F6368616D206369C4992061C5BC20706F206772C3B3622E

Koniec

Komentarze

Lasonie, opo­wia­danie liczące ponad 80000 znaków, nie wcho­dzą do gra­fi­ku dy­żur­nych, więc ci nie mają obo­wiąz­ku ich czy­tać. Tak długie opowiadania, choć­by były świet­ne i do­sko­na­le na­pi­sa­ne, nie mogą li­czyć na no­mi­na­cję do piór­ka.

Dodam jeszcze, że źle zapisujesz dialogi. Tu znajdziesz poradnik, jak robić po prawidłowo: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

Sugeruję też, abyś należycie wyedytował opowiadanie. Zwarte bloki tekstu są bardzo nieczytelne i nikogo nie zachęcą do lektury. Postaraj się podzielić je na mniejsze akapity.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

 

 

Napęd neutronowy nie jest w planie. Nigdy jego nie będzie. 

 

https://pl.wikipedia.org/wiki/Kategoria:Napędy_pojazdów_kosmicznych

 

Ponadto […]Mając już Ścieszkę wystarczy dać krok na przód, więc poprosiłem Darię […] piszemy Ścieżkę. Więcej jest błędów. Polecam jakiś darmowy edytor, może ten z Worda ?. Razi mnie manifest polityczny, za wiele wyczuwam silnej niechęci do imigrantów. Za wiele zdań jest temu poświęcone. Tunel czasoprzestrzenny […]W lecieliśmy naszym międzygwiezdnym Tupolewem w głąb ciemnego korytarza[…] nie jest tunelem, trudno to opisać. W filmie Installer najpierw dobrze to wyjaśniono ale lot potem pokazano przez tunel. No ale cóż. Filmy oglądają księgowi, ekonomiści, sprzedawcy itp. No i pisze się “Wlecieliśmy”. 

No i do roku 2034 nie wiadomo czy na Marsa dolecimy. O gwiazdach nie ma co marzyć. Lot na Marsa prawdopodobnie musi być zrealizowany przez kilka bogatych krajów. No i w roku 2034 mamy przez tunel przelatywać a dla zabicia czasu sobie pogrywać na PlayStation 2, he he. 

 

Jeśli się uda to nich arko zmienię na Maruda

 

 

 

nie ma

Nowa Fantastyka