- Opowiadanie: Kwiatek - Zmierzchnica trupia główka

Zmierzchnica trupia główka

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Zmierzchnica trupia główka

Zagaił rozmowę, jak najpospolitszy mieszkaniec miasta. Nawet by go nie zauważyła, choć stał następny w kolejce i chwilę wcześniej musnął jej ramię, niedbale odwracając się od lady, by lepiej widzieć kanapki za szkłem.

– Kolczyk pani wypada.

Dotknęła ucha. Rzeczywiście, kolczyk wysunął się już do połowy i lada chwila wylądowałby na podłodze.

– Dziękuję – odpowiedziała, patrząc nie na mężczyznę, lecz na czytnik kart elektronicznych, który właśnie bardzo wyraźnie zamierzał się zaciąć.

– Szkoda byłoby zgubić tak ładny kolczyk – stwierdził trochę zbyt znacząco akcentując „zgubić”.

Czytnik zapiszczał i przyjął płatność, a ona, rzuciwszy krótki uśmiech sprzedawcy, poparty cichym podziękowaniem, zabrała kubek i wyszła z kawiarni.

Dzień był chłodny, lecz słoneczny. Miasto powoli zamierało. Poranne tłumy osiadały w budynkach, rozpoczynając pracę, chodniki wyludniały się, a ruch na ulicach słabł w tempie opadającego stresu.

Uśmiechnęła się szeroko. Przyjechała do miasta tylko na chwilę, do lekarza, odbyła wizytę i mogła już wracać do domu. Nie była zmęczona ani śpiąca, mimo wczesnej pory, o której musiała wstać, by zdążyć na wyznaczoną godzinę. Wrócił spokój, którego nie czuła już bardzo długo.

– Wygląda na to, że idziemy w tym samym kierunku.

Nieznajomy z kawiarni dogonił ją o wiele za szybko, by mogła uznać to spotkanie za przypadkowe. Tym razem spojrzała na niego, niezadowolona z towarzystwa.

Uśmiechał się uprzejmie, dość przyjaźnie. Elegancko ubrany, jakby właśnie szedł do biura z pierwszą poranną kawą w dłoni. Czarna torba obijała się o jego udo w rytmie długich kroków. Nie miał krawata ani muchy, granatową koszulę zostawił rozpiętą pod szyją. Ciemniejsze spodnie uprasowane w kant miały głębokie kieszenie, w jednej z nich wyraźnie zaznaczał się kształt telefonu. Duży zegarek na lewym nadgarstku połyskiwał w świetle słońca prawie tak bardzo, jak ciemne włosy zaczesane do tyłu i pokryte czymś, co z całą pewnością zawierało brokat.

Tylko buty nie pasowały. Miały zaokrąglone noski, wyglądały na skórzane, a ich obcasy stukały cicho, i mimo śladów błota i pyłu nadawałyby się do eleganckiego biurowego stroju, gdyby nie wysokość cholewki i dodatkowe zapięcia, częściowo ukryte pod nogawkami.

To były buty drapieżników. Ciemnobrązowe, wytrzymałe, elastyczne i zawsze brudne, jeśli właściciel miał zwyczaj pracować w terenie.

Ten z pewnością miał taki zwyczaj.

– Raczej nie – odparła, czując uderzenie gorąca na twarzy.

– Ależ tak.

Niespiesznie acz stanowczo ujął jej ramię i ścisnął.

– Ręce przy sobie – warknęła, próbując się oswobodzić.

– To będzie krótki spacer – zapewnił.

Wiedziała o tym doskonale. Najbliższy posterunek łowców był tuż za rogiem. Jeszcze tylko długość bloku, zakręt i kilka kroków do schodów przed wejściem głównym.

Rzuciła mu złowrogie spojrzenie, mimowolnie napinając mięśnie.

– Ten wzrok na mnie nie zadziała – powiedział beznamiętnie. – Lepsze próbowały.

Kawę trzymała w unieruchomionej ręce. W drugiej dłoni ściskała uszy plastikowej torby z małymi zakupami, które zrobiła w przypływie ogólnej radości z życia. Jeśli sądził, że w ten sposób obie ręce ma zajęte, to bardzo się mylił.

Płynnie przełożyła dłoń przez uszy torby i uderzyła napastnika w pierś. Jęknął i zgiął się wpół, lecz nie puścił. Wylał natomiast część swojej kawy, wrzątek oparzył mu palce i spłynął z dłoni na nadgarstek, by szybko wsiąknąć w rękaw koszuli.

Bez wahania zadała drugi i trzeci cios, za każdym razem w inne miejsce – jeden bark, drugi bark. Wciąż ściskał jej ramię, jednak ból zmusił go do rozluźnienia reszty ręki. Dzięki temu zyskała większe pole manewru, cofnęła się i uderzyła w okolice nerek i punktowo tuż nad zgięciem łokcia.

Oboje doskonale wiedzieli, że używa mocy. Nie musiała uderzać mocno, wystarczyło tylko dotknąć atakowanego miejsca.

Skurcz wywołany bólem na sekundę rozluźnił uścisk łowcy i kobieta zdołała się wyrwać. Ruszając do ucieczki, wytrąciła mu jeszcze kubek z ręki.

– Masz za swoje, sukinsynu! – krzyknęła, nie dbając o to, kto oprócz niego ją usłyszy.

Wszystko przebiegło w ciszy. Zmaganiom towarzyszył tylko codzienny, zwykły szum miasta i szum w uszach przerażonej kobiety.

Myślała, że umknie. Widziała, jak szybko bladość pokryła twarz łowcy po zadanych mu ciosach. Bardzo się jednak myliła, ponieważ dopadł ją dwie ulice dalej, kiedy zwolniła, by złapać oddech.

– Brak ci kondycji – wychrypiał jej w ucho, zamykając ją w ciasnym uścisku. – I zbyt wolno biegasz.

Złapał od tyłu i unieruchomił ręce, sięgała więc dłońmi jedynie do jego ud i…

– Nawet o tym nie myśl – warknął, kopnięciem posyłając ofiarę na klęczki, zanim zdążyła dotknąć jego krocza. – Na to ci nie pozwolę.

– Żyć też mi nie pozwolisz – sapnęła, krzywiąc się z bólu, gdy w tym samym ruchem wytrącił jej kubek z dłoni i wykręcił rękę.

Kawa rozlała się szeroko na płytkach chodnika. Byli kwita.

Przygniótł ją do ziemi, a ona w przerażeniu spróbowała skupić moc już nie punktowo, lecz wszędzie tam, gdzie ich ciała się stykały.

Łowca syknął wściekle i wiedziała, że dobrze jej poszło. Zdołała przekręcić się i sięgnąć dłonią do jego boku. Uderzyła najmocniej, jak mogła, wyobrażając sobie, że energia przechodzi na wylot. Łowca zbladł bardziej, niż do tej pory i na ułamek sekundy zamarł. Tyle wystarczyło, by mogła zwinąć się w kłębek i uderzyć ponownie, tym razem jednocześnie dłonią i kolanem. Trafiła w żebra oraz wewnętrzną stronę uda. Próbowała celować w głowę, jednak zablokował cios. Tym samym otworzył jej drogę do klatki piersiowej, co natychmiast wykorzystała.

Nie rozumiała, dlaczego moc działa na niego tak słabo. Zawsze skutecznie i natychmiastowo odpychała wszystkich, wobec których została wykorzystana. Nie żeby często się to zdarzało. Do tej pory użyła mocy tylko dwa, może trzy razy, jedynie w skrajnych przypadkach.

Jednak teraz, choć tak bardzo się starała, łowca nie odskakiwał, nie odsuwał się, nie próbował zachować dystansu. Był albo bardzo zdesperowany, albo, i o tym wolała nie myśleć, odporny.

Coś było nie tak i to ostatecznie wytrąciło ją z równowagi. Zaczęła uderzać na oślep, nie dbając już o to, czy zgubi coś lub zniszczy. Chciała przede wszystkim uciec. O szkodach pomyśli później, kiedy będzie po wszystkim.

W próbie odepchnięcia napastnika kopnęła go, używając mocy i zamiast sprawdzić rezultat swoich działań, przetoczyła się na brzuch, poderwała i pobiegła ile sił w nogach, prosto przed siebie, na oślep, jak przestraszony kot. Nie oglądała się za siebie. Skręciła kilka razy, to tu, to tam, zachowując jedynie ogólny kierunek. Chciała dostać się na dworzec główny i wrócić do domu. Tylko tyle i aż tak wiele.

Spodziewała się, że w każdej chwili z bocznych ulic wybiegnie tłum łowców wezwanych przez tego jednego, denerwująco natrętnego, otoczy ją i pojmie. Tak skończyło wiele jej koleżanek, i tak mogła skończyć ona sama.

Jednak łowcy nie pojawili się, a ona umknęła do przejścia podziemnego, w którym niezależnie od pory dnia kłębili się ludzie. Zwolniła kroku, próbując wmieszać się w tłum. Przygładziła włosy, choć wątpiła, by były bardziej potargane, niż zazwyczaj. Nie miały tendencji do samowolki.

Wyciągnęła telefon. Spodziewała się przynajmniej pękniętego ekranu, aparat był jednak nietknięty. Szybko wybrała numer.

– Dopadli mnie – powiedziała półszeptem, gdy zgłosiła się przyjaciółka.

– Kto?

– Łowcy.

Chwila ciszy po drugiej stronie była bardzo znacząca.

– Gdzie jesteś? – rozległo się wreszcie w telefonie.

– Na dworcu głównym. Wracam do domu.

– Uciekłaś im?!

– Ledwie i był tylko jeden. – Rozejrzała się, wypowiadając te słowa. – Nie mam pojęcia, skąd wiedział, kim jestem. Nie miał prawa wiedzieć. Przecież nie używam mocy. Poza tym na co komu taka, jak moja.

– Ale uciekłaś. Rozumiem, że właśnie do tego jej użyłaś, prawda? Do ucieczki.

– Tak, ale… rozumiesz, o co mi chodzi.

– Tak. Czekaj na nas.

– Słucham? – Zrozumiała doskonale słowa przyjaciółki, jednak potrzebowała zapewnienia, że naprawdę przybędzie wsparcie.

– Będziemy po ciebie w ciągu dziesięciu minut. Może ośmiu. Znajdę cię, niezależnie od tego, gdzie się schowasz. A lepiej schowaj się dobrze. Raz prawie cię złapał, więc teraz nie odpuści. Oni już tacy są.

– Był incognito.

– Tym gorzej. A teraz ukryj się.

Połączenie zostało przerwane.

Schowała telefon i weszła do jednego z malutkich peronowych sklepików. Sprzedawano w nim książki, które, ciasno ustawione na regałach, dawały doskonałą osłonę przed niechcianym spojrzeniem. Przycupnęła najgłębiej, jak mogła.

Zapach antykwariatu uspokajał i po chwili świat zdawał się znowu przyjemny i bezpieczny. Sprzedawca przysypiał na swoim krzesełku przy wejściu, a przez drzwi, uchylone akurat tyle, by nie poruszały wiszącym nad nimi dzwonkiem, wpadał szum przyjeżdżających i odjeżdżających pociągów. Wpadło też coś jeszcze.

Chrząknięcie.

Zerknęła przez szczelinę między półką a książkami i serce jej zamarło. Poczuła fizyczny ból, gdy dzwonek obwieścił wejście łowcy.

Sprzedawca tylko chrapnął głośno i zupełnie zignorował nowego klienta. Nieważne, co wchodzi do sklepu. Ważne, co z niego wychodzi. Ważne, by nie były to niezapłacone książki. Cała reszta może migrować, ile tylko zechce.

– Tym razem nie masz dokąd uciec – powiedział łowca cicho, stanąwszy przed swoim celem. – Lepiej dla nas wszystkich, byś poszła po dobroci.

– Między nami nie ma dobroci – odparła, struchlała jak zając.

Sięgnął do niej, lecz uniosła ręce, gotowa do samoobrony. Moc mrowiła w dłoniach.

– Lepiej nie – ostrzegła.

Zawahał się i nic do tej pory nie dało jej takiej satysfakcji, jak widok niepewności na jego twarzy.

– Nie pozwolę ci stąd wyjść – powiedział powoli. – Muszę odprowadzić cię na posterunek.

– Dlaczego? – spytała zaczepnie.

Serce waliło jej stanowczo zbyt szybko i zbyt głośno. Miała wrażenie, że słychać je nawet na peronie.

– Jesteś czarownicą.

– To przestępstwo? – Zgięła i rozprostowała palce. Była na siebie wściekła za to, że drżą jej dłonie. Ujawniały słabość.

– Przestępstwem jest to, co robicie – odparł, opuszczając do tej pory uniesioną rękę. – Wy i wam pokrewni.

– A co takiego robimy?

Próbowała grać na czas. Dziesięć minut od czasu rozmowy z przyjaciółką powinno już mijać.

– Dopuszczacie się oszustw finansowych, gospodarczych, politycznych – zaczął wymieniać. – Destabilizujecie system, podburzacie społeczeństwo, stosujecie te wasze magiczne sztuczki do okradania obywateli, wprowadzania ich w błąd, przeciągania na swoją stronę – mówił dalej – a do osiągnięcia tych wszystkich celów używacie kłamstw i naginacie rzeczywistość do swojej woli wbrew naturalnemu porządkowi rzeczy. Jesteście elementem wywrotowym, któremu społeczeństwo nie może oprzeć się bez naszej pomocy, ponieważ tylko my potrafimy przejrzeć wasze iluzje. Co więcej, jakby tego było mało, mordujecie. Przede wszystkim nas. Torturujecie złapanych i jeśli nie odbierzecie im życia, wypuszczacie jako kaleki niezdolne do samodzielnej egzystencji. Mordujecie też swoich. Widziałem ciała.

Dziesięć minut powinno było minąć już dawno. Spóźniali się. Niemożliwe, żeby tak długo jej szukali. Moc Widzącej pozwalała jej namierzać ludzi skuteczniej niż GPS. Działała niezależnie od pogody, głębokości czy zastosowanej izolacji. Jedynym ograniczeniem była znajomość celu. A znały się od lat.

Coś było nie tak. Znowu.

– Zdradzę ci sekret – powiedziała, próbując zapanować nad głosem. – Nigdy nie zrobiłam którejkolwiek z rzeczy, które wymieniłeś. Nigdy nie miałam z żadną z nich nic wspólnego. To, czy ktoś kradnie, kłamie czy nawet morduje, zależy od moralności, nie od genów. – Musiała odrobinę opuścić ręce. Omdlewały, a chciała, by były gotowe do obrony. – Nigdy w życiu nie popełniłam przestępstwa. Czasem ściągałam na sprawdzianach i kilka razy okłamałam facetów, kiedy chciałam się wymigać od spotkania. To wszystko.

Nie skomentował tego i nie odpowiedział. Wiedziała, że szuka sposobu na obejście jej rąk i uniknięcie dotknięcia. Zauważyła, że gdzieś zapodział torbę. Być może dlatego jeszcze nie użył żadnej ze swoich łowieckich zabawek, którymi tak szczycili się wszyscy w jego fachu.

Wreszcie sięgnął po telefon.

– Muszę zatrzymać cię tu tylko tak długo, jak długo zajmie patrolowi dotarcie na miejsce – powiedział, patrząc w ekran komórki. Kliknął kilka razy i schował aparat do kieszeni. – To nie będzie trudne.

Zrezygnowała z ostrożności. Rzuciła się między łowcę a regał, jednocześnie uwalniając całą zgromadzoną w dłoniach energię.

Złapał ją tak, jak się spodziewała. Trafiła go w pierś po obu stronach serca, chcąc odepchnąć prześladowcę jak najdalej, lecz nic to nie dało. Sapnął boleśnie i zamknął ją w silnym uścisku, z którego nie mogła się wyrwać. Źle zrobiła, uderzając na wysokości klatki piersiowej, ponieważ teraz ręce miała unieruchomione między sobą a łowcą, a jego uścisk nie pozwalał na zmianę pozycji. Kopnęła kilka razy, jak najmocniej zdołała, lecz tylko zacisnął szczęki. Oddech miał świszczący, chwilami chrapliwy i trochę bulgoczący.

Sprzedawca nawet się nie obudził.

Dlaczego nie krzyczysz?, przemknęło jej przez głowę. Powinnaś krzyczeć.

Lecz nie krzyczała. Strach przed zwróceniem na siebie większej uwagi był przytłaczający. Poza tym nie wierzyła, by ktokolwiek jej pomógł. Mogła liczyć tylko na swoich, jak przekonała się już wielokrotnie, oglądając wiadomości i słysząc historie podczas spotkań ze znajomymi. Niektóre z pierwszej ręki.

Odwrócił się bokiem do wejścia i wyjrzał zza regału.

Powierzchnia, którą stykali się ciałami, była duża i czarownica próbowała wykorzystać ją całą, by odepchnąć napastnika. Próżne wysiłki wpędzały ją w coraz większą panikę. Miała wrażenie, że zaczyna się gotować. Nigdy wcześniej nie używała mocy tak intensywnie i długo.

– Już niedługo – powiedział nagle łowca z całkowitym spokojem. – Za chwilę będzie po wszystkim.

Przez szkło drzwi dostrzegł coś, czego ona jeszcze nie widziała.

Patrol łowców.

Zamknęła oczy i cofnęła moc. Miała nikłą szansę tylko jeden na jednego.

Łowca niespodziewanie rozluźnił uścisk.

Dzwonek nad drzwiami zadźwięczał.

– Ręce do góry – rozkazała Widząca.

 

Zmierzchało, gdy do domu wreszcie przybyli Odkrywcy. Widząca wraz ze swoją świtą zdążyła już dawno zająć się przyjaciółką i zadbać o to, by łowca nie miał szans na ucieczkę.

Bracia nie byli zmieszani swoim spóźnieniem. Przyszli prosto z innego wezwania. Zmęczenie podkreślało wszystkie różnice, jakimi obdarzyła ich genetyka. Często słyszano, że wspólną mieli jedynie moc. Potrafili bezbłędnie odkryć każdą tajemnicę. To czyniło z nich najbardziej niebezpiecznych, i najbardziej poszukiwanych, członków magicznej społeczności, ponieważ taki dar, odpowiednio wykorzystany, pozwalał na skuteczne szantażowanie, bezbłędne włamania, kradzieże doskonałe i wiele więcej. Wystarczyło poznać czyjąś najgłębiej skrywaną tajemnicę, najbardziej wstydliwy sekret, najbardziej utajoną prawdę. Wystarczyło poznać kod do sejfu znany tylko jednej osobie, lub kody dezaktywujące system zabezpieczający dom.

Wszystko to bracia potrafili zrobić, ponieważ należeli do Odkrywców.

Nie potrafili tylko upodobnić się do siebie. Jeden był wysoki i chudy, niemal patykowaty i prawie zawsze poważny, drugi – średniego wzrostu, pulchny, nieustannie uśmiechnięty i rubaszny. Nosili podobne ubrania, lecz jakimś sposobem podkreślali w ten sposób każdą najdrobniejszą różnicę. Kiedy stali obok siebie, to niższy wyglądał na olbrzyma. Wyższy natomiast budził większy strach.

W którymś momencie swojego życia stwierdzili, że skoro taki już ich los, zostaną swoimi przeciwieństwami. Wydobywali więc sekrety łowców, jak dobry i zły policjant ze starych filmów gangsterskich.

Tego wieczoru właśnie po to przyszli – po sekrety łowcy.

– Młoda dobrze się sprawiła. Wykonała za nas niezłą robotę – stwierdził chudzielec przy pierwszych oględzinach.

Badał pojmanego przy wszystkich, którzy chcieli patrzeć. Bezceremonialnie rozerwał mu koszulę, zamiast rozpinać ją guzik po guziku. Odsłoniwszy tors łowcy, tu i tam dotknął palcem skóry więźnia. Pierś i brzuch pokrywały odstręczające wybroczyny różnych rozmiarów i kształtów. Większość rozlała się szeroko.

– Teraz wystarczy, że lekko klepniemy tu i tam, a ty wyśpiewasz nam wszystkie wasze sekrety, parszywy morderco.

Łowca odkaszlnął i wypluł krew.

Niższy Odkrywca gwizdnął przeciągle i stwierdził:

– Załatwiła cię lepiej, niż sądziłem. Krwotok wewnętrzny? – spytał, przenosząc wzrok na brata.

Tamten pokiwał głową i skinął na jedną z czarownic siedzących przy ozdobnym stoliku. Pociągnęła nosem, nim wyrecytowała:

– Krwotok wewnętrzny w obszarze jamy brzusznej i okolic płuc, oraz rozległy podskórny na obszarze całego tułowia i kończyn górnych. Rozległe zniszczenia tkanki miękkiej całego ciała, naruszenie mięśnia czworogłowego uda oraz dwugłowego ramienia, narządy wewnętrzne w stanie złym i bardzo złym. Zniszczenie tkanki miękkiej obu dłoni, prawdopodobnie nieodwracalne, lub odwracalne z trudem. Rytm serca przyspieszony, bez nieprawidłowości. Ciśnienie krwi podwyższone. Przyczyną obrażeń jest zniszczenie naczyń krwionośnych wielu części ciała. Główne żyły oraz tętnice nienaruszone. Wysięk do płuc. Aha, uszkodzenie nerki, spodziewajcie się krwiomoczu.

– Coś jeszcze? – spytał chudszy brat.

– Mnóstwo – odparła – ale nie będę wam zajmować więcej czasu. Macie już ogólne pojęcie, jak go nasza młoda załatwiła.

– Mamy.

Kilka chwil później łowca siedział prawie nagi i unieruchomiony. Nie protestował, gdy rozbierano go, sadzano, wiązano do krzesła. Wyglądał, jakby z trudem utrzymywał przytomność. Cały tułów, obie ręce i jedną nogę pokrywały mu krwiste ślady mocy czarownicy. Najgorzej wyglądały dłonie. Wszystkie palce miały kolor dojrzałych śliwek, paznokcie sprawiały wrażenie, jakby lada chwila miały odpaść. Wnętrze dłoni przybrało odcień przejrzałych wiśni, a grzbiet poznaczony był fioletowymi plamami nierówno rozlanych siniaków, które wciąż rosły.

– Niesamowite – stwierdził jeden z oprawców, przyglądając się uważnie zmasakrowanym dłoniom związanym za oparciem. – Ładnie cię załatwiła, musisz przyznać. Gdybyśmy puścili cię wolno, minęłyby lata, zanim odzyskałbyś sprawność w dłoniach. Choć przy tak rozległych uszkodzeniach naczyń krwionośnych zastanowiłbym się nad amputacją.

Odsunął się o dwa kroki i spojrzał na więźnia krytycznie, skrzyżowawszy ręce na piersi.

– Ale nie puścimy – dodał niemal z żalem. – I może amputujemy ci te dłonie. To będzie łaska, której od nas doświadczysz, jeśli będziesz współpracował.

– A jeśli nie będę? – syknął łowca.

– To zamiast dłoni, amputujemy ci kilka innych rzeczy. Które wcześniej naruszymy. Chociaż kręgosłupa moralnego już i tak ci brakuje, wielka szkoda. Przemyśl to, a my tymczasem coś zjemy. Szczególnie młodej przyda się solidny posiłek – dodał, patrząc na pobladłą czarownicę z trudem opierającą się o ścianę – bo wygląda raczej słabo.

Wszyscy spojrzeli w jej stronę. Widok był równie smętny, co obraz zmaltretowanego łowcy.

– Za chwilę do was dołączę – wysapała między płytkimi oddechami i poprosiła: – Przygotujcie mi coś słodkiego.

– Ha! – olbrzym klasnął w dłonie. – Nic jej nie będzie, prosi o słodkie! Chodźcie, co powiecie na naleśniki?

Zostawili łowcę i jego ofiarę w pokoju pełnym ciszy.

Czarownica osunęła się na podłogę i zaczęła płakać. Szloch szybko przeszedł w rozdzierające wycie. Na mokrą od łez twarz wystąpiły czerwone plamy.

Łowca w milczeniu obserwował kobietę.

– Przepraszam – wysapała w końcu, gdy wreszcie zdołała nad sobą zapanować. – Nie chciałam cię zranić.

Widziała, że jej nie wierzy. Dlaczego miałby?

Znów szarpnęło nią zwierzęce wycie.

– Przepraszam! – wyryczała między haustami powietrza i położyła się na podłodze, między ścianą a kolorowym, puszystym dywanem. – Przepraszam!

– Uspokój się – mruknął, odwracając od niej wzrok. – To żenujące.

– Nie chciałam cię zranić! – Płakała dalej, wciąż nieodmiennie skulona na drewnianych klepkach.

– Przestań histeryzować.

– Wybacz mi – wyszlochała i długo nie mogła wydusić nic więcej. W głowie miała pustkę, a kiedy wreszcie oddech zaczął się uspokajać, choć łzy wciąż płynęły, dodała: – Myślałam, że odpychając cię, nie czynię ci krzywdy. Przysięgam. Nigdy wcześniej nie widziałam… Przez ubranie nie widać wybroczyn. Ludzie po prostu odsuwali się, to wszystko.

– Jak często używałaś mocy? – spytał cicho.

– Wcale – odparła i natychmiast poprawiła: – To znaczy do naszego spotkania użyłam jej dwa, może trzy razy.

Spojrzała na niego z podłogi, wciąż zapłakana.

– Wystarczyło jedno dotknięcie – szepnęła. – Nigdy nikomu nie chciałam zrobić krzywdy, nawet tobie. Jest mi bardzo, bardzo przykro. I wstyd. Wybacz mi. Przysięgam, że nigdy więcej nie użyję mocy.

Popatrzył na nią złowrogo.

– Nie składaj przysiąg, których nie dotrzymasz.

– Prędzej umrę, niż zrobię komuś to samo, co tobie – załkała, zamykając oczy.

Prychnął z ironią.

– Nie wierzysz mi – stwierdziła, zła na siebie, że mówi tak bardzo przez nos. – Nic nie szkodzi. Chcesz się stąd wydostać?

Nie odpowiedział, lecz jego twarz stężała.

– Na pewno chcesz – kontynuowała, nieświadoma reakcji więźnia. – Zawrzyjmy umowę. Pomogę ci uciec, a ty nigdy więcej nie wyjdziesz w teren. Wypolerujesz te swoje buty i dopilnujesz, żeby nigdy nie pokrył ich brud.

– Dlaczego nie żądasz od razu, żebym porzucił mój zawód? – prychnął.

– Bo wiem, że nie porzuciłbyś go, nawet gdybyś obiecał inaczej. – Uniosła się na łokciu i spojrzała mu w oczy. – Dlatego proponuję taką umowę, nie inną. Więc jak będzie?

Przeżuł jej słowa w ciszy.

– Dam ci czas na przemyślenie mojej propozycji – powiedziała, podniósłszy się chwiejnie.

Otrzepała rudą sukienkę w ciemne, kwiatowe wzorki układające się geometrycznie i sprawiające, że całość wyglądała jak złożone skrzydła owada. Podwinęła długie rękawy.

– Siedź spokojnie – ostrzegła. – W tym stanie wystarczy, że upadniesz, i po kłopocie.

Rozwiązała mu więzy, a następnie najdelikatniej, jak potrafiła, pomogła przejść do łóżka i ułożyć się na nim.

– Nie dotykaj mnie! – warknął, gdy próbowała go podtrzymać. – Dam sobie radę.

– Na razie odpoczywaj – doradziła, obserwując jego starania w znalezieniu najwygodniejszej pozycji do spania. – Jutro nie będzie lepiej.

– Ucieknę.

– W tym stanie lepiej nie. – Cofnęła się do drzwi. – Naprawdę przepraszam. Nie chciałam cię skrzywdzić.

– Mówiłaś to już kilka razy – przypomniał.

– I powtórzę jeszcze kilka, dopóki mi nie wybaczysz.

– Nigdy ci nie wybaczę.

– Więc czeka cię życie pełne „przepraszam, nie chciałam cię skrzywdzić” – odparła ze smutkiem i wymknęła się na korytarz.

– Zaczekaj – dobiegło z pokoju, tuż przed tym, jak zamknęła drzwi.

Stała jeszcze chwilę, nasłuchując. Przez kilka długich uderzeń serca panowała cisza. Później łowca zaczął płakać.

 

– Hej, Ziółko – zwróciła się do koleżanki, która kilka godzin wcześniej, tuż po przybyciu grupy, przebadała łowcę, a następnie zdała dokładne sprawozdanie z jego stanu zdrowia. – Mam do ciebie prośbę.

– Jaką?

Ziółko nie była lekarzem ani pielęgniarką i w ogóle nie miała nic wspólnego ze służbą zdrowia. Miała natomiast moc, która pozwalała jej odczytywać sygnały wysyłane przez ludzki organizm oraz zapewniała wgląd we wnętrze ciała. Stąd bezbłędnie potrafiła stwierdzić dowolne zaburzenia, niezależnie od tego, czy wcześniej słyszała o nich, czy też nie. Organizm sam mówił, co jest dla niego najlepsze, a ona porównywała to ze stanem faktycznym. Działała też lepiej niż najlepszy test ciążowy.

Nie lubiła swojej mocy tak samo, jak jej koleżanka, lecz z zupełnie innego powodu. Nie uważała jej za zbędną, lecz za uciążliwą. Przygnębiało ją każde odkrycie przyczyny cierpienia drugiego człowieka, a jeszcze bardziej to, że nie potrafiła mu zaradzić. Moc pozwalała jedynie wskazać nieprawidłowości, nie zaś pozbyć się ich poprzez leczenie. Mimo to nazwano ją Ziółkiem, od ziół leczniczych. Uważała to za gorzką ironię.

– Chciałabym, żeby łowcy udzielono pomocy medycznej – szepnęła czarownica, znacząco unosząc brwi. Liczyła na to, że Ziółko zachowa dyskrecję.

– Nie potrafię leczyć ludzi.

– Wiem, ale twoja siostra potrafi. Namówisz ją, żeby mu pomogła? Proszę.

Ziółko długo milczała. Podsunęła koleżance kubek z herbatą.

– Nie wiem. Poczekaj chwilę.

I wyszła z kuchni.

Po kolacji nikt nie wrócił na piętro, do pokoju, w którym przebywał łowca. Wszyscy zajęli się swoimi sprawami, niektórzy poszli spać. Poboczny obserwator stwierdziłby z pewnością, że zrobiono wszystko, by umożliwić więźniowi ucieczkę. Drzwi do sypialni nie miały zamka, więc zamykano je co najwyżej na klamkę. W oknach brakowało krat, a skok z piętra, choć niebezpieczny i bolesny, z pewnością nie skończyłby się śmiercią. Samego więźnia pozostawiono bez więzów w pokoju pełnym przedmiotów, które, przy odrobinie wyobraźni, mogły posłużyć za broń. Wnętrza pokoju nie dostosowano do przetrzymywania więźnia, a tym bardziej do tortur, które zapowiedziano.

Wyglądało na to, że o łowcy zapomniano. Tak jednak nie było. Dom zabezpieczono, uruchomiono również system alarmowy. Od tego byli ludzie, których moc umożliwiała postawienie barier i manipulowanie nimi. Mówili, że to jak programowanie, a jedyną różnicą między nimi, a programistami komputerowymi był stosowany nośnik danych oraz miejsce ich wykorzystania.

Dlatego dom pełen był aktywnych zabezpieczeń, które pilnowały, by tylko osoby wskazane w kodzie mogły poruszać się po nim swobodnie.

Jeśli ktoś chciał wyprowadzić więźnia, musiał albo dezaktywować całość zabezpieczeń, albo poprosić jednego z Programistów o udostępnienie drogi wyjścia. Lub spróbować obejść włączoną ochronę.

Ziółko wróciła z siostrą u boku w chwili, w której czarownica skończyła zastanawiać się nad planem uwolnienia łowcy.

– Chodźmy – powiedziały siostry chórem.

 

Łowca nie spał. Leżał na lewym boku, plecami do pokoju, a gdy podeszły, odkryły rozległe ślady krwi na poduszce. Mokry kaszel słychać było z korytarza.

– Moja siostra – powiedziała Ziółko – dopilnuje, żebyś przeżył dzisiejszą noc. Nie próbuj głupich sztuczek. Mamy zabezpieczenie na wypadek problemów.

Ruchem głowy wskazała stojącą obok czarownicę. Wszyscy wiedzieli, że jedno celne uderzenie wystarczy, by łowca zapadł w wieczny sen.

– Nie będę – chrypnął i zakasłał. Krew pojawiła się w kącikach ust. Na wargach i brodzie widać było zaschnięte ślady po tej samej wydzielinie.

– Będę ci mówić, które miejsca wymagają najpilniejszej interwencji – zwróciła się Ziółko do siostry. Dziewczynka była najmłodszym mieszkańcem domu i wciąż brakowało jej pewności w posługiwaniu się mocą. – Krwotok wewnętrzny w obszarze jamy brzusznej. Siniaki i wybroczyny na razie zostaw, wchłoną się same.

I rozpoczęła się długa procedura naprawiania naczyń krwionośnych oraz organów wewnętrznych. Dochodziła północ, gdy najpoważniejsze obrażenia zostały zlikwidowane. Wiele jeszcze wymagało uwagi, lecz młodsza siostra była już zmęczona i Ziółko zarządziła powrót do łóżka.

– Położę ją spać, a ty dopilnuj, żeby nigdzie się stąd nie ruszył – powiedziała, wychodząc z pokoju.

Czarownica została sam na sam z łowcą.

– Zawrzyjmy przymierze – zaproponowała.

Prychnął, zamknąwszy oczy. Spodziewała się, że lada chwila zaśnie. Napięcie zniknęło z jego twarzy wraz z bólem i wizją śmierci.

– Dopilnujmy, żeby nikt z naszych nie wpadał na siebie nawzajem.

– Za dużo z tym zachodu – odparł powoli. – Nie da się zrobić.

– Więc zlikwidujmy obie instytucje. Twoją i moją.

– Jesteś idealistką. Tego też nie da się zrobić.

– Nawet nie przemyślałeś możliwości!

Uśmiechnął się krzywo.

– Nie ma możliwości. Tak, jak nie ma możliwości, żebyś mnie stąd wyprowadziła. Mówiłem ci. Nie składaj przysiąg, których nie dotrzymasz.

– Wyprowadzę cię stąd – powiedziała twardo i usiadła na brzegu łóżka. Aż wzdrygnął się, niechętny takiej bliskości. – Mam już plan. Czekam tylko, aż wydobrzejesz.

– Lepiej nie będzie, sama tak mówiłaś – przypomniał.

– Ale jest. Wyprowadzę cię o świcie.

Jęknął.

– Pozwól mi spać.

– Teraz pozwolę, ale rano zbudzę cię i wyprowadzę – odparła. – Lepiej poważnie zastanów się, dokąd pójdziesz i co zrobisz, gdy już stąd wyjdziesz.

– Nie czekasz, aż obiecam ci, że porzucę pracę w terenie?

Zawahała się. Zapomniała o tym.

– Kiepsko mi idzie, prawda?

– Negocjacje to nie jest twoja mocna strona – przyznał.

– Nie szkodzi – westchnęła. Też była śpiąca. I bardzo zmęczona. Stres zupełnie ją wyczerpał, a szok, jakiego doznała, odkrywszy zniszczenia, które wyrządziła łowcy, tylko dodał jej smutków. – Rano dopilnuję, żeby Ziółko i jej siostra naprawiły wszystko, co zdołają. Jedna tak intensywna sesja sprawi, że zostanie w tobie ślad rozpoznawany przez nasze zabezpieczenia. – Taką mam nadzieję, dodała w myślach. Tyle zrozumiała z tłumaczenia Programistów. – Przejdziesz przez nasz system ochronny, jak wirus komputerowy.

Zmarszczył brwi.

– Twierdzisz, że po leczeniu zostanie we mnie tyle waszej mocy, że będę mógł ominąć postawiony przez was system zabezpieczeń?

– Tak – odparła z pewnością, której wcale nie czuła.

– Widywałem odczyty z pomiarów promieniowania magicznego – stwierdził, mówiąc bardziej do siebie, niż do niej – ale wszystkie pochodziły z miejsc zbrodni. Jedynym biologicznym źródłem były najwyżej zwłoki jednego z was. Nigdy nie sądziłem, że ta energia może utrzymać się w organizmach żywych, które same jej nie wytwarzają.

– Widząca mówiła, że we wszystkim, co miało styczność z mocą, zostaje ślad – powiedziała czarownica. – W ten sposób niektóre przedmioty łatwiej znaleźć.

– Ludzi też?

– Widząca specjalizuje się w odnajdywaniu ludzi.

– Hm – mruknął i spojrzał na nią. – Jak masz na imię?

– Mówią na mnie Trupia Główka – odparła.

– To nie jest twoje prawdziwe imię.

– Nie. – Wzruszyła ramionami. – I nazwali mnie tak dopiero dziś wieczorem. Ty mi swojego nie zdradzisz, więc dlaczego ja mam podać swoje.

– R siedemdziesiąt siedem.

– Słucham?

– Mój numer seryjny – wyjaśnił. – Tak na mnie wołają. To moje imię.

– To nie jest prawdziwe imię.

Wzruszył ramionami.

– Kiedyś dowiemy się, kim jesteśmy – powiedział i uśmiechnął się lekko. – A do tego czasu bądźmy dla siebie osobami, nie imionami.

Koniec

Komentarze

Opowiadanie z zakończeniem otwartym, ponieważ zostało napisane na podstawie snu, a sny mają to do siebie, że kończą się za wcześnie.

Nie chcę przesądzać sprawy, bo tekstu jeszcze nie przeczytałam i może Zmierzchnica trupia główka okaże się chlubnym wyjątkiem, ale z doświadczenia wiem, że sny, jako tworzywo opowiadania, mają to do siebie, że są interesujące przeważnie tylko dla śniącej/ śniącego.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Gladki styl, szybko się czytało. Ciekawy świat przedstawiony. Dla mnie trochę za dużo infodumpów w narracji, oraz według mnie przydługa tyrada Łowcy na temat czarownic. Show don’t tell:) Aż prosi się o jakieś zakończenie. Generalnie podobało mi się. Powodzenia!

Doznałam miłego zaskoczenia, bo opowiadanie okazało się nie mieć w sobie nic z sennych fantasmagorii i onirycznych wynurzeń, nawet jeśli zostało snem zainspirowane. ;)

Brakło mi natomiast szerszego tła tej opowieści – chciałabym bliżej poznać świat, w którym rzecz się dzieje, wiedzieć więcej tak o łowcach jak i o czarodziejach. Łowcy, jak rozumiem zajmują się tropieniem czarodziejów, a jak wygląda codzienne życie tych drugich? Czy poza dwoma poznanymi społecznościami są jeszcze w tym świecie jakieś inne? Jakie są ich wzajemne relacje?

Zmierzchnica trupia główka sprawia wrażenie zaledwie fragmentu, a urwane zakończenie pozostawia spory niedosyt.

 

…gdy w tym samym ruchu wy­trą­cił jej kubek… –> …gdy tym samym ruchem wy­trą­cił jej kubek

 

od­py­cha­ła wszyst­kich, wobec któ­rych zo­sta­ła wy­ko­rzy­sta­na. –> Co to znaczy, zostać wykorzystaną wobec kogoś?

 

Chcia­ła przede wszyst­kim uciec. O szko­dach po­my­śli póź­niej, kiedy bę­dzie po wszyst­kim. –> Powtórzenie.

 

Nie ważne, co wcho­dzi do skle­pu. –> Nieważne, co wcho­dzi do skle­pu.

 

Ważne, by nie były to nie­opła­co­ne książ­ki. –> Ważne, by nie były to nie­zapła­co­ne książ­ki.

 

Pró­bo­wa­ła grać na czas. Dzie­sięć minut od czasu roz­mo­wy… –> Powtórzenie.

 

do osią­gnię­cia tych wszyst­kich celów uży­wa­nie kłamstw i na­gi­na­cie rze­czy­wi­stość… –> Literówka.

 

– Nigdy nie zro­bi­łam któ­rej­kol­wiek z rze­czy, które wy­mie­ni­łeś. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Dla­cze­go nie krzy­czysz?, prze­mknę­ło jej przez głowę. Po­win­naś krzy­czeć. –> Po pytajniku nie stawia się przecinka. Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać myśli: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

nie­odmien­nie sku­lo­na na drew­nia­nej klep­ce. –> Jednej klepce, czy może: …nie­odmien­nie sku­lo­na na drew­nia­nych klepkach.

 

Sa­me­go więź­nia po­zo­sta­wio­no bez wię­zówpo­ko­ju peł­nym przed­mio­tów, które, przy odro­bi­nie wy­obraź­ni, mogły po­słu­żyć za broń. Wnę­trza po­ko­ju nie do­sto­so­wa­no do prze­trzy­my­wa­nia więź­nia… –> Powtórzenia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za wszystkie uwagi, są dla mnie bardzo cenne! :)

Mocne. Mnie się podoba. Pewien wątek znany z X-men. Widzę też nawiazania wspólne z pewną grą fabularną. Może stać się podstawą pewnego uniwersum. W przeciwieństwie do bronchspazm, tyradę o czarownicach znajduję idealnie w miejscu i czasie.

umiesz liczyć - licz za siebie

Z opóźnieniem, ale jestem.

stwierdził trochę zbyt znacząco akcentując

"Stwierdził" to nie jest synonim "powiedział" – nie użyłabym go tutaj. Dlaczego "znacząco"? Przed "trochę" brak przecinka.

 rzuciwszy krótki uśmiech sprzedawcy, poparty cichym podziękowaniem

Po pierwsze, nienaturalny szyk: rzuciwszy sprzedawcy krótki uśmiech poparty cichym podziękowaniem. Ale co ważniejsze, a co widzę od początku – za bardzo dookreślasz. Ot, na przykład: "rzucony" uśmiech z definicji jest krótki, nie trzeba tego dopowiadać. Nadmiar określeń nie rozjaśnia, a mąci.

 Poranne tłumy osiadały w budynkach

Dziwna metafora.

 ruch na ulicach słabł w tempie opadającego stresu.

Jak wyżej. Poza tym, jeśli już, to w tempie opadania stresu – ale to ciągle dziwacznie brzmi.

mimo wczesnej pory, o której musiała wstać, by zdążyć na wyznaczoną godzinę

Tłumaczysz to tak, jakbyśmy nigdy nie musieli wcześnie wstać. Skróć, np.: choć musiała wstać bardzo wcześnie.

 Wrócił spokój, którego nie czuła już bardzo długo.

Też bardzo skracalne.

 z pierwszą poranną kawą w dłoni

No, nie wiem.

 połyskiwał w świetle słońca prawie tak bardzo, jak ciemne włosy

To też niezręczne. Może "tak jasno"?

 miał zwyczaj pracować w terenie

Zwyczaj? Na pewno?

 czując uderzenie gorąca na twarzy

Hmm.

 Niespiesznie acz stanowczo

Niespiesznie, acz stanowczo.

 mimowolnie napinając mięśnie

W szkole na biologii kładli mi do głowy, że mięśnie prążkowane napinają się zależnie od woli.

 radości z życia

Radości życia.

 Płynnie przełożyła dłoń przez uszy torby

Chwilę trwało, zanim to sobie wyobraziłam.

 uderzyła napastnika w pierś

Kobieto, wal w splot słoneczny albo w jaja, nie baw się.

 Wylał natomiast część swojej kawy, wrzątek oparzył mu palce i spłynął z dłoni na nadgarstek, by szybko wsiąknąć w rękaw koszuli.

Długie, złożone zdanie – poprawne, ale nieodpowiednie w scenie akcji, bo ją spowalnia.

 jednak ból zmusił go do rozluźnienia reszty ręki

Hem? Nie widzę tego. I – skracaj, skracaj, skracaj.

 uderzyła w okolice nerek

Od przodu?

 punktowo tuż nad zgięciem łokcia.

To nie podręcznik anatomii…

 Skurcz wywołany bólem na sekundę rozluźnił uścisk łowcy

Jak wyżej – nie tłumacz, dlaczego coś się stało, nie w czasie walki – powiedz tylko, co się stało.

 Ruszając do ucieczki, wytrąciła mu jeszcze kubek z ręki.

Moje zawieszenie niewiary właśnie trafił szlag. To po prostu nie wydaje mi się sensowne, nawet jeśli dziewczę należy do mściwych.

nie dbając o to, kto oprócz niego ją usłyszy. Wszystko przebiegło w ciszy. Zmaganiom towarzyszył tylko codzienny, zwykły szum miasta i szum w uszach przerażonej kobiety.

Rym. Ale cały fragment bym wycięła, spowalnia szybką scenę.

 jak szybko bladość pokryła twarz łowcy po zadanych mu ciosach

Purpura i kulawa gramatyka.

 Bardzo się jednak myliła, ponieważ dopadł ją dwie ulice dalej

Pokaż to. Pokaż, jak dziewczyna ucieka, jak zwalnia, pewna, że jest bezpieczna… a tu wyskakuje łowca.

 Brak ci kondycji(…) I zbyt wolno biegasz.

Nie na jedno wychodzi?

 sięgała więc dłońmi jedynie do jego ud

???

 wytrącił jej kubek z dłoni

… ona cały czas niesie ten kubek? Nie, w to nie uwierzę.

 w przerażeniu

To powinno być jasne bez specjalnego zapewniania.

 Zdołała przekręcić się i sięgnąć

Zdołała się przekręcić – naturalniej i bez powtórzenia dźwięku.

 zbladł bardziej, niż do tej pory

Strasznie to spokojne.

 Nie żeby

Nie, żeby.

 skrajnych przypadkach.

Skrajnych?

 W próbie odepchnięcia napastnika kopnęła go

Nadal tłumaczysz jak dzieciom: Kopnęła napastnika. Wystarczy.

 zamiast sprawdzić rezultat swoich działań

Bo normalnie trzeba zbadać, czy zły koleś już powalony?

 Tylko tyle i aż tak wiele.

Złamany frazeologizm wytrąca z rytmu.

 wezwanych przez tego jednego, denerwująco natrętnego,

To bym wycięła, zbędne. Wyraźnie celujesz w dynamiczną scenę, ale wyraźnie Ci nie wychodzi.

 , i tak mogła skończyć ona sama.

To jasne z kontekstu.

 wątpiła, by były bardziej potargane, niż zazwyczaj. Nie miały tendencji do samowolki.

Po co ten szczegół?

 aparat był jednak nietknięty.

Aparat?

 Ledwie i był

Ledwo, i był.

 Będziemy po ciebie

Kolokwializm, chyba za duży.

 osłonę przed niechcianym spojrzeniem

Zwykle te spojrzenia są w pluralis.

 akurat tyle

Akurat na tyle.

 zignorował

Anglicyzm.

 migrować

?

 , stanąwszy przed swoim celem

Zbędne. Przecież nie do antykwariusza mówi.

 Między nami nie ma dobroci

?

widok niepewności na jego twarzy.

No, nie wiem.

na czas. Dziesięć minut od czasu

Powtórzenie. Drugi "czas" zbędny.

 Dopuszczacie się oszustw

… bo zwykli ludzie tego nie robią? Bez "mocy"? Nie twierdzę, że facet nie może mieć wypranego mózgu czy coś tam, przekazuję tylko pierwsze wrażenie.

 Jedynym ograniczeniem była znajomość celu.

To nie jest jasne.

próbując zapanować nad głosem

Mało konkretne. Pokaż to.

 zależy od moralności

Od wolnej woli, powiedz raczej. (Dygresja zmęczonego filozofa.)

 odrobinę opuścić ręce. Omdlewały

Odrobinę? Potrzymaj ręce w górze i zobacz, jak się poczujesz.

 by były gotowe do obrony

Ręce?

 Nie skomentował tego i nie odpowiedział.

Nie odpowiedział. Kropka.

 obejście jej rąk

Dziwnie to brzmi.

 uniknięcie dotknięcia

Rym.

 Poza tym nie wierzyła, by ktokolwiek jej pomógł.

Raczej: by ktokolwiek miał jej pomóc.

 słysząc historie podczas spotkań ze znajomymi. Niektóre z pierwszej ręki.

Nie brzmi to.

 Powierzchnia, którą stykali się ciałami,

To też. Bardzo.

 Próżne wysiłki wpędzały ją w coraz większą panikę.

Jak wyżej.

 Miała nikłą szansę tylko jeden na jednego.

Niejasne.

 Dzwonek nad drzwiami zadźwięczał.

Nie jest to dobrze zorganizowany opis – dzwonek właśnie dźwiękiem zwraca na siebie uwagę, kiedy zaczynasz od niego, nie wiemy, o co chodzi.

 nie byli zmieszani swoim spóźnieniem

Nie wydaje mi się to poprawne.

 słyszano, że wspólną mieli jedynie moc

Mają (c.t.). I kto słyszał?

 bezbłędnie odkryć każdą tajemnicę

Jak można błędnie odkryć?

 poznać kod do sejfu znany tylko jednej osobie, lub kody dezaktywujące system zabezpieczający

Powtórzenia.

 Nie potrafili tylko upodobnić się do siebie.

A po co mieliby?

stwierdzili, że skoro taki już ich los, zostaną

Postanowili. Stwierdza się fakty.

 Wydobywali więc sekrety łowców, jak dobry i zły policjant ze starych filmów gangsterskich.

Zdanie wymaga rozszyfrowania – to mi się udało, ale nie powinno tak być.

 , lub odwracalne z trudem

Po co to zaznaczać?

 narządy wewnętrzne w stanie złym i bardzo złym

… ale żyje i jest przytomny? Hę?

 naczyń krwionośnych wielu części ciała

Nie wydaje mi się to poprawne.

Wyglądał, jakby z trudem utrzymywał przytomność.

Doprawdy.

 krwiste ślady

Krwawe. Krwisty jest befsztyk.

 Wszystkie palce miały kolor dojrzałych śliwek

Na ten poetycki opis był czas wcześniej. Na przykład na początku, kiedy czytelnik jeszcze sobie ustawiał scenę w głowie.

 Widok był równie smętny, co obraz zmaltretowanego łowcy.

Wybacz, ale w to nie uwierzę.

 Czarownica osunęła się na podłogę i zaczęła płakać.

Przy nim? Nie wydaje mi się to wiarygodne – cała ta scena, nie, cała ta sytuacja – ale ta scena szczególnie. Może przez purpurowość Twojej prozy, ale chyba nie.

 Znów szarpnęło nią zwierzęce wycie.

… matko. Strasznie purpurowe.

 Myślałam, że odpychając cię, nie czynię ci krzywdy.

Kto tak mówi?

 To znaczy do naszego spotkania

To znaczy, do naszego spotkania.

 wciąż zapłakana

Bo normalnie, jak ktoś przestaje płakać, to wyciera go taka gąbka z niebios?

zła na siebie, że mówi tak bardzo przez nos

… za to była na siebie zła?

 nieświadoma reakcji więźnia

?

 że nie porzuciłbyś go, nawet gdybyś obiecał inaczej

Nienaturalne. "Obiecał inaczej" to anglicyzm.

rudą sukienkę w ciemne, kwiatowe wzorki układające się geometrycznie i sprawiające, że całość wyglądała jak złożone skrzydła owada

Teraz opisujesz tę kieckę? Dlaczego nie na początku, kiedy był po temu czas?

 pomogła przejść do łóżka i ułożyć się na nim.

I tamci się nie połapią, ani nie zdziwią…

Dam sobie radę.

Akurat.

 obserwując jego starania w znalezieniu najwygodniejszej pozycji do spania.

Zrymowane i nienaturalne.

 Później łowca zaczął płakać.

Jasne.

 a następnie zdała dokładne sprawozdanie z jego stanu zdrowia

Widzieliśmy, nie musisz nam przypominać.

 Stąd bezbłędnie potrafiła stwierdzić dowolne zaburzenia, niezależnie od tego, czy wcześniej słyszała o nich, czy też nie.

A kiedy pierwszy raz widziałaś kapibarę, wiedziałaś, że to kapibara? Bez patrzenia na tabliczkę?

 lepiej niż najlepszy

Lepiej, niż najlepszy.

 Nie uważała jej za zbędną, lecz za uciążliwą.

Zdanie zbędne – powtarza informację.

 nie zaś pozbyć się ich poprzez leczenie.

Nienaturalne.

 Poboczny obserwator

Poboczny?

 , więc zamykano je co najwyżej na klamkę

Zbędne.

 skok z piętra, choć niebezpieczny i bolesny, z pewnością nie skończyłby się śmiercią.

Nie, żeby facet był już ledwo żywy…

 które, przy odrobinie wyobraźni, mogły posłużyć za broń.

Ale on ledwo żyje…

 postawienie barier i manipulowanie nimi

Nie po polsku.

 był stosowany nośnik danych oraz miejsce ich wykorzystania.

J.w.

 osoby wskazane w kodzie

Nie zaszywa się danych w kodzie.

 chrypnął i zakasłał

Wychrypiał.

po tej samej wydzielinie

Krew nie jest wydzieliną.

 Dziewczynka była najmłodszym mieszkańcem domu

I nie mogłaś nam jej pokazać, zanim zobaczyliśmy dorosłą babkę?

 procedura

Nie tego słowa bym użyła.

 Napięcie zniknęło z jego twarzy wraz z bólem i wizją śmierci.

Dear God. Miał na twarzy wizję?

 Aż wzdrygnął się, niechętny takiej bliskości.

Nienaturalne. Aż się wzdrygnął. Kropka.

 Stres zupełnie ją wyczerpał, a szok, jakiego doznała, odkrywszy zniszczenia, które wyrządziła łowcy, tylko dodał jej smutków.

Bardzo nienaturalne. Także psychologicznie niewiarygodne (człowiek wyczerpany emocjonalnie nie zachowuje się w ten sposób).

Przejdziesz przez nasz system ochronny, jak wirus komputerowy.

Oj, na komputerach się nie znasz.

 postawiony przez was system zabezpieczeń?

Żargonowe.

 

Przegadane, miejscami purpurowe. Psychologicznie nie przekonało mnie, ani specjalnie nie ruszyło (ale ja zimne babsko jestem). Masz kłopoty z organizacją opisu. Wydaje mi się też, że nie bardzo się starałaś, budując ten świat – wszelki opór tworzywa, zasady, którymi powinnaś się ograniczyć, są gliną w Twoim ręku. To źle – tak nie zbudujesz napięcia. Poza tym – nic nowego, young adult. Fabuła, gdybyś jej nie ukryła pod przegadaniem, niezgorsza, choć widzieliśmy ją już tyle razy, ile jest gwiazd na niebie. Da się z tego coś zrobić, ale musisz solidnie przysiąść fałdów, zbudować sobie rusztowanie.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Nowa Fantastyka