- Opowiadanie: Michał Pe - 1946

1946

Tytuł opowiadania zdradza, że będzie to retro raczej z górnej części, dopuszczonego przez regulamin, okresu:)

Nie wiem jak tu jest z przypisami, wkleję więc tłumaczenie cytowanego tekstu tutaj. Tłumaczenie autorstwa Józefa Paszkowskiego. Tekst chyba wiadomo kogo:)

 

“Dalej, dalej, siostry wiedźmy,

Czarodziejski krąg zawiedźmy

Ot tak, ot tak, ot tak;

Trzykroć tak i trzykroć wspak,

Trzykroć jeszcze do dziewięciu:

Pst! – już po zaklęciu”.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

cobold, NoWhereMan

Oceny

1946

– A to? Za co?

Bednar pokraśniał, widząc że Toni wskazuje wpiętą w kieszeń jego munduru odznakę.

– Aaa, to jeszcze z dawna. Z piechoty.

– Gefreiter Bednar to nasz mały bohater. – Za plecami Toniego Osterc podskakiwał komicznie, walcząc z nogawką spodni, która nie chciała mu zejść z łydki. – Słuchaj się go młody, bo kiedyś był dzielny. Przysłużył się sprawie.

Strzelec poradził sobie wreszcie ze spodniami i rzuciwszy je na trawę, wszedł do wody. Skrzywił się natychmiast i syknął przez zęby:

– Święta Panienko! Ale zimna!

– Żadne tam bohater. – Bednar rozpiął guziki mundurowej bluzy, puszczając kpinę Osterca mimo uszu. – Po prostu miałem szczęście. A to zostało, na pamiątkę.

Ciągnący od jeziora wiatr przypominał o chłodzie odchodzącej zimy. Toni wzdrygnął się na myśl o kąpieli.

– Eee, bzdury. – Siedzący na kamieniu Berzins rozsznurowywał buty, ćmiąc trzymanego w ustach papierosa. – Szturmowa odznaka piechoty, tego nie dają za wystawanie pod kantyną. Gefreiter ma swoje na sumieniu.

– Ty akurat chuja wiesz. – Tym razem Bednar się żachnął. – Pół wojny przejeździłeś cysterną po lotnisku.

– Starczy że wiem, jak podjechać pod samolot. – Berzins ściągnął buty i podwinąwszy nogawki, zanurzył stopy w wodzie. – A ty, gdybyś tankował kerozynę pod ostrzałem, to inaczej byś śpiewał.

Bednar stuknął się w czoło. Również zrzucił buty, spodnie i wszedł do wody.

– Młody, odznak się jeszcze napatrzysz – rzucił do Toniego. – Choćby u oberleutnanta.

Przykucnął i zmoczywszy dłonie, począł myć twarz.

– Ano – podjął Berzins. – Skele ma się czym chwalić. Popatrz.

Wskazał w stronę przyklejonych do błękitnej toni jeziora murów budynku kwatery, gdzie brzeg pstrzyło skalne rumowisko. Siedzący na jednej ze skałek mężczyzna golił się zapamiętale, zerkając w trzymane w dłoni lusterko. Na grzbiecie nie miał nic nic, prócz podkoszulka, Toniemu trudno było więc ocenić, czy to na pewno jego dowódca. Niemniej Berzins rozwiał wątpliwości.

– To oberleutnant Skele. Dla ciebie frau und herr Gott. Dwie odznaki za rany, srebrna tarcza za Cardiff i złoty Seelöwe, za lądowanie. Jest na wyspach od początku, sześć lat. No i najważniejsze. Ritterkreuz Krzyża Żelaznego.

Wymienione przez Berzinsa nazwy nie powiedziały Toniemu wiele, jednak oczywiście nie mógł dać tego po sobie poznać. Pokiwał tylko głową, jakby od jego aprobaty zależało, czy słowa rozmówcy okażą się prawdą.

– Uważaj, bo zaraz usłyszysz, że stary jest nieśmiertelny. – Bednar otrząsnął dłonie z wody i mrugnął porozumiewawczo do chłopaka.

– Bo jest – stwierdził Berzins. – Cyganka rzuciła na niego urok, jak był jeszcze w kołysce, a na drugi dzień, na rynku w Mitawie, trafił ją grom z jasnego nieba. Tak było. Matka mi opowiadała. Wychowałem się trzy wiorsty od jego zagrody.

– Głupie bajdury. Jeśli ze starym coś jest nie tak, to przez wpatrywanie się w ekran. Angole zlasowali mu mózg tymi falami. Zobaczysz młody, zakłócenia.

Bednar zakręcił dłońmi młynka na wysokości skroni, gwiżdżąc przeciągle niczym parowóz.

– Idiota. – Berzins cisnął w jego stronę niedopałkiem. – Nie strasz chłopaka.

– Ja? Sam zacząłeś!

Roześmiali się obaj, jakby w rozmowie padł właśnie dowcip. Chłopak sterczał między nimi nie wiedząc, jak się zachować. Świeżość sytuacji, w której się znalazł, wystawiała jego wątłą pewność siebie na ciężką próbę.

– Myśl co chcesz młody, ale ja wiem swoje – ciągnął Berzins. – Jeżdżę ze Skelem trzeci rok i powiem ci, że źle nie trafiłeś. Wyuczymy cię na przeciwlotnika i w try miga trafisz w jakieś przyjemniejsze miejsce. Może do Hiszpanii? Wiesz, tam ciepło i dziewczyny chętniejsze. Bać się nie masz czego.

Jednak Toni się bał. Śmierci, odkąd przywdział mundur czyhającej na jego młodociane życie niczym brodaty asasyn z bliskowschodnich bajek oraz dalekiej północy tego kraju, który chyba przez swe wyspiarskie położenie zdawał mu się tak odległy i dziwny, że mieszkający tu ludzie musieli żywić się piachem lub co najmniej szczekać na powitanie.

Choć akurat dziś, w ten wiosenny poranek, przeszło mu przez głowę, że nie może być tu aż tak źle. Trawa pod jego stopami zieleniła się przecież tak samo, jak w Niemczech, woda jeziora tak samo mroziła stopy, a niskie słońce oślepiało, jeśli tylko chcieć spojrzeć w jego stronę. Nie, przecież pośród tych bezleśnych wzgórz nie mogło go spotkać nic gorszego, niż uderzający w twarz poryw swawolnego wiatru.

A przynajmniej tą naiwną myślą próbował się krzepić.

– Myj się – pogonił go Berzins. – Wyjeżdżamy na kilka dni, a czort wie, gdzie nas zaniesie. Czasem zatraciłby się pośród tych wzgórz i zdechł z głodu, mówię ci. Same ugory. Co za kraj, koniec świata!

Żołnierz zmrużył oczy, wystawiając twarz do słońca. Toni nie wiedział, co odpowiedzieć, ale posłusznie zrzucił mundur i zaczął się myć. Osterc z Bednarem pucowali się tak, jakby miała być to ostatnia kąpiel w ich życiu.

 

***

 

Późnym popołudniem, gdy wraz z gefreiterem zbliżali się do budynków warsztatu, niewiele mówiące Toniemu hasło „samobieżna przeciwlotnicza stacja radarowa” przybrało formę półgąsienicowego transportera opancerzonego, jaki chłopak nie raz widywał w Braunschweig. Łeb wielkiego doga. Nie mógł odpędzić tego skojarzenia. Upiornie wydłużony i z doczepionymi kołami, lecz jednak łeb wielkiego doga. Choć prawda, łeb wielkiego doga, który miał przed sobą był najdziwniejszym łbem wielkiego doga, jaki kiedykolwiek widział.

– Co? Spodziewałeś się czegoś innego? – odgadł jego myśli Bednar.

– Nie. Sam nie wiem – odparł. – Do czego to wszystko?

Wykonał dłonią bliżej nieokreślony gest nie wiedząc, którą z licznych, zamontowanych na nadwoziu pojazdu anten wskazać.

– Zobaczysz. – Gefreiter uśmiechnął się, klepiąc go w ramię. – Wszystkiego cię nauczę. Chodź.

Oberleutnant z Berzinsem studiowali rozłożoną na masce pojazdu mapę. Siedzący na nadkolu kierowca ćmił papierosa, słuchając uwag dowódcy niczym rodzonej matki. Osterc, przez uchylną burtę przedziału bojowego, ładował skrzynki amunicyjne. Chłopak obrzucił badawczym spojrzeniem dwie lufy skrytego za pancerną osłoną działka. Bednar znów jakby siedział mu w głowie, bo raz jeszcze klepnął go w ramię i rzucił:

– To prawdziwy szatan, zobaczysz. Od zeszłego lata mamy osiemnaście zestrzeleń!

Toni odpowiedział niepewnym uśmiechem. Bardzo nie chciał dać tego po sobie poznać, jednak wiedział, że każdy z żołnierzy widzi wypisane na jego twarzy przerażenie. Nie należał do tchórzy, lecz też daleko mu było do chojraka. Może to dobrze? Nie raz słyszał, że najłatwiej jest zginąć przez głupią brawurę.

– Chłopak pojedzie z Berzinsem – zakomenderował Skele, gdy Toni z Bednarem zameldowali się przy pojeździe. – Ruszamy za dwadzieścia minut. Bądźcie gotowi.

Oberleutnent złożył mapę i odszedł w stronę kwatery. Czerń jego munduru odznaczała się na tle wzniesionych z jasnego kamienia ścian budynku niczym puszczony na wodę kleks atramentu.

– Słyszałeś, młody? – mrugnął porozumiewawczo Berzins. – Opowiesz mi plotki z kraju. Potrzęsiemy się razem trochę czasu. Jedziemy aż nad ocean.

Żołądek Toniego ścisnął się tak mocno, że niemal wyskoczył mu przez gardło. Z jakiegoś powodu myśl o falującym leniwie bezkresie lodowatej wody przeraziła go bardziej, niż strach przed śmiercią i konieczność pełnienia służby w tym dziwnym kraju. Choć akurat strach przed wodą potrafił sobie zracjonalizować. Zbyt wyraźnie pamiętał przerębel, do którego wpadł jako dziecko.

 

***

 

Jechali aż do zmroku, a potem jeszcze dłużej, kilka godzin wprost w noc. Zapowiadana przez Berzinsa rozmowa szybko ograniczyła się do monologu, nieprzerwanego przez kierowcę nawet wtedy, gdy panujące wokół ciemności zmusiły go do prowadzenia maszyny przy pomocy systemu noktowizyjnego, którego maska zawłaszczała w swej głębinie znaczną część jego twarzy. Toniemu to nie przeszkadzało. Zamknięty w pancernej kabinie przedziału przedniego, dopóki było to możliwe, obserwował przez uniesioną osłonę pancerza falujące wzgórza, potem przymknął oczy, starając się wyłowić z gadaniny Berzinsa coś godnego uwagi. Pojazd szedł po nierównej gruntówce nadspodziewanie gładko, a gdy zboczyli z drogi, też nie kolebało bardziej, niż na pace sunącej bezdrożem ciężarówki. Zatrzymali się dopiero, gdy znużony monotonią jazdy Toni przyciął komara.

– Wysiadka, młody. – Klepnięcie w ramię przywróciło go do świata żywych. – Na dziś wystarczy.

Berzins wysunął się zręcznie z kabiny, trzymając w ustach tlącego się już papierosa. Toni ruszył z nim, wyskakując z pojazdu przez opuszczaną właśnie przez Osterca burtę. Rozprostował kości i wyszedł przed maskę wozu.

Szum fal przeszył go dreszczem. Po lewej, kilka metrów od maszyny, grunt rwał się niskim klifem, schodząc do morza mrowiem odłamków skalnej kaszy. Po prawo łyse wzgórze osłaniało wóz od ciągnącego z głębi lądu wiatru. Gdzieś w oddali, za trawiastym garbem, majaczyły ciemne szczyty drzew rzadkiego lasu. Resztę świata kryła ciemność otaczającej ich nocy.

– Bednar, bierz chłopaka. Jesteś za niego odpowiedzialny.

Głos oberleutnenta zjeżył Toniemu włosy na karku. Czym prędzej pognał na tyły pojazdu. Tu, przy uchylonych drzwiach, Bednar krzątał się w obłąkańczym tańcu, nakładając na siebie jakieś dziwne oporządzenie. W półmroku wnętrza twarz Skelego, pochyloną nad ekranami stanowiska obserwatora radarowego, malowała zielonkawa, bijąca z urządzeń łuna. Działko poruszyło się z cichym sykiem silnika obracającego platformę, przewożąc siedzącego już na miejscu strzelca Osterca niczym na karuzeli. Wyglądało na to, że każdy z żołnierzy bez słowa wiedział co do niego należy.

– Masz broń? – Przywitał go Bednar, gapiąc się na puste dłonie chłopaka. – Nigdy jej nie zostawiaj. Jakby kto zaczął teraz do nas strzelać, to czym odpowiesz?

Toni spuścił głowę, chcąc już wskoczyć do wozu po pozostawiony w kabinie automat, jednak Bednar był szybszy.

– Bierz to. – Wcisnął mu w ręce szpulę nawiniętą grubym kablem, którego koniec ginął we wnętrzu pojazdu. – Załóż na plecy, tu masz troki. Zdejmij ten maszt i chodź za mną. Ja wezmę broń.

Zanim Toni poradził sobie z nałożeniem przypominającej plecak ramy szpuli, objuczony sprzętem Bednar stał już przed nim z dwoma karabinkami w dłoniach.

– No, pierwsze koty za płoty – uśmiechnął się. – Musisz wbić sobie do łepetyny, że w terenie zawsze jest alert. Wróg nie śpi i ty też nie możesz. Broń zawsze w pogotowiu. Nie martw się, wszystkiego cię nauczę.

Przewiesił karabinki przez ramię, zdjął z pojazdu jeden z drapiących niebo masztów i skinął, aby za nim iść. Toni ruszył, ale kabel schodził ze szpuli z oporem, niemal zatrzymując chłopaka w miejscu. Niemniej kilka rzuconych pod nosem kurew pomogło, jak złoto.

Bednar przystanął dopiero u szczytu wzgórza, jakieś trzydzieści metrów od wozu.

– Siadaj – rozkazał.

Toni padł na kolana i przetarł wierzchem rękawa spocone czoło.

– Musisz się przyzwyczaić – rzucił gefreiter. – Ja chodzę z tym wszystkim sam. I ty też musisz.

Wskazał na szpulę i oporządzenie, oblepiające go niczym elementy zbroi. Z masztem w dłoni przypominał Toniemu błędnego rycerza.

– Zdejmij kabel, weź saperkę i wykop dołek, tak, żeby zamontować to stabilnie. – Bednar rzucił maszt na trawę. – I słuchaj, powiem ci teraz, co do czego.

Przyklęknął i zaczął zdejmować z siebie wszystko, co zabrał z wozu.

– To jest radar, najważniejsza rzecz. Przypomina talerz, ale waży dobre piętnaście kilo. Wkręcasz go na maszt, o, tu jest gwint, radar musi być kilka metrów nad ziemią. Z masztu wychodzi kabel, podłączasz go do stacji, dlatego nie kop za głęboko, bo potem zasypiesz kabel i nic nie podłączysz. Stacja to centrum, tu, z tyłu, jest gniazdo, gdzie podpinasz główny kabel, ten ze szpuli. To cię łączy z wozem, przesyła sygnał z radaru i do tego masz telefon, to znaczy kontakt z dowódcą. Przerzucasz te przełączniki, żaby się połączyć, a lampka pokazuje, gdy dzwonią do ciebie z wozu. To jest twoje najważniejsze zadanie; przygotować radar i zameldować, czy wokół spokój. Gdy już dasz sobie z tym radę trzeba się rozejrzeć. Wiesz, tu jest partyzantka, czort jeden wie czy jakiś strzelec nie siedzi właśnie gdzieś pod krzakiem i nie bierze cię na cel.

Zaostrzony trzon masztu wszedł w wykopany przez Toniego dołek. Chłopak zasypał go natychmiast, nie wiedząc, czy słuchać poleceń, czy paść twarzą w trawę, chowając się przez widmowym strzelcem.

– Zaczep odciągi – rozkazał Bednar. – Dasz sobie radę? Chyba byłeś kiedyś na biwaku? To jak z namiotem. Napręż linkę i wbij ten szpikulec w ziemię.

Stacja, o której wspomniał gefreiter, miała kształt niedużej skrzynki telefonicznej, której front pstrzyły niezliczone rzędy przełączników, pokręteł i skrytych za przydymionym szkłem światełek. Bednar chwycił uczepioną na wierzchu urządzenia słuchawkę i zameldował się do wozu.

– No – powiedział skończywszy rozmowę. – Teraz pokażę ci coś jeszcze.

Chwycił podłużne urządzenie zaopatrzone w wygodną rękojeść i ku dziwieniu chłopaka, rozłożył je niczym parasolkę. Jeden z wychodzących ze stacji kabli przypiął do rękojeści.

– To antena. Do zdalnego nasłuchu kierunkowego. Przydatna rzecz.

Podał Toniemu uczepione stacji słuchawki.

– Załóż. Zobaczymy, czy uda się coś złapać.

Przerzucił kilka przełączników i wystawił uzbrojoną w antenę dłoń w niebo. Z twarzy nie schodził mu ten rodzaj uśmiechu, jaki Toni widział kiedyś u nauczyciela, który oczarował klasę efektownym rezultatem eksperymentu chemicznego.

– Słyszysz coś?

Pytanie z trudem przedarło się przez okalające uszy chłopaka słuchawki. Bednar zerknął na zegarek i mrugnął porozumiewawczo. Ku swojemu zdziwieniu Toni usłyszał po chwili niskie buczenie, jakby tuż nad jego głową przelatywała cała eskadra bombowa. Nie, tego dźwięku nie dało się z niczym pomylić. Nie odkąd ponaddźwiękowy samolot dostarczył wprasowanego w grupę przerażonych współtowarzyszy Toniego na podlondyńskie lotnisko. Wytrzeszczając ze zdziwienia oczy spojrzał na Bednara.

– To nasi – rzekł gefreiter. – O tej godzinie są nad nami, a rano zbombardują Nowy York. Zobaczysz, niedługo jeden z nich zabierze tam taką bombę, jaką zrzucili u ruskich i to wszystko się skończy. Jak Bóg da nie zdążysz odbezpieczyć broni i będzie po wszystkim. Wojna się skończy.

Toni zdjął słuchawki i przetarł spoconą twarz. W głowie kołowało mu się od nadmiaru wrażeń.

– Dobra, starczy – Bednar czytał go jak otwartą książkę. – Za dużo na jeden raz, co? Spokojnie, teraz będziemy mieli czas pogadać. Czekanie to lwie część tej służby. Przesuń no się trochę.

Trącił Toniego w ramię i rozpostarł na trawie płachtę bluzy maskującej, której nie nosił. Rozłożył na niej wyjęty z plecaka termos, chleb i zwinięte w papier pęto kiełbasy.

– Jesz? – zapytał. – Ja jestem głodny, ty jak chcesz.

Toni chciał. W wozie zostawił wprawdzie własne jedzenie, ale kiełbasa zapachniała smakowicie. Przykucnął na skraju rozłożonej przez Bednara płachty.

– Ile masz lat? – zapytał gefreiter, odkrawając z bochenka sporą pajdę. – Szesnaście? Jesteś z Jugendamtu, tak?

Toni skiną głową, choć ostatnie z pytań nie wymagało odpowiedzi.

– Siedemnaście – uzupełnił, kłamiąc.

– U wujka Bednara będzie ci dobrze – uśmiechnął się gefreiter. – Pojemy, pogadamy, na kwaterze to i popijemy, zobaczysz. Biedy ze mną nie zaznasz, moja w tym głowa. No, co to za mina?

Toni chwycił wręczoną mu pajdę, płoniąc się jak łania. Był pewien, że mrok nocy nie skryje przed oczami gefreitera rumieńca, którym właśnie się oblał.

– Bo… – stęknął. – Berzins mówi tak samo. Dzięki…

Opuścił wzrok i czym prędzej zagryzł skrępowanie kiełbasą. Nie jadł takiej od wylotu z Niemiec.

– No co ty, młody? – Bednar roześmiał się szczerze. – Jeśli ta wojna ma jakiś sens, to jesteś nim właśnie ty. Młodość. Po to walczymy, żeby wam żyło się lepiej.

Gefreiter wgryzł się w kiełbasę i nalał do kubeczka kawy z termosu. Zdawało się, że okalająca ich ciemność w najmniejszym stopniu nie przeszkadza mu gospodarować kolacją.

– Długo jesteś na wojnie? – zapytał Toni przełykając.

– Hmm, to zależy jak liczyć. Ale od czterdziestego drugiego.

– A to? Opowiesz? – Wzrok chłopaka polizał uczepioną munduru Bednara odznakę. Nie dało się ukryć, że paliła ona Toniego tym najbardziej jątrzącą młodość ogniem. Ogniem ciekawości.

– Nie ma o czym. Rad bym, gdybyś nie musiał przechodzić tego, co ja. Mówiłem, stare dzieje. Wschodni front. Zamknięta sprawa.

Rozmowa przygasła. Chłopak zerknął przez ramię na ciemne cielsko wozu, który wydawał się teraz martwym klocem granitu, jakich nieopodal, tuż przy klifie, leżało tak wiele. Szum omiatającego wzgórze wiatru wgryzał się w ciemność nocy, zanosząc tę chwilę wprost w ramiona niedorzeczności. Siedzieli tu we dwóch, na tym skraju świata, obcy sobie i zatopieni w mroku. Odlegli od ziemskich spraw niczym gwiazdy. Nie mogła istnieć chwila bardziej zdatna do zadania pytania tkwiącego na końcu języka Toniego niczym zadra.

– Ale powiedz. Nie bałeś się zginąć?

Bednar parsknął, omal nie zalewając się kawą, którą właśnie zbliżał do ust.

– No, jak każdy. O tym to akurat mogę ci opowiedzieć.

Napił się i podał Toniemu kubeczek.

– Od strachu nie uciekniesz, to zwykła rzecz. Tylko głupi się nie boi. Ale nie ma co o nim myśleć, trzeba go oswoić, jak psa. Popatrz. – Bednar zdjął coś z palca i podstawił Toniemu pod nos. – Obrączka. To mój talizman. Dopóki ją mam, wiem że jest dokąd wracać. Czeka na mnie dziewczyna, przy której cały ten rejwach nie ma znaczenia. To mi daje siłę. Żeby walczyć. Nie z karabinem, na pierwszej linii, ale w sercu. Bez tego już jesteś trupem.

Toni przyjrzał się obrączce. Nie do końca rozumiał słowa Bednara, ale czuł, że tkwi w nich coś ważnego. Przykre było jedynie to, że na niego nikt nie czekał.

– Albo Berzins – ciągnął Bednar. – Słyszałeś co gada o Skelem? Że się go kule nie imają, że nieśmiertelny, więcej jeszcze, jak popije to potrafi ciągnąć taką litanię bez końca. Wierzy w niego jak w Matkę Boską. I niech mu będzie. Ważnie, że dopóki z nim jedzie jest pewien, że zawsze się uda.

– A ja? W co mam wierzyć?

Bednar założył obrączkę i napił się kawy.

– Nie wiem. Znajdź sposób. Niektórzy po prostu wierzą w szczęście. Że urodzili się pod szczęśliwą gwiazdą. To im wystarcza.

Toni zasępił się i zaraz uśmiechnął ponuro.

– Tak mi mówiła frau Mariette. W sierocińcu, jak byłem mały. Matka mnie obumarła przy porodzie, lekarz rozciął jej brzuch i wyciągnął mnie w ostatnim momencie, tak mi opowiadała, że miałem szczęście, bo bym się zadusił. Że gdyby nie ten doktor, to by mnie nie było na świecie.

– No, widzisz. Czyli jesteś w czepku urodzony. Sierota, ale jednak. I wiem co mówię. Wychowałem się bez ojca.

Bednar podał Toniemu kubek.

– Jedz – dodał. – Dobre, nie?

Toni pokiwał głową i wcisnął ostatni kawałek kiełbasy w usta. Spodobała mu się myśl o dziecku szczęścia. Nigdy w ten sposób o tym nie myślał, ale frau Mariette miała rację. Ośmielony, zapytał już pewniej:

– A przed wojną, czym się zajmowałeś?

Bednar odebrał kubek i strząchnął resztki kawy na trawę.

– A, takie tam nieżyciowe sprawy. O, tak ci powiem;

The weird sisters, hand in hand,

Posters of the sea and land,

Thus do go about, about:

Thrice to thine and thrice to mine

And thrice again, to make up nine.

Peace! the charm's wound up.

– Co to? Po żydowsku?

– Gdzie tam! To angielski. O tych stronach. Studiowałem kiedyś literaturę.

Toni wytrzeszczył oczy, jakby zjawił się przed nim sam chiński cesarz. Bednar parsknął, lecz zgasił szybko uśmiech zatrudniając dłonie przy zakręcaniu termosu.

– Jej… – stęknął chłopak. Chciał dodać coś jeszcze, ale z przejęcia język stanął mu w gardle kołkiem.

– A co? Myślałeś, że całe życie ganiałem z karabinem? Powiedział bym ci jeszcze niejedno, ale po co? Stare dzieje. Nie ma do czego wracać.

Twarz Bednara stężała w jego zwyczajowej minie, zawieszonej gdzieś pomiędzy dobrodusznym uśmiechem, a obnażającym zęby ściągnięciem warg. Zebrał to, czego nie zjedli i schował na powrót do plecaka. Chwilę odczarowała migocząca kontrolka stacji.

– Tak?! – rzucił gefreiter do podjętej w lot słuchawki. – Szykuj się. Coś do nas leci.

Te słowa skierowane były już do Toniego. Chłopak zerknął w niebo, niknące w atramentowej czerni. Nie miał pojęcia, w jaki sposób oberleutnant zamierza strzelać do samolotu, którego nawet nie widać, ale nie śmiał pytać. Ufał Bednarowi. Może nie jak rodzonej matce, ale jak frau Mariette już na pewno. Zresztą, co za różnica?

Gefreiter założył słuchawki i chwyciwszy antenę zdalnego nasłuchu, skierował ją w niebo. Przez chwilę tkwił w bezruchu, a potem skinął na Toniego, podając mu słuchawki.

– Zobacz – szepnął. – Leci ptaszyna.

Toni wsłuchał się w spokojny szum pracującego gdzieś ponad nimi silnika. Inny niż niskie buczenie odrzutowych silników bombowców dalekiego zasięgu.

– Co to? – zapytał.

– Transportowiec. Nisko leci. Zrzuty dla partyzantów. Z Islandii. Zdejmij słuchawki i patrz, zaraz się zacznie.

Syk obracającego się działka był z tej odległości ledwie słyszalny, ale Toni szybko odwrócił głowę. Skryty za metalową osłoną Osterc szykował się do oddania strzału.

Nie minęło pół pacierza jak ciszę nocy rozdarł gardłowy ryk wystrzałów. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, to już? Lufy działka pracowały naprzemiennie, wypluwając z siebie pociski. Obleczona niskimi chmurami czerń nieba odpowiedziała im hukiem eksplozji, potem rozjarzyła się czerwienią. I zgasła, ustępując pola narastającemu wizgowi spadającej maszyny. Toni aż jęknął z zachwytu.

– Pięknie, co? – ucieszył się Bednar.

Rozrywający niebo dźwięk przygasł, by po chwili urwać się suchym trzaskiem.

– I po wszystkim – podsumował gefreiter. – Wiele tam nie zostało.

Toni gapił się w niebo jak urzeczony. To było takie proste. Jak strzelić namolnego małolata w pysk.

– A te, wiesz, zakłócenia? – zapytał.

Uniósł brwi, kręcąc dłońmi młynka.

– Nie martw się. Raz, że nie każda maszyna ma na pokładzie emiter, a dwa, że nawet jeśli, to już Skelego w tym głowa, żeby odpowiednio namierzyć samolot. Nie pytaj jak on to robi, nie wiem, ale jest w tym dobry. Może i najlepszy.

Klepnął chłopaka w ramię, po raz kolejny zapewniając, że będzie dobrze. Toni pomału zaczynał w to wierzyć. Może służba rzeczywiście nie będzie taka zła, pomęczy się tu trochę, a potem słoneczna Hiszpania i chętne dziewczyny. Jeśli tylko samoloty zaniosą tę bombę do Ameryki…

– Składamy sprzęt, młody – powiedział Bednar. – Zaraz dadzą znak, żeby przejechać na inny punkt. Grunt to się przemieszczać.

Wtyki kabli wychodziły ze stacji z cichym chrzęstem. Wyjęte z ziemi szpikulce odciągów zwiotczyły obciążony radarem maszt. Wykopany przez Toniego dołek okazał się zbyt płytki, ale to dobrze, teraz będzie łatwiej. Tylko po diabła był ten głupi pośpiech…

– No co? – rzucił Bednar. – Nie patrz tak na mnie. Nie moja wina, że tym razem poszło tak szybko.

– Nic nie mówiłem – sapnął Toni, klnąc już pod nosem na myśl o włożeniu na siebie szpuli z kablem.

– Powinieneś się cieszyć. Godzina jeszcze młoda, zdążymy złapać trochę snu.

Toni poszedłby o zakład, że Bednar schylił głowę zanim jeszcze powietrze przeciął ogłuszający wizg, a eksplozja poderwała wóz, stawiając go niemal na sztorc. Silnik eksplodował, posyłając w niebo smolistą kulę ognia. Podmuch gorącego powietrza omiótł chłopaka, omal nie obalając go na ziemię. Wypuszczona z rąk rama szpuli potoczyła się w dół zbocza.

– Padnij! – rzucił Bednar. – Moździerz! Musimy uciekać!

Jednak zamiast uciekać, złapał za broń, ściągnął na twarz gogle noktowizora i podczołgał się na szczyt wzgórza. Toni przywarł do ziemi, macając dłonią za karabinem. Znajomy kształt nie stłamsił podchodzącej do gardła guli przerażenia, ale chłopak wtulił go w pierś niczym matka dziecko.

– Na dół! – krzyknął z góry Bednar. – Są jeszcze daleko!

Gdzieś w oddali rozklekotał się automat.

– Bierz sprzęt i gnaj do wozu! – ponaglił gefreiter. – Już, młody! Leć!

Odpowiedział serią. Krótką, precyzyjną i oby śmiertelną.

Toni złapał pierwsze, co wpadło mu w ręce – pozostawiony na trawie talerz radaru – i pognał ku pojazdowi, buchającemu w niebo kłębami czarnego dymu. Łeb wielkiego doga zdechł, bezapelacyjnie.

Zbiegając ze wzgórza, ku swojemu zdziwieniu, dostrzegł, że na tyłach wozu miota się jakaś postać. Skele, wyrzucający prze uchylone drzwi wszystko, co w jej mniemaniu należało uratować. Chłopak dopadł do wraku, potykając się i udając na trawę.

– Gdzie Bednar? – warknął oberleutnant. – Masz radar?

– Mam! Gefreiter został… – Toni zebrał się z kolan, nie wiedząc jak zameldować zachowanie Bednara. Na szczęście ten pędził już ku nim na złamanie karku.

– Bierz to i za mną! – rzucił Skele.

Wcisnął w dygocące ręce chłopaka jeden z obudowanych metalem monitorów, uzbrojoną w pistolet dłonią wskazując kierunek ucieczki. Toni popędził za nim prosto w noc. Aby dalej od odzywających się z coraz większą zaciekłością automatów.

 

***

 

Miękkość ramion chętnych hiszpańskich dziewcząt zmieniła się w wilgotny chłód kamienia samotnej baszty, do której dobrnęli nad ranem. Toni przywarł plecami do chropowatej ściany i osunął się na trawę, zmordowany dźwiganiem monitora oraz przejętej od Bednara stacji. Zimne światło brzasku mamiło obietnicą dnia, kiedy to hen czmychną lęki nocy. Poddał się tej myśli z błogą naiwnością. Bo mimo wszystko żył, miał obie ręce i nogi, poza zmęczeniem i strachem nie wynosząc z całej kabały żadnego uszczerbku. Sierota, ale w czepku urodzony. Miał szczęście. Skele mógł przecież nakazać mu zostać w wozie, nie kłopocząc się przyuczaniem młodego do żołnierskiego fachu. Pierwsze koty za płoty. Słowa Bednara świdrowały w uszach chłopaka, nabierając teraz o wiele bardziej wyrazistego znaczenia.

– Zostaniemy tu jakiś czas. – Oberleutnant wychynął z ciemnej jamy wejścia do baszty i omiótł spojrzeniem ścianę pobliskiego lasu. – Bednar, sprawdź sprzęt. Musi działać.

Gefreiter, postępujący za Skelem w krok, zatrzymał się w progu. W jego oczach nie było już znać tej wesołkowatej pewności siebie, która tak czarowała Toniego, ale też nie było w nich strachu.

– Jak? – zagadnął.

Toni skinął w odpowiedzi głową, nie mając na gadanie sił ani ochoty. Tyle musiało gefreiterowi wystarczyć. I starczyło. Pytał przecież zupełnie bez potrzeby.

Skele przeszedł się tymczasem po otaczającym basztę placu, gdzie w kilku miejscach wysokie kępy traw i skupiska kamieni znaczyły jeszcze przestrzeń dawnych zabudowań. Przez laty wyciągającą się w niebo budowlę musiały oblepiać chaty niewielkiego sioła, może podmurowana kuźnia, lub jakieś warsztaty. Dziś zostało z tego tylko to, co w tych stronach jako jedyne nie podlegało rozkładowi. Omiatany porywami zimnego wiatru kamień.

Toni obserwował dowódcę z zainteresowaniem. Korzystał z chwili, gdy mógł mu się przyjrzeć jako postronny obserwator. Czarny jak udręka bezksiężycowych nocy mundur, wysrebrzona siwizną skroń i ta porażająca pewność aż nadto powściągliwych ruchów. Jakby każda wykonywana czynność podlegała szacunkowi zysków i strat. Nie wyglądało na to, aby zajścia nocy wywarły na nim jakiekolwiek wrażenie, choć wywinął się przecież śmierci w sposób, którego Toni nie umiał sobie wytłumaczyć. Czy na tym polegał jego fenomen, który Berzinsowi kazał obdarzyć dowódcę tak głębokim zaufaniem?

Cóż, chwila nie sprzyjała rozważaniom podobnej natury.

– No, na co czekacie? – Skele odwrócił się, zerkając w ich stronę. – Sprzęt musi działać, zrozumiano? Musi.

 

***

 

I działał.

Toni przez długie, dręczone sennością i zmęczeniem godziny, asystował Bednarowi przy bliskich ekwilibrystyki zabiegach, aby spiąć wszystkie elementy systemu radarowego w całość. Baterie i zwój kabla, zabrane prze Skelego z wozu, stanowiły mizerną namiastkę zasilania, lecz mimo to, połączone ze sobą radar, stacja i monitor, działały. Toni przyjął ten fakt z radością bliską wiary, że na odsiecz ruszyła im właśnie dywizja pancerna.

Bo też tkwiło w tym ziarno prawdy. Według słów Bednara działanie systemu dawało szansę nadania sygnału SOS, jeśli tylko w ich pobliżu znajdzie się jednostka posiadająca na pokładzie dekoder. Na przykład samolot patrolowy. Toni, w czasie pobytu na kwaterze, widywał ich przecinające niebo kształty wcale często, nadzieja więc kwitła, zwłaszcza, że oberleutnant najwyraźniej wcielał w życie plan przygotowany zawczasu na ewentualność, która stała się ich udziałem.

Zmrok podszedł ich jak lis pogrążony we śnie kurnik. Nagle, bez ostrzeżenia. Kilka godzin drzemki nie przyniosło zmęczonemu ciału ulgi, wlewając w nie jedynie sztywność drewnianej pałuby. Toni, z automatem na kolanach, siedział pod ścianą tuż obok pochylonego nad ekranem Skelego. Pomieszczenie na szczycie baszty nie miało okien, od północnej strony posiadało jednak wyjście na wąską galeryjkę, gdzie przy radarze, nasadzonym na zaimprowizowany z solidnego kija maszt, warował Bednar. Oberleutnant nie pozostawiał wątpliwości, że partyzanci ruszą ich śladem. Musieli być na to przygotowani i byli, przynajmniej na ile Toni umiał to sobie wyobrazić.

– Zajrzyj do Bednara. – Słowa dowódcy wyrwały chłopaka z odrętwienia. – Niech się rozejrzy. I oszczędza baterie.

Toni wstał i ruszył wzdłuż pnącego się stromymi schodami kabla. Bednar siedział w kucki pod balnkowanym murem, chowając dłonie w rękawach mundurowej bluzy. Noc przyniosła przymrozek.

– Rozejrzyj się – szepnął chłopak. – I mówił coś jeszcze o bateriach.

Bednar niechętnie zsunął na twarz gogle noktowizora.

– Do rana starczy – sapnął. – Potem rzucę to cholerstwo w diabły.

Sięgnął po broń i wychylił głowę za mur. Toni wsłuchiwał się we własny oddech, czekając aż gefreiter przeczesze okolicę i da znać, że wciąż jest czysto. Niczego więcej nie pragnął usłyszeć.

– Śnieży – rzucił Bednar, chowając się za mur. – Czysto, ale śnieży.

Toni zerknął w niebo.

– Noktowizor. Powiedz Skelemu.

Chłopak pacnął się w czoło i ostrożnie zszedł na dół.

– Gefreiter melduje zakłócenia w obrazie noktowizora – powiedział.

Skele gestem posadził go na powrót pod ścianę, nie odnosząc się do meldunku nawet spojrzeniem. Toni przyglądał się skupionej twarzy dowódcy, oświetlonej bijącą z ekranu, zielonkawą łuną. Wyglądało jakby wyświetlały się na niej rzędy liczb, skomplikowane wykresy, enigmatyczne obliczenia, chłopak nie miał jednak odwagi aby bez pozwolenia zerknąć w ekran. Sieć cienkich kabli, łączących urządzenie z obleczoną płóciennym czepkiem głową oberleutnanta, budziła w Tonim bliskie fascynacji przerażenie. Jak wtedy, gdy będąc pod lodem, przez krótką chwilę obserwował świat przez przeźroczystą taflę, zimny, odległy i na wpół martwy. Taki wydawał mu się teraz Skele.

– Pięć obiektów – odezwał się dowódca. – Zbliżają się od północo-wschodu. Dwieście metrów. Czekać aż osiągną linię lasu.

Toni poderwał się z miejsca. Gotów był już pędzić na górę, gdy twarzą Skelego wstrząsnął dreszcz. Jego zacięte usta wykrzywiły się w upiorny grymasie, a dłoń skoczyła do flankującego ekran rzędu pokręteł. Zielona łuna zamigotała złowieszczo, niczym żarówka tuż przed pęknięciem.

Toni zamarł, obserwując jak zimne oblicze dowódcy tężeje, walcząc z bólem.

– Strzelać bez rozkazu – rzucił Skele. – Zlikwidować wszystkie cele!

Toni skoczył na schody, z dołu dostrzegając, że Bednar sterczy już przy blance z automatem gotowym do strzału.

– Pięciu, idą z lasu – rzucił, dopadając do muru. – Kazał strzelać.

Zamiast tego Bednar schował się za mur, odrzucając gogle na hełm.

– Zakłócają sygnał. Nic nie widzę!

– Strzelaj. – Toni niemal błagalnym gestem chwycił go za ramię.

Gefreiter szarpnął się, lecz zmitygował prędko, widząc przestraszone spojrzenie chłopaka.

– Włóż to i mów co widzisz. – Wcisnął w dłonie Toniego zerwane z głowy gogle. – Kieruj, gdzie mam strzelać.

Chłopak zaczepił gogle na mocowaniu własnego hełmu i wychylił się za blankę muru. Świetlista zieleń noktowizyjnego świata oszołomiła go na chwilę, lecz szybko zaczął odróżniać zarys drzew, kontury wypuszczonych jako forpoczta lasu krzewów, krzywiznę falującego terenu. Obraz skakał i mżył, lecz nie ma tyle by być zupełnie nieczytelnym.

– Co widzisz? – Bednar oparł broń na murze, składając się do strzału.

Dwieście metrów – myślał Toni – Nie więcej, jak do ściany lasu. Gdzie oni są?

– Widzisz coś?

– Tylko las i zarośla. Poczekaj, nie… Strzelaj w krzewy!

Zieleń noktowizora rozbłysła oślepiającym blaskiem, a świat zwalił się im na głowy eksplozją, która ruszyła z posad kamienny bastion. Toni upadł na plecy, bezwładnym gestem odrzucając gogle na hełm. Dojrzał jeszcze walący się na niego radar i dłoń Bednara, próbującą chwycić talerz tuż przed rozbiciem się o kamienną ścianę. Klekot automatów zawtórował krzykowi gefreitera. Potem nastała cisza.

Widok pędzącego ku szczytowi baszty pocisku powtarzał się w oczach Toniego bez ustanku, gdy przyparty do muru, próbował poskładać sobie świat na powrót w całość. Żył, miał obie ręce i nogi, i nawet jego karabin leżał tuż obok. Strzelili do nich z granatnika, skryci pośród oblepiających ich gałęzi, jakże niewidoczni w zniekształconym obrazie noktowizora. Toni zagryzł wargi, nie mogąc uwierzyć w to, co się stało. Przecież mógł strzelać, odpowiedzieć ogniem, tak jak zeszłej nocy radził mu Bednar.

Oprzytomniał, czując kopnięcie w kostkę.

Gefreiter, zgięty w pół, wił się po posadzce, wierzgając nogami. Zerwany przez uderzenie odłamka hełm odsłonił zalaną krwią łysinę.

– Bednar, żyjesz?! – Toni doskoczył towarzysza i obrócił go na plecy. – Nie widziałem ich, przepraszam, nie widziałem…

Odpowiedział mu stłumiony charkot. Pobladła twarz Bednara ściągnęła się niczym maska. Błękitne oczy stanęły w słup, zachodząc mgłą. Mężczyzna wyprężył się i plunął krwią.

– Co? – Chłopak nachylił głowę, nie mogąc dosłyszeć jego słów.

– Idzie ku wzgórzu. – szeptał Bednar. – Las… Zabij go…

Toni dopiero teraz dostrzegł, że gefreiter tuli do piersi broczącą obficie dłoń. Uczepione krawędzi roztrzaskanego radaru palce, ucięte przez talerz w zderzeniu z kamienną ścianą, leżały pod murem. Złoto obrączki błysnęło smętnie w świetle księżyca, który właśnie teraz wychynął zza chmur.

– Kogo zabić? – zapytał bezmyślnie Toni. – Bednar, co mam robić?

Gefreiter chwycił go za kołnierz i przyciągnął do siebie.

– Jest rozkaz ochrony radaru, bezwzględny. On nie odda nas żywcem. Osterc, Berzins… Poddamy się. Zabij go. Ty możesz…

– Ja?

– Nie z kobiecego łona… Masz szczęście.

Toni wyszarpnął się z uścisku Bednara, dostrzegając w jego gasnącym spojrzeniu najszczersze przerażenie. Gdzieś w dole zaklekotał automat. Pociski rykoszetowały na blankach. Toni odruchowo chwycił za broń.

– Las Birnam idzie ku wzgórzu… Ty zmożesz Makbeta.

Bednar wyciągnął ku niemu dłoń. Chłopak odtrącił ją i odskoczył pod mur. W najśmielszych snach nie przypuszczał, że widok umierającego człowieka wyda mu się po prostu żałosny.

Przestraszony własnych myśli zsunął się schodami w rozświetlony zieloną poświatą półmrok.

Skupiona twarz oberleutnanta chłonęła odczyty monitora, jakby nic poza nim nie istniało we wszechświecie. Zwieszające się z jego głowy kable poruszały się rytmicznie, niby żywe stworzenia. Toni zatrzymał się u wylotu schodów i obserwował ich taniec, zaciskając dłoń na rękojeści broni.

– Lange, dlaczego nie strzelacie?! – Skele uniósł wzrok, piorunując go spojrzeniem. – Trzy obiekty na pięćdziesięciu metrach. Zlikwidować!

Dźwięk własnego nazwiska zjeżył Toniemu włosy na karku. Nie zdążył nawet pomyśleć, jakim sposobem Skele odczytuje dane z rozbitego radaru. Ściągnął spust. Grad kul targnął ciałem dowódcy, rozbił monitor i zgasił zielona łunę, rzucając sytuację na żer ciemności.

Toni został sam. Sam na sam ze swoim szczęściem.

Koniec

Komentarze

Miałeś całkiem ciekawy pomysł. Ale tak głęboko go ukryłeś, że wybrzmiewa dopiero pod koniec tekstu. A większość opowiadania to rodzajowe scenki z życia żołnierzy. Może jakbyś zasugerował coś na początku? Chyba, że tak jest, a nie zauważyłem?

Technicznie sporo różnorakich babolków, niestety:

– “murów budynku kwatery, gdzie brzeg pstrzyło skalne rumowisko” – z tego opisu wynika, że kwatera zmieniła się w rumowisko;

– “nie miał nic nic” – powtórzenie;

– “Wychowałem się trzy wiorsty” – Niemcy mówią o wiorstach? chyba, że jeden byłby np. Łotyszem, to może, ale tego nie sugerujesz chyba nigdzie;

– “Śmierci, odkąd przywdział mundur czyhającej” – to brzmi, jakby to śmierć nosiła mundur;

– “Czasem zatraciłby się pośród tych wzgórz” – ale kto? bo podmiot w poprzednim zdaniu masz zbiorowy;

– “gdy wraz z gefreiterem” – gefreitrem; jeszcze się później powtarza;

– “Łeb wielkiego doga. Nie mógł odpędzić tego skojarzenia. Upiornie wydłużony i z doczepionymi kołami, lecz jednak łeb wielkiego doga. Choć prawda, łeb wielkiego doga, który miał przed sobą był najdziwniejszym łbem wielkiego doga, jaki kiedykolwiek widział.” – to jest celowe? bo ciutkę przesadziłeś;

– “Czerń jego munduru” – oni byli z Waffen SS? nie wydaje mi się, ale w alternatywnej rzeczywistości może;

– “Po prawo łyse wzgórze” – po prawej;

– “To jest radar, najważniejsza rzecz” – no nie, radar to cały system: nadajnik, antena odbiorcza, stacje nadające i odbierające; sama antena nie jest radarem, tylko jego częścią;

– “ku dziwieniu chłopaka” – zdziwieniu;

– “okalające uszy chłopaka słuchawki” – też nie; poczytaj TU;

– “Nowy York” – piszesz do jakiegoś zagranicznego zina? bo po polsku to jest Nowy Jork;

– “to lwie część tej służby” – literówka;

– “zwinięte w papier pęto kiełbas” – zawinięte;

– “Ważnie, że dopóki z nim” – literówka;

– “strząchnął resztki kawy” – niby poprawne, ale archaiczne; “strząsnął” nie mogło być?;

– “Powiedział bym ci jeszcze” – powiedziałbym;

– “Nie minęło pół pacierza” – skąd ta średniowieczna miara czasu?;

– “gardłowy ryk wystrzałów” – a lufy mają gardła?

– “Moździerz! Musimy uciekać!” – no to by było jak trafienie szóstki w totka, trafić w coś z moździerza pierwszym strzałem; to niesłychanie niecelna rodzaj broni, bazująca swą zabójczość na odłamkach; zdecydowanie jakiś piat czy zdobyczny panzerfaust byłby lepszy; tak masz później w zamku;

– “Odpowiedział serią” – a miał karabin, który jeśli nie był rkmem, nie strzela seriami;

– “co w jej mniemaniu” – oberleutnant zmienił płeć ;)?;

– “zabrane prze Skelego” – literówka;

– “Toni, z automatem na kolanach” – kurcze, miał karabin, teraz ma automat (czyli pistolet maszynowy, jak mniemam); jakaś zmiennokształtna broń ;);

– “pod balnkowanym murem” – literówka;

– “Przestraszony własnych myśli” – przestraszony czym?

Poza tym mam uwagi do głównego bohatera, który jakby się dopiero urodził. Nic nie wie o broni. Wojsko tak nie działa. Jakieś szkolenie musiał przejść. Wiem, że chciałeś przedstawić scenografię, a le to nie była dobra droga. I jeszcze – jeśli żołnierze tak bali się partyzantów, to ostatnie, co robiliby, to palenie papierosów w otwartym terenie. Wystawiają się na strzał!

 

Czyli tak – pomysł był, ale gdzieś go zagubiłeś, a szkoda. Reszta niestety technicznie do gruntownej przeróbki. Tak to jest, jak się wrzuca tekst na ostatnią minutę!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Dzięki Staruchu za wizytę w tej otchłani bezdennej i pozostawienie w niej rozległego komentarza! Nie da się ukryć, że w niedzielny wieczór stanąłem przed wyborem, czy wrzucać taki niedopieszczony tekst, czy nie, ale że liczba zgłoszonych do Retrowizji opowiadań, ku mojemu szczeremu zdziwieniu, niestety nie powalała, zdecydowałem się go wrzucić. Zawsze to jeszcze jeden tekst, a wszystkie kwiatki pozostaje mi pokornie przyjąć i cóż, mogę jedynie przeprosić, że tak ich wiele i takie pstrokate. Niestety życie jest jakie jest i czasu zwyczajnie nie starczyło żeby dopieścić, wymuskać i nadać połysku. Mea culpa, wiem cóżem uczynił i jak potworne to grzechy.

 

Fajnie, że doceniasz pomysł. Czy ukryty jest zbyt głęboko, hmm, nie wiem, ale wybrzmiewa chyba wtedy, kiedy powinien, gorzej, że to „wybrzmienie” nie jest z gatunku tych, które niosły by mi radość i poczucie dobrze wykonanej roboty:) Znów, zabrakło czasu, w sumie sam nie wiem jak ten tekst ocenić, ile się w nim udało, ile nie. Trochę dystansu muszę złapać.

 

„A większość opowiadania to rodzajowe scenki z życia żołnierzy.”

 

Ale z tym to się nie mogę zgodzić. Mimo wszystko to opowiadanie posiadające wewnętrzną logikę. Wszystko jest „po coś”.

 

W ogóle to niewierny Tomasz z Ciebie:) Zostawiłem w tym tekście taką tam zagadkę, a ty patrzysz, widzisz i nie chcesz uwierzyć:)

 

– “Wychowałem się trzy wiorsty” – Niemcy mówią o wiorstach? chyba, że jeden byłby np. Łotyszem, to może, ale tego nie sugerujesz chyba nigdzie;

– “Czerń jego munduru” – oni byli z Waffen SS? nie wydaje mi się, ale w alternatywnej rzeczywistości może;

 

No tak w punkt trafione spostrzeżenia, że chyba wątpliwości być nie powinno! Czy cokolwiek w tym względzie sugeruję to już mniejsza, ale czy cokolwiek, poza faktem, że postacie służą w wojsku takim, a nie innym, świadczy, że to Niemcy? No naprawdę! Wykazałeś się takim wyczuciem, że pełen respekt na dzielni, czemu więc wątpisz, Tomaszu?!:)

 

– “Śmierci, odkąd przywdział mundur czyhającej” – to brzmi, jakby to śmierć nosiła mundur;

 

No nie, tu jest ok, „przywdział” odnosi się do podmiotu poprzedniego zdania. Aby było, jak sugerujesz, trzeba by napisać „śmierci, odkąd przywdziała mundur…”.

 

– “Czasem zatraciłby się pośród tych wzgórz” – ale kto? bo podmiot w poprzednim zdaniu masz zbiorowy;

 

Pamiętaj, że to kwestia dialogowa. Jeśli postać zmienia w ten sposób podmiot, to bez wątpienia ma na myśli siebie.

 

– “Łeb wielkiego doga. Nie mógł odpędzić tego skojarzenia. Upiornie wydłużony i z doczepionymi kołami, lecz jednak łeb wielkiego doga. Choć prawda, łeb wielkiego doga, który miał przed sobą był najdziwniejszym łbem wielkiego doga, jaki kiedykolwiek widział.” – to jest celowe? bo ciutkę przesadziłeś;

 

Tu chyba nie powinno być wątpliwości.

 

– “To jest radar, najważniejsza rzecz” – no nie, radar to cały system: nadajnik, antena odbiorcza, stacje nadające i odbierające; sama antena nie jest radarem, tylko jego częścią;

 

Znów, to jest kwestia dialogowa. Ogólnie to masz rację, ale postać nie musi nazywać rzeczy zgodnie z technicznym nazewnictwem. Tu jest język potoczny (nie jest to przecież rozmowa pomiędzy inżynierami), gdzie radar = antena całego systemu, tak jak w potocznym rozumieniu radar to jest to, co się kręci, albo ten dysk na grzbiecie Boeinga US Air Force (który też się zresztą kręci:).

 

– “okalające uszy chłopaka słuchawki” – też nie; poczytaj TU;

 

A tej wątpliwości to nie rozumiem.

 

– “Nowy York” – piszesz do jakiegoś zagranicznego zina? bo po polsku to jest Nowy Jork;

 

Nigdy nie wiadomo kiedy nadejdzie międzynarodowa sława:) Masz rację, ale obie te formy stosuje się chyba zamiennie.

 

– “strząchnął resztki kawy” – niby poprawne, ale archaiczne; “strząsnął” nie mogło być?;

 

Strząchnął archaiczne? Nie wiem, być może, zabiłeś mi tu ćwieka, zresztą strząsnął też by mogło być, wszystko jedno.

 

– “Nie minęło pół pacierza” – skąd ta średniowieczna miara czasu?;

 

Strasznie wygodne określenie. I nie przesadzaj z tą średniowiecznością. W taki sposób upływ czasu mógłby ująć w słowa Kaziuk z Konopielki:) Taka mała kontra dla „spektakularnego rozwoju technologii właściwej dla danego okresu”. Rozwój technologii rozwojem technologii, ale ludzie tak prędko się nie zmieniają.

 

– “gardłowy ryk wystrzałów” – a lufy mają gardła?

 

A nie? https://sjp.pwn.pl/sjp/gardlo;2460844.html

 

 

– “Moździerz! Musimy uciekać!” – no to by było jak trafienie szóstki w totka, trafić w coś z moździerza pierwszym strzałem; to niesłychanie niecelna rodzaj broni, bazująca swą zabójczość na odłamkach; zdecydowanie jakiś piat czy zdobyczny panzerfaust byłby lepszy; tak masz później w zamku;

 

Jasne, że skracam tu sprawę do meritum (dostali i koniec), ale też przykładasz do sprawy nie tą miarę co trzeba. Jestem z czytelnikiem fair, tytuł jasno mówi że to WWII + 1, skoro więc bohaterowie używają technologi +1 (albo nawet + ileś tam), to ich przeciwnicy mogą robić to samo. Masz rację, że moździerz siał na prawo i lewo, ale tu mamy moździerz +1, o którego właściwościach nie wiemy nic, oprócz tego, że „dostali i koniec”. Zresztą to dla fabuły nieistotne.

 

– “Odpowiedział serią” – a miał karabin, który jeśli nie był rkmem, nie strzela seriami;

– “Toni, z automatem na kolanach” – kurcze, miał karabin, teraz ma automat (czyli pistolet maszynowy, jak mniemam); jakaś zmiennokształtna broń ;);

 

I tu podobnie. Jesteśmy już w chwili, gdy podstawowa broń osobista żołnierza w terenie to karabin szturmowy i nie ma tu cienia fantazji. Chyba każdy widział StG 44, i hope so? Staruchu, to Retrowizje, nie kolejny odcinek „Stawki…” :)

 

Poza tym mam uwagi do głównego bohatera, który jakby się dopiero urodził. Nic nie wie o broni. Wojsko tak nie działa. Jakieś szkolenie musiał przejść.

 

Tu nie rozumiem. Ja to nie wie nic o broni? Przecież w chwili próby nie szarpie się desperacko z karabinem, raczej sprawnie go obsługuje. Zresztą wrażenie, jakoby bohater dopiero się urodził, jest jak najbardziej na miejscu. Mówimy przecież o nastolatku wrzuconym sytuację, która raczej go przerasta.

 

I jeszcze – jeśli żołnierze tak bali się partyzantów, to ostatnie, co robiliby, to palenie papierosów w otwartym terenie. Wystawiają się na strzał!

 

Jasne, ale nigdzie nie twierdzę, że żołnierze bali się partyzantów. Takie zachowanie świadczy raczej o czymś odwrotnym – i dlatego tak napisałem. Tu jest bez przerwy o strachu tylko jednej postaci, która żołnierzem jest, póki co, jedynie z nazwy.

Słowem więcej zaufania do autora! Znów mam nieodparte wrażenie, że patrzysz, widzisz, a uwierzyć nie chcesz :) Nie wiem tylko dlaczego:)

 

Dzięki raz jeszcze i aż zęby mnie bolą, że regulamin już nie pozwala poprawiać wszystkich tych kwiatków! 

No dobra. Nie wszystko wyłapałem, zgoda. Ciekawe, czy inni wyłapią. Poczekamy :).

A tej wątpliwości to nie rozumiem.

Jak w linku. Jeśli coś okala coś, to środek pozostaje pusty. To jak słuchawki okalają ucho? Gdzie jest źródło dźwięku i jak ten dźwięk trafia do kanału słuchowego? Najprościej – wyobraź sobie trzciny okalające jezioro, gdzie to jezioro jest uchem. Łapiesz?

Strząchnął archaiczne?

Skoro podaje je tylko Doroszewski (https://sjp.pwn.pl/doroszewski/strząchnąć ), to raczej :).

a lufy mają gardła?

Czepiasz się :). Wiesz, o co mi chodziło – ryku wystrzałów nijak nie da się porównać z dźwiękami gardłowymi.

Chyba każdy widział StG 44

A widzisz. Widziałem i zapomniałem. Punkt dla ciebie!

Tu nie rozumiem. Ja to nie wie nic o broni?

Broni, której ma używać, czyli radaru. To jest tak, jakby na lotnisko przyjechał rekrut, a tu mu gość mówi: wiesz, to jest wolant, nim się kieruje usterzeniem, to są klapy, a tak w ogóle – najlepiej lataj nisko i powoli :P. Tak wojsko nie działa – jeśli ma być sprawne, to chłopak musiał przejść jakieś choćby pobieżne szkolenie, a ty opisujesz go tak, jakby ten radar pierwszy raz na oczy widział.

Jasne, ale nigdzie nie twierdzę, że żołnierze bali się partyzantów.

Hmm, serio? Bo to mi wybrzmiewa inaczej – “Wiesz, tu jest partyzantka, czort jeden wie czy jakiś strzelec nie siedzi właśnie gdzieś pod krzakiem i nie bierze cię na cel”. Tacy nieustraszeni pogromcy kul?

mam nieodparte wrażenie, że patrzysz, widzisz, a uwierzyć nie chcesz :) Nie wiem tylko dlaczego:)

Bo tak to napisałeś :P?

 

PS. Aha, i nadal uważam moździerz za przegięty, nawet moździerz + 1. Ta broń nigdy nie będzie służyć do precyzyjnego strzelania :).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

I ja, Michale, nie dostrzegłam tu wiele więcej nad nieliczną grupę żołnierzy w czasie działań wojennych. Domyślam się, że ich broń i sprzęt różniły się od tych, które faktycznie były używane w czasie II wojny, ale jako ktoś nieobeznany z tymi sprawami, niestety, nie umiem odnieść się do tego zagadnienia.

W tekście odnajduję liczne tropy prowadzące do Makbeta, ale nie mam pewności, czy to słuszne podejrzenia.

Opowiadanie, mimo usterek, czytało mi się całkiem dobrze, a nawet ze sporym zaciekawieniem. ;)

 

trans­por­te­ra opan­ce­rzo­ne­go, jaki chło­pak nie raz wi­dy­wał… –> …trans­por­te­ra opan­ce­rzo­ne­go, jaki chło­pak nieraz wi­dy­wał

 

Nie raz sły­szał, że naj­ła­twiej jest zgi­nąć przez głu­pią bra­wu­rę. –> Nieraz sły­szał….

 

Czerń jego mun­du­ru od­zna­cza­ła się na tle wznie­sio­nych z ja­sne­go ka­mie­nia ścian bu­dyn­ku ni­czym pusz­czo­ny na wodę kleks atra­men­tu. –> Atrament wpuszczony do wody, rozpływa się i zabarwia wodę, nie tworzy jednolitej plamy.

Proponuję: …ni­czym spadły na kartkę kleks atra­men­tu.

Kleks to plama z atramentu w zeszycie/ na papierze, ale nie w wodzie.

 

– Sły­sza­łeś, młody? – mru­gnął po­ro­zu­mie­waw­czo Be­rzins. –> – Sły­sza­łeś, młody? – Mru­gnął po­ro­zu­mie­waw­czo Be­rzins.

 

któ­re­go maska za­własz­cza­ła w swej głę­bi­nie znacz­ną część jego twa­rzy. –> Nie wydaje mi się, aby można zawłaszczać coś w czymś.

Może: …któ­re­go maska skrywała w swej głę­bi­nie znacz­ną część jego twa­rzy.

 

Po prawo łyse wzgó­rze osła­nia­ło wóz–> Po prawej łyse wzgó­rze osła­nia­ło wóz… Lub: Na prawo łyse wzgó­rze osła­nia­ło wóz

 

– Masz broń? – Przy­wi­tał go Bed­nar… –> – Masz broń? – przy­wi­tał go Bed­nar

 

Wci­snął mu w ręce szpu­lę na­wi­nię­tą gru­bym ka­blem… –> Wci­snął mu w ręce szpu­lę z na­wi­nię­tym gru­bym ka­blem…

To kabel jest nawinięty, nie szpula.

 

Toni padł na ko­la­na i prze­tarł wierz­chem rę­ka­wa spo­co­ne czoło. –> Czy to nie oczywiste, że nie mógł przetrzeć czoła wnętrzem rękawa?

 

Toni chwy­cił wrę­czo­ną mu pajdę, pło­niąc się jak łania. –> Łanie nie płonią się.

Proponuję: Toni chwy­cił wrę­czo­ną mu pajdę, pło­niąc się jak panna.

 

Matka mnie ob­umar­ła przy po­ro­dzie… –> Matka mnie od­umar­ła przy po­ro­dzie

Za SJP PWN: odumrzećodumierać «umrzeć, pozostawiając kogoś bliskiego»

 

Skele, wy­rzu­ca­ją­cy prze uchy­lo­ne drzwi wszyst­ko, co w jej mnie­ma­niu na­le­ża­ło ura­to­wać. – Literówka i osobliwa metamorfoza Selego.

 

Chło­pak do­padł do wraku, po­ty­ka­jąc się i uda­jąc na trawę. –> Pewnie miało być: Chło­pak do­padł do wraku, po­ty­ka­jąc się i upada­jąc na trawę.

 

nie wy­no­sząc z całej ka­ba­ły żad­ne­go uszczerb­ku. –> Uszczerbek to strata/ szkoda; nie wydaje mi się, aby uszczerbek można wynieść.

Proponuję: …nie ponosząc/ doznając w całej ka­ba­le żad­ne­go uszczerb­ku.

 

Przez laty wy­cią­ga­ją­cą się w niebo bu­dow­lę mu­sia­ły ob­le­piać chaty… –> Literówka.

 

Po­miesz­cze­nie na szczy­cie basz­ty nie miało okien, od pół­noc­nej stro­ny po­sia­da­ło jed­nak wyj­ście na wąską ga­le­ryj­kę… –> Pomieszczenie nie może niczego posiadać.

Proponuję: …od pół­noc­nej stro­ny zachowało się jed­nak wyj­ście na wąską ga­le­ryj­kę

 

Obraz ska­kał i mżył, lecz nie ma tyle by być zu­peł­nie nie­czy­tel­nym. –> Literówka.

 

Toni upadł na plecy, bez­wład­nym ge­stem od­rzu­ca­jąc gogle na hełm. –> Na czym polega bezwładność gestu? Czy można zrobić coś czymś bezwładnym?

A może miało być: Toni upadł na plecy, bezwiednym ge­stem od­rzu­ca­jąc gogle na hełm.

 

Ge­fre­iter, zgię­ty w pół, wił się po po­sadz­ce, wierz­ga­jąc no­ga­mi. –> Zbędne dopowiedzenie; wierzgać można wyłącznie nogami.

Proponuję: Ge­fre­iter, zgię­ty wpół, wił się po po­sadz­ce, wierz­ga­jąc.

 

Toni do­sko­czył to­wa­rzy­sza i ob­ró­cił go na plecy. –> Toni do­sko­czył do to­wa­rzy­sza i ob­ró­cił go na plecy.

 

– Kogo zabić? – za­py­tał bez­myśl­nie Toni. – Bed­nar, co mam robić? –> Nie wydaje mi się, aby to było bezmyślne pytanie.

Proponuję: – Kogo zabić? – za­py­tał bezradnie Toni. – Bed­nar, co mam robić?

 

Prze­stra­szo­ny wła­snych myśli zsu­nął się scho­da­mi… –> Prze­stra­szo­ny własnymi myślami zsu­nął się scho­da­mi

 

roz­bił mo­ni­tor i zga­sił zie­lo­na łunę… –> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

 

“Jak w linku. Jeśli coś okala coś, to środek pozostaje pusty. To jak słuchawki okalają ucho? Gdzie jest źródło dźwięku i jak ten dźwięk trafia do kanału słuchowego? Najprościej – wyobraź sobie trzciny okalające jezioro, gdzie to jezioro jest uchem. Łapiesz?”

 

Dobra, już czaję, okalać jest od okół, w kontekście słuchawek to rzeczywiście bez sensu. Dzięki za zwrócenie uwagi!

 

“Broni, której ma używać, czyli radaru. To jest tak, jakby na lotnisko przyjechał rekrut, a tu mu gość mówi: wiesz, to jest wolant, nim się kieruje usterzeniem, to są klapy, a tak w ogóle – najlepiej lataj nisko i powoli :P. Tak wojsko nie działa – jeśli ma być sprawne, to chłopak musiał przejść jakieś choćby pobieżne szkolenie, a ty opisujesz go tak, jakby ten radar pierwszy raz na oczy widział.”

 

No bo pierwszy raz go na oczy widzi. Nie słyszałeś o chłopakach, w trakcie bitwy o Anglię posyłanych w powietrze z zerową ilością wylatanych godzin i jedynie teoretyczną wiedzą jak wylądować? Nie mówiąc już o ruskich idących w bój bez broni i nie myślę tu o scenach z filmów typu „Wróg u bram”, to się powtarza w relacjach niemieckich oficerów, że radzieccy żołnierze w trakcie szturmu nie zdejmowali z pleców broni – najprawdopodobniej nie mieli amunicji. Mówisz o sytuacji laboratoryjnie czystej, a fabularnie jesteśmy na finiszu miażdżącego wysiłku wojennego, gdzie żołnierz liczy się na sztukę. On po to trafił do załogi, żeby się nauczyć. Nastolatek z domu dziecka. Niemczysko do oddziałów W-SS, czyli zasoby ludzkie i moce przerobowe w fabryce żołnierzy są już zdecydowanie na wykończeniu;)

 

“Hmm, serio? Bo to mi wybrzmiewa inaczej – “Wiesz, tu jest partyzantka, czort jeden wie czy jakiś strzelec nie siedzi właśnie gdzieś pod krzakiem i nie bierze cię na cel”. Tacy nieustraszeni pogromcy kul?”

 

No i z tego strachu pięć minut później rozkłada się na trawce i urządza piknik. No kaman, Staruchu, ja wiem że ten tekst ma masę mankamentów, ale kontekst tego dialogu raczej nie pozostawia wątpliwości, co do intencji „nauczyciela”:)

 

“Bo tak to napisałeś :P?”

 

No właśnie tego nie powinieneś napisać!!! :P

 

“PS. Aha, i nadal uważam moździerz za przegięty, nawet moździerz + 1. Ta broń nigdy nie będzie służyć do precyzyjnego strzelania :).”

 

Tu masz moje pełne błogosławieństwo:)

 

@ Reg, ogromne dzięki za wyłapane babole! Bardzo się cieszę, że mimo wszystko przeczytałaś z zaciekawieniem! Te tropy z Makbeta to jak najbardziej, tyle że końcówka raczej nie domknęła tego w należyty sposób. Chyba przez ten wyjazd nad morze. Żona zabroniła mi wziąć komputer (w sumie miała rację i tak nie miałam czasu na pisanie), a po powrocie jakoś mi się to rozmyło, zdążyłem końcówkę ledwie napisać, ale żeby było to napisane tak, jak powinno… Trudno, brutalna rzeczywistość.

A te bronie i sprzęty to raczej drugorzędna sprawa, tło, nie konkretyzowałem nazwami kilku aspektów „retrowizyjności” opowiadania (np. typ bombowca, który jest w stanie wykonać lot bojowy przez Atlantyk, czy nawet ten głupi karabin, albo granatnik, o którym Staruch wspomniał gdzieś w komentarzu – ja wyraźnie widziałem tam PIAT-a:)). To historia oglądana oczami chłopaka, ograniczyłem się więc do kilku kresek szkicujących zagadnienie. Zresztą temat jest bardzo bogaty, bo niemiachy zostawiły na stołach kreślarskich materiału od groma, starczyłoby na całe powieści, ale mniejsza z tym.

 

Kilka uwag, odnośnie wskazanych fragmentów:

 

Chłopak dopadł do wraku, potykając się i udając na trawę. –> Pewnie miało być: Chłopak dopadł do wraku, potykając się i upadając na trawę.

 

To zdanie to swoiste mistrzostwo. Pamiętam, jak je pisałem, pamiętam jak czytałem je potem kilkukrotnie na rożnych etapach pracy nad tekstem i mimo świadomości, że literówek i różnorakich potknięć zostało w tekście bez liku, to w tym przypadku założyłbym się, że wszystko gra. Udając i upadając, no kurde, jak można to przeoczyć!!!

 

Wcisnął mu w ręce szpulę nawiniętą grubym kablem… –> Wcisnął mu w ręce szpulę z nawiniętym grubym kablem…

To kabel jest nawinięty, nie szpula.

 

Kabel jest nawinięty na szpulę, a szpula jest nawinięta kablem (czy czymkolwiek innym), bo to osobny element układu i nie ona nawija. Tak jak, na przykład, szpulka w bębenku maszyny krawieckiej.

 

Toni padł na kolana i przetarł wierzchem rękawa spocone czoło. –> Czy to nie oczywiste, że nie mógł przetrzeć czoła wnętrzem rękawa?

 

Jasne, ale wierzch rękawa to jest jak wierzch dłoni – jest też spód rękawa, w kontekście omawianej czynności to jego część od strony wnętrza dłoni, tam gdzie są guziki mankietu.

 

Matka mnie obumarła przy porodzie… –> Matka mnie odumarła przy porodzie

Za SJP PWN: odumrzeć – odumierać «umrzeć, pozostawiając kogoś bliskiego»

 

Pomijając ten żenujący kiks, zastanawiałem się nad tym i moim zdaniem powyższy przypadek mieści się w ramach przytoczonej definicji.

 

Pomieszczenie na szczycie baszty nie miało okien, od północnej strony posiadało jednak wyjście na wąską galeryjkę… –> Pomieszczenie nie może niczego posiadać.

Proponuję: …od północnej strony zachowało się jednak wyjście na wąską galeryjkę

 

W moim wyobrażeniu świata pomieszczenie może posiadać (np. okno wychodzące na północną stronę), tak jak urządzenie posiada np. silnik (to cecha wynikająca z jego budowy, więc ją posiada), jednak zaproponowana przez Ciebie wersja zdania, w kontekście fragmentu, jest świetna.

 

Toni upadł na plecy, bezwładnym gestem odrzucając gogle na hełm. –> Na czym polega bezwładność gestu? Czy można zrobić coś czymś bezwładnym?

A może miało być: Toni upadł na plecy, bezwiednym gestem odrzucając gogle na hełm.

 

Kogo zabić? – zapytał bezmyślnie Toni. – Bednar, co mam robić? –> Nie wydaje mi się, aby to było bezmyślne pytanie.

Proponuję: Kogo zabić? – zapytał bezradnie Toni. – Bednar, co mam robić?

 

Jak to dobrze mieć czytelnika, który wie co autor miał na myśli, nawet jak autor błądzi:)

 

Dzięki raz jeszcze i pozdrawiam!

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dzięki, bez odbioru ;)

Przeczytałem.

Veni, vidi, legi.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Michale, nie wiem jak to się stało, ale okazuje się pominęłam Twój komentarz.

Cieszę się, że uwagi okazały się przydatne. ;)

 

Kabel jest na­wi­nię­ty na szpu­lę, a szpu­la jest na­wi­nię­ta ka­blem (czy czym­kol­wiek innym), bo to osob­ny ele­ment ukła­du i nie ona na­wi­ja. Tak jak, na przy­kład, szpul­ka w bę­ben­ku ma­szy­ny kra­wiec­kiej.

Pierwszy raz zetknęłam się z takim określeniem i nie ukrywam, że jest ono dla mnie mało zrozumiałe. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy powiedzieć, że szpulka jest nawinięta nićmi, na moich szpulkach zawsze nici były na nie nawinięte.

Kiedy jem spaghetti to nawijam je na widelec i nie powiem, że widelec jest nawinięty makaronem.

 

W moim wy­obra­że­niu świa­ta po­miesz­cze­nie może po­sia­dać (np. okno wy­cho­dzą­ce na pół­noc­ną stro­nę), tak jak urzą­dze­nie po­sia­da np. sil­nik (to cecha wy­ni­ka­ją­ca z jego bu­do­wy, więc ją po­sia­da)…

Okno w pomieszczeniu jest, ale pomieszczenie okna nie posiada, bo nie jest rzeczonego okna posiadaczem. Pomieszczenie może być wyposażone w jakieś sprzęty i urządzenia, ale nie będzie tych sprzętów i urządzeń posiadać.

 

Zrozumiem, jeśli będziesz wolał pozostać przy swoich sformułowaniach. To w końcu Twoje opowiadanie i wyłącznie od Ciebie zależy, jakimi słowami będzie napisane. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałem.

Pozwolę sobie na taką drobną uwagę: brak oddziału zabezpieczenia ruchomej stacji radarowej. To, że do obsługi takiej stacji potrzeba było (i jest) nieco więcej osób, niż “mieści” się w opowiadaniu, pomijam.

W większości to niezbyt (dla mnie) ciekawy epizod wojenny. Żołnierze rozmawiają, czasem coś strzeli… Sytuację ratują nawiązania do “Makbeta”. Lubię Szekspira, więc mi się podobały.

Ale fantastyka wydaje się kryć wyłącznie w dekoracjach i deklaracjach. Twierdzisz, że IIWŚ trwa dłużej niż u nas, że Niemcy mają bardziej zaawansowaną technologię, że prawie podbili Wielką Brytanię… OK, tylko że żadna z tych rzeczy nie ma znaczenia dla fabuły (acz nie znam się na historii militariów, może w rzeczywistości nie mieli takich radarów). No, bez Szkocji nawiązania makbetowskie wypadłyby bladziej, ale rok akcji spokojnie można zmienić.

Widać, że zabrakło ostatniego szlifu, ale to Ci już Staruch i Reg powiedzieli.

Babska logika rządzi!

Hej!

Jury idzie jak burza, dzięki za czytnięcie!

 

Reg, rozumiem o co chodzi z tym oknem, posiadać może posiadacz, czyli Marcin posiada kolekcję kart piłkarskich, lub umiejętność stania na rękach, tudzież lisek posiada piękną kitę, ale nie da się ukryć, że to posiadanie w kontekście przedmiotów, w języku potocznym, funkcjonuje. Może to gwałt na polszczyźnie i ja tego nie bronię, szczególnie w kontekście zaproponowanej przez Ciebie zmiany, która idealnie rozwiązuje problem, ale to do ucha wpada i w głowie zostaje.

A to nawijanie to kwestia podmiotu. Ben zakrztusił się. Nawinięty makaronem widelec wysunął mu się z dłoni i upadł na stół, plamiąc obrus sosem. Ben zakrztusił się. Nawinięty na widelec makaron upadł na stół, plamiąc obrus sosem. Tu się rzecz rozbija chyba o funkcje przedmiotu, bo tym samym widelcem możesz też włożyć sobie do ust kawałek kotleta;) Zresztą zostawiam rzecz znawcom tematu, aj mam do dyspozycji jedynie chłopski rozum;)

 

Adamie, dzięki za odwiedziny! Słuszna uwaga, niemniej taką rolę pełni Bednar (a że robi to, jak robi i nikt z tego powodu na niego nie krzyczy, to najlepiej świadczy, że ataku raczej się nie spodziewają). W zasadzie powinienem to nazwać „samodzielną samobieżną przeciwlotniczą stacją radarową”, albo „samodzielnie operującą samobieżną przeciwlotniczą stacją radarową”, bo właśnie przez pryzmat samodzielnego działania w polu działania te opisuje, no ale to byłby już hardkor, któremu sprostać mogło by jedynie zbędne dla fabuły mnożenie bytów, by zachować realia. Sd.Kfz 251, w wersji z działkiem przeciwlotniczym, który dał tu opisywanej maszynie kanwę, potrzebował chyba sześć osób w załodze, a już na pewno dwóch strzelców. I bardzo wątpię, alb taki pojazd miał na tyłach wystarczająco wiele przestrzeni, aby upakować tam jakieś monitory i jeszcze miejsce dla desantującego się z radarem załoganta, ale to już licentia poetica.

 

Finklo, również wielkie dzięki! Musisz mi wybaczyć (chyba nie ty jedna:), ale to taki tekst piętnastolatka, który nie może zabrać z ziemi szczęki po obejrzeniu „Das Boot”:) To temat raczej dla „dajhardów”:)

Myślę, że spięło by się to (miejsce akcji, jak zauważasz gra tu rolę) gdyby końcówka była bardziej wyraźna (no kurde, źle tu rozegrałem trochę rzeczy), a rok, owszem, mógłby być i inny, ale tak od pierwszego zdania gramy w alternatywę, zresztą nie jestem jakoś przesadnie „napalony” na tytuły.

W każdym razie dzięki i pozdrawiam!

Niestety, wynudziłem się przy tym opowiadaniu. To, co tutaj mogłoby ciekawić, czyli relacje między bohaterami, jest typowe dla wielu historii wojennych. Ot, żółtodziób, którego bardziej doświadczeni wtajemniczają. Niby cały czas w powietrzu wisi tajemnica, ale zdradzasz za mało, żeby zaciekawić czytelnika. Możliwe, że diabeł tkwi w szczegółach i napisałeś tekst interesujący dla tych, którzy orientują się w kwestiach broni. Ja do takich nie należę. W ogóle zabrakło mi tu informacji o tym, jaka wojna trwa i której stronie „kibicujemy”. Opowiadanie jest zbyt… uniwersalne? Mam wrażenie, że równie dobrze mogłoby rozgrywać się w fikcyjnym świecie.

Tak więc Retrowizji tutaj nie dostrzegam. Czuję, że są, ale nie widzę. A fabuła niczym mnie nie urzekła.

Same sceny na poziomie technicznym są jednak dobre, co w Twoim przypadku nie dziwi. Szkoda tylko, że wyszło opowiadanie o niczym. 

Znowu mi to zrobiłeś! To już trzeci raz! Znowu fajny pomysł, przedstawiony do tego w interesujący sposób, ale urwany w najciekawszym momencie!

Do rzeczy. Świetnie opisujesz życie codzienne żołnierzy. Bohaterowie role mają stereotypowe – a to uczynny, bardziej doświadczony kolega, a to nowy rekrut, a to twardy dowódca – jednak opisujesz się w taki sposób, że tej stereotypowości nie czuć jakoś mocno (dla mnie tylko ta obrączka za bardzo po oczach dawała). Duża w tym zasługa dialogów i scenerii, która wyszła naturalnie.

Sama historia jest prosta jak drut, ale zakończenie – niepewne, zostawiające spory znak zapytania nad losem Toniego – bardzo mi się podobało. Zaś to, co pomiędzy początkiem, a końcem, oddałeś interesująco, nawet jeśli dotyczyło rzeczy zwyczajnych na wojnie.

Co mi bruździ? Ten świat, kompletnie olany. Niby tak samo, a jednak nie tak samo. Czy to nadal nazistowskie Niemcy, czy może bomba zabiła pewnego malarza i rządzi generalska junta? Ta bomba atomowa – co z projektem Manhattan, coś się wylało? Co z Japonią, Włochami? Pokazałeś mi niestety tylko urywek, ale ów fragment pasuje do tylu scenariuszy, że aż żaden nie pasuje. Prosi się rozbudowę, o wypełnienie czymś konkretnym. Bo to, że mamy działko sterowane radarem – no, trochę to mało. Czy ta spluwa Toniego to np. MP-40 czy może już StG-44? Czy może coś jeszcze innego? Znowu nie wiem i zachodzę w głowę, jaki świat oglądam.

Podsumowując: dla mnie bardzo dobry koncert fajerwerków pod względem detali będących koło postaci. Ale samo tło nawet nie zarysowane – to raptem parę kresek. Znowu zostałem z potężnym głodem, zamiast z lekkim uczuciem niedosytu. Ech, dlaczego mi to robisz, Autorze. Dlaczego…

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Jak ja lubię takie opowieści o towarzyszach broni! Fajnie prezentujesz bohaterów, budujesz nastrój (urzekł mnie akapit zaczynający się od „Szum fal przeszył go dreszczem.”), wprowadzasz realia świata. Retrofuturystyka w Twoim wydaniu jest bardzo soft, dla niewtajemniczonych w technologię wojskową właściwie możliwa do przeoczenia – ewidentnym sygnałem jest wzmianka o tej super-bombie, ale to kieruje bardziej w stronę historii alternatywnej niż właśnie boomu technologicznego.

Największe pretensje mam jednak o Makbeta. Rozumiem, że wybrałeś wątek nietypowy – przekonania o nieśmiertelności, zamiast tego co kojarzy się w pierwszej kolejności – zbrodniczej walki o władzę, zdrady suwerena, ulegania podszeptom ambitnej kobiety. Nawet jeśli chciałbym to kupić, to brakuje mi mocniejszego uzasadnienia dla tej analogii – to raczej podwładni wierzą w niezwyciężoność przełożonego, on sam jest zbyt słabo widoczny, nie pokazuje swojej buty i szaleństwa. W efekcie finał wydaje się niepodparty wcześniejszym tekstem, a nawiązania do Szekspira grubymi nićmi szyte. A szkoda, bo ja bardzo cenię Twoje pisanie, ale tym razem zabrakło mi argumentów, żeby przekonać resztę jury.

 

Dziękuję za udział w konkursie!

Hej, dzięki jurorzy, za bardzo ciekawe komentarze! 

 

Już tak z dystansu skrobnę jeszcze dwa słowa o tym tekście. No nie da się ukryć, że trochę się to wszystko nie udało, budowałem przestrzeń do opowiedzenia o czymś, ale po drodze uleciało i wyszło, no, może nie tyle, że o niczym, co o czymś, czego trzeba się bardzo mocno i przy udziale głębokich pokładów dobrej woli domyślać:) No ale już nie będę stękał, bo wrzucając tekst wiedziałem, że nie hula to jak wiatr po polu.

 

Napisze za to o czymś innym. Zdziwiło mnie, że ta tematyka okazała się tak bardzo hermetyczna. Jasne, takie wojenne kawałki to pewnego rodzaju nisza, ale że aż tak? No, kurde, poczułem się staro, serio, zresztą w komentarzach zebrało się grono tych już nie pierwszej młodości, nie wiem, czy to o czymś świadczy, ale trochę mi do myślenia dało. No i wydawało mi się, że jak opiszę okołodrugowojennego żołnierza używającego noktowizora prawie jak komando SWAT i deltamarines w jednym, to zaraz dostane po łbie, że może i retrowizje, ale bez przegięć;) Nie zrozumcie mnie źle, nie utyskuje, ani się nie skarżę, po prostu mnie to zaskoczyło.

 

Ogólnie, mimo że opowiadanie nie wyszło najlepiej, to ciesze się, że wziąłem w konkursie udział. To była dobra okazja, żeby spróbować się z takimi realiami, a chodziło to za mną od jakiegoś czasu. Zresztą chyba jeszcze do tego wrócę.

 

Fun, słuszna uwaga. Ta uniwersalność opowieści. Już to daje temu tekstowi mocnego kopa w podbrzusze:)

 

NoWherManie tobie należą się osobne przeprosiny:) Wiem, że mam tendencję do otwierania drzwi bez zamiaru chociażby ich przymykania, tak że po jakimś czasie przeciągi fruwają w tę i z powrotem, a to może nawet nie tyle, że irytować, co po prostu wk*****ć:) Obiecuję napisać coś domkniętego:) Prawda, że świat przedstawiony zarysowałem tu ledwie kilkoma kreskami, które punkt ciężkości przesunęły w kierunku historii alternatywnej, której zresztą nie czuje się na siłach na poważnie uprawiać. W zasadzie poza tym, że operacja Seelewe odbyła się (z powodzeniem), a niemiechy wyprzedziły projekt Manhattan, nie ma tu wiele, ale chciałem napisać o czym innym, a to niestety nie wyszło. Szczerze mówiąc nie przepadam za kawałkami przesyconymi technikaliami, konkretyzowaniem takich rzeczy, bo dla siedzącego w okopie żołnierza karabin to zwykłe narzędzie, tak jak dla hydraulika żaba, tudzież francuz. Przypomina mi się “Most nad otchłanią” Lewandowskiego, gdzie po lekturze człowiek mógł z miejsca obsłużyć arkebuz, ale to powieść i rządzą nią trochę inne prawa. Niemniej rozumiem, co masz na myśli i wiem, że takie smaczki są przy lekturze atrakcyjne.

 

Coboldzie, no niestety, położyłem to. Co najgorsze nie potrafię wrócić do pierwotnego pomysłu, który nakłonił mnie do pisania. To mi się zgubiło tak skutecznie, że teraz sam się sobie dziwię, że ten tekst w ogóle powstał. Kurde, pierwszy raz mi się coś takiego przydarza. Może jak poleży, wrócę i znajdę, jestem niestety kiepski w pisaniu “na szybko”. Niemniej dzięki:

 

“A szkoda, bo ja bardzo cenię Twoje pisanie”

 

To wiele dla mnie znaczy.

Nowa Fantastyka