- Opowiadanie: Jared Jericho - Lśniący

Lśniący

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

Użytkownicy, mr.maras

Oceny

Lśniący

Pleroma była wioską w centrum wszechświata – poza miejscem i czasem. Gdyby ktoś chciał przejść Pleromę od wschodu na zachód, zajęłoby mu to dwie godziny. I podobnie gdyby chciał przejść wioskę z północy na południe – dwie godziny. Jeżeli natomiast kto chciałby przejść się jej obwodem, to musiałby poświęcić nie mniej niż dzień. Jeżeli przy tym oglądałby każdą spotkaną rzecz dokładnie – nie mniej niż tydzień. Jeżeli zaś chciałby spotkać wszystkich jej mieszkańców – zaledwie pięć minut. Jej południową granicę wyznaczały Szare Darnie, i podobnie północną również Szare Darnie. A także wschodnią i zachodnią – niezmiennie Szare Darnie. Szare i Szare. Pleroma leżała w Darniach i nie patrzyło na nią boskie oko. Znad Szarych Darni raz po raz przychodził Lśniący Pan, niemało przy tym trwożąc jej mieszkańców, a było ich aż dwoje. Ojciec i córka. Z Pleromy nie dało się wyjść pieszo – każdy kto próbował, ten niechybnie tu wracał…

 

***

 

Luiz robił kanapkę dla córki – czerstwą warstwę chleba obłożył delikatnie świńskim tłuszczem i nakrył chudym plastrem wieprzowiny. Meble w kuchni były wyjałowiałe, naznaczone zębem czasu. Podobnie jak stępione, przerdzewiałe noże, których nie było już czym ostrzyć. Mężczyzna nagle kaszlnął i niechcący napluł krwią na chleb. Westchnął tylko, ucałował kromkę chleba, ale nie wyrzucił – zostawił ptakom na później.

– Tatusiu, czy dobrze się czujesz? – powiedziała Natasha, która pojawiła się w drzwiach jak duch.

– W porządku, skarbie – uśmiechnął się mężczyzna, zapominając, że ma zęby umalowane krwią – wyglądasz na przestraszoną. Stało się coś?

Natasha milczała, jak milczy zawsze, gdy nie wie, jak wyrazić swoje obawy. Patrzyła spode łba zaszklonymi oczkami.

– Lśniący Pan znowu tu był. Mówił, że Jeremi wcale nie musiał umrzeć.

„Stary szalbierz znowu tu buszował i mącił. Cholerny Bartłomiej Szachraj” – pomyślał Luiz, ale ukrył to pod maską uśmiechu. Wziął córkę w ramiona i rzekł:

– Kochanie moje najwspanialsze, mówiłem Ci już, twój króliczek zmarł i będzie czekał na ciebie po drugiej stronie tęczy. Lśniący Pan nie jest dobry. On nie chce dobrze dla nas.

Odpowiedziało mu mętne spojrzenie córki.

– Ale dlaczego?

Luiz ciężko westchnął.

– Ponieważ, rodzynko moja kochana, on nie jest człowiekiem – chce nas zabrać w Szare Darnie. Tak samo jak mamusie, kiedy zmarła. On chce mi cię ukraść.

 

***

 

Kiedy Natashka nieco się uspokoiła, Luiz starał się ułożyć ją do snu. Pechowo jako lekturę na dobranoc nie wybrała braci Grimm, ani Andersena, ale książkę z poezją Gumilowa. „Tatusiu, chcę tamtą bo pomarańczowa!”. Luiz wiedział, że to zły pomysł, ale otwarł tomik na losowej stronie i zadeklamował:

 

I nie w łóżku umrę, nie w swym domu,

Z notariuszem przy boku, z lekarzem,

Ale w jakiejś nieznanej nikomu

W gęstym bluszczu tonącej pieczarze.

 

– Tatusiu, ale co to znaczy? – spytała Natashka, chowając się częściowo pod kołdrą.

Luiz zastanawiał się chwilę.

– To znaczy, skarbku, że poeta, który pisał ten wiersz, był taki jak my. Gdyby Lśniący Pan istniał w jego czasach, on również nie chciałby z nim rozmawiać. Musisz zawsze o tym pamiętać – Bartłomiej Szachraj potrafi tylko kłamać i niszczyć.

– Ale on mówi, że chce dla nas dobrze. Chce mnie zabrać do mamusi i Jeremiego.

– Natashko słoneczna, to tak nie działa. Lśniący Pan chce ci dać wiele, owszem, ale cena na to jest wysoka. Wyobraź sobie, że już nigdy nie będzie bolał cię ząb. To miłe, prawda? Ale też nigdy nic już nie będzie cię boleć, a nawet cieszyć. Szare Darnie dają nieśmiertelność i szczęście, ale odbierają nam człowieczeństwo. Szczęśliwi tam mogą być tylko ci, którzy zechcą być szczęśliwi, a gdyby Bóg chciał, by ludzie byli szczęśliwi, to by ich takimi stworzył.

W pokoju zapadła niezręczna cisza – Natashka przez jakiś czas wiła się pod kołdrą. Patrzyła na ojca, który nieco zbity z tropu, przyglądał się wierszowi Gumilowa. W końcu obwieściła:

– Bóg jest głupi.

 

***

 

Nocami Luiz dostawał ataku krwawego kaszlu. Był chory – żarło mu wnętrzności. Dlatego też lokował się w przetartym obiciu fotela i czytał; dziś akurat „Splendor” Nabokova. Książkę o człowieku bezużytecznym. Choć noc była jeszcze młoda, to już zaczął pokaszliwać i tracić dech. W tych momentach zawsze panikował.

„Co będzie z Natashką jak umrę, skoro nie ma już więcej ludzi na ziemi?”.

Ten strach tylko wzmagał chorobę.

„Ach, córeczko, gdyby tylko dało się ubrać w ramy te wszystkie niewypowiedziane słowa, których jeszcze nie możesz zrozumieć. Gdybyś tylko mogła zrozumieć, że kocham Cię tak bardzo, że zabraniam ci bycia razem z mamą po drugiej stronie” – pomyślał i zaczął krwiście charkać na Nabokova w kolejnym ataku.

= Wszystko w porządku, człowiecze? Astma cię nie oszczędza, jak widzę.

Rzekła to postać wysoka, o anielsko-symetrycznych rysach twarzy. Ubrana nienagannie w akwamarynowy płaszcz, który – o czym Luiz dobrze wiedział – lśnił w słońcu jak sto pożarów. Czaru dopełniał cylinder – o nieco zbyt szerokim rondzie – był za to niezwykle elegancki ze swą lazurową obwolutą. Gość pojawił się oczywiście znikąd, jak to on.

– Szachraju… Pozwól, że nim wezmę ostatni dech, to przeklnę cię jeszcze sto razy… – rzekł Luiz.

= Dla ciebie byłoby lepiej oszczędzać oddech jednakże. Mógłbyś w końcu przyjąć naszą ofertę. My naprawdę was kochamy, Luiz. Wiem, że widzisz to jak kiepski żart, ale jesteście ostatnimi ludźmi, którzy dalej martwią się o to, co przyniesie jutro, martwią o śmierć, szczęście i takie tam głupotki. Głuptaski z was. Gdybyś wiedział, ile razy zatrzymywałem ci nawrót choroby… Gdybyś wiedział, co jeszcze dla ciebie zrobiłem…

– Wy puste pokrywy! – Zerwał się. – Jak taka u was sielanka, to czemu nie odwiedza mnie żona, tylko ty, szachraju? Gdzie ona się podziała!? Coście zrobili jej, że zostawiła mnie tutaj w tym gównie!? Wy mierne podróbki bytu!

Nagły atak kaszlu przerwał monolog.

= Mógłbym cię stąd zabrać i przemienić, a dziękowałbyś mi minutę potem, ale zaczekam. Będziesz w końcu gotowy.

Wiatr i chłód nagle razem zatańczyły walca w komnatach. Wszystkie książki i papiery poderwały się w mig do lotu jak skowronki. Okna otwarły się i zamknęły i wówczas zawierucha skurczyła się do szeptu i zniknęła. A razem z nią stary Szachraj. Kaszlący stracił przytomność, leżąc na granicy fotela i podłogi.

 

***

 

Luiz obudził się ze świadomością, że dziś jest ten dzień. Ledwo pozbierał się po wczorajszych odwiedzinach. Czuł jak krwawa pożoga przesuwa mu się we wnętrznościach, niszcząc wszystko na linii wątroba-oskrzela. Ten dewastacyjny marsz raz po raz wyrzucał swych poległych gęstym wymiotem, gdzie oprócz posoki niespodziewanie wypadać zaczęły także zęby. Wzrok mu mglił a i ze słuchem nie było lepiej – docierało do niego tylko echo krzyków Natashki. Chciał ją objąć ramionami, ale stracił czucie. Stępiałe „kocham cię, kocham cię”, „proszę nie umieraj, tatusiu” było jedynym, co jako tako rozpoznawał. I w końcu zawiodły nogi – wywrócił się. Starał się zlokalizować, z której strony stoi Natasha.

– Kochanie, kochanie… Podejdź… Dziś jest ten dzień kiedy… – Atak ostrego kaszlu i zadyszki. – Kiedy umieram. Ale mimo tego wszystkiego, co widzisz, pamiętaj jedno. Bóg nad Tobą czuwa – nie zostawi Cię nigdy. Ja też nie. Będę czekać na ciebie po drugiej stronie tęczy… Tam… Nie…

Wtedy ucichł, zmysły mu się wyłączyły. Nie docierało już nic. Wtedy w głowie pojawił mu się jakiś obraz. Kobieta… Nie! A może? To dziewczynka… Natasha! Jak mogłem nie poznać? Natusiu, robaczku, co tu robisz? Co tu się dzieje? Czemu wszystko tak świeci?

= Tato, ja już jestem po drugiej stronie tęczy. I mama też. I Jeremi.

– Ale co? Jak? Przecież to ja umieram!

= To Bartłomiej, tato. Pamiętasz stawek przy samych Darniach na wschodzie? Utonęłam tam wiosną, kiedy ty siałeś jęczmień w polu. Nic nawet nie wiedziałeś. Spotkałam się z mamą – Darnie pozwoliły mi na to. Bartłomiej pozwolił mi wrócić do Ciebie. Nie chciał twego cierpienia – myślał, że ja przekonam cię do jego zaproszenia. Ale nie mogłam – musiałam udawać nieświadomą, głupiutką – tylko po to byś myślał, że to prawda. Żebyś był szczęśliwy. Byś nigdy się nie dowiedział, że poszłam za Lśniącym Panem. Tato…

– Ten Szachraj! Zbałamucił cię! Kochanie, tyle czasu byliśmy razem, a ja nie wypowiedziałem tylu myśli, tyle słów runęło w otchłań… Kochanie, skłamałem. To nie Bartłomiej porwał mamę… Ona sama chciała… Odeszła, by… Wybrała go… Natasha? Nic nie widzę! Światłość gaśnie! Gdzie jesteś!? Cukierku!

Ja… Czy ja…

A więc naprawdę…

Niewysławialne…

Czy to…

Czy to…?

Druga strona tęczy…?

 

***

 

Pleroma była wioską w centrum wszechświata – poza miejscem i czasem. Gdyby ktoś chciał przejść Pleromę od wschodu na zachód, zajęłoby mu to dwie godziny. I podobnie gdyby chciał przejść wioskę z północy na południe – dwie godziny. Jeżeli natomiast kto chciałby przejść się jej obwodem, to musiałby poświęcić nie mniej niż dzień. Jeżeli przy tym oglądałby każdą spotkaną rzecz dokładnie – nie mniej niż tydzień. Jeżeli zaś chciałby spotkać wszystkich jej mieszkańców – to gorzko by się rozczarował, bowiem nikt tu nie mieszkał. No może poza płochliwym wiatrem znad Darni, co smagał smutne przestrzenie i szeptał z nudów sam do siebie.

Koniec

Komentarze

Klimatyczna, nastrojowa, spokojnie płynąca opowiastka. Plot nie dziwi jakoś bardzo, ale nic nie szkodzi – czytało się bardzo dobrze. Świetna klamra :).

 

Coś się podziało w zapisie, i gdzieniegdzie są znaki równości zamiast pauzy dialogowej.

 

Pozdrawiam!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Ostatnio ktoś tu na portalu zachęcił mnie do przeczytania Extensy Dukaja. Kojarzy się z nią Twoja historyjka na poziomie pomysłu. Opowiadanie jest OK, choć nie wzbudziło we mnie emocji. Ciężko powiedzieć, dlaczego. Wprowadzenie i zakończenie bardzo mi się spodobały. Dzięki!

Bardzo dziękuję za komentarze! Napisałem pod wpływem Extensy Dukaja właśnie, a te dialogowe “=” są z Perfekcyjnej niedoskonałości pożyczone :) Bardzo dziękuję za Was czas, kochani. :D

Jej południową granicę wyznaczały Szare Darnie, i podobnie północną również Szare Darnie.

Rozumiem zamysł stylistyczny, ale mi to nie brzmi. Skreśliłbym "podobnie". 

Luiz robił kanapkę dla córki – czerstwą warstwę chleba obłożył delikatnie świńskim tłuszczem i nakrył chudym plastrem wieprzowiny.

Wolałabym kromkę albo pajdę, zamiast "warstwę". 

Westchnął tylko, ucałował kromkę chleba , ale nie wyrzucił – zostawił ptakom na później.

Tak samo jak mamusię, kiedy zmarła.

– Natashko słoneczna, to tak nie działa. Lśniący Pan chce ci dać wiele, owszem, ale cena na to jest wysoka. Wyobraź sobie, że już nigdy nie będzie bolał cię ząb. To miłe, prawda? Ale też nigdy nic już nie będzie cię boleć, a nawet cieszyć.

To mówi bohater, więc może nie powinienem się czepiać, ale raczej "cena za to…" 

Druga część wypowiedzi też dość dziwna – może lepiej – "Ale też nigdy nic już nie będzie cię boleć, ani cieszyć." 

Gdybyś tylko mogła zrozumieć, że kocham Cię tak bardzo, że zabraniam ci bycia razem z mamą po drugiej stronie”

"Cię" raczej małą literą. 

Ogólnie, to całkiem fajny tekst, gdzieś na granicy poetyckiej metafory i baśniowego klimatu. Czasem przesadzasz z baśniową stylizacją:

Wiatr i chłód nagle razem zatańczyły walca w komnatach.

W zamku Bestii to rozumiem. Ale nie w wiejskim domku :-) 

Albo:

= Dla ciebie byłoby lepiej oszczędzać oddech jednakże.

Bartłomiej jest inny i w sumie powinien mówić inaczej, ale taka inwersja nie brzmi dobrze nawet w ustach Yody. 

Ale spod stylu świeci jasny, konkretny i całkiem fajny pomysł, pobity solidną dawką emocji. Nawet jeśli inspirowany znanym tekstem. Podobało mi się. Wadą (w zasadzie to dla mnie jest wada, zupełnie nieobiektywnie) jest to, że rzecz bardziej pasowałaby mi na pełnowymiarowe, solidne opowiadanie, nie szorta. Ale nic to. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Osobliwym miejscem jest Pleroma, a i bohaterowie są szczególni. Jest tu stosowny klimat i ciekawa historia, i tylko szkoda, że opowiadanie jest takie krótkie, że sporo trzeba sobie dopowiedzieć.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

Meble w kuch­ni były wy­ja­ło­wia­łe… –> Na czym polega wyjałowienie mebli?

 

mó­wi­łem Ci już, twój kró­li­czek zmarł… –> …mó­wi­łem ci już, twój kró­li­czek zmarł

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie. Ten błąd pojawia się w opowiadaniu kilkakrotnie.

 

„Ta­tu­siu, chcę tamtą bo po­ma­rań­czo­wa!”. –> Zdanie kończy wykrzyknik. Kropka jest zbędna.

 

„Co bę­dzie z Na­ta­sh­ką jak umrę, skoro nie ma już wię­cej ludzi na ziemi?”. –> Zdanie kończy pytajnik. Kropka jest zbędna.

 

= Wszyst­ko w po­rząd­ku, czło­wie­cze? Astma cię nie oszczę­dza, jak widzę. –> Dlaczego wypowiedź poprzedza znak równości?

Pytanie dotyczy także zdań w dalszej części opowiadania.

 

Rze­kła to po­stać wy­so­ka, o aniel­sko-sy­me­trycz­nych ry­sach twa­rzy. –> Rze­kła to po­stać wy­so­ka, o aniel­sko sy­me­trycz­nych ry­sach twa­rzy.

 

Czaru do­peł­niał cy­lin­der – o nieco zbyt sze­ro­kim ron­dzie – był za to nie­zwy­kle ele­ganc­ki ze swą la­zu­ro­wą ob­wo­lu­tą. –> Co to jest obwoluta cylindra?

 

Wiatr i chłód nagle razem za­tań­czy­ły walca w kom­na­tach. –> Wiatr i chłód nagle razem za­tań­czy­ły walca w izbach.

 

Kasz­lą­cy stra­cił przy­tom­ność, leżąc na gra­ni­cy fo­te­la i pod­ło­gi. – Gdzie przebiega granica fotela i podłogi?

 

nisz­cząc wszyst­ko na linii wą­tro­ba-oskrze­la. –> …nisz­cząc wszyst­ko na linii wą­tro­ba – oskrze­la.

 

Wzrok mu mglił a i ze słu­chem nie było le­piej… –> Wzrok mu się mglił a i ze słu­chem nie było le­piej

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Luiz robił kanapkę dla córki – czerstwą warstwę chleba obłożył delikatnie świńskim tłuszczem i nakrył chudym plastrem wieprzowiny.

Wygląda, jakby posmarował kanapkę tłuszczem z obu stron ;) 

Tak samo jak mamusie, kiedy zmarła.

„Tatusiu, chcę tamtą bo pomarańczowa!”.

Wyrzuciłabym kropkę z końca i wstawiła przecinek w środku.

„Ach, córeczko, gdyby tylko dało się ubrać w ramy te wszystkie niewypowiedziane słowa, których jeszcze nie możesz zrozumieć. Gdybyś tylko mogła zrozumieć,

= Wszystko w porządku, człowiecze?

Domyślam się, że chciałeś zaznaczyć wypowiedź Szachraja, bo ten zapis się powtarza. Myślę, że nie ma potrzeby, widać, co kto mówi. Natomiast można zastosować inne wyróżnienie, które nie będzie kłuło w oczy, choćby kursywę.

Kaszlący stracił przytomność, leżąc na granicy fotela i podłogi.

To zdanie sugeruje, że kaszlący położył się i w trakcie leżenia stracił przytomność. O to chodziło?

Czuł[+,] jak krwawa pożoga przesuwa mu się we wnętrznościach, niszcząc wszystko na linii wątroba-oskrzela.

Wzrok mu[+się] mglił[+,] a i ze słuchem nie było lepiej – docierało do niego tylko echo krzyków Natashki.

Fajny pomysł i podoba mi się klamra.

Znam tylko pięć liter ;)

Ciekawy szort. Początek zaciekawia, wykonanie zaś z lekka chrobocze. Trochę szkoda, bo treść przypadła mi do gustu. No i także nie odgadłem, czemu kwestie pewnych postaci poprzedza “=”. Czy to oznaczenie jakiejś formy telepatii, czy innego stylu wypowiedzi? Nie mam nic do eksperymentów językowo-formalnych, ale powiem szczerze, że sens tej zmiany z lekka mi umknął.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Fajne to. Podoba mi się pomysł, podoba mi się klimat. Kwestie wykonania i błędów już ci ładnie pokazano. “Extensy” nie czytałem, więc nie jestem w stanie powiedzieć, ile w opowiadaniu jest inspiracji, a ile twojej inwencji, ale nie zamierzam wnikać. 

Jeśli chodzi o zarzuty – przede wszystkim za krótkie. Jasne, łatwo taki pomysł przegadać, ale wydaje mi się, że przegiąłeś w drugą stronę. Trochę więcej życia w tym mieście pokazać, trochę więcej o tych Darniach, więcej Szachraja! Bo w zasadzie raz się tylko pojawia i już koniec opowiadania. 

A Bartłomiej Szachraj błyszczy w tym opowiadaniu. To znaczy, potencjał jaki ma, bo wydaje mi się nie do końca wyczerpany. Świetnie się nazywa, intryguje, ale za mało go. Nie musisz wyjaśniać dokładnie kim jest i o co chodzi, bo wyraźnie nie o to ci chodziło w tym opowiadaniu, ale chociaż pokaż go trochę więcej. Swoją drogą, chociaż wyglądać powinien raczej na zupełne przeciwieństwo, Szachraj mocno przywodził mi na myśl Old Georgiego z Atlasu Chmur i nic nie poradzę, dla mnie ma twarz Huga Weavinga :D

Trochę dziwnie wygląda zapis Natasha, zwłaszcza, że nie określasz przecież żadnych prawdziwych realiów, ojciec ma na imię Luiz a Lśniący Pan to Bartłomiej. Trochę mało spójne. Jeszcze gorzej wygląda Natashka. 

Jeszcze trochę czepialstwa:

Gdyby ktoś chciał przejść Pleromę od wschodu na zachód, zajęłoby mu to dwie godziny. I podobnie gdyby chciał przejść wioskę z północy na południe – dwie godziny. Jeżeli natomiast kto chciałby przejść się jej obwodem, to musiałby poświęcić nie mniej niż dzień.

Ja wiem, że to fantastyczna wioska w środku wrzechświata, ale z tego co pisałeś nie wynika za mocno, żeby jakoś specjalnie zaginały się w niej prawa fizyki, a przynajmniej tego nie wyłapałem. Więc podane wymiary Pleromy są nierealne :D No bo o ile Pleroma nie ma jakiegoś bardzo dziwnego kształtu specjalnie wydziwiającego jej obwód, to obejście wioski powinno zajmować coś pomiędzy 6,28 godziny (obwód koła) a 8 godzin (obwód kwadratu). Do całego dnia jeszcze kawałek.

stępione, przerdzewiałe noże, których nie było już czym ostrzyć

No bez przesady :D Żyją w jakiejś postapokaliptycznej wiosce, całkiem niemałej, w której nie ma nikogo poza nimi. Praktycznie w każdym domu powinni znaleźć jakąś ostrzałkę do noży, to nie jest coś co szybko się zużywa. Wydaje mi się, że w trakcie takiej apokalipsy (nawet bardzo dziwnej jak tu) akurat niedobór ostrzałek do noży nie będzie tym, co będzie najbardziej doskwierać ludziom :D

Szare Darnie dają nieśmiertelność i szczęście, ale odbierają nam człowieczeństwo. Szczęśliwi tam mogą być tylko ci, którzy zechcą być szczęśliwi, a gdyby Bóg chciał, by ludzie byli szczęśliwi, to by ich takimi stworzył.

Fajne to. 

Nocami Luiz dostawał ataku krwawego kaszlu. Był chory – żarło mu wnętrzności.

To też. Dobrze pasuje do realiów i świetnie brzmi.

 

Ciekawie rozwiązana historia, chociaż przyznam, że nie specjalnie działa na mnie konwencja niesamowitości, których tu nie brakuje. No i groza jakby mniej zaakcentowana niż materia tematu na to pozwalała. Generalnie ok.

Wtedy ucichł, zmysły mu się wyłączyły. Nie docierało już nic. Wtedy w głowie pojawił mu się jakiś obraz. Kobieta…

Tak poza tym, wzorowanie się na Dukaju to słaby pomysł. Dukaj jest passe ;)

 

Pozdrawiam Czwartkowy Dyżurny

Opowiadanie atmosferą stoi. Warto by je doszlifować, dopracować, dopieścić. W obecnej formie miewa swoje mocne i słabsze momenty, przydałaby się porządna redakcja i ciut więcej umiejętności. Nie znaczy to oczywiście, że jest ich mało. Po prostu warsztatowo i technicznie jest nieźle. A widać potencjał na więcej.

Nie będę osądzał jak dalece "natchnienie" i inspiracja Dukajem, przeniknęła przez strukturę pomysłu, kreacji świata przedstawionego (bo Extensę czytałem wieki temu), ale czuć w tekście zmysł Autora do snucia klimatycznych opowieści i widać, że opanował pewne chwyty literackie i używa ich świadomie. I z wyczuciem. Dobra jest klamra spinająca opowieść, dobrze wykreowane postacie, ciekawe nazwy, surowe i "życiowe" niektóre zdania i opisy.

Nie muszę widzieć, jak i skąd wzięła się Pleroma i dlaczego znają tam Gumilowa (nazwisko rosyjskiego poety naprowadziło mnie na rozwiązanie mojego dylematu: z czym mi się kojarzy taki klimat opowieści i okazało się, że jest ona taka jakby rosyjska w klimacie; i jeszcze ta wioska w sercu wszechświata niczym wieś pośrodku syberyjskiej tajgi). Gdzieś poza czasem i światem, nierealnie, a przecież wyjaśnień zastanej sytuacji może być wiele i dobrze, że pozostawiasz je wyobraźni czytelnika.

Nie podobało mi się wejście w ten fragment: Rzekła to postać wysoka, o anielsko-symetrycznych rysach twarzy (…) Zgrzyta dziwnym szykiem.

Nie podobał mi się skandaliczny nadmiar wielokropków. I te krótkie, pourywane zdania, myśli, zwłaszcza w scenie śmierci Luiza.

Zabieg ze znakami równości zamiast myślników moim zdaniem zupełnie niepotrzebny. W tak krótkim tekście i przy zupełnym barku uzasadnienia wygląda po prostu jak literówki.

Końcowy "twist" z córką, która już dawno przeszła "na drugą stronę" i oszukuje ojca, taki sobie. Nie wybrzmiewa zbyt mocno.

Gdzieś w tekście trafiłem szachraja pisanego małą literą, może akurat nie chodziło o imię, ale na pewno chodziło o Bartłomieja, więc chyba jednak błąd.

Dam klika na zachętę, ufając, że wskazane przez innych komentujących błędy poprawisz.

Po przeczytaniu spalić monitor.

A do mnie jakoś specjalnie nie przemówiło. Kolejna opowiastka na temat śmierci. Wyróżnia ją twist z córką, ale w sumie do niczego nie prowadzi.

Dlaczego wioskę, w której mieszkają dwie osoby (i to razem) tak długo się przemierza? OK, kiedyś mogło tam mieszkać więcej ludzi i domy po nich zostały, ale i tak mi to zgrzyta.

Czemu wskazane wcześniej błędy jeszcze nie są poprawione?

– Kochanie moje najwspanialsze, mówiłem Ci już,

Ty, twój, pan itp. w dialogach piszemy małą literą. W listach dużą.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka