- Opowiadanie: Michał Moore-Beton - Ludus Jabłkowy

Ludus Jabłkowy

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

Finkla, NoWhereMan

Oceny

Ludus Jabłkowy

Kiedyś, dawno temu, usłyszałem bardzo mądre słowa: znajdź to co kochasz i pozwól, żeby cię wykończyło. Byłem jeszcze wtedy młody i wydało mi się to strasznie, straszliwie romantyczne. Nie wiedziałem, że to słowa Bukowskiego, który mówił o whisky, tak samo jak nie wiedziałem, że w myśl tej dewizy żyje bardzo wielu narkomanów, wstrzykujących sobie w napęczniałe żyły podgrzane na łyżeczce używki. Osobiście dopiero dużo później dojrzałem do przemiany tych słów w swojej głowie w moje własne, bardziej przyziemne, ale zarazem bardziej racjonalne motto: znajdź to co kochasz i zrób tak, żeby jak najdłużej się tym cieszyć. Wiem, mniej poetycko, bez tego strasznego dramatyzmu wiszącej nad mówiącym śmierci, ale… Osobiście bardzo nie chciałbym umrzeć, nawet przez coś co kocham. Bezpieczeństwo ponad wszystko. Wiem, ludzie którzy tak mówią, nie zostają nigdy bohaterami, nie są nigdy główną postacią legendarnej wyprawy, nie są Odyseuszem, Królem Arturem, Lancelotem, Herkulesem ani nawet Watsonem. Ale za to zazwyczaj przeżywają, żeby później opowiedzieć o czynach, o przygodach i męstwie. Albo o śmierci odważnych.

W Łoboszowicach było kilku odważnych facetów. Każdy miał jakieś swoje zajęcie, każdy robił co mógł, żeby w zapadłej, zapomnianej przez Boga i ludzi wiosce jakoś żyć. Najbliższy zakład przemysłowy znajdował się kilkadziesiąt kilometrów dalej i pracujący tam, młodzi, zaradni i nowocześni faceci uznawani byli za elitę. Reszta ludności żyła z pól, upraw, pędzenia bimbru… Chociaż właściwie nikt we wsi nie potrzebował zbyt wielkich pieniędzy. Drewna na zimę zawsze było pod dostatkiem, każdy miał swoje pole, więc było co jeść, każdy miał jakieś zwierzęta gospodarskie. Na każdym placu, przy budzie szczekał Burek, za domem walały się sterty niepotrzebnych skarbów, które mogą się przydać – stare lodówki, pralki, szafki, których sterty jednak rok w rok malały, z powodu dobrej kaloryczności i wydajności opałowej sklejkowego drewna (no dobra, może przesadzam, nie kaloryczności, tylko łatwości w łamaniu i dzieleniu na kawały idealnie nadające się do przepału). Co rano, mieszkańców miasteczka budziły koguty, piejące na powitanie słońca, krowy, przeciągle muczące w oczekiwaniu na dojenie i kundle każdego rozmiaru, podające sobie ujadaniem wieści przez całą długość i szerokość wioski.

Najbardziej znany jednak był sad starego Hyli. Stary Hyla był jednym z bardziej zaradnych facetów w wiosce. To były czasy, gdy mało kto miał samochód – w Łoboszowicach, maluchem mogły pochwalić się tylko dwie osoby: wójt i Hyla. Obaj starsi, twardzi, zahartowani przez życie i wszystkie nieszczęścia świata. Hyla swój pojazd trzymał w specjalnie do tego przerobionej stodole o dobrze ocieplonych ścianach i nowym dachu. Nie wyciągał go prawie wcale. Był starym samotnikiem, bezdzietnym, poważnym, zazwyczaj chmurnym, skupionym najbardziej na dochodach, interesach i sprawach swojego dobrobytu. Był jednym z facetów pracujących w przemyśle poza terenem miasteczka. Dojeżdżał autobusem zakładowym, który zbierał pracowników całej zmiany. Codziennie rano jeździł do pracy, wracał w porze obiadowej, nie pijał alkoholu, palił bardzo rzadko i ogólnie był potencjalnie najlepszą partią do wzięcia w wiosce dla każdej kobiety od trzydziestki do pięćdziesiątki.

A ja byłem wtedy jego ulubieńcem. Na moje własne nieszczęście. Wtedy jeszcze, wydawało mi się, że mam najbezpieczniejsze, najspokojniejsze życie na świecie. Mieszkałem, wraz z żoną i jej rodzicami w małym domku z niewielkim placem, jedną posesję od pana Hyli. Wprowadziłem się do nich zaraz po ślubie, zostawiając swoje małe, wynajęte mieszkanko w Wędrynowie na rzecz zbierania pieniędzy na własny kąt na przyszłość.

– Kochanie, nakarmisz kury? – zapytała mnie żona, zaraz po tym, jak się rozpakowaliśmy. I stało się to rutyną. Karmić kury, doić krowę, pomagać przy sianokosach, życie wsi wciągnęło mnie w całości.

Wyszedłem wtedy nakarmić te pierzaste ptaszyska i sypałem po ich kawałku placu ziarnem, gdy nagle usłyszałem łamiący się głos starszego pana zza płota.

– Łosz jasna dupa… – jęczał.

Wóz stracił koło. Starszy facet próbował podnieść pojazd przy użyciu wielkiego, stalowego drąga, wspartego na pniu. Koń stał kilka metrów dalej i z pogardą patrzył na swojego właściciela. Na wozie leżały płody rolne, popakowane w jutowe wory. Przeskoczyłem przez płot i podbiegłem do starszego mężczyzny. Chwyciłem z nim drąg i szarpnąłem. Wóz drgnął i podniósł się ciut. Wkopnąłem pod niego pieniek i odskoczyłem.

– Dzięki – powiedział starszy mężczyzna podając mi rękę. – Oś chyba strzeliła, a nie chciałem, żeby to wszystko się zsypało i poobijało – powiedział, wskazując na ładunek. Jakby koło położyło się zupełnie, byłoby i po kole.

I tak zyskałem sobie sympatię starszego pana. Zaprosił mnie i moją małżonkę na wieczorne ciasto, później zaczął zapraszać mnie coraz częściej. Po miesiącu wciągnął mnie do swojej pracy i zacząłem zarabiać – nie dość, że przyzwoicie to jeszcze lekko. Tak szczęśliwie minęła nam jesień, zima i zaczęła się wiosna.

Wiosną, już nie tylko pracowałem w jednym zakładzie z Hylą, ale także pomagałem mu przy obejściu, przy drobnych naprawach i spędzałem z nim więcej czasu niż we własnym domu.

Pewnego dnia, zauważyłem jednak, że starszy mężczyzna jest czymś wyraźnie strapiony.

– Stało się coś? – zapytałem grzecznie, gdy wracaliśmy z pracy.

– Stary już jestem. Nikogo nie mam i nic nie osiągnąłem – powiedział, po chwili gapienia się w okno. – I boję się, że nic już nie osiągnę. Ani sławy, ani chwały. Nic po mnie nie zostanie na tym świecie.

 Stary Hyla nigdy wcześniej nie był skłonny do tego typu rozważań. Całe życie uważałem go za najbardziej praktycznego i zaradnego człowieka na świecie. Definitywnie nie był typem marzyciela. Teraz jednak, w jego oczach błyszczała tęsknota za czymś większym. Gdy dojeżdżaliśmy do wioski, zauważyłem błysk w jego oku, jakąś zmianę, jakiś… Ogień.

– Mam – powiedział cicho do siebie, gdy wysiedliśmy z autobusu. – Do jutra – pożegnał się i zostawił mnie przed bramą. Zdziwiłem się, przecież wiosna… Na wiosnę zawsze jest milion rzeczy do zrobienia, zawsze coś czeka i nie cierpi zwłoki.

Wróciłem więc do domu. Następnego dnia, Hyli nie było na przystanku, nie pojechał do pracy. Pierwszy raz, odkąd go znam, zawalił dniówkę, więc zacząłem się martwić. Po pracy poszedłem do niego i zapukałem w drzwi. Otworzył mi rozczochrany, z podkrążonymi oczami. Wyglądał na chorego.

– Wszystko w porządku? – zapytałem, autentycznie się o niego martwiąc. Jakoś przywiązałem się do starszego sąsiada.

– Wszystko dobrze – powiedział – tylko zajęty jestem.

I zatrzasnął mi drzwi przed nosem. Wzruszyłem ramionami i wróciłem do domu. Spędziłem miły wieczór z ukochaną, później kolejny i kolejny. Hyla nie pojawił się w pracy do końca tygodnia, co zwaliłem na jakąś chorobę, o której nie chce rozmawiać.

Tak mijały dni, do piątkowego wieczoru.

Piłem akurat czwartą butelkę piwa. Na dworze było parno i czuć było pierwszy gorący oddech lata. Piwo uderzyło mi do głowy i nie czułem się z tym najlepiej, ale zawzięcie naprawiałem nadwyrężone przez zimę elementy obejścia. Wymieniałem przegniłe deski w drzwiach do małej stodoły, połamane przez gałęzie sztachety w płocie i inne drobne rzeczy.

– Artur! – usłyszałem głos starszego sąsiada zza płotu. Stał tam, ubrany elegancko, wyglądał dużo lepiej. W piątkowe wieczory rzadko wychodził. Pomyślałem, że pewnie kogoś poznał, jakąś kobietę. I że może jednak chory był nie z choroby, tylko z jakiejś miłości. Nie mogłem się bardziej mylić.– Artur, chodź ze mną, pomóż mi proszę.

Wyszedłem do bramy. Był ubrany naprawdę elegancko i schludnie. Patrzył na mnie z błyskiem w oczach. W ręce miał torbę, dużą i ciężką. Zastanawiałem się, co w niej jest.

– Muszę iść na spotkanie w interesach – powiedział cicho, gdy stanąłem przed nim. – I chciałbym, żebyś mi towarzyszył. Ubierz się tylko i przychodź. Nie mogę się spóźnić.

Odruchowo, nie zważając na wypite piwa zostawiłem wszystko i poszedłem się ubrać. Nie zastanawiałem się nad tym, czułem tylko, że to coś nowego, coś ciekawego i wspominając pracę, którą załatwił mi Hyla czułem w tym jakąś okazję. Poszliśmy więc. Pytałem o co chodzi, co to za interes, pytałem po co tam jestem potrzebny, ale na wszystkie moje pytania Hyla odpowiadał: lepiej, żebyś nie wiedział.

 

W knajpie “Na Rozdrożu” w Wędrynowie czekał na nas przy stoliku elegancki jegomość. Miał ciemne, gęste włosy, ciemne ubranie, wyglądał bardzo poważnie i urzędowo. I trochę złowrogo. Prawnik jakiś, pomyślałem. Nie lubię prawników, podobnie zresztą jak przedstawicieli prawa i administracji. Nigdy ich nie lubiłem. Same z nimi problemy.

– A więc – zaczął mężczyzna z administracji bez wstępu i zbędnego gadania – przyjmuje pan moją ofertę?

Hyla spojrzał na niego niechętnym wzrokiem i skinął głową z zaciśniętymi ustami.

– Ten chłopak – powiedział, wskazując na mnie – będzie świadkiem, żeby nie było jakichś niedomówień.

Administrator skinął głową, sięgnął pod stół i z niewielkiego, skórzanego nesesera wyjął plik kartek. Hyla przez kilka minut przeglądał ich zawartość, mruczał do siebie pod nosem, zastanawiał się nad czymś zawzięcie, drapał się po głowie, marszczył brwi, aż w końcu wziął do ręki długopis.

Dopisał coś pokazując palcem wybrane fragmenty gościowi z administracji. Ten kiwał tylko głową. W końcu, Hyla podpisał. Wstał i bez pożegnania ruszył do drzwi. Popędziłem za nim, zostawiając uśmiechającego się teraz nieprzyjemnie faceta z administracji samego przy stole.

Wróciliśmy do Łoboszowic i życie wróciło do normy, zupełnie.

– Ani słowa o tym co widziałeś, nikomu. Nigdy – powiedział tylko na pożegnanie Hyla.

 

Minął zupełnie spokojny, przeciętny rok. Zakład, przemysł, praca, później dom, życie wiejskie, więcej pracy. Wszystko było normalnie, aż do początku sezonu na jabłka.

Hyla przywołał mnie wesoło.

– Artur, chodź, zobacz tylko – powiedział, stojąc pod jednym z drzew. Patrzył to na mnie, to na jabłoń.

– Co? – zapytałem, nie mając pojęcia na co patrzę.

– To ta jabłoń. Widzisz? Z niej będą rekordowe zbiory, pozna mnie cały świat!

– Aha – skwitowałem. Nie widziałem zupełnie nic wyjątkowego w jabłoni pod którą stał, stwierdziłem rzeczowo, że pewnie stary zwariował. Wróciłem do normalnych zajęć, jakby nigdy nic.

Jabłoń, którą mi wskazał, obrodziła pięknie. Owoce były wielkie, miały bardzo wyraziste kolory, wyglądały na soczyste i strasznie apetyczne. Nie wiedziałem jeszcze, że biedna jabłoń nie przeżyje sezonu.

Jabłka rosły, wręcz stojąc pod jabłonią widziałem jak przybierają na wielkości i wadze. Jedno z nich rosło szybciej niż pozostałe. Po tygodniu było już wielkości niewielkiego arbuza. Wyglądało trochę sztucznie, trochę jak napompowane. Gdy Hyla patrzył na nie, zamyślał się, zastanawiał się nad czymś i marszczył brwi. Mimo to, nie chciał o tym rozmawiać.

Pewnego burzowego wieczoru, siedzieliśmy, znaczy ja, Hyla i moja ukochana u niego w domu. Zajadaliśmy się przepysznym jabłecznikiem i delektowaliśmy się trunkiem, także z jabłek. Nagle, od przyjemnej i spokojnej rozmowy oderwało nas głośne stukanie do drzwi.

Hyla wstał, lekko pobladły. Poszedł do drzwi i uchylił je. Mówił cicho, tak żebyśmy nie słyszeli. Facet za drzwiami – podglądając poznałem w nim urzędnika z knajpy w Wędrynowie – wyglądał bardzo złowieszczo. Miał zaciętą minę i jego oczy miotały pioruny. Powiedział coś, po czym Hyla dał mu torbę, tą samą, którą miał ze sobą w knajpie. Widocznie wtedy zapomniał o czymś, zapomniał mu to coś zostawić.

Administrator zajrzał do środka i wydał z siebie prawie zwierzęcy warkot. Patrzył na Hylę z taką nienawiścią, że ten aż cofnął się o krok.

– Oszukałeś mnie – powiedział w końcu administrator tak, że nawet my to słyszeliśmy bardzo wyraźnie.

– Nieprawda. W umowie jest napisane wyraźnie. Duszę trzy. To jest dusza trzy. Takie robimy u nas w zakładzie – Hyla wyraźnie podniósł głos, tak, że teraz słyszeliśmy wszystko dobrze i wyraźnie. Na początku myślałem, że sprzedał temu urzędasowi jakiś patent, cicho wyniesiony z naszego zakładu. Przez moment byłem pewien, że jego dobry humor wynikał z wyraźnego dopływu gotówki. Teraz zacząłem wątpić.

– To miała być twoja dusza! – warknął administrator.

– Jest moja. Sam ją zrobiłem, z własnego materiału, własnymi rękami. A teraz jest wasza – i zatrzasnął drzwi. Hyla wrócił wolnym krokiem do nas i siadł przy stole, zupełnie blady.

– Nie ujdzie ci to na sucho – usłyszeliśmy jeszcze oddalający się głos administratora. – Ty i wszystkie przyszłe pokolenia twojego rodu będziecie żałować. Modlić się o życie i o litość.

– Jakie szczęście, że nie mam dzieci – powiedział do nas z uśmiechem i zasępił się. Cisza zrobiła się tak zupełna, że słychać było jak prąd płynie w kablach i krew w żyłach.

– Co to było? – zapytałem w końcu, przerywając ciszę.

– Demon – powiedział Hyla, robiąc bardzo poważną minę. – Mój dziadek miał z nim układy, pewnie dlatego nie mam dzieci. Znalazłem starą książkę w piwnicy.

– Sprzedałeś duszę?

– Tak, oddałem mu ją właśnie. Stalową, taką co się wsadza…

 – Wiem jaką… To nie może się nie zemścić – powiedziałem twardo, wstając od stołu.

Mimo mojego proroctwa, nic się nie działo. Jabłka rosły i rosły, cały czas, coraz większe. Zwłaszcza to jedno. Po dwóch tygodniach, było wielkości telewizora. Gałąź, na której wisiało uginała się coraz niebezpieczniej. W końcu Hyla zaciągnął pod nie wóz, bo gdyby się oderwało od gałęzi, bardzo by się obiło. Po kilku dniach przyjechał fotograf, udokumentował wszystko. Później, przyjechali ludzie z gazety, zadając pytania, robiąc notatki i włócząc się wszędzie tam, gdzie nie powinni.

A jabłko rosło. W końcu opadło na tyle, że oparło się na wozie. Gałąź pękła następnego dnia i Hyla został z gigantycznym jabłkiem na wozie. Po kilku dniach przyjechał jakiś mężczyzna, oferując mu bardzo duże pieniądze za jabłko. Najdroższe jabłko na świecie, pisały gazety. Rekord świata. Gigant. Hyla stał się sławny, przynajmniej w niektórych kręgach. Aż przyszedł dzień finalizacji umowy.

– Artur, pomożesz mi? – zapytał gdy wracaliśmy z pracy. – Wiesz, w żaden sposób nie damy rady tego jabłka zdjąć, ani przerzucić na ciężarówkę więc musimy zataszczyć je na wozie. A wiesz, Kasztanka…

– Wiem – uciąłem, uśmiechając się do siebie w myślach. Kasztanka. Najpiękniejszy koń w wiosce. Koń, po prostu cudowny, prawie magiczny. Miała tylko jeden problem.

Hyla kupił kasztankę za niecałe pół ceny. Była jeszcze względnie młoda, chociaż swoje już przeżyła, a poprzedni właściciel lał ją brutalnie, gdy tylko podpadła. Była wystraszona, ale za to posłuszna w każdym calu. Nigdy nie zrobiłaby nawet kroku sama. Potrafiła stać z zapiętym wozem, bez drgnięcia, nawet z góry. Nawet nie prychnęłaby. Taka była dobra.

Z Kasztanką był tylko jeden problem. Hyla kupił ją faktycznie za mniej niż pół ceny od proboszcza kościoła w Wędrynowie. Kasztanka mogła ciągnąć najcięższy nawet ładunek. Pod warunkiem, że szedł przed nią ktoś z krzyżem. Wcześniej, u proboszcza jeździła tylko i wyłącznie z bryczką pogrzebową, ciągnąc za sobą lekki wóz z trumną. Wytresowana, brutalną siłą, nawet gdy była głodna, nie zrobiłaby kroku gdyby posiłek znajdował się metr od niej, a nie widziałaby drewnianego krzyża. Często jeździłem z Hylą do miasta, dostarczając zasoby i produkty tu i tam. Moja rola polegała zmiennie: na siedzeniu na wozie i trzymaniu lejc, które w zasadzie nie były zupełnie potrzebne, lub na spacerze z wielkim, drewnianym krzyżem w ręce. Ludzie nie mogli się nadziwować. Ale koń to drogie narzędzie i nieważne jak bardzo Hyla starał się Kasztankę oduczyć złych odruchów, ciągle była zacięta. Po kilku latach poddał się i zaczął na wozie zawsze trzymać krzyż.

Tym razem tak samo musieliśmy prowadzić wóz. Jabłko ważyło prawie tyle co półtora konia. Jechaliśmy jedyną szosą w naszej wiosce, ja z krzyżem, idąc przed koniem, a Hyla na wozie pozdrawiając ludzi. Jabłko zrobiło furorę, tak że wszyscy wiedzieli kiedy i gdzie będzie jechać. W ten sposób cała ulica pełna była ludzi. Wychodzili z domów, patrzyli na nas, machali, klaskali, pozdrawiali, rzucali nawet kwiaty pod nogi.

I wszystko było w porządku, prawie do samej granicy miasteczka. Wóz najechał na dziurę i w jabłku coś pstryknęło, jakby pękło. Hyla podskoczył, wystraszony. Spojrzał na mnie. Ja stałem z krzyżem w rękach i patrzyłem na niego. Coś chrupnęło po raz drugi. I w końcu, skórka jabłka pękła. Strzeliła, pryskając na nas sokiem.

Z wielkiej dziury, która się pojawiła w jabłku, wystrzelił pysk. Wielka, uzbrojona w cztery rzędy ostrych zębisk głowa wystrzeliła do przodu i tylko cud sprawił, że Hyla, przez wstrząs spadł z wozu i nie został poważnie okaleczony lub zabity. Wielkie, tłuste cielsko z głową pełną ostrych zębisk skoczyło do przodu. Hyla rzucił się do ucieczki, a ja stałem zdębiały.

– W imię pańskie odejdź! – jęknąłem, wystawiając przed siebie krzyż. Wielki robal szarpnął się jeszcze raz i wyłonił się w całości z jabłka. Skoczył do przodu i odgryzł głowę Kasztance. Krew trysnęła w górę. Wpił się w jej kark i spadł z nią na ziemię, gdy się przewracała. Zamachnąłem się krzyżem, trafiłem w czoło, pomiędzy rzędy oczu. Robal podniósł na mnie wzrok. Zamachnąłem się jeszcze raz i jeszcze raz go trafiłem, łamiąc na jego łbie krzyż. Syknął dziwnie i już widziałem, że chce na mnie skoczyć, gdy zamachnąłem się krzyżem jeszcze raz. Ostry koniec, tam gdzie odłamała się połowa drewna, zagłębił się w ciało stworzenia, a zielona maź prysnęła z rany jak wyciskany pryszcz. Odskoczyłem i pognałem przed siebie co sił. Widziałem, że ludzie z wioski, z ostatnich domostw już biegną z widłami, widziałem nawet kogoś z pochodnią. Skąd ludzie mają pochodnie w domach? Nie wiedziałem, ale pędziłem w ich stronę. Robal pożerał właśnie martwe ciało Kasztanki, widocznie przy tym się regenerując.

Gdy tłum dopadł do wozu, robala już nie było. Jego ucieczkę znaczyły ślady na ziemi, wyrwane krzaki i trawa, oraz wzorki z błyszczącego śluzu.

– I co teraz? – zapytałem, łamiącym się wyraźnie głosem. Miałem zadyszkę, dudniło mi w uszach, serce waliło jak oszalałe i chyba w międzyczasie popuściłem.

– Nic. Upiekło nam się – powiedział Hyla, patrząc na resztki swojego wozu, jabłka i konia. – Przynajmniej żyjemy.

Wróciliśmy więc pieszo do domu. Firma, która zamówiła jabłko była wściekła, jej rzeczoznawca przyjechał obejrzeć pozostałości. Następnie pobrał próbki wszystkiego i zniknął. Hyla nie odzywał się. Faktycznie stał się sławny z tą różnicą, że już miał nigdy nie zasnąć spokojnie. Ciągle słyszał gdzieś to chrupanie, ten straszny dźwięk, słyszał… Jak coś porusza się w ścianach jego domu. Budził się, zlany potem, śniąc o robactwie chodzącym po jego ciele, albo o robactwie zjadającym jego martwe ciało w trumnie. Płakał i rwał sobie włosy z głowy.

Po jakimś czasie mieszkańcy Łoboszowic postanowili zainterweniować. Wybrali kilku śmiałków, którzy mieli iść do Hyli i porozmawiać z nim. Ja stałem na ich czele. Był w strasznym stanie. Rzadko jeździł do pracy, pił, chodził w brudnym ubraniu, nie jadł i schudł o połowę. Był widocznie przerażony.

 – One tu są – powiedział, patrząc na nas bardzo szeroko otwartymi oczyma. – Tu, pod domem. Mówią do mnie – jęknął.

– Jak to? – zapytałem, również przerażony.

– Chodźcie – powiedział i poprowadził nas do piwnicy. Poszliśmy zgodnie za nim, chociaż wszyscy mieliśmy drżące serca i ręce.

Piwnica była wielka, rozciągała się pod całym domem i jeszcze dalej. Gęsiego zeszliśmy na dół. Wcale nie chciałem tam schodzić, ale ktoś musiał. Stanęliśmy, w lekkiej tylko poświacie z żółtej ze starości żarówki wiszącej pod sufitem. Nic nie widziałem.

W końcu, do naszych uszu doszedł ten dźwięk. Jakby chrupanie, ciche, ale głębokie. Hyla poprowadził nas do jednej z szaf stojących pod ścianami, chwycił ją i pociągnął na siebie. Przewróciła się z hukiem, odsłaniając wielką, ziejącą mrokiem dziurę. Koń by tam wszedł. Cofnęliśmy się o krok, wszyscy, jak jeden.

– Tu wychodzą – powiedział Hyla, prawie płacząc. – Ja już nie mam siły. Jak tu jestem, uciekają. Jak idę na górę, są w całej piwnicy.

– Widziałeś je?

– Tylko tego jednego, ale słyszę, jest ich wiele…

Wróciliśmy na górę. Nikt nie miał zamiaru wchodzić do tunelu. Nikt nie chciał zgłosić się na ochotnika.

– No… To co zrobimy?

– Idźcie po siekiery – powiedział jeden z mężczyzn. Zarąbiemy to dziadostwo gdy tylko któreś wystawi łeb.

– Odgryzie ci rękę razem z siekierą – zaoponowałem cicho. – Słaby pomysł… Ktoś z was ma w domu jakąś broń? – zapytałem z nadzieją. Ja sam miałem kiedyś powojenny karabin, ale niestety był uszkodzony… We wsiach często ludzie mają takie rzeczy, albo z lasu, albo po pradziadach, albo dziadach, albo zebrane po przejściu frontu… Gorzej może być z amunicją.

Niestety i tak nikt się nie odezwał.

– Nie? No to musimy zrobić jakąś… Bombę.

– Benzyna. Spalimy cholerstwo – rzucił ten sam co wcześniej chłop. Wszyscy się zgodzili, przytakiwali, kiwali głowami. W końcu zaczęła się ogólnowiejska dyskusja: skąd wziąć kilka beczek paliwa.

Kurhan – przypomniał sobie nagle Hyla. Myślałem już, że zupełnie stracił rozsądek, a tu błysnął takim pięknym pomysłem. Kurhany, były to wielkie, betonowe zbiorniki na paliwo. W całej Polsce było ich rozsiane całkiem sporo, znajdowały się wszędzie tam, gdzie trzeba było składować paliwo, na przykład lotnicze, przy małych, nieużywanych lotniskach. W wielu miasteczkach, takie kurhany zawierały beczki z substancjami chemicznymi, czasami ropę, która później rozkradana była do ciągników i maszyn rolniczych. W Łoboszowicach taki kurhan nadal w połowie był wypełniony benzyną lotniczą. Wójt sam z niego korzystał, gdy brakowało mu paliwa w jego  małym fiacie.

Ruszyliśmy całą gromadą. Każdy brał co mógł, bańki, baniaki, beczki. Napełnialiśmy je starą pompą od wody, każdy śmierdział jak CPN. To całe paliwo znalazło się szybciutko w piwnicy Hyli. Następnym problemem było – jak je dostarczyć do samego serca domu robactwa. Podzieliliśmy obowiązki.

– Wy – powiedział Hyla, odzyskując pełną świadomość i chęć walki – budujecie wózek z resztek mojego wozu. Musi być taki, żeby zmieścił się w piwnicy i tunelu. I musi być lekki, żeby dało się go tam po prostu wepchnąć. Korytarze idą w dół, więc wózek będzie się toczył swobodnie, a my – powiedział, pokazując na mnie i na siebie – wejdziemy tam i zobaczymy, czy nie ma żadnych przeszkód.

– Ale te robale… Zjedzą nas – zajęczałem. Wcale nie chciałem tam wchodzić. Nie miałem zamiaru. Byłem przerażony.

– Weźmiemy kurę. Wpuścimy ją wieczorem do piwnicy. Napchaną środkami nasennymi. I wtedy, jak robal ją zje, to uśnie. Będziemy bezpieczni.

– A jak będzie ich więcej?

– To niech Bóg ma nas w swojej opiece…

 Jak powiedział, tak zrobiliśmy. Sam osobiście złapał kurę, napchał ją tabletkami pozbieranymi z calutkiej wioski i wrzucił do piwnicy. Po godzinie, może po dwóch, usłyszeliśmy hałas. Najpierw chrupanie, później szuranie, później trzask łamanych mebli. Kura widocznie broniła się dzielnie. Gdy dźwięki ucichły, zeszliśmy na dół.

Kury nigdzie nie było widać, za to pierza było sporo. Część mebli leżała rozbita w drobne drzazgi, których ślady prowadziły do dziury.

– Ja tam nie wejdę – powiedziałem twardo, stojąc przed wejściem do czeluści. – Zeżrą nas i tyle z tego będzie.

– Nie to nie, tchórzu – Hyla spojrzał na mnie z niechęcią – pójdę sam. Myślałem, że jesteś mi przyjacielem. Wszystko tobie zapisałem. Gdybym tu umarł jednak…

– Cholera – powiedziałem, przestępując z nogi na nogę.

No i weszliśmy. Ja i Hyla, nasłuchując pilnie każdego, nawet najdelikatniejszego szmeru.

Korytarze ciągnęły się poza domostwo, metrami i metrami. Skręcały, wiły się, opadały i podnosiły się. To przestało wydawać się takie proste. Na górze wszyscy czekali w napięciu, nerwowo kończąc konstrukcję pojazdu śmierci.

W końcu doszliśmy do samej jamy robala. Potworne, grube cielsko leżało bezwładnie. Robal był przynajmniej dwa razy większy niż wtedy, przy wozie… Leżał płasko na ziemi i wyglądał na martwego.

Wokół niego, pod każdą ścianą jamy piętrzyły się jaja. Setki, tysiące jaj, błyszczących lekko w półmroku. Pokręciłem głową i puściłem się pędem na górę.

– Ognia, chłopaki! – wrzasnąłem, wpadając do piwnicy! – Śpi, więc mamy kilka minut! Musimy zepchnąć wóz do samego końca.

Tak też zrobiliśmy. Wepchnęliśmy pojazd do samej jamy, tak, że blokował praktycznie całe wyjście.

– Tylko jak go teraz podpalić? Przecież to wybuchnie…

– Rzucę butelką – powiedział Hyla. – Nie mamy czasu do stracenia – podbiegł do wozu, wziął jedną z butelek z benzyną, zdjął koszulę, oderwał od niej rękaw i zaczął pakować go siłą do środka – na górę, zaraz do was wrócę – powiedział twardo.

Wszyscy pędzili na złamanie karku, przelecieli tylko przez piwnicę, dom i wypadli przed budynek. Ja dobiegłem tylko do piwnicy i stanąłem najdalej jak mogłem od wejścia do robaczej dziury.

Usłyszałem zgrzyt odpalanej zapalniczki. Chrrrt, chrrrt. I nagle, frrrrrrrru. Zapłon. Z dziury, doleciał mnie basowy pomruk, ziemia zadrżała, zawibrowały całe fundamenty starego już budynku. Nagle, płomień buchnął z otworu, a do moich nozdrzy dotarł zapach pieczeni, palonych włosów i śmierci.

Hyla nie wyszedł.

 

Dlaczego opowiadam tą historię? Tak, na wszelki wypadek. Po śmierci Hyli dostałem w spadku jego posiadłość, samochód i całą resztę. A teraz patrzę na mój sad i na jedną charakterystyczną jabłoń. Podstawiłem już samochód. Jedno z jabłek jest takie wielkie, że najdalej jutro położy się na pace mojego pikapa.

Koniec

Komentarze

Dobre. Spodobało mi się i czytało się dobrze. Nieco ‘wędrowyczowe” w klimacie.

Ale zdecydowanie wymaga porządnej korekty i podredagowania, bo sporo literówek i omsknięć.

Pozdr.

 

wymaga porządnej korekty

 Właśnie to jest mój największy problem – leniwy umysł. Czytając własny tekst, automatycznie przelatuje takie błędy i nawet nie zauważam… 

Pozdrawiam!

Zgadzam się z Rybakiem – jest jakiś pomysł, przyjemna fabuła, nieźle się czyta… Ale tekst woła o korektę.

Próbowałeś zostawić opowiadanie w spokoju na tydzień lub dwa i dopiero wtedy szukać błędów?

Literówki, interpunkcja mocno kuleje… Trafiają się również inne wpadki.

wójt i Hyla. Oboje starsi, oboje twardzi,

Obaj. Oboje to para mieszana.

Kochanie, nakarmisz kury? – zapytała mnie moja ukochana

Powtórzenie.

Wyszedłem wtedy nakarmić te pierzaste ptaszyska

A czy są jakieś niepierzaste ptaki?

Wójt sam z niego korzystał, gdy brakowało mu paliwa w jego  małym Fiacie.

W tym przypadku fiat małą literą.

Babska logika rządzi!

Kliknąłem już przedwczoraj, teraz komentarz.

Bardzo ciekawa historia, nawet jeśli chropowato napisana. W przeciwieństwie do poprzedniej, ta nie sprawia wrażenia urwanej, motyw oszukania diabła w cyrografie naprawdę zabawny, a zemsta tegoż – pomysłowa. Zresztą to ciekawie, jak w tekście gładko przechodzisz dzięki językowi narracji od opowieści o życiu do lekkiej komedii do horroru. Każdy z tych elementów ma swoje miejsce, ale nie przeszkadza innym.

Postacie wyraźne, choć raczej nie wychodzą poza swoje stereotypowe role. Paradoksalnie najlepiej zapamiętałem kobyłkę, ze względu na ciekawą historię do niej przypisaną. Reszta niestety jakoś nie zapadła mi w pamięć szczególnie mocno.

Jednak dzięki konceptowi na narrację i ogólną historię ten koncert fajerwerków misię :) Stąd klik.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Wiele już było historii o sprzedawaniu duszy diabłu, wiele też o chytrych sposobach oszukania diabła. Twoja opowieść, Michale, wyróżnia się dobrym pomysłem, świeżym jak właśnie dojrzałe jabłuszko i zajmująco opowiedzianymi wypadkami.

Ogromna szkoda, że dobremu pomysłowi nie dorównuje wykonanie. Mam nadzieję, że Twoje przyszłe opowiadania będą równie zajmujące i znacznie lepiej napisane. ;)

 

nie wie­dzia­łem, że do­me­ną żyje bar­dzo wielu nar­ko­ma­nów… –> Na czym polega życie domeną? A może miało być: …nie wie­dzia­łem, że w myśl tej dewizy żyje bar­dzo wielu nar­ko­ma­nów

 

ale za razem bar­dziej ra­cjo­nal­ne… –> …ale zarazem bar­dziej ra­cjo­nal­ne

 

Resz­ta mia­stecz­ka żyła z pól, upraw, pę­dze­nia bim­bru… Cho­ciaż wła­ści­wie nikt we wsi nie po­trze­bo­wał zbyt wiel­kich pie­nię­dzy. –> Czy Łoboszowice są wsią, czy miasteczkiem?

 

jed­nak był sad sta­re­go Hyli. Stary Hyla był jed­nym z bar­dziej za­rad­nych fa­ce­tów w wio­sce. To były czasy… –> Objaw byłozy.

 

Nie wy­cią­gał do pra­wie wcale. –> Literówka.

 

sku­pio­nym naj­bar­dziej na swo­ich do­cho­dach, in­te­re­sach i spra­wach swo­je­go do­bro­by­tu. –> Czy oba zaimki są konieczne?

 

Łosz jasna dupa… – ję­czał. Wóz stra­cił koło. –> Brak półpauzy rozpoczynającej wypowiedź. Tekst po didaskaliach powinien być zapisany od nowego wiersza.

– Łosz, jasna dupa… – ję­czał.

Wóz stra­cił koło.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zapis-partii-dialogowych;13842.html

 

płody rolne, po­pa­ko­wa­ne w ma­te­ria­ło­we wory. –> Raczej: …płody rolne, po­pa­ko­wa­ne w jutowe/ płócienne wory.

 

Wko­pa­łem pod niego pie­niek i od­sko­czy­łem. –> Wko­pną­łem pod niego pie­niek i od­sko­czy­łem.

Chyba że wkopał pieniek przy pomocy szpadla.

 

za­wsze coś czeka i nie cier­pi zwło­ki. –> Raczej: …za­wsze czeka coś niecierpiącego zwło­ki.

 

do pracy. Pierw­szy raz, odkąd go znam, nie zja­wił się w pracy, więc za­czą­łem się mar­twić. Po pracy po­sze­dłem… –> Powtórzenia.

 

W knaj­pie na roz­dro­żu w Wę­dry­no­wie… –> Czy aby nie powinno być: W knaj­pie „Na Roz­dro­żu” w Wę­dry­no­wie

Zakładam, że to nazwa knajpy.

 

Miał ciem­ne, gęste włosy, ciem­ne ubra­nia… –> Miał ciem­ne, gęste włosy, ciem­ne ubra­nie

Ubrania wiszą w szafie, leżą na półkach i w szufladach. Odzież, którą mamy na sobie, to ubranie.

 

Aż, na­stęp­nej wio­sny, gdy za­czął się sezon na jabł­ka… –> Czy sezon na jabłka na pewno zaczyna się wiosną?

 

Ja­błoń, którą mi wska­zał, ob­ro­dzi­ła pięk­nie. Jabł­ka były wiel­kie, miały bar­dzo wy­ra­zi­ste ko­lo­ry, wy­glą­da­ły na so­czy­ste i strasz­nie ape­tycz­ne. Nie wie­dzia­łem jesz­cze, że bied­na ja­błoń nie prze­ży­je se­zo­nu.

Jabł­ka rosły, wręcz sto­jąc pod ja­bło­nią wi­dzia­łem… –> Czy to celowe powtórzenia?

 

Nie praw­da. W umo­wie jest na­pi­sa­ne wy­raź­nie. Duszę 3. –> – Niepraw­da. W umo­wie jest na­pi­sa­ne wy­raź­nie. Duszę trzy.

Liczebniki zapisujemy słownie, zwłaszcza w dialogach.

 

że sły­chać było prąd, jak pły­nie w ka­blach i krew w ży­łach. –> Raczej: …że sły­chać było jak prąd pły­nie w ka­blach i krew w ży­łach.

 

-Wiem jaką… –> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

Ale koń to dro­gie na­rzę­dzie i nie ważne jak bar­dzo… –> Ale koń to dro­gie na­rzę­dzie i nieważne jak bar­dzo

 

Jabł­ko zro­bi­ło fu­ro­rę, także wszy­scy wie­dzie­li kiedy i gdzie bę­dzie je­chać. –> Jabł­ko zro­bi­ło fu­ro­rę, tak że wszy­scy wie­dzie­li kiedy i gdzie bę­dzie je­chać.

 

pa­trzy­li na nas, ma­cha­li, kla­ska­li, po­zdra­wia­li nas… –> Drugi zaimek zbędny.

 

wy­strze­lił pysk. Wiel­ka, uzbro­jo­na w czte­ry rzędy ostrych zę­bisk głowa wy­strze­li­ła do przo­du

–> Czy to celowe powtórzenie?

 

Sko­czył do przo­du i od­gryzł głową Kasz­tan­ce. –> Literówka.

 

dud­ni­ło mi w uszach, serce wa­li­ło mi jak osza­la­łe… –> Drugi zaimek zbędny.

 

cho­dził w brud­nych ubra­niach… –> …cho­dził w brud­nym ubra­niu

 

-One tu są – po­wie­dział… –> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

Roz­ma­wia­ją do mnie – jęk­nął. –> Mówią do mnie – jęk­nął.

Rozmawiać można z kimś, ale nie można rozmawiać do kogoś.

 

przy ma­łych, nie­uży­wa­nych lot­ni­skach. Uży­wa­ne były… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

W Ło­bo­szo­wi­cach taki kur­han był w po­ło­wie pełen ben­zy­ny lot­ni­czej. –> Skoro w połowie, to nie mógł być pełen.

 

jak sta­cja paliw. To całe pa­li­wo zna­la­zło się szyb­ciut­ko w piw­ni­cy Hyli. Na­stęp­nym pro­ble­mem było – jak do­star­czyć pa­li­wo do… –> Powtórzenia.

 

– To niech bóg ma nas w swo­jej opie­ce… –> – To niech Bóg ma nas w swo­jej opie­ce

 

Kury ni­g­dzie nie było widać, za to pie­rza było sporo. Część mebli była roz­bi­ta… –> Jeszcze jeden przykład byłozy.

 

A teraz, ak­tu­al­nie pa­trzę na mój sad… –> Masło maślane. Słowa terazaktualnie znaczą to samo.

 

po­ło­ży się na pace mo­je­go pic­ku­pa. –> …po­ło­ży się na pace mo­je­go pikapa.

Używamy pisowni spolszczonej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czytałam “Rusałkę” i było nawet, nawet, ale tutaj jest o wiele lepiej.

 

Bardzo sprawnie prowadzisz historię, która w dodatku jest ciekawa, intrygująca, trochę wesoła, trochę smutna, no, taka w sam raz. I długość fajna i zakończenia, bohaterowie też całkiem nieźle nakreśleni. Podobnie jak NWM, mnie również poruszyła i dość mocno zapadła w pamięć historia Kasztanki, w sumie, to nawet byłam na Ciebie zła, że zgotowałeś jej taki los :P

 

Wykonanie nieco kuleje, choć nie dramatycznie. Byłoza, zaimkoza i powtórzenia to coś, nad czym powinieneś popracować. 

I teraz tak – jeśli poprawisz błędy i drobne usterki, czyli pokonasz swe lenistwo, to dam klika.

 

Challenge accepted?

Próbowałeś zostawić opowiadanie w spokoju na tydzień lub dwa i dopiero wtedy szukać błędów?

Próbowałem – niestety nie pomogło. Następnym razem zrobię korektę kilka razy, może więcej uda mi się odsiać ;)

 

Paradoksalnie najlepiej zapamiętałem kobyłkę

Podobnie jak NWM, mnie również poruszyła i dość mocno zapadła w pamięć historia Kasztanki, w sumie, to nawet byłam na Ciebie zła, że zgotowałeś jej taki los :P

Mówiąc zupełnie poważnie, przypadłość Kasztanki jest oparta na faktach.

 

Ogromna szkoda, że dobremu pomysłowi nie dorównuje wykonanie. Mam nadzieję, że Twoje przyszłe opowiadania będą równie zajmujące i znacznie lepiej napisane. ;)

Będę się starał ;)

 

Challenge accepted?

Accepted!

Trochę mi to zajęło, ale pierwsze poprawki za mną. 

 

Dziękuję wszystkim za pomoc, korektę, wsparcie i motywację. 

Pozdrawiam.

Będę się starał ;)

Trzymam za słowo. ;)

 

edycja

Michale, mam wrażenie, że może Cię zainteresować ten watek: http://www.fantastyka.pl/loza/17

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka