- Opowiadanie: trukszyn - Oświecenie Zaszabijaara. Cztery Lekcje Mistrza Cheemorama. Lekcja pierwsza: ułuda.

Oświecenie Zaszabijaara. Cztery Lekcje Mistrza Cheemorama. Lekcja pierwsza: ułuda.

Opowiadanie inspirowane buddyjską i taoistyczną poezją tybetańską. Fragment pierwszy.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Pieśń jogina Milarepy

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Moja świadomość, dziecko złudzenia
wędruje wśród sześciu światów, państw iluzji
i doświadcza wielu karmicznych snów.

Czasami przeżywam złudzenie głodu,
jem wtedy wyżebrane pożywienie;
kiedy indziej, jak asceta, żywię się kamieniami;
bywa, że jako strawę przyjmuję otwartość;
potem znów próbuję, tak dobrze, jak to tylko możliwe, znosić głód.

Czasami doświadczam złudzenia pragnienia;
piję wtedy niebieską wodę spływającą z gór;
kiedy indziej gaszę pragnienie swą własną wodą;
bywa, iż piję wodę współczucia,
potem znów nektar błogosławieństwa dakiń.

Czasami doświadczam złudzenia zimna;
noszę wtedy bawełnianą szatę jako okrycie;
kiedy indziej bucha błogi żar tummo.
Potem znów próbuję, tak dobrze, jak to tylko możliwe, znosić chłód.

Czasami doświadczam złudzenia tęsknoty za przyjaciółmi;
wtedy odnajduję oparcie w pierwotnej świadomości, jako w przyjacielu,
praktykuję dziesięć dobrych działań,
spoczywam w czystym poglądzie
i badam głęboko samoprzytomny umysł.
Ja, jogin, jestem lwem wśród ludzi;
moją gęstą, turkusową grzywą jest doskonały pogląd;
moimi pazurami i kłami jest doskonała medytacja.
Praktykuję na szczytach śnieżnych gór,
pragnąc osiągnąć owoc wraz z jego wszystkimi
dobrymi właściwościami.

 

Oceny

Oświecenie Zaszabijaara. Cztery Lekcje Mistrza Cheemorama. Lekcja pierwsza: ułuda.

Mni­chem je­stem! Tak!

Wolny od murów i szat!

Wol­nym ja! Jest!

Po wiecz­no­ści kres!

Kres pra­gnień! Dziś!

Chmur­ką jest myśl!

Bez ko­bie­ty! Bez po­żą­dań!

Bez za­zdro­ści! Bez przy­wią­zań!

Bez nędzy! Bez przed­mio­tów!

Bez pie­nię­dzy! Bez kło­po­tów!

Bez bra­nia! Bez da­wa­nia!

Bez pozy! Bez na­go­ści!

Bez pracy! Bez wy­sił­ku!

Bez bólu! Bez trudu!

W tłu­mie! W sa­mot­no­ści!

W nie­wo­li! W wol­no­ści!

Je­stem mnich! Czło­wiek Boży!

Co wszech­świa­ty wiecz­ne

Przez Boga i w Bogu…

tylko… wolą… two­rzy…

(Pieśń adeptów Wiedzy Daa ar Tha)

Che­emo­ram Day Ree trwał. Jego duszy, kry­sta­licz­nie czy­stej i wol­nej, nic nie mogło za­nie­po­ko­ić. Błą­dził po ob­sza­rach nie­skoń­czo­no­ści, od­czu­wa­jąc nie­skoń­czo­ną roz­kosz sa­mo­świa­do­mo­ści.

Nic nie sły­szał – a jed­nak był Uchem Ko­smo­su.

Nic nie wi­dział – a jed­nak był Okiem Wiecz­no­ści.

– Czym jest Byt? – za­py­tał.

Jego słowa od­pły­nę­ły, okrą­ży­ły Wszech­świat, wró­ci­ły, za­wi­bro­wa­ły po­tę­gą na­ma­cal­no­ści, za­dźwię­cza­ły akor­dem po­tęż­nym.

– Byt to Świa­do­mość – od­rzekł Pan, a Jego Słowa, ni­czym bły­ska­wi­ca ciem­ną noc, roz­świe­tli­ły Ko­smos i wbiły się głę­bo­ko w Che­emo­ra­ma – wiel­kie­go wo­jow­ni­ka Daa ar Tha.

Otwo­rzył oczy. Jakby cał­kiem nie uświa­do­miw­szy sobie do końca gdzie jest i czemu po­wró­cił do ciała, ro­zej­rzał się.

Nie był sam w swo­jej ja­ski­ni. U wej­ścia stał młody wo­jow­nik. Dy­szał. Wście­kłość wy­krzy­wi­ła jego rysy. Skąpo odzia­ny, uzbro­jo­ny był w miecz, który nosił na ple­cach i mio­tacz za­mknię­ty w ka­bu­rze przy­pię­tej do pasa.

– Przy­by­łem na pla­ne­tę De­epo­ra­the, aby uczyć się sztu­ki Daa ar Tha – wy­sy­czał. – Sza­le­niec, któ­re­go imię brzmi He­edo­ram, wy­słał mnie dzie­sięć dni temu w śnie­gi tych prze­klę­tych gór, abym od­na­lazł wiel­kie­go wo­jow­ni­ka Che­emo­ra­ma Day Ree. Sze­dłem tu py­ta­jąc o drogę wi­chry i chmu­ry. Je­że­li nie je­steś Che­emo­ra­mem, naj­pierw za­bi­ję cie­bie, na­stęp­nie He­edo­ra­ma, a potem ob­ró­cę w perzy­nę tę pla­ne­tę. Od­po­wia­daj! Je­steś Che­emo­ra­mem Day Ree, mi­strzem Daa ar Tha, któ­re­go mia­łem zna­leźć?

– Je­stem – od­po­wie­dział Che­emo­ram.

Wo­jow­nik wszedł do ja­ski­ni, a wście­kłość wrza­ła w nim, jak gaz w wul­ka­nie przed erup­cją.

– Każdy może po­wie­dzieć: “słu­chaj­cie mnie, bo je­stem Mi­strzem nad Mi­strza­mi”.

I każdy mógł­by po­wie­dzieć: “oto ja je­stem Che­emo­ram”. Po­wie­dzia­ne jest: “nie po sło­wach ich po­zna­cie, lecz po czy­nach” – rzekł, pa­trząc groź­nie na Che­emo­ra­ma.

– Dla­cze­go miał­bym kła­mać? – za­py­tał Mistrz.

– Może boisz się śmier­ci i strach dyk­tu­je twoje słowa?

– Dla­cze­go miał­bym bać się śmier­ci?

– Sza­leń­cze, każda ży­ją­ca isto­ta boi się śmier­ci i bólu! – wrza­snął wo­jow­nik. – Dość tych pu­stych pytań! Je­że­li je­steś wo­jow­ni­kiem Daa ar Tha, po­ko­nasz mnie, a je­że­li kła­miesz, zgi­niesz! Oto mój miecz zada tobie teraz mnó­stwo pytań! – To mó­wiąc, się­gnął po broń, lecz Che­emo­ram stał się nie­wi­dzial­ny.

– Chcesz wal­czyć? – do­biegł wo­jow­ni­ka głos Che­emo­ra­ma.

– Chcę cie­bie zo­ba­czyć – od­po­wie­dział wy­mi­ja­ją­co, roz­glą­da­jąc się uważ­nie po ja­ski­ni skąpo oświe­tlo­nej nie­wiel­kim ka­gan­kiem. Są­dził, iż spryt­ny prze­ciw­nik ukry­wa się gdzieś w za­ka­mar­kach pie­cza­ry.

– Po­wie­dzia­no: “kto mie­czem wo­ju­je, ten od mie­cza ginie”– rzekł głos.– Je­że­li chcesz być wo­jow­ni­kiem Daa ar Tha, odłóż miecz, al­bo­wiem wo­jow­nik Daa ar Tha nie wo­ju­je mie­czem.

“Zro­bię tak jak chce, a on opu­ści kry­jów­kę i wtedy go do­pad­nę” uło­żył sobie wo­jow­nik i odło­żył miecz, po czym jął się skra­dać w stro­nę zrębu skal­ne­go, stam­tąd, bo­wiem, do­biegł go głos Che­emo­ra­ma.

Ale Che­emo­ram wy­chy­nął jakby z nie­wi­dzial­nej mgły, pod­niósł miecz wo­jow­ni­ka i rzekł:

– Wo­jow­nik Daa ar Tha wal­czy ro­zu­mem. Teraz ja mam miecz, a ty nie masz.

– Mó­wi­łeś, że wo­jow­nik Daa ar Tha nie wal­czy mie­czem! – wrza­snął Za­sza­bi­ja­ar, nie ro­zu­mie­jąc, dla­cze­go Che­emo­ram jest przy wej­ściu do groty, a jego głos do­bie­ga z jej środ­ka.

– Roz­bro­iłem cie­bie, je­stem więc tym, kim mó­wi­łem, że je­stem – od­rzekł Che­emo­ram.

– Jesz­cze mam mio­tacz! – ro­ze­śmiał się Za­sza­bi­ja­ar i wy­cią­gnął broń.

Ale Che­emo­ram nie­spo­dzie­wa­nie roz­mno­żył się. Był wszę­dzie. Ota­czał wo­jow­ni­ka set­ka­mi po­sta­ci, jakby od­bi­ty w trój­wy­mia­ro­wym lu­strze.

– Strze­laj wo­jow­ni­ku ! – po­wie­dzia­ły Che­emo­ra­my. – Który z nas jest praw­dzi­wy?

– Ty je­steś! – wark­nął wo­jow­nik i strze­lił. Po­wa­li­ło go na skałę silne ude­rze­nie. Za­mro­czo­ny, pod­niósł się szyb­ko. Nie miał już mio­ta­cza. Trzy­mał go w ręku Che­emo­ram.

– Czy prze­ko­na­łem cie­bie, że je­stem Mi­strzem Daa ar Tha? – za­py­tał.

– Je­steś prze­klę­tym cza­row­ni­kiem! – od­rzekł Za­sza­bi­ja­ar wście­kle i rzu­cił się na Che­emo­ra­ma ni­czym roz­ju­szo­ne zwie­rzę.

Ale nagle zo­ba­czył sie­bie w pięk­nej zie­lo­nej do­li­nie, jak leży nad brze­giem stru­mie­nia, oto­czo­ny za­pa­chem sadu i ra­mio­na­mi pięk­nej, czar­no­wło­sej dziew­czy­ny. Po­czuł spo­kój i za­do­wo­le­nie.

Otrzeź­wi­ło go silne ude­rze­nie w twarz. Leżał obo­la­ły, nie ro­zu­mie­jąc co się stało, nie było do­li­ny, ani dziew­czy­ny, z roz­bi­te­go nosa pły­nę­ła krew.

– Nie śpij – po­wie­dział Che­emo­ram. – Ułuda czyha na cie­bie. Bądź przy­tom­ny w cza­sie walki!

Za­sza­bi­ja­ar spo­kor­niał.

– Za­iste, je­steś tym, któ­rym mó­wisz, że je­steś – rzekł, po­wsta­jąc. – Pro­szę, abyś ra­czył przy­jąć mnie na ucznia i opo­wie­dział, czym jest wie­dza Daa ar Tha.

Che­emo­ram usiadł. Wska­zał uprzej­mym ru­chem dłoni miej­sce na­prze­ciw sie­bie.

Wo­jow­nik spo­strzegł, iż krew, ciek­ną­ca z roz­bi­te­go nosa, ulot­ni­ła się, zaś roz­bi­te oko prze­sta­ło boleć. Zdzi­wio­ny, do­tknął swej twa­rzy.

– Po sto­kroć le­piej jest umieć le­czyć cier­pie­nie, niż je za­da­wać – uśmiech­nął się Che­emo­ram.– Jak cie­bie zwą?

– Za­sza­bi­ja­ar – od­po­wie­dział wo­jow­nik, skry­cie dzi­wiąc się temu, co przed chwi­lą usły­szał.

– „Wal­czę z ułudą”, oto co zna­czy “Daa ar Tha” w sta­ro­żyt­nym ję­zy­ku na­szych przod­ków – rzekł Che­emo­ram. – Już dawno nasi przod­ko­wie zro­zu­mie­li, iż nie warto two­rzyć po­tęż­nych urzą­dzeń do strze­la­nia i obro­ny. To droga, która pro­wa­dzi je­dy­nie do eska­la­cji pro­ble­mu. Le­piej ude­rzyć w roz­ka­zo­daw­cę, niż w wy­ko­naw­cę roz­ka­zów. To za­da­nie wo­jow­ni­ka Daa ar Tha.

Ale czy to je­dy­ne za­da­nie? Nie. Zwal­czyć ułudę w każ­dym aspek­cie jej two­rze­nia – oto waż­niej­sze za­da­nie wo­jow­ni­ka Daa ar Tha. Wy­zwo­lić z ułudy błą­dzą­ce­go brata, oto jesz­cze waż­niej­sze. Al­bo­wiem wiedz, że błą­dzą­cym bra­tem na­zy­wa­my na­sze­go prze­ciw­ni­ka. Nie walka przy­no­si nam triumf, ale na­wró­ce­nie. Ro­zu­miesz, Za­sza­abi­ja­ar?

– Są­dzi­łem, że Daa ar Tha to spo­sób walki, który spra­wia, że jest się nie­po­ko­na­nym – od­rzekł nie­pew­nie.

– Z kim chcesz wal­czyć? – za­py­tał Che­emo­ram.

Lecz Za­sza­bi­ja­ar nie umiał od­po­wie­dzieć.

– Za­wsze i wszę­dzie, je­dy­nym prze­ciw­ni­kiem god­nym twego wy­sił­ku jest ułuda. To ona spra­wia, iż od­czu­wasz nie­po­kój nie­speł­nie­nia. To ona każe ci my­śleć, iż prze­mi­jasz. To ułuda gna cie­bie po róż­nych aspek­tach twego życia i spra­wia, że je­steś jak dziec­ko we mgle, które na­wo­łu­je ro­dzi­ców, bez­rad­ne i opusz­czo­ne. Walcz z ułudą, Za­sza­bi­ja­ar.

– Czy na­uczysz mnie po­słu­gi­wać się mie­czem tak, aby nikt mnie nigdy nie zwy­cię­żył? – za­py­tał nie­śmia­ło Za­sza­bi­ja­ar, który nie­wie­le zro­zu­miał ze słów Che­emo­ra­ma.

– To umie naj­mar­niej­szy wo­jow­nik Daa ar Tha – od­po­wie­dział Che­emo­ram. – Lecz lep­szy od niego wal­czy ata­ku­jąc umysł . Ale lep­szy od tego, co ata­ku­je umysł, jest ten, który po­tra­fi wal­czyć Cza­sem. Lecz naj­więk­szy z nich jest ten, który może nie wal­czyć w ogóle, a za­wsze jest zwy­cięz­cą.

– Nie wal­czy i wy­gry­wa?– ro­ze­śmiał się Za­sza­bi­ja­ar nie­pew­nie i po­my­ślał, że Mistrz kpi sobie z niego.

– Nie walka jest zwy­cię­stwem, ale trwa­nie – mówił dalej Che­emo­ram. – Wal­cząc, nigdy nie wy­zwo­lisz się z ułudy. Kiedy tu sze­dłeś, brną­łeś przez śnież­ne zaspy, wiał silny wiatr, byłeś głod­ny, spra­gnio­ny i zmar­z­nię­ty. Twoje ciało do­ma­ga się cie­pła, jadła, na­po­ju, od­po­czyn­ku. Za­praw­dę, je­steś sługą swo­je­go ciała, Za­sza­bi­ja­ar!

– Rze­kłeś – ziew­nął Za­sza­bi­ja­ar. – Po­wi­nie­neś być bar­dziej go­ścin­ny. Roz­pal­my ogień i zjedz­my coś!

Nie­spo­dzie­wa­nie zna­leź­li się w sa­dzie. Cie­płe, ła­god­ne pro­mie­nie słoń­ca otu­li­ły ich ciała, a świat upa­jał się za­pa­chem owo­ców stwo­rzo­nych w nie­zwy­kłej ob­fi­to­ści.

– Nasyć się – po­wie­dział Che­emo­ram obo­jęt­nie.

Zdu­mie­nie mło­de­go wo­jow­ni­ka nie miało gra­nic.

– Czy ja ude­rzy­łem się w głowę i śnię? – pytał sam sie­bie. – Wszak przed chwi­lą by­li­śmy w ciem­nej i zim­nej ja­ski­ni, oto­cze­ni ma­je­sta­tem ośnie­żo­nych szczy­tów po­tęż­nych gór!

Się­gnął po owoce z nie­do­wie­rza­niem, nie z głodu, ale z chęci udo­wod­nie­nia sobie, iż z na­ma­cal­nym zja­wi­skiem, a nie ze zwi­dem ma do czy­nie­nia, jął pie­ścić swe zmy­sły ich cu­dow­nym, świe­żym sma­kiem. Były so­czy­ste, orzeź­wia­ją­ce i na pewno praw­dzi­we.

– Chęt­niej zjadł­bym młode, krwi­ste mięso – po­wie­dział, pró­bu­jąc zmu­sić Che­emo­ra­ma do uka­za­nia no­wych, cza­ro­dziej­skich sztu­czek, któ­rych bar­dzo był cie­kaw.

– Jest to w mojej mocy – rzekł na to Che­emo­ram – ale je­że­li chcesz wal­czyć z ułudą sku­tecz­nie, prze­stań jeść mięso. Na­stęp­nie zre­zy­gnuj z owo­ców. Potem od­wyk­nij od picia wody. Wresz­cie od­zwy­czaj się od od­dy­cha­nia.

– Co mó­wisz! – wy­krzyk­nął Za­sza­bi­ja­ar. – Jak mam żyć nie je­dząc, nie pijąc i nie od­dy­cha­jąc!

– Za­praw­dę, je­steś jak małe dziec­ko dzi­wią­ce się ja­sno­ści słoń­ca i ciem­no­ści nocy! – po­wie­dział Che­emo­ram su­ro­wo. – Nie wy­krzy­kuj, lecz uważ­nie słu­chaj, a może wię­cej poj­miesz z moich nauk! „Nie ceni bo­gac­twa swego bo­gacz i szyb­ko je traci” mówił Pan o wy­po­wie­dzia­nych przez igno­ran­tów sło­wach. Po­wia­dam ci, skar­bem są słowa i mają wiel­ką moc, więc nie na­le­ży ich trwo­nić na puste okrzy­ki!

Uświa­dom sobie, iż nie sługą, lecz nie­wol­ni­kiem je­steś i to nie jed­ne­go, lecz trzech ciał, w które przy­oble­czo­na jest twoja dusza. „W trzech klat­kach uwię­zi­ła się dusza” – rzekł Pan – „naj­pierw zło­tej, potem srebr­nej i w końcu brą­zo­wej”. Złota klat­ka, to sym­bol idei i wznio­słych pra­gnień, srebr­na zaś, to uczu­cia, a brą­zo­wa ozna­cza po­trze­by pro­ste jak spa­nie, od­dy­cha­nie, je­dze­nie i picie. Uwol­nij się z trzech kla­tek, a sta­niesz się wolny, o Za­sza­bi­ja­ar.

„Daa ar Tha to sztu­ka wo­jen­na, a ten spe­cjal­nie mnie zwo­dzi, gdyż nie uznał mnie za god­ne­go tej wie­dzy” po­my­ślał wo­jow­nik i od­po­wie­dział Mi­strzo­wi ze zło­ścią:

– Są­dzi­łem, że je­stem wolny.

– Zatem łu­dzi­łeś się – od­rzekł Che­emo­ram. – „Oto mówią nie sły­sząc, oto idą nie zna­jąc drogi” na­uczał Pan.

Za­praw­dę, nie­wol­nik tylko wtedy szczę­śli­wy jest, kiedy nie wie co to wol­ność, lecz wolny duch dąży do praw­dy za wszel­ką cenę, al­bo­wiem widzi sie­bie jako więź­nia.

– To kto, we­dług cie­bie, jest wolny? – za­py­tał Za­sza­bi­ja­ar.

– Ten, który nie pra­gnie – od­po­wie­dział Che­emo­ram .

– Jak można żyć nie pra­gnąc? – zdzi­wił się Za­sza­bi­ja­ar. – A mi­łość? Nie pra­gniesz mi­ło­ści?

Che­emo­ram wska­zał na pro­my­ki słoń­ca, które pie­ści­ły jego lewą rękę.

– Je­stem jak to świa­tło, które kocha słoń­ce, swego stwo­rzy­cie­la – po­wie­dział. – Je­stem jak szmer wody, który kocha swoją stwo­rzy­ciel­kę – rzekę. Taka jest moja mi­łość.

– A ko­bie­ty nie pra­gniesz? – po­dejrz­li­wie za­py­tał Za­sza­bi­ja­ar.

– Nie pra­gnę ni­cze­go, po­nie­waż pra­gnie­nia wy­wo­dzą się z ułudy, a ja je­stem Daa ar Tha, a to zna­czy „walcz z ułudą„.

Za­sza­bi­ja­ar ner­wo­wo cho­dził tam i z po­wro­tem i nie wie­dział co o tym my­śleć. Ogar­nia­ła go iry­ta­cja .

– A więc, kiedy znik­ną­łeś i ja my­śla­łem, iż ukry­łeś się gdzieś w ja­ski­ni, ty je­dy­nie ka­za­łeś mi my­śleć, że tak było, ale nie ru­szy­łeś się z miej­sca?

– Uczy­ni­łem tak – przy­znał Che­emo­ram.

– Lecz teraz ja­dłem i je­stem na­je­dzo­ny – za­nie­po­ko­ił się Za­sza­bi­ja­ar tknię­ty nowym olśnie­niem, al­bo­wiem wszyst­ko jęło mu się ukła­dać w lo­gicz­ną ca­łość. – Czy za­iste, je­stem? Czy też nadal głod­ny i oszu­ka­ny twoją nie­zwy­kłą umie­jęt­no­ścią? Wiem, że można sie­bie prze­ko­nać, że się nie jest zmę­czo­nym, czy tchórz­li­wym, ale nie można po­wie­dzieć śmier­tel­nie ran­ne­mu czło­wie­ko­wi: za­praw­dę, po­wia­dam ci że nie ma w tobie do­le­gli­wo­ści zatem po­wstań i tańcz we­so­ło bo zdrów je­steś, a on nie wsta­nie, a jeśli nawet, to flaki mu wy­pad­ną z roz­pru­te­go w walce ciała, więc może i ja zaraz upad­nę i umrę z głodu, cho­ciaż z uśmie­chem na ustach, oraz ra­do­ścią w sercu, ogłu­pia­ły przez spraw­ne­go oszu­sta? Od­po­wiedz Mi­strzu!

– O Za­sza­bi­ja­ar – wes­tchnął Che­emo­ram. – To nie ja oszu­ku­ję, ale twój umysł okrut­ny, każąc ci wie­rzyć, że mo­żesz umrzeć bez od­de­chu, jadła i na­po­ju. Też i jego wiń za wiarę, że umrzesz, kiedy roz­pru­ją mie­czem twoje ciało, a ja po­wia­dam ci i słu­chaj uważ­nie: je­dy­nie roz­pad­nie się jedna klat­ka, a po­zo­sta­ją jesz­cze dwie.

– To czemu nie dałeś się roz­pruć memu mie­czo­wi? – zapytał zło­śli­wie Za­sza­bi­ja­ar i roześmiał się.

– Al­bo­wiem po­my­śla­łem o tobie: oto mój brat po­grą­żo­ny w ułu­dzie. Po­ka­żę mu drogę wyj­ścia z tej matni, bo wiel­kie jest moje współ­czu­cie dla niego.

– Gdy­byś jed­nak nie po­sia­dał swo­ich umie­jęt­no­ści, nic byś nie mógł po­ra­dzić na to, że roz­ciął­bym twoje ciało.

– Uży­łem swo­ich umie­jęt­no­ści nie dla sie­bie, ale dla cie­bie i wielu in­nych, któ­rym dam świa­dec­two praw­dy Daa ar Tha – od­parł Che­emo­ram.

– Pra­gnę do­brze wal­czyć, je­stem wo­jow­ni­kiem, a nie fi­lo­zo­fem! – Za­sza­bi­ja­ar roz­gnie­wał się. – Je­że­li to jest Daa ar Tha, to naucz mnie swo­ich sztu­czek, a będę nie­po­ko­na­ny. Jak oma­mić umysł wroga?

– Do­brze po­wie­dzia­łeś „pra­gnę” – rzekł na to Che­emo­ram. – Dla­te­go nie mo­żesz być wo­jow­ni­kiem Daa ar Tha, po­nie­waż to ozna­cza „wal­czę z ułudą”, a pra­gnie­nia są ni­czym la­wi­na sta­cza­ją­ca się ze szczy­tów ułudy.

Za­sza­bi­ja­ar za­ci­snął pię­ści.

– Nie po­ko­na­łeś mnie w uczci­wej walce, ale dzię­ki oszu­stwom – wark­nął – i od­cho­dzę. Niech ten sad znik­nie! Zdej­mij ze mnie swój czar, wiel­ki oma­mi­cie­lu!

Klnąc i wy­gra­ża­jąc pię­ścią, od­szedł Za­sza­bi­ja­ar w śnież­ną i mrocz­ną noc, ale po­błą­dził i po­wró­cił do ja­ski­ni, w któ­rej uj­rzał Che­emo­ra­ma, więc zmie­nił kie­ru­nek, ale po­now­nie do­tarł tam, skąd wy­szedł. Opadł zmę­czo­ny na śnieg i przy­glą­dał się tylko jakby śpią­ce­mu wo­jow­ni­ko­wi Daa ar Tha, aż na­stał po­ra­nek i słoń­ce uka­za­ło w całej kra­sie wspa­nia­łą śnież­ną biel do­li­ny Che­emo­ra­ma, ten zaś otwo­rzył oczy, wstał i udał się do po­bli­skiej rzeki, w któ­rej – nie zwa­ża­jąc na prze­raź­li­wy mróz – za­nu­rzył swoje ciało.

Za­sza­bi­ja­ar nie mógł nie oka­zać po­dzi­wu dla tak nie­zwy­kłe­go po­ka­zu mę­stwa i hartu ducha. Złość umknę­ła z noc­nym wi­chrem, pięk­ny po­ra­nek skło­nił go do po­god­nych roz­my­ślań i stwier­dził, iż nie warto po­rzu­cać to­wa­rzy­stwa Mi­strza, bo cho­ciaż nie wszyst­ko co mówił dało się zro­zu­mieć, to jed­nak po­sia­dał wiel­ką moc i wie­dzę, zatem spły­nie coś z tego na Za­sza­bi­ja­ara i po­pra­wi jego nie­ma­łe umie­jęt­no­ści. Tak sobie wła­śnie po­my­ślał, a gło­śno po­wie­dział:

– To nie­zwy­kłe, Mi­strzu, że bez obawy za­nu­rzasz się w tak zim­nej wo­dzie!

– Na­le­ży dbać o hi­gie­nę – krzyk­nął Che­emo­ram ze środ­ka rzeki, po czym skrył się pod jej nur­tem. Wy­nu­rzył się tuż przy brze­gu, zgrab­nie pod­cią­gnął i już stał na brze­gu, świe­ży i rześ­ki. Założywszy swe odzie­nie, które skła­da­ło się je­dy­nie z bia­łe­go worka z wy­cię­ciem na głowę i ręce, prze­pa­sał się sznurem, a na­stęp­nie rzekł:

– Ciało po­trze­bu­je wody, po­nie­waż samo się skła­da z wody. Po­zwa­lam memu ciału na ką­piel, bo je­stem wspa­nia­ło­myśl­nym wład­cą i nie od­ma­wiam ni­cze­go moim słu­gom, je­że­li nie muszę. I ty, jako wo­jow­nik Daa ar Tha, po­wi­nie­neś wresz­cie usta­no­wić wła­ści­wy po­rzą­dek rze­czy w swoim domu. Spójrz na sie­bie! Wszy­scy trzej twoi nie­wol­ni­cy po­mia­ta­ją tobą, jakby byli pa­na­mi życia i śmier­ci wiel­kie­go Za­sza­bi­ja­ara! Na­rzu­ca­ją tobie wła­sne przy­zwy­cza­je­nia i kon­cep­cje życia, a ty słu­chasz bez­kry­tycz­nie za­po­mi­na­jąc o swoim po­cho­dze­niu. Czy dusza jest dla ciał, czy ciała dla duszy? Wska­kuj do wody, cho­ciaż nie masz na to ocho­ty, ule­ga­jąc złu­dze­niu, że za­mar­z­niesz! Pokaż swemu ciału, kto panem jest, a kto nie­wol­ni­kiem!

Za­sza­bi­ja­ar wal­czył z sobą długo. Po­mysł ten zda­wał się być uza­sad­nio­ny. Wszak Mistrz musi spraw­dzić jego mę­stwo i hart. Było mu jed­nak prze­raź­li­wie zimno i bez ką­pie­li. Wolał po sto­kroć za­nu­rzyć się w cie­płej wo­dzie, niż w tej lo­do­wa­tej ki­pie­li.

Zmu­siw­szy się jed­nak do po­słu­szeń­stwa, zdjął spodnie, bluzę, ka­ftan, a potem za­mknąw­szy oczy, sko­czył w ki­pią­cą toń. Ze zdzi­wie­niem po­czuł przy­jem­ny, rześ­ki chłód, więc wy­nu­rzył się czym prę­dzej. Uj­rzał świat roz­le­ni­wio­ny upa­łem. Prze­raź­li­wy żar spły­wał  na so­czy­stą zie­leń gór­skiej łąki, która po­ra­sta­ła do­li­nę, zresz­tą po­znał, że to ta sama, zimna, lo­do­wa­ta, ośnie­żo­na do­li­na – niema to­wa­rzysz­ka jego z Che­emo­ra­mem spo­tka­nia – tylko pod­da­na cał­ko­wi­tej po­go­do­wej me­ta­mor­fo­zie, za­pew­ne spra­wio­nej przez nie­zwy­kłe umie­jęt­no­ści Mi­strza Daa ar Tha.

Nie chcia­ło się wy­cho­dzić z rześ­kiej wody. Do­brze było za­nu­rzyć się w jej je­dwa­bi­stą, chłod­ną głę­bię i kpić sobie z żaru. A Che­emo­ram stał na brze­gu i śmiał się co sił, wo­ła­jąc:

– Za­sza­bi­ja­ar! Wy­chodź czym prę­dzej, abyś nie za­marzł!

Za­wsty­dzo­ny, wy­sko­czył na brzeg. Jego gołe stopy do­tknę­ły lodu, mróz chwy­cił za nos i uszy, ale on już czuł, że da­le­ko po­zo­sta­wił zmy­sły ciała, bo­wiem zbyt bar­dzo stały się za­wod­ne.

Czy mógł im ufać? Spoj­rzał na swoje ciało z nie­chę­cią. Tak długo wie­rzył w to, co po­ka­zu­ją oczy, sły­szą uszy, czuje nos … a prze­cież to oszu­stwo!

– Bie­gnie­my w górę, o tam. – Che­emo­ram wska­zał ręką od­le­gły szczyt. – Damy na­szym słu­gom wy­si­łek i zmę­cze­nie.

I umknął skocz­nie, ni­czym gór­ska ko­zi­ca, wo­ła­jąc we­so­ło:

– Goń mnie, wo­jow­ni­ku, a może je­steś zbyt wolny?

Ura­żo­ny w swej dumie Za­sza­bi­ja­ar, ru­szył śla­dem Mi­strza są­dząc, że szyb­ko go do­go­ni. Tym­cza­sem brnął z za­spach po ko­la­na, aż w końcu prze­wró­cił się. Po­wstał. Po­sta­no­wił za wszel­ką cenę po­ka­zać Mi­strzo­wi, jaki jest spraw­ny.

Ale Mistrz biegł lekko i zwiew­nie, ni­czym jakaś zjawa śnież­na i tylko wołał  z da­le­ka:

– Za­sza­bi­ja­ar!

Wo­jow­nik za­ci­snął zęby. Biegł, prze­kli­na­jąc śnież­ny puch.

Do­tarł­szy do skał, spo­strzegł jak Mistrz lekko, bez wy­sił­ku, wspi­na się na szczyt z nie­wia­ry­god­ną pręd­ko­ścią. Po­my­ślał, iż nie do­go­ni Che­emo­ra­ma, ale wtem uj­rzał nie nagie, ostre zręby skal­ne, lecz wy­god­ną dra­bi­nę. Wsko­czył na nią z mał­pią chy­żo­ścią i szyb­ko nad­ro­bił dzie­lą­cy ich dy­stans.

– Do­go­ni­łem cie­bie! – za­wo­łał z ra­do­ścią, kiedy się już zrów­na­li.

Przy­sta­nę­li na szczy­cie, skąd mogli po­dzi­wiać nie­zwy­kły urok do­li­ny.

– Dla­cze­go uwie­rzy­łem w śnieg? – za­py­tał Za­sza­bi­ja­ar. – Prze­cież prze­ko­na­łeś mnie, iż nie na­le­ży wie­rzyć zmy­słom. Do­go­ni­łem cie­bie, bo wi­dzia­łem nie ostre skały, lecz wy­god­ną dra­bi­nę.

– Dawno temu, wo­jow­ni­cy Daa ar Tha, za na­mo­wą swo­je­go Mi­strza, wy­bra­li się łódką na je­zio­ro – od­po­wie­dział Che­emo­ram. – Byli już bar­dzo da­le­ko od brze­gu, kiedy uj­rze­li, jak po­dą­ża w ich kie­run­ku Mistrz, idąc po wo­dzie.

„Chodź­cie za mną” rzekł „w ten spo­sób do­trze­my do dru­gie­go brze­gu szyb­ciej niż ło­dzią”

I wszy­scy wy­sko­czy­li z łodzi, aby za nim pójść. Ale jeden wpadł do wody, za­czął tonąć.

„Ra­tun­ku!” wołał, więc po­zo­sta­li wy­rwa­li go z głę­bi­ny i za­nie­śli na brzeg.

Potem, kiedy wy­su­szył się i ochło­nął pod­szedł do swego Mi­strza, py­ta­jąc:

„Dla­cze­go inni wo­jow­ni­cy nie wpa­dli do wody?”

„Kiedy wy­sko­czy­łeś z łodzi, pod­wi­ną­łeś spodnie, aby ich nie za­mo­czyć, inni tego nie uczy­ni­li” od­po­wie­dział Mistrz.

Ro­zu­miesz przy­po­wieść, Za­sza­bi­ja­ar?

– Przy­po­wieść ro­zu­miem – od­rzekł Za­sza­bi­ja­ar. – Tam­ten wo­jow­nik pod­cią­gnął spodnie, bo bał się, że je za­mo­czy. Nie uwie­rzył swemu Mi­strzo­wi. Ale co to ma wspól­ne­go ze mną?

– Kiedy bie­głeś, za wy­so­ko uno­si­łeś nogi. A prze­cież nie wie­rzy­łeś w ist­nie­nie zasp śnież­nych, czy tak? – uśmiech­nął się Che­emo­ram i zanim Za­sza­bi­ja­ar zdo­łał od­po­wie­dzieć, bły­ska­wicz­nym ru­chem obu dłoni, ze­pchnął wo­jow­ni­ka ze szczy­tu góry, pro­sto w bez­den­ną prze­paść.

Dzi­siaj prze­mie­rzam Wiecz­ność

Roz­świe­tlo­ną błę­ki­tem

Świę­ci i Bo­go­wie spo­glą­da­ją na mnie

Z głębi swej me­dy­ta­cji

Dzi­siaj ni­cze­go nie szu­kam

Nie za­da­ję pytań

Nie­skoń­czo­na prze­strzeń uśmie­cha się

Z głębi swej me­dy­ta­cji

Dzi­siaj ni­cze­go nie widzę

Nie przy­glą­dam się

Być może umar­łem i opu­ści­łem ciało

Lecz czy kie­dy­kol­wiek żyłem?

(pieśń wojowników Daa ar Tha)

Tytuł następnej części: Oświecenie Zaszabijaara. Cztery lekcje Mistrza Cheemorama. Lekcja druga: zasłona.

 

Koniec

Komentarze

Nauki mistrza Cheemorama nie są niczym nowym, są znane od wieków, więc Twoje opowiadanie okazało się dla mnie mało zajmujące.

Wykonanie, z racji że jest dość niechlujne, a błędy popełniane po wielokroć, pozostawia sporo do życzenia.

 

Nic nie sły­szał– a jed­nak… –> Brak spacji przed półpauzą.

 

okrą­ży­ły Wszech­świat ,wró­ci­ły… –> Zbędna spacja przed przecinkiem, brak spacji po przecinku.

 

jak gaz w wul­ka­nie przed erup­cją . –> Zbędna spacja przed kropką.

 

– Dla­cze­go miał­bym się bać śmier­ci ? –> Zbędna spacja przed pytajnikiem.

 

Ale Che­emo­ram wy­tchnął jakby z nie­wi­dzial­nej mgły… –> Pewnie miało być: Ale Che­emo­ram wy­chynął jakby z nie­wi­dzial­nej mgły

Za SJPPWN: wytchnąć «odpocząć przez krótki czas» wychynąć «wysunąć się zza czegoś lub ukazać się na powierzchni czegoś»

 

– Mó­wi­łeś,że Daa ar Tha nie wal­czy mie­czem! – Brak spacji po przecinku.

 

– Strze­laj wo­jow­ni­ku ! –> Zbędna spacja przed wykrzyknikiem.

 

ale nie miał już miotacza.Trzymał… –> Brak spacji po kropce.

 

Sto­krot­nie le­piej jest umieć le­czyć cier­pie­nie… –> Raczej: Po stokroć le­piej jest umieć le­czyć cier­pie­nie

 

„W trzech klat­kach uwię­zi­ła się dusza” – rzekł Pan – „naj­pierw zło­tej, potem srebr­nej i w końcu me­ta­lo­wej”. –> O ile mi wiadomo, złoto i srebro to metale, więc co jest tworzywem trzeciej klatki? A może trzecia była żelazna…

 

– Pra­gnę do­brze wal­czyć, je­stem wo­jow­ni­kiem, a nie fi­lo­zo­fem!- roz­gnie­wał się w końcu Za­sza­bi­ja­ar. –> Brak spacji przed dywizem, zamiast którego powinna być półpauza. Rozgniewanie się nie jest czynnością gębową.

Pra­gnę do­brze wal­czyć, je­stem wo­jow­ni­kiem, a nie fi­lo­zo­fem! – Roz­gnie­wał się w końcu Za­sza­bi­ja­ar.

 

Czasem o Cheemoramie piszesz mistrz, a innym razem Mistrz. Proponuję ujednolicić pisownię.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A próbowałeś tu w edytorze wyjustować tekst? 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

regulatorzy – dzięki za poprawki. Faktycznie, jest tu mnóstwo błędów. To część napisałem, kiedy miałem 14 lat, na bardzo starym wordzie i przeglądając swoją starą twórczość, stwierdziłem, że podoba mi się ten temat i pociągnę go dalej. Wrzuciłem go “na szybko”, bez korekty. Poprawię w niedzielę, bo mam strasznie dużo roboty i nie mam czasu tu zaglądać.

Śniąca – moim zdaniem problem tkwi w tym, że tekst został napisany w bardzo, bardzo starym edytorze. Musiałbym go chyba przepisać od nowa.

Pozdrowienia.

 

Trukszynie, nawet jeśli podoba Ci się temat opisany w czasach chłopięcych, to wrzucanie starego opowiadania po latach, w dodatku bez sprawdzenia, jak sam widzisz, nie jest dobrym pomysłem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Być może, ale jest jeden plus, dowiedziałem się, że całe życie używałem źle słowa “wytchnąć” ;)

Może nie całe życie, tylko do tej pory. Bo, jak mniemam, Trukszynie, całe życie dopiero przed Tobą. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pierwsza część została zredagowana.

Mnie się podobało, nauki mistrza okazały się ciekawe. Może jak na opowiadanie było ich trochę zbyt dużo i w poza nimi nie było tu w zasadzie jakiejś większej fabuły, ale mimo tego tekst wciągnął mnie.

Błędy to, wydaje mi się, głównie zawirowania ze spacjami, a poza nimi tekst napisany był dobrze.

 

Tutaj lekki zgrzyt:

Powaliło go na skałę silne uderzenie. Zamroczony, podniósł się szybko.

W pierwszym zdaniu nienaturalny szyk. W drugim – jeśli był zamroczony, to chyba miałby problem z szybkim podniesieniem się.

Klikałbym, ale fragmentów nie można.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Nie porwało :(

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka