- Opowiadanie: Maszkytny - Święto zmarłych

Święto zmarłych

Długo mnie nie było (praca, pisanie powieści, poprawa innych tekstów), więc w chwili wolnego czasu pomyślałem, że wypadałoby znowu się czymś podzielić. Tekst nie za długi, gatunek: dramat. Mam nadzieję, że się spodoba i życzę miłej lektury.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Święto zmarłych

Na cmentarzu, jak co roku, kotłowały się dziesiątki ludzi. Chodzili z torbami wypełnionymi zniczami i, wydobywając pojedynczo, układali je na odwiedzanych grobach. Większe dla najbliższych, mniejsze dla tych trochę dalszych. W krótkim czasie cmentarz rozświetliły tysiące kolorowych płomyków.

I on tego dnia pojawił się na miejscu. Co prawda wolałby bardziej kameralne warunki, ale w święto nie mógł na to liczyć. Nie mógł też przyjść innego dnia, gdyż to było również jej święto – jak mógłby je opuścić? Zostawić ją tu samą, kiedy wszędzie wokół całe rodziny okupowały groby, oddając pamięć ułożonym do snu wiecznego bliskim? Co by sobie pomyślała; co myśli teraz, jeśli jakimś cudem jest w stanie go obserwować?

Nie będzie miała wielu odwiedzających; przyszedł sam. W ręku ściskał jeden jedyny znicz, którym zamierzał uczcić jej pamięć. Wybrał większy, bardziej okazały od najtańszych rodzajów, ale wciąż dosyć skromny – bez zbędnych ozdób i upiększeń. Myślał, że spodobałby się jej – w końcu była zaciekłą przeciwniczką blichtru i kiczu.

Przechodził alejami, mijając kolejnych wspominających, aż wreszcie znalazł się w odpowiedniej części cmentarza. Wszedł pomiędzy groby, by kilka rzędów dalej odnaleźć ten konkretny, jej – ten, w którym spoczęło jej ciało.

Hanna Krasna – przeczytał na nagrobku. Miała dwadzieścia pięć lat – tak jak on, kiedy to się stało. W kącie kamienia pamiątkowego wciąż widniał białawy, owalny ślad po uszkodzeniu powierzchni.

Kiedyś było tam zdjęcie zmarłej, takie jak do dowodu, ale pozbył się go. Przyszedł wieczorem z młotkiem i dłutem i odrąbał je. Nie chciał, żeby każdy, kto tędy przechodził, mógł dowiedzieć się o niej wszystkiego: jak się nazywała, ile przeżyła i do tego jak wyglądała. Przynajmniej jej wizerunkowi zapewnił trochę prywatności.

Zresztą, po cholerę było to zdjęcie? Na wypadek, gdyby ktoś zapomniał, jak wyglądała? Najbliżsi nie zapomną. On nie zapomni, był tego pewien. Zachował w pamięci tak żywy obraz Hanny, że nawet czas nie da rady go rozmyć.

Była taka piękna…

Wyjął z kieszeni kurtki zapalniczkę, zapalił znicz, po czym umieścił go w centralnej części nagrobka. Pomiędzy innymi, które zapewne zostawiła rodzina zmarłej.

Widocznie przyjechali tu wcześniej, może z rana, na co bardzo liczył. Nie chciałby się z nimi spotkać, szczególnie z rodzicami Hanny. Wiedział, jak by to wyglądało i wolał oszczędzić zarówno sobie, jak i zmarłej, zwracania na siebie uwagi reszty obecnych na cmentarzu. Nikt nie potrzebował takiej wątpliwej sławy.

Splótł ręce jak do modlitwy, zawiesił wzrok na wyrytym w kamieniu imieniu i nazwisku, zapadając się we własne myśli. Nie wiedział, jak długo tak stał, ale kątem oka widział kolejnych odwiedzających przychodzących na groby, a potem odchodzących, by zwolnić miejsce nowym twarzom.

Nie przejmował się tym cyklem, ani słońcem, które niedawno zaczęło chylić się ku zachodowi, rozlewając po zachmurzonym niebie kolejne warstwy krwistoczerwonej łuny, tak żywej, że okrywała cmentarz swoim kolorem.

Również nagrobek, na który patrzył, zaszedł ciemnym różem.

Podobnie wanna w tamtym mieszkaniu, kiedy jej dnem spływała krew, tworząc przy odpływie małe jeziorko, bo z trudem się przez niego przedostawała.

Jarek zabił ten obraz równie szybko, jak się pojawił. Nie chciał o tym myśleć; wolał pamiętać Hannę z czasów, kiedy wszystko było dobrze, kiedy sprawy jeszcze nie zaszły tak daleko, kiedy wciąż byli młodymi ludźmi ciekawymi świata i tego, co może im zaoferować.

To, gdzie ta ciekawość ich doprowadziła… nie, lepiej było to zostawić. Lepiej nie skażać przyjemnych, ciepłych wspomnień widmem z tamtych chwil.

Ale było już za późno, podświadomie zdawał sobie z tego sprawę. Wspomnienia, wywołane pierwszą, krótką wizją wanny, wracały taśmowo. Nie mógł zapanować nad własnym rozumem, podrzucającym mu kolejne fragmenty tego, co tyle razy przerabiał…

…ale chyba jeszcze nie przebolał.

„To przez ciebie! Zabiłeś ją!” – usłyszał widmo jej ojca, który wtedy, gdyby nie policja, zapewne rzuciłby się na niego z pięściami. Zabiłby go, na pewno by zabił. Mało kto w takiej sytuacji zapanowałby nad sobą i swoimi emocjami, a poza tym Jarek nie miał siły się bronić; był równie załamany, co matka zmarłej, stojąca obok męża i gapiąca się pustym wzrokiem przed siebie, na kamienicę, w której to się stało. Tragedia była dla kobiety tak niespodziewana, że nie potrafiła nawet zapłakać.

To puste spojrzenie matki Hanny prześladowało go przez wiele następnych dni – jakby jeszcze mało mu było własnego poczucia winy. Bo był winny, wiedział o tym. Gdyby nie on i jego cholerne ciągi, Hannie nic by się nie stało, a grobu, przy którym teraz stoi, prawdopodobnie by tu nie było. Przynajmniej nie z tymi samymi danymi, co teraz.

Kiedy krwista czerwień zaczęła znikać z nieba, poczuł pierwszy chłód późnojesiennego wieczoru. Dopiął kurtkę aż pod szyję, na chwilę wyrywając się ze szponów bolesnych wspomnień. Rozejrzał się wokół. Frekwencja na cmentarzu znacznie zmalała. Tylko nieliczni zostali jeszcze przy grobach.

Dla tych kilku cierpliwych cmentarz miał własną nagrodę: kiedy słońce zaszło, a razem z nim światło dnia, blask zniczy wzmocnił się, zalewając cały teren wielokolorowym blaskiem; tym silniejszym, im ciemniej się robiło.

Coraz piękniejsze otoczenie skusiło Jarka, żeby zostać jeszcze chwilę, pomimo nasilającego się mrozu. Poza tym zwykle dobrze cię tu czuł; tylko dzisiaj był jakiś niespokojny. Pewnie przez te niesforne myśli, które nagle się pojawiły; swoje trzy grosze dodawał również klimat święta, skłaniający do zadumy. Niemniej jednak Jarek wiedział, że tu było jego miejsce – w towarzystwie przedwcześnie zmarłej ukochanej.

Przedwcześnie zmarłej przez niego…

Pamięta jak dziś dzień, w którym wrócił do mieszkania. Rozebrał się, zajrzał do salonu, a gdy nie znalazł tam Hanny – do sypialni. Natychmiast zauważył swoją skrzynkę, leżała na łóżku otwarta, z wiekiem obok. Od dłuższego czasu podejrzewał, że coś jest nie tak; odnotowywał, że zawartości zbyt szybko ubywa, ale gdy pytał Hannę, ta wydawała się nic o tym nie wiedzieć. Teraz już miał pewność, że od dłuższego czasu go okłamywała.

„Dlaczego, Haniu? Dlaczego nie byłaś ze mną szczera?” – zapytał w myślach mogiły i leżącej kilka metrów pod nią ukochanej i w tym samym momencie poczuł łzy napływające do oczu. Nie potrafił i nie chciał nad nimi zapanować. Niech lecą, może przywrócą trochę spokoju – pomyślał.

Długo płakał po tym, co się stało, ale widocznie nie wypłakał jeszcze wszystkiego. Z początku kilku bliskich poleciło mu wizytę u specjalisty. Nie był przekonany, ale w końcu się zgodził i od tego czasu zwykł płakać na kozetce, dzieląc się swoimi przeżyciami z psychologiem – i to nie jednym. Zmieniał ich jak rękawiczki; za każdym razem, gdy próbowali wmówić mu, że to nie była jego wina, że nie mógł tego przewidzieć, że nie powinien się tak katować z powodu tego, co się stało. Jak mogli coś takiego proponować, kiedy on doskonale wiedział, że to jego wina, że mógł to przewidzieć, albo przynajmniej być świadomym takiej możliwości i że całkiem słusznie się katuje, bo przecież żyłaby, gdyby nie on?

Przez to słodkie pierdolenie szybko zrezygnował z terapii. Wolał poradzić sobie na własną rękę.

Musiał pokonać wiele demonów, wiele pokus, wiele chwil mentalnego piekła, by w końcu obiecać zarówno sobie, jak i zmarłej, że koniec z tym życiem; że wreszcie pora wyjść na prostą, może nawet w jakiś sposób zadośćuczynić za to, do czego doprowadziły jego słabości. Myślał, że tego Hanna właśnie by chciała – żeby podniósł się i walczył, zamiast dołączyć do niej kolejnym powozem, prowadzonym przez śmierć.

I – niech cały świat jest mu świadkiem – walczył, ile tylko mógł. Nie tylko wyprowadził swoje życie na prostą, ale zaczął udzielać się społecznie, pomagając tym, którym jeszcze dało się pomóc. Dzięki nim czuł się lepiej; czuł, że coś znaczy; że jego czyny nie są już tak bezwartościowe i pozbawione sensu, jak przez długi czas przed tym.

W końcu wyszedł na prostą, ogarnął się i z biegiem czasu poczuł lepiej sam ze sobą. Tylko rocznice bywały bolesne, kiedy przyjeżdżał na cmentarz w jej urodziny, albo – tak jak teraz – w dzień Wszystkich Świętych. Wtedy lubiły powracać wspomnienia – a te wciąż bolały, mimo upływu lat.

Po części dlatego, że traktował miejsce jej pochówku jako miejsce osądu swoich czynów. Przyjeżdżał tu i zastanawiał się, czy swoim życiem zadośćuczynił za to, co ją spotkało. Co prawda wiedział, że nigdy nie zrobi wystarczająco, by do tego doszło, ale przynajmniej się starał. Starał się, by choć w części pokryć szkody, które wyrządził jej i jej rodzinie, pomagając innym wyjść z podobnych dołków.

Miał ku temu predyspozycje.

Przez to, co przeżył, uodpornił się na drastyczne widoki, a to wielce pomagało mu w pracy. Kiedy tamtego dnia wszedł do łazienki w poszukiwaniu ukochanej… nigdy nie pozbędzie się tego wspomnienia: Hanny, bladej jak ściana, leżącej wzdłuż wanny, na boku. Zawsze jasne włosy miała wtedy pociemniałe od potu, jakby nie myła ich od tygodnia, a na ustach i okolicach widniały ślady po zaschniętej krwi. Ta ostatnia zbierała się również na podłodze, tuż przy twarzy dziewczyny – ale najwięcej było jej w wannie. Tam Jarek znalazł krwawe wymiociny, które, wymieszane z resztkami jedzenia, nie potrafiły spłynąć do kanalizacji.

Przedawkowała.

Nie wiedział, co wzięła, ani w jakiej ilości, ale wystarczyło. Wtedy, gdy znalazł ją w łazience, nie mógł zrobić nic więcej, jak tylko zadzwonić po policję. Hanna była martwa.

Zawiadomił, kogo trzeba, a służby potem zawiadomiły rodzinę. Był jak w transie. Zanim przyjechali, poszedł do sypialni, zamknął swoją skrzynkę z narkotykami i – jakby nigdy nic – odłożył ją na miejsce przy nocnej szafce, po czym siadł na łóżku i czekał. Nigdy w życiu nie czuł większej pustki, jak w tamtym momencie. Dlatego też tak dobrze zapamiętał późniejsze spojrzenie matki Hanny – w jej oczach widział to samo, co niedawno sam przeżył; nagle obraz świata, który dobrze znał i rozumiał, rozsypał się na drobne kawałeczki, zostawiając go z niczym. Dużo czasu zajęło mu, żeby z tej nicości się wygrzebać.

A oni nadal traktowali go jak mordercę.

Nie pozwolili mu nawet uczestniczyć w pogrzebie. W pogrzebie jego ukochanej!

Ścisnął dłonie w pięści i podniósł wzrok z nagrobka. Mieniące się kolorowo, tańczące płomyki, które masowo obległy cmentarz, roztapiając jego mroki w swoim wielobarwnym świetle, działały uspokajająco. Rozluźnił mięśnie.

Rozumiał rodzinę Hanny. Również nie chciałby, ażeby człowiek odpowiedzialny za śmierć jego córki pojawił się na pogrzebie. Fakt faktem i tak nie powstrzymało go to przed przyjściem – po prostu trzymał się w bezpiecznej odległości. Samotnie, z tyłu konduktu, obserwował, jak zwłoki Hanny zostają przetransportowane z kościoła na cmentarz, by potem, na miejscu, zostały opuszczone do wykopanego specjalnie dla nich dołu, a następnie – w czym brał już udział tylko on – zasypane przez grabarzy. Dokładnie w tym miejscu, przy którym teraz stał i medytował.

Wtem, w odległości kilkunastu kroków, usłyszał jakichś ludzi. Rozmawiali ze sobą cicho. Natychmiast odwrócił się w prawo, w kierunku dźwięku. Zamarł, gdy ich zobaczył. Myślał, że o tej porze będzie tu bezpieczny. Nie spodziewał się, ani nie był przygotowany na konfrontację.

Nie spodziewał się jej również ojciec zmarłej, bo gdy tylko zauważył Jarka, stanął jak wryty, a mina w jednej chwili mu skwaśniała. Towarzysząca mu żona wydała się bardziej przyjacielska – zdobyła się nawet na skromny uśmiech do niedoszłego zięcia. Chyba lepiej od męża znosiła pogodzenie się z tragedią, która ich spotkała.

– Co ty tu robisz? – odezwał się ojciec. – Jeszcze masz czelność tu przychodzić?! Wynoś się!

– Stefan, daj już spokój. Chłopak przyszedł tu po to, po co my, uczcić jej pamięć. – Żona próbowała go udobruchać, ale na niewiele się to zdało.

– Chyba zbezcześcić jej pamięć! – warknął ojciec, po czym wyciągnął rękę w kierunku wyjścia z cmentarza. – Wynoś się, słyszysz?! Nie chcę cię tu widzieć!

Jarek odsunął się o krok i jeszcze chwilę wahał, co powinien zrobić. Patrzył na rodziców Hanny: na nieprzejednanego ojca i na matkę, która zrobiła minę, jakby starała się powiedzieć „przykro mi, próbowałam”. Nie widział szans, żeby dojść z nimi do porozumienia, a też nie chciał się kłócić. Nie w tym miejscu; nie przy Hannie.

Dlatego odwrócił się na pięcie i odszedł szybkim krokiem w przeciwną stronę, zostawiając ich samych ze zmarłą córką.

 

***

 

Siadł na ławce w innej części cmentarza. W półmroku rozświetlanym zewsząd kolorowymi zniczami dość dobrze widział, co robi.

Sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki, gdzie wymacał palcami twardy, zaokrąglony plastik. Złapał go i wyjął, by dokładniej się przyjrzeć.

Strzykawka, choć długo nieużywana, wyglądała jak nowa; nowa była też igła – jeszcze z zabezpieczeniem – która tkwiła wetknięta na jej szczycie. Tłok został dociśnięty akurat na tyle, by znajdujący się w miarce narkotyk pozbawić pęcherzyków powietrza. Ogólnie: całość była gotowa do użycia.

Była to jedyna pamiątka po poprzednim życiu Jarka, którą trzymał przy sobie jako trofeum i symbol swojej silnej woli. Minęły już ponad dwa lata, działka zawsze leżała w zasięgu, gotowa do użycia, ale nigdy po nią nie sięgnął. Myślał, żeby sięgnąć – i to nie raz – ale nigdy się na to nie zdecydował. Za każdym razem potrafił odwieść się od tego durnego pomysłu, czy to dzięki wspomnieniu Hanny, czy tego, że inni go potrzebują.

Ale dzisiaj, gdy wokół płonęła tęcza, a on tkwił sam, w zimnie, na cmentarzu, wygoniony z miejsca pochówku ukochanej… dzisiaj miał dość.

Pomagające dotąd wspomnienie Hanny teraz tylko jeszcze bardziej przytłaczało winą, a praca, którą wykonywał – pomaganie tym wszystkim ludziom – wydawała się całkiem pozbawiona sensu. Ilu z nich tak naprawdę go posłucha? Ilu z nich i tak wróci do nałogu? Wiedział, że wielu się złamie; przecież on sam w dawnych latach nie pozwoliłby sobie wmówić nikomu z zewnątrz, że źle robi i powinien się naprostować. Wręcz przeciwnie: ćpałby jeszcze więcej, byle tylko udowodnić cwaniakom, którzy plotą podobne bzdury, że to on, a nie oni, ma rację.

Dlatego czuł się teraz jak Syzyf, ale nie z jednym, a dwoma głazami: pierwszym, który wbijał go w ziemię poczuciem winy i drugim, który co chwila wyślizgiwał się z rąk, dobijając bezsensem wykonywanej pracy.

Może jednak lepiej będzie zakończyć tę farsę i dołączyć do Hanny? – zapytał sam siebie. Długo myślał nad odpowiedzią. Długo i boleśnie, bo coraz bardziej skłaniał się ku odpowiedzi absolutnej.

Zdjął osłonę z igły. Uniósł strzykawkę szpicem do góry i nacisnął delikatnie tłok, by sprawdzić, czy po takim czasie do środka nie dostało się powietrze. Z igły wydostała się kropla, która szybko po niej spłynęła, zatrzymując się na rozszerzeniu, początku zbiorniczka.

Wszystko wyglądało w porządku.

Rozpiął kurtkę i wysunął z niej lewą rękę, po czym podciągnął rękaw swetra aż nad biceps, odsłaniając większość ramienia. Od zimna od razu dostał gęsiej skórki, ale zignorował to. Na moment przełożył strzykawkę do lewej ręki, by prawą złapać pusty rękaw kurtki i owinąć go wokół gołego bicepsa. Zaciągnął mocno, przycisnął do boku, by zacisk się nie rozluźnił i ponownie przejął strzykawkę prawą ręką.

Czekał, aż na zgięciu ręki pojawią się wyraźne żyły.

Po kilku sekundach wyskoczyła jedna, pokaźna, akurat taka, jakiej potrzebował. Chwycił strzykawkę tak, by móc zatopić igłę pod skórę i wprowadzić działkę do żyły. Potem przysunął bliżej, wystarczyło się wkłuć.

Łza pociekła mu po policzku.

Z jednej strony tego chciał, z drugiej cholernie się bał.

To tylko jeden raz, na uspokojenie – przecież nie musi brać dalej; poza tym, jeśli coś mu się stanie, dołączy do Hanny – tyle razy tego pragnął i wreszcie będzie mógł to zrobić, wreszcie ją zobaczy. To ostatnia działka – ku jej pamięci – nic więcej.

Przyłożył igłę bliżej, tak, że dotykała już skóry, pod którą pęczniała żyła. Wziął głęboki oddech…

Potem poczuł wibrację telefonu w kieszeni, a po sekundzie usłyszał sygnał – ktoś dzwonił.

Stwierdził, że równie dobrze może ostatni raz sprawdzić, kto to, jeśli i tak zamierza ze sobą skończyć, więc sięgnął nagą ręką po komórkę.

Dzwonili z pracy.

Odebrał z automatu, jak zawsze zwykł robić przy tego typu niespodziewanych połączeniach. Usłyszał swoją koleżankę, Klaudię.

– Jarek, wybacz że dzwonię tak późno i w święto, ale potrzebujemy cię! Mamy uzasadnione podejrzenie, że jeden z twoich podopiecznych znowu bierze. Ten Michał, pamiętasz go? Mógłbyś podjechać i nam z nim pomóc? Poza tobą może nie chcieć nikogo wysłuchać.

Patrzył na swoją działkę i milczał.

– Jarek, jesteś tam? – spytała Klaudia.

Owinął palce wokół strzykawki, a potem ścisnął, jakby próbował ją zmiażdżyć.

Westchnął.

– Tak, jestem. Zaraz przyjadę – odpowiedział ciężko.

– Czekamy na ciebie!

Rozłączył się. Nałożył osłonkę z powrotem na igłę, schował strzykawkę do wewnętrznej kieszeni kurtki i ubrał się, na koniec wstając z cmentarnej ławki. Prowadzony prze tysiące kolorowych świateł przedostał się alejami do samochodu i odjechał.

Ktoś jednak go potrzebował.

Koniec

Komentarze

No cóż, przeczytałam i nie mogę powiedzieć, że opowiadanie podobało mi się. Ot, taka sobie historia na okoliczność Święta Zmarłych. Rozmyślania chłopaka o zdarzeniach, które doprowadziły do śmierci dziewczyny, niestety, niespecjalnie mnie poruszyły. No i nie znalazłam w opowiadaniu choćby odrobiny fantastyki. :(

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

Wyjął z kieszeni kurtki zapalniczkę, zdjął pokrywę zniczazapalił lont wkładu, po czym z powrotem nałożył pokrywę i postawił znicz… –> Czy wszystkie powtórzenia są celowe?

W zniczu jest knot, nie lont.

 

albo tak jak teraz – w dzień wszystkich świętych. –> …albo tak jak teraz – w dzień Wszystkich Świętych.

 

Starał się, by choćby w części pokryć szkody… –> Starał się, by choć w części pokryć szkody

 

płomyki, które oblegały cały widnokrąg, skąpując mroki cmentarza… –> …kąpiąc mroki cmentarza

Mam wrażenie, że płomyki oblegały całą powierzchnię cmentarza, nie tylko widnokrąg.

Proponuję: …płomyki, które pokrywały groby, pochłaniając/ chłonąc mroki cmentarza

 

Samotnie, z tyłu orszaku… –> Samotnie, z tyłu konduktu

 

a mina w momencie mu skwaśniała. –> Raczej: …a mina w jednej chwili mu skwaśniała.

 

zdobyła się nawet na skromny uśmiech w kierunku niedoszłego zięcia. –> …zdobyła się nawet na skromny uśmiech do niedoszłego zięcia.

Uśmiechamy się do kogoś, nie w czyimś kierunku.

 

– Stefan, daj już spokój. Chłopak przyszedł tu po to, po co my, uczcić jej pamięć – żona próbowała go udobruchać, ale na niewiele się to zdało. –> – Stefan, daj już spokój. Chłopak przyszedł tu po to, po co my, uczcić jej pamięć.Żona próbowała go udobruchać, ale na niewiele się to zdało.

 

Za każdym razem potrafił odwieźć się od tego durnego pomysłu… –> Za każdym razem potrafił odwieść się od tego durnego pomysłu

Sprawdź znaczenie słów: odwieźćodwieść.

 

Rozpiął kurtkę, zdjął jej lewą połę, po czym podciągnął lewy rękaw swetra aż nad biceps, odsłaniając większość ręki.  –> Nie można zdjąć poły kurtki. Powtórzenia.

Za SJP PWN: poła «dolny fragment jednej z dwóch części ubioru rozpinającego się z przodu»

Proponuję: Rozpiął kurtkę i wysunął z niej lewą rękę, po czym podciągnął rękaw swetra aż nad biceps, odsłaniając większość ramienia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jak zwykle dziękuję za szybką odpowiedź i stanie na straży poprawnej polszczyzny ;]. Poprawiłem wymienione, ale – też jak zwykle – przyczepię się do dwóch sytuacji.

Poza tym – tak, opowiadanie nie ma w sobie ani grama fantastyki (w tym okresie próbowałem się w różnych stylach), i tak, to skromna historyjka inspirowana Świętem Zmarłych (wtedy też powstała). Jeśli nie porwało, rozumiem, przyjąłem, odnotowałem – tekst jest trochę melancholijny, ale taki też miał być.

A teraz konkrety ;]

 

Samotnie, z tyłu orszaku… –> Samotnie, z tyłu konduktu

orszak – «grono ludzi uroczyście towarzyszących komuś»; oczywiście kondukt odnosi się bezpośrednio do uroczystości pogrzebowej i dlatego poprawiłem, ale orszak IMO nie jest tutaj błędem

 

a mina w momencie mu skwaśniała. –> Raczej: …a mina w jednej chwili mu skwaśniała.

Hmm, czy to błąd? Na dwoje babka wróżyła…

 

Sprawdź znaczenie słów: odwieźć i odwieść.

Oczywiście znam ;], wkradła się literówka

Bardzo proszę, Maszkytny. Cieszę się, że uznałeś uwagi za przydatne. ;)

 

ale or­szak IMO nie jest tutaj błę­dem

Przecież nie zarzuciłam Ci błędu. Uściśliłam tylko, stosownie do okoliczności, jako że orszak oznacza nie tylko korowód żałobników, zaś kondukt określa wyłącznie taki.

 

a mina w mo­men­cie mu skwa­śnia­ła. –> Ra­czej: …a mina w jed­nej chwi­li mu skwa­śnia­ła. Hmm, czy to błąd? Na dwoje babka wró­ży­ła…

Tu też nie twierdzę, że to błąd. Wszak dodałam słówko raczej.

Nie znam określenia, że coś się dzieje w momencie, natomiast oczywiste jest dla mnie coś, co wydarzyło się w jednej chwili.

W jednej chwili może się wiele wydarzyć, ale nie słyszałam, aby jakieś zdarzenia miały miejsce w momencie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Troszkę pompatyczna narracja. Chyba za bardzo wysilona, aby podkreślić smutek bohatera i jego tragedię. Masz też tendencję do kołowania wokół tematu i w związku z czym, zdarzają się powtórzenia, np. wyrażenie "na prostą". Ostatnie zdanie proponuję zmienić w związku z całym wcześniejszym wywodem i wątpliwościami: Ktoś JEDNAK go potrzebował. Pozdrawiam Czwartkowy Dyżurny :)

Fajne:), dobrze piszesz. Przeczytam inne Twoje opowiadanie, może uda mi się napisać o nim więcej.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

@regulatorzy

Późno odpowiadam, ale lepiej późno, niż wcale. ;]

Może faktycznie ta jedna chwila brzmi lepiej, zmienię.

 

@Blacktom

Co do narracji – trudno mi powiedzieć, musiałbym jeszcze raz zagłębić się w lekturę, by to ocenić. Może zdarza mi się kołować wokół tematu, nie przeczę. Mój pisarski jęzor ostatnimi czasy bardzo się wydłużył (chyba czytam za dużo klasyki ;]) i lubi sobie popaplać.

Ostatnie zdanie – fakt, masz tu dobry pomysł. Poprawiam.

 

@ Asylum

Dzięki za miłe słowa. Mam nadzieję, że nie zawiodę w innych wydaniach. :]

Nowa Fantastyka