- Opowiadanie: aruart - Yiola

Yiola

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Yiola

 

 Od trzech dni padał deszcz. To wystarczyło, aby szlak kupiecki prowadzący na drugą stronę gór, zamienił się w błotne grzęzawisko. Pomimo tej pogody, drogą prowadzącą z Vartisly zbliżali się trzej jeźdźcy. Postacie w długich skórzanych płaszczach, których twarze kryły się pod wielkimi kapturami. Na przedzie, na białym ogierze jechał potężny barczysty mężczyzna. Zaraz za nim podążał gniadosz z przedziwnym siodłem, przypominającym fotel, na którym zasiadał mruczący coś pod nosem krasnolud. Na końcu, w niewielkim oddaleniu, szła kara klacz dosiadana przez szczupłą kobietę. Na siodłach można było dostrzec oznaczenia straży Vartisly, które przecinał miecz.

Kiedy podjechali pod zajazd „U Grubej Berty” zsiedli z koni. Od strony stajni podbiegł do nich wyrostek.

– Dbaj o nie jakby należały do ciebie – zwrócił się do chłopaka chrypliwym głosem krasnolud, rzucając mu monetę.

– Tak panie – odpowiedział chłopak, chwycił konie za uzdy i poprowadził je do stajni.

W tym czasie podróżni weszli do wnętrza zajazdu. Główna sala wypełniona był podróżnymi, którzy musieli przeczekać ulewę, zanim szlak prowadzący przez góry znów będzie przejezdny. Większość z nich to kupcy, którzy przewozili rudę żelaza, jeden z głównych towarów eksportowych Republiki Vartisly.

– A niech do pieruna, tłok jak u ciotki na imieninach – rzucił krasnolud i jako pierwszy skierował się w stronę jedynej wolnej ławy – Ciemnego piwa! – rzucił jeszcze w stronę krzątającej się po sali dziewczyny.

Chwilę po tym jak usiedli, pojawił się przed nimi bardzo tęgi mężczyzna stawiając na stole trzy kubki i dzban wypełniony ciemnym piwem. Dziewczyna stanowczo zasłoniła miedziany kubek, zanim karczmarz, którego zwano Gurbą Bertą, nalał do niego piwo.

– Wystarczy woda – powiedziała delikatnym, ale niezwykle mocnym głosem dziewczyna.

– Jesteś pewien, że to był on? – zwrócił się do niego barczysty mężczyzna. Miał długie czarne włosy, związane w koński ogon, jego pooraną bliznami twarz przecinała opaska, zasłaniająca lewe oko.

– Tak, wyglądał dokładnie jak na liście gończym – odpowiedział mu karczmarz – niezwykle chuda i blada twarz przypominająca trupa, wyłupiaste oczy i łysa głowa. Do tego starał się unikać kontaktu z innymi, jednocześnie bacznie się wszystkim przypatrując. No i jako jedyny, pomimo ulewy, opuścił zajazd dziś rano.

– Dobrze, sprawdzimy to. Wyruszymy rano. A teraz daj nam coś do jedzenia. Tylko pamiętaj, dla niej, niech będzie bez mięsa.

– Dobrze panie Stormir, ale nie mam gdzie was przenocować. Jak widzicie przez pogodę zajazd jest pełen i…

– Nie przejmuj się gospodarzu – uspokoił go Stormir – nam wystarczy nieco słomy w stajni i tak wraz ze świtaniem musimy ruszać w góry.

– Dziękuję za wyrozumiałość panie Stormir – rzekł wycofujący się karczmarz.

Już po kilku minutach przed Stormirem i krasnoludem stały miski na których parowały kluski z wołowym gulaszem, a także zasmażana kapusta ze skwarkami. Dziewczyna zaś dostała samą kapustę z pszennym chlebem.

Kiedy cala trójka pochłonięta była posiłkiem, podszedł do nich zataczając się znacznie, siwy mężczyzna. Jego bogaty strój wskazywał na to, że mają do czynienia z kupcem, liczne zaś mokre plamy pod brodą, świadczyły o tym, że puchar miodu, który tak dzielnie ściskał w swojej prawicy, nie był pierwszym tego wieczoru.

– Daaaj buzzziaka pięk… – przerwał mu nagle silny cios, wymierzony przez dziewczynę. Kupiec obrócił się i upadł nieprzytomny z wielkim hukiem, uderzając twarzą w zabłocone deski podłogi. W tym monecie w sali ucichły wszelkie rozmowy. Dziewczyna swoim wściekłym spojrzeniem omiotła pomieszczenie. Siła jej wzroku była na tyle potężna, że już po chwili nikt nie zwracał uwagi na incydent z kupcem.

– Oj Styrke, w ten sposób nigdy nie znajdziesz sobie męża – zwrócił się do niej krasnolud.

– Nie szukam żadnego – odpowiedziała mu krótko dziewczyna, wracając do przerwanego posiłku.

–  Daj jej spokój Makusz i zamów lepiej więcej piwa, bo wysuszyłeś już cały dzban – przerwał spór Stormir.

 – Przecież nie możesz jej wiecznie niańczyć, a ten absztyfikant, wnosząc ze stroju wyglądał na majętnego.

– Daj jej spokój powiedziałem – zakończył rozmowę zirytowany Stormir – skończ kolację, wypij piwo i idziemy spać. Skoro świt ruszamy!

*

Byli już w drodze od dwóch godzin. Ze względu na deszcz, który zamienił drogę w błotniste grzęzawisko, zostawili konie w zajeździe i ruszyli w góry zabierając ze sobą prowiant potrzebny na trzy dni. Na szczęście deszcz zamienił się w mżawkę, chociaż w niewielkim stopniu wpłynęło to na komfort wspinaczki. Droga, po ostatnich opadach, była tak nasiąknięta, że wielokrotnie zanurzali się w błocie po kostki. Dodatkowo, nagromadzona na liściach woda spływając sprawiła, że i tak w krótce byli cali przemoczeni. A do tego jeszcze mgła, która ograniczała widoczność do kilku metrów. W połączeniu z odgłosami kapiących kropel, tworzyła atmosferę niezwykłej tajemniczości. W końcu dotarli do roztaju dróg, na środku którego rósł buk o bardzo grubym pniu u podstawy. Jednak na wysokości pół metra, drzewo rozgałęziało się na pięć osobnych konarów, których korony znikały we mgle. W prawo od drzewa wyraźnie prowadziła główna droga, tu szlak był szeroki, widać, że tędy często przejeżdżały kupieckie wozy. W lewo prowadziła zarośnięta pokrzywami ścieżka.

– Myślę, że nie ma wątpliwości, gdzie uciekł – zwrócił się do pozostałych krasnolud, kierując się w stronę wyrobionego przez liczne wozy niewielkiego wąwozu.

– Tędy niedawno ktoś szedł – powiedziała dziewczyna wskazując na zarośniętą ścieżkę.

– Nie będę się kłócił z driadą, ale gdybym to ja uciekał, chciałbym jak najszybciej znaleźć się w jakimś dużym skupisku ludzkim, zwłaszcza w takim, które nie podlega jurysdykcji ścigających. – obojętnie powiedział krasnolud.

– Albo poszedłbyś tam, gdzie się ciebie nie spodziewają – powiedział Stormir – Skręcamy w lewo – zakończył krótką dyskusję ruszając w pokrzywy.

Zaraz za nim szła driada. Tylko krasnolud wahał się przez chwilę, po czym mrucząc coś pod nosem, ruszył za nimi.

Tym razem marsz utrudniała im nie tylko mgła, deszcz i błoto, ale także gęsto rosnące wysokie pokrzywy, przeplatane kłączami malin, które czepiały się ubrań, chwilami ich hamując. Tylko Styrke, w jakiś tajemniczy sposób, umiała je wyminąć. Za to krasnolud, któremu niektóre z rośliny sięgały do twarzy, miał spory problem. Droga z czasem stawała się coraz dziwniejsze. To nie tylko gęstość roślin, którymi pokryty był szlak. Ale także drzewa w lesie były znacznie większe niż te, które mijali do tej pory. Sporo było też tych powalonych, porośniętych mchem oraz obsadzonych, przez różnokolorowe grzyby. I jeszcze jedno, mieli wrażenie, że stopniowo narasta śpiew ptaków. Stawał się on coraz głośniejszy oraz bardziej różnorodny i to pomimo wzmagającego się deszczu.

Po godzinie wspinania się w górę i przedzierania przez gęstą roślinność. Zrobili sobie krótką przerwę na posiłek.

– Styrke, jesteś pewna, że tędy ktoś szedł? – zwrócił się do dziewczyny wyraźnie zirytowany krasnolud

– Tak, wystarczy się przyjrzeć, połamane łodygi pokrzyw rysują wyraźny szlak, prowadzący w górę – odpowiedziała mu driada.

– Skoro tak uważasz. A kiedy dorwiemy tego cholernego zbiega, to wystawię mu za to należny rachunek – powiedział krasnolud wyciągając z brody, z której był tak dumny liczne liście, oraz kolce malin

– Nie wiedziałem Magusz, że zastępujesz sąd miejski – przerwał mu narzekanie Stormir. – Nie ma co tak tu stać. Ruszamy dalej.

Jeszcze przez blisko godzinę przyszło im zmagać się z deszczem, błotem i gęstą roślinnością. I nagle stanęli na rozległej polanie, która rozświetlona była przez słońce. Na błękitnym niebie nie było ani jednaj chmurki. Po przeciwległej stronie polany dostrzegli drewnianą chatę.

– Bądźcie czujni – powiedział Stormir kładąc dłoń na rękojeści miecza. Krasnolud chwycił stylisko potężnego topora, a dziewczyna, błyskawicznie założyła cięciwę na łuk, przykładając do niego strzałę. Powoli ruszyli w stronę chaty, przez cały czas obserwując polanę.

Kiedy zbliżyli się do niewielkiego domu z bali zobaczyli, że na ławce przed nim siedzi młoda kobieta zajęta pracą na kołowrotku. U jej stóp leżał wyciągnięty szary wilk, a obok na ławie spał wielki, czarny kocur. Kobieta złociste włosy uczesane miała w gęsty, fantazyjny warkocz, w który wpięte były liczne liście i kwiaty. Nagle wilk podniósł głowę i zaczął warczeć. Kobieta przerywając pracę położyła dłoń na głowie zwierzęcia, coś do niego szepnęła, po czym wilk, całkowicie się uspokoił.

– Witajcie – zwróciła się do nich kobieta – Jestem Yiola, a to jest mój dom – zatoczyła ręką koło, wskazując na polanę – Nie musicie się niczego obawiać. Widzę, że jesteście strudzeni, możecie tu odpocząć

– Dziękujemy. Jestem Stormir, a to są Styrke i Magusz. Z ogromną przyjemnością skorzystamy z twojej gościny.

Kobieta wstała i weszła do domu. Za nią do środka wbiegł kot. Wilk jednak nie ruszył się z miejsca. Magusz spojrzał na Stormira, który prawą ręką wskazał wejście do chaty. Krasnolud wszedł do środka a za nim Styrke. Stormir rozejrzał się po dziwnej polanie i również przekroczył próg chaty. Wnętrze, wbrew pozorom było bardzo przestronne. Po środku izby znajdował się stół.

– Siadajcie – Yiola wskazała stół

Zdjęli płaszcze i usiedli za stołem. Już po chwili stały przed nimi drewniane kubki wypełnione miodem, a z misek unosił się obezwładniający, zapach grzybowego sosu. Miód był słodki, wyczuwało się w nim także delikatny smak mięty i jabłek. Już po chwili zapomnieli o koszmarnej drodze, którą przyszło im pokonać zanim dotarli do polany. Może to działanie miodu, ale uleciało zmęczenie. Poczuli się zrelaksowani.

– Nie boisz się pani mieszkać tutaj sama? – zapytał krasnolud

– Nie jestem sama – Yiola wskazała na kota – Jakoś sobie radzimy – A was, co sprowadza w tak odległe strony?

– Ścigamy przestępcę, który próbuje znaleźć schronienie w tych górach – odpowiedział jej Stormir – Czy nie było tu ostatnio nikogo obcego?

Kobieta przez dłuższą chwilę milczała, uważnie im się przyglądając.

– Opowiem wam coś

*

Dzień wcześniej

 

Polana od samego rana skąpana była w słońcu. Trawa świeciła intensywną zielenią. Liczne owady i ptaki, tworzyły cudowny radujący serce chór, któremu akompaniował szum lasu. Yiola siedziała przed swoją chatą wyszywając. Obok niej leżał pogrążony we śnie czarny kot. Wilka, który zazwyczaj im towarzyszył tego ranka jednak nigdzie nie było. Jako wolne zwierzę zniknął gdzieś, z pewnością, zgodnie z jego dziką naturą, udał się na polowanie. Nagle Yiola zauważyła, że z lasu wyłonił się mężczyzna. Jego zniszczone ubranie było mokre i pokryte błotem. Człowiek ten niepewnie rozejrzał się po polanie. Kiedy dostrzegł chatę, zaczął powoli się do niej zbliżać, przez cały czas uważnie się rozglądając.

– Witaj. Jestem Yiola, a to jest mój dom – zatoczyła ręką koło, wskazując na polanę – Nie musisz się niczego obawiać. Widzę, że jesteś strudzony, możesz tu odpocząć.

– Co to za miejsce?

– Polana – odpowiedziała mu kobieta

– Mieszkasz tu sama?

– Nie jestem sama – odpowiedziała wskazując kota. – Może wejdziesz do

środka – Yiola wstała kierując się do domu. W tym momencie mężczyzna doskoczył do niej i przystawił jej nóż do pleców

– Lepiej nic nie kombinuj – zwrócił się do kobiety – Teraz powoli wejdziemy do środka – trącił ją ostrzem. Jednocześnie kopnął kota, który znalazł się w pobliży Yioli. Przestraszone zwierzę skoczyło w trawę, a w oczach kobiety pojawił się błysk złości, chociaż z jej twarzy nie schodził przyjazny uśmiech. Po przekroczeniu progu zza jej pleców uważnie rozejrzał się po izbie. Kiedy nie dostrzegł nic, co by mogło mu zagrażać, schował nóż i usiadł przy stole.

– Daj mi coś do jedzenia – rozkazał wygodnie wyciągając się na drewnianym krześle

– Przyjemnie się tutaj urządziłaś. Ale samotna kobieta, w takiej dziczy potrzebuje opiekuna

– Jak ci to już mówiłam, nie jestem tutaj sama i jakoś sobie radzimy.

– Ty i ten puchaty worek pcheł – chrapliwie roześmiał się mężczyzna – Ja mówię o prawdziwej, męskiej opiece.

– Jakoś sobie radzimy – odpowiedziała mu Yiola stawiając przed nim kubek z miodem oraz miskę kaszy z grzybowym sosem. Mężczyzna łapczywie zabrał się za jedzenie.

– Dobre, ale przydałoby się trochę mięsa. Na końcu polany widziałem sarnę. Wieczorem zastawię wnyki, a przez noc na pewno coś się złapie. Chyba zostanę tutaj na dłużej. Dolej mi lepiej miodu.

– Każdy zbłąkany wędrowiec jest mile widziany na mojej Polanie, ale musi szanować wszystkie mieszkające tu stworzenia.

Zirytowany mężczyzna błyskawicznie chwycił kobietę za szyję. Przysunął do niej swoją brudną, zarośniętą twarz i chrapliwie wyszeptał

– Powiedziałem dolej mi miodu. I zapamiętaj, od teraz to ja wyznaczam zasady-

Kiedy zwolnił uścisk Yiola podeszła po dzban, po czym dolała mu do kubka kolejną porcję miodu. Robiła to bardzo spokojnie i ku zaskoczeniu mężczyzny, wciąż serdecznie się uśmiechała i nie okazując strachu. Tylko te jej dziwne zielone oczy, wyglądały jakby coś w nich płonęło.

Po kolejnym kubku miodu, który był jakby słodszy od wcześniejszego, mężczyzna poczuł przyjemne zmęczenie. Powieki stały się coraz cięższe, aż w końcu zwalił się na stół.

*

– I co się stało z tym człowiekiem? – zapytał Stormir

– Chodźcie za mną, coś wam pokażę – powiedziała wstając od stołu Yiola. Cała trójka powoli ruszyła za nią. Przy ich nogach niespiesznie dreptał czarny kot. Kobieta poszła za chatę kierując się w stronę niewysokiego drzewa. Było w nim coś dziwnego. Pomimo całkiem grubego pnia, miało ono wysokość dorosłego mężczyzny. Kształtem także mocno przypominało człowieka.

– Jak już wcześniej mówiłam, jakoś sobie radzimy, a każdy zbłąkany wędrowiec jest mile widziany na mojej Polanie, ale musi szanować wszystkie mieszkające tu stworzenia. Jeśli jednak nie spełni tego, jedynego warunku, wówczas – Yiola wskazała na drzewo – To jest wasz uciekinier.

Przez chwilę stali pogrążeni w ciszy. Kiedy uważniej przyjrzeli się pobliskim drzewom, zauważyli, że przynajmniej kilka z nich kształtem przypomina człowieka.

– No cóż, jak widzę dopadła go inna sprawiedliwość niż ta, wymierzona przez sąd – Stormir przerwał milczenie – Dziękujemy ci pani Yiolu za gościnę. Na nas już czas. Mamy sporo drogi przed sobą.

Nie zdziwiło ich, że kiedy weszli na zarośniętą pokrzywami ścieżkę, znów się rozpadało. I ponownie musieli zmagać się z bujną roślinnością, deszczem i błotem.

Kiedy dotarli w końcu do głównej drogi zrobili sobie krótką przerwę.

– Jak myślicie, kim ona była? Wiedźmą? Strzygą? – zapytał krasnolud

– To opiekunka lasu, a nazywają ją Yiagą, lub Babą Yiagą – odpowiedziała mu Styrke.

Koniec

Komentarze

– Nie przejmuj się gospodarzu – uspokoił go Stormir – nam wystarczy nieco słomy w stajni i tak wraz ze świtaniem musimy ruszać w góry.

– Dziękuję za wyrozumiałość panie Stormir – rzekł wycofujący się karczmarz.

Już po kilku minutach przed Stormirem i krasnoludem

Stormir nam tutaj troszkę zdominował ten fragment. Coś trzeba z tym zrobić.

 

 Od trzech dni padał deszcz. To wystarczyło, aby szlak kupiecki prowadzący na drugą stronę gór, zamienił się w błotne grzęzawisko.

Ze względu na deszcz, który zamienił drogę w błotniste grzęzawisko, zostawili konie w zajeździe i ruszyli w góry zabierając ze sobą prowiant potrzebny na trzy dni.

Czy każdy akapit musi się zaczynać od błotnego grzęzawiska? Radzę troszkę to urozmaicić, bo to niestety widać i jest to dość zabawne.

 

Droga z czasem stawała się coraz dziwniejsze.

Chyba dziwniejsza.

 

To tylko niektóre błędy, ale jest ich znacznie więcej, zwłaszcza jeśli chodzi o przecinki. Ogólnie to styl opowiadania jest dosyć prosty i słaby, cała historia również jest dość sztampowa i nudna.

Ostatni akapit nie wybrzmiał za dobrze, chociaż mógłby być ciekawy. Przede wszystkim wypadałoby rozwinąć opis ludzi zamienionych w drzewa, nadać tej sytuacji nieco większego klimatu grozy i niepokoju. Wtedy byłoby o wiele lepiej. Radzę też czytać swoje opowiadania przed wrzuceniem, by zauważyć takie oczywiste błędy, jakie wymieniłam wyżej.

Pozdrawiam.

 

 

I gdy oczy otworzę dech mi w piersiach zapiera, myślę sobie: a może księżycowa chimera?

Ot, kolejna bajka o Babie Jadze, tym razem opiekującej się lasem, wzbogacona obecnością trojga tropicieli pewnego złoczyńcy. Nie porwało, niestety.

Wykonanie pozostawia bardzo wiele do życzenia.

 

za­mie­nił się w błot­ne grzę­za­wi­sko. ―> Masło maślane – grzęzawisko jest błotne z definicji.

 

Po­sta­cie w dłu­gich skó­rza­nych płasz­czach, któ­rych twa­rze kryły się pod wiel­ki­mi kap­tu­ra­mi. ―> Ze zdania wynika, że płaszcze miały twarze skryte pod kapturami.

 

– A niech do pie­ru­na, tłok jak u ciot­ki na imie­ni­nach… ―> To chyba zbyt współczesny zwrot, aby miał rację bytu w tym opowiadaniu.

 

rzu­cił kra­sno­lud i jako pierw­szy skie­ro­wał się w stro­nę je­dy­nej wol­nej ławy – Ciem­ne­go piwa! ―> Brak kropki po didaskaliach.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

po­wie­dzia­ła de­li­kat­nym, ale nie­zwy­kle moc­nym gło­sem dziew­czy­na. ―> Obawiam się, że delikatny głos nie będzie mocny.

Delikatność jest antonimem mocy.

 

stały miski na któ­rych pa­ro­wa­ły klu­ski z wo­ło­wym gu­la­szem… ―> …stały miski, w któ­rych pa­ro­wa­ły klu­ski z wo­ło­wym gu­la­szem

 

pu­char miodu, który tak dziel­nie ści­skał w swo­jej pra­wi­cy… ―> Zbędny zaimek. Czy ściskałby puchar w cudzej prawicy?

 

Dziew­czy­na swoim wście­kłym spoj­rze­niem omio­tła po­miesz­cze­nie. ―> Zbędny zaimek. Czy dziewczyna mogła omieść pomieszczenie cudzym spojrzeniem?

 

prze­rwał spór Stor­mir. ―> Jakij spór? Bo nie zauważyłam, aby ktoś się z kimś spierał.

 

i tak w krót­ce byli cali prze­mo­cze­ni. ―> …i tak wkrót­ce byli cali prze­mo­cze­ni.

 

mgła, która ogra­ni­cza­ła wi­docz­ność do kilku me­trów. ―> Skąd w tym opowiadaniu wiadomo, co to są metry?

 

Jed­nak na wy­so­ko­ści pół metra… ―> Jak wyżej.

 

– Myślę, że nie ma wąt­pli­wo­ści, gdzie uciekł… ―> – Myślę, że nie ma wąt­pli­wo­ści, którędy uciekł

 

kie­ru­jąc się w stro­nę wy­ro­bio­ne­go przez licz­ne wozy nie­wiel­kie­go wą­wo­zu. ―> Czy mam rozumieć, że wozy zrobiły wąwóz?

 

po­krzy­wy, prze­pla­ta­ne kłą­cza­mi malin, które cze­pia­ły się ubrań… ―> Kłącza to podziemne pędy roślin, więc maliny mogły czepiać się kolczastymi gałęziami, ale nie kłączami.

 

To nie tylko gę­stość ro­ślin, któ­ry­mi po­kry­ty był szlak. Ale także… ―> To nie tylko gę­stość ro­ślin, któ­ry­mi po­kry­ty był szlak, ale także

 

po­ro­śnię­tych mchem oraz ob­sa­dzo­nych, przez róż­no­ko­lo­ro­we grzy­by. ―> Czy grzyby na pewno obsadzały drzewa?

Proponuje: …po­ro­śnię­tych mchem i róż­no­ko­lo­ro­wymi grzy­bami.

 

Po go­dzi­nie wspi­na­nia się w górę… ―> Masło maślane – czy mogli wspinać się w dół?

 

włosy ucze­sa­ne miała w gęsty, fan­ta­zyj­ny war­kocz… ―> …włosy splecione miała w gruby, fan­ta­zyj­ny war­kocz

 

Po­czu­li się zre­lak­so­wa­ni. ―> To słowo nie ma racji bytu w tym opowiadaniu.

Proponuję: Po­czu­li się odprężeni/ wypoczęci.

 

znik­nął gdzieś, z pew­no­ścią, zgod­nie z jego dziką na­tu­rą… ―> …znik­nął gdzieś, z pew­no­ścią, zgod­nie ze swoją dziką na­tu­rą

 

W tym mo­men­cie męż­czy­zna do­sko­czył do niej i przy­sta­wił jej nóż do ple­ców ―> Czy oba zaimki są konieczne? Brak kropki na końcu zdania.

 

od­po­wie­dzia­ła mu Yiola sta­wia­jąc przed nim kubek… ―> Czy oba zaimki są konieczne?

 

Męż­czy­zna łap­czy­wie za­brał się za je­dze­nie. ―> Męż­czy­zna łap­czy­wie za­brał się do jedzenia.

http://portalwiedzy.onet.pl/140056,,,,brac_sie_wziac_sie_do_czegos_brac_sie_wziac_sie_za_cos,haslo.html

 

Przy­su­nął do niej swoją brud­ną, za­ro­śnię­tą twarz… ―> Zbędny zaimek.

 

I za­pa­mię­taj, od teraz to ja wy­zna­czam za­sa­dy- ―> Dlaczego zdanie kończy dywiz, a nie kopka?

 

ser­decz­nie się uśmie­cha­ła nie oka­zu­jąc stra­chu. ―> …ser­decz­nie się uśmie­cha­ła, nie oka­zu­jąc stra­chu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pod względem fabularnym to opowiadanie jest poprawne. Nic odkrywczego, ale też i nie wszystko musi być odkrywcze. Widać, że próbujesz nadać bohaterom charakteru, zarysowujesz między nimi relacje – i to na plus. Jako ćwiczenie literackie w porządku. Jako coś atrakcyjnego dla czytelnika – niestety już mniej.

Warsztatowo – ujdzie, ale usterek jest sporo.

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Fabuła od strony konstrukcyjnej złożona w miarę poprawnie (jest wprowadzenie postaci, jakiś rozwój wydarzeń, kulminacja, rozwiązanie), ale samo opowiadanie, jako takie, nie przekonuje. Po pierwsze, opiera się na najbardziej ogranym schemacie fantasy, jaki można sobie wyobrazic. Nie wiem, jakich by trzeba kombinacji, żeby coś, co zaczyna się od drużyny (złożonej z różnych przewidywalnych ras fantasy) wchodzącej do karczmy, zabrzmiało w 2019 roku oryginalnie i ciekawie (nie liczę, oczywiście, dobrych parodii, ale to nie jest parodia). Po drugie – tworzysz bohaterów, poświęcasz im czas, starasz się, jak słusznie zauważa powyżej dogsdumpling, zarysowac między nimi relacje – ale nie dajesz im kompletnie nic do roboty. Ich zadanie w fabule ogranicza się do wysłuchania historyjki Baby Jagi. Nie ma w tym dramatyzmu, brak emocji – jest oczywiste, że ani opowiadająca, ani bohaterowie nie są ani przez moment zagrożeni, nic im nie grozi, co oznacza także, że czytelnik, który jakoś tam się bohaterami zainteresował, teraz pozostaje emocjonalnie niezaangażowany.

No, niestety, nie porywa. Jest problem z przecinkami, literówkami.

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka