- Opowiadanie: Harry Willson - Lato wchodzi do miast

Lato wchodzi do miast

Jeśli mówimy o szczęściu, czym właściwie ono jest ? Skrywa się wśród materii, czy unosi ponad tysiącami zachmurzonych miast ? Jeśli szukamy odpowiedzi na pytania, to spoglądamy za horyzont, czy pod własne stopy ? Jeśli mówimy o losie, to jest on naszym sprzymierzeńcem czy może podstępnym bytem, żywiącym się nieświadomością i bólem ? 

 

 

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Lato wchodzi do miast

 Piętnaście po siedemnastej. Czas który dzielił mnie od tego momentu zdawał się być nieustającym karnawałem błędów i porażek. Nie wiem co to wszystko ma znaczyć, ale jakiś głos, jakby duch, wciąż szepcze mi do ucha abym tym razem nie zmarnowała daru, który choć z niechęcią, po raz kolejny wysyła mi los. Na plecach czuję ukryty wzrok całego świata, po skroni spływa pot nieba a ręce, ściskające małego dzierganego kota, zdają się wymykać spod kontroli świadomości. Zegarek niepostrzeżenie wysyła przez żyły komunikat do mózgu, aby wzrok powędrował na jego tarczę – JUŻ DWADZIEŚCIA PO! PIĘĆ MINUT I DALEJ NIC! PIĘĆ MINUT! – duch zaczyna się denerwować. Co jeśli nasze niecne zamiary znowu legną a głos zamilknie znowu, do momentu aż pojawi się kolejna okazja? Nie wiem już kogo słuchać, ale jeśli nie zjawi się tutaj w ciągu następnych trzech, czwarta minuta będzie czasem odejścia, powrotu do monotonnego świata zwykłych ludzi.

Obserwując starszego mężczyznę, którego twarz, jakby nieśmiała, ukrywa się za parawanem tysiąca czarnych liter, zastanawiam się czy też na kogoś czeka. Jeśli tak, to od jak dawna? Siwizna w tym przypadku nie może być wyznacznikiem czasu, ale za to odciśnięty ślad wokół palca już tak. Jeśli znam drzewo wydarzeń, pragnę poznać ich korzeń – nic się nie stanie jeśli przejdę na drugą stronę ścieżki, to zaledwie kilka metrów, a jeśli w końcu się zjawi, na pewno zauważę. Podnosząc się z ławki, jednej z tych które przyciągają swoją barwą ptasie odchody oraz margines społeczny w ciepłe letnie dni, zaczynam odczuwać niepewność – czy aby na pewno to w porządku podejść do przypadkowej osoby i zapytać ”Jak długo już czekasz na śmierć?”. ”Nie duchu, nie teraz, nie mogę popatrzeć na zegarek, uspokój się, ma jeszcze czas a ja muszę poznać odpowiedź”. Mężczyzna zaczyna rosnąć przede mną jakbym zbliżała się do podnóża tajemniczej góry, a gazeta powoli ujawnia rysy jego twarzy. Zanim przyglądnę się im w pełni, rzucam krótkie spojrzenie na największy wydrukowany nagłówek – ”Lato wchodzi do miast”.

 

 Gdyby ktoś mi powiedział że na starość wszystko zaczyna być jaśniejsze, bardziej klarowne, a obserwacje otoczenia dają więcej odpowiedzi na pytania niż rozmowy z ludźmi, nie uwierzyłabym. Przecież starość to udręka, ból, ciemnota, choroby, oddech śmierci za plecami, utrata kontaktu z rzeczywistością. Posiadając dwucyfrową liczbę z ósemką na początku na swoim osobistym koncie, nie możesz być w stanie zrozumieć młodego pokolenia. Ich zwyczaje, slogany, zachowanie, to wszystko buduje przepaść między nimi a tobą, przepaść której ani jedna ani druga strona nie jest w stanie przeskoczyć. Nie uwierzyłabym… Do momentu aż uśmiech staruszka powitał mnie ciepłem, zachęcając jednocześnie do zajęcia miejsca obok niego.

 

 

 Pamiętam dobrze każdy moment, kiedy musiałam ukrywać zapłakaną twarz w rękach, jakby jedynie ich ciepło mogło zatamować strumienie gorzkich łez, płynących z moich jasnoniebieskich oczu. Los, mój dobry przyjaciel, choć mam co do tego pewne wątpliwości, a na pewno co do jego zamiarów, często próbował naprowadzić mnie wraz z życiem na drogę, która usłana baśniowymi płatkami, pochodzącymi z krzewów wydarzeń, miała w końcu doprowadzić do załatania dziury w egzystencjalnej części czegoś, co nazywamy potocznie sercem. Niezależnie ile razy pojawiała się nowa ścieżka, zawsze już na samym jej początku musiałam wdepnąć w psie odchody, skręcić kostkę czy zostać obryzganą przez ścianę brudnej wody, zbierającej się przy krawędziach dróg, wyrzuconej w moją stronę za pośrednictwem złych kół samochodowych. Są to oczywiście metafory błędów, tych niechcianych, które swoje istnienie na każdej drodze zawdzięczają głównie naszym wewnętrznym niezgodnościom, plącząc nasze nogi w najmniej odpowiednich momentach. Używam tych wyobrażeń głównie po to, aby lepiej zrozumieć naturę ich pochodzenia – dlaczego dajemy się pokonywać własnych lękom, i skąd one właściwie pochodzą?

Wiele pytań, zbyt mało odpowiedzi, a sam los nie chce o tym rozmawiać, nie potrafi nawet wytłumaczyć skąd przybywają wszystkie duchy, krążące wokół mnie w dziwnym, niezrozumiałym tańcu, sypiąc tym samym nad moją głową swoim magicznym, pachnącym jak ciepła szarlotka z cynamonem, pyłem niepewności. Ostatnio musiałam wyrzucić połowę ubrań, gdyż ów pył nie chce się sprać, nawet kąpiel w modlitwie nie potrafi sobie z nim poradzić. Najgorsze jest jednak to, iż z czasem pył zaczyna przyklejać się do ciała, a to bolesne doświadczenie, szczególnie że zasychając, zabiera ze sobą cząstki mojej własnej duszy, która i tak zaczęła tracić kolory wiele lat temu. Dlatego właśnie wiele razy próbowałam dowiedzieć się od starego przyjaciela, gdzie znajduje się dom duchów, gdybym sama wiedziała, już dawno odwiedziłabym to miejsce i po dłuższej rozmowie z tamtejszymi obywatelami, próbowałabym wynegocjować spokój. Mam jednak przeczucie, że los świadomie nie odpowiada na moje pytania, a przynajmniej na to konkretne, gdyż mogłoby się okazać że duchy to właściwie koszmary schowane za maskami, aby nie zdradzać swojego prawdziwego oblicza.

 Co do koszmarów, to pamiętam pewien deszczowy dzień, podczas którego ściana wody była tak gęsta, że świat niknął za oknami, jakby wszystkie malutkie kropelki łączyły się w ulewę po to, aby ukryć za nią próbę kradzieży świata. Tamtego dnia, a właściwie wieczoru, gdyż była to pora mojej drzemki (zawsze poświęcałyśmy sobie czas każdego dnia o tej samej porze), znów odwiedził mnie jeden z koszmarów. Zawsze podziwiałam ich spryt, ze względu na to że każdy z nich zdawał się przybierać postać małych myszek, aby jak najciszej zakraść się do mojej głowy podczas gdy wraz z drzemką odwiedzałyśmy coraz to bardziej niezrozumiałe rzeczywistości. Tym razem jednak, przebywając na pustyni usłanej absurdalnie powyginanymi kaktusami, które zamiast w zielone garnitury zdobione kolcami, były ubrane w aż nazbyt połyskujące, białe koszule z cekinami, usłyszałam jakiś szmer. Nie potrafiąc określić miejsca jego pochodzenia, zapytałam się mojej towarzyszki :

 – Słyszałaś to?

– Mówiłam Ci że jak będziesz się ruszać, to długo tu nie pobędziemy. Patrz, jeden z nich wyciągnął korzenie i zaczyna biec! – odpowiedziała, kierując mój wzrok na komicznie poruszającego się kaktusa.

 – Nie, to nie to! Jeśli bym się poruszyła, to poczułabym, ale tym razem jedynie coś słyszałam, jakby szmer… – rzuciłam w suchą przestrzeń, czując jak na mojej twarzy zaczyna malować się niepewność o barwie zgniłozielonej.

 – Ech, chcesz wracać? Spodobało mi się to miejsce, ale jeśli musisz sprawdzić czy to coś z zewnątrz, po prostu powiedz. – Czułam że drzemka niechętnie to zrobi, ale nie mogłam zlekceważyć tego dziwnego dźwięku. Przeproszę ją przy jutrzejszym spotkaniu, ale teraz trzeba wracać. Pokiwałam tylko głową aby potwierdzić że na pewno chce urwać ten sen. Po chwili trwającej mniej więcej tyle, ile spada jabłko na ziemie, odrywające się od ojczystej gałęzi, przestrzeń przede mną stała się idealnie czarna. ”Do widzenia kaktusiki, ubierzcie się w te koszule następnym razem!” rzuciłam

w ostatniej chwili, zanim poczułam że podłoga ciemnego eteru zaczyna się obracać, materializując się w moje łóżko. Aby nie zdradzać swojej świadomości, odczekałam kilka sekund, zanim promienie czerwonego światła, wychodzące z lampki nocnej oświetlającej pokój, zaczęły delikatnie oślepiać lewe oko. Od momentu kiedy byłam jeszcze wśród kaktusów, podejrzany metaliczny szmer nie odezwał się ponownie, ale czułam że coś, co go wydało, nadal przebywało razem ze mną w pomieszczeniu. Próbowałam ułożyć w głowie szybki plan działania, na wypadek gdyby okazało się że tajemniczy przybysz przybierze ludzką postać, przedstawiając się jako Pan Włamywacz. W takiej sytuacji jednak, moja głowa pomimo skrzętnie opracowanego planu, odpowiedziałaby jedynie ”UCIEKAJ!”, z przeraźliwą intensywnością, skłaniającą do paniki i strachu. Nic jednak się nie działo, a kolejne sekundy mijały, choć zdawało się że trwają o wiele dłużej niż powinny, jakby w tej chwili pozwoliły sobie odpocząć od ciągłego pędzenia naprzód. Serce zaczynało kołatać coraz szybciej, przez co zaczęłam się obawiać że jego bicie zaraz mnie zdradzi, a nieznany byt zorientuje się, że już od dłuższej chwili wyczekuje na jego błąd.

Myśl o sercu została jednak natychmiastowo urwana, gdy do uszu, zakrytych przez kosmyki brązowych włosów, dotarł przerażający głos. Nie miałam wątpliwości co do tego, że dźwięk był w istocie głosem, choć jeśli miałabym powiedzieć gdzie taki można usłyszeć, to jedynie na dnie samego piekła, wydawany przez cierpiące dusze samobójców. Miał w sobie coś z metalicznego tonu, odbijających się od podłogi kropel krwi, przecieranych o kafelki drobin piachu oraz skowytu ptaków, smażących się we wnętrzu komina wychodzącego od rozgrzanego pieca hutniczego. Kiedy nadzwyczajnie przerażający dźwięk poraził całe moje ciało, odbijając się od każdej komórki, natychmiastowo wyskoczyłam z łóżka. To co ujrzałam przed sobą, było jeszcze bardziej niepokojące, niż głos jaki z siebie wydawało.

 Trudno było nazwać go postacią, choć na pewno składał się z wielu, tak samo jak z twarzy, które zmieniały się jak w kalejdoskopie, na przemian ukazując szczęśliwe oraz makabryczne grymasy setek ludzi, choć te drugie bardziej mogłyby pochodzić od zwłok, z których cząsteczki życia uleciały z powodu tragicznych wypadków samochodowych. Ciało zdawało się utrzymywać w sobie wiele postur, które na przemian upadały oraz powstawały, jakby były zaklęte w zapętlonym cyklu życia i śmierci, trwającym kilka setnych sekundy.

Fizycznie nie wydawał z siebie żadnej woni, ale podświadomość dobrze odczuwała specyficzną atmosferę która odbijała się od ścian, uderzając we mnie ze zdwojoną siłą, wprawiając w hipnotyzujący paraliż z którego nie sposób się wydostać. Mogłam jedynie wpatrywać się jak potwór wije się przede mną, czekając aż zabierze mnie razem ze sobą do miejsca o wiele gorszego niż piekło, miejsca z którego nie powraca nawet świadomość, jak podczas zagubienia w oneironautycznych podróżach. Gdybym mogła chociaż ruszyć ręką, wykonałabym jeden z testów które stosuje się podczas świadomego śnienia, aby upewnić się że to wszystko to nadal sen, lub stan fałszywego przebudzenia, w którym wszystko wydaje się być w rzeczywistym porządku, ale umysł nadal znajduje się w fazie REM. Coś jednak podpowiadało mi, że test mógłby jedynie pogłębić mój strach. Wśród kotłujących się twarzy obcego próbowałam odnaleźć jakieś spojrzenie, nawiązując z nim jakikolwiek kontakt, jednak zmora zdawała się być tak samo zaskoczona moim sparaliżowanym ciałem stojącym przed nią, jak ja jej obecnością w jedynej kryjówce jaką posiadałam. Nagle, jakby z rozkazu, wszystko co należało do ciała przybysza, wpędzone w absurdalny ruch, zatrzymało się.

Teraz przypominał jedynie cień, rozmazaną pionową plamę zawieszoną w atmosferze, dla której zagrożeniem byłoby zwyczajne machnięcie ręką. Moje ręce dalej jednak były przykute do ciała, choć od wewnątrz próbowałam napierać na nie aby poruszyć choćby małym palcem. Gdybym miała porównać do czegoś ten stan, to paraliż senny zdawałby się być odprężającym etapem medytacji. Podczas całego tego zajścia nie zauważyłam nawet że czerwone światło mojej lampki nocnej zostało przyćmione, tak bardzo, że właściwie nie powinnam niczego widzieć na centymetr przed sobą. Kiedy zorientowałam się, że źródło światła dzięki któremu mogłam obserwować zachowanie nieznajomego, jest prawdopodobnie czymś w rodzaju szóstego zmysłu, zostałam uderzona prosto w klatkę piersiową siłą która wyrwała mnie z fizycznego ciała. Nie mogłam w żaden sposób zareagować, gdy zaraz po fali uderzeniowej potwór ruszył za mną, oplatając mackami to, co teraz stanowiło ”mnie”. W tym momencie mogłam jedynie obserwować obrazy, wyświetlane przede mną jak zniszczone klatki starej taśmy filmowej, próbując nie udusić się od nacisku, jaki wywierały macki stwora.

 Pierwsze co zostało przedstawione mojej, i tak już dostatecznie rozszarpanej świadomości, było kilkoma ruchomymi klatkami z których byłam w stanie odczytać jedynie emocje bijące jak ciepłe promienie słońca w letnie upalne dni. Pierwsza była euforia – szczęście towarzyszące nam podczas zdarzeń które wyczekujemy z niecierpliwością, a kiedy w końcu bierzemy w nich udział, pragniemy aby czas zatrzymał się właśnie w tym momencie. Pomimo aktualnej sytuacji, w jakiej się znajdowałam, ten stan był naprawdę błogi, i być może nawet miałam myśl aby spędzić resztę wieczności w tej chwili, razem z nieznajomym wszczepionym we mnie tak mocno, że moglibyśmy stanowić razem całość.

Euforia nie trwała jednak długo, o ile w ogóle trwała choćby jedną tysięczną sekundy, gdyż zaraz po niej przeszyło mnie natychmiastowe zdziwienie, zamieniające się w przerażenie. Zdążyłam już zapomnieć o odczuwalnym przed chwilą szczęściu, bo teraz chciałam krzyczeć tak głośno, aby samej ogłuchnąć od natężenia własnego głosu. Macki zdawały się na chwilę rozluźnić swój uścisk, aby ból towarzyszący aktualnym emocjom nie pozbawił mnie pełnej świadomości, tak jakby stwór chciał zrobić w naszej całości miejsce jeszcze dla niego. Nie mam pojęcia co odczuwa człowiek do którego ciała przedostaje się jakiś obcy przedmiot, niszcząc organy od środka, ale podejrzewam że jest to bardzo zbliżone uczucie do tego które teraz torturowało mnie.

Jak to w ogóle było możliwe, skoro nawet nie posiadałam fizycznego ciała? Nie potrafię na to odpowiedzieć, ale najgorszym był fakt, że nie mogłam nawet doznać czegoś w rodzaju omdlenia, które w tamtym momencie byłoby dla mnie zbawieniem. Ból narastał coraz bardziej i bardziej, jakby posiadał własną psychopatyczną osobowość, a jedynym jego celem było sprawienie mi jak największej krzywdy, o wiele większej niż innym z jego gatunku. Jedyne czego byłam pewna w tej chwili, to przekonanie że w rzeczywistym świecie nic nie może się równać z tym uczuciem, i tylko dlatego byłam w stanie dalej je przeżywać, ponieważ wszystko działo się w przestrzeni jakby specjalnie przygotowanej tylko dla mnie i tylko dla tej chwili. Po kilku następnych chwilach ból zaczął nagle ustępować, i nic nie zwiastowało aby coś miało nastąpić po nim. Klatki przede mną zdawały się zwalniać, wygasać, a po pewnym czasie jedynym co mogło mi przypomnieć o wcześniejszych wydarzeniach, był płacz. Cała przestrzeń została wypełniona błagalnym płaczem, którego źródło pozostawało nieznane, a ja sama czułam się jakby wszystko inne umarło, odeszło na zawsze i nie miało już powrócić… To jednak nie był jeszcze koniec przedstawienia, jakie przygotował dla mnie koszmar. 

 Kiedy po chwilowej śmierci zostałam przywrócona do stanu sprzed projekcji odczuć, posiadałam już fizyczne ciało. Nic oprócz tego elementu pozostało jednak takie samo, i wiedziałam, że czeka mnie jeszcze jeden seans. Tym razem miałam widzieć wszystko własnymi oczami, jakby nowy film miał odcisnąć za ich pośrednictwem ślad, nie mającą się zagoić bliznę w pamięci. Nowe klatki pojawiły się znikąd, i ruszyły jak pobudzone strachem antylopy uciekające przed nacierającym gepardem. Aktualny obraz przedstawiał… kawałki mięsa. Dwa pionowe stosy mięsa, jeden wyższy od drugiego, i zdający się być mniej świeży niż ten niższy. Surowe wieże były wprawione w ruch, i zdawały się krążyć wokół siebie, uczestniczyć w tańcu, którego ruchy zależne były od wyższego stosu. Nie rozumiałam już zupełnie nic, to wszystko zdawało się być jakimś okrutnym żartem który miał jak najbardziej zdezorientować jego ofiarę, czyli mnie.

Za sprawą strugi światła, która, jakżeby inaczej, pojawiła się znikąd, mięsne słupki stanęły w miejscu. Jasna poświata rozszerzyła się, tak że mogłaby pochodzić z jednego z tych reflektorów, które oświetlają sceny podczas koncertów lub deski w teatrze, a mniejsza mięsna wieża zaczęła przechylać się. Kawałki mięsa, które składały się na nią, upadały na niewidzialną, oświetloną podłogę, a kiedy runęły już wszystkie, natychmiast zostały zaatakowane przez rój much, a z ich wnętrza zaczęły wyłazić larwy. To samo stało się z drugim, większym stosem, z tym wyjątkiem że jego kawałki pozostawały nienaruszone, tak jakby wszystkie owady i czerwie wybrzydzały, i nie miały zamiaru tykać mniej świeżego mięsa. Moją konsternacje nad sceną, która została przedstawiona właśnie przede mną, przerwały znane już macki. Znowu zostałam opleciona przez byt, o którym zupełnie zapomniałam w trakcie trwania seansu, i zastanawiałam się co kolejnego czeka przede mną, jak niezrozumiały będzie kolejny obraz.

 – Nie zapominaj… – usłyszałam nagle, a wyszeptane słowa kierowane były wprost do uszu. Znajomy, przerażający głos uświadomił mi, że paraliż został zdjęty z moich ust, co znaczyło że mam zadać pytanie na które czułam, że nie chce poznać odpowiedzi.

– O czym mam nie zapominać? – zapytałam, ze słyszalnym strachem, ale jednocześnie realną nieświadomością o czym mówi mój towarzysz.

 – Droga, którą podążasz, usłana jest zasłużonym cierpieniem. Droga, którą podążasz, to droga prowadząca do obłędu. Droga, podążanie, wciąż za odpowiedziami choć odpowiedzi są znane, lecz podświadomość nie pozwoli o nich pamiętać. To TY! To TY! TO TY! – jego głos coraz bardziej stawał się nieznośny, a wypowiadane dwa słowa atakowały moją psychikę jak igły, wbijające się jedna po drugiej, zakażając cały organizm.

– O czym ty mówisz!? O czym mam pamiętać? GADAJ! – ostatnie słowo, które wydobyło się z moich ust, nie zostało wymówione przeze mnie. Ktoś obcy przemówił moimi ustami, pozostawiając po sobie kwaśny, metaliczny posmak.

 – Niewinność bezsensownie odeszła, lecz powidoki nie odbijały się z drugiej strony.

W modlitwach nie szukaj słodyczy, bo modlitwa jedynie przywróci starą przeszłość ukrytą przed nimi wszystkimi, odbijającymi się od ciała w świecie rzeczywistym, choć podświadomość broniąc zniekształci wspomnienia. Tylko świadomość posiadać będzie moc zbawczą, a kiedy odbije się od dna, wyleczyć będzie mogła krwawe rany, z których sączą się błędy, oklejające swoją historią każde kolejne kroki. Nie szukaj w nich, szukaj głębiej… Nie szukaj w nich, szukaj we wnętrzu.. Nie szukaj nich, szukaj w… – nie zdążył dokończyć tajemniczych słów.

Kiedy zdawało się że jest chwilę od ujawnienia czegoś bardzo ważnego, w tym momencie znów każda część jego ciała zaczęła wirować, jak wtedy, kiedy po raz pierwszy go zauważyłam. Przestrzeń przeszył obłąkany śmiech, mieszający się z czymś, co brzmiało jak słowa wymawiane w nieznanym mi języku. Macki ścisnęły mnie najmocniej jak potrafiły, i znów pod wpływem potwornego nacisku, tworząc złudną całość, zaczęliśmy cofać się w czasie. Wszystko co się do tej pory wydarzyło zaczęło przemykać obok moich oczu we wstęcznym tempie, a kiedy wszystko zdawało się pędzić tak szybko, że stanowiło pas kolorów, znalazłam się znowu w swoim pokoju. Leżałam w łóżku, a koszmar, stojąc w jedynym nieoświetlonym czerwoną lampką kącie, przybrał dziwnie znajomą, zapomnianą twarz i ruszył w moim kierunku. W ostatniej chwili zdążyłam złapać małego dzierganego kota i zamknąć oczy. Potem była już tylko ciemność.

 

 Długo potem zastanawiałam się nad sensem tego snu. Był jednocześnie najgorszym ze wszystkich, które mogłam uznać za koszmary, ale także czułam że mógł być jedynym, który można było zaliczyć do tych ”ważnych”. Choć po dziś dzień nie jestem pewna czy całe spotkanie z koszmarem było rzeczywiste czy nie, wolę uznawać wszystkie tamte wydarzenia za kolejny etap jednego, długiego snu.

 

 

Mały dziergany kot towarzyszył mi od kiedy pamiętam. Tak naprawdę nawet nie wiem czy w rzeczywistości był to przedstawiciel tego gatunku, ponieważ całość była wykonana dosyć niestarannie, ale ze względu na to że lubię te zwierzaki, zwykłam nazywać go właśnie kotem. Zawsze łapałam go w ręce w momencie kiedy się bałam, lub kiedy spędzałam całe godziny na wylewaniu łez z powodu kolejnej nie udanej randki. Czasami żałowałam że nie był większy, na tyle, abym mogła się do niego przytulić, ale mimo swojej niewielkiej postury, zawsze mi pomagał. Zawsze był przy mnie kiedy działo się coś złego, choć nie pamiętam skąd właściwie weszłam w jego posiadanie. Wiem że był związany z kimś, kto był dla mnie bardzo bliski kiedy byłam małą dziewczynką, lecz utraciliśmy kontakt.

Wpływ czasu zdążył zniekształcić wspomnienia na temat tej osoby, więc nawet nie pamiętam jego imienia. Został mi jedynie kociak nie przypominający kota, ale nie było to ważne, w mojej wyobraźni był to najładniejszy zwierzak na świecie. Miałam wrażenie, że jest jedyną postacią w moim świecie, która nie obwinia mnie za nic, nie chce zrobić mi krzywdy ani nie stawia mi kłód pod nogami. Duchy, które tak często podążały moimi krokami, zdawały się panicznie bać maskotki, dlatego zawsze uciekały kiedy tylko wchodziłam do pokoju, mojej kryjówki i królestwa kota.

 Od wielu lat czułam się samotna. Żyjąc w świecie zupełnie niezrozumiałym dla mnie, starałam się odnaleźć kogoś, kto wypełniłby pustkę w moim sercu i nieco podkolorował tą wyblakłą rzeczywistość. Nie mógł być to oczywiście ktoś zupełnie zwyczajny, ponieważ zapewne uciekłby w chwili, kiedy powiedziałabym że czekając na niego, duchy sypały mi na głowę swój magiczny pył. Tak naprawdę nigdy nie zastanawiałam się nad tym, czy inni także je widzą, czy są na świecie tacy jak ja, którzy świat postrzegają przez pryzmat własnej wyobraźni. Dlatego właśnie często się zdarzało, że kiedy nawet już się z kimś umówiłam, to albo ze strachu zostawałam w domu, albo przy pierwszej rozmowie wychodziłam na zupełną idiotkę. Prawdę mówiąc byłam dosyć zamknięta w sobie, a kontakty międzyludzkie nie były moją mocną stroną. Pomimo tego, cały czas wykorzystywałam kolejne okazje, które posyłał mi los, a przynajmniej tak to sobie tłumaczyłam, bo w chwili gdyby okazało się że będzie to kolejna porażka, to zawsze mogłam wszystko zrzucić na niego.

Myślę że nigdy nie miał mi tego za złe, chociaż z drugiej strony trudno było wyciągnąć od niego odpowiedzi na pytania, i może właśnie dlatego że obwiniałam go za kolejną szansę która ostatecznie nie zawiodła mnie nigdzie. Nigdy jednak nie byłam na tyle odważna, żeby wypędzić go ze swojego życia, więc akceptowałam jego obecność.

 

 Od dobrych dwóch lat staram się kogoś pokochać. Właściwie chodzi bardziej o to, żeby ktoś pokochał mnie. Potrzebuje realnego dowodu na to, że pomimo wszystkich błędów jakie popełniłam w życiu, a szczególnie tego jednego, sprzed wielu lat, nadal jestem w stanie żyć normalnie, być kochaną i potrzebną komuś. Mimo że mam za sobą wiele nieudanych randek, nie potrafię zmienić nastawienia. Nie potrafię zaakceptować samej siebie, dopóki ktoś nie zaakceptuje mnie, taką jaką jestem, bez udawania kogoś kim nie jestem. Lata nienawiści i szukania odpowiedzi na to, jak sprawić aby szczęście zagościło w końcu w moim życiu wypłukało ze mnie wszystko, a znalezienie kogoś kto udowodni mi że jestem potrzebna temu światu, będzie zbawieniem. Dlatego wciąż daje się ranić duchom. Dlatego wciąż szukam, wkraczam na kolejne ścieżki. Ciągle mam nadzieje że każda następna będzie tą, która zaprowadzi mnie w końcu do miejsca, gdzie znajdę przebaczenie.

Jutro wezmę ze sobą kota. Zawsze pomaga mi w najgorszych chwilach, więc może nie jest to głupi pomysł żeby zabrać go ze sobą. Nic innego i tak już mi nie pozostało. ”Kotku, słyszysz? Jesteś mi potrzebny. Jutro razem poszukamy szczęścia. Kocham Cię.”

 

 

Uśmiech staruszka spotkał się z moim spojrzeniem i zachęcił do zajęcia miejsca obok niego. Duch próbował przebić się do moich myśli, ale ściskając mocniej kota w rękach skutecznie odpierałam jego głos. Nadal nie byłam pewna, czy to co robię, oraz to co zamierzam zrobić, to dobry pomysł, w końcu może być to dla niego drażliwy temat, ale mimo wszystko musiałam spróbować.

– Zauważyłaś że lato w tym roku zaskakująco szybko odwiedziło nasze miasto? – odezwał się zupełnie niespodziewanie, kiedy umiejscowiłam się obok niego. Pierwsze na co zwróciłam uwagę, to jego perfumy. Był to chyba najsłodszy zapach jaki kiedykolwiek czułam w życiu, ale nie taki, który by odpychał, wręcz przeciwnie, zachęcał do rozluźnienia. – Wszędzie o tym wypisują. Podobno nawet naukowcy twierdzą że to początek przemian klimatycznych, które odmienią nasze postrzeganie całego roku. Co o tym myślisz? – kontynuował. Jego sposób mówienia zupełnie wybił mnie z torów, był tak ciepły, jakbyśmy byli rodziną. Jego pytanie sprawiło, że momentalnie zrobiłam się czerwona i nie wiedziałam co odpowiedzieć.

 – Myślę że to dobrze. Wydaje mi się że zmiany… zmiany czasami dobrze wpływają na człowieka, ale to tylko taka luźna myśl, jeśli wie Pan o co mi chodzi – wymamrotałam. ”Hej, czy aby na pewno nie było to nieuprzejme?” pomyślałam. Chciałam już przepraszać ale przerwał mi łagodny głos.

 – Jesteś bardzo inteligentną panienką! – gdyby nie trzymał gazety, to mogło się wydawać że klaśnie w dłonie. – Może dla mnie już za późno na takie zmiany, bo mogą odbić się na moich stawach, ale myślę że wszystkim innym wyjdzie to na dobre – dodał, odkładając gazetę obok siebie, przerzucając nogę na nogę w tym samym momencie. – Często przychodzę do tego parku. Właściwie to codziennie, bo wie panienka, co mi właściwie innego zostało? Może to być odebrane jako niekulturalne, ale uwielbiam siedzieć na tej ławce i obserwować ludzi. Patrząc na nich, mogę w jakiś sposób uczestniczyć w rzeczach, na które już sam jesteś za stary. W poniedziałki na ten przykład zawsze przyjeżdża grupka młodych chłopców na swoich rowerach. Kiedy byłem w ich wieku, to raczej nikt nie myślał o tym żeby wykorzystywać rower do skakania i kręcenia w locie kierownicą, ale muszę przyznać, imponują mi za każdym razem. Środy to dzień joggingu, popraw mnie jeśli coś przekręciłem, i nie będę ukrywał, fakt że głównie biegają tutaj młode kobiety tylko wszystko ulepsza – roześmiał się. – Choć chyba ze wszystkich dni, najbardziej lubię niedziele. To jedyny dzień podczas którego więcej czasu spędzam na przechadzaniu się wśród biwakujących rodzin z dziećmi i zwierzętami. Ten park to chyba najlepsze co mogło mnie spotkać na starość – oparł rękę o twarz w geście zamyślenia. Swoją otwartością zupełnie mnie zaczarował, sprawił że nie potrzebowałam już nawet kota aby poczuć się w pełni rozluźniona, i bez stresu prowadzić z nim rozmowę, choć jak na razie wypowiedziałam jedno krótkie zdanie.

 – Myślę że to miejsce było potrzebne temu miastu, dlatego postanowili je zrobić – dodałam od siebie.

– Co masz na myśli? – zapytał, tak jakby bardzo chciał żebym rozwinęła tą myśl. 

 – To, że wszyscy stali się szczęśliwsi. W końcu chyba więcej osób woli się spotykać ze swoimi bliskimi w takim miejscu, niż siedzieć wśród czterech ścian. – rzuciłam zupełnie bez zastanowienia. Nie pamiętam kiedy ostatni raz rozmawiałam z kimś w sposób tak naturalny.

– I tutaj masz zupełną rację, panienko. Wszyscy staliśmy się szczęśliwsi. Ale czy Ty również? – pytanie, jak pocisk wystrzelony w karabinu wyborowego, przebiło moje wnętrze. ”Dlaczego tak nagle?” pomyślałam. Łzy już zbierały się w kącikach moich ust, jeszcze chwila i tamy runą, a ja zaleję się przy dopiero co poznanej osobie morzem łez. – S-Słucham?– resztką wytrzymałości wydusiłam z siebie pytanie.

 – Och, przepraszam bardzo, czasem nie potrafię się kontrolować. Obserwowałem Cię wcześniej, i wydawałaś się być jednocześnie bardzo zdeterminowana ale i zasmucona, choć potrzebowałem dłuższej chwili żeby dojść do tego drugiego wniosku. Jeśli to pytanie było niestosowne to wybacz starcowi, który nie potrafi ugryźć się w jęzor – odparł zupełnie spokojnie. Widać było że rzeczywiście się przejął, ale czy naprawdę wiedział o tym tylko i wyłącznie z obserwacji? To pytanie było wręcz niepokojąco trafne. Cały spokój, jaki jeszcze przed chwilą ogarniał moje wnętrze został rozerwany na strzępy, nawet kot który cały czas mi towarzyszy nie jest w stanie uspokoić moich myśli w tym momencie. Co mam mu odpowiedzieć? Nie mogę przecież powiedzieć mu że…

 – Naprawdę wybacz mi panienko, głupi staruch gada głupoty. Może zmieńmy temat, bo widzę że to pytanie zupełnie wybiło Cię z rytmu, a zupełnie nie chciałem żebyś się poczuła urażona. – powiedział szybko, przerywając potok niepewności w mojej głowie.

– Nie, nie, proszę nie przepraszać, p-po prostu… po prostu jestem tutaj z kimś umówiona i chyba troszkę się stresuje – ”Ty idiotko, to było najgłupsze wytłumaczenie świata”.

 – Rozumiem. W takim razie proszę się nie martwić, bo jest Pani naprawdę śliczna

i myślę że szczęśliwiec na którego czekasz będzie oniemiały kiedy Cię zobaczy! – rzucił znowu ze spokojem, lekko podnosząc głos. – Ale mam przeczucie, że to nie stres sprawił że postanowiła panienka zająć miejsce obok nudnego starca… No więc, proszę pytać – wyprostował się i skierował głowię w moją stronę. Nadal jestem roztrzęsiona po ostatnim pytaniu, ale teraz do tego wszystkiego doszła znowu niepewność. Zadając sobie pytanie głowie po raz ostatnie, spojrzałam mu prosto w oczy i powiedziałam: 

 – Wcześniej zauważyłam ślad na pańskiej ręce, a dokładniej palcu… Chciałam się zapytać czy… Czy długo już czekasz na śmierć? – zamilkłam. Nie wierzę że to powiedziałam. Nie wierzę że naprawdę o to zapytałam.

 – HAHAHAHAHA, A TO DOBRE! – wybuchł śmiechem tak, że para niedaleko nas spojrzała z zapytaniem. W tym momencie zupełnie już nie wiedziałam co o nim myśleć. Śmiać się z takiego pytania? Ze wszystkich reakcji, jakie mogłam przewidzieć, ta nawet na chwilę nie przyszła mi do głowy. – Pozwól że odpowiem Ci na to pytanie pewną historią. Ale tylko dlatego ją opowiem, ponieważ sam wcześniej zachowałem się niekulturalnie. Otóż będzie to historia mężczyzny, który miał w swoim życiu wszystko, od pieniędzy po piękną kobietę, z którą każdy dzień zdawał się być zupełnie inną przygodą. Poznali się jeszcze na studiach, i całkowicie popadli w sidła zauroczenia. Wystarczyło jedno spojrzenie, kilka słów rzuconych zupełnie bez zastanowienia, i oboje wiedzieli, że jeśli nie wykorzystają szansy którą dał im los, to już na zawsze pozostaną nieszczęśliwi. Jak można się domyślić, po miesiącu zamieszkali razem. Łóżko w ich sypialni przeżywało istne katorgi, gdyż potrafili spędzać w nim całe dnie, kochając się od rana do wieczora. Kiedy seks stawał się chwilowo nudzący, wybierali się na wycieczki, aby podziwiać piękno dzikiej natury. Nie będę opisywał wszystkich szczegółów, ale możesz się domyśleć że wypełniali oboje swoje światy całkowicie, żyli w przeświadczeniu że jedno nie może żyć bez drugiego. Brzmi jak bajka, co? Ale naprawdę tak było. To była piękna bajka, która, zdawało się, będzie trwać wiecznie. Ale jak to każda bajka, w pewnym momencie musi pojawić się zły bohater, próbujący zniszczyć wszystko do czego dążą protagoniści.

W ich bajce, rolę złego bohatera odegrał sam los, ten sam, który doprowadził ich do siebie nawzajem. Kiedy pewnego dnia nasz mężczyzna powrócił do mieszkania z siatką kiwi oraz białym winem, które oboje uwielbiali, po jego ukochanej pozostało tylko puste ciało. Nie było go przy niej pół godziny, a mimo tego jak niewielki jest to okres czasu, wystarczyło żeby los odebrał mu wszystko, co było źródłem szczęścia w jego życiu. Niewykryty tętniak mózgu, w bardzo zaawansowanej fazie. Na wszelkie próby reanimacji było już za późno. Mimo wielkich starań, nie był w stanie jej już pomóc. Możesz sobie wyobrazić co przeżywał przez następne tygodnie, miesiące, lata… Wielokrotnie próbował popełniać samobójstwo, lecz nigdy nie miał na tyle odwagi, żeby zrobić to porządnie. Obwiniał Boga, kimkolwiek on był, obwiniał los, obwiniał wszystko co go otaczało. Aż w końcu, postanowił obwinić samego siebie. Po pewnym czasie zaczął uświadamiać sobie, że obserwował dziwnie zachowania z jej strony które zupełnie lekceważył. Głównie chodziło o zapominanie poszczególnych słów, ale wtedy oboje się z tego śmiali. Śmiał się, zamiast zabrać swoją ukochaną do lekarza. Wina była tylko i wyłącznie po jego stronie. On był odpowiedzialny za uśmiercenie kobiety, która nie zasługiwała na to. Była niewinna, była dobra, piękna… A on doprowadził do jej śmierci. Żyjąc w nienawiści do samego siebie przez wiele długich lat, po kilkudziesięciu spędzonych w samotności, sam już zaczął zapominać skąd tak naprawdę pochodzi ta nienawiść. Od momentu śmierci jego partnerki wszystko czego się podejmował, kończyło się fiaskiem. Pozostawało mu jedynie zatracanie się we własnym bólu i złości, co powoli doprowadzało do zatracenia świadomości.

Tak jak powiedziałem wcześniej, po kilkudziesięciu latach od tego wydarzenia, sam już przestał zauważać, skąd biorą się wszystkie błędy, co jest ich źródłem, dlaczego tak bardzo nienawidzi sam siebie. Możesz pomyśleć, że to nierealne żeby zapomnieć o tak tragicznym wydarzeniu, ale tak właśnie się stało. Pozostała tylko nienawiść do samego siebie. Jego umysł ukrył przed nim samym wspomnienie o ukochanej, żeby tylko utrzymać go przy życiu. Coś w rodzaju systemu obronnego, włączającego się jedynie w krytycznych dla człowieka sytuacjach. Był zupełnie zatracony w bólu, i nic nie mogło go przywrócić do normalności. Przyszedł jednak kolejny męczący dzień, który musiał przeżyć, i jak później się okazało, ten dzień okazał się być zbawienny.

 – Co się wydarzyło? – rzuciłam z niecierpliwością, kiedy starszy mężczyzna na chwilę zatrzymał się, aby złapać oddech. Zupełnie zatraciłam się w jego słowach, zapominając o wszystkim co mnie otacza, widząc przed oczami wyobraźni jedynie obraz mężczyzny z opowieści.

– Na to pytanie musisz odnaleźć odpowiedź sama, April… – nim się zorientowałam co właśnie do mnie powiedział, wszystko wokół zamilkło. Zerwał się wiatr, który potrząsając koronami drzew, zdawał się zwiastować nadejście burzy. 

 – Gdzie? Gdzie mam szukać? Błagam… – nie wiedziałam co mówię. Moja świadomość była rozczepiona między chwilą obecną, a retrospekcją całego życia. Czułam się jak w koszmarze sprzed lat, który pozostawił po sobie jeszcze więcej pytań. Rzuciłam krótkie spojrzenie przed siebie i wiedziałam, że nie mam czasu. Wiedziałam że na horyzoncie zaraz pojawią się setki duchów, pragnących utopić mnie w pyle. 

 – On cały czas czeka na Ciebie. Wybacz, ale moja rola w twoim świecie właśnie się zakończyła. Mogę jedynie sprawić żeby zbyt szybko Cię nie złapali, ale nie mogę zrobić nic więcej. Musisz sama odnaleźć odpowiedź. Uwierz mi, jest bliżej niż Ci się wydaje. – po tych słowach wstał i odrywając własną twarz jak maskę, ruszył powolnym krokiem w stronę horyzontu. Jego kroki pozostawiały za sobą kleistą maź o zapachu ciepłej szarlotki z cynamonem.

Zostałam sama na ławce i nie wiedziałam co robić. W którą stronę zmierzać? Gdzie mam szukać? Gdzie skrywa się odpowiedź której szukam od tak dawna? Nie mam już siły. Nie mam siły na walkę ze wszystkimi wydarzeniami, które zdają się bawić moim życiem jak tylko chcą. To wszystko nie ma sensu. Wszyscy chcą mi pomóc, ale tylko odchodzą, ciągle mówią, ale nie potrafią odpowiedzieć. Kładąc się na ławce, zamknęłam oczy i postanowiłam pozostać tu już na zawsze. Niech utonę w pyle niepewności, stanę się jedną z nich, aby zatruwać umysły innych. Kimkolwiek jest los, jakąkolwiek posiada twarz, to twarz kłamcy. Nie będę się bawić w Twoją grę dłużej, nie będę Twoją marionetką którą sterujesz jak chcesz. Stań przede mną i pozwól chociaż zedrzeć wszystkie fałszywe warstwy z twojego oblicza. Jeśli mam się zatracić we własnym obłędzie, chce chociaż ujrzeć prawdziwą twarz.

 – April, wstawaj, mamy jeszcze coś do załatwienia zanim umrzesz – cichy głos wydobył mnie z wnętrza własnych myśli. Ostatkiem sił otworzyłam oczy i spojrzałam w brudne niebo, potem na boki, ale nikogo nie było. Pewnie była to tylko kolejna sztuczka. 

 – Do jasnej cholery April, naprawdę nie poznajesz mojego głosu? – rzucił w złości. – Tutaj jestem! W twojej ręce! HALO! – coś poruszyło się w mojej dłoni i zdawało się, że nie odpuści dopóki tego nie wypuszczę. Ostrożnie oparłam rękę o brzuch i rozluźniłam palce. Czułam jak jakiś kształt przedziera się przez kończyny jak przez amazońską puszczę. Po chwili moim oczom ukazał się dziergany kot, mokry od potu moich dłoni.

– Nie wierzę… – rzuciłam z przerażeniem.

 

 

 – Naprawdę staruch nie był wystarczającą wskazówką? – odezwał się kiedy biegłam przed siebie, czując chłodny oddech za sobą i krople ciężkiego potu spływające po rozgrzanym czole.

– Skąd mogłam wiedzieć? Urwał historię w najważniejszym momencie! – odparłam ze złością, choć tak naprawdę zła nie byłam. Teraz liczyło się aby jak najszybciej dotrzeć do miejsca, w którym wszystko miało się wyjaśnić.

 – Mniejsza z tym. Jesteś pewna że wiesz gdzie to jest? Nigdy tam nie byłaś. Nawet w dzień pogrzebu… – kot siedzący mi na ramieniu chyba bardziej męczył się starając się nie spaść, niż ja biegnąc przez opustoszałe miasto, mijając ceglane kamienice, których okna pękały z każdym moim kolejnym krokiem.

 – Naprawdę uważasz że nigdy tam nie byłam? Dobra, masz rację. Ale to nie znaczy że nie wiem gdzie to jest. Do cholery, to mój brat! – w tym momencie naprawdę się na niego zezłościłam. Podejrzewać że nie wiem gdzie znajduje się grób mojego rodzonego brata to było już za wiele. Może miałam pewne wątpliwości, ale nie miałam teraz czasu na odtwarzanie drogi w myślach, musiałam zaufać własnym zmysłom i gnać przed siebie, jeżeli nie chciałam zostać zalana przez pył niepewności.

 – Powiedzmy że Ci ufam. I tak nic innego nam nie pozostało. Ale mam nadzieję że już wiesz co trzeba zrobić? W sensie, znasz odpowiedź? – w głosie maskotki wyczuć można było zakłopotanie. Tak naprawdę to mu się nie dziwię, biorąc pod uwagę ile czasu zajęło mi dotarcie do tego momentu. Ale przecież nie mogłam być miła po ostatnim co powiedział.

 – Wiesz co, tak naprawdę to się kurwa boje duchów i śmierci przez zatracenie we własnej nieświadomości. Dlatego biegnę – odparłam ironicznie.

– Bardzo śmieszne, szczególnie biorąc pod uwagę okoliczności. UWAŻAJ, KOSZMAR! – z przerażenia natychmiastowo schował się pod moją ulubioną czarną koszulkę z arbuzem na piersi. Zza rogu ulicy wyłonił się absurdalny kształt, który nie zdawał się mieć pokojowych zamiarów. Nie miałam jednak innego wyjścia, zakręt na którym stał był jedyną drogą na cmentarz. Musiałam pobiec jeszcze szybciej i liczyć na to, że koszmar albo ucieknie albo sama z kotem pod koszulką jakimś cudem się przez niego przebije. Zbliżając się coraz bliżej do oponenta, zaczynałam słyszeć w głowie jego przerażający głos. Krople krwi, piach i tak dalej, ale nie bałam się. Byłam zbyt zdeterminowana. Byłam zbyt spragniona szczęścia.

 – April? April!? APRIL!? CO TY CO CHOL… JA PIERDOLEEEEEE!!! – wykrzyczany wulgaryzm kota był ostatnim co usłyszałam na chwilę przed zderzeniem z kotłującym się ciałem koszmaru. Chwilę potem wszystko ogarnęła pustka. Znowu znalazłam się w miejscu, które przed laty wciągnęło mnie do swojego wnętrza, a wszystkie emocje, klatki, obrazy, przebiły się przeze mnie ze zdwojoną siłą niż kiedyś. Ból. Nigdy go nie zapomniałam. Z całego tamtego wydarzenia to właśnie ból był najgorszy, ból który prowadzi tylko do wiecznej ciszy. To właśnie tak się wtedy czułeś?

Przepraszam…

 Światło rzeczywistości oślepiło mnie natychmiastowo. O dziwo dalej biegłam, i to chyba przez to o mało co nie wywróciłam się prosto na twarz. Byłam przekonana że jeśli się obudzę, to będę leżała na środku drogi z pozdzieraną połową twarzy. Ale moje nogi nie zawiodły. Już niedaleko, jeszcze tylko jeden zakręt.

 – Hej kocie, żyjesz!? – musiałam się upewnić że nic mu nie jest. Bez niego to wszystko byłoby niemożliwe. Zanim doczekałam się odpowiedzi, poczułam ciepłą wydzielinę na gołej skórze piersi.

– CZY TY NA MNIE ZWYMIOTOWAŁEŚ!? – krzyknęłam z obrzydzeniem. Kot wychylając swoją wełnianą głowę chyba nie miał ochoty jeszcze odpowiadać.

 – Wybacz kochanie, ale nie każdy jest na tyle odważny, a bardziej głupi, żeby wbiegać prosto w środek koszmaru! – wyburknął obrażony, ledwo co nie zwracając na mnie kolejną porcję wymiocin.

– Jak to w ogóle możliwe? Ty coś jesz?

– To nie do końca u mnie tak działa, April. To bardziej coś w rodzaju zmaterializowanego strachu, więc nie martw się, nie będzie plam. A jeśli już, to na pewno nie będą tak widoczne jak te które zostawiam na Tobie kiedy śpisz… – w tym momencie nie mogłam się nie zatrzymać. Złapałam kota w rękę i ścisnęłam z całej siły.

 – SŁUCHAM!? COŚ TY WŁAŚNIE POWIEDZIAŁ!? – nie wierzyłam w to co usłyszałam.

 – Ża… Żart… Żartowałem… pu… puść mnie dz… dziewczyno! – odpowiedział ledwo co łapiąc oddech. Rozluźniłam uścisk, ale nie byłam pewna czy aby na pewno to był żart. 

 – To była przesada, kocie! Nie dość że moja ukochana maskotka jest wulgarna, to jeszcze jest zboczeńcem! NIE WIERZĘ! – stojąc na środku asfaltowej drogi, miałam ochotę rozerwać go na strzępy.

 – Może psychoanalizę i anatomię mojego ”ciała” zostawimy na później April, bo gdybyś zapomniała to mamy za sobą armię duchów i jak na razie jeden koszmar, które raczej nie przestały nas gonić – kot zaczął się mądrzyć. Rzucając mu krótkie złowieszcze wspomnienie, znowu zaczęłam gnać przed siebie. Duchy najpewniej z każdą chwilą się pomnażały, więc zatrzymanie się, choćby na chwilę, naprawdę było dosyć głupim pomysłem. Nogi zaczynały mnie już boleć, ale adrenalina która wypełniała moje żyły dawała wystarczająco dużo siły, żeby mięśnie nie postanowiły odmówić posłuszeństwa zawczasu. Od kiedy kot do mnie przemówił nie miałam nawet czasu zastanowić się nad wszystkim co się do tej pory wydarzyło, ale nie było to istotne. Znałam odpowiedź, a droga którą starałam się odnaleźć od tak dawna w końcu była pod moimi stopami. Kiedy dobiegłam do ostatniego zakrętu, pojawiło się zawahanie – nie wiem czego się spodziewać tam. Co się wydarzy? Czy będę musiała jeszcze walczyć z bytami, których istnienia nie do końca rozumiałam?

 – April… Nie ma czasu na wątpliwości. Obiecuje Ci, że będę cały czas przy Tobie. Obiecuje. Ruszaj… – po tych słowach kot kupił sobie wybaczenie. Wybaczenie, oraz:

– Kocham Cię, kocie. – nie patrząc na jego reakcję, wyjrzałam za róg.

 

 Jeśli kiedykolwiek wyobrażałam sobie jak może wyglądać los, to zapewne stworzyłam obraz poważnego starszego mężczyzny, od którego bije mądrość oraz inteligencja. Ubrany byłby w garnitur w kratę, melonik oraz opierając się o zdobioną laskę, paliłby fajkę. Tak właśnie mogłabym go narysować, jeśli ktoś wydałby mi takie polecenie. Rzeczywistość jednak, odbiegała od mojego wyobrażenia. Odbiegała to mało powiedziane.

 Przed cmentarną bramą zastał mnie widok, który chyba jeszcze całkiem niedawno mógłby pojawić się w najgorszym koszmarze, jaki tylko mógłby wejść mi do głowy. Na pierwszy plan rzucały się dwie kolumny duchów, po jednej na każdą stronę drogi z korytarzem na środku, tak aby można było przejść między nimi. Pył niepewności unosił się na ich głowami, tworząc magiczny obrazek, taki które widuje się w przełomowych momentach bajek, z tym wyjątkiem, że wiem co by się stało ze mną gdyby nagle duchy postanowiły zrzucić go na mnie, w momencie kiedy przechodziłabym między nimi w stronę bramy.

Samego wejścia pilnowały dwie niekształtne plamy, które zapewne na rozkaz zamieniłyby się w wijące się ciała koszmarów, gotowych pozbawić mnie rozumu swoimi wizjami. Lecz tak naprawdę to nie te twory wzbudziły moje przerażenie, lecz to, co po chwili wyrosło wprost z wnętrza ziemi, na samym środku korytarza prowadzącego do miejsca docelowego.

Najpierw pojawiła się trumna, niby zwyczajna, ale coś mi podpowiadało że jej lokator może wyglądać nieco bardziej niepokojąco. Kiedy trumna stała zamknięta, i zupełnie nic nie działo się przez dłuższą chwilę, zrozumiałam że jeżeli wydarzenia mają iść naprzód, to muszę się zbliżyć. Jeden krok. Skrzypnięcie. Drugi krok. Zawiasy puściły. Zrozumiałam. W tym momencie liczył się każdy mój krok, gdyż teraźniejszość zależna była właśnie od mojego ruchu. Podejście od razu, bez wahania, mogłoby okazać się zbyt nagłe, więc stawiałam stopy powoli, tak aby rejestrować każdy szczegół.

Kiedy zbliżyłam się na około dwa metry, drzwi trumny były już całkowicie uchylone. Kilka kroków dzieliło mnie od poznania ostatniej istoty, której obecność wyczuwałam od zawsze, ale nigdy nie widziałam jej oblicza.”Kocie, jesteś, prawda?” pomyślałam. Nie wiem czy telepatia była możliwa między nami, ale poczułam jak maskotka wierci się pod koszulką, więc uznałam to za”tak”. Nie było już odwrotu. Nie mogło być odwrotu. 

 Z zamkniętymi oczami postawiłam następne cztery kroki. Kiedy uniosłam powieki, nie zdążyłam nawet zakrzyczeć. Łzy uleciały z moich oczu, i płynęły z taką intensywnością jak jeszcze nigdy. Po raz kolejny nie wierzyłam. Nie chciałam uwierzyć. Cała moja determinacja, wizja szczęścia, odwaga i wszystko co przepełniało mnie podczas szaleńczego biegu, umarło całkowicie. Na około metr ode mnie stał mój brat braciszek, z nożem wbitym prosto w żołądek, a strumienie krwi zdążyły ułożyć między nami ciemnoczerwony dywan. 

 – Widzisz? To TY. 

 – Ja… Ja… Ja… – nie byłam w stanie wydusić z siebie słowa. Wnętrzności ścisnęły się w supeł, rozum został skażony poczuciem winy i nienawiścią do samej siebie, a całe ciało ogarnął paraliż. Nie byłam w stanie zrobić nic. Mogłam jedynie wpatrywać się w postać martwego brata, który przemawiał teraz do mnie głosem koszmaru, lecz jeszcze bardziej przerażającym i mrocznym.

 – Myślałaś że co tutaj zastaniesz? Czego się spodziewałaś? Przyjdziesz, przeprosisz, wyznasz swoje grzechy które próbowałaś ukryć przez całe swoje nędzne życie i to wszystko wystarczy, żeby uzyskać dostęp do szczęścia? Naprawdę jesteś aż tak naiwna, żeby wierzyć w to kłamstwo? ZABIŁAŚ MNIE! POZBAWIŁAŚ ŻYCIA SWOJEGO WŁASNEGO BRATA, SUKO! NIE CZUJESZ WSTYDU? NIE CZUJESZ SIĘ JAK MORDERCA? TO TY, SIOSTRZYCZKO! – kontynuował, a ja czułam jak coraz bardziej zaczyna ogarniać mnie pustka. – Moje wszystkie twory, które nękały Cię przez całe życie, to była tylko połowa kary. Nie miały Cię doprowadzić do mnie, miały za zadanie przygotować Twój umysł na ostateczne zatracenie, karę za czyn, o którym starałaś się zapomnieć. Gdzie byłaś przez te wszystkie lata? Skąd wzięła się Twoja odwaga, kiedy tutaj biegłaś, skoro nie miałaś jej na tyle, żeby chociaż raz odwiedzić grób swojego rodzonego brata, uśmierconego twoją własną ręką? Zabiorę Cię ze sobą do snów, snów tak tragicznych, że będziesz tęsknić za słodkimi koszmarami, które wysyłałem aby Cię nękały. Tutaj właśnie kończy się twoja droga. Szczęście którego tak bardzo pragnęłaś przez całe życie nigdy nie było dla Ciebie zarezerwowane. Jedyne na co zasługujesz to zatracenie. – kiedy skończył, nie obchodziło mnie już nic.

Czekałam na karę, bezsilna, słaniając się na nogach, byłam gotowa oddać się w jego ręce bez walki, podążając na samo dno piekła, gdzie spędzę resztę wieczności. Teraz już rozumiałam. Teraz już wszystko rozumiałam jak nigdy wcześniej. Wszystkie błędy które popełniałam, wszystko co czego dążyłam, wszystko to było jedynie ucieczką od prawdy, która zakorzeniła się tak głęboko, że nie mogłam jej dostrzec. Szczęście do którego dążyłam okazało się być brutalną prawdą o samej sobie.

Tak, to ja. Zabiłam swojego młodszego brata, kiedy miał jedynie 4 lata. Byłam starszą siostrą, więc zawsze się nim opiekowałam kiedy rodzice byli w pracy. Pewnego dnia obiecałam, że ugotuje dla nas obiad, ponieważ matka miała wrócić później niż zwykłe, a ojca już od dawna z nami nie było. Nie wiem jak do tego doszło, ale kiedy odwróciłam się żeby po coś sięgnąć, było już za późno. Nóż, który trzymałam w dłoni, utkwił w ciele mojego braciszka, który chciał mnie tylko wystraszyć, dlatego zakradł się po cichutku za moje plecy. Wszelkie próby pomocy okazały się być bezsensowne, tylko natychmiastowa pomoc chirurgów mogła uratować mu życie. Ale ja, pod wpływem paniki, bardziej skupiłam się na płakaniu i krzyczeniu, próbach samodzielnego opatrywania rany, niż wykonania natychmiastowego telefonu na pogotowie. Wykrwawił się na moich rękach.To był wypadek, ale mimo wszystko przez resztę życia obwiniałam się. Znienawidziłam samą siebie. Kazali mi żyć, choć nie chciałam tego życia. Próbowałam szukać akceptacji wśród innych, kogoś kto będzie w stanie mnie pokochać. Pokochać takiego potwora jak ja. Udało Ci się braciszku. Udało Ci się mnie wystraszyć. Na całe życie… 

 Słowa nie mają na tyle mocy, aby mogły przywrócić kogoś do życia. Są w stanie przebaczać, krzywdzić, uwolnić od śmierci lub na nią skazać. Ale na tym kończy się ich władza, kiedy jest już za późno, nawet słowa nie są w stanie odwrócić czasu lub wyrwać duszę z wnętrza zaświatów. Nawet w sytuacji, kiedy chodzi o zupełnie niewinną, pozbawioną grzechu, czystą duszę dziecka. Jeśli istniałoby jakieś zaklęcie, kilka fraz wymówionych z głębi całego smutku i żalu, oddałabym za nie własne życie. Ale wiem że to nie możliwe. Nawet jeśli takie jednak istnieje, ukryte gdzieś na samym końcu wszechświata, lub skryte wśród legend, jest jednym wyjątkowym ziarnkiem unikalnego piasku pośród miliarda innych, to i tak nie mogłabym po nie sięgnąć, ponieważ największy skarb jaki mogę oddać to bezwartościowe życie. Co się teraz ze mną stanie?

 – Wiem że sytuacja wygląda nieciekawie, ale czy czasem wszystko nie jest kwestią perspektywy?

 – Perspektywy… tak, mógł mieć przed sobą tyle perspektyw… mógł łapać okazje i przemieniać je w szczęśliwe wspomnienia… a ja, zabrałam mu tą możliwość… sprawiłam że sam stał się wspomnieniem… wspomnieniem które było zbyt bolesne żeby o nim pamiętać…

 – Naprawdę uważasz że stał się tylko wspomnieniem? Ludzie są naprawdę głupi. Zamknięci w swoich cielesnych skorupach, nie potrafią w pełni wykorzystywać rozumu, daru który stanowi ich największą broń. Musisz się jeszcze dużo nauczyć, April. Ale teraz musisz wrócić. Nie pozwolę Ci umrzeć. Masz tam jeszcze coś do załatwienia.

 – Dlaczego? Dlaczego nie mogę w końcu zasnąć i zacząć pokutować za swoje winy?

 – Bo bez ciebie, nie ma także i mnie. Nie potrzebujesz mojego przebaczenia, ani przebaczenia od kogokolwiek innego na świecie, żeby go pokonać. Nigdy nie potrzebowałaś. Wróć tam i pokaż mu, że wszystko w co wierzymy, to tylko perspektywy, a kiedy już odnajdziesz tą właściwą, to nawet śmierć traci swoją władzę. Leć. Za niedługo się spotkamy…

 

 Kleista maź oblewała całe moje ciało. Znajdowałam się pod warstwą pyłu niepewności, tak grubą, że ledwo starczyło tlenu na wdech po przebudzeniu. Nie mogłam poruszyć żadnej kończyny, w tym głowy, dlatego nie wiedziałam czy los razem ze swoimi zmorami nadal znajdowali się w tym samym miejscu. Może znowu znajduje się w jakimś innym wymiarze? Coś poruszyło pod moją koszulką. Wił się, wierzgał, aż w końcu, po ciężkiej walce z moim przygniatającym ciałem, udało mu się wyjść spoza ubrań. 

 – Myślałem że naprawdę umarłaś! Co Ty sobie myślałaś!? Myślałem że naprawdę wiesz co Cię tu spotka! Myślałem że naprawdę znasz odpowiedź!!! – mimo braku tlenu, wypowiadał słowa z pełną wściekłością. Nie dziwię się, naraziłam także i jego egzystencję na niebezpieczeństwo.

 – Ja też tak myślałam kocie, naprawdę… wybacz, ale chyba naprawdę jestem idiotką – rzuciłam niby żartem, ale na pewno nie poprawiło mu to humoru.

 – Teraz to i tak nie jest to istotne, musimy się wydostać. Pył niepewności nie będzie już działał na Ciebie tak jak wcześniej, ale nadal potrzebujemy sporej siły żeby się spod niego wydostać, głównie fizycznej, a ja jak się domyślasz, nie dysponuje zbyt dużymi pokładami – był na tyle mały, że zdołał rozejrzeć się wokół. Czy mam jeszcze jakąkolwiek siłę w sobie? – Tylko się upewnię… Rozmawiałaś z nim? – zapytał się całkiem poważnie, tak jakby zależało od tego nasze życie.

 – Tak… Ja… – nie zdążyłam dokończyć, bo natychmiastowo odpowiedział mi swoim zaskakująco męskim głosem.

 – Nie teraz, April. Najważniejsze że już wiesz co trzeba zrobić. To ile prób Ci zajęło dojście do prawdy, nie jest istotne. Dasz radę nas wyrwać spod tego? – znowu się rozejrzał. Czułam spory nacisk pyłu, i rzeczywiście, zdawało się że potrzeba będzie naprawdę dużo siły żeby rozerwać jego grubą warstwę. Najpierw spróbowałam się odeprzeć od ziemi, ale ręce na to nie pozwoliły. Zostały tylko nogi, ale odczuwalny ból po wcześniejszym szaleńczym biegu nie sprzyjał sytuacji. – Kiedyś słyszałem, że ciepłe powietrze jest w stanie roztapiać pył. Wiesz, wtedy kiedy lato wchodzi do miast, duchy produkują go o wiele mniej – jego wiedza na tematy związane ze wszystkim co nas spotkało w ostatnim czasie, była naprawdę zaskakująca. Ciekawe tylko skąd ją posiadał?

 – Problem w tym, że dla mnie jest zbyt mało powietrza tutaj żebym mogła zacząć chuchać nim z ust, jeśli o to Ci chodziło – odpowiedziałam.

 – A co jeżeli… rozgrzać nieco atmosferę? – zaniemówiłam. Jeżeli miał to być kolejny żart, to wybrał najgorszy moment jaki mógł.

 – Słucham? – odparłam.

 – Ci z góry raczej nie widzą co tu się dzieje, bo z ich perspektywy wygląda na to że ich plan się powiódł, więc mamy jeszcze chwilę czasu zanim się zorientują. Przypominasz sobie te sny, podczas których, jakby to powiedzieć, ogarniała Cię dzika euforia i prawie każdej nocy pragnęłaś, żeby znów to poczuć, choć ich częstotliwość była stosunkowo niewielka? – rzeczywiście, miewałam takie sny. Najwięcej podczas okresu dojrzewania, ale…

 – SKĄD W OGÓLE MOŻESZ WIEDZIEĆ CO MI SIĘ ŚNIŁO!? – wykorzystując ostatni tlenu, starałam się jak najgłośniej wykrzyczeć całe zdanie.

 – Spokojnie, April, spokojnie, nie było mnie tam. Akurat w tych snach nie, bo wystarczało mi że czułem jak temperatura twojego ciała zaczynała drastycznie rosnąć, puls niebezpiecznie przyspieszał, a…

 – SKOŃCZ! Dobrze, wiem o co Ci chodzi… Spróbuję… – to co mówił było tak zawstydzające, że momentalnie cała moja twarz zrobiła się czerwona. Ale jeżeli w ten sposób mogliśmy się wydostać, musiałam pokonać także i wstyd.

Rzeczywiście, te sny wywierały na mnie jedne z największych emocji. Ich przebiegu nie zdradziłabym nawet pamiętnikowi, jeśli takowy bym posiadała, ale w lepsze dni, tuż przed zaśnięciem odtwarzałam w wyobraźni ich przebieg. Jako niezdarna nastolatka, nie mająca najlepszych kontaktów z rówieśnikami, tak silne emocje mogłam poczuć tylko we własnej wyobraźni. Często zastanawiałam się jak to jest przeżyć taką przygodą w realnym świecie, mogąc czerpać z chwili każdymi zmysłami w pełni świadomości. Czuć ciepło drugiej osoby, zapach, bicie serca, napór obcego ciała, chorą ekscytacje odbierającą rozum, spoglądać w swoje odbicie w jego oczach…

 Zanim powróciłam myślami do chwili obecnej, kot zaczął biegać i skakać po moim brzuchu. Kiedy przed oczami spojrzałam na szare niebo, ogarnął mnie strach. Pył rzeczywiście został rozpuszczony, i wydawało się, że stało się to o wiele szybciej niż można było się spodziewać. Podnosząc się z twardego asfaltu, pozwoliłam aby kot znów schował się pod koszulkę. Stojąc już w pełni na nogach, odczekałam chwilę aż obraz stanie się w pełni klarowny. Wszystko wydawało się być niezmienne – szeregi duchów, koszmary kotłujące się przed bramą cmentarną, oraz… Ja sama, spoglądająca na siebie z złowieszczym wzrokiem.

 – Po co wróciłaś? – rzucił mój sobowtór z wściekłością w moją stronę.

 – April, nie panikuj, już wiesz jak on działa. – cichy głos kota powędrował do moich uszu i dodał nieco otuchy. Faktycznie, już zdążyłam się zorientować. Wszystko zależało od tego, czy zdążę wypowiedzieć prawdę zanim wykona jakiś ruch.

 – Nie boję się… – zaczęłam, ale coś natychmiastowo ścisnęło moje gardło.

 – Doprawdy, April? – druga ja rzuciła ironicznie – Już się nie boisz? Nagle, po tylu latach, jak za machnięciem magiczną różdżką, cały strach opuścił twoje puste serce? I co teraz, będziesz błagać o wybaczenie swojego martwego braciszka? – jej głos stawał się coraz bardziej zapadnięty, jakby struny głosowe sklejały się ze sobą.

 – Nie masz prawa…

 – Owszem, mam, bo jestem tobą w każdym calu, i doskonale znam twoje myśli, twój strach, twoje serce… – słuchając jej słów poczułam falę wściekłości bijącą od wewnątrz, jakby setki słów chciały wydostać się na zewnątrz w tym samym momencie.

 – NIE MASZ PRAWA DECYDOWAĆ O TYM, CO JEST PRAWDĄ!!! – wykrzyczałam. Mój głos miał w sobie tyle siły, że coś na wzór fali uderzeniowej powędrował w stronę szeregów duchów, zamieniając jeden po drugim w różnokolorowe opary dymu, który zamiast wznosić się do góry, wędrował wprost pod ziemię. – ZABIŁAM GO! TAK, PAMIĘTAM! PAMIĘTAM KAŻDY JEDEN MOMENT Z TAMTEGO DNIA! TO JA! ZNIENAWIDZIŁAM SAMĄ SIEBIE! NIE MAM PRAWA ŻYĆ! – kolejne fale atakowały fałszywą April, ale zdawało się że nie robią na niej wrażenia. – Ale jeżeli nie jestem w stanie żyć dla siebie, to będę żyć dla niego. Będę żyć w szczęściu, po to żeby mógł cieszyć się tym szczęściem razem ze mną. Nie chce dłużej się obwiniać… Nie chce dłużej żyć w wybiórczej pamięci, aby tylko móc przeżywać od początku każdy kolejny bolesny dzień… Chce w końcu przebaczyć samej sobie, żyć normalnym życiem, a kiedy przyjdzie czas, opowiedzieć mu o wszystkim… opowiedzieć, czym jest szczęście, żeby też mógł je poczuć… – kiedy skończyłam mówić, czułam jak wszystko co siedziało we mnie od tylu lat, wszystko co sprawiało że czułam ból, chciało rozerwać moje ciało od środka.

Na mojej skórze zaczęły pojawiać się przebarwienia, z których wyrastały zgniłozielone bąble, wypełniające się od środka krwią, a pozostałe miejsca na skórze zaczynały pękać. Kiedy pierwsza łza opadła na ziemię, momentalnie cała skorupa moje ciała rozpękła się na drobne kawałki, które zawieszone w powietrzu, krążyły wokół mojej osoby. Obnażone żyły zaczynały odrywać się od mięsa, splatając się w płomiennie warkocze, powędrowały w stronę losu który przybierał moją formę. Nie był w stanie teraz uciec, koszmary stojące zanim załamały się w same w sobie, wydając przy tym metaliczny świst. Zostałam tylko ja i on. Moja świadomość, i los który kierował moim życiem. Nadeszła pora żeby to zmienić. Przyciągając go do siebie warkoczami splecionymi z żył, w których płynął ogień, byłam gotowa go zaakceptować jako część siebie, tworząc z nim całość. Gdy był na tyle blisko, że nasze ciała zaczynały się stykać, kawałki skóry latające wokół zaczęły powracać na swoje miejsca. Po chwili, byłam tam już tylko ja.

 

 

– Naprawdę od początku chodziło tylko o to? O zaakceptowanie prawdy i przebaczenie samej sobie?

– Mimo wszystkiego przez co przeszłaś ostatnio, mimo wszystkiego co czułaś przez wszystkie lata swojego życia, uważasz że TYLKO o to chodziło?

– No bo… wydaje się że mogłam to zrobić o wiele wcześniej… nigdy nie myślałam o tym, żeby spróbować zmienić perspektywę…

– April, to ile potrwa przebaczenie zależy od każdego z osobna. Nie można tej drogi przeskoczyć, pójść na skróty, odkryć prawdę wcześniej. Wszystko jest procesem, który musi trwać od początku do końca, niezależnie ile by to zajęło. Tak samo jest ze znakami, pojawiają się, ale to kiedy zaczniesz je rozumieć, zależne jest od sił których nawet my nie rozumiemy.

– Ale przecież w ostateczności, to wy pokazywaliście mi drogę, to Ty, razem z kotem, mówiliście co mam robić…

– Jeśli chodzi o kocura, to nie mógł się dowiedzieć o czymś wcześniej niż Ty. Jego pomoc polegała na pokazywaniu Ci tego, co już sama wiedziałaś, ale nie potrafiłaś jeszcze wykorzystać. Co do mnie… przyznaje, złamałem kilka zasad, ale jest to dopuszczalne w takich przypadkach.

– Co z ludźmi którzy, no wiesz, nie uda im się?

– Rzadko do tego dochodzi, ale kiedy już się zatracą, stają się posłuszni losowi. Mogło Ci się wydawać że go wchłonęłaś, ale jego już dawno tam nie było. To z czym się połączyłaś, było tylko jego zdolnością do kierowania twoim życiem. Krótko mówiąc, odebrałaś mu to co należało od początku do Ciebie. 

– A co z tym starcem, tym którego poznałam w parku? Na początku wydawało mi się że jest prawdziwy, ale potem, kiedy ruszył przeciwko duchom… 

– Staruch, bo tak go nazywamy, i ty też możesz, pracuje aktualnie dla nas. Ale historia, którą Ci przedstawił, i nie tylko tobie, jest jak najbardziej autentyczna. Kiedyś naprawdę się wydarzyła, w jego pierwszym życiu, ale w przeciwieństwie do ciebie, jemu zajęło o wiele więcej czasu zanim połapał się we wszystkim. Teraz zajmuje się serwowaniem tak zwanych, pierwszych wskazówek.

– To znaczy że ja też bym mogła być kimś takim? Pomagać innym odnaleźć prawdę

i przezwyciężyć los? 

– Najpierw, April, musisz przeżyć swoje życie w szczęściu, co też na początku nie jest łatwe. Uwierz mi, zdarzają się przypadki kiedy nasza interwencja jest potrzebna nawet już po wszystkim, bo ludzie po prostu nie wiedzą z czym to się je, w sensie, jak wykorzystywać szczęście. Dlatego właśnie, zostawiam Ci kocura, jest gburem i chamem, ale potrafi być użyteczny. Poza tym, nie chce też żebyś nadal czuła się samotna. A kiedy spotkamy się następnym razem, porozmawiamy co zrobić z twoją resztą wieczności. 

– Dziękuje… przepraszam… nie wiem co powiedzieć… 

– Nic nie musisz mówić, April, już nic. Ale teraz przykro mi, ale musicie znikać. Przebywanie istot nadal żyjących w zaświatach nie prowadzi do niczego dobrego. 

– Jeszcze jedno pytanie, ”Lato wchodzi do miast”, to też był znak?

– Hmmm… Znakiem trudno to nazwać, ale zwiastunem już jak najbardziej.

– Zwiastunem czego?

– Zwiastunem nadchodzącego szczęścia.

Koniec

Komentarze

Harry, czy w przedmowie musiałeś streścić opowiadanie? Osobiście wolałabym dowiedzieć się wszystkiego z lektury, nie z wprowadzenia. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Właśnie przedmowa okazała się być najtrudniejszym etapem, czego zupełnie tak naprawdę nie brałem pod uwagę, Chciałem ująć tematykę na tyle, aby zainteresować do tej, jak mi się wydaje, długiej lektury jak na zwyczaje forum. Osobiście jednak uważam że przedmowa zdradza jedynie otoczkę, a opowiadanie nadal pozostawia przed czytelnikiem wiele do odkrycia. Dziękuje jednak za komentarz, i zapytam, czy w razie możliwość zmienić przedmowę ?

Harry, skoro twierdzisz, że przedmowa nie zdradza najistotniejszych spraw opowiadania, zostaw ją. Ale rozpatrz też możliwość, by zamiast drugiej części przedmowy dodać odpowiednie tagi, które, niczego nie zdradzając, dadzą czytelnikowi pojęcie o tym, czego może się spodziewać w opowiadaniu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Po pierwszym komentarzu właśnie pomyślałem o takim rozwiązaniu. Biorę się od razu do edycji. 

OK. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Z trudem doczytałam do momentu, kiedy bohaterka wróciła ze snu i złapała dzierganego kota, a ponieważ cudze sny są czymś co nigdy nie zdoła mnie zainteresować, dodam tylko, że przeczytany fragment okazał się dla mnie straszliwie przegadany i tyleż nudny, co mało zrozumiały. Nie zdołał też zachęcić do poznania dalszego ciągu opowiadania.

Wykonanie pozostawia wiele do życzenia – sporo tu różnych błędów, powtórzeń, literówek, nie zawsze poprawnie złożonych zdań. Interpunkcja mocno kuleje, a zwarte bloki tekstu dodatkowo utrudniały lekturę.

Zupełnie zbędna jest pusta przestrzeń pod opowiadaniem.

 

Na ple­cach czuję ukry­ty wzrok ca­łe­go świa­ta… –> Czy rzeczony wzrok na pewno był ukryty na plecach?

 

po skro­ni spły­wa pot nieba… –> Co to jest pot nieba?

 

nie­cne za­mia­ry znowu legną a głos za­milk­nie znowu… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

po­ja­wi się ko­lej­na oka­zja? Nie wiem już kogo słu­chać, ale jeśli nie zjawi się tutaj… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

męż­czy­znę, któ­re­go twarz, jakby nie­śmia­ła, ukry­wa się za pa­ra­wa­nem ty­sią­ca czar­nych liter… –> Skoro twarz mężczyzny skrywa parawan gazety, skąd obserwująca wie, że twarz jest jakby nieśmiała?

 

przej­dę na drugą stro­ną chod­ni­ka… –> Czy tu aby nie miało być: …przej­dę na drugą stronę ulicy

 

Pod­no­sząc się z ławki, jed­nej

z tych które przy­cią­ga­ją… –> Zbędny enter.

 

ławki, jed­nej z tych które przy­cią­ga­ją swoją barwą pta­sie od­cho­dy… –> Jestem przekonana, że ptakom jest wszystko jedno, jakiej barwy ławki obsrywają.

 

ga­ze­ta po­wo­li ujaw­nia rysy jego twa­rzy. –> W jaki sposób gazeta to robi?

 

Zanim przy­gląd­nę się nim w pełni… –> Zanim przy­gląd­nę się im w pełni

 

rzu­cam krót­kie spoj­rze­nie na naj­więk­szy pa­pie­ro­wy na­głó­wek… –> Jeśli to nagłówek w gazecie, nie jest on papierowy, a wydrukowany. Papierowa jest gazeta.

 

Ich zwy­cza­je, slo­gan, za­cho­wa­nie… –> Ich zwy­cza­je, slo­gany, za­cho­wa­nie

Chyba że bohaterka myślała o jednym sloganie.

 

wszyst­ko bu­du­je prze­paść mię­dzy nimi a Tobą… –> …wszyst­ko bu­du­je prze­paść mię­dzy nimi a tobą

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy wracamy się do kogoś listownie.

 

Pa­mię­tam do­brze każdy jeden mo­ment… –> Wystarczy: Pa­mię­tam do­brze każdy mo­ment

 

za­ta­mo­wać stru­mie­nie gorz­kich łez, są­czą­cych się… –> Nie bardzo to widzę – strumień jawi mi się jako wartki, a coś, co się sączy, cieknie raczej powoli i niezbyt obficie.

 

czy zo­stać obry­zga­ną przez ścia­nę brud­nej wody… –> …czy zo­stać obry­zga­na ścia­ną brud­nej wody

 

da­je­my się po­ko­ny­wać wła­snych lękom… –> …da­je­my się po­ko­ny­wać wła­snym lękom

 

gdyż owy pył nie chce się sprać… –> …gdyż ów pył nie chce się sprać

 

nawet ką­piel w mo­dli­twie nie po­tra­fi sobie z nim po­ra­dzić. –> Na czym polega kąpiel w modlitwie?

 

za­py­ta­łam się mojej to­wa­rzysz­ki : –> …za­py­ta­łam moją to­wa­rzysz­kę:

 

– Mó­wi­łam Ci że jak bę­dziesz się ru­szać… –> – Mó­wi­łam ci, że jak bę­dziesz się ru­szać

 

– Ech, chcesz wra­cać? Spodo­ba­ło mi się to miej­sce, ale jeśli mu­sisz spraw­dzić czy to coś z ze­wnątrz, po pro­stu po­wiedz. – czu­łam że drzem­ka nie­chęt­nie to zrobi, ale nie mo­głam zlek­ce­wa­żyć tego dziw­ne­go dźwię­ku. Prze­pro­szę ją przy ju­trzej­szym spo­tka­niu… –> – Ech, chcesz wra­cać? Spodo­ba­ło mi się to miej­sce, ale jeśli mu­sisz spraw­dzić czy to coś z ze­wnątrz, po pro­stu po­wiedz. – Czu­łam, że drzem­ka nie­chęt­nie to zrobi, ale nie mo­głam zlek­ce­wa­żyć tego dziw­ne­go dźwię­ku.

Prze­pro­szę ją przy ju­trzej­szym spo­tka­niu

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Może przyda się poradnik: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zapis-partii-dialogowych;13842.html

 

że na pewno chce urwać ten sen. –> Literówka.

 

ile spada jabł­ko na zie­mie, od­ry­wa­ją­ce się ogon­kiem od oj­czy­stej ga­łę­zi… –> Literówka.

Jabłko jest przytwierdzone do gałęzi ogonkiem, ale ono ogonkiem się nie odrywa. Nie wydaje mi się też, aby gałąź mogła być ojczysta.

Proponuję: …ile spada na zie­mię jabł­ko, od­ry­wa­ją­ce od macierzystej ga­łę­zi

 

ubierz­cie się w te ko­szu­le na­stęp­nym razem!” rzu­ci­łam

w ostat­niej chwi­li… –> Zbędny enter.

 

pro­mie­nie czer­wo­ne­go świa­tła, wy­cho­dzą­ce z lamp­ki noc­nej oświe­tla­ją­cej pokój… –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …pro­mie­nie czer­wo­ne­go świa­tła lamp­ki noc­nej, rozjaśniające pokój

 

ta­jem­ni­czy przy­bysz przy­bie­rze ludz­ką po­stać… –> Nie brzmi to najlepiej.

Może: …ta­jem­ni­czy gość przy­bie­rze ludz­ką po­stać

 

od dłuż­szej chwi­li wy­cze­ku­je na jego błąd. –> Literówka.

 

Miał w sobie coś z me­ta­licz­ne­go tonu, od­bi­ja­ją­cych się od drew­nia­nej pod­ło­gi kro­pel krwi… –> Skąd metaliczny ton w od­bi­ja­ją­cych się od drew­nia­nej pod­ło­gi kroplach krwi?

 

ko­mi­na wy­cho­dzą­ce­go od roz­grza­ne­go pieca hut­ni­cze­go. –> …ko­mi­na wy­cho­dzą­ce­go z roz­grza­ne­go pieca hut­ni­cze­go.

 

na­tych­mia­sto­wo wy­sko­czy­łam z łóżka. –> …na­tych­mia­st wy­sko­czy­łam z łóżka.

 

pró­bu­jąc nie udu­sić się od na­ci­sku, jakie wy­wie­ra­ły macki stwo­ra. –> …pró­bu­jąc nie udu­sić się od na­ci­sku, jaki wy­wie­ra­ły macki stwo­ra.

 

zo­sta­ło przed­sta­wio­ne dla mojej, i tak już do­sta­tecz­nie roz­szar­pa­nej świa­do­mo­ści… –> …zo­sta­ło przed­sta­wio­ne mojej, i tak już do­sta­tecz­nie roz­szar­pa­nej świa­do­mo­ści

 

Pierw­sza była eu­fo­ria szczę­ście to­wa­rzy­szą­ce nam pod­czas zda­rzeń które wy­cze­ku­je­my z nie­cier­pli­wo­ścią… –> Pierw­sza była eu­fo­ria, szczę­ście to­wa­rzy­szą­ce nam pod­czas zda­rzeń, których wy­cze­ku­je­my z nie­cier­pli­wo­ścią…

 

mia­łam chwi­lo­wą myśl aby spę­dzić resz­tę wiecz­no­ści w tej chwi­li… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

tylko dla tej chwi­li. Po kilku na­stęp­nych chwi­lach… –> Jak wyżej.

 

Nic oprócz tego ele­men­tu po­zo­sta­ło jed­nak takie samo… –> Chyba miało być: Nic, oprócz tego ele­men­tu, nie po­zo­sta­ło jed­nak takie same

 

ślad, nie ma­ją­cą się za­go­ić bli­znę w pa­mię­ci. –> …ślad, niema­ją­cą się za­go­ić ranę w pa­mię­ci.

Blizna to ślad po zagojeniu się rany.

 

i zda­ją­cy się być mniej świe­ży niż ten niż­szy. Su­ro­we wieże były wpra­wio­ne w ruch, i zda­wa­ły się krą­żyć wokół sie­bie, uczest­ni­czyć w tańcu, któ­re­go ruchy za­leż­ne były od wyż­sze­go stosu. Nie ro­zu­mia­łam już zu­peł­nie nic, to wszyst­ko zda­wa­ło się być… –> Nie brzmi to najlepiej, zwłaszcza że wdała się jeszcze lekka byłoza.

 

a kiedy ru­nę­ły już wszyst­kie, na­tych­mia­sto­wo zo­sta­ły za­ata­ko­wa­ne przez rój much… –> …a kiedy ru­nę­ły już wszyst­kie, na­tych­mia­st zo­sta­ły za­ata­ko­wa­ne przez rój much

 

– O czym mam nie za­po­mi­nać? – po­wie­dzia­łam… –> Raczej: – O czym mam nie za­po­mi­nać? – zapyta­łam

 

Ktoś obcy prze­mó­wił moim gar­dłem… –> Czy na pewno przemówił gardłem?

 

Nie szu­kaj w nich, szu­kaj we wnę­trzu.. –> Jeśli na końcu zdania miała być kropka, jest o jedną kropkę za dużo, a jeśli miał być wielokropek, brakuje jednej kropki. Wielokropek ma zawsze trzy kropki.

 

za­czę­ło prze­my­kać obok moich oczu w od­wró­co­nym tem­pie… –> Na czym polega odwrócenie tempa?

 

sto­jąc w je­dy­nym nie oświe­tlo­nym czer­wo­nym świa­tłem kącie… –> Nie brzmi to najlepiej.

Może: …sto­jąc w je­dy­nym nieoświe­tlo­nym czer­wo­ną lampką kącie

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@regulatorzy Dziękuje za wypunktowanie błędów, szczególnie tych związanych z szykiem zdań. Literówki wzięły się z przeoczenia, co pewnie jest normalne, nawet w sytuacji kiedy czyta się własny tekst kilkanaście razy – człowiek nie jest w stanie wyłapać wszystkiego. Zdaję sobie sprawę z tego że początkowe wydarzenia się dłużą i mam świadomość jak ciężko się to czyta – tak to właśnie zaplanowałem. Nie będę prosił oczywiście o danie szansy całości opowiadania, ale może jednak warto ? :) Tak czy inaczej, dziękuje jeszcze raz za poświęcony czas i komentarz :D 

Harry, jeśli uważasz, że łapanka przyda się, to bardzo się cieszę. ;)

Nie mogę obiecać, że zjawię się ponownie, ale sugeruję abyś podzielił bloki tekstu na akapity. W ten sposób ułatwisz lekturę tym czytelnikom, którzy pewnie jeszcze się tu zjawią.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jasne, dzięki jeszcze raz za porady :)

Bardzo proszę. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka