- Opowiadanie: Kom1110 - Czarna tarcza, czarna łza

Czarna tarcza, czarna łza

Moje drugie opowiadanie w życiu, a także pierwsze w autorskim uniwersum Samotnego Kontynentu. Zdaję sobie sprawę że trochę edgy, ale cóż, lubię takie klimaty. Z góry dziękuje za poświęcony czas.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Czarna tarcza, czarna łza

Nadanari, zwący się Bertht zapatrzył się trochę w nowo wydobyty magiczny kryształ ryderytu. Długo studiował chropowatą fakturę, rombowy kształt, oraz szmaragdowy połysk. Piękny, jakby kompletnie nie pasujący do brudu tego miejsca. Nie z tego świata.

Nie mógł jednak pozwolić sobie na takie na frywolne fantazje. W nagrodę plecy przeorał mu bat nadzorcy.

– Do pracy! Nie gapić się! – krzyknął wściekle człowiek, po czym dodał ze słodką wściekłością – Bezduszniku.

Bertht zacisnął ostro zęby i starał się nie myśleć o bólu. Jego szare jak popiół ciało prędko się podniosło, a magiczne żyły w barwie wściekłego wulkanu zaczęły lekko pulsować. Rzucił od niechcenia kryształ na zbiorczą kupkę i łypnął na strażnika. Dom wariatów, sami w gorącej wodzie kąpani, pomyślał.

– Przestań się gapić i wracaj do roboty! No już! – Strażnik szykował bicz do kolejnego uderzenia, lecz wtedy Nadanari posłusznie pokiwał głową i wrócił do wykopów. Zasrani Ludzie Światłości, psia krew, myślał. To ja im wszystkim chętnie wypruł bym bebechy.

Maleńka, czarna jak smoła kropelka popłynęła po jego licu. Skapnęła z podbródka na jego brązowe, brudne i podziurawione ubranie.

Bezdusznicy. Jeżeli posiadanie duszy oznacza być takim jak oni, to może faktycznie wolałbym jej nie mieć, pomyślał. Zacisnął mocniej dłonie na rękojeści kilofa. Zerknął w prawo. Obok niego pracował Tfutru’Hai. Jedyny prawdziwy przyjaciel w niewoli.

Elf.

Nieczłowiek.

Dla Imperium Wiecznego Światła to wystarczający powód, aby był katowany i wykorzystywany do ostatniego wydanego tchu. I tak miał szczęście. Wiele ras kończy tutaj na stosie.

Żal ściskał bardziej, niż ból na plecach, gdy przyglądał się posturze elfa. Wychudzony jak zapałka, tak, że przez te zniszczone i stargane ubranie można było zauważyć kości wybijające się ponad skórę. Ramiona drżące, jakby zaraz po następnym uderzeniu w skałę trzymany kilof wyleciałby z rąk. Ciężko tylko powiedzieć, czy upadłby po prostu na podłogę, czy może pofrunął w głowę któregoś ze strażników. Lecz pomimo tego wszystkiego, wydawać się mogło, w spojrzeniu, w którym elf posłał do Berthta tliła się iskra nadziei i determinacji.

Bertht zrozumiał.

Dzisiaj w nocy czeka ich spotkanie.

 

*

 

Nadanari bez problemu dotarł na miejsce. Była to jaskinia, a ściślej rzec biorąc  kopalnia, opuszczona prawdopodobnie przez wyczerpanie się surowca. O tej porze wartownicy niezbyt często chodzili po obozie. Część zajmowała się głównie patrolowaniem przejść, zaś reszta olewała sprawę ucinając sobie drzemkę. Szczęśliwie w północno-wschodnich prowincjach nie ma takiej dyscypliny jak w reszcie Imperium. Wynikało to przede wszystkim z faktu iż z graniczącym w pobliżu Królestwem Bontai nie groziło wybuchnięcie wojny, a stosunki dyplomatyczne były o dziwo spokojne. Jak na razie oczywiście.

Kiedy Bertht wszedł do jaskini nie ujrzał ogniska, tak jak mógł się tego odruchowo spodziewać. No tak, lepiej dmuchać na zimne, a nuż jakiś strażnik mógłby jednak odbyć regulaminowy patrol i zauważyć podejrzane światło. W takim wypadku Bertht po prostu wziął jeden z kamieni leżących nieopodal i postukał nim słyszalnie kilka razy o ścianę jaskini. Po kilku sekundach z głębi usłyszał podobny dźwięk.

Są.

W miarę jak wchodził w paszcze ciemności jego gałki oczne powoli przyzwyczajały się do niej, i zaczęły dostrzegać pewne zarysy. Minęła krótka chwila, nim Nadanari w końcu natrafił na sylwetki trzech istot. Byli to Tfutru’Hai siedzący na kamieniu oraz dwóch wyprostowanych ludzi. Bertht odruchowo się na ten widok wzdrygnął, tak samo jak bite dziecko chowa się w strachu przed lecącą piłką.

– To Nadanari o którym wam mówiłem – głos elfa nagle rozbrzmiał w jaskini. – Bertht.

Jedna z ciemnych sylwetek odchrząknęła i zbliżyła się nieznacznie do przybysza.

– Witaj Bertht. Jestem się Turn, a moja towarzyszka zwie się Dindel. Jesteśmy Ciemnymi Obrońcami, jak pewnie się domyślasz.

Na twarzy Nadanari ukazało się wielkie zdumienie, zszokowanie, a następnie, szczęście, którego jednak nie w sposób było zauważyć. Co najważniejsze, jego serce było przepełnione nieugiętą nadzieją.

– Uwolnicie nas? Tak?

– Ehm… Tak – odpowiedział jakby ponuro Obrońca.

Rozległa się nieprzenikniona i krępująca cisza. Bertht stał jak wyryty, postanowił jednak z wielkim trudem wydukać jakieś słowa.

– Tak po prostu?

– Tak. Czekaliśmy tutaj tylko na ciebie, teraz możemy wyruszać.

– Myślicie że moglibyśmy wziąć ze sobą jeszcze ko…

– Nie – tym razem odezwała się posępnie Dindel. – To nie jest tak że ot, po prostu wyprowadzimy wszystkich nieludzi i uwolnimy spod jarzma Imperium żeby mogli wieść normalne życie. Nie. Nie masz pojęcia jakich przygotowań, trudu, ile czasu i ludzi potrzeba, żeby w miarę bezpieczne wyciągnąć tylko waszą dwójkę. Tak, jesteśmy Ciemnymi Obrońcami, i naszym celem jest uwolnienie jak największej ilości nieludzi spod jarzma Syna Światłości i sprowadzenie ich do Bontai, lub innych bezpiecznych przystani. Lecz jest to cholernie trudne i niebezpieczne. Imperium już od dawna o nas wie, a wszyscy którzy pomagają nieludziom są traktowani jak heretycy, i kończą niemal tak samo, lub nawet gorzej niż inne rasy. Wręcz dziwne, że ten obóz nie został dodatkowo zabezpieczony. Chyba zbyt długo tu nie byliśmy – wydała cichy pomruk, a na jej twarzy z pewnością musiał namalować się uśmiech.

– Już już, pewnie zrozumieli – zaśmiał się lekko Turn – wybaczcie, Dindel naprawdę łatwo się rozkręca. Poza tym, myślę że powoli czas kończyć z pogaduchami i wziąć się w drogę, co?

Wszyscy się zgodzili. Obrońcy złapali ich za rękę, Dindel Tfutru’Hai, Turn mnie, i zaprowadzili w głąb jaskini. Zmierzanie w nieprzepastny mrok wydawał się naprawdę przerażający, czasem wręcz odrywający od zmysłów, lecz jeżeli za tym czeka nas wolność, to nie ma odwrotu, pomyślał Bertht.

– Kilka lat temu wykopaliśmy pod tą jaskinią tajne przejście, które wprost prowadzi do lasu oddalonego kilka mil od Astordos. Idąc w cieniu liści i drzew raczej bez problemu dotrzemy za rzekę.

– Czyli wyprowadzaliście już niewolników z tego obozu kilka razy? – zapytał  Tfutru’Hai Turna.

– Tak, zrobiliśmy tutaj parę akcji, lecz ostatnia… Cóż, straciliśmy w niej kilku naszych, a potem wszystko się posypało, więc postanowiliśmy dać sobie spokój z tą okolicą na jakiś czas – Turn słyszalnie posmutniał, lecz jego ton zaraz odzyskał swoją werwę. – Jestem niezmiernie zdziwiony i szczęśliwy z faktu, że Imperialni wojacy to tacy ślepcy, że do tej pory nie odkryli tego przejścia, chociaż czasem się tutaj zapuszczają. Mam teorię – zaśmiał sam do siebie – że śmiertelnie wierzą, iż w tej jaskini straszy i dlatego zwykle obchodzą go szerokim łukiem.

Nagle stanęli. Turn powstrzymał zbiegów chwytając ich za ręce, zaś Dindel podeszła trochę do przodu. Rozległ się trzaskający odgłos i oczom wszystkim ukazało się światło pochodni. Po takim czasie chodzenia w kompletnym mroku oczy bolały jak diabli. Zaraz obok pochodni znajdowały się zakamuflowane drzwi, wyglądające jakby były częścią ściany jaskini, lecz w świetle można było dostrzec ich kształt. Dindel pchnęła je, przez co rozległo się ciche szuranie, po czym przeszli na drugą stronę, gdzie zaczynało powoli widnieć. Wtedy to Bertht wreszcie mógł przyjrzeć się jako tako Czarnym Obrońcom.

Turn był rosłym mężczyzną z brązowymi włosami i niekrótką brodą. Na jego twarzy wyraźnie było widać blizny, ale przede wszystkim determinację i stanowczość. No, i może nutkę zmęczenia. Dindel, niewiele niższa od niego, swoje długie czarne włosy miała spięte w jeden niesforny warkocz. Jednak najbardziej w oko mógł wpaść w fakt… że nie miała oka. Na miejscu lewego oczodołu znajdowała się czarna opaska, lecz bez trudu można było się domyśleć, że raczej nie jest na ozdobę. Obaj mieli na sobie długie, czarne płaszcze, tarcze w tym samym kolorze zawieszone na plecach, i kaftany, zaś uzbrojeni byli w jednoręczne miecze przy boku.

– Ruszamy, nie ma czasu do stracenia. W każdej chwili mogą zauważyć wasz brak i rozpocząć poszukiwania.

 

*

 

Mniej niż dzień drogi dzielił Berthta od wolności. Bontai. Fakt, również tam będzie wyszydzany oraz wytykany palcami, ale przynajmniej nie będzie katowany w obozie i będzie mógł prowadzić w miarę normalne życie. Niestety, będąc Nadanari nie ma się łatwego żywota w całej Ertanii. Jedynie w ich ojcowiźnie mogą się czuć swobodnie. Wszędzie indziej spogląda się na nich krzywo przez to, jak obco wyglądają na tle wszystkich ras. No i dlatego że nie mają duszy. Ponoć.

Nagle głos Turna wyrwał go z rozmyślań.

– Hej, żyjesz? Spokojnie, wiem że się denerwujesz, ale jeszcze trochę, wytrzymasz – uśmiechnął się łagodnie i wyjął pięknie pachnący kawałek mięsa z ogniska. – Słuchaj, em, mam pewne pytanie, być może trochę dla ciebie krępujące… – złapał się za głowę z lekkim wstydem na twarzy, to był dziwny widok. Jakby starając się zakryć ten fakt, natychmiast zabrał się do pałaszowania posiłku. Pyszne mięso, Bertht sam przed chwilą zjadł wiele kawałów płacząc ze szczęścia. Nie miał czegoś takiego w ustach od co najmniej dziesięciu lat. Przestał jeść dopiero w momencie kiedy rozbolał go brzuch.

– Spokojnie, jeśli chcesz wiedzieć coś co mam w głowie, to spokojnie ci odpowiem.

– Generalnie to nie zdarza się Obrońcom, a nam w ogóle, eskortować Nadanari. Elfy, Bykoirdy, czasem nawet krasnoludy owszem. Ale takich jak Ty nigdy.

Bertht już doskonale zdawał sobie sprawę z tego, o co zapyta.

Turn wziął głęboki wdech i zapytał ostrożnie:

– Jak to jest z tą duszą u was? Wszędzie gadają że Nadanari jej nie mają, a samych zainteresowanych nie chcą słuchać. Powiedz mi, jeśli ci to odpowiada oczywiście – powiedział zwięźle. Zupełnie jakby chciał wystrzelić to pytanie najszybciej jak się tylko da. Wyraźnie go to kłopotało, ale ciekawość zatriumfowała.

Bertht wzdychnął, ale uśmiechnął się szybko. Jego jasnoczerwone żyły idące w poprzek całego ciała śmiało zapulsowały.

Twierdzenie jakoby Nadanari nie miały duszy było bardzo stare, a przynajmniej tak stare jak Puści. Mroczna, niepowstrzymana plaga istot, zjadających dusze. Wyrywają innym narodom istotę za istotą, miasto za miastem. Strach przed nimi rośnie na całym kontynencie.

Wyjątkiem byli Nadanari. Były to jedyne istoty których dusze nie były pożerane przez Pustych. Fakt, ciągle zdarzały się wojny pomiędzy tymi rasami, lecz nigdy nie zdarzyło się, aby ich dusze została skonsumowane. Oczywiście rozniosło to pewną teorię na całą Ertanię. Skoro nie mogą oni zjeść, lub wyczuć duszy u Nadanari, to nie mogą jej mieć. Zupełnie jak jakieś potwory czy demony.

– Wielu z moich ziomków za takie pytanie pewnie wyrządziło by sporą krzywdę. Albo prędzej śmiertelnie się obrazili. Ja po tej mojej wspaniałej przygodzie mam takie tematy tabu gdzieś. Powiem ci szczerze, nie wiem. Nie mam pojęcia czy mamy jakąkolwiek duszę, czy też nie. Dusza to pierwiastek egzystencji, a mój lud wierzy, że u nas tym pierwiastkiem jest czysta, pierwotna magia.

– Czyli gdyby to była prawda, oznaczałoby to że w istocie, nie macie duszy samej w sobie, ale za to macie coś innego, co spełnia jej funkcję. Hmm – zastanowił się przez chwilę Turn, drapiąc się zawzięcie po brodzie. – Czyli w pewnym sensie też macie, tylko jest trochę inna, no wiesz…

– Na tyle inna, by nie smakowała Pustym – Bertht się zaśmiał.

Potem w śmiechu dołączył do niego Turn, oraz Dindel, która najwyraźniej nie spała.

Wszystko przerwał świst strzał, wbijających się w drzewa. Biegną tu. Dindel wraz z wyrwanym ze snu Tfutru’Hai dokonali nagłego zrywu. Kilka sekund na zabranie najważniejszego ekwipunku. Broni oraz tarcz. Po tym cała czwórka rzuciła się do szalonego biegu. Prowadził ich Turn, który biegł w kierunku rzeki Vin, granicy.

Po kilku chwilach na niebie zaczynało widnieć.

 

*

 

Bertht czuł, że niedługo jego nogi nie wytrzymają i po prostu odpadną. Cała czwórka biegła ile sił w nogach, byle nie dorwała ich Imperialna straż, szyjąca do nich z łuków i kusz. Było ich zdecydowanie za dużo, by zdecydować się na obronę. Lepiej było po prostu uciekać.

Strach znowu zajrzał w jego oczy.

A strzała niemal zajrzała w jego ucho. Niemal, bo przeleciała tuż obok i wbiła się w pobliski pień. Tak bardzo zaskoczyło to Berthta, że niemal potknął się o jedną z wystających gałęzi. Mało brakowało, a byłoby już po nim.

Mieli szczęście w tym, że znajdowali się w lesie. Utrudniało to żołnierzom trafienie i dopadnięcie uciekinierów, zaś Tfutru’Hai czuł się jak ryba w wodzie, i umykał dużo lepiej niż pozostali. Raz kątem oka Nadanari spostrzegł, jak elf zjeżdża po długiej gałęzi, zostawiając w tyle strzały. Jednakże tu był też problem. O ile on i Obrońcy biegli w takim szyku, iż byli w swoim zasięgu wzrokowym i wiedzieli gdzie zmierzać, to w pewnym momencie Bertht wśród gęstwiny drzew nie mógł spostrzec sylwetki elfa. Zgubił się, lub odłączył się od reszty by rozproszyć poszukiwania.

Albo ich porzucił.

Jednak w umyśle Brethta nie miało to w obecnej chwili dużego znaczenia. Była jedynie ucieczka. Jego ciało zaczęło już wykraczać poza swoje ograniczenia. W każdej chwili nogi mogłyby mu odmówić posłuszeństwa, a to oznaczałoby koniec.

Kompletnie nie zwrócił uwagi na to, że gnał w stronę doliny, do której prowadził dosyć duży spad, zakończony ogromnym kamulcem. Kiedy tylko się zorientował, a na zatrzymanie nie było już czasu, po prostu skoczył modląc się o to, żeby się nie zabić. Wylądował i przeturlał się boleśnie, ale przeżył. Prędko wstał, i zauważył że tuż przednim znajduje się bardzo szeroka i szumiąca rzeka. Musi to być Vin, za nią znajdują się już tereny Królestwa Bontai, pomyślał Nadanari. Tak niewiele do końca, jeszcze trochę!

 Zaczął szaleńczy bieg w kierunku rzeki, lecz nagle strzała trafiła w jego lewą rękę. Żyły zaczęły pulsować, jakby miały zaraz wybuchnąć, a Nadadani zasyczał ostro. Fioletowa krew oblała jego szarą skórę. Usłyszał świst kolejnej strzały, wiedział że nie da rady już go uniknąć i po prostu zacisnął zęby. Usłyszał trzask, lecz brzmiał on jakby coś trafiło mocno w drewno. Obejrzał się prędko, strzała trafiła w tarczę Dindel, która pojawiła się jakby wyrosła z ziemi. Jeszcze kilku żołnierzy próbowało strzelać, lecz Obrończyni nieustępliwie utrzymywała tarczę, zbierającą coraz więcej bełtów. W końcu amunicja im się skończyła, lecz nie odpuścili. Zaczęli powoli schodzić z wielkiego kamienia na dół.

– Szybko! – pchnęła Brethta tak, że ten prawie upadł. Już nie dawał rady. Mięśnie odmawiały posłuszeństwa, brak tchu palił płuca, a lewa ręka krwawiła i bolała jak diabli.

– Chodź, tędy! – chwycił go mocno za rękę Turn, który najwyraźniej przez chwilę trzymał się z tyłu schodząc ze spadu, lub zatrzymując żołnierzy. W każdym razie miał widoczną ranę na barku.

Wszyscy pędem rzucili się do rzeki, Bertht poczuł naglę gigantyczny przypływ adrenaliny i pomknął do przodu, skoczył do rzeki i zaczął ją przepływać. Wyczerpując się do ostatniego cna płynął jak najszybciej, zwolnił nieco w połowie i na dosłownie moment odwrócił wzrok. Czarni Obrońcy stali na progu rzeki, po kostki w wodzie, i dzielnie odpierali w dwójkę atak około tuzina Imperialnych. Pomimo tego, że walczyli zaciekle i dzielnie, a nawet udało im się powalić już trójkę, to jednak nie byli w stanie przeżyć takiego zmasowanego ataku.

Bertht zamknął oczy i po prostu płynął dalej. W końcu po chwili która minęła nie wiadomo kiedy, poczuł jak jego dłonie zatapiają się w miękkim piasku. Otworzył oczy. Ujrzał przed sobą ląd, drugi brzeg, nad którym promieniście rozlewało się słońce. Udało mu się. Był już w królestwie Bontai, bezpieczny. Nie pomyślał o tym z początku w ogóle, lecz rozejrzał się za siebie. Tamta strona rzeki zaczęła powoli barwić się czerwienią. Trochę dalej zauważył dwie ogromne, unoszące się na nurcie rzeki, czarne tarcze. Bertht chciał uronić łzę i jakoś zdać sobie sprawę z ich ofiary, lecz nie miał na to czasu, musiał jak najszybciej znaleźć się daleko od granicy. Pobiegł przed siebie, a czarne łzy zaczęły same z siebie spływać po jego policzkach.

Płakał, było mu ich żal. Oddali za niego życie. Mógłby do nich wrócić, do ciał, zapewnić im przynajmniej godny pochówek, lecz wiedział, że w ten sposób bardzo  by ryzykował. A Bertht pomimo smutku postanowił nie marnować poświęcenia, za które Ciemni Obrońcy kupili mu wolność.

Czarne tarcze, za swobodnie płynące czarne łzy. 

Koniec

Komentarze

Cześć, Kom

Z tego co widzę, to jest twój debiut na stronie! Gratuluję i mam nadzieję, że zostaniesz na dłużej. A teraz się nie zraź, ale trochę będę zrzędził i się czepiał. Oczywiście nie musisz zgadzać się z moimi opiniami. Jeżeli czujesz się tak jak ja po wstawieniu pierwszego opowiadania, to proszę, nie stresuj się aż tak ;)

 

Nadanari, zwący się Bertht zapatrzył się trochę w nowo wydobyty magiczny kryształ ryderytu.

Nie wiem jak można się “trochę” zapatrzyć. Albo się zapatrujesz albo nie. 

– Do pracy! Nie gapić się! – krzyknął wściekle człowiek, po czym dodał ze słodką wściekłością – Bezduszniku.

Bertht zacisnął ostro zęby i starał się nie myśleć o bólu. Jego szare jak popiół ciało prędko się podniosło, a magiczne żyły w barwie wściekłego wulkanu zaczęły lekko pulsować.

Dużo tych wściekłości, a jakże! Jeszcze w kilku smakach są nawet słodkie. Chyba potrafię sobie wyobrazić co chciałeś przekazać, ale powtórzenia są be, więc przydało by się coś zmienić. A

A i nie wiem jak może zacisnąć ostro zęby. Słyszałem o mocno. Ewentualnie, nie ostro zęby, tylko ostre zęby.

Żal ściskał bardziej, niż ból na plecach, gdy przyglądał się posturze elfa.

Tutaj nie wiadomo co ściskał. 

Ramiona drżące, jakby zaraz po następnym uderzeniu w skałę trzymany kilof wyleciałby z rąk. Ciężko tylko powiedzieć, czy upadłby po prostu na podłogę, czy może pofrunął w głowę któregoś ze strażników.

Rozumiem intencje, ale ciężko mi sobie wyobrazić jak nieutrzymany w ręku kilof miałby pofrunąć w głowę i to jeszcze po uderzeniu w skałę. 

Nadanari bez problemu dotarł na miejsce. Była to jaskinia, a ściślej rzec biorąc  kopalnia, opuszczona prawdopodobnie przez wyczerpanie się surowca.

To zdanie niby jest poprawne, ale coś świszczy mi w głowie przy każdym przeczytaniu. Nie podoba mi się “przez wyczerpanie”, może lepiej by było “z powodu wyczerpania surowca”? 

Kiedy Bertht wszedł do jaskini nie ujrzał ogniska, tak jak mógł się tego odruchowo spodziewać.

Mimo, że to źle strzeżony obóz, “ognisko, którego mógł się spodziewać” strasznie mnie oboli. Nie wiem jak głęboko się schowali, ale w nocy łuna powinna być widoczna nawet jeśli rozpalili je bardzo głęboko. Zresztą skądś musi ulatywać dym. 

To nie jest tak że ot, po prostu wyprowadzimy wszystkich nieludzi i uwolnimy spod jarzma Imperium[ , ] żeby mogli wieść normalne życie.

– Nie – tym razem odezwała się posępnie Dindel. – To nie jest tak że(…)

W tym monologu jest straszy infodump. Rozumiem, że musiałeś jakoś zarysować kim są Ciemni obrońcy, ale to nie jest najlepszy sposób. Skoro Nadanari wiedział kim są, to duża część wypowiedzi była niepotrzebna. Zamiast wciskać wszystko w monolog, mógłbyś na przykład część informacji ogólnikowych, które znał też bohater wcisnąć w jego przemyślenia, opis zaskoczenia czy coś podobnego. Nie będzie wtedy idealnie, ale na pewno lepiej. To tylko moja sugestia. 

Zmierzanie w nieprzepastny mrok wydawał się naprawdę przerażający, czasem wręcz odrywający od zmysłów, lecz jeżeli za tym czeka nas wolność, to nie ma odwrotu, pomyślał Bertht.

Tutaj literówka przy odmianie na początku. To za tym też mi bardzo nie gra. Generalnie w tym zdaniu ciężko jest się zorientować. Może by je tak trochę zmienić. Moja propozycja: “Zmierzanie w nieprzepastny mrok, wydawało się naprawę przerażające, czasem wręcz odrywało od zmysłów, lecz jeśli po drugiej stronie czeka na nas wolność, to nie ma odwrotu, pomyślał Bertht.” Nie jest super, ale chyba brzmi trochę lepiej. 

Jestem niezmiernie zdziwiony i szczęśliwy z faktu, że Imperialni wojacy to tacy ślepcy, że do tej pory nie odkryli tego przejścia, chociaż czasem się tutaj zapuszczają.

Też jestem niezmiernie zdziwiony. To naprawdę musi być straszne zadupie, że po kilku ucieczkach przełożeni nie kazali przeszukać terenu kawałek po kawału, a strażnicy są tak przesądni. (Brzmię jak straszna zrzęda, no ale jakoś mi to nie pasuje… :p) 

Jednak najbardziej w oko mógł wpaść w fakt… że nie miała oka.

Podoba mi się ta gra słów. Rozbawiło. 

No i dlatego że nie mają duszy.

Tego nie jestem tak pewien, ale chyba bardziej pasuje “dusz” skoro ciągle piszesz w liczbie mnogiej. 

Utrudniało to żołnierzom trafienie i dopadnięcie uciekinierów, zaś Tfutru’Hai czuł się jak ryba w wodzie, i umykał dużo lepiej niż pozostali.

Rozumiem, że był w końcu na wolności i ją chłonął, ale w pierwszej części piszesz, że niemal umierał z przemęczenia. Trochę szybki powrót do sprawności fizycznej. Nie wiem jak to działa w świecie Samotnego Kontynentu, ale jeśli elfom wracają siły szybciej, to musisz o tym wspomnieć w tekście… właśnie po to, żeby takie marudy jak w tym momencie ja się nie czepiały. 

Dużo błędów bardzo utrudniało czytanie. Twój sposób opisu kojarzy mi się z sinusoidą. Niektóre muszę czytać po kilka razy, bo za Chiny ludowe nie mogę ich zrozumieć, natomiast inne bardzo mi się podobają (niestety nie występują często). 

Tekst też bez specjalnych emocji i klimatu, ponieważ początek bardziej kojarzył się z zebraniem niesamowicie rozweselonych znajomych, ciągłe śmiechy sporo psuły. Nie czułem tej ucieczki, tego stresu, bardziej przywodziło na myśl wycieczkę, która tragicznie się kończy.

Głównie kuleje u Ciebie warsztat (sam nie mam najlepszego, hehe), ale to każdy może wypracować, błędów z czasem też będzie coraz mniej. Postacie, mimo że krótko prowadzone, nie wydają się bardzo płaskie. Szczególnie główny bohater, byłbym w stanie śledzić go przez dłuższą historię. 

A świat podoba mi się bardzo. Bardzo, bardzo. Niewiele się o nim dowiedziałem, ale Puści i Nadanari z magią zamiast duszy… rewelacja! Moim zdaniem Samotny Kontynent jako uniwersum ma ogromny potencjał i szkoda by było go zmarnować.

Finalnie opowiadanie nie zostanie w głowie na dłużej, ale uważam je jako dobre wprowadzenie do historii bohatera. Jakiś epizod z przeszłości, warunkujący pewną sferę jego postrzegania. Moim zdaniem jest naprawdę nieźle jak na pierwsze opowiadanie.

Pozdrawiam! 

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Dostrzegam tu niezły pomysł na ciekawy świat i bohaterów, innych od dotychczas mi znanych, ale cóż z tego, skoro zamordowałeś go wykonaniem. Przykro mi to pisać, ale miejscami trafiają się zdania, które musiałam czytać po wielokroć, usiłując dociec, co miałeś nadzieję w nich powiedzieć. Masa błędów i usterek, że o fatalnej interpunkcji nie wspomnę, skutecznie utrudniają lekturę.

Kom1110, nie mam zamiaru, brońcie bogowie, odwodzić Cię od prób literackich, ale sugeruję abyś może chwilowo je zawiesił, a zyskany czas przeznaczył na jak najlepsze poznanie zasad rządzących językiem polskim. I dużo, naprawdę dużo czytaj.

Mam nadzieję, że Twoje przyszłe opowiadania będą ciekawe i znacznie lepiej napisane. Mam też wrażenie, że może zainteresować Cię ten wątek: http://www.fantastyka.pl/loza/17

 

Nada­na­ri, zwący się Ber­tht za­pa­trzył się tro­chę… –> A może: Nada­na­ri, zwany Ber­tht, za­pa­trzył się

 

Nie mógł jed­nak po­zwo­lić sobie na takie na fry­wol­ne fan­ta­zje. –> Dwa grzybki w barszczyku.

Co frywolnego było w fantazjach?

 

po czym dodał ze słod­ką wście­kło­ścią… –> Czym przejawia się słodkość wściekłości?

 

Ber­tht za­ci­snął ostro zęby… –> Na czy polega ostrość zaciskania zębów?

 

ma­gicz­ne żyły w bar­wie wście­kłe­go wul­ka­nu… –> Jaka barwę ma wściekły wulkan?

 

Dom wa­ria­tów, sami w go­rą­cej wo­dzie ką­pa­ni, po­my­ślał. –> Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać myśli: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

Za­sra­ni Lu­dzie Świa­tło­ści, psia krew, my­ślał. –> Za­sra­ni Lu­dzie Świa­tło­ści, psiakrew – my­ślał.

 

To ja im wszyst­kim chęt­nie wy­pruł bym be­be­chy. –> To ja im wszyst­kim chęt­nie wy­prułbym be­be­chy.

 

po­pły­nę­ła po jego licu. Skap­nę­ła z pod­bród­ka na jego brą­zo­we… –> Czy oba zaimki są konieczne?

Miejscami nadużywasz zaimków.

 

przez te znisz­czo­ne i star­ga­ne ubra­nie… –> …przez to znisz­czo­ne i star­ga­ne ubra­nie

 

można było za­uwa­żyć kości wy­bi­ja­ją­ce się ponad skórę. –> Mam wrażenie, że ponad skórę mogłyby wybić się złamane kości.

Proponuję: …można było za­uwa­żyć kości sterczące pod skórą.

 

Ra­mio­na drżą­ce, jakby zaraz po na­stęp­nym ude­rze­niu w skałę trzy­ma­ny kilof wy­le­ciał­by z rąk. –> Pewnie miało być: Ra­mio­na drżały, jakby zaraz po na­stęp­nym ude­rze­niu w skałę, trzy­ma­ny kilof miał wylecieć z dłoni.

 

Cięż­ko tylko po­wie­dzieć, czy upadł­by po pro­stu na pod­ło­gę… –> Trudno tylko po­wie­dzieć, czy upadł­by po pro­stu na ziemię/ podłoże

Nie wydaje mi się, aby w kopalni była podłoga.

 

wy­da­wać się mogło, w spoj­rze­niu, w któ­rym elf po­słał do Ber­th­ta tliła się iskra na­dziei i de­ter­mi­na­cji. –> Raczej: …wy­da­wać się mogło, że w spoj­rze­niu, któ­re elf po­słał Ber­th­towi, tliła się iskra na­dziei i de­ter­mi­na­cji.

 

ko­pal­nia, opusz­czo­na praw­do­po­dob­nie przez wy­czer­pa­nie się su­row­ca. –> Czy dobrze rozumiem, że wyczerpany surowiec opuścił kopalnię?

Proponuję: …ko­pal­nia, opusz­czo­na praw­do­po­dob­nie po wy­czer­pa­niu się su­row­ca/ złoża.

 

tak jak mógł się tego od­ru­cho­wo spo­dzie­wać. –> Co to znaczy spodziewać się odruchowo?

 

Po kilku se­kun­dach z głębi usły­szał po­dob­ny dźwięk. –> Skąd w Twoim świecie wiadomo, co to sekundy?

 

W miarę jak wcho­dził w pasz­cze ciem­no­ści jego gałki oczne po­wo­li przy­zwy­cza­ja­ły się do niej, i za­czę­ły do­strze­gać pewne za­ry­sy. –> To wzrok przyzwyczaja się do ciemności, nie gałki oczne.

Proponuję: W miarę jak wcho­dził w głąb jaskini, jego wzrok po­wo­li przy­zwy­cza­ja­ł się do ciemności i po chwili za­czął do­strze­gać pewne za­ry­sy.

 

Ber­tht od­ru­cho­wo się na ten widok wzdry­gnął… –> Ber­tht od­ru­cho­wo wzdrygnął się na ten widok

Dlaczego ten widok spowodował wzdrygnięcie?

 

tak samo jak bite dziec­ko chowa się w stra­chu przed le­cą­cą piłką. –> Czy dobrze rozumiem, że ktoś bił dziecko piłką? Nie bardzo umiem sobie wyobrazić, jak to się mogło odbywać…

 

– Witaj Ber­tht. Je­stem się Turn… –> Pewnie miało być: – Witaj, Ber­tht. Je­stem Turn… Lub: – Witaj, Ber­tht. Nazywam się Turn

 

któ­re­go jed­nak nie w spo­sób było za­uwa­żyć. –> Literówka.

 

Roz­le­gła się nie­prze­nik­nio­na i krę­pu­ją­ca cisza. –> Za­le­gła nie­prze­nik­nio­na i krę­pu­ją­ca cisza.

Za SJP PWN: rozlegać się 1. «dać się słyszeć 2. «o miejscach: być pełnym hałasu, huku»

 

czas koń­czyć z po­ga­du­cha­mi i wziąć się w drogę, co? –> …czas koń­czyć z po­ga­du­cha­mi i ruszyć w drogę, co?

 

Obroń­cy zła­pa­li ich za rękę, Din­del Tfu­tru’Hai, Turn mnie… –> Obroń­cy zła­pa­li nas za ręce, Din­del Tfu­tru’Hai, Turn mnie

 

Zmie­rza­nie w nie­prze­past­ny mrok wy­da­wał się na­praw­dę prze­ra­ża­ją­cy, cza­sem wręcz od­ry­wa­ją­cy od zmy­słów… –> Zmie­rza­nie w ­prze­past­ny mrok wy­da­wało się na­praw­dę prze­ra­ża­ją­ce, cza­sem wręcz porażało zmy­sły

 

Mam teo­rię – za­śmiał sam do sie­bie – że śmier­tel­nie wie­rzą, iż w tej ja­ski­ni stra­szy… –> Mam teo­rię – za­śmiał się sam do sie­bie – że głęboko wie­rzą, iż w tej ja­ski­ni stra­szy

 

oczom wszyst­kim uka­za­ło się świa­tło po­chod­ni. Po takim cza­sie cho­dze­nia w kom­plet­nym mroku oczy bo­la­ły jak dia­bli. Zaraz obok po­chod­ni znaj­do­wa­ły się za­ka­mu­flo­wa­ne drzwi, wy­glą­da­ją­ce jakby były czę­ścią ścia­ny ja­ski­ni, lecz w świe­tle… –> Powtórzenia.

 

Din­del pchnę­ła je, przez co roz­le­gło się ciche szu­ra­nie… –> Czy to znaczy, że szuranie rozległo się przez pchnięcie?

Proponuję: Din­del pchnę­ła je, a wtedy roz­le­gło się ciche szu­ra­nie

 

z brą­zo­wy­mi wło­sa­mi i nie­krót­ką brodą. –> Czy nie prościej byłoby napisać: …z brą­zo­wy­mi wło­sa­mi i długą brodą.

 

Din­del, nie­wie­le niż­sza od niego, swoje dłu­gie czar­ne włosy miała spię­tejeden nie­sfor­ny war­kocz. –> Zbędny zaimek – czy mogła coś robić z cudzymi włosami?

Warkocza nie spina się, warkocz się splata. Na czym polega niesforność warkocza?

Proponuję: Din­del, nie­wie­le niż­sza od niego, miała dłu­gie czar­ne włosy splecione w war­kocz.

 

że ra­czej nie jest na ozdo­bę. –> …że ra­czej nie jest ozdo­bą.

 

Obaj mieli na sobie dłu­gie, czar­ne płasz­cze… –> Obaj to dwóch mężczyzn, a Ty opisujesz mężczyznę i kobietę, więc: Oboje mieli na sobie dłu­gie, czar­ne płasz­cze

 

W każ­dej chwi­li mogą za­uwa­żyć wasz brak i roz­po­cząć po­szu­ki­wa­nia. –> Raczej: W każ­dej chwi­li mogą za­uwa­żyć, że was nie maroz­po­czną po­szu­ki­wa­nia.

 

Je­dy­nie w ich oj­co­wiź­nie mogą się czuć swo­bod­nie. –> Co rozumiesz pod pojęciem ojcowizna?

 

i wyjął pięk­nie pach­ną­cy ka­wa­łek mięsa z ogni­ska. –> Mięso z ogniska, powiadasz… A byłam przekonana, że mięso jest ze zwierząt.

Proponuję: …i wyjął z ogniska kawałek pięk­nie pach­ną­cego mięsa.

 

Ale ta­kich jak Ty nigdy. –> Ale ta­kich jak ty, nigdy.

Zaimki piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Zu­peł­nie jakby chciał wy­strze­lić to py­ta­nie naj­szyb­ciej jak się tylko da. –> A nie wystarczy: Zu­peł­nie jakby chciał zadać to py­ta­nie naj­szyb­ciej, jak się tylko da.

 

Ber­tht wzdych­nął, ale uśmiech­nął się szyb­ko. –> Ber­tht westchnął, ale uśmiech­nął się szyb­ko.

 

Twier­dze­nie ja­ko­by Nada­na­ri nie miały duszy… –> Twier­dze­nie, ja­ko­by Nada­na­ri nie mieli duszy

 

Fakt, cią­gle zda­rza­ły się wojny po­mię­dzy tymi ra­sa­mi, lecz nigdy nie zda­rzy­ło się… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

pew­nie wy­rzą­dzi­ło by sporą krzyw­dę. –> …pew­nie wy­rzą­dzi­łoby sporą krzyw­dę.

 

– Czyli gdyby to była praw­da, ozna­cza­ło­by to że w isto­cie, nie macie duszy samej w sobie, ale za to macie coś in­ne­go, co speł­nia jej funk­cję. Hmm – za­sta­no­wił się przez chwi­lę Turn, dra­piąc się za­wzię­cie po bro­dzie. –> – Czyli gdyby to była praw­da, ozna­cza­ło­by to, że w isto­cie nie macie duszy samej w sobie, ale za to macie coś in­ne­go, co speł­nia jej funk­cję. HmmZa­sta­no­wił się przez chwi­lę Turn, dra­piąc się za­wzię­cie po bro­dzie.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: http://www.forum.artefakty.pl/page/zapis-dialogow

 

Było ich zde­cy­do­wa­nie za dużo, by zde­cy­do­wać się na obro­nę. Le­piej było po pro­stu ucie­kać. –> Powtórzenia.

 

Strach znowu zaj­rzał w jego oczy. A strza­ła nie­mal zaj­rza­ła w jego ucho. –> Czy to celowe powtórzenie?

 

Mieli szczę­ście w tym, że znaj­do­wa­li się w lesie. –> Mieli szczę­ście, że znaj­do­wa­li się w lesie.

 

iż byli w swoim za­się­gu wzro­ko­wym… –> …iż byli w zasięgu swojego wzro­ku… Lub: …iż widzieli się nawzajem

 

Jego ciało za­czę­ło już wy­kra­czać poza swoje ogra­ni­cze­nia. –> Co to znaczy?

 

za­uwa­żył że tuż przed­nim znaj­du­je się… –> …za­uwa­żył, że tuż przed ­nim znaj­du­je się

 

Usły­szał świst ko­lej­nej strza­ły, wie­dział że nie da rady już go unik­nąć… –> Kogo?

 

Din­del, która po­ja­wi­ła się jakby wy­ro­sła z ziemi. –> …Din­del, która po­ja­wi­ła się jakby wy­ro­sła spod ziemi.

 

Ber­tht po­czuł naglę gi­gan­tycz­ny przy­pływ ad­re­na­li­ny… –> Literówka.

Skąd Bertht wie, co to adrenalina?

 

Czar­ni Obroń­cy stali na progu rzeki, po kost­ki w wo­dzie… –> Raczej: Czar­ni Obroń­cy stali na brzegu/ skraju rzeki, po kost­ki w wo­dzie

 

lecz ro­zej­rzał się za sie­bie. –> …lecz spojrzał za sie­bie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Kurczę, no niestety nie jest najlepiej. Wykonanie, delikatnie mówiąc, pozostawia wiele do życzenia, ale to już ci całkiem dobrze wytknięto. Używasz masy dziwnych, zupełnie niepoprawnych zwrotów jak “słodka wściekłość”, “niekrótka broda” czy “zaciśnięte ostro zęby”. Opowiadanie wymaga naprawdę dużo pracy, więc jak najszybciej bierz się za wprowadzanie tych poprawek. 

Do tego pozostają też kwestia światotwórcze i fabularne. Pierwsze zdanie zaczynasz od nazwy własnej zupełnie wymyślonej rasy, do tego jeszcze w tym samym zdaniu piszesz o autorskich chyba magicznych kryształach ruderytu (których więcej w zasadzie nie wspominasz). Trochę dużo obcych dla czytelnika nazw na sam początek. Rozumiem, że chciałeś uniknąć zbyt oczywistego infodumpu w kwestii rasy i dlatego starałeś się powoli dawkować informacje o niej – i to jest spoko, ale jednak trzeba spróbować zrobić to nieco zgrabniej. 

Przedstawiasz nam koszmarne, nieludzkie warunki pracy niewolników w obozie przypominającym niemal obóz koncentracyjny, ale nie bardzo to czuć. Bo taki obóz to naprawdę byłby horror. Jeśli chciałbyś przedstawić to naprawdę dobrze i realistycznie, to obawiam się, że przydałoby ci się trochę lektury prawdziwej literatury obozowej. Jeśli obozy koncentracyjne byłby dla ciebie zbyt mocne, to polecam chociaż “Króla szczurów” opowiadającego o japońskim obozie jenieckim. 

Do tego cały ten świat wydaje się być dość naiwny. Niewolnicy bez problemu chodzą sobie po nocy po obozie. Główny bohater spodziewał się ogniska w tajnym miejscu spotkań. Strażnicy, poza biczowaniem jeńców w trakcie pracy, chyba nie mają nic innego do roboty. Jakim cudem nikt nie znalazł tajnego przejścia po kilku ucieczkach (wiadomo, że zorganizowanych przez obce państwo), skoro sam piszesz, że “tajne drzwi” były zamaskowane żeby wyglądać jak kawałek ściany, ale w świetle pochodni były zupełnie wyraźnie widoczne. 

W ogóle nie do końca jestem przekonany do zasady działania tych Ciemnych Obrońców. W sensie, mając tajne przejście prowadzące prosto do obozu jenieckiego spokojnie mogliby wprowadzić tam większe siły i w nocy z zaskoczenia bez większego trudu przejąć cały obóz. Zwłaszcza biorąc pod uwagę to, jak do swojej pracy przykładają się strażnicy. Zapewne miałoby to więcej sensu niż poświęcanie dwóch doborowych żołnierzy dla życia dwóch niewolników. 

Jakim sposobem żołnierze ich dogonili? O ile nikt nie szpiegował ich i nie szedł za nimi tunelem, to w obozie ucieczkę zauważono pewnie dopiero rano. Uciekinierzy i ich obrońcy mieli więc przynajmniej kilka godzin przewagi. Ok, żołnierze mogli wiedzieć w którą stronę powinni szukać uciekinierów, skoro granica była tak blisko, ale jednak cała droga wiodła przez gęsty las. Szanse że zupełnie przypadkiem trafią w nim prosto na uciekinierów (prowadzonych przez żołnierzy dobrze znających tę trasę) jest dość niska. A jako że gęsty las, to też trudno byłoby jechać nim konno (przynajmniej szybko), więc wciąż pozostaje kwestia przewagi czasowej. 

Nie bardzo wiedziałem, jak wyobrażać sobie nadanari. Ok, szara skóra. Ale pulsujące, jasnoczerwone żyły w poprzek całego ciała? W sensie, skoro widać tak dobrze, że jasnoczerwone, to znaczy że musiały być tuż pod skórą. Ale ciemnoszara skóra tak łatwo nie pozwalałaby prześwitywać wyraźnie żyłom (żeby można było je określić jako jasnoczerwone czy też “barwy wściekłego wulkanu”). Czyli… sama skóra musiałaby być bardziej bezbarwna, za to tkanka pod nią ciemnoszara? To rodzi całkiem sporo pytań. Do tego te pulsowanie – chodzi tu o samo odczucie bohatera, czy widoczne (i bardzo dziwne) pulsowanie żył na jego ciele? I co to znaczy, że żyły były w poprzek całego ciała? Chcesz powiedzieć, że w rzeczywistości nadanari są szarzy w jasnoczerwone, poziome paski, od czubka głowy aż po stopy?

No dobra, to trochę (albo nawet sporo) ponarzekałem. To na podsumowanie wypadałoby trochę pochwalić. A chwalić przede wszystkim można tutaj światotwórstwo – nie pokazujesz zbyt wiele, raczej mały wycinek całości, ale wygląda na to, że masz całkiem ciekawy, w miarę dopracowany świat, w którym klasyczne elementy fantasy wzbogacasz własnymi pomysłami. Musielibyśmy zobaczyć go trochę więcej, żeby móc jasno ocenić, ale Samotny Kontynent wydaje się mieć potencjał. Musisz jednak jeszcze sporo popracować nad swoim pisaniem, żeby ten potencjał dobrze wykorzystać. Powodzenia!

Skoro odzewu nie uświadczysz – wskazane błędy, jakie były, takie są; ze dwa słowa podziekowań za zainteresowanie tekstem, to nawet nie wysilam się na krytykę/ocenę opowiadania. Obyś umiał wykorzystać chociaż ułamek tego, co zostało już wytknięte…

 

Pozdrawiam

Czwartkowy Dyżurny :)

 

Edit. No tak, podziękowałeś w przedmowie… ;)

Nowa Fantastyka