- Opowiadanie: Realuc - Miecz na potwory

Miecz na potwory

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

Finkla, NoWhereMan

Oceny

Miecz na potwory

Jesteś daleko, och, jak daleko. Z każdą sekundą umieram z tęsknoty. Poczekaj dzień jeszcze, miesiąc, a nawet lata całe. Odwiedzę cię, odwiedzę na pewno.

Mieszko, nucąc pod nosem piosenkę, która uporczywie chodziła mu ostatnio po głowie, odłożył na suszarkę ostatni umyty talerz.

Trochę czasu zabrało mu odgruzowanie zlewu z naczyń, które zbierały się tam dobry tydzień.

Kiedyś Mieszko mógł szczycić się swoją systematycznością.

Ale kiedyś wszystko wyglądało inaczej.

Zabrał kubek z herbatą i udał się w kierunku salonu. Po drodze zatrzymał się na chwilę przed dużym, podłużnym lustrem w przedpokoju. Popatrzył beznamiętnie na swoje odbicie. Biały niegdyś szlafrok był już popielaty, z licznymi plamami o różnych barwach. Skórzane kapcie za to wyglądały tak samo, jak zakupione trzy lata temu w Zakopanem. Jednak zapach nie był już ten sam.

Gęsta, długa i skołtuniona broda, przybierała pierwsze odcienie siwizny. Zresztą nieuczesane, zmierzwione czarne włosy, również.

Przypatrzył się podkrążonym oczom, spiczastemu nosowi i zmarszczkom na czole. Stał tak dobre pięć minut, do czasu, aż gorąca herbata z przechylonego nieświadomie kubka nie oparzyła stóp ukrytych wyłącznie pod dziurkowanymi, skórzanymi kapciami z Zakopanego.

Wszedł do salonu. Usiadł na czarnym fotelu naprzeciw kominka. Ciepło biło od rozpalonego drewna. Był późny, niedzielny wieczór. Na dworze wczesna wiosna, jednak noce bywały jeszcze mroźne.

Mieszko napił się herbaty o smaku owoców leśnych i utkwił wzrok na obramowanych zdjęciach, które widniały tuż nad kominkiem.

Emilka na plaży. Sarbinowo. Wtedy nauczyła się pływać.

Emilka pierwszy raz na koniu. Któż wtenczas wiedział, że stanie się to jej wielką pasją?

Lena leżąca na kocu w parku. Czarne, długie włosy, rozlewały się nad jej głową. Uśmiechała się. I poza zdjęciami robiła to bardzo często.

Kiedyś.

Łup! Łup!

Ktoś mocno załomotał w drzwi.

– Kogo niesie o tej porze… – wysyczał pod nosem Mieszko i poszedł otworzyć.

U progu stał mężczyzna w zbroi.

Długie, złote włosy, sięgały mu ramion. Jedną dłoń opierał na wysadzonej klejnotami rękojeści miecza. Broń schowana była w skórzanej pochwie przymocowanej do grubego pasa. Dziwny przybysz zmierzył gospodarza przeszywająco błękitnymi oczami, po czym rzekł donośnym głosem:

– Witajcie. Czy znajdzie się miejsce przy stole dla znużonego wędrowca? Ciepłą strawą i jakimś napitkiem też nie pogardzę. Rzecz jasna, jeśli trzeba będzie, zapłacę ile zażądacie.

Mieszko podrapał się po pośladku i odpowiedział beznamiętnie, jakby właśnie przyszedł sąsiad, któremu skończył się cukier.

– Jesteś pewnie jednym z tych, no, rekonstruktorów historycznych, co nie? Zresztą nieważne, wejdź. Coś do przegryzienia się znajdzie, a i przy stole mam sporo wolnego miejsca.

Niecodzienny gość wszedł do przedpokoju. Mieszko zamknął drzwi i poprowadził mężczyznę w zbroi do salonu. Tam wskazał fotel tuż obok rozpalonego kominka. Niezapowiedziany przybysz usiadł, rozejrzał się po pomieszczeniu i rzekł:

– Zacną macie posiadłość, mości…

– Mieszko, na imię mam Mieszko. Dziękuję – odpowiedział patrząc na stare meble z Ikei, zakurzoną kanapę, walające się po komodach szpargały i wszystko inne, co według niego miało do zacnej posiadłości tyle, co spanie pod mostem do noclegu w pięciogwiazdkowym hotelu z ofertą all inclusive.

– Dziwne imię. Jam jest Sir Godrig. – Mężczyzna w zbroi wstał na chwilę, aby zgiąć się w pasie, po czym powtórnie opadł na fotel.

– No, rzeczywiście, jak na te czasy trochę dziwne i przestarzałe. No ale moi rodzice byli nauczycielami historii. Więc wiesz zapewne, że pierwszy władca Polski zwał się właśnie Mieszko, prawda?

– Nigdy nie było mi dane słyszeć o takowym władcy. Jednakowoż, miło mi cię poznać, Mieszko.

– Mnie ciebie również, Sir…

– Godrig.

– Godrig, właśnie. Pójdę zrobić herbatę i przyniosę coś do jedzenia.

– Nie mam pojęcia, co to, ale brzmi dobrze.

Mieszko wszedł do kuchni i oparł plecy o nieznośnie hałasującą od wielu tygodni lodówkę. Zastanawiał się, czy gość się zwyczajnie zgrywa i ma w tym jakiś cel? Może chce go okraść? Może zabić tym swoim mieczem, bo jest psychopatą? A może jest świrem, ale wcale niegroźnym?

Co ma być to będzie.

Mieszkowi i tak było wszystko jedno.

Zaparzył herbatę i ułożył na jednym talerzu herbatniki sprzed wielu dni, kilka kabanosów, resztkę oliwek, które wygrzebał ze słoika i dwa plastry żółtego sera, niepachnące już pierwszą świeżością. Rzadko wychodził z domu, toteż niewiele miał w lodówce. Jedzenie zamawiał, płacąc z oszczędności, które wciąż topniały i z pokaźnej lodowej skały stały się już niewielką, dryfującą krą.

Z tak przygotowanym szwedzkim talerzem i imbirową herbatą (gdyż taka mu się pierwszę nawinęła pod rękę) wkroczył do salonu. Postawił oba naczynia na stole, przed złotowłosym gościem, i usiadł w fotelu po przeciwnej stronie.

Po dłuższej chwili ciszy, kiedy talerz był już pusty, Sir Godrig odezwał się pierwszy:

– Smaczne. Nawet bardzo. W moim kraju…

– No właśnie – przerwał Mieszko. – Z jakiego kraju pochodzisz? Imię masz nietutejsze, jednak mówisz płynnie w naszym języku. To jakaś ukryta kamera, czy o co chodzi? W zasadzie nie robi mi to większej różnicy, ale jednak lepiej jest wiedzieć, z kim pije się herbatę przy jednym stole. No i co cię tu tak naprawdę sprowadza?

– Pochodzę z daleka, z bardzo daleka. Skoro ja nie słyszałem o waszym władcy, ty nie będziesz nic wiedział o mojej krainie.

– A skąd ta pewność? Nie macie w tej waszej krainie przypadkiem czegoś takiego jak google? Podaj nazwę, a sprawdzę. Choć z geografii jestem raczej niezły.

Sir Godrig napił się herbaty. Uśmiechnął się, szczerząc białe, bez żadnych skaz, zęby.

– Odwiedziłem cię, gdyż twa chata pojawiła się na mojej drodze. Podczas mej wędrówki napotykam wiele domostw, jednak w mało których ktoś uchyla drzwi i zaprasza mnie do środka. Ty mnie ugościłeś, gdy tego potrzebowałem – mówił złotowłosy, ignorując poprzednie pytanie. – Ty też czegoś potrzebujesz, Mieszko. Może będę mógł ci się jakoś odwdzięczyć.

Sir Godrig wyjął z przywiązanej rzemieniem do pasa sakwy zwitek pergaminu, położył go na stole, po czym wstał dodając:

– Dziękuję. Bywajcie w zdrowiu.

I wyszedł.

Mieszko podszedł do okna i zdążył jeszcze ujrzeć, jak mężczyzna w zbroi oddala się ulicą Juliana Ochorowicza, dosiadając popielatej klaczy. Światła w innych domach były zgaszone. Kiedy dziwny jeździec zniknął w mroku za ostatnią latarnią, Mieszko zasunął żaluzje, dołożył do kominka i zatopił się w czarnym fotelu.

Wrócił do oglądania obramowanych zdjęć.

Lena, Emilka i on na Tower Bridge, podczas pierwszego wspólnego wyjazdu za granicę.

Mimo setki myśli krążących po głowie, zasnął nagle, jak za dotknięciem magicznej różdżki.

W koszmarach, które dręczyło go co noc, i co noc były takie same, coś się zmieniło. Prócz żony i córki pojawił się w nich ktoś jeszcze.

Rycerz w pełnej zbroi o złotych, długich włosach. W ręku dzierżył miecz. Pięknie zdobiony, otulony błękitnym światłem, jakby był magiczny, miecz.

 

 

*

 

 

Mieszko leżał nagi w pustej wannie.

W ręku ściskał kuchenny nóż.

Próba z krzesłem i pasem nie wyszła. Ta z przedawkowaniem silnych leków również. Może tym razem się uda…

Minęła godzina, dwie. Cały trząsł się z zimna.

Cisnął nożem prosto w lustro nad umywalką. Setki odłamków szkła posypało się na posadzkę.

Nie udało się.

 

 

*

 

 

 

Kolejny tydzień minął Mieszkowi jak każdy poprzedni przez ostatnie miesiące.

Czyli nijak.

Nastał niedzielny wieczór. Mieszko wszedł do kuchni i postawił wodę na herbatę, jak co dzień o tej porze. Czekając, aż czajnik na kuchence gazowej zacznie gwizdać, spojrzał raz jeszcze na przymocowany magnesem do lodówki skrawek pergaminu. Odczytał napisaną pięknym, równym pismem treść, choć dobrze już ją znał:

 

Ofiaruję ci miecz ten, Godrigu, aby zawsze chronił cię przed złym. Z orężem tym u boku każde najstraszliwsze potwory pokonasz. Noś Erhera qi Montri zawsze u pasa swego, a krzywda cię nie spotka. Za wszelkie zasługi i oddanie dla królestwa.

 

Tormuz II

Król Drugiego Lądu

 

Czajnik zaczął gwizdać, a kiedy tylko Mieszko przekręcił kurek od gazu, rozległ się dzwonek do drzwi.

– Kogo niesie o tej porze… – burknął pod nosem, poprawił popielaty szlafrok i poszedł otworzyć.

U progu stał znajomy mężczyzna. Miał na sobie tę samą zbroję, a u pasa ten sam miecz, jednak coś się zmieniło. Na nieskazitelnej i pięknej, jeszcze tydzień temu, twarzy, widniały teraz głębokie rany, po których z całą pewnością zostaną brzydkie blizny.

– Mogę wejść? – zapytał Sir Godrig.

– Czemu nie – odparł Mieszko i otworzył drzwi na oścież.

– Tym razem nie jestem głodny ani spragniony. Chcę tylko odpocząć po ciężkiej walce.

Sir Godrig wszedł do salonu i nie czekając na jakąkolwiek reakcję gospodarza, skorzystał z tego samego fotelu, co podczas pierwszej niezapowiedzianej wizyty.

– Może trzeba cię opatrzyć? – zapytał Mieszko patrząc na zmasakrowaną twarz.

– Ależ nie, dziękuję. Zajmą się tym odpowiednie osoby.

– Jak tam uważasz – odrzekł i usiadł naprzeciw gościa.

Przez dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu, patrząc na wygasający w kominku ogień. W końcu odezwał się Sir Godrig:

– Opowiem ci krótką historię, jeśli nie masz nic przeciwko.

– Słucham.

– Pewnego razu, w deszczową noc, kiedy nie było mnie w wiosce, w której mieszkałem wraz z rodziną, doszło do rzezi. Potwory, zwane w naszej krainie gorlagami, napadły na moich bliskich. Zabiły moją kobietę, mych dwóch synów i nowo narodzoną córkę. Żywią się krwią i śmiercią. Niedługo potem otrzymałem od króla pewien podarunek. I postanowiłem się zemścić…

 

 

*

 

 

Wkroczyłem w przerażającą, mroczną puszczę.

Makabrycznie powykręcane, gołe drzewa, przypominały konających w męczarniach ludzi.

Była noc, jednak pełny księżyc świecił wtenczas wyjątkowo mocno. Nie musiałem długo szukać. Gorlagi okrążyły mnie, obserwując czerwonymi ślepiami. Bestie dwa razy większe od człowieka. Skórę ich pokrywała kamienna skorupa, nosiły też naszyjniki z fragmentów ludzkich czaszek.

Wyciągnąłem z pochwy Erhera qi Montri. Miecz na potwory.

Gorlagi rzuciły się na mnie w jednym czasie, co najmniej dwa tuziny straszydeł. Choć byłem pewien, że tej nocy zakończę swój żywot i spotkam się z rodziną, tak się nie stało. Odniosłem wiele ran, jednak ciąłem mym mieczem na potwory raz za razem, w każdą bestię, która pojawiła się w zasięgu ostrza.

Padłem na kolana, wbijając sztych oręża w błotnistą ziemię. Otaczał mnie stos poległych potworów.

Nastał świt. Złowrogie drzewa nie były już takie straszne.

Wybiłem w tę noc wszystkie gorlagi z mrocznej puszczy. Te same potwory, które zabiły moich najbliższych. Jednak nie poczułem ulgi.

Nie wtedy.

 

 

*

 

 

– Nie wtedy, to znaczy? – dopytał Mieszko, kiedy Sir Godrig zakończył opowieść.

– Odpowiem ci słowami mojego przyjaciela, niezwykle mądrego i dobrego człowieka. A rzekł mi kiedyś: Czasami potwory czyhające na nas za rogiem są o wiele mniej szkodliwe i niebezpieczne, niż te, które kryją się głęboko w naszych głowach.

Mieszko podrapał się po zaniedbanym zaroście i odrzekł:

– I tylko tyle?

Sir Godrig uśmiechnął się.

– Tyle. Albo aż tyle. Od siebie dodać mogę, że walka z tymi drugimi bywa o wiele trudniejsza. Ale zwycięstwo przynosi o wiele większą ulgę, niż pokonanie setki gorlagów. A, mój przyjaciel powiedział mi jeszcze jedną ważną rzecz…

Sir Godrig wstał z fotela i popatrzył Mieszkowi prosto w oczy.

– Wszystko ma swoje miejsce i swój czas. Może brzmi banalnie, jednak ja zawsze mu wierzyłem.

Po tych słowach Sir Godrig wyszedł. Odjechał ulicą Juliana Ochorowicza na popielatej klaczy, znikając za ostatnią widoczną latarnią.

Mieszko nie spał tej nocy aż do świtu. A kiedy zasnął, śnił, jak walczy z setkami straszliwych gorlagów.

Nie dowiedział się, czy wygrał tę walkę, gdyż o dziewiątej rano, ze snu wyrwała go kosiarka sąsiada.

 

 

*

 

 

W kolejny niedzielny wieczór nie poszedł postawić wody na herbatę.

Zamiast szlafroka włożył niebieską koszulę, którą uprzednio wyprasował.

Kapcie z Zakopanego postawił na półce w przedpokoju, w ich miejsce wsunął na stopy czarne, uprane skarpety.

Wcześniej ogolił się i uczesał.

Stał przed lustrem patrząc na swoje nowe odbicie, choć nie do końca jeszcze wiedział, co ono oznacza.

ŁUP! ŁUP!

Poszedł otworzyć drzwi.

– Wejdź – rzekł do Sir Godriga, jednak ten przecząco pokręcił głową.

– Nie tym razem, drogi Mieszko. Przyszedłem się pożegnać.

– Pożegnać? Jak to?

Tajemniczy mężczyzna w niezrozumiały dla Mieszka sposób, z psychopaty bądź świra, stał się wzorcem do naśladowania i przyjacielem. Mieszko nie potrafił tego wytłumaczyć, jednak czuł jakąś więź między nimi, która skurczyła mu żołądek na myśl o tym, że mieli nie usiąść już nigdy przy jednym stole obok kominka.

– Wszystko ma swoje miejsce i swój czas, pamiętasz? Chciałem podziękować ci za gościnę. Przyjmij ode mnie ostatni już podarunek. – Sir Godrig wyciągnął z pochwy miecz i dodał:

– Mnie już nie będzie potrzebny.

Mieszko chwycił niepewnie oburącz zimną, ozdobną rękojeść.

– Ja nie mogę go przyj…

– Ależ możesz. Bywaj. Rad jestem, że mogłem cię poznać.

Sir Godrig dosiadł swego wierzchowca. Kiedy zaczął się oddalać, Mieszko zawołał:

– Ale dlaczego trafiłeś do mojego domu?!

Złotowłosy jeździec o twarzy pełnej blizn zatrzymał klacz, obrócił głowę i odpowiedział głośno:

– Bo wbrew pozorom jesteśmy całkiem podobni. Tak samo jak nasze potwory.

– Ostatecznie zwyciężyłeś? Pokonałeś je? Wiesz, mówię o tych potężniejszych od gorlagów…

– Oczywiście. W innym wypadku nie byłoby mnie tutaj.

Sir Godrig klepnął wierzchowca otwartą dłonią i zniknął, jak za każdym razem, za światłem ostatniej latarni na ulicy Juliana Ochorowicza.

 

 

 

*

 

 

Pewnej niedzieli Mieszko wyszedł z domu i wsiadł w autobus numer sześć.

Ludzie dziwnie na niego patrzyli, gdyż w ręku trzymał miecz. Co poniektóre staruszki uciekały na drugi koniec autobusu bądź kreśliły przed nosem znak krzyża.

Wysiadł na piątym przystanku, na wiadukcie nad autostradą. Podszedł do barierki i utkwił wzrok w przejeżdżającym pod nim sznurze samochodów.

W głowie mimowolnie pojawiły się sceny, do których nigdy nie chciał już wracać.

Roztrzaskany, czarny mercedes, który kupił żonie ponad pięć lat temu. Krew. Dużo krwi.

Były tak blisko domu…

Mały bus, a w nim sprawca wszystkiego. Również zginął na miejscu.

Mieszko skierował klingę ku niebu i zamknął oczy.

Długo stał tak nieruchomo. Na tyle długo, aby ktoś zdążył zrobić zdjęcia, które pierwsze trafiły do internetu, a nieco później do telewizji i reszty mediów.

Wariat z mieczem rzuca wyzwanie samochodom – brzmiały nagłówki.

Mieszko jednak nie oglądał telewizji ani nie czytał gazet.

 

 

*

 

 

Mieszko siedział w fotelu w salonie. Utkwił wzrok na obramowanych zdjęciach nad kominkiem, na których widniały Lena i Emilka, jednak po chwili przeniósł go na zawieszony jeszcze wyżej miecz.

Erhera qi Montri.

Miecz na potwory.

Napił się cytrynowej herbaty, odstawił filiżankę i zanucił pod nosem:

Jesteś daleko, och, jak daleko. Z każdą sekundą umieram z tęsknoty. Poczekaj dzień jeszcze, miesiąc, a nawet lata całe. Odwiedzę cię, odwiedzę na pewno.

 

 

Koniec

Komentarze

zmarszczką

zmarszczkom

 

 gorąca herbata z przechylonego nieświadomie kubka nie oparzyła stóp ukrytych wyłącznie

pod dziurkowanymi, skórzanymi kapciami z Zakopanego.

po godzinie ciągle gorąca? sporo uwagi poświęcasz kapciom

 

dla znużonego wędrowcy

A nie wędrowca? Chyba, że intuicja źle mi podpowiada ;)

 

TBC

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Dzięki Nevaz ;) Heh, godzinne parzenie już wyeliminowane :D 

Przecież kapcie są najważniejsze! Nie dostrzegasz tej głębi w ich dziurkach? :p A tak już serio, to zabieg celowy ;) 

( gdyż taka mu się pierwsze nawinęła pod rękę )

zbędna spacja i literówka

 

dosiadając popielatą klacz

dosiadając popielatej klaczy

 

a na szyi nosiły naszyjnik

naszyjniki

 

Odjechał ulicą Juliana Ochorowicza popielatą klaczą

chyba lepiej: na popielatej klaczy

 

zanucił po nosem

literówka

 

Oglądałeś film Fisher King Terry’ego Gilliama? Jeśli nie, to zachęcam ;).

W Mieczu na Potwory trochę brakowało mi nieprzewidywalności. Nie mówię już o tym, że tytuł jednoznacznie kojarzy się z dość znanym bohaterem polskiej serii fantasy.

Nie mogę powiedzieć, że mi się nie spodobało, ale do pełnego zachwytu też sporo zabrakło.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Dzięki za wypatrzenie błędów, poprawione ;)

Nie oglądałem tego filmu, muszę nadrobić :) Inspiracją do tego opowiadania było pewne opowiadanie Neila Gaimana. A co do tytułu, to trochę celowo. Większość skojarzy z wiadomo jaką serią, a tu psikus. Taki trochę clickbait można rzec :P

Ciesze się, że choć nie zachwyciło, to jakaś przyjemność z czytania była ;) 

Dosyć symboliczny tekst. Ciekawam, jak Mieszko rąbał tym mieczem samochody…

Zgadzam się z Nevazem – szału nie ma, ale coś w tym tekście jest. Przyjemna bajeczka.

Z resztą nieuczesane, zmierzwione czarne włosy, również.

Jest różnica między “z resztą” a “zresztą”.

Tajemniczy rycerz w niezrozumiały dla Mieszka sposób, z psychopaty bądź świra, stał się wzorcem do naśladowania i przyjacielem. Nie potrafił tego wytłumaczyć, jednak czuł jakąś więź między nimi,

Kto jest podmiotem w drugim zdaniu i dlaczego rycerz?

Babska logika rządzi!

@Finkla dziękuję za uwagi i za punkcik! 

 Choć główny wątek, jak już wspomniał Navaz, jest nieco przewidywalny, to starałem się właśnie, aby był w pewnych aspektach niedopowiedziany i symboliczny. 

W związku z tym każdy może dorobić sobie pewne tło i mieć własne przemyślenia w pewnych kwestiach, nie narzucone mu przez autora. 

Co do walki z samochodami to… miejsce było symboliczne, a sama walka odbywała się gdzie indziej… :) Choć właśnie wyobraziłem sobie tę scenę w innym wydaniu i dzięki temu wpadł mi do głowy pomysł do nowe opowiadanie :D 

Pozdrawiam ;)

Realucu, zaprezentowałeś opowiadanie o Mieszku, który nie może pogodzić się z utratą najbliższych, ale też nie potrafi popełnić samobójstwa. Wtedy zjawia się jasnowłosy rycerz z mieczem na potwory i podczas kilku niedzielnych wieczorów odbywa się między obu panami coś na kształt sesji terapeutycznych, które świetnie wpływają na bohatera. OK. Jest to jakiś pomysł i tylko szkoda, że wszystko w tej historii toczy się jak po sznurku, że nie ma w niej żadnych zaskoczeń.

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

Któż w ten czas wie­dział, że sta­nie się to jej wiel­ką pasją? –> Któż wtenczas wie­dział, że sta­nie się to jej wiel­ką pasją?

 

– Miesz­ko, na­zy­wam się Miesz­ko. –> – Miesz­ko, na imię mam Miesz­ko.

Zakładam, że nazwisko bohatera nie zostało wymienione.

 

Mi cie­bie rów­nież, Sir… –> Mnie cie­bie rów­nież, Sir

 

uło­żył na jed­nym ta­le­rzu suche her­bat­ni­ki sprzed wielu dni… –> Czy podaje się także mokre herbatniki?

 

(gdyż taka mu się pierw­sze na­wi­nę­ła pod rękę) –> Literówka.

 

Miesz­ko leżał nagi w pu­stej wan­nie. W ręku ści­skał ku­chen­ny nóż. […] Ci­snął nożem pro­sto w lu­stro nad zle­wem. –> Skoro rzecz dzieje się w łazience, to: Ci­snął nożem pro­sto w lu­stro nad umywalką.

Zlew instaluje się w kuchni.

 

pełny księ­życ świe­cił w ten czas wy­jąt­ko­wo mocno. –> …pełny księ­życ świe­cił wtenczas wy­jąt­ko­wo mocno.

 

Gor­la­gi okrą­ży­ły mnie, pa­trząc na mnie swymi czer­wo­ny­mi śle­pia­mi. –> Czy wszystkie zaimki są konieczne? Czy gorlagi mogły patrzeć cudzymi ślepiami?

Może wystarczy: Gor­la­gi okrą­ży­ły mnie, obserwując czer­wo­ny­mi śle­pia­mi.

 

na szyi no­si­ły na­szyj­ni­ki z frag­men­tów ludz­kich cza­szek. –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: nosiły też na­szyj­ni­ki z frag­men­tów ludz­kich cza­szek.

 

Za­miast szla­fro­ka na­rzu­cił na sie­bie nie­bie­ską ko­szu­lę… –> Raczej: Za­miast szla­fro­ka włożył nie­bie­ską ko­szu­lę

Za SJP PWN: narzucić 2. «nałożyć jakieś okrycie na ramiona»

 

Kap­cie z Za­ko­pa­ne­go scho­wał do półki w przed­po­ko­ju… –> Kap­cie z Za­ko­pa­ne­go postawił na półce w przed­po­ko­ju

Można coś schować do szafki, ale nie można nic schować do półki.

 

Mi już nie bę­dzie po­trzeb­ny. –> Mnie już nie bę­dzie po­trzeb­ny.

 

Lu­dzie dziw­nie się na niego pa­trzy­li… –> Lu­dzie dziw­nie na niego pa­trzy­li

 

Pod­szedł do ba­rier­ki i utkwił wzrok w prze­jeż­dża­ją­cym pod nim sznu­rem sa­mo­cho­dów. –> Pod­szedł do ba­rier­ki i utkwił wzrok w prze­jeż­dża­ją­cym pod nim sznurze sa­mo­cho­dów.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@Reg Melduję, że błędy poprawione ;) Choć się pojawiły, to ciesze się, że mniej niż ostatnim razem, gdyż zazwyczaj robię jedną, dwie korekty i wstawiam tekst, ten poprawiałem cztery razy i jeszcze dałem mu trochę odleżeć, czego widać jakieś efekty.

Co do przewidywalności, no cóż mam rzec… racja. Ale taką tym razem formę przyjąłem.

Po weekendzie zabieram się za następne opowiadanie, bo ostatnio co chwila wpada mi do głowy pomysł i już się nie mieszczą. A nawet nie mówię, podczas jakiej czynności wpadł do głowy pomysł na kolejne, które się pojawi :D

Pozdrawiam i jak zawsze dziękuję za korektę i komentarz ;)

Cieszę się, że uznałeś uwagi za przydatnie.

Fajnie, że nawiedziło Cię mnóstwo pomysłów, bo to pozwala mieć nadzieję, na wiele niezłych opowiadań. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Całkiem nietuzinkowe opowiadanie. Z początku dziwnie się czytało tekst, gdzie bohater jakoś mocno nie protestuje na widok rycerza z mieczem. Ale im dalej w las, im bardziej przywykłem do takiego niezwykłego spojrzenia, tym bardziej zacząłem wsiąkać w ten klimat inności. Szału może i nie ma, ale coś w tym tekście było, że miałem satysfakcję po jego przeczytaniu.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

@NoWhereMan cieszę się, że pojawiła się satysfakcja i nie był to zmarnowany czas ;)

Autopromocja: Pod koniec tygodnia kolejne opowiadanie i mam nadzieję, że będzie mu nieco bliżej szału :) 

Nowa Fantastyka