- Opowiadanie: szara - Gra

Gra

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Gra

Drzwi odrapane. Sławek przekręcił klucz w zamku. W środku chłodno, mimo późnej jesieni i nieszczelnych okien nie zdecydował się jeszcze na włączenie ogrzewania. Pieniądze… Pod ścianą pojedynczy tapczan nakryty śpiworem. Rozchybotany regał zastawiony książkami: ciężkie tomy słowników, gramatyki, kolorowe okładki podręczników i ćwiczeń. W rogu rozklekotane biurko, na nim komputer, obok drewniane krzesło. Skrzywił się. Nie o tym myślał kończąc studia prawie rok temu. Anglistyka, dochodowy kierunek. Stu kolegów na roku i prawie drugie tyle w prywatnym collegu. Sławek, dość przeciętny student, a przy tym samotnik bez znajomości, po kilku tygodniach wydeptywania korytarzy w dużych firmach, zrezygnował. Kiedy anglista ze zespołu szkół zawodowych odszedł nagle pod koniec września, uznał to za szczęście. Pieniądze kończyły się, a nie chciał wracać do małego miasteczka, do matki – coraz mniej wyraźnej, coraz bardziej szarej, do ojca, który coraz rzadziej był trzeźwy.

 

Westchnął. Teraz, w połowie listopada, już nie uważał tego za szczęście. Brudne, śmierdzące korytarze i sale, w których uderzał odór trzydziestu niedomytych ciał. Chamskie odzywki, groźby, papierosy palone na lekcjach, zaplute biurko, uderzenia w kark na korytarzu. Bezsilność. Po miesiącu nauczania przestał już przygotowywać się do każdej lekcji, sprawdzać prace domowe, których przeważnie nie było, nie chciało mu się wydrukować na nowo konspektów, które tydzień temu zniknęły mu z biurka, a potem spłonęły na boisku. Nawet się wtedy nie rozzłościł. Poczuł tylko zimno, spływające po plecach i przyspieszył kroku. Do domu.

Zaparzył herbatę, zrobił kanapki i kopnięciem włączył komputer. Robił to już bez świadomości, z przyzwyczajenia. Jadł machinalnie, z prawą ręką na myszce, wpatrzony w monitor, tworząc imperia, zbierając armie, budując miasta, pokonując smoki. Spędzał tak prawie każde popołudnie, a często i długie godziny nocy.

Dziś w tramwaju spotkał Dorotę. Rozmawiała z jakimś chłopakiem i śmiała się po swojemu. Chciał podejść, ale jakoś nie mógł. Nagle wystraszył się, że ona też go zobaczy, że zawoła, przedstawi mu tego faceta, spyta: „co robisz?”, a on jąkając się z zażenowania, zdawkowo opowie o szkole.

Dorota. Na którą lubił patrzeć, z którą widywał się na studenckich imprezach, a po każdej wymianie zdań miał zawstydzające wrażenie, że znów wypadł banalnie, głupio. Aż po kilku piwach nagle zaczął mówić i mówił długo, aż w końcu inni odeszli i przy stoliku została tylko Dorota. A teraz zobaczył ją roześmianą, z tamtym. Od sierpnia, kiedy zmęczony, zniechęcony i coraz bardziej przestraszony perspektywą braku pieniędzy, bał się pytań, przestał odpowiadać na jej sms-y, spławiał ją, kiedy dzwoniła. Nie chciał mówić o przygnębiającym szukaniu pracy, narastającym poczuciu, że nic nie jest wart, strachu o jutro, który ściskał mu żołądek i odbierał oddech.

Chciał zapomnieć o tym spotkaniu. Grał i zatopił się w grze. Ocknął się dopiero gdy ponownie poczuł głód, już po północy. Wstał niechętnie, wziął chłodny prysznic i zwinął się na tapczanie, próbując własnym ciałem nagrzać wnętrze śpiwora.

*

Z ulgą zamknął za sobą drzwi mieszkania. Rzucił torbę i nie zdejmując butów siadł na tapczanie, głowa opadła mu aż na kolana. Marzł i tym razem nie był to skutek braku ogrzewania. Uderzenia w kark. Obślinione papierowe kule. Ryju z flaszką, z pewnością już zapity, podaje ją Mielonemu. Sławek patrzy na zaplutą podłogę. Wstyd. Bezsilność. Lęk.

–Wyrzuć to – mówi, czując, że może być już tylko gorzej.

–Spier… ty… ty… – Ryju podnosi się, tocząc wokół tępym, pijanym spojrzeniem.

–Zostaw go, cwelu! – rzuca Sławkowi Krowas, przerośnięty byczek, stały bywalec osiedlowej siłowni, i wyciąga papierosy. – Zapal sobie, Ryju!

Ryju trzykrotnie podpala fajkę, zanim udaje mu się zetknąć jej koniec z płomieniem.

–Wyjdź! Wyjdźcie obaj – mówi Sławek, ale już czuje lód w żołądku.

–Spadaj frajer! – kwituje Glaca,

–Odpierdol się! – dodaje inteligentnie Mielony i wstając z miejsca w ostatniej ławce, zbliża się do drzwi. Uśmiecha się wrednie, z satysfakcją. – Ten konus, ten belferek trzęsie się zajebiście, myśli, że mu zaraz przypierdolę. Panowie, ubaw, kurwa!

Ryju zaciąga się głęboko raz i drugi, po czym gwałtownie zielenieje i wymiotuje breją, śmierdzącą wpółprzetrawionym alkoholem. Kolesie kwitują ten doskonały żart zbiorowym rechotem. Sławek wychodzi, zaciska szczęki aby powstrzymać napływające do oczu łzy. Jest spocony i drży, mimowolnie przypomina sobie powroty pijanego ojca i czuje się jak wtedy: mały, bezradny i przerażony.

*

Wezwanie do dyrektora. Przysadzisty grubas w białej koszuli i garniturze z supermarketu rozsiadł się w fotelu krytym sztuczną skórą, za biurkiem zbliżonym wielkością do stołu tenisowego. Dla petenta postawiono drewniane krzesło, to od razu ustawia go we właściwej pozycji.

– To niedopuszczalne! To pan jest odpowiedzialny za klasę! Jeśli nie potrafi pan sobie poradzić, może powinien pan poszukać innej pracy. Praca w szkole to kształtowanie młodzieży – padają wyświechtane frazesy.

Sławek chce wyjść, ale myśli o niezapłaconych rachunkach i czuje w gardle kulę dławiącej bezsilności. Zostaje, udaje, że słucha dyrektorskiego kazania, potakuje ruchem głowy. Tylko, że nie może się pozbyć wspomnienia tamtych słów, głosów. Obrazu tępej mordy Ryja, Krowasa, Mielonego. Wstydu i bezsilności.

*

Sławek wchodzi do sali. Rozmowy powoli cichną. Interwencja dyrektora pomogła, przez kilka dni było zdecydowanie spokojniej. Ale ten dobroczynny efekt już mija, a lęk nauczyciela prowokuje kolesiów do agresji. Mutanty, tępe mordy, imbecyle, degeneraci – myśli, a jednak się boi. I wie, że oni czują ten strach, że gardzą nim, bawią się obserwując jego nerwowe reakcje, do granic możliwości wykorzystają bezsilność.

*

Wraca do domu późno, na dworze już od dawna jest ciemno, a żarówka na klatce schodowej znów się przepaliła. Za nim siedem godzin beznadziejnych prób zmuszenia uczniów do przyswojenia choć kilku angielskich słówek. Potem zakupy. Buty przemokły, w połowie lutego śnieg zaczyna się topić. Rozpakowuje torbę: chleb, masło, topiony serek, parówki. Płyta? Nie pamięta jej, jest pewny, że nie miał przy sobie żadnej. Może to jeszcze z soboty? Na weekend wybrał się do rodziców i kiedy po zwyczajowej wymianie zdań („Jaką miałeś podróż? Chcesz zupy?”) zapanowała krępująca, ciężka cisza, wyskoczył na wieczór do Michała, kumpla jeszcze ze szkoły. Tam też rozmowa jakoś się nie kleiła, dopiero przy grach znów zaczęli się rozumieć. Czyżby przypadkiem zabrał jedną z płyt, które zalegały na każdej płaskiej powierzchni w pokoju kumpla? Odkłada krążek na brzeg biurka, zdejmuje zawilgoconą kurtkę i buty, wstawia wodę na herbatę. Dziś ciepła kolacja: pierogi z mrożonki. Włącza komputer. Co to jest? Na ekranie wyświetla się demo nieznanej gry. Sławek rozgląda się zdziwiony. No tak, nieznana płyta, musiał odruchowo włożyć ją do komputera. Choć nie, pamięta, wyraźnie, że odkładał ją na blat. Niemożliwe, sama przecież się nie ruszyła.

Gra ożywa skomplikowaną animacją i dźwiękiem, odwraca jego uwagę. Walenie w ścianę – to babcia z sąsiedniego mieszkania daje wyraz swojemu oburzeniu. Sławek pospiesznie włącza słuchawki. Bardzo dobre, kupił je kiedy ćwiczył wymowę i rozumienie ze słuchu. Na monitorze pojawia się rząd napisów.

CHOOSE YOUR AVATAR

CHOOSE YOUR WEAPONS

CHOOSE YOUR EQUIPMENT

Krzywi się, nie lubi strzelanek, może dlatego, że emocje w czasie gry za bardzo przypominają napięcie, jakiego i tak codziennie doznaje w pracy. Mimo to wybiera. Pierwsza rozgrywka. Znów zaskakujące, dynamiczne animacje, ruch jest płynny, jakby oglądał film, tyle, że nie ma na nim żadnych znanych kształtów. Słuchawki wypełnia muzyka, której Sławek już świadomie nie słyszy, rytm, który przechodzi do jego krwi. Z rogów ekranu wyłaniają się zielonkawe, fosforyzujące pajęczaki, zbliżają się do figurki w centrum. Chłopak czuje, jak lęk usztywnia mu mięśnie, a odruchowe obrzydzenie podchodzi do gardła. Podrywa wirtualną broń i od razu czuje się osłonięty, silniejszy. Strzela prawie nie celując, tak szybko, jak potrafi. Pajęczaki zmieniają się w parujące zielone kałuże, z których wystają drgające odnóża.

*

Sławek wchodzi do sali z dziesięciominutowym opóźnieniem. Jest niewyspany i czuje kwas w ustach i piasek pod powiekami. Nowa gra zajmuje go coraz bardziej, ocknął się dopiero po trzeciej i już po szóstej z trudem zwlókł się do pracy. Dziś jest mu wszystko jedno. Wymienia zaplute krzesło zza biurka na czyste, drewniane, i opada na nie ciężko. Zadaje ćwiczenia do wypełnienia i udaje, że nie widzi, jak uczniowie wyciągają karty i papierosy, nie słyszy rozmów i chichotów. Klasa, zajęta swoimi sprawami, nie zwraca uwagi na tego pieprzniętego debila za biurkiem. Czas do dzwonka mija mu na tępym wpatrywaniu się w brudnawy blat. Sławek już prawie nie myśli, po jego ciężkiej głowie tłucze się tylko kilka słów: „nie chcę tu być… nie chcę tu być… cholera, jak ja nie chcę tu być…” I dławi się poczuciem, że wyjść nie ma dokąd. Dzwonek. Uczniowie wstają i wychodzą. Mielony na „do widzenia” kopie kosz, rozrzucając śmieci po korytarzu.

*

Automatycznie, jak każdego wieczora, włącza komputer i nakłada słuchawki. Opada na krzesło i jeszcze zanim program się uruchomi kładzie dłoń na myszce. Wybiera zapis ostatniej rozgrywki. Ma już za sobą pajęczaki, krabopodobne potworki, plujące jadem, który powodował, że figurka gracza topiła się jak polana kwasem i stworzenia podobne do meduz, które kilkakrotnie unicestwiły jego strzelca, a ekran zalał wtedy zielonkawo-srebrzysty połysk, aż cofnął się z krzesłem, opanowując mdłości, gdy żołądek z obrzydzenia podskoczył mu do gardła. Chwilę trwało, nim znów zbliżył się do ekranu, tak był irracjonalnie pewny, że jest oślizły, lepki, parzący. Poczuł nieprzyjemną, duszącą woń. No tak, był mokry od potu. A już sądził, że to to coś… Ale pokonał je w końcu, strzelał, wyładowując w grze swój gniew i lęk, aż meduzy rozpękały się jak przejrzałe, gnijące owoce. Późno wtedy wyłączył komputer. Długo stał pod chłodnym prysznicem a i tak, leżąc już pod kocami, czuł drżenie mięśni i zaduch spoconego ciała.

Dziś, kiedy nakłada słuchawki, otacza go dziwny, nierównomiernie pulsujący rytm, a wraz z rytmem smród, duszący, słodkawy odór rozkładu. Woń, która nie pochodzi przecież z pokoju. Nie pochodzi przecież ze słuchawek. Nie pochodzi przecież z gry? Zza krawędzi ekranu wysuwają lepkie, włochate macki kolejne stwory. Sławek czuje uderzenie serca do gardła, w nagłym spięciu mięśni podrywa karabin i strzela. Lśniąca smuga uderza macki i odrzuca je od drgającego tułowia, z którego wypływa brunatno-zielona maź, a Sławek w odruchu obrzydzenia cofa się przed jej fetorem i już nie myśli, że to niemożliwe… Widzi kolejne macki i ogarnia go strach, próbuje celować. Za późno. Macka smaga figurkę na ekranie i chłopak kuli się z bólu i przerażenia. Traci karabin. Jego postać rozpada się w kawałki, a maszkary suną ku niej, rozrywają, pożerają… Zanim ekran sczernieje Sławek wparuje się w niego rozszerzonymi oczami i przez ułamek sekundy widzi twarz Mielonego. A może ojca?

Tę noc spędził w półśnie, skulony pod kocami, a rano zbyt się spieszył, żeby zwrócić uwagę na zaczerwienioną, piekącą pręgę, przebiegającą od ramienia w dół, aż do brzucha.

*

Wchodzi do klasy i coś wilgotnego spływa mu po twarzy i ramionach. Uderza go fala śmiechu. W bezradnym odruchu obrzydzenia ściera a twarzy to coś. Biaława śmierdząca maź. Chyba kefir, do którego ktoś wrzucił kilka petów i popiół.

–Te, zjedz se śniadanko! – rechocze Glaca, wzbudzając nową falę entuzjazmu kolesiów.

–Spokój! – prawie krzyczy Sławek, ale w jego głosie wyraźnie przebija strach, histeria. – Siadać!

–Sam się, kurwa, uspokój bo ci mogę z buta pomóc – radzi uprzejmie Ryju.

Sławek odwraca się i wychodzi, a śmiech towarzyszy mu jeszcze w łazience, gdzie próbuje zmyć z twarzy i włosów śmierdzącą breję, oczyścić sweter. Słyszy go jeszcze na kolejnych lekcjach, na które przychodzi spóźniony i zatrzymuje się pod drzwiami, czując chłód i pot wsiąkający w koszulkę, jeszcze w domu, gdzie bezsilnie opada na tapczan. I nie może opanować drżenia mięśni i wstrząsającego nim szlochu.

*

Budzi się nad ranem, w ciemności. Dopiero wtedy ściąga płaszcz z zesztywniałych, obolałych ramion, ze wstrętem ściąga przepocony sweter i koszulkę, wchodzi pod prysznic. Chłodna woda nie pozwala pozbyć się napięcia, spłukuje tylko lepki pot. Sławek szybko się wyciera i nastawia wodę na kawę. Oddycha ciężko, gardło ma zaciśnięte, a na ramionach niewidzialny ciężar, który przygniata go do ziemi. Serce uderza mu mocno, tak powoli, że przez chwilę czeka z niepokojem na następne uderzenie. Kroi chleb i smaruje masłem, ale jedzenie nie przechodzi mu przez gardło. Zamiast tego wsypuje do kawy cztery łyżeczki cukru i dolewa rumu z małej butelki, którą kupił kilka dni temu, sam nie wiedząc, po co.

Pije. I czując ciepło rozchodzące się żyłami jak gorączka, już wie. Czeka go walka. I kiedy dopije kawę ubiera się bardzo powoli. I dopiero wtedy włącza komputer.

Ekran migocze. Sławek słyszy wzywającą go muzykę, rozrywającą rytm pulsu. Nie dziwi go to, choć słuchawki leżą zapomniane pod krzesłem. Wybiera broń i czuje w rękach chłód i ciężar, na skroniach ucisk hełmu. Przed nim rozlewa się plątanina lepkich fosforyzujących zielono macek, spomiędzy których migają sylwetki, twarze. W jego stronę pada strzał i Sławek cofa się, trafiony, patrząc jak na lewej nogawce jego kombinezonu paruje żrąca, biaława masa. Pod kolanem przykleił się pet. Spomiędzy lian dobiega rechot. Mielony? Ryju?

Ciało kurczy się w sobie i nagle jest mu zimno od spływającego po plecach potu. Ale podrywa broń i za świstem wciąga powietrze. Czuje uderzenie w kark i parzący ból. Odruchowo obraca się i strzela, przeciągając lufą z góry w dół. Trafił. Widzi jak stwór z sześcioma włochatymi odnóżami podnosi na niego zaskoczoną twarz. Glaca? A ta twarz puchnie i puchnie, aż wybucha, obryzgując wszystko wokół śmierdzącą białawą mazią. Rzuca się w bok i unosi karabin w stronę, gdzie coś zamigotało w plątaninie zielonych i brązowych lian. Spust naciśnięty jest cały czas. Niebieskawy promień tnie pnącza, które rozpadają się z trzaskiem. Trafił przypadkiem. Spomiędzy fosforyzującej gęstwy wytacza się krab z twarzą Ryja, a z jego otwartych ust wylewa się strumień mazi wydzielającej kwaśną woń, spływa na korpus, który zapada się w sobie i drga konwulsyjnie. A maź wylewa się strumieniem aż zostawia drgającą szczątkami kałużę. Nie wie, w jaki sposób patrzy, nie mogąc oderwać od tego wzroku, choć jednocześnie odwraca się przecież i strzela dalej. Czuje, jak coś gorącego pulsuje mu na plecach i przegryza się przez kombinezon. W panice rzuca się na plecy i tarza, próbując to zgnieść. Spust nadal wciśnięty. Nie wie jak, ale widzi nad sobą twarz Mielonego, przerażoną, z której ust, otwartych do krzyku, unosi się gęsty dym, aż spopiela się i opada szarym pyłem. Podrywa się na nogi i strzela dalej, przedzierając się przez dym i zgliszcza. I nie wie, kiedy traci świadomość i osuwa się na podłogę, mokry i drżący. Pokój ciemnieje, obraz na monitorze drga, jeszcze tylko przez chwilę połyskuje napis GAME OVER.

*

Budzi się na podłodze, w pokoju zalanym światłem wiosennego dnia. Pierwsza myśl: nie poszedłem do pracy. Zalewają go wspomnienia, ściska się żołądek. Druga myśl: wczoraj był piątek. Dziś sobota. I dopiero teraz czuje, że leży na podłodze, skostniały z zimna, w wilgotnej koszulce, cuchnący potem. Podnosi się, słaby jak po chorobie, w głowie mu wiruje. Opada na tapczan i długą chwilę leży zwinięty, walcząc z torsjami, zanim udaje mu się wstać. Parzy kawę i idzie pod prysznic. Na lewej nodze pod kolanem skórę ma zaczerwienioną i bolesną, jak po oparzeniu, a kiedy chłodna woda spływa mu po plecach, zwija się z bólu. Wycierając się dostrzega jeszcze fioletową pręgę na prawym ramieniu i rozległy, bolesny siniak na biodrze. Jest zbyt słaby, by czuć zdziwienie. Pijąc kawę z nawyku, bezmyślnie podchodzi do biurka i uderza nogą we włącznik komputera, ale monitor pozostaje martwy, a z komputera wydobywa się tylko warkot, który po chwili cichnie. A Sławek pierwszy raz od dawna oddycha głębiej, z ulgą.

*

Dopiero po południu zbiera siły aby wyjść na ulicę. Sklep jest zamknięty. Sławek spogląda na zegarek – dopiero druga. Może jest jakieś święto? Nie, chyba nie. Czyżby zegarek się zepsuł? Spogląda jeszcze raz, uważnie, patrzy na datownik. Jest niedziela? Ogarnia go lęk i żal – jutro znowu… Powoli idzie w kierunku całodobowego sklepiku na sąsiedniej ulicy. Wrzuca do koszyka chleb, paczkę parówek. Zatrzymuje się przed stojakiem z prasą. Co to jest? Z czarno-białego zdjęcia na tytułowej stronie lokalnej gazety wyzierają znajome -nieznajome zdjęcia: Mielony, Ryju, Glaca, Krowas i kilku innych. Tylko, że na tych zdjęciach są czyści, ubrani w markowe koszulki, robią wrażenie przykładnych synów i uczniów. Sławek drżącą ręką sięga po gazetę. „Mateusz R. lat 17, Karol J. lat 17, Michał L. lat 16, Bartosz K. lat 18 w piątek nie wrócili do domu z dyskoteki. Wczoraj około południa policja odnalazła ich zwłoki. Trwa śledztwo w sprawie brutalnego zamordowania chłopców. Do tej pory sprawcy nie zostali ujęci. Zastępca komendanta…”

Sławek niepewnym ruchem wrzuca gazetę do koszyka. Podchodzi do kasy. Płaci. Wychodzi. Bezmyślnie wchodzi na schody. Otwiera drzwi. Upuszcza na podłogę torbę z zakupami. Idzie do komputera i kopie włącznik. Nic. Jeszcze raz. Nic. Tylko z otworu wentylatora unosi się smużka ciemnego dymu. Sławek czuje, że powinien coś zrobić. Ale tak przeszkadza mu szum w uszach i mgła w głowie. Otwiera okno. Ściąga kurtkę, buty, bluzę, koszulkę. Zdumiony patrzy na siną pręgę na swoich ramionach i piersi. Zahacza wzrokiem o gazetę, która wypadła z torby i leży na podłodze. Jeszcze raz wpatruje się w zdjęcia. A potem siada na podłodzie i szlocha cicho, rozpaczliwie.

*

Ocknął się po kilku godzinach, odrętwiały, zmarznięty, słaby, jakby wielka fala wyrzuciła go na brzeg. Podszedł do okna i przez chwilę wpatrywał się w niewielki kawałek nocnego nieba, widoczny między blokami. Potem zapalił światło, wyciągnął kartkę i napisał wypowiedzenie.

*

Porucznik Marek Tarnowski potarł zaczerwienione od zmęczenia oczy i pociągnął łyk zimnej kawy. Przegrana sprawa… Grupa nastolatków zmasakrowana w drodze do domu z piątkowej imprezy. I żadnych śladów – to znaczy żadnych, które mogły by mu powiedzieć, kto to zrobił. Fakt, ci chłopcy nie byli ministrantami w miejscowym kościele… Najmłodszy od roku pod nadzorem kuratora, złapany z narkotykami, dwaj starsi kilka miesięcy temu „pożyczyli” samochód z osiedlowego parkingu, prawie wszyscy znani policji z racji hucznego świętowania po meczach, jeden oskarżony przez sąsiada o zabicie psa, dowodów nie było.

Zadzwonił telefon. Tarnowski wzdrygnął się i podniósł słuchawkę.

– Tak. Kto? Dobra, przyślijcie tutaj.

Po chwili do gabinetu porucznika wszedł w asyście posterunkowego szczupły, blady mężczyzna przed trzydziestką. Wyglądał na chorego. Zatrzymał się w progu, dopiero na wyraźnie powtórzone zaproszenie zajął miejsce na krześle, ręce położył przed sobą na blacie biurka, jakby już czekał na zapięcie kajdanek. Milczał. Tarnowski patrzył na krople potu spływające mu po twarzy.

– Pana nazwisko?

– Zaleski.

– Ma mi pan coś do powiedzenia? – zachęcił porucznik. – Wie pan o czymś?

Sławek odetchnął spazmatycznie.

– Ja… to ja…

Godzinę później Tarnowski odebrał drugi telefon, tym razem od komendanta.

– Nie. Jeszcze nie. Szukamy. Ten nauczyciel? To świr. Facet nie lubił dzieciaków, a teraz mówi, że załatwił ich siedząc w domu przy komputerze.

*

Sięgnął po telefon i wybrał numer. „Cześć Dorota. Tu Sławek. Spotkasz się ze mną?” zapytał automatyczną sekretarkę. Potem otworzył okno i zabrał się do sprzątania.

 

Koniec

Komentarze

Drzwi odrapane. - Odrapane drzwi. Będzie ładniej
ze zespołu - z zepsołu
Dorota. Na którą lubił patrzeć, - połącz to w jedno zdanie, będzie brzmiało lepiej. Albo: Dorota. Lubił na nią patrzeć...
ekran zalał wtedy zielonkawo-srebrzysty połysk - zalał się

Bardzo przyjemnie mi się czytało. I choć to, że poprzez grę zabije chłopców było do przewidzenia, to plus za brak wybuchu radości czy mściwej satysfakcji ze strony Sławka, którego się obawiałam. Choć domyślam się, że los chłopców wcale nie miał być jakąś niespodzianką, wiec to nie zarzut z mojej strony. A, i ładne przejścia między czasem teraźniejszym a przeszłym.

Jak dla mnie to trochę średnie. Za dużo tych opisów o szkole, spowalnia akcję i są nieproporcojnalnie długie do punktu kulminacyjnego. To trochę utrudnia odbiór tekstu, bo ciągle tylko szkoła, szkoła, szkoła, nagle BACH wszyscy zginęli i... koniec. Moim zdaniem pozostaje niedosyt.

Poza tym ten fragment:
Z ulgą zamknął za sobą drzwi mieszkania. Rzucił torbę i nie zdejmując butów siadł na tapczanie, głowa opadła mu aż na kolana. Marzł i tym razem nie był to skutek braku ogrzewania. Uderzenia w kark. Obślinione papierowe kule. Ryju z flaszką, z pewnością już zapity, podaje ją Mielonemu. Sławek patrzy na zaplutą podłogę. Wstyd. Bezsilność. Lęk.
-Wyrzuć to - mówi, czując, że może być już tylko gorzej.

Nie do końca rozumiem, czy to jakieś wspomnienia, czy ucięłaś fragment tekstu. Niby Sławek jest w mieszkaniu, a niby upomina Ryja i Mielonego. Pomogłoby jedno zdanie np.
Czuł dzisiejsze uderzenia w kark. albo
Ciągle prześladowały go uderzenia w kark.
No po prostu coś takiego, co dałoby znać, co się dzieje.
Tyle ode mnie,
pozdrawiam.

Tekst jest bardzo wciągający pomimo niedostatków, o których pisano w poprzednich komentarzach. Spodobało mi się to, że zakończenie pozwala zastanawiać się nad dalszymi losami Sławka.

Tekst jest dobry (mankamenty zawsze się znajdą, więc tym się nie przejmuj). Przede wszystkim podoba mi się jak budujesz postać słabego, sfrustrowanego, wystraszonego Sławka.
"Dorota. Na którą lubił patrzeć" akurat to jest spoko. Z przecinkiem by było jak ze szkolnego wypracowania :P

Pomysł nie jest nowy, zakończenie nie zaskakuje, co nie zmienia faktu, że historia została sprzedana w sposób umiejętny i wciągający, a ja ją kupuję.
Dobre opowiadanie. Na 4,5 - a że takiej oceny nie ma, daję awansem 5 i czekam na kolejne jeszcze lepsze teksty.

Tam w czasie tej bitwy, troszki powtórzeń się zaplatało. Ale po za tym ok, styl przypadł mi do gustu. Ma klimat to opowiadanko.

Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.

Wizerunek nauczyciela chyba trochę przerysowany, ale faktycznie, bywa tak, że młodzież może wszystko, a potem dyrektor/rodzice/cały świat ma pretensje do nauczyciela, bo przecież odpowiada za klasę, blablabla.
Dziwny styl. Dziwny nie znaczy zły, po prostu inny, a to właściwie się chwali, bo czymś się wyróźnia. Z początku może odrobinę mi przeszkadzał, ale szybko przestał, nawet zaczął mi się podobać. Udało ci się stworzyć klimat i to główna zaleta opowiadania, bo pomysł faktycznie nie jest ani nowy, ani specjalnie ciekawy... ale przedstawiłaś go na tyle dobrze, że przeczytałam całość z przyjemnością, nie zastanawiając się, ile jeszcze do końca.
Mam problem, dać 4 czy 5, więc to jeszcze przemyślę.

Niestety nie mogłam strawić tego opowiadania, chociaż pobieżnie dało się przeczytać. Dlatego też nie zostawiam jakiejś rozbudowanej krytyki.

Jak na mój gust, bardzo przegadane opowiadanie. Z chwilą pojawienia się płyty można było przewidzieć, że akcja będzie zmierzać po nitce do kłębka, ale liczyłam na jakieś zaskoczenie w finale.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka