- Opowiadanie: bronchospazm - Życie reliktowe

Życie reliktowe

Dawniej “Schron”. Za niedogodności przepraszam.

Stary pomysł, zainspirowany lekcją PO w liceum. W końcu, po dziesięciu latach, zdecydowałem się go doprowadzić do minimalnej używalności. Smacznego.

EDIT: interpunkcja, błędy językowe, wieloznaczności.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Życie reliktowe

 Szary pył pokrywał śnieg, na jego tle czerniły się martwe drzewa. Szare niebo zlewało się z ziemią: nie było widać horyzontu, a to zaburzało perspektywę odległości. Od dziesięciu lat codziennie ten sam widok.

Przez pustkowie szło trzech ludzi. Zostawiali za sobą białe ślady, bo dopiero kiedy stopa zapadała się w śnieg, jego biel odsłaniała się spod pyłu. Za kilka godzin znów będą szare.

Gdyby ktoś ich widział z oddali, nie rozpoznałby ani płci, ani wieku; nie powiedziałby nic o ich sylwetkach ani pochodzeniu. Ubrania mieli brudne, połatane i szare, jak wszystko dookoła. Byli mocno opatuleni, w długich płaszczach, owinięci szalikami i w kapturach na głowach. Na twarzach mieli maski przeciwpyłowe.

Gdyby ktoś był bliżej, i posłuchał o czym rozmawiają, dowiedziałby się, że są czymś bardzo podekscytowani.

***

Szli od kilku dni. Co jakiś czas jeden zatrzymywał się i wyjmował mapę. Cała trójka wpatrywała się wtedy w niepozorny, czerwony prostokąt, podpisany jako “Schron Magazynowy SM-3039”.

Prawie zawsze padało pytanie:

– Ale na pewno nikt tam jeszcze nie był?

Było to pytanie retoryczne.

– Na pewno. – pozostała dwójka odpowiadała chórem.

Albin, bo tak nazywał się człowiek z mapą, kończył rytuał pytań zawsze tak samo:

– Nikt nie widział mapy przed nami. Była tam, gdzie ktoś ją schował jeszcze przed Katastrofą.

Tyle wystarczyło. Szli dalej, w świetnych humorach, już drugi tydzień.

Na postojach strzepywali z siebie pył. A potem rozmawiali, głównie o tym, co znajdą w schronie.

– Jedzenie na wypadek wojny, zakonserwowane, trwałe – Albin snuł przed nimi wizję – a oprócz tego leki. Wszystkie najważniejsze. Bandaże. Świeże mundury, bielizna. Będziemy żyć.

Cudzich, najmłodszy z trójki, słuchał jak urzeczony. Niemal nie znał czasów sprzed Katastrofy.

– A broń? – dopytywał

– Nie sądzę. Nie ten rodzaj schronu. Ale kto wie? Może i broń. Zobaczymy na miejscu.  

Bryja – trzeci z wędrowców – opowiadał, co ugotuje, kiedy będą na miejscu. Przed Katastrofą był kucharzem. Wspominał swoją pracę, jak kłócił się z szefem kuchni – i zawsze miał rację – albo o tym, jak bogaci goście chwalili jego przegrzebki. Potem opowiadał, co można zrobić z wojskowych konserw, wyliczał, co znajduje się w żołnierskich racjach i jak to smakuje.

Nie maszerowali szybko. Nie mogli. Byli przewlekle zmęczeni, słabi, miejscami śnieg był twardy, a czasem zapadali się po kolana.

***

Rozbili namiot. Albin zabrał się do topienia śniegu na wodę. Przed użyciem, trzeba było ją jeszcze przefiltrować.  Bryja zaproponował, że skoro są tak blisko celu, to może zjedzą swoje żelazne zapasy:

– Nie ma co oszczędzać, bo niedługo i tak się najemy, jak nigdy. Czas oszczędzania się skończył! – dodał.

Wszyscy trzej wyjęli konserwy z plecaków. Cudzich patrzył nabożnie na swój gulasz angielski: widział zatartą etykietę, uważnie badał palcami blachę czy nie jest uszkodzona, ważył puszkę w rękach. Otwarcie żelaznego zapasu było tabu, każdy powtarzał: nie rusza się go, o ile nie masz niczego innego i nie umierasz z głodu. I nie masz szansy wkrótce nic znaleźć. A Cudzich ostatni raz jadł rano i miał jeszcze inne zapasy, co prawda nie tak dobre, ale miał.

Albin i Bryja swoje już jedli. “Jesteśmy tak blisko” – pomyślał Cudzich i otworzył konserwę. Żuł powoli, bolały go zęby i dziąsła. Zjadł całość, pierwszy raz pochłonął tyle na raz i w nocy bolał go brzuch. Źle spał.

***

Dotarli na miejsce dwa dni później niż zakładali, głodni i zmęczeni. Albin wyjął mapę po raz ostatni, porozmawiał chwilę z Bryją i ostatecznie powiedział:

– To tutaj.

Zdjęli plecaki i wyjęli z nich cienkie, metalowe rurki. Złożyli z nich tyczki, dwumetrowe, zaostrzone na  końcach. Zaczęli systematycznie sondować śnieg. Tyczki zatrzymywały się na zamarzniętej na kamień ziemi, około pół metra pod nimi. Po godzinie skrupulatnego badania, tyczka Cudzicha weszła głębiej. Zawołał towarzyszy. Przybiegli i wzięli się do sondowania dookoła. Znaleźli kierunek, z każdym ich kolejnym krokiem tyczki wchodziły głębiej.

Odpięli od plecaków aluminiowe łopaty o krótkich trzonkach. Po kilkunastu minutach spod śniegu wyłoniły się schody. Z poziomu ziemi prowadziły w dół. Pół godziny kopania później, u ich podnóża zobaczyli metalowe, pomalowane na zielono drzwi. Zamarznięta kłódka ustąpiła po kilku uderzeniach łomem. Drzwi przymarzły do ościeżnicy, ale po chwili wysiłku wejście do schronu magazynowego SM-3039 stało otworem.

Włączyli latarki. Albin uważnie obejrzał ściany, podłogę i sufit. Szukał pułapek. Powoli weszli do środka, ale ekscytacja sprawiała, że trudno było zachować ostrożność. Doszli do włącznika światła. Zakurzony wyświetlacz obok wskazywał, że zasilanie awaryjne działa. Bryja położył rękę na dźwigni.

– Poczekaj, może włączymy z zewnątrz, sznurkiem – zatrzymał go Albin.

– Nic się nie stanie – odpowiedział i pociągnął dźwignię w dół.

Serce zabiło Cudzichowi szybciej. Bryja był strasznym cholerykiem. Po chwili lampy zabuczały i wnętrze schronu bardzo powoli zaczęło wypełniać żółte światło. Weszli głębiej – za zakrętem były kolejne drzwi, które ustąpiły bez problemu, a za nimi to, czego szukali. Pomieszczenie z rzędami skrzyń po obu stronach. Niektóre niskie i szerokie, inne wąskie i wysokie, wszystkie pomalowane na zielono, zakurzone. Rozeszli się między nimi, chodzili powoli, jakby chcieli odwlec moment triumfu, żeby dłużej napawać się szczęściem. Sprawdzali wszystkie wnęki i dodatkowe pomieszczenia, których nie było dużo. Powietrze pachniało stęchlizną.

Cudzich przeczytał kiedyś, w pożółkłej książce, znalezionej w jakiejś piwnicy: “Odwlekając przyjemność w czasie, odwlekamy też jej koniec”. Zapamiętał tylko to jedno zdanie.

Po dłuższej chwili spotkali się na środku głównego pomieszczenia

– Tam jest nawet pokoik z piecykiem, taką kozą. Jest ciąg, sprawdzałem – odezwał się Cudzich.

– Będzie uczta – wysapał Albin, wyciągając na środek pierwszą skrzynię. Sięgała mu do pasa.

Bryja zaczął łomem podważać wieko. Kilka gwoździ którymi było przybite puściło bez problemu. Ustąpiło i zrzucił je na podłogę. Cała trójka zajrzała do środka. To, co zobaczyli, wyglądał jak wnętrze ula: w rzędzie, jeden obok drugiego stały nieoprawione płótna naciągnięte na drewniane ramy. Cudzich wyciągnął jedno z nich, był to obraz przedstawiający małą, rudą dziewczynkę w niebieskiej sukience tulącą się do, zapewne, matki. Obie patrzyły przed siebie, dziecko miało zdziwiony wyraz twarzy, niemal tak, jak teraz Cudzich. Obraz był niewyraźny, wyglądał na niedokończony.

Podeszli do skrzyni obok. Bryja nerwowo, gwałtownymi ruchami, odbił jej wieko. W środku również znajdowało się pięć płócien.

– Co to kurwa jest? – zaklął.

Rzucili się do następnych skrzyń, szybko, niemal panicznie. Niektóre ciężko było otworzyć, inne świeciły pustką. Po godzinie wszystkie były otwarte albo rozbite, a obrazy, jedne na płótnie, inne namalowane na deskach, leżały w stosach na podłodze.

***

Albin siedział na skrzyni, twarz miał schowaną w dłoniach. Bryja chodził nerwowym krokiem w tę i z powrotem. Kipiał ze złości. Cudzich włóczył się po schronie i przypatrywał obrazom. Dwa zainteresowały go szczególnie: na jednym był ogród namalowany żywozieloną farbą, która nie zblakła mimo czasu. Niebo nad ogrodem było niebieskie, na środku siedzieli ludzie, i mimo że ich postaci były namalowane niewyraźnie, bo krótkimi pociągnięciami pędzla, rozpoznał, że są ubrani lekko, zwiewnie. Cudzich nigdy nie widział takiej zieleni.

Drugi obraz był oprawiony. Metalowa tabliczka na ramie głosiła: “Martwa natura z owocami”. Przedstawiał różne warzywa i owoce na stole, niektórych nie znał, ale wyobrażał sobie, jak mogły smakować. Jadł kiedyś brzoskwinię z puszki i wydawało mu się, że każdy owoc powinien smakować podobnie. Słodko i delikatne. Na chwilę zapomniał o głodzie. Badał każdy szczegół obrazu, pod palcami czuł fakturę zaschniętej farby. Wtedy usłyszał, że Bryja krzyczy na Albina:

– To twoja wina! Ty mnie tu ściągnąłeś!

– Mapa była w porządku! – tamten próbował się bronić.

– Do diabła z mapą, tu nie ma ani jednej puszki, ani jednego suchara. Okłamałeś nas!

– Niczego nie obiecywałem! Sam podjąłeś ryzyko! – Albin wstał gwałtownie.

Bryja w ręku trzymał łom. Zanim Cudzich do niego dobiegł, już zamierzał się na Albina, który zasłaniał się rękami przed nieuniknionym uderzeniem. Cudzich krzyknął, ale nikt nie zwrócił na niego uwagi. Wbiegł między nich. W tym samym momencie Bryja zamachnął się, ale zamiast Albina, trafił w głowę Cudzicha. Ten jęknął cicho i upadł na ziemię. Na posadzce powoli rosła ciemnoczerwona kałuża. Bryja sprawdził mu tętno – nie żył.

***

Wywlekli Cudzicha za nogi ze schronu, powiesili na drzewie głową w dół i oprawili nie odzywając się do siebie ani słowem. Niejadalne fragmenty zapakowali w plastikowe torby i zakopali w śniegu. Bryja został na zewnątrz i porcjował mięso. Jego zręczność wskazywała, że robił to wcześniej. Albin wrócił pod ziemię.

Tak jak mówił Cudzich, w jednym z mniejszych pokoi przy głównym pomieszczeniu stał żeliwny piec w kształcie cylindra, z którego wychodziła rura i znikała w ścianie. Albin otworzył drzwiczki, palenisko było puste. Zapalił zapałkę i nie wypuszczając jej z dłoni, włożył do środka. Zapłonęła mocniej a płomień przechylił się do wnętrza pieca. Był ciąg, można bezpiecznie palić.

Przyniósł z głównej hali kilka obrazów i pociął je, a ramy porąbał toporkiem. Rozpalił w piecu. Tymczasem wrócił z plastikową torbą, z której kapała krew, jego obecnie niemile widziany towarzysz. Bryja był głodny, nie miał ochoty gotować niczego, o czym opowiadał po drodze.

Jedli słabo przypieczone mięso, tłuszcz, choć było go bardzo mało, spływał im po palcach. Za plecami mieli oparty o ścianę obraz, którego Albin nie zdążył porąbać – przedstawiał ostatnią wieczerzę.

Jedli łapczywie i nie zwracali uwagi na smak.

***

Zostali w schronie. Spotykali się ze sobą tylko w pomieszczeniu z kozą, w której palili obrazami. Jedli Cudzicha, stopniowo zmniejszając porcje i częstotliwość posiłków.  Rozgotowywali mięso i żuli je powoli, bo bolały ich zęby. Potem pili wywar. Przez cały czas nie zamienili ze sobą ani jednego słowa. Dni spędzali leżąc na legowiskach z płócien, które umościli w przeciwległych końcach schronu. Nie ufali sobie nawzajem. Odgrodzili się konstrukcjami ze skrzyń i pozostałych obrazów.

Albin czasami znikał, żeby poza wzrokiem przymusowego towarzysza wziąć tabletkę z witaminami. Najpierw połówkę, potem ćwiartkę co drugi dzień. Tabletki wkrótce się  skończyły.

Dwudziestego dnia od przybycia do schronu Bryja pociął na paski obraz, który wydał mu się najnowszy, i gotował je przez kilka godzin z nadzieją że płótno zmięknie a farba olejna da tłustą, jadalna zupę. Bura breja była paskudna, wylał całą poza schronem.

***

Dzień po zjedzeniu ostatniej porcji Cudzicha, a miesiąc po dotarciu do schronu, nie ustalając nic ze sobą, spotkali się przy wyjściu. Rozeszli się w przeciwnych kierunkach, bez słowa pożegnania. Nikt więcej o nich nie słyszał.

Koniec

Komentarze

Opowiadanie raczej bardzo takie sobie – niewiele się tu dzieje, a cała rzecz w zasadzie sprowadza się do jedzenia, a potem rozejścia się bohaterów. Domyśliłam się, że zawartość schronu będzie niespodzianką, więc tu zaskoczenia nie było. Zdziwiła mnie natomiast reakcja Bryi, no bo jakaż w tym była wina Albina?

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

Szare niebo łą­czy­ło się z zie­mią: nie było widać ho­ry­zon­tu… –> Skoro było widać, że niebo łączyło się z ziemią, to horyzont chyba był widoczny.

 

Przez pust­ko­wi szło troje ludzi. –> Z dalszej części opowiadania dowiedziałam się, że to byli mężczyźni, więc: Przez pust­ko­wi szło trzech ludzi.

Troje to grupa mieszana – dwóch mężczyzn i kobieta, lub dwie kobiety i mężczyzna.

 

nie po­wie­dział­by nic o ich syl­wet­ce… –> O jednej sylwetce?

 

– Na pewno – po­zo­sta­ła dwój­ka od­po­wia­da­ła chó­rem. –> – Na pewno.Po­zo­sta­ła dwój­ka od­po­wia­da­ła chó­rem.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zapis-partii-dialogowych;13842.html

 

– Je­dze­nie na wy­pa­dek wojny, za­kon­ser­wo­wa­ne, trwa­łe, – –> Przed półpauzą nie stawia się przecinka.

 

Albin za­brał się za to­pie­nie śnie­gu na wodę. –> Albin za­brał się do to­pie­nia śnie­gu na wodę.

http://portalwiedzy.onet.pl/140056,,,,brac_sie_wziac_sie_do_czegos_brac_sie_wziac_sie_za_cos,haslo.html

 

‘Je­ste­śmy tak bli­sko’ – po­my­ślał Cu­dzich i otwo­rzył kon­ser­wę. –> Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać myśli bohaterów.

http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

Przy­bie­gli i wzię­li się za son­do­wa­nie do­oko­ła. –> Przy­bie­gli i zabrali się do son­do­wa­nia do­oko­ła.

 

Zna­leź­li kie­ru­nek, w któ­rym idąc, tycz­ki z każ­dym ko­lej­nym kro­kiem wcho­dzi­ły głę­biej. –> Czy dobrze rozumiem, że to tyczki szły i z każdym krokiem zapadały się?

 

Od­pię­li z ple­ca­ków alu­mi­nio­we ło­pa­ty… –> Od­pię­li od ple­ca­ków alu­mi­nio­we ło­pa­ty

 

Drzwi przy­mar­z­ły do oścież­nic… –> Zdaje mi się, że jedne drzwi mogą być osadzone w jednej ościeżnicy.

 

wej­ście do Schro­nu Ma­ga­zy­no­we­go SM-3039 stało otwo­rem. –> Dlaczego wielkie litery?

 

“Od­wle­ka­jąc przy­jem­ność w cza­sie, od­wle­ka­my też jej ko­niec.” –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

Bryja za­czał łomem pod­wa­żać wieko. –> Literówka.

 

nie­mal tak, jak teraz Cu­dzich Obraz był nie­wy­raź­ny… –> Brak kropki po pierwszym zdaniu.

 

Bryja cho­dził ner­wo­wym kro­kiem w te i z po­wro­tem. –> Literówka.

 

Ty mnie tu ścią­gna­łeś! –> Literówka.

 

Od­pa­lił za­pał­kę… –> Za­pa­lił za­pał­kę

 

Albin cza­sa­mi zni­kał, żeby poza wi­do­kiem przy­mu­so­we­go to­wa­rzy­sza wziąć ta­blet­kę z wi­ta­mi­na­mi. –> …żeby poza wzrokiem przy­mu­so­we­go to­wa­rzy­sza…

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@regulatorzy, dzięki za wskazówki i ładunek twardej wiedzy, poprawiłem.

 

Zdziwiła mnie natomiast reakcja Bryi, no bo jakaż w tym była wina Albina?

Żadna, jak sam z resztą błyskotliwie zauważył. Bryja miał być cholerykiem (stąd gadanina o kłótniach w pracy, brak zachowania ostrożności z wajchą, nerwowe chodzenie ). Zastanawiam się, czy czytelnik tak widzi postać Bryji po opisie samych zachowań, czy trzeba mu to mocniej podpowiedzieć, komentarzem ze strony narratora.

Tak po prawdzie, Bronchospazmie, to nie zauważyłam szczególnego charakteru u żadnego z panów. Ot, szli, wycieńczeni i głodni, napędzani wizją schronu zasobnego we wszelkie dobra. A Bryja, jako że był kucharzem, roił, co zrobi z tym, co tam znajdzie i wspominał, jak to było drzewiej, kiedy jeszcze pracował.

Tak mi jeszcze przyszło do głowy – szkoda, że tak nijako opisałeś czas, który mężczyźni poświęcili tylko na jedzenie i leżenie w odgrodzonych kątach schronu, bo wydaje mi się, że można by całkiem zajmująco opisać próby wzajemnego ukatrupienia się. Wszak wtedy jeden z nich mógł, w sytości i spokoju, przeżyć co najmniej kolejne dwa miesiące.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmmm, nie urzekło. Wykorzystujesz stare klisze – postapo, głód… A i to postapo stanowi głównie dekoracje. W efekcie dużo tu obyczajówki, za którą nie przepadam.

Jest jakiś rys charakterologiczny bohaterów – to na plus.

Mignął mi gdzieś błąd w zapisie dialogu.

 Szary pył pokrywał śnieg,

Czyli co było na wierzchu? Unikaj takich dwuznacznych konstrukcji.

Babska logika rządzi!

@regulatorzy:

nijako opisałeś czas

Oszczędny opis tego, co robli po śmierci Cudzicha miał na celu (w mojej głowie) pokazać, mechaniczne, zdehumanizowane trwanie przy życiu w sytuacji braku perspektyw. Oni mieli, jak pisał poeta, “pić, jeść, spać” i nic więcej – jest to moim zdaniem alternatywa do walki w sytuacjach ekstremalnych, szczególnie jeśli nie ma się siły. Co więcej, miało to pokazać banalizację zła – bez większych przemyśleń, refleksji, trwają od dnia do dnia żywiąc się ludzkim mięsem. Zakładam, że moje słowo pisane zacznie kiedyś nadążać za pomysłami:)

 

@Finkla, dzięki za opinię

Wykorzystujesz stare klisze

Yep, jak każdy w popkulturze.

W efekcie dużo tu obyczajówki

Co masz na myśli?

 

Co masz na myśli?

To, że opowiadanie właściwie jest o ludziach doprowadzonych do ostateczności. Mało fantastyki, mało Twoich oryginalnych pomysłów – na świat, na konflikty.

Nie twierdzę, że to źle, tylko że ja wolę inne teksty.

Babska logika rządzi!

Oni mieli, jak pisał poeta, “pić, jeść, spać” i nic wię­cej – jest to moim zda­niem al­ter­na­ty­wa do walki w sy­tu­acjach eks­tre­mal­nych, szcze­gól­nie jeśli nie ma się siły.

Rozumiem, Bronchospazmie, że tak to sobie wymyśliłeś, ale nadal podtrzymuję zdanie, że to trochę bez sensu. No bo co – nie myśleli o tym, co będzie, kiedy skończy się mięso? Tak sobie czekali, aż zjedzą po ostatnim kawałku i rozejdą się, głodni i z pustymi plecakami? A siły to pewnie trochę mieli, bo przez miesiąc chyba odkarmili się nieco.

O ileż ciekawsze byłoby to opowiadanie, gdyby każdy z nich usiłował upolować kilkadziesiąt kilogramów mięsa tylko dla siebie…

Jednakowoż, jak widać, nie taka była Twoja wizja tej historii.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

“– Na pewno. – pozostała dwójka odpowiadała chórem.” – Albo “pozostała” wielką literą, albo trzeba odwrócić szyk: odpowiadała chórem pozostała dwójka.

 

“Szli od kilku dni.

(…)

Szli dalej, w świetnych humorach, już drugi tydzień.”

No to ile w końcu szli?

 

“– A broń? – dopytywał” – brak kropki na końcu zdania.

 

“Przed użyciem, trzeba było ją jeszcze przefiltrować.  Bryja zaproponował…” – zbędny przecinek po “użyciem”, zbędna spacja między zdaniami

 

“Bryja położył rękę na dźwigni.

– Poczekaj, może włączymy z zewnątrz, sznurkiem[+.][+Albin] zatrzymał go[-Albin].

– Nic się nie stanie – odpowiedział [+Bryja] i pociągnął dźwignię w dół.”

“Zatrzymał” nie jest słowem odpowiednim do stosowania w ciągu po kwestii dialogowej (nie oznacza czynności “gębowej” jak powiedział, oznajmił itp.), a w drugim zdaniu konieczne jest dookreślenie podmiotu, bo ostatnim był Albin, a to nie on przecież mówi, że nic się nie stanie.

 

“Rozeszli się między nimi, chodzili powoli, jakby chcieli odwlec moment triumfu, żeby dłużej napawać się szczęściem. Sprawdzali wszystkie wnęki i dodatkowe pomieszczenia, których nie było dużo. Powietrze pachniało stęchlizną.

Cudzich przeczytał kiedyś, w pożółkłej książce, znalezionej w jakiejś piwnicy: “Odwlekając przyjemność w czasie, odwlekamy też jej koniec”. Zapamiętał tylko to jedno zdanie.”

 

“Po dłuższej chwili spotkali się na środku głównego pomieszczenia” – brak kropki na końcu zdania.

 

“Bryja zaczął łomem podważać wieko. Kilka gwoździ którymi było przybite puściło bez problemu. Ustąpiło i zrzucił je na podłogę.” – Czepiam się, ale drugie zdanie brzmi tak, jakby to kilka gwoździ zostało zrzuconych na podłogę, a nie wieko.

 

“– Jest ciąg, sprawdzałem – odezwał się Cudzich.

– Będzie uczta – wysapał Albin, wyciągając na środek pierwszą skrzynię. Sięgała mu do pasa.

Bryja zaczął łomem podważać wieko. Kilka gwoździ którymi było przybite puściło bez problemu. Ustąpiło i zrzucił je na podłogę. Cała trójka zajrzała do środka. To, co zobaczyli, wyglądał[+o] jak wnętrze ula: w rzędzie, jedenno obok drugiego[+,] stały nieoprawione płótna naciągnięte na drewniane ramy. Cudzich wyciągnął jedno z nich…”

 

“– Mapa była w porządku! – tTamten próbował się bronić.” – Ew. próbował bronić się tamten.

 

“Bryja w ręku trzymał łom. Zanim Cudzich do niego dobiegł, już zamierzał się na Albina, który zasłaniał się rękami przed nieuniknionym uderzeniem.”

 

“Zapłonęła mocniej[+,] a płomień przechylił się do wnętrza pieca. Był ciąg, można bezpiecznie palić.”

Po co to sprawdzał, skoro wcześniej już napisałeś, że istnienie ciągu zostało potwierdzone?

 

“…gotował je przez kilka godzin[+,] z nadzieją że płótno zmięknie[+,] a farba olejna da tłustą, jadalna zupę…”

 

I ja nie zostałam poruszona treścią. Opowieść płynie powoli, a mimo tego, co opisujesz, mało w niej dramatyzmu czy grozy. Rozumiem (chyba) co chciałeś przekazać, ale wydaje mi się, że podobnym stylem trudno Ci będzie dotrzeć do emocji czytelnika. Tak że, podsumowując, czegoś tu brakuje – albo więcej emocji właśnie, albo więcej akcji, bo w sumie dzieje się bardzo niewiele.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dosyć przewidywalna opowieść. Już w momencie, kiedy bohaterowie opowiadają, co zrobią po znalezieniu jedzenia, niemal pewne jest, że do tego nie dojdzie. Sam motyw odnalezienia bunkra z dziełami sztuki fajny, ale pozostaje pytanie – co jedliby ci, co mieli w nim mieszkać? To mi się nie spina. Bo rozumiem chęć ratowania dzieł sztuki, ale ktoś potem musi ich pilnować ;)

Palenie dzieł i zdziczenie ludzi to motyw nienowy. Tutaj sprawnie go opowiedziałeś, ale nie wybiłeś się ponad standard. Więc i nic odkrywczego tutaj nie uświadczyłem.

Wykonanie niezłe, utrzymuje się przez cały tekst melancholijny klimat postapokalipsy. Koncert fajerwerków z pomysłem, ale ma trochę dziur w tym pomyśle, a i na koniec właściwie wzruszyłem ramionami. Ni ziębił, ni grzał jako całość.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

co jedliby ci, co mieli w nim mieszkać?

Nic, bo nikt nie miałby tam mieszkać – wbrew pewnej popularnej grze na F, nie w każdym schronie ktoś musi mieszkać:) Takie magazyny rzeczywiście istnieją i mają tylko przechować dzieła sztuki na czas wojny, kataklizmu itp.

sprawnie go opowiedziałeś (…) Wykonanie niezłe

Dzięki, ale tego obawiam się najbardziej – pisać dobre technicznie, nudne jak flaki teksty:)

 

Najważniejsze, że masz ochotę pisać, przychodzi Ci pomysł do głowy, siadasz i go realizujesz. Nigdy nie zadowolisz wszystkich, jednemu coś się spodoba, innemu nie, a kto wie, może z czasem napiszesz bestseller, bo akurat wpadniesz na pomysł-petardę ;) I wtedy te wszystkie opowiadania, które napiszesz po drodze, będą częścią drogi do celu, ćwiczeniem warsztatu. Każdy napisany tekst to okazja do rozwoju.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Troszku nudnawo w Twoim postapo świecie – nie udało Ci się w moim odczuciu przedstawić grozę sytuacji. Można pisać ograne scenariusze, ale trzeba dodać coś więcej od siebie, łącznie z bardzo dobrym warsztatem, który też może bronić.

Nie czułam żadnego powiązania z bohaterami, chociaż obrazek ich wściekłości, kiedy znaleźli dzieła sztuki mógł być bardzo ciekawy. Właściwie ta scena przykuła moją uwagę i szkoda, że trochę więcej emocji tutaj nie było. Ale cóż, sam napisałeś, że tekst dość wiekowy, więc czekam na coś nowszego :)

Nowa Fantastyka