- Opowiadanie: All - Karahimabreitotenefle’fas [Księga Trwogi Tom 1-1]

Karahimabreitotenefle’fas [Księga Trwogi Tom 1-1]

Utwór może zawierać sceny dla tych o mocnych nerwach i mocnych żołądkach, a szczególnie żołądkach.

Oceny

Karahimabreitotenefle’fas [Księga Trwogi Tom 1-1]

I

Co działo się w miasteczku Denever

 

Po wielu raportach i wielokrotnych zgłoszeniach w końcu dostałem te sprawę we własne ręce. Przyznam że nie byłem pozytywnie nastawiony, szczególnie po jednym z moich ostatnich śledztw. W Denever zaczęli znikać ludzie bez śladu, pierwszą osobą zgłoszoną jako zaginiona był Doktor naczelny Wernon Brauch, po nim zniknęli prawie wszyscy lekarze ze szpitala pana Wernona, władze nie były wstanie ustalić co stało się z tymi wszystkimi ludźmi. Sprawa ucichła gdy po zaginięciach lekarzy rzekome porwania ustały, jednak znienacka zaczęli znikać zwykli ludzie dochodząc do liczby dwudziestu zaginionych. I wtedy zwrócono się do mnie, ledwo wiążącego koniec z końcem prywatnego detektywa, od wielu lat walczącego z alkoholizmem. Kiedyś wiodłem dobre życie, miałem żonę i dziecko, jednak moja praca skazała ich na okropny los. Od tamtej sprawy trzymam się z dala od ludzi, głównie dla ich własnego bezpieczeństwa. Wracając do sprawy Denever, przeanalizowałem mapę miasta zaznaczając na niej miejsca, gdzie ostatnio widziano zaginionych porównując do czasowych odstępów pomiędzy każdym porwaniem, to mogło powiedzieć mi czy porywacz wywoził ofiary poza miasto. Jednak odstępy były za małe, ktokolwiek odpowiedzialny za to wszystko nie opuszczał terenów miasta. Przejrzałem wszystkie raporty miejscowej policji, przeszukania domów zaginionych, oczywiście nic nie znaleźli, któż by się tego spodziewał. Postanowiłem podejść do sprawy od samych korzeni. Pierwszym krokiem było odwiedzenie domu pierwszej ofiary, doktora Wernona. Jego dom stał opuszczony od miesiąca, nie miał żony ani dzieci, mieszkał zupełnie sam. Kończąc butelkę whiskey, zabrałem ze sobą potrzebne do śledztwa przyrządy, ubrałem się i wyszedłem.

 

II

Dom leże

 

Podjechałem pod dom taksówką jako że nie zamierzałem prowadzić po alkoholu, nastała noc, przed domem panowała ciemność, trochę mi w głowię się kręciło ale wiele spraw rozwiązywałem pod wpływem, większość z ostatnich była dziecinie prosta. Ktoś czegoś nie zauważył, ktoś kogoś okłamał i tak dalej. Zapukałem do drzwi po czym stuknąłem się w czoło, otworzyłem powoli drzwi, które zaskrzypiały jak stare skrzypce. Wchodząc do środka moją uwagę przykuły podarte ściany i ogromne, gęste pajęczyny dłużące się od samego sufitu po podłogę. Było strasznie ciemno więc wyciągnąłem z podręcznej torby latarkę, poświeciwszy na dół ujrzałem wijące się wielgachne, śliskie robale, idące w moją stronę. Zbrzydłem się na ich widok, próbując stąpać najdalej od nich wtargnąłem do pokoju, wyglądającego jak salon. Naprzeciw czerwonej kanapy stał telewizor w całkiem dobrym stanie, poświeciłem w kąt i ponownie się przeraziłem. W deskach była dziura, z której wystawały na moje oko płuca, całe czarne i pogryzione, a obok nich jakieś przedziwne stworzenie podobne do szczura tyle że bez ogona i z głową okropnie przypinającą człowieczą. Ciarki mnie przeszły poczym skierowałem światło latarki w inną stronę, w stronę korytarza. Idąc nim dotarłem do kuchni, coś drasnęło mnie lekko po głowie, poświeciłem zatem na sufit i o boże cóż żem tam ujrzał przekraczało wszystko co dotąd dane mi było zobaczyć. Wystające ogromne zęby i żebra. Nagle usłyszałem hałas dochodzący z lodówki, bałem się ją otworzyć ale moja praca wymagała ode mnie żebym sprawdził cóż było odpowiedzialne za ten hałas. Powoli położyłem dłoń na uchwycie i na raz otworzyłem szybko. Z wnętrza wyskoczyła na mnie czaszka ludzka cała w czarnym śluzie, mazi i krwawiącymi oczodołami. Zdążyłem odrzucić ją zanim zrobiła mi krzywdę, jednak ona nadal nie ustępowała w atakowaniu mojej osoby. Musiałem ją zgnieść lecz gdy to zrobiłem wydała z siebie obrzydliwy odgłos a moja noga ubabrała się w czymś co z wyglądu przypominało szambo. Normalnie wypieprzyłbym stamtąd już dawno ale jako że nie słynąłem z uciekania tylko pomagania, znalazłem w sobie siły by dalej drążyć w sekrety tego okropnego domu. Wychodząc z kuchni zauważyłem schody na górę. Całkiem stabilne, bez problemu wszedłem na drugie piętro. Tam oprócz ponownie gęstych pajęczyn powitał mnie widok ociekającego śluzu z sufitu. Na podłodze roiło się od przeróżnego robactwa, glizd, ślimaków czy gigantycznych larw. W korytarzu stała wyniszczona szafa, bałem się nawet do niej podejść z myślą że coś z niej na mnie wyskoczy. Dotarłem do kolejnego pokoju, ten wyglądał dość dziwnie i hmm, jakby to ująć, nie adekwatnie. Otóż sprawiał on wrażenie ostoi dla dziecka, było tam łóżeczko a nad nim kręcąca się powoli zabawka. Na podłodze leżały również zabawki i pluszaki natomiast ściany mimo swojego złego stanu ukazywały różową farbę. Podszedłem bliżej do małego łóżka a w nim zobaczyłem coś tak okropnego i nieludzkiego że niemal zwróciłem mój obiad. Jakaś czarna maź kształtem rzeczywiście przedstawiającym małe dziecko, jednak było ono tak zdeformowane, jego maziste odnóża lekko próbowały poruszyć się w moją stronę. Gdy skierowałem moją głowę bliżej tego czegoś, złapało mnie swymi śliskimi kończynami za szyję próbując mnie udusić. Wyjąłem szybko z torby podręczny nóż i przeciąłem rękę stwory, krztusząc się czując jednocześnie ruch w moim gardle, jakby coś we mnie weszło. Uciekłem z pokoju zamykając rozpadające się drzwi. Stanąłem chwilę by złapać oddech gdy nagle drzwi naprzeciw mnie otworzyły się samodzielnie. Powoli wróciłem do opanowanego stanu i jeszcze wolniej wszedłem do pokoju rozwartego przede mną. Okna były zabarykadowane, wszędzie leżał jakiś płyn, maź i śluz, ze ścian kapało niemalże wszędzie jednak oprócz tego mogłem zobaczyć biurko, na którym leżało mnóstwo papierów. Większość była zamoczona i nieczytelna jednak kilka z nich mogłem zrozumieć…

 

III

Obiekt S-49

 

„Badania szły w bardzo zadawalającym tempie, reaguje na światło oraz na ciepło, bodźce ruchu również sprawne. Niestety enzymy i feromony w fizycznej postaci jakie z siebie wydziela zaczęły obejmować cały dom w szybkim stanie, będę musiał przenieść go do laboratorium. A..t.u.. t.y.k.. A…g …e 2…-…. po… ać… ś..w.. Dzieci stworzone przez S-49 nie przewyższają gatunku-matki, dłuższe działanie światła – nieznane: przetestować. Działanie morfiny – podwyższona temperatura ciała, organizm nie reaguje na środki bólu. Mu….e… pr… …szy…o……………………………………………………….”

 

IV

Obiekt T-SEPT-22,1

 

„Połączenie dwóch gatunków zakończone powodzeniem. Wysokie zapotrzebowanie na chlor, ciągły rozrost tkanek trzonu mózgu, małe ślady kości białkowych. Sztuczna inteligencja nie sprawdza się gdy obiekt otrzymuje złożone polecenie. Wstrzyknąć więcej cyjanku, sprawdzić reakcje organizmu. Poddany testowi ARG-41, spostrzeżenia: pasywny do momentu dotyku, zwiększona agresja węchowa, unikać silnych zapachów w pobliżu obiektu, ruch znakomity, brak apetytu. Przenieść do laboratorium od razu po podaniu dwutlenku węgla. „

 

V

Sekret leży w samym źródle sekretu we własnej osobie

 

Większości tego naukowego bełkotu nie zrozumiałem, stwierdzić mogłem dwie rzeczy. Pan Wernon zajmował się czymś podejrzanym oraz miejscowa policja nawet nie weszła do tego domu na widok pajęczyn i tego robactwa. Wspomniane zostało laboratorium, ciekawe gdzie owo się znajdowało. Musiałem jeszcze raz przeszukać cały dom zwracając uwagę chociaż najdrobniejsze szczegóły co to bym mógł znaleźć jakiś ślad miejsca laboratorium. Powoli dochodziłem również do wniosku że nie były to zwykłe porwania tylko że pan Wernon mógł mieć z nimi coś wspólnego. Opuściłem pokój zabierając czytelne papiery do swojej torby. Na drugim piętrze mieściło się jeszcze jedno pomieszczenie, którego nie zbadałem. Położyłem rękę na klamce pociągając ją lekko w dół, ta zaś złamała się a drzwi mimo swego stanu pozostały dla mnie zamknięte. Używając siły w swojej nodze kopnąłem przeszkodę przede mną, a drzwi dosłownie złamały się jedynie w pół wciąż blokując mi wejście do pokoju. Coś je blokowało zapewne. Musiałem się tam dostać, pomyślałem o pokoju dla dziecka, które było obok. Niechętnie wróciłem do leża potwora w łóżeczku, który niestety z niego uciekł, co mocno mnie zmartwiło. Skupiłem się na dostaniu do pokoju obok, ponownie używając siły rozwaliłem drewnianą ścianę dzielącą mnie od celu. Kurz wleciał mi do oczu, przez chwilę motałem się nic nie widząc jednak po chwili wzrok wrócił a ja żałowałem że postanowił to zrobić, jako że jedyne co ujrzałem to czarna maź potwora wszczepionego w moją twarz. Z jego mazistego ciała wyrosły macki z silnymi przyssawkami. Próbowałem go od siebie odciągnąć jednak nie było to w moich siłach. Wkrótce z paszczy, którą miałem dosłownie na sobie, wyszedł jeden cienki, przypominający jelito sznur, wchodzący do moich ust, penetrując całe moje ciało dopóki nie poczułem jak przebija mi tył pleców w pobliżu nerek. Wtedy to stworzenie uciekło ponownie a ja stałem tam krztusząc się czując okropny ból z tyłu pleców. Krew zmieszała się z czarnym śluzem na podłodze. Wtedy stwierdziłem że to już za wiele, zacząłem martwić się o swoje zdrowie, co jeśli ta istota we mnie coś wrzuciła. Pobiegłem resztkami sił w dół po schodach i do drzwi wyjściowych, jednak wtedy to padłem na kolana w błoto, śluz i robactwo wchodzące na moje nogi. Drzwi były zablokowane przez ogrom jakiejś mazi. Wszystkie okna zabarykadowane a ściany dzielące wnętrze domu od świeżego powietrza zrobione były z twardego materiału, zostałem uwięziony. Cóż, pozostało mi odnalezienie jakiegoś wyjścia, może ukrytego przejścia do laboratorium albo mogłem też leżeć na kolanach i czekać aż jakieś obrzydliwe larwy zeżrą mnie żywcem. Wstałem trzymając się za tył pleców by chociaż trochę zatamować krwawienie. Wróciłem do dziecięcego pokoju by dostać się do pomieszczenia, w którym jeszcze nie byłem. Kurz zdołał usiąść na ścianach i podłodze, przeszedłem przez dziurę w ścianie licząc że tamto stworzenie nie wróci by zrobić mi krzywdę po raz kolejny. Pokój, w którym się znalazłem był cały w śluzie, czarnej mazi i brak mi słów żeby jeszcze inaczej to nazwać, jakiejś okropnie wyglądającej wydzielinie. Samo chodzenie po niej wprawiało mnie w wymioty. Jednak jedna rzecz przykuła moją uwagę, w koncie stał mały dzban, sięgnąłem po niego ciągnąc za nim te paskudne płyny. Dokładnie zbadałem przedmiot, wydawał się kompletnie normalny do momentu gdy nie spojrzałem do środka. Na samym jego dole zobaczyłem mały czerwony przycisk, niestety oblegany przez małe pająki całe ubabrane w nieznanej mi cieczy. Powoli włożyłem moją rękę do środka próbując po prostu wcisnąć przycisk, czułem jak te małe diabły wchodziły mi na dłoń coraz to wyżej, gryzły jak dzikie wpijając za każdym razem tą substancje do mojego ciała. Udało się, rzuciłem dzban w cholerę zrzucając z siebie pająki. Nic tak naprawdę wokół mnie się nie wydarzyło, coś ten przycisk na pewno zrobił przycisk, musiałem ponownie rozejrzeć się po domu. Wróciłem do kuchni, kości i zęby urosły jeszcze bardziej utrudniając poruszanie się po pomieszczeniu. Udałem się zatem do salonu z telewizorem. Dokładnie obejrzałem każdy mebel, od szafy ze zbitym szkłem, kanapę po leżące na ziemi deski. Wtedy to skierowałem wzrok na telewizor. Wydawał się w zbyt dobrym stanie, podszedłem bliżej, dotknąłem ekranu, zajrzałem na tył i nic. Po chwili wpadłem na pomysł by otworzyć owy telewizor jako że w takich starych gratach było to możliwe. Po otwarciu sprzętu wypełzły z niego wielgaśne karaluchy rozbiegając się po całym pokoju. Moją uwagę przykuło otwarte w środku pudełko z jakimś przedziwnym urządzeniem przypominającym strzykawkę, pod nim leżała kartka mówiąca: „W razie rozrostu”. Składając przez moment elementy układanki, w domu rozrósł się jedynie ten śluz oraz wystające z sufitu zęby i kości w kuchni. Mając ucieczkę z tego miejsca jako priorytet wstrzyknąłem cokolwiek znajdowało się w urządzeniu śluzowi blokującemu drzwi wyjściowe. Niestety nie podziałał a po chwili z wydzieliny wydostała się macka, która uderzyła mnie w twarz, zostawiając czerwień. Westchnąwszy spróbowałem wstrzyknąć zawartość urządzenia zębom i kościom w kuchni. Wydały z siebie dźwięk jakiegoś potwora po czym wsunęły się w sufit czyszcząc przejście. Ponownie, nic szczególnego nie mogłem zauważyć w pomieszczeniu. Postanowiłem zajrzeć do lodówki jako że biło z niej jasne światło. Ku mojemu zaskoczeniu, miałem przed sobą ciasne przejście i schody prowadzące w dół.

 

VI

Bycie potworem zależy od sposobu jakim na niego patrzysz

 

Schodziłem powoli schodami w dół już wydawało się dobre parę godzin nie widząc końca. Na szczęście w torbie umieściłem butelkę czystej, której wtedy bardzo potrzebowałem. Zachłysnąłem się a z moich ust wyleciała czarna substancja. Przerażony napiłem się raz jeszcze i schowałem resztę do torby. Po chwili nareszcie zauważyłem drzwi, całkiem solidne. Byłem przekonany że były zamknięte jednak myliłem się. Przez nie przechodząc ujrzałem widok iście z filmu. Ogromny pokój oświetlany pomarańczowym światłem, biurka stojące obok siebie w pionie a pomiędzy nimi jakieś wielgaśnie zbiorniki świecące zieleniom. Podszedłem bliżej do jednego i zobaczyłem dłoń zdawało się ludzką jednak dziwnie zmodyfikowaną, mającą długie, ostre paznokcie i wychodzące z pomiędzy palców grzyby. Przerażony nawet nie zamierzałem dalej sprawdzać zawartości zbiorników. Natomiast na biurkach leżało mnóstwo papierów i probówek, nie miałem czasu ani cierpliwości by spróbować je przeczytać. Szedłem przed siebie w głąb jak domyślałem się laboratorium. Natknąłem na kolejne drzwi na końcu pomieszczenia, otworzyły one przede mną ogromny korytarz z wieloma drzwiami po bokach. Był to tak długi i masywny korytarz przytłaczający mnie od stóp do głowy. Idąc przed siebie nagle usłyszałem głos zza swoich pleców.

-Tutaj kończy się pana dochodzenie, VYV00, zajmij się nim.

Nawet nie zdążyłem się odwrócić żeby zobaczyć kim była osoba do mnie mówiąca, jedyne co wtedy poczułem to ostry przedmiot wbijający się w moją głowę.

Gdy wróciła przytomność, zauważyłem że znajdowałem się w jakimś dziwnym miejscu przypominającym zgniatarkę śmieci. Byłem po kostkach w jakiejś cieczy, wszędzie leżały odpady, ludzkie jak i pewnie nie ludzkie odchody a śmierdziało gorzej niż w publicznych toaletach. Wkrótce ponownie usłyszałem ten sam głos dochodzący zza jednej z zardzewiałych ścian pomieszczenia.

-Znajduje się pan obecnie w człowieku. W gównie i szczynach, wymiotach i innych cieczach jakie organizm potrafi z siebie wydobyć. Smutne że w takim miejscu skończy się pana żywot ale proszę się nie martwić wykorzystam każdą resztkę pana ciała.

-Kim jesteś?! – krzyknąłem – Co to się dzieje?!

-Tutaj dzieje się nauka proszę pana, rozwój, przyszłość!

-Wypuść mnie stąd! Natychmiast!

-Nie jest pan w pozycji żeby mi rozkazywać, a teraz, stanie się pan jednym z człowieczą kreacją. Żegnam.

Ściany zaczęły zbliżać się do siebie, musiałem jak najszybciej wydostać się z tego miejsca inaczej skończyłbym jak placek na patelni, cholera jak tu same gówno pływa w szczynach, co ja mam niby zrobić. Napiłem się szybko czystej żeby to przeczyściła mi umysł. Ściany były już niebezpiecznie blisko ściskając mnie z dwóch stron. Nie miałem innej opcji, musiałem zanurkować w tych odpadach mając nadzieje że coś znajdę. Boże jakie to okropne doświadczenie było, zachłysnąłem się ze smrodu jaki odczuwałem poczym nieświadomie połknąłem kawałek no… wiadomo czego. Ale na szczęście znalazłem również jakiś otwór gdzie to wszystko spływało, niestety dzieliły go kraty. Próbowałem z całych sił bezskutecznie gdy nagle poczułem ogromny przypływ energii a moje żyły u rąk przybrały czarny kolor. Wyrwałem kraty samemu dziwiąc się swojej siły i dałem się popchnąć nurtowi kanału.

 

 

VII

Ideologia potrafi być motywacją prowadzącą do zła jak i dobra, podczas gdy oba mogą nie istnieć.

 

 

Po jakimś czasie w końcu mogłem wziąć oddech i zaczerpnąć w pewnym stopniu świeżego powietrza. Zrzuciłem z siebie resztki bóg wie czego i rozejrzałem się. Byłem w jakimś dziwnym pomieszczeniu z dwoma piecami i koszami zapełnionymi kawałami mięsa o różnych kolorach, narządach wycieńczonych oraz… o Jezus Maria. W koszach znajdowały się męskie narządy płciowe wycięte jak i takie mające kawałek reszty ciała, tak samo jak i żeńskie, tyle że te były przerażająco zdeformowane, niektóre miały zęby wszczepione w wargi a niektóre wystające z przedsionków nie tylko penisy ale także macki, jelita i żyły. Mój organizm nie wytrzymał, wymiotowałem przed siebie dusząc się, ledwo trzymając przytomności. Było mi tak nie dobrze, natychmiast opuściłem tamto pomieszczenie. Ponownie znalazłem się w korytarzu, tym razem wiedziałem że muszę go opuścić żeby nie dopuścić do ponownej konfrontacji. Wszedłem przez pierwsze drzwi naprzeciw do miejsca, które jeszcze bardziej zniszczyło wszystko co żywe we mnie. Były to jakieś stworzenia pozamykane w klatkach. Co to były za ohydztwa, jedne miało brzuch otwarty a z zewnątrz wychodziły ręce trzymające oczy, kolejne przypominało wrzucone ciało do miksera i posklejane taśmą, następne było czymś tak nieludzkim i okropnym, mając za głowę nogę z czterema stopami, torsem było jedno jelito stojące na całym czerwonym oku. Nie, nie, miałem dosyć. Wyszedłem ponownie na korytarz, biegnąc, licząc że jakimś cudem znajdę wyjście, dostałem się do kolejnego pokoju, będącym jedną wielką waginą wchłaniającą przez rury ludzkie odchody i bóg wie co jeszcze. Pobiegłem do następnych i następnych jednak temu szaleństwu nie było końca. Wkrótce usłyszałem klaskanie dłoni za swoimi plecami. Odwróciłem się i mnie zamurowało. To był doktor Wernon a u jego boku stała jakaś bestia przypominająca psa, jednak gdy otwierała paszcze ukazywała zwisające jelita oraz jeden ostry, cienki pal.

-Brawo! Przeżyłeś. Teraz wiesz, czym jest człowiek?

-Ty chory pojebie! Obyś spłonął w piekle ty bydlaku!

-Nie ładnie, ale rozumiem, wykazujesz odpowiednią rekcje dla swojego gatunku. Dobrze zatem, VYV00 zabij go tym razem.

Stworzenie rzuciło się na mnie a ja już gotów byłem na śmierć gdy nagle poczułem ogromny przypływ adrenaliny w swoim ciele, żyły ponownie przybrały czarnego koloru a z moich pleców rapidalnie wydostała się ogromna kończyna z ostrym palem na jej końcu. Drąc się nieludzko złapałem potwora za tylne nogi i z całych sił rozerwałem go w pół. Czułem taki gniew, amok, krew leciała mi z oczu a kończyna motała się we wszystkie strony. Spojrzałem na Wernona już mając go zabić.

-Mutacja T-1! Zostałeś zapłodniony! Tak! Tak! Wspaniale! Przyszłość stoi właśnie przed moimi oczami!

-Rozpruje ci flaki i zeżre od środka ty namiastko człowieka! Giń skurwysynie!

-Wzmocniona agresja, zwiększone ciśnienie ciała, błyskawiczna mutacja, sukces! Tak!

Jedyne co pamiętam to uderzenie o coś twardego gdy rzuciłem się na doktora, jakiś czas później obudziłem się opanowany bez kończyny na plecach. Bałem się, bałem się czym zaczynałem się stawać, potworem. Wtedy poczułem że tak naprawdę już nie żyje, nie mogłem już wrócić do normalnego życia. Moim jedynym celem było zakończenie tego szaleństwa i powstrzymanie Wernona.

 

 

VIII

Co ma prawo żyć a co ma prawo starać się by żyć

 

 

Tym razem to ja byłem łowcą, a pan doktor zwierzyną. Badałem pokój po pokoju coraz mniej ruszany okropnościami jakie tam ujrzałem. Wchodząc do jednego pokoju, wydawał się on pusty, lecz chwilę potem wszystkie ściany okryła stalowa zasłona a światło sufitu zaczęło świecić się na czerwono.

-Pewnie zastanawiasz się dlaczego to robie, ha! Nie tylko ja jestem za to odpowiedzialny, moi koledzy po fachu, znaleźli fascynacje w moich badaniach, dołączyli do mnie i teraz każdy z nich prowadzi własne działanie, każdy w innym kawałku świata. Ci „nieszczęśnicy” przez nas porwani powinni cieszyć się że zasłużyli się nauce i rozwojowi!

-Ty słyszysz co mówisz?! Tworzenie potworów to nie nauka a tym bardziej rozwój, jak już to zacofanie i utrata człowieczeństwa!

-Mój drogi, czy nauka nie dąży do rozwoju? Do ułatwiania nam życia? Do wynajdowania coraz to lepszych rozwiązań na dajmy choroby i inne niedogodności, po klonowanie aż do samej nieśmiertelności. Czy stworzenie organizmu bojowego by móc wygrywać każdą wojnę i ostatecznie stać się państwem rządzącym całym światem. Zaprzeczysz że tego właśnie chce człowiek?! Zaprzeczysz tworzeniem super-żołnierzy?! To tak naprawdę człowiek jest potworem a wszystko co stworzy to jego dzieci, to jego kreacja.

-Jesteś pojebany i tyle!

-Bardzo mądre z twojej strony, widzisz o tym właśnie mówię, człowiek jest prostym organizmem, który powinien dążyć do ulepszenia samego siebie bądź stworzenia gatunku będącym jego zastępcom, wyższym bytem. Ale moja praca dobiega końca, ty jesteś moim dzieckiem i kocham cię ponad wszystko.

Nie mogłem już tego słuchać zacząłem uderzać w stalowe zasłony z całych jak i wzmocnionych przez rzekomą mutacje sił.

-Spokojnie niedługo wyjdziesz, jednak teraz chciałbym przedstawić ci G-SYPT-RR087, najbardziej zaawansowane stworzenie genetyczne jakie kiedykolwiek stąpało po naszym świecie.

Spod podłogi wyłoniła się istota sięgająca sufitu dość wysokiego pomieszczenia, była to wielka istota z ciałem będącym jedną wielką mieszanką krwi, śliny, odchodów i czarnej mazi. Kształt miała pionowej elipsy, z której wyrastały długie członki i macki, z waginami o zębach na wargach zamiast przyssawek. Wydawało z siebie dźwięki mielenia czegoś w środku, wkrótce to z jego ciała wyrosły wielkie ludzkie ręce trzymające ostre kości wielkości drzew ze zwisającymi na nich sercami. Potwór rzucił się na mnie atakując mackami, kobiece narządy przyssały się do mojego ciała, żrąc jak kwas. Próbowałem uciec uściskowi okropności, zerwało ze mnie ubrania a ja ujrzałem jak moje ciało spowiła czerń. Czując przyrost adrenaliny i gniewu oddałem się czemukolwiek co we mnie było. Wydarłem się z bólu gdy z pleców wyłoniły się cztery kończyny o ostrych palach na końcu, gdy na moim czole urosły zwisające jelita i gdy moje palce u dłoni zamieniły się w długie szpony. Zaatakowałem wszystkim co miałem, krew poleciała litrami z mojego przeciwnika jak i ze mnie. Nie czułem bólu, nie czułem niczego, jedynie fevor walki. Moje kończyny wbiły się w ciało stworzenia przebijając je głęboko sikając krwią i wszystkim z czego było zrobione prosto na moją twarz, powoli paloną przez kwaśne działanie krwi potwora. Złapał mnie jedną ręką, i jednym z członków na ciele przebił mój brzuch plując białym płynem przechodzącym przez moje ciało. Wstałem natychmiast z ogromną dziurą i zaatakowałem ponownie, używając czterech kończyn złapałem stworzenie i rzuciłem nim o ścianę, po czym kontynuowałem drąc jego ciało moimi szponami. Ostatnimi siłami zdołał przebić mi głowę przez usta, jednak ja ciągle mając jego broń w swoim ciele atakowałem dalej przybliżając się i wbijając kość coraz głębiej i mocniej w moją głowę. Padł, a ja odszedłem od pokonanego. Czułem się jak zwierze walczące o przetrwanie, czułem jakbym dotąd nie żył ale teraz zasłużył na to żeby żyć.

-Brawo! Brawo! Organizm idealny! Wybacz za to co teraz zrobię ale wymagasz kliku modyfikacji.

I wtedy to, zewsząd wyłonił się jakiś gaz a ja, straciłem przytomność.

 

 

XIX

Co czyni idealnym a co decyduje co jest idealne

 

 

Obudziłem się leżąc na stole, przywiązany świecącymi się na czarno okowami. Spojrzałem na lewo i prawo zauważając jak zamiast rąk mam jedynie ruszające się jelita, spojrzałem naprzeciw siebie, mogłem ujrzeć wielką waginę na środku mojego brzuchu z zębami, kośćmi na wargach. Nóg nie czułem i wtedy to zaczął je piłować. A ja nie czułem bólu. Wstrzyknął mi w miejsce nóg jakieś dziwactwo poczym podszedł do mnie uśmiechnięty.

-Moje dziecko, mój dziedzic, świat będzie wiedział że to ja dałem ci początek i będzie wiedział co po sobie zostawiłem. Wybijesz swój dawny gatunek w pień by rozpocząć erę nowego gatunku, idealnego. To musiało kiedyś się wydarzyć, jak myślisz jak długo ludzkość mogłaby tak po prostu sobie żyć. Pewnego dnia nastałoby dajmy, globalne ocieplenie, tornada, powodzie, nie mielibyśmy szans z przyrodą, jednak ty możesz przeciwstawić się samej matce naturze, jako że jesteś naturą. Zastanawiasz się jak wciąż żyjesz? Cóż. Spójrz tutaj o, na swoją nogę. Sama w sobie nic nie zrobi, jednak co jeśli nadam jej polecenie, podobnie jak robi to twój mózg. Wtedy na przykład będzie mogła się ruszać. No ale wracając, cieszę się że znalazła się osoba na tyle odważna by wejść do mojego domu, muszę przyznać że nie sądziłem że mój pierwszy obiekt, T-1, był w stanie zapłodnić. To bardzo ciekawa sytuacja, no cóż, jak widać nauka zaskakuje!

-Zabij mnie…

-O nie mój kochany, nie możesz umrzeć, jesteś nieśmiertelny, to oczywiste. Nieśmiertelność jest bardzo prosta jak na nią spojrzymy, bo co tak naprawdę decyduje o tym że człowiek żyje? Hmm? Jego wola, jedno polecenie jakie ma każde żywe stworzenie to, żyj. No ale samo polecenie nie wystarcza prawda? Trzeba też zastanowić się czemu wydajemy taki komunikat. Więc jeśli pomożemy woli nauką, osiągniemy nieśmiertelność. Wybacz mi ale jesteś człowiekiem, być może teraz już nie czujesz woli by żyć, jednak to nie ma znaczenia, wystarczy że ją miałeś choćby przez jakiś czas. Zakodowałem w tobie potrzebę życia a twoje fizyczne ciało zmodyfikowałem by mogło ową potrzebę zaspakajać.

-Jesteś chory…

-Nie ważne czy to prawda czy nie, powiedz, co mnie to obchodzi? Powiem ci historię, gdy byłem na studiach i prezentowałem swoje idee związane z genetyką, co nauka może osiągnąć, zostałem jedynie obśmiany. Gdy chciałem by dofinansowano moje badania, wyrzucili mnie za drzwi. Strach, strach zatrzymuje człowieka przed rozwojem. Jednak to już nie ma znaczenia. Pozwól że wyjaśnię ci parę rzeczy zanim rozpoczniesz nową erę. Narząd rozrodczy na środku twojego ciała będzie służył ci jako narzędzie do rozmnażania swojego gatunku, na początku będziesz musiał zabić żeby stworzyć ale twoje ciało posiada również umiejętność adaptacji i rozpoznawania swojego gatunku jako przyjaciela. Więc nie skrzywdzisz swoich dzieci, zabijesz jedynie ludzkość, a gdy ona dobiegnie końca, wasz gatunek będzie rozmnażał się przez kontakt fizyczny. Oczywiście nie będzie podziału na kobietę i mężczyznę, twoja wagina na brzuchu posiada wewnątrz siebie kanały, takie małe rurki, żeby przenieść materię potrzebną do poczęcia nowego z twojego gatunku. Jelita zamiast rąk to tylko jedne z wielu kształtów jakie możesz przyjąć, możesz nawet przywrócić swoje ręce by na przykład przytulić ukochaną ze swojego gatunku w przyszłości. A nogi zaraz powinny urosnąć, będą wyglądać jak twoje poprzednie tylko lekko przypalone, dadzą ci wiele środków żeby przetrwać. O! Już rosną.

Poddałem się, przestałem myśleć mając nadzieje że nie stanę się tym czym ten szaleniec chce żebym się stał. Jednak gdy Wernon odwrócił się w stronę biurka, zauważyłem jakieś czarne stworzenie powoli zakradające się do niego. To był ten potwór z łóżka dziecięcego! T-1! Gdy doktor odwrócił się i ujrzał jedno ze swoich kreacji, przestraszył się zrzucając fiolkę na podłogę.

-Tata! – powiedziało – Tata!

-T-1? Co ty tu robisz, wynoś się jesteś bezużyteczny!

-Jak. To.

-Już wynocha!

-Ale.

-Już nie udawaj że ci smutno, nie masz wbudowanych reaktorów, no już wracaj tam skądś przyszedł. Moim dzieckiem jest ten tutaj. – Pokazał na mnie.

-Co. Myślałem. Że. Ja. Jestem. Twoim. Dzieckiem.

-T-1, dobrze wiesz że stworzyłem cie bo żałowałem że nie mam swojego potomka ale wszystko się zmieniło, znalazłem nowy cel, nowe dziecko, idealne!

-Nie!

-T-1! Co ty robisz?! Ahhh…

Malec rzucił się na Wernona mocno naciskając na jego twarz swoimi mackami. Widziałem jak wyrywał mu skórę z twarzy, jak wyciskał oczy, darł mięso i wyrywał cząstkami. To była moja szansa żeby uciec, próbowałem zerwać okowy jednak nic z tego. Eh… Niestety.

 

X

Czy człowieka można zaprogramować?

 

Gdy leżałem tam zatracony podczas gdy T-1 znęcał się nad ciałem doktora, zacząłem myśleć. Nie spodziewałem się że będę miał taką możliwość. Było mi tak smutno, moje życie przewróciło się do góry nogami, już nie byłem człowiekiem tylko potworem stworzonym żeby wytępić ludzkość. Czułem w sobie te powołanie, było tak silne. Wtedy to uroniłem łzy i poczułem silny ból głowy. Emocje… Ja… Czułem! Moje ciało może i nie odczuwało bólu ale czułem chociażby smutek! Zapłakałem jeszcze bardziej co zwróciło uwagę malca całego we krwi. Wskoczył na łóżko, w które byłem uwiązany i spojrzał mi w jeszcze ludzkie oczy. W tamtym momencie poczułem coś niesamowitego, bliskość z T-1, czułem jakby był…

m o i m d z i e c k i e m

On również coś poczuł i wtedy widziałem błąd doktora Wernona. Być może zaprogramował nas, zmodyfikował nasze ciała ale jednej rzeczy nie ruszył. Uczuć. T-1 uwolnił mnie z oków, stanąłem lekko zdezorientowany i nie przyzwyczajony do nowego ciała a szczególnie do wyraźnie widocznej waginy na środku mojego brzucha. Przypomniałem sobie co powiedział, przywróciłem swoje ręce, wziąłem na nie T-1 próbującego uśmiechnąć się w czarnej breji z jakiej był zrobiony. Gdy wyszliśmy na korytarz, zauważyliśmy wychodzące z pomieszczeń inne eksperymenty, szły za nami powoli, a my czuliśmy siebie nawzajem. I wtedy doszedłem do wniosku.

 

XI

Człowieka nie czyni to czym jest, tylko jaki jest.

 

Zburzyliśmy jakiekolwiek wejścia do podziemi, używając naszych umiejętności zabarykadowaliśmy całą placówkę niezniszczalną zasłoną, stworzoną ze zmieszanych substancji, które każde z nas posiadało. Nauczyliśmy się żyć razem jako społeczność, przerobiliśmy całe podziemia na małe miasto, powstały domy, sklepy, miejsca rozrywki takie jak parki. Nie baliśmy się tego jak wyglądamy bo jedyne co się liczyło to co czuliśmy, a większość z tych stworzeń czuła smutek przez to jak były traktowane. Jednak i to minęło, wkrótce w naszej społeczności nastała miłość, tak jak pan doktor mówił, posiadaliśmy zdolności adaptacji. Rodziło się coraz to więcej nowych i coraz to bardziej unikalnych stworzeń. Każdy był wyjątkowy i każdy kochał każdego jak członka rodziny. A co ze mną?

Cóż, siedzę sobie obecnie i patrzę jak moje ukochane dziecko bawi się z innymi na placu zabaw.

Tak, życie jest dziwne.

Koniec

Komentarze

Allu, rozumiem, że to część większego dzieła, więc bądź uprzejmy oznaczyć tekst jako FRAGMENT.

Dodam jeszcze, że wrzucanie więcej niż jednego dzieła jednego dnia, nie jest dobrym pomysłem. Zdecydowanie lepiej dodawać jeden tekst co kilka, kilkanaście dni.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Okej oznaczam, a czemu dodawać co kilka, kilkanaście dni? To są już dawno napisane teksty po prostu je tutaj przerzucam. 

All

a czemu dodawać co kilka, kilkanaście dni?

Z grzeczności. Bo nie jesteś tu sam.

Sugerując, byś nie wrzucał kilku tekstów jednego dnia, miałam na myśli skończone opowiadania, nie dzieło szatkowane na fragmenty. Fragmenty są czytane bardzo niechętnie, a zdarza się, że nikt do nich nie zagląda, zwłaszcza gdy są napisane tak źle jak ten zaprezentowany powyżej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

To niestety nie jest straszne. Ani obrzydliwe też nie. Przykro mi to powiedzieć, ale wybrany przez Ciebie sposób opisu: beznamiętne zdania, nie budujące napięcia ani zaskoczenia, detaliczne, szczegółowe i łopatologiczne opisy ohydy, zafiksowane na płynach ustrojowych i odchodach, a do tego najbardziej przewidywalne i ograne okropności z katalogu gore (waginy z zębami, ziew) sprawiają, że tekst robi się niestety niezamierzenie śmieszny, jak stare dodatki do Zewu Cthulhu. Fakt, że technicznie jest słaby (mnóstwo literówek, błędy składniowe i interpunkcyjne, a także ortograficzne) nie pomaga w uzyskaniu zamierzonego przez Ciebie efektu.

Nowa Fantastyka